Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kadry z kadrów.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kadry z kadrów.... Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 lutego 2024

"Chłopi" po nowemu...

     Obejrzałam, pewnie, że obejrzałam...

Po fali krytyki...Po euforycznych zachwytach...Musiałam to zobaczyć...;o)

     Nie mam ambicji na krytyka filmowego, znawcą malarstwa też nie jestem...Ot, baba jakich wiele...Coś albo mi się podoba, albo nie...Zwyczajnie i subiektywnie...

     Pierwsze wrażenie ??

Negatywne...

     Tytuł bym dała "Chłopka", na motywach "Chłopów" Reymonta...

     Wspólne są "cztery pory roku", imiona bohaterów i wystarczy...Z obrazem "polskiej wsi" niewiele ma to wspólnego...Szczególnie "po oczach daje" ilość korali na szyjach chłopek...Absurdalnie przedobrzone...

Doborowa obsada aktorska rozmywa się pod "kreską" Plastyków...

     Ale...;o)

Niektóre Nazwiska nawet "pod kreską" są świetne w grze aktorskiej...

Przed Plastykami chylę głowę...

     I chociaż niektóre sceny są mniej dopracowane, jakby brakło inwencji malarskiej, niektóre "klatki" aż proszą się o więcej uwagi, to całość jest imponująca plastycznie...

Ktoś miał pomysł i go zrealizował...

     Adaptację Jana Rybkowskiego (1973) obejrzałam w swoim życiu kilkanaście razy...Lubię "Chłopów" i czytać, i oglądać...

     Do adaptacji Welchmanów pewnie nie wrócę...

Czy warto obejrzeć ??

     Pewnie !!

     Aktorzy i Plastycy zasługują na naszą uwagę !! Choćby po to, żeby nie kierować się cudzymi osądami...;o)

sobota, 25 marca 2023

Jedzie, jedzie Straż Pożarna...

     15 kwietnia 2019 roku z niedowierzaniem spoglądaliśmy na telewizyjne i internetowe przekazy: NOTRE-DAME PŁONIE...

Żółtawy dym unoszący się nad Paryżem wywoływał niedowierzanie, szok i domysły...

Ja też śledziłam te przerażające doniesienia...

     W lipcu 2003 roku wchodziłam do Notre-Dame ze wstrzymanym oddechem...I tak jak z Paryża najbardziej utkwił mi w pamięci pewien nocny spacer brukowanymi uliczkami, zapach podziemnego Luwru, tak Notre-Dame zapisała się we wspomnieniach tysiącem barw rozetowych witraży...Katedra żyła !! Jakby ktoś biegał po Świątyni z farbami na palecie i świetlistym pędzlem...Stałam i się gapiłam...Niczego więcej z Notre-Dame nie pamiętam...

     Teraz patrzyłam jak szklane dzieła sztuki sypią się drobinkami szkła na beton...

     Czas płynął, dochodzenie dobiegło końca i Francuzi musieli ogłosić jego wynik...Kiedy go usłyszałam...Zatkało mnie...

Echhh...Ludziska...

Wkurzyli mnie Francuzi !!

     I jak mi już powoli przechodziło, to w koprodukcji międzynarodowej powstał film: "Notre-Dame płonie"...Premiera była w 2022 roku...

     Kto oglądał ??

Ja obejrzałam...

     Film jest dobry, na prawdę dobry...

Ale znowu jestem wkurzona na Francuzów...;o)

I jak osobistą mantrę powtórzę po raz "enty"...

     To nie procedury rządzą Światem !! Nie systemy są najważniejsze !! Bo i procedury i systemy zawiodły...Nie zawiedli Ludzie !!

     Gdyby nie garstka Szalonych Strażaków z Notre-Dame zostałyby gruzy...Gdyby nie garstka Szalonych Śmiałków dorobek tysiącleci zmieniłby się w kupkę popiołu...To co pozostało Światu z Notre-Dame zawdzięczamy kilkunastu Osobom...

     Notre-Dame płonęła ponad 30 minut zanim zadysponowano Straż...

     Przez godzinę Katedry bronił jeden zastęp Straży, bo reszta stała w korkach...

     Klucz do sejfu posiadał JEDEN CZŁOWIEK i nosił go przy sobie...

     Trwała kampania prezydencka, więc Pan M. pognał na miejsce pożaru (w trakcie gaszenia), żeby zabłysnąć w mediach...

     Jak można się nie wkurzać ??

     A kiedy ostatnie litery zniknęły z ekranu telewizora zaświtała mi myśl...

     Co stało by się z Wawelem, gdyby taka katastrofa zdarzyła się nam ??

     Jak szybko ugaszono by Kościół Mariacki ??

     Czy Sukiennice są bezpieczne ??

     Procedury mamy...Systemy mamy...I dalej pozostaje nam żywić nadzieję, że bohaterscy Strażacy dadzą radę...Bo i u nas "Szaleńców" w Ich szeregach nie brakuje...;o)          

poniedziałek, 9 stycznia 2023

Próba wody...

     Nie ma co ściemniać...Do kina chodzimy rzadko, żeby nie napisać sporadycznie...Ilość platform oferujących nowości filmowe jest ogromna, więc kino staje się przeżytkiem...Poniekąd...;o)

     Są bowiem filmy, których nie należy oglądać w domowym zaciszu i na kanapie...Każdy takie ma...

     Dla nas takim filmem jest AVATAR...

     I chociaż jesteśmy "zakręceni" na SF, a nawet Fantasy (w niektórych wydaniach), to na drugą część Sagi poszliśmy...Z szacunku ??

     Wyobraźnia Pana Camerona ma wymiar kosmiczny...To co stworzył w pierwszej części jest kosmiczne...A teraz ??

No cóż...Z reguły "drugie części" bywają marne...

Avatar. Istota wody.

     Klasyczna fabuła...Inteligencja ludzka osiąga szczyty...Głupota ludzka osiąga szczyty...Aby to ukazać, wcale nie trzeba kosmicznej wyobraźni...Wystarczy wyjść na ulicę, do parku, do lasu, albo poczytać komentarze w necie...Ale...

     Ukazać to w tak plastyczny, wyrafinowany, a efektem, kosmiczny sposób...Echhh...Panie Cameron...

     Grafika komputerowa osiągnęła szczyty szczytów...Efekty specjalne osiągnęły szczyty szczytów...

     Z kina wychodzi się ze "splątaną" głową, obłędem w oczach i znacznie podniesionym ciśnieniem...

Niektórzy (jak ja), wychodzą do "szpiku kości" smutni...

     Współczesne barbarzyństwo człowieka ukazane jest w sposób wręcz namacalny...Ma się ochotę wskoczyć w ekran i zadusić gołymi "ręcami" niektórych osobników...

     Nie powiem...Dla mnie ten seans był sporym wyzwaniem...Oglądaliśmy Avatara w Imaxie (z dodatkowymi efektami)...Lataliśmy na dziwacznych stworach...Pływaliśmy między ławicami...Nurkowaliśmy w rafach...

     Tyle, że Wasza Gordyjka ma chorobę lokomocyjną, morską i astygmatyzm...

     Mózg można oszukać wielowymiarowością...Problemów z błędnikiem nie wydłubię...;o)

     Trzygodzinna projekcja spowodowała prawdziwe spustoszenie w moim "jestestwie"...Po kilku dniach przestałam chodzić "zygzakiem" (ciekawa jestem sąsiedzkich komentarzy)..."Oś oka" jeszcze nie doszła do siebie (muszę uważać na słupy i framugi)...Ale...

     W grudniu 2024 będzie premiera trzeciej części Avatara...I zgadnijcie kto pójdzie do kina ?? Kto wybierze Imaxa ??

     Z szacunku dla wyobraźni Pana Camerona...

     Z podziwem dla zdolności Grafików komputerowych...

     I z ciekawością...Czy uda się nam odzyskać człowieczeństwo ??

sobota, 6 stycznia 2018

Wojna o "Koronę"...

     Pokochaliśmy konflikty...Byle temat i konflikt gotowy...Nawet tam, gdzie wydawał by się niemożliwy do rozniecenia...A jednak...
Wychodzi na to, że w tym "mleku Matki", które dostarcza nam (jako Narodowi) niewyobrażalną dawkę poczucia niezależności, jest również owa konfliktowość...
Echhh...
     Teraz narodowo się spieramy, czy "Korona Królów" jest knotem, czy epopeją...
Ło Matko i Córko !!
     To większych problemów już nie ma ??
Czy oglądam ??
Jasne, że oglądam !!
     Jestem "historiolubna" do bólu, więc dla samego faktu prześliźnięcia się przez wieki oglądam...
Szczególnie, że historycznych produkcji to my mamy jak na lekarstwo...
     Francuzi szczycą się nawet "Przeklętymi Królami", Anglicy "ofilmowali" nawet "żonobójcę", Wikingowie doczekali się ekstra produkcji...A u nas ??
     "Znak Orła"..."Krzyżacy"...
     Tak jakbyśmy się tej naszej historii wstydzić musieli...
Że nie jest zbyt ciekawa  ??
Poniekąd...
     Każdy kto czytywał Kraszewskiego, wie, że było sporo pikantnych szczegółów...
     Ci nasi Władcy, to wcale w "ogonku do piekła" tacy ostatni nie byli...;o)
Ale wracam do "wojny"...
     Po pierwszych dwóch odcinkach wiedziałam, że to nie epopeja...
Ot, serialik, jakich wiele...
     Scenariusz bez polotu, gra aktorska na miernym poziomie...Jak to mawia nasza Znajoma...
     "Szału ni ma, doopy nie urywa"...
Ale oglądam...
     Lubię wiedzieć, o co się Ludzie sprzeczają...
     Lubię historię...
     I chociaż za Łokietkiem, w tej mojej historycznej fascynacji, nie przepadałam...Pewnie z powodu Jego bliskich kontaktów z pająkami (szczególnie z tym jednym, co Mu ponoć poopsko uratował), to Kazia lubię ogromnie...Szczególnie za mój Zaścianek...;o)
     Póki co, spełnia moje oczekiwania...(Chociaż historycznie to Mu wybaczyć nie mogę, że syna nie spłodził)...
     Jest odpowiednio "rozbrykany", rozedrgany i do końca niezbyt przekonany co ma dalej robić z "dziedzictwem"...
     Że serial nie spełnia misji historycznej ??
A jaka jest misja takich seriali ??
Historyczna ??
Oglądalność !! To jest misja !!
I niech rośnie...
Niech będzie pięć milionów, sześć, albo piętnaście...
Bo z każdego serialu coś w pamięci zostaje...
     Jeśli to ma być pamięć o naszej historii, to ja się dwiema "ręcami" pod tym podpisuję...
     Bo co zostaje po "Klanach", "Pierwszych miłościach", czy innych "super serialach" poza przeświadczeniem, że każdy z każdym śpi, a mruczenie pod nosem wynurzeń wewnętrznych powoduje rozwiązanie każdego impasu w życiu ??
     Nic...

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Dobro tak wielkie...

     Dzień niby dłuższy, a mnie się znowu doby skróciły...
     Wrzosowisko, domeczek, trochę pracy papierzanej, Święta, i nijak już wcisnąć nie mogę blogowania...
Może to dobrze ??
Może ze świeższą głową moje wpisy nabiorą trochę sensu ??
Może i Wy troszkę zatęsknicie ?? ;o)
A może w jakiejś wolnej chwili (ostatnio ulubiony przez nas zwrot) nabazgram coś w rozpędzie, a potem tylko poustawiam w trybie oczekiwania na edycję ??
Wszystko jest możliwe...
     Ale dzisiaj napiszę Wam o filmie...
     Miałam okazję obejrzeć najnowszy film Mela Gibsona "Przełęcz Ocalonych"...
     Jakim cudem udało Mu się namówić Głównego Bohatera na ową ekranizację, pojęcia nie mam, bo przez sześćdziesiąt lat odmawiał wszystkim...Może sędziwy wiek zrobił swoje ?? Może zapragnął pozostać nie tylko we wspomnieniach wymierającego, wojennego Pokolenia ??
     Szeregowy Desmond Thomas Doss...
     Człowiek tak niezwykły, że po obejrzeniu filmu na myśl nasuwa się jedno...
     Gdyby to była fikcja reżyserska, to powinni takiego Reżysera zapakować do "wariatkowa"...
     Ale scenariusz napisało życie...A właściwie jeden Człowiek, Szeregowy Doss...
     Sanitariusz, który ruszył na II wojnę światową bez karabinu...
Nie będę opisywać fabuły, bo trzeba to zobaczyć na własne oczy...
     Ale właśnie ten film dedykuję na Wielki Tydzień...
     Wspominamy mękę Chrystusa, powołujemy się na Jego nauki, wątpimy w dobro, postrzegając wokół siebie panoszące się zło, "klepiemy" modlitwy bez zrozumienia...
     Wiara ??
Raczej obyczaj...
     I nagle, widzimy Człowieka, który rusza na wojnę z Biblią, zamiast karabinu...
Nie, nie nawraca...
Chociaż pośrednio, zrobił znacznie więcej niż całe tłumy frontowych Kapelanów...
Jeden Człowiek, który zmienił losy wielu Ludzi...
     Film jest brutalny, jak każdy film, który opowiada o tamtych czasach...Każdy z nas słyszał o krwawych walkach na Okinawie...Każdy przyswoił, że Okinawa była jednym ogromnym bunkrem...
I nagle, Gibson wyciąga jak Magik z kapelusza, Szeregowego Dossa...
     Po kiego czorta Amerykanom jacyś "super bohaterowie", jakieś Batmany, Spidermeny, Supermeny, skoro w historii mają takich Ludzi ??
     Jedyny w historii Żołnierz bez karabinu, odznaczony Honorowym Orderem Kongresu...
     Jedyny, który do końca życia utrzymuje, że to nie On był Bohaterem, ale Ci co polegli...
     On tylko poszedł na wojnę ratować Ludzi...
Niepojęte ??
     Poszedł walczyć bez karabinu...
Niemożliwe ??
     Bardzo się cieszę, że Szeregowy Doss zgodził się w końcu na ekranizację swoich losów...Bardzo się cieszę, że Mel Gibson zdecydował się na nakręcenie tego filmu...
Gdyby był fikcją, byłby nie do zniesienia...
     Prawda, budzi w człowieku wiarę w dobro...W dobro tak wielkie, że trudno ogarnąć je rozumem...    

niedziela, 20 listopada 2016

Czas zawrócić...

     Jak przeoczyliśmy ten film ??
Nie mam pojęcia...
A może dobrze, że go przeoczyliśmy...
     "Droga" Johna Hillcoata z 2009 roku, adaptacja powieści Cormaca McCarthe`go...
     Pierwsze ujęcie i na twarz wypływa mi uśmiech...Viggo Mortensen...Aragorn...
Urzekł mnie tą rolą we "Władcy Pierścieni"...
Musi być dobrze...
A potem uśmiech zamiera...
     Powoli wsiąkam w postapokaliptyczną wizję Ameryki...W realia bez zasad...W życie u progu śmierci...
Nie ma wspaniałych efektów specjalnych...Nie ma ról na miarę Oscara...
I właściwie nie ma nadziei...
Obraz jest przerażająco prosty...
     Niszczymy wszystko...
Pozostaje nam tylko odrobina człowieczeństwa...
Miłość Ojca do Syna...
Siedzę...Patrzę...I się boję...
     Taki właśnie Świat jesteśmy w stanie sobie zgotować...
Świat bez nadziei...
Tak podły, jakim tylko ludzie mogą go uczynić...
     Czy się zatrzymamy w tym obłędzie??
Właściwie to wątpię...
     To nie był dobry film na listopadowe, niedzielne popołudnie...
Na taki film nie ma dobrej daty...
Na taki Świat też nie ma...
     Może czas zawrócić z tej "Drogi" ??

wtorek, 5 stycznia 2016

No to moc się przebudziła..

     - Jedziemy na Gwiezdne Wojny ?? - zapytał Pan N.
     - Jedziemy !! - odpowiedziałam z entuzjazmem...
I tyle tego entuzjazmu by wystarczyło...
     Właściwie, to jedyną atrakcją były efekty specjalne (DX4), bo chociaż jesteśmy wielkimi fanami Gwiezdnych Wojen, to film nas nie porwał w żaden inny sposób...
     Konwencja bez polotu...Treść bez koncepcji...Powielanie starych wzorców...
     A przecież na tą premierę Świat czekał dziesięciolecia...Technika poszła do przodu o wieki całe...Co więc zawiodło ??
To trochę tak jak z tą piosenką Republiki (Mamona):

Ta piosenka jest pisana dla pieniędzy!
    Ta piosenka jest śpiewana dla pieniędzy!
  Ta piosenka jest nagrana dla pieniędzy!
   Ta piosenka jest wydana dla pieniędzy!  

Smutne...
No cóż...
     Film kasę zarabia i ściąga do kin rzesze Zapaleńców, ale niewiele to ma wspólnego z uczestniczeniem w wydarzeniu filmowym...
     Moc się nie przebudziła...Śpi...
Śpi, a nawet chrapie...
     Gwiezdne Wojny, to był symbol nowatorstwa, to był film, który się oglądało po kilka, kilkanaście, albo kilkadziesiąt razy...To był film, którego dialogi się cytowało z pamięci, a muzykę mruczało się prowadząc samochód...To był symbol...
     Tym razem nic nie porywało...
Nawet gra aktorska była przeciętna...
W sumie, to drzewa grały najlepiej, bo przynajmniej szumiały z sensem...
Szkoda...Bardzo szkoda...
     Przykro przeżywać "śmierć" legendy...
Ale co mnie "pobujało", to "pobujało"...;o)


wtorek, 24 listopada 2015

Epitafium...

     Już dawno postanowiłam, że po śmierci mam zostać skremowana...Pierworodny dostał nawet instrukcje, że gdyby koszt pochówku był wygórowany, to może mnie trzymać w słoiku, w piwnicy...Solennie obiecałam, że nie będę straszyć, pohukiwać i trzaskać się łańcuchami...
     Ale gdyby...Gdyby moją powłokę cielesną miał okrywać monumentalny pomnik "ku czci", to powinno się na nim znaleźć epitafium:

                                 Baba sine causa
                               (Baba bez rozsądku)


     Jak niektórzy z Was pewnie zauważyli, jesteśmy na bieżąco po premierze ostatniej części Igrzysk: Kosogłos cz.2
Tego typu twórczość to jeden z "kotów", które opętały mnie zupełnie...
No to decyzja, pięć minut przy kompie i bilety zległy na stoliku podręcznym...
     A potem włączyła mi się funkcja myślenie...
     Może trzeba by sprawdzić, co też mi w czasie tego seansu zaserwują ??
No to sprawdziłam...

"Osoby, którym nie zalecamy korzystania z foteli 4DX: dzieci do lat 4 lub o wzroście poniżej 100 cm, kobiety w ciąży, osoby niepełnosprawne, osoby starsze, widzowie ze schorzeniami serca, kręgosłupa lub szyi, osoby z chorobą lokomocyjną, osoby chore na epilepsję lub wrażliwe na efekty występujące podczas seansu (gwałtowny ruch, jaskrawe światło, itp).
Dzieci do lat 7 mogą korzystać z kina tylko pod opieką osób dorosłych.

Astygmatyzmu nie napisali pewnie przez przeoczenie...
Ło Matko i Córko...
Sama sobie ten grób kopię...

     Profilaktycznie łyknęłam magnez i potas...Do torebki zapakowałam dwa woreczki (jakby co)...I Pan N. powiózł nas do Krakusowa, pocieszając, że jakoś przetrwam...
     Żeby w pełni na epitafium zasłużyć pożarłam pół ogromnej porcji lodów czekoladowych (zapomniałam, że w tej knajpce porcja lodów ma rozmiar XXXL) i wypiłam koktail truskawkowy (prawie cały)...
I bez 4DX zrobiło mi się niewyraźnie...
Prawdziwa jazda po bandzie...
     Jak było, zapytacie ??
Odlotowo !!
     Fotele latały we wszystkich kierunkach, tak że na długo mam dość lotów helikopterami... Podłoga się trzęsła...Grzmiało i błyskało...Wiatr wiał...Mgła się unosiła...Woda chlapała w twarz...A główni Bohaterowie mało, że mi po odciskach nie chodzili...No i te oddechy zmiechów prosto w ucho...
Do tego dołóżcie zapachy różanego ogrodu, lasu, zgniłego ciała, podziemnej stęchlizny, smolnej mazi...
Orzesz...(ko)...
    Fakt...Kilka razy musiałam zdjąć okulary, żeby odzyskać kontakt z rzeczywistością, i żeby nie grzmotnąć w podłogę...Po kilku próbach zrozumiałam, że patrzenie na falujące fotele to nie jest to co mój żołądek lubi najbardziej...
Wyobraźnię można wyłączyć...
     O dziwo, nawet fabuły nie dało się zepsuć, więc pełna wrażeń opuściłam salę o własnych siłach, a woreczki wykorzystam przy kolejnej okazji...
A okazja już czyha...
     "Gwiezdne Wojny" to już nasza tradycja (pierwszy film, na który zaprosił mnie Pan N. 35 lat temu)...
Nie ma opcji...
     Muszę polatać z misiami na motocyklach...;o)

piątek, 9 stycznia 2015

Bitwa wygrana, czyli powrót do Pana Tolkiena...

     Dziecina się narodziła...Nowy Roczek powitany...Trzej Królowie zakończyli paradę...
Można wrócić do codzienności...
Chociaż nie...
     Kiedy Mędrcy maszerowali wytrwale, nie bacząc na skwar i niewygody, postanowiliśmy z Panem N. wykorzystać to Ich zaangażowanie i ruszyliśmy do Krakusowa...Skwaru i niewygód nie było...
     Cel może nie był aż tak spektakularny, ale wyprawa zapowiadała się godnie...
     Zamierzaliśmy uczestniczyć w Bitwie Pięciu Armii...
No bo jak pozostawić na pastwę takich bestii:


ulubionego Legolasa...,


czy zadziorne Krasnoludy...,


że o umiłowanych Hobbitach nie wspomnę...


     No dobra...Na punkcie Pana Tolkiena mam świra zupełnego...
Fakt...
     Postanowiliśmy więc, wesprzeć swymi ramionami towarzystwo znamienite...
     Produkcja w 3D, więc jeśli nawet fabuła nas nie porwie, i tak zostaniemy "uprowadzeni"...
Okularki na nosy i można zacząć degustację...
     Pierwsze zaskoczenie, to fakt, iż salka kinowa zapełniona była przynajmniej w 70%, a to dla nas nowość niebywała...Chodzimy na seanse z reguły w dni powszednie, i to w porach, kiedy reszta Narodu pracuje...
Bywa, że siedzimy sami...
Tym razem jednak towarzyszyć nam miała w tej bitwie, spora zgraja Zapaleńców...
     Pierwsze litery...Pierwsze dźwięki...I się na ekranie zaczął wyginać piękny smok...
Nieźle się zapowiadało, bo smoki lubię pasjami...
A ten nawet malowniczo "wystawił" łeb z ekranu...
     Fabuły opowiadać nie mam zamiaru, bo ten kto kocha Tolkiena, kochał Go będzie, a kto uczuć nie żywi, to go żadnym smoczydłem nie przekonam...
Ale produkcja jest na prawdę udana...
     Nie to, żeby się obyło bez wpadek...
Czasem perspektyw jest zbyt wiele...Czasem się "rozjeżdżają"...
Z zachowaniem proporcji też różnie bywa...
Ale to może przez ten mój koślawy astygmatyzm...
     Przestawiona "ośka" powodowała, że momentami widziałam kilka przyklejonych do siebie płaszczyzn...
A fujjj...
     Ze trzy razy musiałam ściągnąć okulary, żeby mi się pupa do krzesła przykleiła...
Nie ma to jak dobry "odlot"...
     Kiedy seans się skończył pozostał mi żal...
A co z Władcą Pierścieni ??
Pozostawią Go teraz biedaka takiego płaskiego ??
Niech mu się nawet odrobinę ta perspektywa rozjeżdża...Ale w trójwymiarze !!
Jakże ja teraz będę oglądać początek w nowej technice, a koniec w starej...
Nijak mi już ta "ośka" na miejsce nie wróci...
Echhh...
     Ale Bitwę, żeśmy wygrali !! ;o)


P.S. Zdjęcia pożyczyłam od Wujaszka Googla...Dziękuję ;o)

piątek, 17 stycznia 2014

"Lepiej być nie może"...

     Może ??
Nie może...
     "Lepiej być nie może" jest perfekcyjne...
     Nie powiem, żeby ten film był moim "numerem jeden", ale jeśli jest nadawany, chętnie oglądam go ponownie...
     Pozytywna fabuła...Historia bez udziwnień...Gra aktorska najwyższych lotów...
Wczoraj też z przyjemnością obejrzałam miłosną historię "Średniaków"...
     Obejrzałam, chociaż już o dziewiętnastej zapowiadałam "okupację" sypialni...
Echhh...
     Może i jestem odrobinę niewyspana, ale na samo wspomnienie filmowych scen uśmiecham się mimowolnie...
     Wczoraj jednak skoncentrowałam się tylko na jednym z Bohaterów...
     To, że film i Aktorzy zgarnęli multum nagród, z Oscarami włącznie, wcale mnie nie dziwi...Dziwi mnie to, że nigdzie nie znalazłam wzmianki o nagrodzie dla owego Bohatera...

     Jest idealny !!
Choć jak widać, niedoceniony...
     Przecież to On odkrywa szlachetność charakteru głównej Postaci...On rozkręca pierwsze sceny filmu...On w końcu, wywołuje pierwsze uśmiechy...
No i, skoro ma to być film o miłości, to On ukazuje nam miłość bezgraniczną, bezinteresowną i rozkwitłą z nagła...Bez względu na przeszkody...I bekon...
     Verdell !!
     Pies idealny...:o)
     Niedoceniony bohater "Lepiej być nie może"...
Postanowiłam Go docenić !!
     Niestety filmowych nagród dla czworonożnych Aktorów "Fido" w sieci nie znalazłam, więc Verdell otrzymuje...

     Tytuł "Złotego Czarusia"...:o) Nad graficzną oprawą nagrody muszę popracować...;o)

poniedziałek, 30 września 2013

Życie pisze niesamowite scenariusze...

     Każdy wie, że kiedy zbliża się jesień czyhają na Człeka wszelkiego gatunku depresje, albo inne "niehumory"...Każdy wie, więc i Gordyjka powinna widzieć...Poniekąd...
     A może Gordyjka po prostu bardzo ufa swojemu genetycznemu optymizmowi ??
Hmmm...
To teraz już wie, że nawet optymizm ma swoje granice...
     Obejrzałam ostatnio "Oszukane"...
Wiem, wiem...Całe wieki minęły od Premiery...
Ale jakoś tak się złożyło, że "Oszukane" mi umknęły...Umknęły, albo po prostu unikałam ich jak "diabeł święconej wody" ??
I przepadło...Obejrzałam...
     Co prawda oznak oparzeń na "diablej" skórce nie mam, ale mi się te "Oszukane" nieźle dały we znaki...
     Film zbiera różne recenzje...
     Jedni wychwalają go pod niebiosa i polecają zapamiętale...Drudzy odradzają inwestycję finansową w owo dzieło i "psy wieszają" na wszystkim co z owym dziełem jest związane...Od scenariusza począwszy, na grze aktorskiej skończywszy...
     Ja się za recenzje nie biorę...
     "Oszukane" to nie jest jakaś tam opowieść o grupie Ludzi, to prawdziwa historia, która mogła się przytrafić każdej z Matek...
I ja właśnie tak ją odebrałam...
     Przez dziewięćdziesiąt minut projekcji usiłowałam wczuć się "w rolę"...Znaleźć w sobie odczucia i emocje, które zbliżyły by mnie do tej sytuacji...
Scenariusz, dialogi, gra aktorska toczyły się obok...
Podświadomość podsuwała tylko jedno...
To wydarzyło się na prawdę...
Gdzieś obok Ciebie żyją Kobiety, które musiały zmierzyć się z tym problemem...Gdzieś są Dziewczyny, których życie z dnia na dzień się zmieniło...
Poznały prawdę i już nic nie było takie samo...
     Czy Człowiek może sobie z tym emocjonalnie poradzić ??
Musi...
     Bohaterki filmu jakoś sobie z tym poradziły...Realni Bohaterowie też...
A we mnie pozostała zadra...
     Podświadomość podsuwa mi ciągle obraz moich dzieci z pierwszych dni po narodzinach...
     Czy umiała bym uporządkować taki chaos ??
     Jak poradzić sobie z tak ogromną miłością ??
     Jak żyć codziennością, gdy cały dotychczasowy Świat runął ??
Niewyobrażalne...
Po prostu niewyobrażalne...
 

piątek, 12 kwietnia 2013

Z tym "Atlasem" do "Milionów" nie trafisz...

     Może trochę po czasie, ale udało mi się w końcu zobaczyć "Atlas chmur" Toma Tykwera i Braci Wachowskich...
Ta super produkcja za 100 mln $ miała rozgrzać Widownię do "czerwoności" w zeszłym roku i zgarnąć wszystkie możliwe nagrody...
No cóż...
     Podobno do stworzenia "hitu" wystarczy wziąć świetnych Reżyserów, scenariusz oprzeć na powieści o światowej sławie, zatrudnić Aktorów o znanych nazwiskach, a potem czekać jak pieniążki będą się na kontach pomnażać...
Podobno...
     Powieść Davida Mitchella niewątpliwie zasługiwała na uwiecznienie...
Ale czy tak ??
     Film kariery zawrotnej w USA nie zrobił...Krytycy byli raczej powściągliwi, Widzowie małoprzychylni, a Magazyn "Time" umieścił film na pierwszym miejscu rankingu "najgorszych produkcji 2012"...
     Po analizach stwierdzono, że Amerykanie nie byli gotowi na taką produkcję...
     Film pojechał w Świat, robić karierę wśród bardziej "wrażliwych" Widzów...
     Zgodnie ze zwyczajem dokąd nie zobaczyłam owego dzieła nie czytałam nic na jego temat...Żadnych komentarzy, żadnych recenzji, po prostu cisza w eterze...
     Obejrzałam...
     Moje szare komórki są w stanie zakwasów...
     Trzygodzinny spektakl wymagał nieustanne skupienia...
     Wizualizacja przesłania Pana Mitchella jest tak skomplikowana, że po godzinie czuje się psychiczne zmęczenie...Po dwóch godzinach zaczyna kiełkować myśl przewodnia: "niech się to już skończy"...
     Jak na mój gust Ktoś "przedobrzył"...
     To nie jest zły film...
     To nie jest zła produkcja...
     Ale nie jest to również hit mogący porwać "Miliony"... 

wtorek, 9 kwietnia 2013

"Zaklęte rewiry" naszej historii...

     Obejrzałam "Pokłosie"...
     Echhh...
     Trudno było...
     Nie to, żebym żyła złudzeniem, że moi Rodacy są "bez skazy pierworodnej poczęci", ale wiedza to jedno, a całkiem co innego zobaczyć tej wiedzy wizualizację...
     Jak "diabeł święconej wody" unikałam wszelkich recenzji, opisów i innych dywagacji w temacie, żeby moje oglądanie było takie bardziej "dziewicze"...
Bez cudzych nadinterpretacji...
Prawie się udało, chociaż kilka "słówek" do mojej świadomości dotarło...
     Obejrzałam "Pokłosie"...
     Bolało...
     No cóż...
     Tak jest jak człowiek uznaje, że Ludzie z gruntu rzeczy są dobrzy...
     Bolało, bo wiem, że przedstawiony obraz społeczeństwa ma więcej realizmu, niż się pewnie realizatorom śniło...
     Może nie zawsze dotyczy to aż tak drastycznej tematyki, ale takich "zaklętych" miejsc z "tajemnicami" jest w naszym Kraju sporo...
Świadków owych wydarzeń jest już coraz mniej, więc z czasem znikną w niepamięci...
     "Pokłosie" to nie jest film do "podobania"...
     To film do myślenia...
     Bardziej współczesny niż się może wydawać...
       I pytanie:       

     Jak bardzo jesteśmy ludzcy jako ludzie i jak bardzo nieludzcy jako tłum...??

niedziela, 10 lutego 2013

O kobiecych przeczuciach, czyli "Wróg numer jeden"...

     Czy tego się spodziewałam ?? 
     Szczerze mówiąc nie...
     Kinematografia amerykańska przyzwyczaiła mnie raczej do spektakularnych widowisk z gloryfikacją bohaterskich postaw i linią melodyczną Hymnu w tle...
No cóż...
Co Kraj to obyczaj, a Amerykanie tak lubią...
     Czy polubią wyważony obraz z przemawiającym do Widza realizmem ??
     Jedno jest pewne, Pani Kathryn Bigelow dobrze przemyślała swój film...
     "Wróg numer jeden"...
     Fakt, że starała się nie rozdrapywać ran, nie zrobiła zamętu, nie włożyła tego przysłowiowego "kija w mrowisko"...
Chociaż...
No cóż...
     Przyszedł czas, żeby wyjaśnić jak to rzeczywiście wyglądało z tymi więzieniami CIA w naszym Kraju...
Wiadomo gdzie, wiadomo kto, a jakoś nie ma jednego odważnego, który podjął decyzję...
Wychodzi na to, że więzienia były, tyle, że CIA sama je sobie zorganizowała, samoloty bez naszej wiedzy lądowały gdzieś na polnych drogach, Więźniów trzymali w piwnicy u "Kowalskiego", a nasze biedne Władze świadomości nijakiej nie miały...
Ale to w sumie tylko wątek poboczny, przemawiający raczej do nas, niż do Amerykanów...
Głównym wątkiem jest dochodzenie dotyczące wykrycia gdzież to się podziewał OBL przez dziesięć lat...
     Jak na amerykańskie możliwości techniczne to kawał czasu, ale jak spojrzy się na całokształt to lekko być nie mogło...Obca kultura, obce środowisko i biurokratyczny marazm panujący wokół dochodzenia...
W sumie budujące, że się Im w końcu udało...
     Czy film ukazuje prawdę ?? 
     Pewnie jakieś 10%...
     Jak zawsze...
Jedno jest pewne...
Gdyby OSL widział, że "wpadnie" przez Babę to by się poddał pierwszemu lepszemu Agentowi, byle uniknąć takiej hańby...
Gorszego końca nie mógł sobie wymyślić...
Szkoda tylko, że zginął bez tej świadomości...
     A tak poza tym...
     Dwa helikoptery lądują na terytorium suwerennego Państwa...Żołnierze zabijają mieszkańców jakiejś posesji...I odlatują w nieznane...Akcja oparta na przeczuciach...
     To daje do myślenia...

wtorek, 5 lutego 2013

007 na szwedzkim stole...

     Nie to żebym z nagła zauważyła u siebie objawy choroby sklerotycznej, ale nijak przypomnieć sobie nie mogę, kiedy ostatnio oglądałam szwedzki film...
     Do Szwedów mam stosunek raczej życzliwy, bo mi tak wyszło z życiowych doświadczeń, że Szwedy to fajne Ludzie są...Można by pewnie mieć drobne zastrzeżenia w związku z "Potopem", ale że my wówczas też do najcnotliwszych zaliczyć żeśmy się nie mogli, więc summa summarum wynik zaszłości wyzerowałam...
Kilka dni temu Szwedzi wyszli na plus...
     Pasjami lubię tak zwane filmy akcji...Lubię i oglądam...Oglądam, a wręcz na nie poluję, bo po tych kilku setkach jakie już przyswoiłam trudno mnie w takich filmach czymkolwiek zaskoczyć...
Nawet przyznać się mogę, że szukam w owych produkcjach "dziury w całym"...
A to gra Aktorów bywa kiepska, a to efekty do bani, a to muzyka w degustacji przeszkadza...
Maruda...Prawdziwa maruda...
Tym razem, chociaż podchodziłam do owej produkcji z dystansem, film zaskoczył mnie bardzo...
Wszystko było akuratnie...
Odpowiednia ilość "prężenia muskułów" przez głównego Bohatera...Odpowiednia ilość scen erotycznych, które przyznać muszę Reżyserzy zrealizowali w sposób cudny...Nagości jest tyle co brudu za paznokciem...
Od razu widać, że nie o nagie biusty i kształtne biodra im chodziło...
Główny Bohater nie dokonuje żadnych cudów nadprzyrodzonych realizując swoje zadania...
Jest Agentem, Agentem dodam najlepszym, można by go nawet porównać do 007, gdyby oczywiście JB mniej pił, mniej się łajdaczył i nie pozował na macho...
Hamilton po prostu mnie uwiódł...
Tak, tak...
Mowa o szwedzkiej produkcji "Hamilton: W interesie Narodu", w reżyserii  Kathrine Windfeld i Stefana Jaworskiego...
Ostre rysy twarzy Pana Mikaela Persbrandta może nie od razu się podobają, ale po kilku minutach wzbudza On sympatię...Naturalizm Jego zachowań jest po prostu miły dla Widza...
Jedyny problem jaki pozostaje po obejrzeniu filmu, to fakt, że jeśli chociaż dziesięć procent pokazanych wątków jest prawdą (a filmy tego typu z reguły mają kanwę osnutą w jakimś stopniu na realiach) to jako współczesne Społeczeństwa mamy poważny problem...I nie jestem pewna, czy jeden Pan Hamilton sobie z tym poradzi...
Ale produkcję polecam...
Do obejrzenia i do przemyślenia...
To świetne towarzystwo dla "Wroga numer jeden", który właśnie wchodzi na ekrany...