Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pogaduchy.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pogaduchy.... Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 grudnia 2023

Prawo zemsty...

     Stałam w niewielkim "ogonku" i układałam w łepetynie plan działania, kiedy do moich uszu dotarła wymiana zdań między dwiema "Czterdziestkami" stojącymi przede mną...

     - A coś Ty taka zmachana ??

     - W Brico byłam...Na piechotę...

     - Stało się coś ??

     - Na Mikołaja dostałam patelnię...

     Mój "zły" zachichotał na ramieniu, a uszy stanęły na baczność...Zapowiadało się odlotowo...;o)

     - Ja jemu elegancką koszulę za prawie sto pięćdziesiąt zeta, a on mnie patelnię...- kończyła wątek pokrzywdzona...

     - A co ma Brico do tego ??

     - Hahaha...Na Gwiazdkę dostanie młotek...

     I cały pawilon wypełnił dźwięczny śmiech Czterdziestek...

No cóż...

     Odwróciłam się dyskretnie i chichotałam razem z nimi...Facet otworzył bramy do piekła...;o)

     Nie wiem czy młotek miał być symbolem "jesteś młotkiem", czy miał służyć do wybicia z głowy patelni w formie prezentu mikołajkowego...Duch w Narodzie nie ginie...;o)

poniedziałek, 6 grudnia 2021

To dopiero będzie foch...

     - A czemu Ty Bidulko, w maseczce paradujesz po chodniku ?? - zapytałam Znajomą pod osiedlowym sklepem, bo sądząc po wystających z maseczki częściach twarzy, kiepsko Jej się oddychało...

     - Zapomniałam !! - wyznała szczerze i odsłoniła zasłonięte...Wyglądała makabrycznie...

     - Dopadła nas ta zaraza...- wyznała szczerze...- Mąż po dwóch dniach był zdrowiutki, ja wylądowałam w szpitalu...

I temat się rozwinął...

Znamy się prawie trzydzieści lat, więc było na czym jęzory strzępić...

Nie da się ukryć...Głównym tematem była "ochrona zdrowia"...

I na miejscu Pana Ministra, głowę bym nad tematem pochyliła...

     Kobieta dostała skierowania do specjalistów...Na przykład, do Kardiologa...

Zarejestrowała się w przychodni (dziwna nazwa dla przybytku, do którego nie da się przychodzić), na lipiec 2022...Cudnie...

     Dostała też "bumagę" do Pulmonologa, który zlecił dogłębną diagnostykę, z rezonansem magnetycznym łącznie...Ale, na USG (było pierwsze w kolejce) wyszło, że po przebytej jakiś czas temu operacji pozostawiono jej jakiegoś metalowego "przydasia", więc rezonans wypadł z listy...No chyba, że Znajoma podda się kolejnej operacji, celem usunięcia "przydasia"...Wtedy owszem...

Na operację będzie musiała oczywiście w kolejce poczekać (na poprzednią czekała prawie dwa lata), potem kilka miesięcy na rehabilitację i diagnostykę, i rezonans stanie otworem...

     - Jak mnie skremują to samo wypadnie...- skwitowała Znajoma i ryknęłyśmy śmiechem (miewamy takie głupawki)...

     W tym momencie podeszła do nas pewna Pani...

No cóż...Mieszkamy na Osiedlu ponad trzydzieści lat, więc prawie wszystkie "ryjki" są znajome...

     - Widziałyście co oni na granicy wyprawiają ?? - zapytała retorycznie (bez powitania)...- Ludzi w lasach trzymają, gazem trują, wodą leją...

     Spojrzałyśmy na siebie ze Znajomą...Na twarzach miałyśmy wypisaną "głupawkę"...

Co jest grane ??

     Ta sama Pani, kilka lat temu biegała po Osiedlu i zbierała podpisy pod petycją dotyczącą protestu przeciw budynkowi socjalnemu w sąsiedztwie...

Wtedy też miałam na twarzy wypisaną "głupawkę"...

     Pani motywując konieczność petycji argumentowała, że będziemy zbiorowo gwałceni, napadani, okradani, a rozboje będą na porządku dziennym całodobowo...

     Nie docierała do niej argumentacja, że to zaściankowi Mieszkańcy będą, którym się noga powinęła, których los dopadł smętny, którym się ta pomoc należy jak "psu micha"...Ci Ludzie mieli mieszkania, ale je stracili, bo "windykacja", bo "komornik", bo "eksmisja"...Różnie w życiu bywa...

     Podpisów nie zebrała (szczątkowej ilości nie było komu przedstawić) i się "obraziła"...Przez długi czas chodziła z zadartą głową, nie reagowała na pozdrowienia, nie nawiązywała kontaktów...Miała focha...

     Foch się pogłębiał, bo do "socjalu" wprowadziła się Rencistka, której amputowano nogi, a ze skromnej renty nie była w stanie utrzymać mieszkania i wykupić leki...Człowiek, któremu spłonął dom i nie miał ani kąta, ani pieniędzy na jego odbudowę...Małżeństwo w starszym wieku, ze skromnymi dochodami, marnie radzące sobie we współczesnym Świecie...Każdy z Mieszkańców miał za sobą jakąś smętną historię...

     Ale ani kradzieży nie odnotowano na Osiedlu więcej, ani gwałtów indywidualnych i zbiorowych, ani nawet wulgaryzmów rzucanych w kosmos...Chociaż nie powiem, ówczesny Burmistrz poprosił Policję o wzmożoną "kuratelę" i monitorowanie sytuacji...

     Luksusów nie mają (w odróżnieniu do tej Pani) i żyją sobie skromnie...(To barak przystosowany po ekipach budowlanych)...

     Stałyśmy więc ze Znajomą na tym chodniku, Pani przyglądałyśmy się z zainteresowaniem, bo słowotoku przez cały czas moich rozmyślań nie przerywała...

     - Chyba mi lepiej...- stwierdziła Znajoma, wbijając się z wypowiedzią w oddech owej Pani...

     - Zdrowiej szybko !! - rzuciłam na pożegnanie i ruszyłam do sklepu...

     Pani pozostała na środku chodnika i chyba nie bardzo ogarniała sytuację...No cóż...Pewnie znowu nie będzie się nam kłaniała...Na nasz widok będzie ostentacyjnie unosiła głowę...Foch to foch...  

wtorek, 30 marca 2021

Zołza w lesie...

     Wchodząc do lasu zsunęłam maseczkę i usłyszałam męski głos...

     - Oooo, to Pani...Dzień dobry...

No cóż, w maseczkach jesteśmy wszyscy jednacy...

     Odpowiedziałam na powitanie i zmierzałam w kierunku ścieżki wskazanej przez Luckiego...

     - Odkąd zamknęliście sklep, nie ma nawet gdzie pogadać...- rzucił Facet...

     Obejrzałam się w jego kierunku i usiłowałam przykleić twarz do któregoś z naszych klientów...Nic z tego...Zagajenie rozmowy kiepsko mu szło...

     - Przejdę się z wami...Żona mi umarła...- wypluł z siebie Facet jednym ciągiem, a mnie zrobiło się niewyraźnie...Co mam odpowiedzieć na coś takiego ?? Faceta nie kojarzę, a jego żony to już wcale...Jest mi przykro ?? Współczuję ??

Ale rozmówca nie oczekiwał odpowiedzi...

     - Nie na Covida...Pół roku temu położyła się po obiedzie i umarła...A ja bym nawet nie zauważył, tylko zgłodniałem, a na kolację nie wstała...- mruczał mi do ucha idąc metr za nami...

     - Chorowała ponoć dziesięć lat, a ja się po pogrzebie od dzieci dowiedziałem...- jak nic byłam uczestnikiem "spowiedzi wielkopostnej", na którą ochoty nie miałam...Rozgrzeszać ??

     - Żyliśmy czterdzieści lat razem, a sąsiadki więcej o niej wiedziały...- walił Facet dalej...

Miałam dziwne przeczucie, że zaraz przywali z "dwururki"...

     - Bo wie Pani...Rzadko bywałem trzeźwy...Lubiłem pić...- mruczał, a ja coraz mniej mu współczułam...

     - Teraz też z piersióweczką chodzę, ale nie piję...Od pół roku...- wypluł...

I ręczę Wam słowem, usłyszałam chichot jego żony...

     - Nawet na cmentarz nie chodzę, bo mnie wstyd...- wyznał...

     Jak nic muszę być podobna do naszego Proboszcza, albo Wikarego...Chyba, że Facet "trenuje" przed spowiedzią, żeby przy konfesjonale gafy nie strzelić...A może wie, że kiedyś miałam ksywkę "Matka Wielebna" ??

     - Dzieciaki z wnukami nie przyjeżdżają...Córka to mi po pogrzebie powiedziała, że teraz mogę żyć jak chciałem, w tej swojej "krainie szczęśliwości"...Syn to się wcale nie odezwał...

Teraz to i ja chichotałam...

Niezły "odwet" wzięła Kobieta...

     A mój Bieszczadzki Dziadek mawiał, że "Baba narzeka, a chłop umiera"...Hmmm...Nawet On czasem się mylił...

     - Szybko Pani chodzi...- zauważył Facet, a ja usłyszałam jego sapanie...

     - Amerykańscy naukowcy odkryli ostatnio, że jak się szybko chodzi to jest mniejsze prawdopodobieństwo zarażenia się Covidem...- wymruczał moimi ustami "zły", który od dłuższego czasu siedział mi na ramieniu...Kiepsko Facet trafił, jeśli oczekiwał współczucia...Nawet nie byłam zainteresowana, czy potraktował moje słowa poważnie...

     - To ja przysiądę chwilę...- rzucił Facet zgarniając z leśnej ławeczki śmieci...

     - Do widzenia...- odpowiedziałam z ulgą i ruszyłam dalej...

     Uśmiechałam się do siebie, zmawiając w myślach modlitwę za Zmarłych...Należała się tej Kobiecie, której wcale nie kojarzę...

     Jestem zołzą, wiem...Ale Facet całe życie "pracował" na owoce, które teraz zbiera...Cudo !! ;o)

piątek, 22 marca 2019

Przesolone życie...

     To było dawno temu...Tak dawno, że właściwie można by było między bajki włożyć...Ale...Wydarzyło się na prawdę...
     Jedni z naszych Sąsiadów, to Sąsiedzi "z odzysku"...Nie załapali się na ostatni przydział mieszkaniowy, kwatery prywatne były wówczas katastrofalne, z zajętego bez przydziału mieszkania Ich eksmitowano...Niezły początek jak na młode małżeństwo...
Jedno dziecię kilkuletnie, drugie "przy cycu"...
     W swej determinacji postanowili adoptować poddasze, czyli naszą suszarnię...
Kliteczka to była, nie mieszkanie, ale zawsze "na swoim"...
     Po kilku latach zmarł Jej Ojciec...
     Wtedy się dowiedziałam, że całe życie budował dom "na krańcu świata", żeby spełnić swoje marzenia...Prawie Mu się udało...
Dom na "krańcu świata" stał, tyle, że Jego już w nim nie było...
Pozostała Mama...
Miała pewnie tyle lat co ja dzisiaj...
Na umieranie zbyt wcześnie, na "kraniec świata" zbyt późno...
     Po rodzinnych naradach ustalono, że dom sprzedadzą, a Mama zamieszka z którymś z dzieci...Wybór miała...
     Jeden syn, piękne mieszkanie, urządzone, stabilna sytuacja...
     Drugi syn, piękny dom, urządzony, sytuacja lepsza niż "stabilność"...
Ale Mama wybrała Córkę...
Maleńką klitkę z odzysku, ciasnotę i raczej kiepską sytuację finansową...
    Do Synowych "nie pójdzie", do Zięcia może...
Czym się kierowała ??
Pewnie czymś dobrym, bo Matki już tak mają, że chcą dobrze...
     Postawiła Ich życie na głowie...
On nie stroniący od kieliszka zaglądał do niego coraz częściej...
Ona "między młotem i kowadłem" uśmiechała się smutno...
Mamę widywałam przez lata, jak niespiesznie człapała do Kościoła...
Dzieciaki ??
No cóż...
Były w wieku, w którym takich rzeczy się nie rozumie i nie akceptuje...
Było Im źle, ciasno i nieszczęśliwie...
Ale dorosły...Dorosły i się wyprowadziły (najszybciej jak mogły)...
Zostali: On, Ona i Mama...
     Jego rzadko widuję trzeźwego...
     Ona robiła się coraz bardziej przezroczysta...
     Mama przestała wychodzić z domu (schody są przeszkodą nie do przebycia)...
     I pewnie tak można by było zakończyć tą opowieść, bo z tego marazmu wyjścia właściwie nie ma, gdyby nie to, że...
     Kilka tygodni temu spotykam Ją w sklepie...
Jest piękna !!
Jej uśmiech rozświetla ponury dzień, oczy płoną, twarz...Echhh...
Po prostu jest piękna...
     - Zakochałaś się, czy co ?? - pytam, bo przemiana mnie intryguje...
Wybucha perlistym śmiechem i konspiracyjnym szeptem rzuca...
     - Mam Wnuczkę !!
Eureka !!
     Wracamy razem do domu, a Ona opowiada, opowiada, opowiada...
Emanuje szczęściem i miłością...
Zawsze emanowała, ale tym razem jest to radosne, piekielnie radosne...
     - A On ?? - pytam, bo może wnuczy afrodyzjak podziałał zbawiennie...
     - Coś Ty !! Gamoń !! - rzuca z pogardą...- Mama też ciągle psioczy, że tylko "wnusia i wnusia"...- i śmieje się radośnie...
     - Wiesz co robię ?? - zapytała...- Kiedy już mam Ich dosyć, to ubieram buty i mówię, że idę do sklepu...Minibusem obracam w godzinę i mogą mi już wtedy truć duszę...Akumulatory mam naładowane...Pół godziny z Wnusią wystarcza...
     Nie mogę się napatrzeć na tę przemianę...
     Aż mi żal, że za moment się rozstaniemy...
     - Chcesz ?? Pokażę Ci zdjęcia ?? - pyta z taką nadzieją w głosie, że teraz ja parskam śmiechem...
     - Pewnie, że chcę...- odpowiadam...- Kto lepiej zrozumie Babcię niż Babcia ??
     I zaczynamy podziwianie Wnusi...
Nagle przerywa...
     - Wiesz, od lat myślałam, że nic mnie już dobrego w życiu nie spotka...Podjęłam jedną decyzję i spaprałam
wszystko...Rodzinę...Małżeństwo...Życie...Słono zapłaciłam...

poniedziałek, 4 marca 2019

Dziecko prawdę Ci powie...

     W klasie czwartej Pani przeprowadzała lekcję, której tematem był "sukces"...
     I słowo, i znaczenie bardzo modne w naszych czasach, i nie ukrywajmy, pożądane...
     Nauczycielka ze sporym stażem świetnie temat przygotowała, a że Dzieciakom zjawisko dobrze znane (przynajmniej ze słyszenia), więc z ochotą uczestniczyły w dyskusji...
Pod koniec lekcji, Pani zapytała:
     - A czy Wy znacie kogoś, kto odniósł sukces ??
Las rąk...
Serce się raduje...
Dzieciaki rzucają nazwiska znanych Polityków, znanych Sportowców...
Wśród tego lasu ręka Oliego...
     - Oli...Kto według Ciebie odniósł sukces ?? - zapytała Nauczycielka...
     - Mój Tata !! - dziarsko odrzekł Młodzieniec...
W klasie się uciszyło, a serce Pani zadrżało radośnie...
Uśmiech nieznaczny wypełzł na usta, a duszyczkę nauczycielską zaczęła wypełniać duma...
     Tak, tak...Dobrze kombinujecie...
     Ów Tata, Człek sukcesu, był wiele lat temu Wychowankiem owej Pani...
Ale, że Nauczycielki lubią dogłębnie temat badać, padło kolejne pytanie...
     - Dlaczego Twój Tata jest człowiekiem sukcesu ??
     - Bo nie poszedł na studia !! - walnął Oli, a Pani musiała bardzo się starać, żeby nie parsknąć śmiechem...
     A że Dzieci ponoć zawsze mówią prawdę, to wierzcie mi na słowo, Oli powiedział najszczerszą prawdę...
     Jego Tata jest Kucharzem, i to Kucharzem przez duże "K"...
     Ja Go poznałam, kiedy jeszcze był dzieciakiem, kończył szkołę średnią...
Sympatyczny, zawsze uśmiechnięty...I z wielkim darem...
Darem do gotowania...
     Z prostego dania umiał wydobyć finezję smaku...
Uwielbiałam jeść Jego potrawy...I uwielbiam...;o)
     Potem ruszył w wielki Świat...(To mój Bocianek)
Gotował w Stanach...Gotował w Europie...
Zbierał "rozumki" i gotował...
Teraz prowadzi własną Restaurację...
     Kiedy gotuje, nic innego nie istnieje...
Oli miał absolutną rację !!
Może tylko ta prawda odrobinę zabolała nauczycielską ambicję...Bo powód do dumy, ma Ona na pewno...

sobota, 13 czerwca 2015

Optymista potrzebny od zaraz...

     - Co słychać ?? - zapytałam zaraz po klasycznym powitaniu, i po kilku sekundach wiedziałam, że trzeba się było w jęzor ugryźć i spadać z zakupami do domu...
     Znajoma podniosła głowę, a w Jej oczach zalśniły łzy...
Orzesz...(ko)...
Coś palnęłam ??
     Kobietę znam od wielu lat...Nasza Córcia chodziła z Jej Synem do jednej klasy...Wieki temu...W Podstawówce...
Ale w życiu nie widziałam Jej w tak kiepskiej formie...
     - Samo nieszczęście...- odpowiedziała Znajoma, a ja postawiłam siatki na podłodze...
Zapowiadało się na dłuższe "zakupowanie"...
     - Narzeczona Syna oddała Mu pierścionek zaręczynowy dwa tygodnie przed ślubem !! Ponad sześć lat ze sobą chodzili !! - wyrzucała z siebie Kobieta, jakby chciała zdążyć zanim łzy pociekną Jej po policzkach...
Się porobiło...
     - I Pani płacze ?? - zapytałam po wysłuchaniu pierwszych wykrzykników...
Znajoma spojrzała na mnie ze zdziwieniem...
     O Chłopaku mogę powiedzieć same dobre rzeczy...Spokojny...Rozważny...Inteligentny...Gdyby nasza Córka chciała wyjść za Niego (a w dzieciństwie stanowili "parę"), to przyklasnęłabym temu dwiema "ręcami"...
     - Płakać by trzeba było, jakby mu rzuciła obrączką dwa tygodnie po ślubie, bo to dopiero by była jazda...Teraz to Ona zrobiła "dobry uczynek"...
     Łzy Znajomej przestały ściekać...
     - Chłopak się pozbiera...Nie mówię, że to łatwe będzie po sześciu latach, ale z czasem się pozbiera...Znajdzie Dziewczynę, co będzie szukała czegoś więcej niż wrażeń, i będzie szczęśliwy...Dobry Chłopak jest, to sobie poradzi...A Jej krzyżyk na drogę i buty w garść...
     Znajoma uśmiechnęła się nieznacznie...
     - Mieszkanie musi wynająć...- wtrąciła nieznacznie...
     - On ?? A niby dlaczego ?? Niech Ona sobie wynajmie...On nic nie musi...- odpowiedziałam...
     Znajoma przekrzywiła głowę i przyglądała mi się z coraz większym zainteresowaniem...
     - Ale pracę zmienić musi, bo razem pracują, a On nie chce się z Nią widywać...-wyliczała...
     - To zanim złoży wypowiedzenie, niech jedzie na urlop, niech nabierze dystansu...Pośpiech jest wskazany przy łapaniu pcheł, a nie przy zmianie pracy...
     Znajoma parsknęła śmiechem...
     - Ochłonie to zdecyduje...- podsumowywałam...- Tylko może niech Pani przy nim tak nie "przecieka"...- poprosiłam...
     - Boże !! Jak mnie tego Pani sklepu brakuje !! Teraz nawet nie ma gdzie się człowiek wypłakać...- wyznała Znajoma, i tym razem ja parsknęłam śmiechem, bo stałyśmy na środku sklepu spożywczego...
     - Głowy do góry !! A Synowi niech Pani powie, że nic lepszego nie mogło Mu się w życiu przytrafić !! - odpowiedziałam na pożegnanie...
     - Teraz leci do Japonii, na jakieś rozmowy...Powiem Mu po powrocie...- odpowiedziała Znajoma i z uśmiechem ustawiła się w kolejce...

piątek, 25 kwietnia 2014

Na psa urok...

     Ona jest naszą stałą Klientką...Uśmiechnięta, zadbana, zawsze w towarzystwie statecznej suczki...
     Jego widziałam po raz pierwszy...
     - Dzień dobry !! - Powitała mnie radośnie Ona...- Przyszliśmy kopiować dokumenty... - dodała...
     - Dzień dobry... - wymruczał On, niechętnie... - Może byś się przymknęła !! - zwrócił się do Żony... - Niech mi to Pani skopiuje po razie, ale trzeba odwrócić... - wydał komendę mnie...
     - Ta Pani wie... - wtrąciła nieśmiało Ona...
     - Co wie to wie !! A co trzeba powiedzieć to trzeba !! Ty mnie nie pouczaj !! - usłyszała Żona w odpowiedzi...
     - Może byśmy wzięli kilka długopisów... - cicho zapytała Ona... - W domu jest tylko ten co przerywa...- dodała...
     - Ty byś tylko wydawała !! Jak zarobisz to kupisz !! - uciął długopisową dyskusję On... - A poza tym, Ty nie umiesz pisać !! - dodał...
     Ona potulnie odłożyła długopisy na miejsce...
     - Proszę jeszcze to skopiować... - stwierdziła podając mi dokument...
     - Aleś Ty durna Baba jest !! Po co to kopiujesz ?? Doopę sobie tym podetrzesz ?? - indagował napastliwie...
     - Przecież muszę...- szeptała Ona...
     - Zapłać !! - padła komenda tak dosadna jak "aport"...
     Klientka bez szemrania zaczęła szukać drobnych w wysłużonym portfeliku...
     I kiedy już niczego dobrego się nie spodziewałam, do moich uszu doleciało czułe i tkliwe...
     - No i jak moja piękna ?? Moja ty księżniczko...Moje kochanie...Przytulisz się ??
Oniemiałam...
Podniosłam wzrok i spojrzałam na Niego...
Stał za progiem sklepu i czule przytulał psa, szczebiocząc radośnie...Jego twarz płonęła szczerym uczuciem...
     Klientka patrzyła smutno na te umizgi...
     - Do widzenia... - wyszeptała łamiącym się głosem...

wtorek, 11 marca 2014

Oddawać moją kasiorę !!

     Sygnał telefonu wbił się w delikatnie sączącą się muzyczkę płynącą z radyjka...
Aż podskoczyłam na krześle...
Że też telefon dzwoni zawsze wtedy jak jestem nad czymś wyjątkowo skupiona...
Echhh...
     Miły męski głos przywitał się ze mną grzecznie i oznajmił...
     - Nazywam się "Popierdułka Iksiński", dzwonię do Pani z "Idealnego banku". Czy Pani Gordyjka ??
     Orzesz...(ko)...- pomyślałam sobie - będą mi kolejny kredyt wciskać, chyba już setny w tym roku...
     Bo nie wiem jak Wy, ale ja już otrzymałam od początku roku ofert kredytowych tyle, że nawet moje prawnuki by tego zadłużenia spłacić nie dały rady...
Prawdziwy "telefoniczny" majątek...
     Ale coś mnie tknęło, i zamiast stałej formułki "nie jestem zainteresowana Waszą ofertą", potwierdziłam dane...
     - Pragnę zaznaczyć, że nasza rozmowa jest rejestrowana...- oznajmił męski głos...
     A rejestruj sobie do woli - przez łepetynę mi przeszło...
     - Słucham...- oznajmiłam, żeby sobie nie myślał ów "Popierdułka", że mu głosu skąpię...
     - Przygotowaliśmy dla Pani Firmy wyjątkową ofertę...- zaczął swoje kuszenie i głos zawiesił...Wedle znanych mi standardów miałam w tym momencie okazać zainteresowanie...
     Niedoczekanie - pomyślałam sobie, dzwonisz to się wysil !!
Męski głos widocznie się nie doczekał odpowiedniej reakcji, bo wyartykułował...
     - Mam dla Pani dwadzieścia pięć tysięcy bezzwrotnej pożyczki...
Ło Matko i Córko !!
Wreszcie jakaś przyzwoita oferta !!
Toż takie dwadzieścia pięć koła uzupełniło by idealnie nadszarpnięty z lekka budżet domowy...
Aż mi się ryłko w "banana" wygięło !!
     - Proszę je przywieźć do Firmy !! - oznajmiłam szybko, żeby się czasem Pan "Popierdułka" nie rozmyślił i z oferty nie zrezygnował...
     W słuchawce zapanowała cisza...
I znowu cisza...
Cisza...
     A potem....
Dryń...Dryń...Dryń...
     Pan się rozłączył...
Orzesz...(ko)...
     A moje dwadzieścia pięć koła ??
     Nawet adresu podać nie zdążyłam...!!
 

piątek, 31 stycznia 2014

To dopiero piękny awans...:o)

     Nie przychodzi często...Czasem raz w tygodniu...Czasem raz na miesiąc...Niewysoka Kobieta, która jest lewie kilka lat młodsza od mojej Mamciaśki...
     Czasem przychodzi kserować wyniki badań...Czasem przyjdzie tylko sobie "posiedzieć"...
     - Nie będę przeszkadzać... - szepcze i siada na krzesełku...
Kiedy nie ma Klientów snuje swoje opowieści...
     Opowiada o Dzieciach, o Wnukach, o tym jak została sama, o tym jak przez czterdzieści lat pracowała...Czasem potrzebuje po prostu pogadać...
     Nie jest samotna...
     Rodzina mieszka dwa bloki dalej i bardzo się cieszy z każdych Jej odwiedzin, ale Ona nie chce Im ciągle siedzieć "na głowie"...
     Kiedy kilka dni temu weszła, od razu wiedziałam, że stało się coś niedobrego...
Jej twarz była "wymięta" a w oczach lśniły łzy...
     - Wie Pani...Zawsze najbardziej bałam się dializ...To był taki podświadomy lęk...Nawet mi się śniły te potworne aparaty... - wyznała... - I chyba mnie nie ominą...
Trochę się orientowałam w Jej stanie zdrowia, więc ewentualne dializowanie było jak najbardziej realne...
Nie pocieszałam Jej...
Jeśli Ktoś odczuwa podświadomy lęk, to pocieszanki nie na wiele się przydadzą...
Posiedziała chwilkę w milczeniu i poszła...
     Wczoraj wkroczyła (!!) do sklepu, stanęła na środku, podparła się pod boczki i zawadiacko przekrzywiła głowę...
     - No i co ?? - zapytała...
Przez makówkę mi przeleciało, że powinnam coś zauważyć...
Fryzura ??  
Nowy płaszcz ??
Buty ??
     Orzesz...(ko)...
Kiepska jestem w te klocki...
     Kobieta stoi i emanuje wprost światłem wewnętrznym, a ja ni czorta "żarówki" znaleźć nie umiem...
     - Wygląda Pani na nieziemsko szczęśliwą... - rzucam niepewnie...
     - Haaa !! - radosny krzyk świadczył o tym, że trafiłam...- Zostałam Prababcią !!
     A potem jednym ciągiem usłyszałam skrupulatną relację jak ten fakt niesamowity się realizował...
     Jej relacji nie zakłócali wchodzący Klienci...Nie przeszkadzał Jej panujący zgiełk...I bynajmniej nie zamierzała siedzieć w kąciku...
     Była Królową !!
     Królową Prababcią !!
Uwielbiam takie newsy...

czwartek, 16 stycznia 2014

"Kumaci" śpią za darmochę...

     Odwiedził mnie pewien młody Człowiek...Chudzinka lat kilku...Dokładnie mówiąc, Uczeń klasy drugiej...Pewnie by nie było nic dziwnego w owych odwiedzinach, gdyby nie fakt, iż ów młody Człowiek taszczył pod pachą pokaźnych rozmiarów teczkę, wypchaną po brzegi dokumentami...
     - Poproszę ksero... - sprecyzował potrzebę, a ja z ciekawością zerknęłam na owe dokumenty...
Hmmm...
Buziak mi się roześmiał na ów widok...
     - Bierzesz udział w konkursie matematycznym ?? - zapytałam...
     - Tak... - odpowiedział smutno Chłopak...
     - Nie lubisz matematyki ?? - usiłowałam dociec przyczyny smutku...
     - Lubię...Ale tyle nauki... - westchnął Dzieciaczek...
     - Na konkursy zawsze trzeba sporo się namęczyć... - pokiwałam głową ze zrozumieniem...- Ale pewnie jesteś najlepszy w Klasie ?? - próbowałam poprawić Mu humor...
     - Jestem...Umiem tabliczkę mnożenia do stu...I dzielić w pamięci do stu...I dodawanie w słupku...I odejmowanie...- wyliczane umiejętności robiły na mnie wrażenie...
     - To pewnie zostaniesz Matematykiem, albo Informatykiem... - kontynuowałam rozmowę ...
     - Piłkarzem... - oświadczył mój Klient...
     - Piłkarzem ?? - zapytałam ze zdziwieniem... - Hmmm...Piłkarzowi matematyka tez jest potrzebna...- stwierdziłam...
     - No jasne !! - entuzjastycznie podchwycił Chłopiec... - Trzeba pieniądze liczyć !! Czy Pani wie, że najlepsi zarabiają 36 tysięcy złotych na godzinę ?? Nawet wtedy jak śpią... - otrzymałam wyjaśnienia...
Ło Matko i Córko...
Szczęka mi opadła do kolan...
Twarz Chłopaka emanowała podziwem dla posiadanych informacji...
No cóż...
Na miejscu Pani od matematyki też bym Go chyba na ten konkurs wysłała...
A tak swoją drogą...
Niby taki człek "kumaty" a za darmochę śpi...

poniedziałek, 2 września 2013

Na starość to ja czasu nie mam...

     No to się skończyły...Nie ma to tamto...Trzeba to przyjąć "na klatę"...Finito...
Wakacje 2013 ogłaszam za zamknięte...
     Tyle, że wcale nie świadczy o tym data w kalendarzu...Nawet galowe stroje snujących się ze spuszczonymi głowami Uczniów też przemawiają do mnie słabo...
Koniec wakacji, bo Babcia wróciła ze szlaku...
Ot co !!
     Babcia jest naszą stałą Klientką od lat i tradycją się stało, że kiedy wakacje się kończą babciny laptop ma awarię...Dzisiaj właśnie dotarł...
     Babcia jest Emerytką...Na osi czasu minęła "szóstkę"...I jest Wulkanem energii...
U nas ma ksywkę Babcia Wędrowniczka...
Nijak Biedna na miejscu usiedzieć nie może...
     - Co zaliczone tym razem ?? - zapytałam zaraz po powitaniu...
     - Barania i okolica... - wyznała Babcia z uśmiechem...
     - Pięknie !! - pochwaliłam wyczyn z entuzjazmem...
     - Ale na Giewont nie weszłam... - wyznała Babcia ze smutkiem... - W połowie skapitulowałam...
     - A to wredota ten Giewont !! - zganiłam oporną Górę...
     - Jakbym miała kijki to pewnie bym weszła... - rozważała Babcia...
     - To trzeba powtórzyć w przyszłym roku !! - zachęcałam...
     - Musowo... - i twarz Babci rozjaśniła się uśmiechem...
Wulkan...Najprawdziwszy Wulkan...
     Babcia dzień zaczyna od "kijków" i kilkukilometrowej wędrówki po lesie...Od września do czerwca chodzi na aerobik...Działa w Klubie "Młodzieży"...Przygotowuje albumy ze swoich podróży..."Obrabia" filmiki...I nigdy nie ma czasu...
     - Starość ?? - stwierdziła kiedyś... - Na starość to ja czasu nie mam...Zagoniona na tej emeryturze jestem strasznie...

czwartek, 29 sierpnia 2013

Wakacje spaprane na medal...

     Bardzo lubię tą Dziwuszkę...W czasie roku szkolnego często odwiedza mnie w drodze ze szkoły...Czasem przychodzi "pooglądać"...Czasem opowiada mi swoje szkolne przygody...
Tym razem przyszła z Mamą, a Ich wizyta zapowiadała się na dłuższą...Przyniosły spore archiwum do skopiowania...
     - Jak tam wakacje ?? - zapytałam i zabrałam się do kserowania...
     - Dobrze...- odpowiedziała Dziewczynka, a mnie uderzył Jej bardzo smutny głos...
     - Córka była na koloniach w Chorwacji... - wyjaśniła Mama...
     - Oooo...To się pewnie w Morzu cieplutkim pokąpałaś... - kontynuowałam rozmowę...
     - Czasem...Jak Pan Ratownik pozwolił...- odpowiedziała Dziewczynka...
     - Ratownika trzeba słuchać...- wtrąciłam...
     - On nic nie mówił, On tylko gwizdał...- stwierdziła moja Rozmówczyni i dodała...- a jak przyjechała na wczasy Jego Narzeczona to już nawet nie gwizdał...
     Mama Dziewczynki spojrzała na Nią zdziwiona, a mnie przeszło przez myśl, że z tym wyjazdem coś nie do końca jest "dobrze"...
     - To jak ta Narzeczona przyjechała to nie kąpaliście się wcale ?? - zapytałam...
     - Wcale...Czasem raz...Nasza Pani nie umiała pływać, więc siedzieliśmy na plaży...
     - I co robiliście ??- drążyłam temat, bo gromada dziesięciolatków siedzących na plaży wydała mi się nienaturalna...
     - Nudziliśmy się...- wyznała cichym szeptem Dziewczynka...- Pani albo czytała książkę, albo pisała coś na laptopie...
Orzesz...(ko)...
Taka wizja wakacji i mnie wydała się nudną...
Mama Dziewczynki przestała się przyglądać półkom i spoglądała na Córkę z zainteresowaniem...
     - A jakieś wycieczki przynajmniej Wam robili ?? - zapytałam...
     - Pojechaliśmy autobusem do jakiegoś Miasta, ale nazwy nie pamiętam...
     - I co tam było ciekawego ?? - kontynuowałam "przesłuchanie"...
     - Nic...Pani zaprowadziła nas do parku i dała "czas wolny"...Ławeczki tam były...- opowiadała Dziewczynka...
     - A Pani gdzie była ??- nie wytrzymała "napięcia" Mama...
     - Poszła...Chyba na zakupy bo potem miała kilka torebek...- wyznała Dziewuszka smutnym głosem...
     - I tak siedzieliście ?? - dopytywałam, bo wyznania Młodej totalnie mnie zaskoczyły...
     - Tak...Chłopaki pobiegli po lody, ale tam taka ulica była szeroka i jak potem chcieli wrócić to Ich jakiś Pan przyprowadził i nawet krzyczał na Nich, ale nic nie rozumieliśmy...
Oniemiałam...
Mama Dziewczynki z pobladłą twarzą osunęła się na krzesełko...
     - Córcia...- wyszeptała...- czemu Ty nic nie mówiłaś...
Dziewczynka wzruszyła ramionami...
Skończyłam kopiowanie, spakowałam dokumenty, odebrałam należność...
     Nim minęła godzina ponownie pojawiła się Mama Dziewczynki...Tym razem sama...
     - Przepraszam, że zawracam Pani głowę...- zaczęła...- Co Pani o tym myśli ?? - zapytała...
     - Że to granda !! - nie owijałam w bawełnę...
Kobieta pokiwała głową...
     - Muszę coś z tym zrobić !! - podjęła decyzję...
     - Koniecznie...- potwierdziłam...
     O takim "tumiwisizmie" to ja dawno nie słyszałam...

czwartek, 20 czerwca 2013

O Mlecznym Zawiszy przez Biedronkę pokonanym...

     Pewnie nie było to Jej zamierzeniem, ale "Pani od mleka" wpisała się na stałe w pejzaż naszego Osiedla...
Szczuplutka Kobietka gnająca na swoim rowerku bez względu na porę roku, bez względu na pogodę...
Ona, Jej rowerek i masa torebek porozwieszanych na bagażniku, kierownicy i siodełku...
Bywały ulewy, które przysłowiowego "psa" by z domu nie wygoniły, bywały śnieżyce i zawieruchy, które paraliżowały nawet pługi śnieżne...
A "Pani od mleka" zawsze jakoś do swoich Odbiorców docierała...
     Żeby być Odbiorcą trzeba było mieć farta...
     Ja nie miałam...
     Kiedykolwiek pytałam o możliwość zakupy swojskich wiktuałów, "Pani od mleka" odpowiadała:
     - Przykro mi, ale mam już komplet...
Hmmm...Przykro to mogło być mnie...Trzeba było obyć się smakiem, albo poszukać innego źródełka mleczka prosto od krowy, śmietanki, serka, albo jajeczek od prawdziwych kur błądzących ( nie mylić z tymi grzebiącymi)...
I tak mijały lata...
     Rynek się zmieniał, na Osiedlu powstało kilka bardzo szacownych placówek handlowych, ale "Pani od mleka" kursowała kilka razy w tygodniu...
Jak Zawisza Czarny...
A może powinno być Zawisza Biały...??
Ostatnio odwiedziła mnie w sklepie...
     - Rozwozi Pani swoje skarby...?? - zapytałam, bo przed sklepikiem zaparkowała swój rowerek...
     - Już niedługo... - odpowiedziała i Jej oczy posmutniały... - Do końca roku wożę, a później koniec...Wszystko sprzedaję...
     - To przykre... - odpowiedziałam... - Takie jedzenie to prawdziwy skarb...
     - Skarb ?? - zapytała "Pani od mleka" z widoczną goryczą... - Jaki skarb ?? Teraz Ludzie do Biedronki gnają...Tamto mleko krową nie śmierdzi...Śmietanka w kartonie...Jaja w wytłoczce...
     - Z chemią w gratisie... - dokończyłam...
"Pani od mleka" spojrzała na mnie z zainteresowaniem...
     - Z chemią...Święta racja...Ale Ludziom nie przegada... - i "Pani od mleka" smutno pokiwała głową...
     - Moda taka...Minie jak każda... - podsumowałam...
     - Synowa powiedziała, że przyjdzie mieszkać jak się bydląt pozbędę...- wyrzuciła z siebie "Pani od mleka"... - Dom mamy piękny...Piętrowy...I pusty stoi...Ale bydlątka sprzedać trzeba...Może chociaż kurki zostaną...Bo wie Pani, Młodych to teraz tylko interesuje ile działek mamy budowlanych, ile lasu...Krowie ogony to już nie są w modzie...
     - Przy "ogonach" trzeba się naskakać, a przy działkach budowlanych nie...- odpowiedziałam...
     - Ale przecież te działki to właśnie z tych "ogonów" są...Z czego mają być jak nie z roboty ??
No cóż...
Na to pytanie nie znalazła Gordyjka odpowiedzi...
Bo, że Młodzi chcą wygodnie, to nie ma się co dziwić...
Ale przecież to gospodarstwo to całe życie tej Kobiety...
I Osiedle pewnie będzie smutniejsze bez "Pani od mleka"...

poniedziałek, 20 maja 2013

Opera mydlana w jednym akcie, czyli jak odkryłam podgatunek padalca...

     Siedzieliśmy sobie, z Panem N. na górnym pokładzie zacumowanej barki...Słoneczko tańczyło skocznego walczyka na falach Wisły...Z zamkowego wzgórza dumnie spoglądał na nas Wawel...
     Jeśli gdzieś jest Raj, to dla nas może wyglądać właśnie tak...
     Czekając na realizację zamówienia rozkoszowaliśmy się chwilą...
     Restauracja nie miała wielu Gości...Środek dnia...Ani to pora na posiłek...Ani to pora na imprezowanie...Ledwie kilka Osób zasiadało pod parasolami...
     Po kilku minutach naszego pławienia się w "cudnościach" Krakowa przy sąsiednim stoliku zasiadła para...
On pod czterdziestkę...Ona pod czterdziestkę...
On mniej niż przeciętny...Ona przeciętna do bólu...
     Po chwili nadałam im w myślach "ksywki": 
     Motyl Emanuel i Makowa Panienka...
     I chociaż, Dagusia mi świadkiem, mydlanych oper nie lubię, a łzawe tasiemce przełączam natychmiast, tym razem, to co działo się przy sąsiednim stoliku przykuło moją uwagę maksymalnie...
Z resztą...
Trudno było się odseparować, bo Parka mówiła głośno, dobitnie i bez żenady...
     Najpierw dowiedziałam się, że "Emanuel" genetycznie nie znosi pożyczać i posiadać pożyczonych rzeczy...
I że właśnie obchodzi urodziny...
I że nie ma zamiaru płacić za poczęstunek...
I że Jego Towarzyszka bardzo dobrze zarabia...
I że bywa gościem w domu...
I że posiada Potomka w wieku niemowlęcym...
I że jest bardzo nieszczęśliwy...
     A, że jak wspomniałam, była to ożywiona dysputa, a nie monolog, więc Panienka, po każdym nowym "stwierdzeniu" Emanuela wrzucała swoje trzy grosze...
Po kilku pierwszych zdaniach, stwierdziłam ze zdziwieniem, że "Ona ma tak samo"...
Co prawda, miała "tak samo", ale trochę inaczej...
Ale "właziła" Facetowi "bez mydła i to w "biały" dzień przy Ludziach...
Czekałam z niecierpliwością, że oświadczy, iż tak jak On sika na stojąco...
Żenada...
     "Emanuel" rozkręcał się na całego...Poruszał coraz bardziej drażliwe tematy...Zamawiał coraz droższe pozycje z Menu...
A Panienka potakiwała...
     - Wiesz...Mnie całe tygodnie w domu nie ma...Ale jak wracam to chcę mieć zadbaną Kobietę w domu, a nie kocmołucha, który chodzi we flanelowej koszuli !! Do Fryzjera nie chodzi !! A ostatnio jak poszła i chciała się zrobić na blond, to wyszło rude...Ja bardzo lubię blond...Taki jak Twój... - wyznał Emanuel...
Panienka pokraśniała na liczku...
     - Ja też nie uznaję nie zadbanych Kobiet !! - przytaknęła... - Makijaż...Fryzura...Zrobione paznokcie... - to wizytówka Kobiety !!
     - Nic starania... - żalił się dalej "Motylek" - A kiedyś była taka zadbana !!  - podkreślał...
     - To ile jesteście po ślubie ?? - dociekała Makowa Panienka...
     - Dzieciak ma trochę ponad rok...To będzie prawie dwa lata...Ale wcześniej byliśmy ze sobą kilka lat...  - kombinował Emanuel, a mnie strasznie korciło, żeby sprawdzić, czy liczy na palcach...
     - Jakby nie dzieciak, wcale bym się z Nią nie żenił... - i owo oświadczenie wywołało ogromną wesołość Blondynki...
     - Ale mówiłeś, że masz coś na boku... - kontynuowała jak tylko przestała "rechotać"...
     - Mam trzy Asystentki...Bardzo fajne Dziewczyny...Szczególnie jedna...Co prawda mężatka, ale ten Jej Mąż to fajny facet... - snuł swą opowieść Emanuel...
     - Nie ma nic przeciw romansowi Żony ?? - dociekała Panienka...
     - Nic nie wie...Ale przecież się nie będzie rozwodził przez mały skok w bok...On Ją bardzo kocha... - kontynuował Motylek...
     - A ile Ona ma lat ?? - rzuciła pytanie Blondyna...
     - Dwadzieścia osiem... - usłyszałam odpowiedź i zrobiło mi się żal tych Ludzi...
     - Oooo...To sporo młodsza ode mnie...- z żalem w głosie oznajmiła Makowa Panienka...
     - Nie przesadzaj... - z nonszalancją skarcił Ją Emanuel... - Ty to inna kategoria...
I temat wrócił do Żony...
     Epitet za epitetem...
     Krytyka za krytyką...
     Przyznam, że nawet trudno mi określić, które z tej "pary" wykazało się większą podłością...
Jedno można było wywnioskować...
Ta Żona to zła Kobieta była...
     - I co zamierzasz ?? - zapytała Panienka...
     - Rozwód...Tylko jedno rozwiązanie widzę...Przecież nie będę trwał w takim związku...- podsumował Emanuel wychylając kolejny kieliszek wódki...- Ty wiesz, że Ona nawet spakować się nie umie ?? Wszystko zawsze na ostatnią chwilę zostawia...Żeby chociaż raz zarezerwowała jakiś stolik w knajpce, albo jakiś wypad za miasto...Nic !!
     - Nudna jest...- podsumowała Makowa Panienka...
     - Ty to co innego... - wymruczał Motylek...
     W "mydlanych operach" w tym momencie pewnie następują litery końcowe i zapowiedź kolejnego odcinka, ale nasza "opera" zakończyła się bardziej przyziemnie...
Zapłaciliśmy rachunek i opuściliśmy nasz magiczny "raj"...
     - Biedna ta Żona... - stwierdziłam schodząc z pomostu... - mam nadzieję, że się szybko rozwiodą to sobie jeszcze Dziewczyna życie ułoży...
     - No coś Ty !! - obruszył się mój Ślubny... - Facet kłamał w każdziutkim słowie !! W życiu w takie głupoty bym nie uwierzył...
Pobajeruje...Pozanęca...Naje się do syta...Nachla ryja...Może nawet jakiś hotelik zaliczą i wróci do Żonki...
     - Padalec !!  - wyrwało mi się... - a ta Panienka jeszcze gorsza...Mąż w domu, dzieciaki prawie dorosłe, a Jej hormony zamiast szarych komórek w głowie siedzą...
     - Warci siebie... - potwierdził Pan N.
Malownicza parka jeszcze długo kłębiła się nam w głowach...
I kłębi się do dzisiaj...
Trudno uwierzyć, że istnieje taki podgatunek...


  

wtorek, 7 maja 2013

Z Kobietami nawet Batman nie wygra...

     Ostatnio nasz sklepik nawiedzili Klienci, a właściwie Klientki, których zachowanie bardzo zapadło mi w pamięć...
Babcia lat około 55...Mama lat około 30...I Brzdąc lat może czterech...
     Z reguły ogromnie lubię takie nawiedziny, bo wprowadzają mnie w wyśmienity humor...
Szczególnie zachowanie Kilkulatków bywa rozkoszne...
Tym razem jednak było odrobinę inaczej...
     Brząc na widok otwartych drzwi sklepu dostał przyspieszenia, niczym Robert Kubica w Formule 1...Babcia "skwasiła" minę, jakby dopiero co spałaszowała cytrynę...A Mamuśka wyglądała na poirytowaną...
Nim Maluch przekroczył próg Mamuśka wysyczała przez zaciśnięte usta...
     - Jak nie będzie naklejek wychodzimy bez marudzenia...
     Nie trudno było się domyśleć, że ową uwagę kierowała nie do  "skwaszonej" Babci, a do swego Potomka...
     Potomek potakująco pokiwał głową i rzucił się biegiem do wystawki z naklejkami...
     Jak na mój nos, dokładnie wiedział, że opuszczenie sklepu bez upragnionej naklejki mu nie grozi...
Mama z Babcią zajęły miejsca w drugiej linii...
     Maluch z szeroko otwartymi oczkami przyglądał się kolorowym kartonikom i uśmiechał się sam do siebie...
Po kilku minutach kategorycznie zdecydował...
     - Mamusia, tą...
I się zaczęło...
     Babcia niczym lwica rzuciła się do wystawki i zaczęła pokazywać Wnukowi każdą jedną z naklejek zachwalając swój wybór...
Mamuśka też miała swoje typy...
Tyle, że żadnej z nich nie podobał się kartonik wybrany przez Dziecko...
     Po kilku minutach przekonywania uśmiech zniknął z twarzy Dzieciaczka, a Kobiety były coraz bardziej rozdrażnione...
Już nawet nie przekonywały Brzdąca...
Przekonywały siebie nawzajem...
Dziecko stało z boku...
     - No to, którą w końcu chcesz ?? - zapytała Matka zdenerwowanym głosem...
     - Tą Mamuś... - i Dzieciak wskazał wybraną przez siebie wcześniej naklejkę...
     I wówczas nastąpił słowotok, którego ani Dziecko, ani ja nie powinniśmy słyszeć...
     - Za grosz gustu nie masz !! Uparłeś się jak osioł !! Takie brzydactwo wybrać !! Ani myślę pieniędzy wyrzucać na coś takiego !! Jak się w końcu zdecydujesz to porozmawiamy !!  - wyrzucała z siebie Mamuśka...
     - Mądrusiany po Tatusiu... - dołożyła w międzyczasie Babcia...
     Dzieciaczek po pierwszych słowach ryknął płaczem...Mnie było cholernie głupio...
     Mamuśka wywlekła (dosłownie) Dzieciaka za sklepu, Babcia fuknęła do mnie coś na kształt pożegnania, a dziecięcy płacz dobiegał do mnie jeszcze przez kilka minut...
Popatrzyłam na naklejkę z "Batmanem"...
On też jakoś tak posmutniał...

środa, 20 lutego 2013

Dieta cud...:o)

     - To jest po prostu niemożliwe... - oświadczył Pan N. przerywając moją krzątaninę przy kuchennych blatach...
     - Co jest niemożliwe ?? - zapytałam, usiłując sobie jednocześnie przypomnieć czy wodę na makaron soliłam, czy nie...
     - Od rana przytyłem półtora kilo... - zakomunikował Ślubny...
     - To coś Ty jadł ?? - zapytałam bezrozumnie, bo jadłospis Pana N. na dzień bieżący znałam dobrze...
     - Od wczoraj pączka, trzy markizy, dwie kawy i pół litra mineralnej gazowanej... - wyliczał Skrupulatnie Małżonek...
     - Może waga jest zepsuta ?? - dociekałam przyczyn zawyżenia mężowskiej wagi, bo spożyte pokarmy w sumie nie ważyły nawet połowy nagłego skoku kilogramów, a dodajmy że był już wieczór...Pan N. na owym "pączku" hulał kilkanaście godzin...
     - Taaa...Jak waży Ciebie to jest dobra, a jak waży mnie to świruje... - z goryczą oznajmił Pan N.
     Dietetyczne problemy Ślubnego są u nas tematem prawie codziennym...
Ja przed obiadem i po obiedzie ważę owe magiczne 50kg, Pan N. wystarczy że pomyśli o posiłku i waga wychwytuje to perfekcyjnie...
Jesteśmy niestandardowi...
To Pan N. z reguły zna nowości na rynku dietetycznym, na pamięć wie, które minerały wpływają na przemianę materii, a diet przeszedł różnorakich w swoim życiu multum...
Do wymarzonego pomiaru ciągle mu jednak daleko...
Nie zmienia to jednak faktu, że kiedy staje na wadze wynik pomiarów powoduje u Niego dyskomfort...
     Dyskusja zawrzała zagorzała...
     A może to...A może tamto...I w końcu mnie oświeciło...
     - Już wiem !! - zakrzyknęłam radośnie...
     - Co wiesz ?? - podejrzliwie zapytał Pan N.
     - Dlaczego przybrałeś na wadze nic prawie nie jedząc... - satysfakcja biła z mojej twarzy...
     - Hmmm...?? - Pan N. w dalszym ciągu odnosił się podejrzliwie do mojego odkrycia...
     - To od wiedzy !! - oświadczyłam...
     - Że co ?? - mina Pana N. warta była miliony...
     - Caluśki dzień przesiedziałeś dzisiaj na serwisie i studiowałeś te nieszczęsne schematy do drukarki !! Szare komórki Ci napuchły i waga poszła do góry !! - argumentowałam...
Pan N. osłupiał...
     - Raniutko szare komórki ledwie się obudziły to widać, że takie lekko przysuszone były, a w ciągu dnia napakowałeś je nową wiedzą to się "rozpukły"...- kontynuowałam...- Ty wcale nie tyjesz od jedzenia, tylko od wiedzy !! - zakończyłam przedstawianie swojej teorii...
     Oczywistość przedstawianych przeze mnie faktów ogłuszyła mi Ślubnego całkowicie...
     - W tym coś jest... - wyznał po chwili...
     - Ha !! Logika !! Przecież mi nie wmówisz, że masz na Serwisie bardziej kaloryczne powietrze... - i bardzo usatysfakcjonowana wróciłam do przygotowywania posiłku...
     - Podoba mi się ta teoria... - oświadczył Pan N., a mnie przez myśl przemknęło, że zgodnie z owym założeniem, mój stan umysłowy nie rozwinął się od szesnastego roku życia...
Na pohybel...
Widocznie ja przyswajam wiedzę bardziej skompresowaną...
A Wy się nie dajcie ogłupić kolejnym dietom cud !! 
     Tyjecie, bo Wam się szare komórki "rozpukają", a nie jakieś tam kalorie i inne tkanki tłuszczowe...
I tej wersji się trzymajmy...;o)
 

sobota, 16 lutego 2013

I tak bywa...

     Często czytuję historie Kobiet, którym życie się rozsypało, albo które przez wiele lat tkwiły w tak zwanych "związkach toksycznych"...
Czasem aż łza się w oku kręci...Czasem chciała bym potrząsnąć Autorką...
No cóż...
Nigdy do końca nie pozna się drugiego człowieka, a owych wyborów dokonujemy po niezbyt długiej znajomości...
Ale czy Kobiety mają patent na związki nieudane ??
     W naszym sąsiedztwie mieszka para...Ludzie w średnim wieku...On zawsze uśmiechnięty i pełen życzliwości...Ona ...No właśnie...
     Odkąd pamiętam prowadzą działalność gospodarczą...Lata temu zaczynali od małego jarzyniaka...
On zajmował się dostarczaniem towaru, prowadzeniem buchalterii, w wolnych chwilach stawał za ladą...
Ona koncentrowała się na robieniu "piekiełka"...
Ciągłe konflikty o towar, o wydane pieniądze, o wrednych Jej zdaniem Klientów...
Nikogo nie dziwiło, że Klienci wyczekiwali momentu kiedy to On staje za ladą...
Uśmiechnięty...Sympatyczny...
Wytrzymał kilka lat i w końcu zamknął firmę...
     Piekło przeniosło się do domu...
     Pieśń pretensji zmieniła tylko tekst...Melodia pozostała bez zmian...
Mało pieniędzy...Już Jej nie kocha...Nie zależy mu na Dziecku i Jego przyszłości...
Przeanalizował wszystko i wrócił na rynek gospodarczy...
     Mały sklepik spożywczo - warzywny...
On zajmował się towarem i buchalterią...Za ladą stanęła Sprzedawczyni z praktyką...
Ona miała zająć się domem i Dzieckiem...
Całe dnie nie było Go w domu, więc stara śpiewka otrzymała nowy tekst...
     On Ją zaniedbuje...Zaniedbuje Dziecko...Ma romans ze Sprzedawczynią (de facto starszą o prawie 20 lat)...
Tłumaczył...Prosił...Udowadniał...
W końcu dopięła swego i stanęła za ladą...
     Po kilku miesiącach wrócił stary refren...
     Wydaje zbyt dużo...Kupuje zły towar...Klienci są wredni...
Było Mu coraz trudniej...
Zapanowała "era" komórek, więc piekło miał na bieżąco...Dwadzieścia...Trzydzieści...Czterdzieści połączeń dziennie...
     Kiedy Znajomi pytali Go jak wytrzymuje, odpowiadał ze smutnym uśmiechem...
     - Kochałem Ją, złożyłem przysięgę i mam Dziecko...Więcej argumentów nie potrzebuję...
Ale po kilku latach nie wytrzymał...Zamknął sklep...
Piekło w domu było wystarczające...
Przyjaciel zaproponował mu spółkę...
Widząc w tym jakieś rozwiązanie przyjął ofertę z radością...
     Całe dnie siedział w pracy...Córka była już samodzielna...Sytuacja finansowa była lepsza niż dobra...Wieczorno - nocne koszmary jakoś można było wytrzymać...
     Firma się rozwijała i kilka lat temu otworzyła jeden ze sklepików w sąsiedztwie...
Ona przyrzekała, że może Jej zaufać, że teraz dojrzała i jest innym człowiekiem...
On znowu dał szansę...
Po miesiącu wylądował na OIOM-ie...
Cudem się wykaraskał z rozległego zawału...
     Przyszedł ostatnio i stwierdził na progu...
     - Nie wyrabiam... - i chociaż się uśmiechał wiedziałam, że mówi bardzo poważnie...
     - I co dalej ?? -zapytałam...
     - Przecież Jej nie zostawię...Ona nic nie ma...Nic nie umie...Poza robieniem z życia piekła...- wyliczał ...
     - Klienci zaczynają omijać Wasz sklep... - wyznałam...
     - Wiem...Widzę po obrotach... - potwierdził...
     - A w domu ?? - zapytałam...
     - Jeszcze gorzej...Mam romans ze wszystkimi Sprzedawczyniami...Ciągle Je zwalnia...Niepohamowane wybuchy...Nawet z pięściami się rzuca...- opowiadał...
     - Może jakaś terapia ?? - próbowałam Mu doradzić...
     - A co Ty myślisz, że nie próbowałem ?? Jest zdiagnozowana, ale leków nie chce przyjmować...Dobrowolnie się na leczenie nie zgodzi...Niewiele mogę... - wyznał...
     Wyszedł równie smutny jak wszedł, a na progu rzucił...
     - Może mnie szlag trafi...
Zdrętwiałam...
     Kilka dni temu jedna ze Sprzedawczyń szepnęła mi na ucho...
     - Szef zwolnił Szefową i dał Jej zakaz zbliżania się do sklepu...
     - Kiepsko to wygląda... - skomentowałam...
     - Kiepsko... - poświadczyła Sprzedawczyni... - wczoraj się spakował i wyprowadził...
     Jego smutny uśmiech stanął mi przed oczami...

środa, 16 stycznia 2013

Takie rzucone w pustkę słowa...

     Czasem zaglądała po jakieś drobiazgi...Zawsze przepraszała po sto razy za kłopot...A kiedy chciała porozmawiać porozumiewawczo kiwała w stronę zaplecza z pytaniem w oczach...
     - Jesteśmy same ??
Jakoś nie zwracałam na to uwagi...
Dzisiaj mnie zadziwiła...
     Weszła jak zawsze, tak jakby się skradała i już od progu zaczęła przepraszać...Jej nerwowe spojrzenia w stronę zaplecza zasugerowały, że chce porozmawiać...
     - Kiepski moment... - pomyślałam, bo właśnie dotarła dostawa, miałam zamawiać następną, a ruch był dzisiaj spory...Mimo to zapytałam...
     - Jak po Świętach ??
Czekała na ten sygnał...Nawet na twarzy miała wypisane, że coś Jej leży na wątrobie...
     - Słyszała Pani, że chcą dawać Dzieciom Prawa Jazdy ?? - zapytała...
     - ?? - zamieniłam się w dwa pytajniki...
     - W radiu mówili... - kontynuowała...
     - To raczej nie u nas... - wyraziłam powątpiewanie...
     - Możliwe...Nie wszystko rozumiem co mówią...Przepraszam...- wyjęczała...
     - Nie ma Pani za co przepraszać...Ostatnio nie jestem na bieżąco...- wyjaśniłam...
     - Dzieciom i Kobietom nie powinni dawać Prawa Jazdy...- oświadczyła niespodziewanie...
     - Z jakiegoś powodu ?? - to oświadczenie ogromnie mnie zaskoczyło...
Wiedziałam, że Kobieta ma bardzo niską samoocenę, ale żeby tak generalizować...Hmmm...
     - Kobieta ma swoje miejsce... - usłyszałam w odpowiedzi...
     - Między kuchenką a zlewozmywakiem ?? - uściślałam...
Spojrzała na mnie spłoszona...
     - Kobiety bywają różne...Kierowcy też... - próbowałam spokojnie... - wśród Facetów też bywają ofiary losu...
Zachichotała...
     - Pani jest inna... - wydukała wśród chichotu...
     - Nie przypuszczam...Gotuję...Zmywam...Czasem nawet użyję odkurzacza i ścierki...Ale samochód też prowadzę...Od szesnastego roku życia... - próbowałam obrócić w żart poważny temat...
     - No właśnie... - potwierdziła, jakby moje życiowe dokonania były dla Niej aksjomatem...
     - Każdy ma swoje dary od życia... - nie mogłam rozgryźć co tak bardzo Ją boli...
     - A niektórzy są po prostu głupi... - wyszeptała i przepraszając mnie gorąco zniknęła...
     Stałam i zastanawiałam się, cóż mogło spowodować taki temat rozmowy i o co tak na prawdę chodziło...
O niedosłuchany do końca komunikat radiowy ?? 
O brak wiary w siebie ?? 
O obelgę, którą usłyszała ?? 
A może o całkiem coś innego...

piątek, 4 stycznia 2013

Takie sobie noworoczne przemyślenia...

     Emocje lekko stygną...Myśli powoli się porządkują...I nie ma co...Czas na wnioski...
     To, że jesteśmy ulubieńcami Opatrzności to fakt, ale że Przygoda ukochała nas bardzo, ukryć się nie da...
     Wspominki noworocznej podróży spowodowały, że zaczęliśmy przypominać sobie wszystkie "niewyjaśnione" okoliczności...
Wydarzenia, które przytrafiają się codziennie, ale tylko w naszym przypadku kończą się spektakularnie...
     Było więc i spotkanie z "wężem" na górskim stoku osnutym wieczornymi mgłami, i przeskakiwanie przez przepaść w wydaniu naszych małoletnich wówczas Dzieciaków, i rzucanie Dzieciakami nad urwiskiem, i...Hmmm...Sporo mamy na sumieniu...
     - Może dlatego nasze Dzieciaki jakoś sobie dają radę w tym zwariowanym życiu... - rzucił Pan N.
     - Hahahaha... - roześmiałam się w głos... - masz rację, co może Je zaskoczyć przy takich Rodzicach ?? - odpowiedziałam...
     - Trzeba pomyśleć o jakimś spektakularnym uświetnieniu tegorocznego Sylwka... - "zły" już chichotał na moim ramieniu...
     - Jakieś sugestie ?? - dociekał Pan N.
     - Połów dorszy !! Na Bałtyku w grudniu możemy trafić nawet dziesięciostopniowy sztorm... - rzuciłam propozycję... - dla utrudnienia możemy wynająć najmniejszy kuter, taką łupinkę... - precyzowałam...
     Śmiech Pana N. odbił się echem w naszym "fokarium" (znaczy się, w sypialni)...
     - To ma szanse przebić Sylwka na Kubalonce... - poświadczył Ślubny...
     - Ale szlaban na opiekę nad potencjalnymi Wnukami szykuje się nam dożywotnio... - dodałam smutno...
     - Może Młodym przejdzie... - pocieszał mnie Pan N.
     - W życiu !! Zostawiłbyś nasze Dzieci takim wariatom ?? - zapytałam...
     - Nie ma mowy... - poświadczył Pan N.
     - A widzisz...- dodałam...
     Kiedy o naszych planach opowiedziałam Dagusi, ten Wulkan nieziemskich pomysłów (jak to swój do swego ciągnie), zgłosił tylko jedną poprawkę...
Na ów dorszowy połów mamy ruszyć kajakiem...
Kuter wydawał się jej rozwiązaniem mało ekstremalnym...Nawet kuter nikłych rozmiarów...
Przy okazji zarezerwowała sobie jedną rybkę...
     - Rzadko mi się trafia okazja zjeść świeżutką rybkę, to tej nie mam zamiaru zmarnować...- argumentowała... - a jak się sprężycie to nawet tym kajakiem możecie do mnie dopłynąć...
Echhh... 
     Nie miałam pojęcia, że z Dagusi takie "interesowne" Stworzenie, ale Jej wiara w nasze możliwości dodała mi otuchy...
     Jedno jest pewne...
     W ramach noworocznej pokuty siedzimy w domu przynajmniej do soboty...

     Chwała Opatrzności, że dzisiaj już piąteczek...;o)

piątek, 14 grudnia 2012

Takie malusie marzonko...;o)

     Pamiętacie jak pisałam, że wszystko zaczyna się od marzenia ?? 
     Nie ?? 
     No to teraz mówię...
A jak mówię, to wiem...A jak wiem to przecież by mnie pokręciło, żebym o tym nie napisała...
No to bazgram...
     Marzenie zaczęło się kilka lat temu kiedy siedziałam przy restauracyjnym stoliku,  a w zasięgu mojego wzroku stał inny stoliczek...Zasiadali tam Rodzice i Dzieci z Małżonkami...Tak mnie jakoś ten obrazek zauroczył, że zalęgło się w duszyczce takie malusie, maciupeńkie marzonko...
Żeby tak kiedyś z Dzieciakami, przy stoliczku, w knajpce, Sylwestra obchodzić...
Echhh...
Teraz to nawet pomarzyć o tym nie chciałam...
Realizm zero...Może kiedyś...
     Właściwie to wcale nie mieliśmy iść balować...Decyzja, jak prawie wszystkie zapadła w ciągu jednej minuty...No może dwóch...
Jak to określił Pan N.: "znalazłaś perełkę"...
"Perełka" jakoś nie pasowała mi do grupowego obchodzenia...
Może kiedyś...
     W poniedziałek Syn zadzwonił z nowinami, a ja podpuszczona przez Ślubnego, na pytanie: "co słychać ??", streściłam Pierworodnemu nasze plany...
Młodzi w zachwycie, a my patrzymy na siebie jak zaczadziali...
Orzesz...(ko)...
     Ledwo skończyłam połączenie, Pan N. rzucił "dzwoń"...
     No to zadzwoniłam...
"Brak miejsc"..."Może coś się do piątku znajdzie, jak ktoś nie wpłaci zaliczki"...
Koniec przekazu...
Echhh...
Może kiedyś...
     Wczoraj telefon...
     - "Interesowała Panią dodatkowa rezerwacja"...
Ło Matulu...
     - Interesowała!!...Potwierdzę za pięć minut...
Dzwonię do Syna...
     -Synku...możesz rozmawiać ?? - pytam grzecznie, bo mógł być jeszcze w pracy...
     - Nie, jadę samochodem...- odpowiada wyrodne Dziecię jak we mnie dusza mało nie wyskoczy...
     - Idziecie z nami na Sylwka ?? - pytam, bo wszak dobrze Go wychowaliśmy i Matce nie przerwie...
     - Wykluczone !! Jadę samochodem...Nie mamy kasy...Bez Żony nie podejmuję poważnych decyzji... - odpowiada Ten niby dobrze wychowany...
     - To dzwonię do Synowej !! - rzucam mu w twarz, to znaczy w słuchawkę i tyle mnie słyszał...
Usłyszałam jeszcze "to dzwoń"...Wredota...
     - Witaj Kochanie...- zaczynam podlizywanie... - zdenerwowałam Ci Męża...
     - Oooo...Mama też ?? - słyszę miły głosik...
Orzesz...(ko)...
     - To kto jeszcze ?? - pytam z cieniem nadziei, że może Szef...
     - Zapomniałam rano telefonu z samochodu...Wracał się do domu... - wylicza swoje grzechy Synowa...
Trzeba zaatakować...
     - Jedziecie z nami na Sylwka?? - pytam prosto z mostu...
     - Ojjj, nie...Kasy nie mamy...Tak bez Męża decydować...- jęczy mi do słuchawki Synowa...
     - Podobała się Wam propozycja ?? - pytam dla jasności...
     - No pewnie, że fajna...- słyszę w odpowiedzi...
     - My fundujemy...- rozwiązuję kwestię finansów...
     - Ale tak bez Męża decydować...Niech Mama zaczeka kwadransik...- pertraktuje Synowa...
     - Nie mam kwadransa...Mam trzy minuty...Męska decyzja...Tak...??
     - Mamooooo...
     - Co masz na kolację ?? - zmieniam temat...
     - Eksperyment...- słyszę...
     - To dobrze...Na progu ślicznie Męża powitasz...Nakarmisz...I zaprosisz na Sylwka...- proponuję...
     - Mamooooo...
Orzesz...(ko)...
Solo się z Nimi nie dogadam...
     - Wszystko musicie uzgadniać ?? - pytam...
     - Tak jak Rodzice...- rzuca Synowa...
O by Cię...
To sobie wzorzec znaleźli...
     Pan N. leży sobie na kanapie i błogo się uśmiecha...
     - Zadzwonię za pół godziny... - rzucam, wyliczywszy ile czasu Syn potrzebuje na dotarcie do domu...
Synowa oddycha z ulgą...
A ja dzwonię do Pana Organizatora i proszę o godzinną prolongatę...Czort znajet ile mi czasu zajmie przekonywanie Ich w duecie...
Dostaję dwanaście godzin...Wystarczy...
W tym czasie pada mi komórka więc pędzę ją podładować...Ledwie siadłam na poopsku dzwoni Syn...Oho !!...Trzeba kuć żelazo...
Jak będzie marudził to udam, że mi bateria siadła...
     Synuś w świetnym humorku, więc eksperyment się udał...O powitanie, przez przyzwoitość, nie pytałam...Po co matce pewne rzeczy wiedzieć...;o)
No to zagajam, a Ten się niczym piskorz wije...
Że kłopot...Że finanse...Że już dość dostali...
A by Cię...
     - Synku...Nie marudź...Podoba się ??- pytam...
     - No pewnie...
     - No to zacznijcie szykować ciuchy...Przyjeżdżamy po Was w poniedziałek...
Nie odpuścił...
Jeszcze kwadrans musiałam na poczekaniu argumentować, kontrargumentować, tłumaczyć, przekonywać...
     - To przez to, że nauczyliście mnie zaciskać pasa... - kapituluje Syn...
     - I dlatego brzuszek masz ładny... - kwituję, a w tle słyszę chichot Synowej...
Zawsze dyskutujemy na głośnomówiącym, żeby nie trzeba było durnowato powtarzać...
     - Czyli jedziecie ?? - uściślam...
     - Z Wami się nie da... - słyszę potwierdzenie...
No prawie...
Tak wygląda potwierdzenie, jakbyście nie wiedzieli...
Ufff...
     Panu N. oczy się śmieją...Aż poczerwieniał z emocji...
Się będzie działo...
     We mnie duszyczka aż podskakuje z radości...
Jedziemy na wspólnego Sylwka...!!
Marzenia się spełniają i to czasem całkiem niespodziewanie...
A to, że trzeba się przy tym czasem napracować ??
Hmmm...Żeby mnie tak ktoś za gadulstwo płacił...
A niech tam...Ważne, że się dali przekonać...