Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komunałki.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komunałki.... Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 kwietnia 2023

Trzech Panów "W"...

     Rok wyborczy to nie jest dobry rok na rachunek sumienia...Dziewięćdziesiąt procent medialnych przekazów to jest i będzie bicie piany i mącenie rozumów...Mam nadzieję, że "pędzący po władzę" (wszystkich ugrupowań), opamiętają się w porę i nie dojdzie do tragedii...Wszak ludzka psychika ma swoje ograniczenia, a potem w ruch idą kije i kamienie...Żyjmy nadzieją...

     Dlaczego Trzech Panów "W" ??

     Bo bez nich nawet tej namiastki demokracji byśmy nie mieli, umiejscowieni gdzieś między Ukrainą i Białorusią...Zbuntowani jak Ukraińcy...Gnębieni jak Białorusini...Świat tylko by się nam przyglądał...Może jakąś notę by wysłano...Jakiś sprzeciw zgłoszono...Wezwano do przestrzegania Praw Człowieka...Walnięto by rezolucją...

     Przerabialiśmy to, więc pamięć narodową mamy kiepską, skoro po tak krótkim czasie Mroczne Czasy błyszczą "światełkiem w tunelu"...

     Pierwszy z Panów "W" był z Czasów Najmroczniejszych...

Stefan Wyszyński...Prymas Tysiąclecia...

     Co przeżył, co widział ?? Tego pewnie nikt by nie ogarnął, bo urodził się w 1901 roku...

     Był świadkiem największych ludzkich zbrodni, niewyobrażalnej nienawiści i kosmicznego wręcz zakłamania...

     Kiedy Polska była w Najmroczniejszych Czasach, On stał na czele Kościoła (1948-1981)...Czy może Człowieka spotkać większe wyzwanie ??

     Jak holować Kościół pełen Ludzi, kiedy jakakolwiek wiara w coś innego niż "jedynie słuszna partia" było rzeczą niedopuszczalną ??

     Nękano, gnębiono, mordowano, a On z tym swoim uśmieszkiem powtarzał...

"Musicie ducha hartować, aby móc jak orły przelatywać w przyszłość Ojczyzny"...

I hartowaliśmy...I lataliśmy...I mamy "przyszłość"...

     Swoją polityką, swoimi staraniami ułożył stos...Stos z Milionów nadziei, że może być inaczej...

     Czy zawsze grał czysto ?? Nie sądzę...

To nie były czasy "czystej gry"...

     Ale swoją "polityczną grą" i inteligencją spowodował to, że Karol Wojtyła zamieszkał w Vatican City i został Papieżem...

Drugi Pan "W"...Postać z Czasów Mrocznych...Urodzony w 1920 roku...

     Nie zamierzam ani bronić, ani atakować JPII...Po prostu...Nie muszę...

Nie dam się wmanipulować politycznym i medialnym przekazom...

     Gdyby komukolwiek zależało na Ofiarach pedofilii to walczyłby o Nie od 1978 roku, albo co najmniej od 1989...Teraz są One wykorzystywane po raz wtóry...

     Większość naszego "świecznika" (nawet lewostronna) gnała do Watykanu, pierścień całowała i czółko pod błogosławieństwa podsuwała...

     Nikt się nie zająknął, że w Kościele źle się dzieje...Jak te "trzy małpy": ślepa, głucha i niema...

     Czy JPII grał czysto ?? Nie sądzę...

     Gdyby zechciał grać czysto, skończyłby jak Benedykt (chcący uzdrowić finanse Watykanu)...Odsunięty od władzy może w sposób bardziej drastyczny ?? Przecież próbowano...

Jak mawiał Thomas Mann: "Wszystko jest polityką"...

     JPII miał inny cel i tego się trzymał...

     On miał być iskrą pod stosem przygotowanym przez Prymasa...

     Miał obudzić Świat i spowodować, że Polska przestanie żyć w "Mrocznych Czasach" i przestanie być "bezimienna"...

Udało się Mu ??

No cóż...

     Kto nie pamięta słynnego : "Nie lękajcie się !!"...

To przestaliśmy się lękać...

     Ale ja pamiętam również, jak JPII, bardzo chory, prosił, żebyśmy Mu pomników nie stawiali, ulic nie nazywali...Jak zwracał się do kapłanów z apelem, że to Ludzie są Kościołem, a nie sterta cegieł...

W wielu rzeczach się z Nim nie zgadzałam, ale dobrze znał Rodaków...

     W moim Zaścianku ulica Jana Pawła II jest dokładnie na przeciw ulicy pewnego księdza, którego jedyną zasługą było, że za cudze pieniądze wybudował kościół...Kościół, który teraz wyludnia się w zastraszającym tempie, a za 10 lat pozostanie w nim sam proboszcz...

     JPII wiedział dokładnie jaka jest nasza mentalność, jak szybko stawiamy pomniki, i jak łatwo umiemy je niszczyć...

Ale iskra JPII zadziałała...Stos nadziei zapłonął...W Mrocznych Czasach pojawiło się "światełko w tunelu"...

     Trzeci Pan "W"...Lech Wałęsa (ur. w 1943r.) stał się symbolem Solidarności...

     To był dobry płomień...Płomień, który nie niszczył, a budował...Budował naszą "przyszłość"...

     Dwaj pierwsi "W" doskonale wiedzieli, że lepiej walczymy "przeciw" niż "za"...

Potrzebowali "człowieka-symbolu" i trzeci Pan "W" wydawał się idealny...

     Nie był ??

     No cóż...Kto z nas jest idealny ??

Prymas zjednywał sobie Ludzi inteligencją...

Papież zjednywał Ludzi charyzmą...

Prezydent usiłował zjednać Ludzi butą...

Nagroda Nobla mu w tym pomogła...;o)

     Dlaczego Nagrody nie dostała "Solidarność" ?? Miliony, które walczyły ??

     Bo przyznanie jej jednemu człowiekowi było bezpieczniejsze dla Europy i "rozedrganych" stosunków z Rosją...

     Nie można nobilitować Milionów, które "pokonały Niedźwiedzia", bo misie bywają bardzo drażliwe...

I to proste: "Nie kcem, ale muszem"...

     Trzeci Pan "W" to był prosty Chłopak, któremu, jak to mawiał mój Ojciec (też prosty Chłopak): "w głowie się Mu znobliło"...Przykrym jest to, że Ojciec dwadzieścia lat po odzyskaniu naszej niepodległości, przeprosił mnie za to, że uwierzył w "Solidarność"...Widział doskonale, że droga trzeciego Pana "W", "Solidarności" i Narodu, to były trzy całkiem inne ścieżki...

     Czy Pan Prezydent zawsze grał czysto ?? Nie sądzę...

     Nie był ponadprzeciętnie inteligentny, nie miał wrodzonej charyzmy, grał jak umiał, i nie zawsze z dobrej partytury...

     Trzech Panów "W"...Prymas...Papież...Prezydent...

     Każdy z Nich ma wkład w naszą Niepodległą...Każdy inaczej zapisał się w historii...Tej, którą pamiętam, i której byłam świadkiem...

     Zanim wyborczo skoczymy sobie do gardeł, może wystarczy przyjąć za aksjomat...Nie muszę kochać Prymasa...Nie muszę wielbić Papieża...Nie muszę szanować Prezydenta...Ale...

Jeden miał wizję...Drugi miał pomysł...Trzeci go zrealizował...

     Nie stawiajmy pomników, które trzeba będzie burzyć...

„Musicie ducha hartować, aby móc jak orły przelatywać w przyszłość ojczyzny!“

Źródło: https://quotepark.com/pl/autorzy/stefan-wyszynski/cytaty-o-ojczyznie/
„Musicie ducha hartować, aby móc jak orły przelatywać w przyszłość ojczyzny!“

Źródło: https://quotepark.com/pl/autorzy/stefan-wyszynski/cytaty-o-ojczyznie/

wtorek, 21 marca 2023

Historia pewnej puszki...

     Można by sparafrazować: Kto przeżył w naszym Kraju lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku, ten w cyrku się nie śmieje...Poniekąd tak jest...

     Bieda z nędzą piszczały w każdym kącie, chociaż Ludziom pieniędzy nie brakowało...Brakowało wszystkiego, co można by było za te pieniądze kupić...

     Dokładnie w środeczku tych lat osiemdziesiątych na Świat przyszedł nasz Pierworodny...

     Skompletowanie wyprawki (mimo przydziałów na kartę ciążową), graniczyło z cudem...Moim cudem były Praktykantki z pewnej szkoły handlowej, które potrzebowały, że tak powiem, wsparcia intelektualnego, czyli...Odwalałam za nie prace zaliczeniowe prawie ze wszystkich przedmiotów...W zamian otrzymywałam wejściówkę do sklepu z artykułami niemowlęcymi - tylnym wejściem...;o)

     Tak funkcjonowała socjalistyczna gospodarka...Czym byłeś przydatniejszy dla Ogółu, tym łatwiej ci się żyło...

     Pewnego dnia, do mojej Mamciaśki zadzwonił Proboszcz jednej z Parafii...

     - Siostrzyczko droga (Mamciaśka była Pielęgniarką), dary przyszły, może by Siostrzyczka przyszła po pracy i coś sobie wybrała...Tyle dobrego robicie dla starszych Ludzi...

No to Mamciaśka poszła i przytargała do domu...


Dwu i pół kilogramową puszkę mleka w proszku...

Jak każda Babcia wybrała "dar" z myślą o Wnuku...

     Młody miał już piętnaście miesięcy, więc z zawartości puszki korzystał sporadycznie, raczej do deserków, niż do jedzenia...

     Ale jakiś Francuz, albo Holender wydał kilka "groszy", kupił puszkę mleka, zaniósł ją do Parafii i dobrze się poczuł...

     Dwa lata później puszka z mlekiem zamieszkała razem z nami w Zaścianku, prawie pełna, więc nie było powodów "wyrzucać"...

Zaraz potem urodziła się nasza Córcia...

     Nasza Córcia była Wcześniakiem, któremu w wypisie szpitalnym "przywalono" 10 punktów...

Jakie były konsekwencje tej statystyki ??

     Córci nie przysługiwały żadne przywileje, z których Wcześniaki korzystać mogły...Ani wsparcie medyczne, ani opieka poszpitalna, ani wsparcie żywieniowe...Nic...

Według statystyk była zdrowym, donoszonym Dziecięciem...

     To, że miała problem z drogami oddechowymi, układem pokarmowym, układem krwionośnym, a nawet pigmentacją skóry i włosów, nie stanowiło medycznego problemu...

     Córcia apetyt miała jak wilk na przednówku...Tyle, że co paszczą wpadało, wypadało z drugiej strony w stanie nieprzetrawionym...Przybywała na wadze po 10-20 deko miesięcznie...

     Pediatra dopiero po kwartale ogarnął rozumem, że Dziecka nie głodzimy i przepisał "mleko na receptę dla Wcześniaków"...No cóż...

Receptą się Dzieciak nie naje, trzeba ją jeszcze wykupić...Gdzie ?? Ano, przydało by się w aptece, tyle, że bez znajomości to można było ewentualnie, receptę w ramki oprawić i na ścianie powiesić...

      Pan N. po każdej dniówce ruszał w Świat zrealizować to papierowe dobro...

      Dziadek po każdej dniówce ruszał w Świat zrealizować drugie papierowe dobro...

Gdyby Mamciaśka żyła, to problem by nie istniał...Miała znajomości we wszystkich aptekach naszego Rodzinnego Miasta...W Zaścianku byliśmy obcy...

     Życzliwy Pediatra wypisywał nam te recepty w ilościach hurtowych, a my wręczaliśmy je każdemu, kto wykazywał zainteresowanie żywieniem naszej Córci...W akcję włączyli się Sąsiedzi pochodzący z różnych regionów Polski...Nasze recepty zaczęły podróżować Pocztą (mleko też)...

Aby zobrazować problem dopiszę, że opakowanie mleka wystarczało nam na 2,5 dnia...

Ale z każdym opakowaniem Córcia "stawała na nogi"...

     Tylko mnie ciągle śnił się koszmar, że sięgam do pudełka i nie ma w nim mleka...

     Dlaczego nie karmiłam Córci piersią ?? No cóż...

     Mój Położnik (który uratował nam życie) kwitował to codziennie: "Umrzyk a chodzi"- widząc mnie na obchodzie...Ale niewątpliwym wsparciem wiedzy i umiejętności mojego Położnika był fakt, że Lekarz prowadzący ciążę (z Rodzinnego Miasta) grywał w brydża z Ordynatorem położnictwa (w Zaścianku)...A że nie zgłosiłam się na wizytę, to poczciwe Chłopisko zadzwoniło do Kumpla zapytać, czy takiej Sieroty nie ma na oddziale...W sumie, to brydż uratował mi życie...;o)

Ale wracajmy do tematu...

     Pewnego dnia mój koszmar się ziścił...Pudełko zaświeciło dnem...Niezrealizowane recepty czekały na kolejne dostawy do aptek...A głodna Córcia darła się jak opętana...

I wtedy w oczy weszła mi "puszka"...

Sprawdziłam datę przydatności...


Jeszcze dwa miesiące !!

Na pohybel...Musiałam spróbować...

     Dwadzieścia minut później w naszym mieszkaniu rozlegało się niemowlęce cmokanie, a zaniepokojone ciszą Sąsiadki zaczęły zaglądać i pytać zmartwione: "Co się stało ??"

     Pan N. po pracy wbiegał po trzy stopnie i niczym bomba wparował do przedpokoju z przerażeniem w oczach...Cisza często ludzi przeraża...;o)

Ja układałam na podłodze klocki z Pierworodnym...

Córcia spała słodko mlaskając przez sen...

Na stole stała ona...PUSZKA...

     Bo jakiś Francuz, albo Holender wydał kilka "groszy", kupił puszkę mleka, zaniósł ją do Parafii i dobrze się poczuł...

     To była pierwsza noc, którą przespaliśmy wszyscy spokojnie...

Dwa kilogramy mleka, niby niewiele...

      Dotrwaliśmy dzięki Puszce do "epoki zupek i kaszek"...Wystarczyła idealnie...Jakby odmierzona...(Wsparta realizowanymi niespiesznie receptami)...

     Ale mimo upływu lat, wielu remontów i przemeblowań, nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby ją wyrzucić...

     Przez trzydzieści lat była "strażniczką" zapasu mąki...Idealnie się nadawała...

     Teraz pieczę nad nią przejmie Pan N., trzymając w niej swoje "przydasie"...Właśnie nastąpiło uroczyste przekazanie...;o)

     Ktoś kiedyś podarował puszkę mleka, czy zakładał, że uratuje tym czyjeś życie ?? 

     Mam nadzieję, że czuje się z tym dobrze do dzisiaj...

piątek, 7 stycznia 2022

Siła, która drzemie w nas...

     Jedna z blogowych Znajomych zamieściła ostatnio wpis o prl-owskiej telefonii, a właściwie o "ulubionej" budce, z której przez lata korzystała...Trudno to ogarnąć, jeśli rzeczywistość podsuwa nam do rąk coraz bardziej wypaśne smartfony...

     Lekko nie było porozumieć się z kimkolwiek, bo nie tylko, że trzeba było "wywalczyć" słuchawkę telefonicznego aparatu (albo zamówić międzymiastową), to jeszcze nasz rozmówca musiał być w zasięgu aparatu...

I teraz pytanie:

     Skoro zwykły kontakt telefoniczny był tak utrudniony, to w jaki sposób porozumiewali się ludzie, kiedy dochodziło do strajków i protestów ??

Przecież wiadomo, że telefony były albo "głuche", albo na podsłuchu, linie były namierzane, abonenci rejestrowani...

     Jakieś pomysły ??

Telegram o treści :"Zaczynamy zawieruchę", albo "Ciotka Zuzanna...", też nie wchodził w grę...

     No to jak ??

Jak Pomorze zawiadamiało Śląsk, że walczy ??

W prasie cisza...W TV cisza...

Jak Nowa Huta wzywała Ursus, i wzajemnie ??

     Znakami dymnymi ??

A przecież wszyscy wiedzieli...

     Bo w tamtych czasach, chociaż dzielą nas od nich dziesięciolecia, funkcjonowały "SMS-y"...Tak, tak...

     Tyle, że dochodziły z lekkim opóźnieniem, bo jechały koleją...;o)

     Okna mojej Szkoły wychodziły na jedną z głównych linii kolejowych, więc miałam podgląd "z pierwszej ręki" (szczególnie, że zawsze siadywałam przy oknie)...

     Węgiel rozwożony był po całym Kraju, do zakładów pracy, do składów...A "węglarki" nadawały się idealnie do pisania tych "SMS-ów"...

     Czasem przekaz był na jednym wagonie, czasem na dwudziestu...Czasem w "ciągu", a czasem po literze...

"MY WALCZYMY, GDZIE JEST ŚLĄSK ?"

"GÓRNICY ! CZEKAMY !"

Najbardziej lubiłam...

"JESTEŚMY Z WAMI !"

Ileż w tym było nadziei...

     Kiedy reakcje bywały spóźnione, w przekazach zdarzały się niecenzuralne słowa, złośliwe przytyki, tych cytować nie będę...

     A wiecie co było niesamowite w tym wszystkim ??

     Że Maszyniści takich pociągów jechali najwolniej jak się dało, stawali gdzie się dało i umożliwiali doczytanie całości, wszystkim po drodze...Taki "SMS" do milionów...

     Czy władze z tym walczyły ??

Owszem !!

     "SMS-y" często były zamalowywane, niszczone, oklejane, ale przecież nie mogli pilnować każdej węglarki...

Czasem Kolejarze sami "odtwarzali" treści zniszczonego przesłania...

     To było jak fala dobrej nowiny...Ludzie przekazywali ją sobie szeptem (SB-cja czuwała)...Coraz dalej i dalej...

Siła "SMS-ów" była wielka...

Siła Ludzi była wielka...

Niech nam więc tej Siły nie brakuje... 

 

P.S. Od kilku dni mam problem z komentowaniem blogów (Waszych i swojego)...Jak loteria, czasem się uda...;o) Po kilku próbach moja cierpliwość kurczy się do rozmiarów nanocząsteczki i potrzebuje sporo czasu, żeby podjąć kolejną próbę...Ale czytam sumiennie !!

środa, 15 grudnia 2021

Pod literą "S"...

     Przeczytałam ostatnio, że nauczyciele zawyżają oceny dziewczynkom...I uśmiechnęłam się do siebie...No cóż...Szkoła nigdy sprawiedliwa nie była...Nauczyciel też człowiek i swoje słabości ma...;o)

     Ja znałam pewną nauczycielkę, która miała odwrotne "preferencje"...Wieść gminna niosła, że nigdy nie postawiła dziewczynie więcej niż "3"...Fakt, że uczyła klasy "męskie", a żeński "rodzynek" trafiał się jej rzadko, że wykładany przedmiot był "ścisły", więc zgodnie z obowiązującymi kanonami "bardziej męski"...Trója nie dramat, można żyć...

Miała kobieta słabość do mężczyzn i tyle...Naturalne ??

Ale kiedy zaczynałam edukację, dawno temu, na własnej skórze odczułam inną "szkolną niesprawiedliwość"...

     Ocenianie uczniów na podstawie "przydatności rodziców"...

Nasza klasa dzieliła się na trzy grupy...

     1. Śmietanka - szczyt hierarchii, dzieci architektów, prawników, lekarzy i nauczycieli (placówki zagraniczne i działacze partyjni to już był szczyt szczytów)...Klasowa elita...

Byliśmy tak manipulowani, że nawet samorząd klasowy wybieraliśmy wśród nich...

     Pamiętam jedną klasówkę, po której nauczycielka oddawała ocenione prace i jednej z "prymusek" dała "5", "bo ja wiem, że ty to umiesz"...

Serio ??

     Czyli bezbłędna praca oceniona na "4" świadczy o tym, że wiedza nauczycielki wykracza w sfery mentalne ?? Ona wie, że ty i tak nie umiesz ??

     Śmietanka reprezentowała klasę, występowała na akademiach, wnosiła sztandary i zawsze "wiedziała" więcej niż reszta klasy...

     2. Mleko - dzieciaki pielęgniarek, policjantów, sprzedawców, kierowców...Średniaki, które i tak się nie wybiją do wyższej "półki", więc "4" i pocałowanie ręki...

I chociaż "śmietanka" była w swym składzie "skostniała", to właśnie "mleko" było najbardziej skonsolidowane, najbardziej "prospołeczne" i zgrane...

Świadomi niesprawiedliwości i walki z "systemem"...;o)

     "Mleko" dawało odpisać, podsuwało ściągi, razem "imprezowało" i prędzej wsparło "wodę" niż "śmietankę"...

     Pamiętacie "konturówki" na geografii ?? To były mapy z konturami (kraju, kontynentu, świata) i punktami, które trzeba było podpisać (miasta, jeziora, rzeki)...Uwielbiałam konturówki (jestem wzrokowcem)...

     Pewnego dnia mieliśmy oznaczyć na konturówkach półwyspy...Wielu ich nie ma, można ogarnąć...Ale jedna nazwa z niczym się nikomu nie kojarzyła..."Kola"...

I wtedy jeden z Kumpli (oczywiście mleczny) rozkminił tajemnicę..."Kolski"...Wiwat stara wersja atlasu...;o)

     "Mleko" z prędkością światła punkt oznakowało i zgarnęło wszystkie "5" w klasie...

Ależ było oburzenie "śmietanki"...Jakie pretensje...Ileż interwencji...

A "mleko" milczało i uśmiechało się tajemniczo...Nawet oddychaliśmy płycej, żeby pary z gęby nie puścić...;o)

     Potem nasza polonistka zaciążyła...Ostatnią czynnością było wystawienie ocen na semestr...

     - Dam ci "4", żeby zastępstwo miało o tobie dobre zdanie...- rzuciła mi w gębę na odchodnym, chociaż z ocen wychodziło mi "4+", a nawet "5-", jakby liczyć umiała...

     "A żebyś ty bliźniaki urodziła, i to rude"...- wymruczałam pod nosem...Bo jak się ma 12-13 lat to przekleństwa nie są domeną duszy...Rude dzieci wydawały mi się odpowiednią zemstą...Bliźniaki dołożyłam z rozpędu...

     Zastępstwo przyszło, a i owszem...Odcięło skrzętnie to co było i kierowało się własnym rozumem...

O zgrozo !!

     Na świadectwach z VII klasy "śmietanka" po części dostała "4", a "mleko" awansowało na "5"...Nie żeby hurtem, ale zaczęło być "normalnie"...

Niestety, zastępstwo po pół roku odeszło...

Przyszło nowe...

     Ilość "5" wśród "śmietanki" stopniała jeszcze bardziej, ilość "5" w "mleku" wzrosła...

Klękajcie Narody !!

     Czyli, może być normalnie ??

     Pani nazywała się Brudny, miała przepiękne włosy i ewidentne skrzywienie, polegające na braku "uprzedzeń"...

Nawet "woda" zaczęła się do lekcji przygotowywać i nie było "ciągania za uszy", żeby wystawić "3"...

     Bulwersacja "śmietanki" trwała do rozdania świadectw...Wiedza bez "nazwiska" wyglądała dużo gorzej...

     3. Woda - skazani na edukacyjny niebyt...Nikt nawet nie starał się wykrzesać w nich ochoty do nauki...Oni też się nie garnęli, traktując szkołę jak "zło konieczne"...Jak to się teraz mówi ?? Mieli "wywalone"...

Dzieciaki rodziców, którym się nie udało...

Po co im pomagać, jeśli po szkole i tak wrócą do "swojej patologii" ??

     Ale "woda", a przynajmniej jej męska część, to byli świetni Kumple...

Wybita szyba, stłuczona doniczka, bijatyka na korytarzu ??

Wszystko brali na klatę !! Bo przecież i tak mieli obniżone oceny ze sprawowania...

     Wychowałam się wśród "wody", edukacyjnie byłam "mlekiem", a pod koniec szkoły "śmietanka" zabiegała o moje względy...Chcieli się kumplować, odwiedzać, a nawet przyjaźnić...Bycie niezłym sportowce procentowało...;o)

W końcu, im dyrektor dłoni za osiągnięcia nie ściskał, od chlub szkolnych nie "wyzywał", dyplomów na ścianach nie wieszał...

Ale "mleczna" zostałam...;o)

     Po dwudziestu latach przyszła Córcia ze szkoły i zaczęła opowiadać...

     - I wychowawczyni samorząd sama sobie zaproponowała, sama zgłosiła i wybrała...Nawet nie czekała żebyśmy ręce podnieśli...Sama elita Zaścianka...

Echhh...

     Świat się zmienił...Kraj się zmienił...A edukacyjnie byliśmy w d***e ??

To były jednak inne czasy...

     Dzieciaki zostały "po lekcjach" i wybrały "swój" samorząd...

Można ?? Można !!

Była jedna klasa i dwa samorządy...Prawie do Matury...

     Nikt z nauczycieli nic z tym nie zrobił, bo "szyszkom" podpadać niewygodnie...Lepiej zaakceptować dziwną sytuację...

Żeby jednak odrobina sprawiedliwości pozostała, pani wychowawczyni ogłosiła "trójkę rodzicielską" w ten sam sposób...To się bardzo spodobało...Przynajmniej reszcie klasy...;o)

     Wychowawczyni była z tych, co robi ile musi...To i "trójka" robiła ile musiała...A nam to nie przeszkadzało...;o)

Że tak nie powinno być ??

Jasne !!

     Ale jeśli szukasz sprawiedliwości w szkole, to weź do ręki Słownik...Ona tam jest...Pod literą "S"...;o)

 

P.S. Zainteresowanych informuję, że nasza polonistka urodziła bliźnięta, dwóch chłopców...Obaj mieli włosy koloru podgnitej pomarańczy...

Ale jakby co...To nie ja...;o)

sobota, 11 grudnia 2021

Czarna kropka...

     Każdy kto rozpoczynał edukację w latach siedemdziesiątych wie, że lekko nie było...I to dosłownie...

     Tornistry były rozmiarów XXL, wykonane ze skaju z metalowymi klamrami i ciężkie same w sobie...Do tego piórniki (czasem drewniane)...Książki w solidnych, tekturowych oprawach...I oczywiście masa innych "przydasi"...Mydelniczki...Ręczniczki...Butelka z piciem...Mój tornister był tak ciężki, że samodzielnie nie byłam w stanie donieść go do szkoły...A może to ja byłam zbyt lekka ??

W każdym razie, Rodzinka orzekła, że nijak edukacji nie rozpocznę w takim zestawieniu...

     Sprawę rozwiązał Dziadzio Stefan, zgłaszając się na ochotnika do roli Tragarza...W szkole miałam tornister "ciągać" za szelki...Taki byłam ułomek...;o)

     Dziadzio, mimo choroby, transportował ten mój tornister ponad półtora roku...A potem umarł...Więc edukacja bywa "zabójcza"...

     Ale "czarna kropka" miała miejsce w pierwszej klasie...

     Nasza wychowawczyni przygotowała tablicę, na której wypisani byli wszyscy uczniowie, a ona przyznawała nam kropeczki różnych kolorów za sprawowanie...Jeden rzut oka i było widać, kto co ma "za pazurami"...

     Pewnego dnia, wchodzi wychowawczyni do klasy i z grobową miną oświadcza, że wstawia mi "czarną kropkę" ze sprawowania, bo dopuściłam się rzeczy strasznej...

Nie miałam pojęcia o co chodzi...

     Okazało się, że dzień wcześniej, kiedy wracaliśmy ze szkoły, śmiałam się na ulicy i dokuczałam jednemu z uczniów, że jest "tłuk i gamoń" bo wierszyka nie umiał...

Wychowawczyni nawet nie czekała na wyjaśnienia, nie zapytała jak było, tylko walnęła mi tę czarną kropę przy całej klasie...

Nie rozumiałam...Nie pojmowałam...

     Przez cały dzień nie odezwałam się w klasie ani słowem, a czarna kropka wbijała mi się w oczy, w serce i w duszę...

     Dziadzio Stefan od razu rozpoznał, że coś jest nie tak...

A było bardziej "nie tak" niż się wydawało siedmiolatce...

     - I on powiedział mamie, że to ja się z niego śmiałam, i że go przezywałam...

     - Kto ?? Darek ?? - nie mógł uwierzyć Dziadek...

     - Tak...I ciocia była dzisiaj w szkole...Opowiedziała wszystko wychowawczyni i dostałam czarną kropkę na tablicy...- i pociekły łzy rozżalenia...

     - Halina tych bzdur nagadała ?? - sytuacja bardzo Dziadka Stefana zdenerwowała...

     Dziadek odprowadził mnie do domu, coś wyszeptał do ucha wujkowi, który miał mi dotrzymać towarzystwa i zniknął...(Dziadek poszedł wyjaśnić sprawę u źródła, czyli u najstarszego syna)...

Całe popołudnie i wieczór upłynęły pod znakiem "czarnej kropki"...

     Na drugi dzień szłam do szkoły z Mamciaśką i Dziadkiem Stefanem...Chociaż chętnych do eskortowania było wielu...(Baba Jaga (czyli Babcia), Ojciec i dwóch młodszych braci Mamciaśki)...

W czym był problem ??

     Otóż, w dzień, kiedy ponoć wyzywałam własnego kuzyna od "tłuków i nieuków" wracałam do domu z Dziadkiem Stefanem, nawet trasa marszu się nie zgadzała...Cioteczka (moja osobista chrzestna) minęła się z prawdą i to minęła się wręcz kosmicznie...A wychowawczyni dała temu wiarę...

Tak krzyczącego Dziadka Stefana to ja nigdy wcześniej i nigdy później nie widziałam...

     Rozpętała się taka awantura, że nawet dyrektor szkoły brał w niej udział osobisty...

Ale apogeum nastąpiło, kiedy w drzwiach szkoły pojawiła się ciotka z kuzynem...

Wszyscy wylądowaliśmy w dyrektorskim gabinecie...

     Ponoć kłamstwo ma krótkie nogi...To kłamstwo chyba nawet krótkich nóg nie miało...

     Darek okłamał mamę (przynajmniej taką wersję przedstawiła przyciśnięta do muru ciotka), ona zamiast załatwić to w rodzinie, postanowiła rozpętać burzę, wychowawczyni niczego nie sprawdziła...

Efekt ??

     Nigdy więcej ciotka nie brała udziału w rodzinnych uroczystościach, Dziadek Stefan postawił kategoryczne veto...Moi Rodzice praktycznie zerwali z nimi kontakt...Darka przeniesiono do innej szkoły...

     Czarna kropka widniała na tablicy do końca roku, bo zrobiona była mazakiem...Klasie też niczego nie wyjaśniono...Czarna kropka kłuła oczy, serce i duszę...Zadra pozostała...

Ale że historia lubi się powtarzać...

     Właśnie rozpoczynałam naukę w Technikum, pełna gala, szkoła mundurowa, więc "pierwszaki" widoczne w tłumie...I nagle, wśród tych głów rozpoznaję Darka...Bingo !!

Kiedy mnie zauważył, to jakby grom w niego strzelił...

Większe nieszczęście już mu się przytrafić nie mogło...

I pewnie moją winą było, że pół roku później przeniósł się do "zawodówki" bo nie wyrabiał...

     A kiedy dwa lata później spotkaliśmy się przypadkiem w pewnym parku, zebrał się na odwagę i wywalił mi w twarz, że jest "czarną owcą" w rodzinie, że nic mu się nie udawało i nie udaje, i że całe życie był nękany przez własną matkę faktem, że ma genialnego brata (to akurat była prawda) i wszechstronnie uzdolnioną kuzynkę (a to były "jaja")...

Nawet nie wiedziałam co powiedzieć...

Cioteczka zniszczyła własne dziecko...Jedną "kropką"...

wtorek, 31 sierpnia 2021

Taka perspektywa...

     Pewnie wielu Czytaczy pamięta, że Pan N. poderwał mnie na rodzynki...To fakt...

     Dawno, dawno temu, Dziewczęta nie były może tak wybredne jak dzisiaj, a sąsiedztwo sklepu spożywczego przy szkole podstawowej kończyło się często takim dziwnym "podrywem"...

Na "długiej przerwie" Chłopaki wymykali się do sklepu (złapanie przez Woźną było równoznaczne z obniżeniem oceny ze sprawowania) i przynosili dobra różne...

     Dlaczego nie były to ciasteczka, czekoladki, czy owoce ??

     No cóż...W sklepach rzeczywiście bywało niewiele...A słodycze przez wiele lat były reglamentowane, czyli na kartki...

Z rzeczy "rozpustnych" pozostawała nam kapusta kiszona, ćwiartka chleba, bo ziemniaki i buraki wypadały blado...W takim zestawieniu podryw na rodzynki wygląda już całkiem nieźle ?? ;o)

Ale bywało, że jadaliśmy wspólnie i ćwiartkę chleba, i kapustę kiszoną...

     Rodzynki były jak gdyby przejściem na kolejny etap związku...To była prawdziwa "inwestycja" w związek !! Bo groszem też żeśmy nie "śmierdzieli"...;o)

Tyle z "komunałków"...

     Postanowiłam się Ślubnemu zrewanżować...

Zaczęłam od tego...

Pomidorki i chilli...;o)

Dołożyłam to...

Ponad 2 kg botwinki, z pierwszego "tłoczenia"...


Na dokładkę to...

Prawie 2 kg natki...

 A na deser...


Pan N. uwielbia zieleninę...Ja mam sitko...;o)

     Ilość zbiorów powoduje u mnie ciągłe cierpnięcie kręgosłupa i ból głowy...Gdzie ja to wszystko upchnę ??

No cóż...Skoro nawet potrzaskana grusza rodzi, to wybrzydzać się nie godzi...

Maraton...Prawdziwy maraton...

A do końca sezonu daleko...

Jak mawiał klasyk...

     "Padnę ja i pchły moje"...

Moje truchło dżdżownice rozwleką po okolicznych polach...

czwartek, 26 sierpnia 2021

Życzliwość jak dinozaury ??

     Ponad trzydzieści lat temu, z okien pewnego mieszkania w naszej klatce zaczął wydobywać się dym, i co logiczne, smród spalenizny...W kilka minut na klatce schodowej zebrali się zaniepokojeni mieszkańcy...Dobijanie się do drzwi i wydzwanianie w ruchu ciągłym nie przynosiło efektów...

Decyzja ??

No cóż...

     Lato, drzwi balkonowe pouchylane, więc jakaś opcja bezpieczeństwa jest...

Ochotnik wdrapał się na balkon, drzwi do mieszkania otworzył i zaczęła się akcja...

     Sąsiad zmożony kilkoma piwami i poranną zmianą, nastawił sobie rondelek z jedzeniem (Sąsiadka wybyła z Dzieciakami na wakacje), i zasnął...Zasnął licząc pieniądze z wypłaty...

Mieszkanie kompletnie zadymione, zasmrodzone, a na podłodze "życie" całej Rodziny...

     Sąsiad był "nie do obudzenia", więc pozostało rondel zabezpieczyć, mieszkanie przewietrzyć, pieniądze pozbierać i schować...Zbiorowo opuściliśmy lokal, a Ochotnik zamknął mieszkanie od środka i wyszedł przez balkon...Tyle akcji...

     Sąsiad się na kanapie wyspał, przez tydzień wszystkim dziękował, a Sąsiadka o incydencie dowiedziała się pół roku później, przez przypadek (od jakiejś "pepli" z sąsiedniego bloku)...

     A ledwie kilka dni temu...


     Sześć jednostek straży pożarnej i policja...

     Straż nawet nie rozwinęła węży (trochę wody pociekło z zaworów) i po kwadransie było po "pożarze"...Przyczyna była analogiczna...Rondelek na gazie...Zadymienie...Zadyma...

     Właściwie najwięcej pracy miała policja, bo nawet matki z dziećmi na rękach przybiegły oglądać "widowisko"...Zawsze jakaś rozrywka...

     Smużka dymu była maleńka (ja jej nie widziałam, a Strażacy wykryli ją po kilku minutach), smrodu spalenizny nie czułam, ale jedno jest pewne...Od dwóch dni przejeżdżające samochody zwalniają, a piesi dziarsko unoszą głowy do góry...Każdy chce zobaczyć ślady "wielkiej akcji"...Śladów brak...

     Kiedyś ludzie ruszali z pomocą, tak było trzeba, normalka...Teraz ruszają uzbrojeni w komórki...Liczy się news...

wtorek, 27 kwietnia 2021

Zmarnowanie...

     Moja Mamciaśka była nastoletnią Dziewoją, kiedy w Polsce zapanowała żałoba...Zmarł Bierut...

     - I wiesz, zrobili wtedy uroczysty apel w szkole, wszystkich nas zgonili do sali gimnastycznej, wzniosła muzyka pogrzebowa, umartwione twarze Nauczycieli i nagle "Jasiek" (niestety nie pamiętam imienia) puścił bąka...- opowiadała Mamciaśka... - Ale nie jakiegoś cichacza, o nie !! To był taki bąk, że słychać go było w całej Szkole, a my ryknęliśmy salwą śmiechu...Taka zbiorowa głupawka...

Z niecierpliwością czekałam na dalszy ciąg...

     - Trzymali nas na tym apelu przez sześć godzin, do dzisiaj pamiętam ból nóg...A Jaśka wyprowadzili z sali, wezwali Rodziców i już do klasy nie wrócił...Został relegowany ze szkoły, z "wilczym biletem" do "Ogólniaków", chociaż był Prymusem...Rodziców od dyscyplinarek uratowała przynależność do partii...

     Tak się dowiedziałam, że mój Świat bywa mało kolorowy...

     I wtedy przypomniałam sobie, jak kilka lat wcześniej, kiedy wracałyśmy tramwajem z zakupów,  ja wypaliłam zasłyszaną "mądrością":

     "Za Gomułki suche bułki, za Gierka dostaniemy cukierka",

     Mamciaśka zakończyła naszą podróż na najbliższym przystanku i dreptałyśmy do domu kilka kilometrów...Kilka kilometrów w czasie których Mamciaśka oglądała się nerwowo za siebie i ciągle mnie poganiała...

Miałam sześć lat i dowiedziałam się, że zdrowiej jest jeśli język służy do mlaskania, a nie do mówienia...

Chociaż długie spacery lubiłam bardzo...;o)

     Nie wiem skąd dzieci czerpią wiedzę, ale byłam pewna, że nerwowe wyglądanie Rodziców z korytarza i konspiracyjne szepty w nocy, mają wiele wspólnego z dziecięcą rymowanką...

Ale Dzieci mają też inną "przypadłość", niczym radar i sonar w jednym, wyczuwają "niewłaściwe tematy" i czym bardziej Doroślaki starają się być dyskretne, tym bardziej Dzieciaki w tym uczestniczą, wyławiając z półsłówek niezbędną wiedzę...

     A że historia kołem się toczy, kiedy byłam nastoletnią Dziewoją, zmarł Breżniew...

Polska już była wówczas inna...

     "Komuna" trzymała się jeszcze wbitymi pazurami, ale świadomość była już znacznie większa..."Solidarność" była nadzieją...

     Mieszkałam wówczas w Mieście "najbardziej czerwonym"...Ale wiedziałam już, że w tym Mieście dzieje się wiele "pod podszewką", że oficjalna "czerwień" jest tylko "kamuflażem" dla "świętego spokoju"...Uczestniczyłam w tym...I w tym "czerwonym", i w tej "podszewce"...

     W czasie lekcyjnej przerwy gruchnęła wiadomość...

"Breżniew nie żyje"...

     Rozgorączkowane szepty...Potajemne uściski dłoni...Dwuznaczne uśmiechy...

Szkoła "oszalała" z radości...

     Weszłam do klasy z "dobrą nowiną"...Dziewczyny zaczęły "szaleć"...I nagle...

     - Z czego Wy się cieszycie ?? Umarł dobry człowiek...Teraz wszystko pójdzie na zatracenie...- usłyszałam od jednej z naszych Prymusek...

Zatkało mnie...

Oczytana, inteligentna Dziewczyna ??

     "Dobry człowiek" ??

     "Zatracenie" ??

Klasa zamarła...

Zajęłyśmy miejsca i wszystkie wgapiały się w Prymuskę...

Każda twarz wyrażała jedno...

     "Czy Ona na prawdę tak myśli ??"

     A ja zapatrzyłam się w okno i pomyślałam o nieznanym mi Jaśku...Kiedyś jeden "bąk" zmarnował Mu życie...Czy dzisiaj cieszy się jak ja ?? Czy nadzieja rozświetla Mu duszę ??

     Ponoć jednostka nic nie znaczy...

Bierut...Gomułka...Breżniew...

Jednostki, które znaczyły zbyt wiele...Dla "Jaśków"...

     Nasza Prymuska została Nauczycielką...Gdzieś na północy Kraju...Czy pamięta tamten dzień ?? Nie wiem...Ja pamiętam...

     Ledwie rok później straciłam wymarzoną pracę przez poglądy polityczne...Nie...Tym razem niczego nie chlapnęłam...Wyrzuciłam do kosza na śmieci zgniecioną w kulkę "deklarację przynależności partyjnej"...Rzut był piękny, czysty, "za trzy punkty"...Ale widziała go szefowa POP...Widocznie nie lubiła koszykówki...;o)

     Z biegiem lat coraz bardziej rozumiem naszą Prymuskę...

     Nadzieją pięknie się żyje, zapowiada przyszłość, rozświetla dusze, ale z czasem powinna przynosić efekty...A nam efekty kiepsko wyszły...Parafrazując...Zmarnowanie ?? 

sobota, 20 marca 2021

Amazonki, czyli walka o przetrwanie...

     Długo się zastanawiałam, co z "komunałków" ugryźć tym razem...Egzotycznych tematów multum, ciekawostek ogrom...Chronologicznie "od niemowlaka" ?? A może "co ślina na jęzor przyniesie" ??

"Ślinotok" wygrał...;o)

     Dzisiaj będzie o największej tajemnicy "Komuny", czyli jak to było, że w sklepach był tylko ocet i półki, a stoły w polskich domach "uginały" się od specjałów...

     Biorąc pod uwagę, że każda Kobieta umie ponoć zrobić trzy rzeczy z niczego (kapelusz, sałatkę i awanturę), nie powinno dziwić, że jakoś sobie wszystkie radziły...;o)

     Jako dziecię, czyli do lat 80-tych XX-go wieku miałam zaopatrzeniowy luz...Mamciaśka była Mistrzynią Świata w napełnianiu lodówki...Sprawa prosta...Mamciaśka miała "przydatny" zawód...A to było wówczas istotniejsze, niż zasobność portfela...

Podstawą gospodarki był barter...;o)

Wymiana towarowa kwitła !!

     Może nie był to barter w czystej postaci, analizowany teraz przez ekonomistów, bo pociągał za sobą równowartość towaru, ale "coś za coś" kwitło w najlepsze...

     Mamciaśka była Pielęgniarką, więc miała dostęp bezpośredni do Lekarzy (wypisywanie recept), znała placówki medyczne (porady specjalistów), z imienia wymieniała wszystkich Farmaceutów w Mieście (dostęp do leków), a z niektórymi była zaprzyjaźniona (dostawy "przydasi")...

W tym procederze była bardzo przydatna córka sprinterka...;o)

Mamciaśka wracała z pracy i rzucała zapotrzebowanie...

     Pakowałam paczki, paczuszki, koperty do plecaka i ruszałam w "Miacho"...Do spożywczaka, do mięsnego, do warzywniaka, do obuwniczego...Zgodnie z listą...

Cały wic polegał na tym, żeby paczek nie pomylić...;o)

     Na drugi dzień Mamciaśka wracając z pracy robiła "rozliczenie"...Przynosiła papier toaletowy, czekoladę, mięcho, wędliny, banany...Właściwie, jako dzieciak, to nawet nie miałam pojęcia, że jest jakiś problem z zaopatrzeniem...A biegać po Mieście lubiłam...;o)

     Właściwie, nie było "nieprzydatnych" zawodów...

     To ilość "znajomości" decydowała o zasobności gospodarstwa...

     Kiedy byłam w ciąży z Pierworodnym i pracowałam w Bibliotece, przekonałam się o tym najlepiej...

     To już było w prawdziwie "mrocznych" czasach, zakupy to były godziny stania w kolejkach, na dodatek towar był reglamentowany (na kartki)...Trzeba było zgrać trzy elementy: posiadanie kartek, odpowiednia pozycja w kolejce, zasobność portfela...

Zapytacie: co ma do tego biblioteka ??

     Po pierwsze: Nowości !! 

     Pamiętam premierę "Blaszanego bębenka"...Ależ się działo !! Dostałyśmy jeden egzemplarz, lista chętnych miała 124 nazwiska...;o)

     Po drugie: Czytelnia...

     W sąsiedztwie biblioteki była handlowa szkoła zawodowa, jej uczennice miały praktyki w kompleksie, w którym była biblioteka...Siłą rzeczy korzystały z moich usług...A w krótkim czasie usługi te znacznie wybiegły poza ramy obsługi czytelni...

Pisywałam wypracowania, rozprawki,eseje, a nawet prace semestralne..."Ogarniałam" polski, historię, geografię, matematykę, fizykę...Wracałam z pracy taszcząc siatkę pełną prac domowych do wykonania...

Za tę pracę intelektualną otrzymywałam godziwe rekompensaty...

     Nie ruszając się z bibliotecznego krzesełka skompletowałam całą wyprawkę dla Syna, łącznie z podgrzewaczem do butelek...

     Nie ruszając się z bibliotecznego krzesełka miałam cytrusów pod dostatkiem...

     A kiedy już się ruszyłam, bo Młody nabrał niespodziewanej ochoty na kapustę kiszoną z dżemem truskawkowym, to obsługiwana byłam w trybie ekspresowym...

     Jak się urodził, dopadła mnie "szara rzeczywistość"...Mamciśka była już totalnie utopiona w nałogu...Ojciec nawet nie wiedział gdzie znajduje się "mięsny"...Pan N. wyjechał w delegację, żeby walczyć o nasze własne "M"...

Zostałam ze sterta kartek, niemowlakiem i pustą lodówką...

     W sklepach ustawiały się dwie kolejki...Normalna i uprzywilejowana...Czasem ta druga była dłuższa (wyż demograficzny)...Czasem dochodziło do rękoczynów, jak ludziom nerwy puszczały...Bywało, że kolejki obrzucały się takimi inwektywami, że Słownik języka polskiego się czerwienił...A mnie często wywożono z tych kolejek karetką...

Nie dosypiałam, na jedzenie czasu nie miałam, więc ciągle mdlałam...

     Po przeprowadzce do Zaścianka i rekonesansie w terenie, plany zakupowe szybko zrewolucjonizowałam...

     Kiedy Pan N. miał wolne po nockach (dwa dni), brałam wielką torbę podróżną i o 2-giej w nocy szłam stać w kolejce (w zimie też), tajemnica polegała na tym, że trzeba było się załapać na pierwszą trójkę...

     Jeśli to był jeszcze czas kartek, wykupywałam wszystko za jednym "staniem", napychając lodówkę po brzegi...W czasach "po kartkowych" układałam jadłospis na cały miesiąc i spisywałam elaborat zaopatrzeniowy, z uwzględnieniem wszystkich świąt, uroczystości i odwiedzin...

     Wracałam do domu z torbą ważącą nieraz dwadzieścia kilo, wdrapywałam się z mozołem na pierwsze piętro, stawiałam torbę w kuchni i padałam "zimnym trupem" na łóżko...Budziło mnie mlaskanie...;o)

Szczerze mówiąc, zawsze tak pakowałam torbę, żeby na wierzchu leżały kabanoski, albo sucha kiełbaska, albo szyneczka...Moje Łakomczuchy zawsze się dały skusić... 

     Kiedy to napisałam, zdałam sobie sprawę, ile trzeba było kombinować, kalkulować, planować...Głowa puchnie...;o)

     Ale "głupia" wątróbka zdobyta w tamtych czasach, uszczęśliwiała człowieka niesamowicie...A jaka adrenalinka była kiedy człek się zbliżał do lady i wiedział, że ten wypaśny, wędzony boczek będzie jego własnością...

     I niech mnie przekonują wszyscy historycy hurtem, że to Mężczyźni polowali...Nie ma opcji !! Każda Polka żyjąca w "komunie" była jak Amazonka...Z siatką na ramieniu, z portfelem i kartkami w dłoni, i z tym dzikim błyskiem w oczach...

Bo to była walka o przetrwanie...;o)   

wtorek, 16 marca 2021

Brudne sprawy...

     Zauważyłam, że wśród moich młodszych Czytaczy jest pewne zainteresowanie czasami "komuny"...No cóż...To taka "egzotyczna" wycieczka w przeszłe czasy...

     Postanowiłam wrzucać od czasu do czasu posta wspomnieniowego...Nie o bohaterstwie i poświęceniu poprzednich pokoleń, bo to akurat zaczyna być wypaczane w sposób nieprzyzwoity, ale o takich najzwyklejszych rzeczach, które były dniem codziennym, a teraz wydają się niesamowite...Może dlatego coraz częściej ludzie wspominają "komunę" jako dobre czasy dla naszej Ojczyzny ??

     Powstanie etykietka: "KOMUNAŁKI"...Ale bardzo Was proszę, czytajcie to z "przymrużeniem oka", bo chociaż czasy to były szaro-bure, to nic nie było czarno-białe...;o)

     A może doroślejsi Czytacze wrzucą w komentarzach swoje wspomnienia ??

     Komunałki czas zacząć...

     Urodziłam się za Gomułki...Dawno, dawno temu...Szczerze mówiąc zwisało mi to i powiewało wtedy tetrową pieluchą...Bo pieluszki wtedy były tetrowe...

     Kupowało się materiał na metry, cięło i obszywało...A jak się tetry nie dopadło w sklepie (łatwo nie było), to cięło się stare prześcieradło...Ot, i po problemie...

Użytą pieluszkę trzeba było oczyścić, przepłukać, wyprać i wygotować, więc przez pierwszy rok życia niemowlaka w każdym domu unosiły się kłęby pary, a kociołki wiecznie stały na paleniskach, i tych węglowych (w większości), i tych gazowych (z czasem)...Młode mamy można było rozpoznać po poparzonych dłoniach...

     I chociaż wydaje się to zamierzchłą przeszłością, to dokładnie tak samo wyglądało to w latach osiemdziesiątych XX wieku...Tetra królowała...I wcale nie było łatwiej ją kupić...

Dalej "zeskrobywało" się pieluszki, dalej kociołki królowały na piecykach...Trzydzieści pieluch to wcale nie był duży zapas...;o)

Skrobałam, płukałam, prałam, gotowałam i...Prasowałam !!

     Bo jeśli dzieciaczek urodził się z bardzo delikatną skórką, albo alergiami (alergie to nie jest wynalazek XXI wieku), to matki miały przechlapane po całości...Miałam przechlapane...;o)

     Wyobrażacie sobie ten maraton ??

     Przy dzisiejszych technologiach pieluchowych (załóż, ściągnij, wyrzuć), wydaje się to abstrakcyjne...

     A kiedy czas na cokolwiek innego ?? Na zabawę z dzieckiem ?? Na spacer ?? Na karmienie ??

Bez maty interaktywnej, bez bujaka ??

Wózkiem bez "wspomagania", ciężkim jak diabli bez "zawartości", który miał tylko opcję "pchaj" i "ciągnij" ??

A karmienie to już cała bajka...

     Teraz słoiczek "pyk" i mniam, mniam...

     Ja nastawiałam warzywa i mięso na parze, potem warzywa przecierałam przez sitko, mięsko miksowałam, i zupka jak ta lala...Chyba, że nie smakowało, wtedy trzy godziny roboty lądowały na śliniaku...

     Macierzyństwo pełną gębą...;o)

To tylko trzydzieści lat różnicy...

Ale cofnę się o kolejne dziesięć...

     Kiedy ja to usłyszałam będąc nastolatką, już nie mieściło mi się w głowie (zaczęło się mieścić, jak wdepnęłam w tetrowe pieluchy)...

     Czy zastanawiałyście się, jak w latach czterdziestych, pięćdziesiątych XX wieku wyglądał rynek środków higienicznych dla kobiet ??

Nie wyglądał !!

     Kobiety korzystały z tego co miały...Stare prześcieradła, stare poszewki...Rwane na kawałki, składane kilkukrotnie, płukane, prane i ponownie używane...A jak brakło, to "na żywioł"...Niech leci gdzie chce...Długie, obszerne spódnice i zapaski były wówczas przydatne...;o)

     W miastach było lżej, ale w wioskach, jeszcze długo po wojnie "miesiączka", "okres" to były "brudne" skojarzenia...Może dlatego tak opornie szła edukacja w tym kierunku ??

     Skoro ja pamiętam żywiołową radość Cioteczek, kiedy Mamciaśka wypakowywała z bagaży "przydasie" (które skrupulatnie zbierała od urlopu do urlopu, bo przecież obowiązywała reglamentacja)...Pamiętam przytulane do serc paczki waty i ligniny, i wypieki na twarzy...Radosne i zawstydzone...

     O tym się nie opowiada...Bo i po co ??

A może trzeba ??