Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na haczyku.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na haczyku.... Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 maja 2018

A na plecach mam Stokrotkę...

     Kilka miesięcy temu dostałam mailika od Przesympatycznej Osóbki...

     "Tak dziobiesz i dziobiesz...Jeśli się nie obrazisz, to wyślę Ci paczkę...Wełnę mam..."

A że ja taka prędka do obrażania nie jestem...
No to wysłała...
     Pudełko otrzymało zaszczytne miejsce pod łóżkiem, bo tam trzymam wszystkie swoje "skarby" i czekało na przyszły los...
     Wena przyszła z "nienacka"...;o)
     Siedziałam wieczorem na ławeczce przed "Orzeszkiem",herbatkę piłam (albo inny szlachetny trunek), a zimne wietrzysko hulało mi po grzbiecie...

     "Przydało by się ponczo jakieś, albo pelerynka" - pomyślałam odkrywczo...

     A że u mnie proces od pomysłu do realizacji ma bardzo krótką drogę, więc zaraz po powrocie do domeczku, pudło z wełenkami spod łóżka wyszarpałam...
     24, 48 lub 72 godziny na Wrzosowisku, z duchem ledwie żywym z przepracowania...
     24, 48 lub 72 godziny w domeczku, z obrządkiem ogólnie wszystkim znanym...
     A w tak zwanym "międzyczasie", albo jak kto woli, w wolnej chwili...
Dziobałam...
Dziobałam...
Dziobałam...
I właśnie wiechę może dziobak wywiesić...
     Jeszcze chrztu bojowego nie było, ale póki całe, wyprane i wyprasowane, to mogę na widok publiczny wystawić...
     Tak mnie Stokrotka ubrała...;o)

Ze z przodu...


 
Ze z tyłu...
     Oczywistą oczywistością był kapturek...;o)
     Ciepluchne jest takie, że trudno było w domciu przymierzyć...Zobaczymy jak sobie z wrzosowiskowymi wichurami poradzi...
     No i zawsze będę mogła powiedzieć, że Stokrotkę na plecach nosiłam...;o)

wtorek, 20 lutego 2018

Walentynkowy sweterek...

     To był bardzo intensywny tydzień...
Tydzień walentynkowy...
     Zaczął się od urodzin naszej Synowej, które świętowaliśmy "na odległość" i telepatycznie przesyłaliśmy do Niej najlepsze życzenia...
     Potem Gordyjka miała do załatwienia pewną "służbową" sprawę urzędową, więc postanowiła pójść "z buta", co zaowocowało Wielką Wyprawą Urzędową, a gordyjski kręgosłup zgłosił zdanie odrębne i zaznaczył, że urzędów nie lubi...
     Potem były "wielkie zakupy", ale to norma...
     Potem były Walentynki w Krakusowie...
     Potem wyprawa na łyżewki, z kompletem moich Chłopaków...
     Potem cudne trzy dni babciowania (że o dziadkowaniu nie wspomnę)...
I nadszedł dzień Księciuniowego powrotu do domciu...
A skoro było to w samym środku Walentynek...
Musiał być prezent dla Najważniejszej Walentynki...
     Lutowy sweterek...


Letni sweterek z kółeczek...
     I chociaż Babcia wielką miłośniczką różów nie jest, to kolorek jest dla Princeski idealny...
Spodoba się ??
Zobaczymy w lecie...
     Szwy babcia pociągnęła "wierzchem", żeby nic nie uwierało...;o)

niedziela, 10 grudnia 2017

Genialny wynalazek...

     Po rozkoszach "dziadowskiego weekendu" na Zaścianek spływa błoga cisza...
     Zabawki lądują w szufladach, konstrukcje porozbierane odzyskują wcześniejsze zastosowanie...Dziadziuś i Babcia odzyskują kanapy...
Tylko Księciunio nie odzyskuje spokoju...
     On ciągle zakłada, że my się tym wszystkim bawimy w czasie Jego nieobecności !!
Echhh...
     Ale przecież mamy jeszcze Princeskę !!
A co można robić w długie, jesienne wieczory ??
No co ??
     Można robić to...


     Tak się bawiła Babcia przez kilka ostatnich wieczorów...
I uśmiech nie schodził jej z twarzy...
     Najpierw to będzie płaszczyk...Potem to będzie sweterek...A potem princeska, albo kasaczek...Jak zwał tak zwał...;o)
     Zanim skończyłam, już następny pomysł w czerepie się błąkał...
To dopiero będzie jazda !!
     Babcia ma idealny pretekst, żeby wyszperać druty, szydełko i maszynę do szycia...Bez oporów może nękać Obsługę sklepów tekstylnych i pasmanterii...
     Posiadanie Wnuczki to genialny wynalazek !! ;o)  

poniedziałek, 27 lutego 2017

Misiowy piąteczek...

     Piąteczek trzymał dla nas jeszcze jedną niespodziankę...A właściwie to my mieliśmy niespodziankę dla piąteczka...
     Mała drogowa pętelka i już byliśmy pod drzwiami naszych Misiaków...
     Mama Miś wyglądała przepięknie !!
Jest już taka miluśna i mięciutka w czasie przytulania...
A że "utrapienia ciążowe" troszkę zelżały, więc i humorek Misiowej Mamie dopisuje...
     Tata Miś jeszcze pracował...
Hmmm...
Ponoć od dwóch dni jest na urlopie, ale jest to równoznaczne z tym, że zamiast siedzieć przy kompie w pracy, siedzi przy kompie w domu...
Na Misiowym urlopie zawsze się coś w Firmie "sypie"...
My to znamy z autopsji...Mama Misiowa już przywykła...
     Książę Miś był jeszcze w żłobku...
Ha !!
To się nazywa promocja...
Porozmawiać z Dzieciakami bez ciągłego "Mamo !!", "Tato", "Babcia !!", Dziadzia !!"...
No to i chwilka na "tajemnice" dorosłych się znalazła...
     Najpierw coś, co powinna mieć każda szanująca się Dama...


Tak, tak...
     To kapelutek dla naszej Gwiazdeczki...Jeszcze nie wie, że jest Gwiazdeczką, ale kapelutek już czeka...;o)


Koniecznie z rondem w kształcie muszelek, bo przecież to będzie Perełka !!


No i koniecznie z czerwoną kokardką !!
     Nie żeby Babcia była przesądna, ale "zapobiegać" nie zaszkodzi...;o)
     Żeby sprawiedliwie było, to i dla Księciunia coś Babcia zmajstrowała...
Już dwa lata temu sobie umyśliła...Jak kupiła maliny w takim cudeńku...


     Idealny koszyczek wielkanocny dla Księciunia !!
Tylko troszkę trzeba go "podrasować"...


A że Trzylatek może mieć lekki problem logistyczny, więc Babcia wykombinowała klapki...


     - Ha !! - zakrzyknęła Mama Miś. - To w tym roku idziemy wszyscy ze "święconym"...
     Mina Taty Misia ?? - Bezcenna !!
     Coś mi się wydaje, że podpadłam u Pierworodnego "po całości"...
A niech tam !! ;o)
     A potem Tata Miś pojechał po Księcia Misia i Świat zaczął krążyć w inną stronę...;o)

środa, 28 grudnia 2016

Dziobaniny ciąg dalszy...

     Nigdy się nad tym nie zastanawialiśmy, przyszło jakoś "samo z siebie", zaraz po tym jak urodził się Pierworodny...Wszystko podporządkowaliśmy Dzieciakom...
     I bynajmniej nie mam na myśli bezstresowego wychowania...
Chodzi o rzeczy proste, które bywają uciążliwe...
Zagrożenia, które wcale nie muszą istnieć jeśli się tylko odrobinę ruszy wyobraźnię...
     I chociaż zawsze z wyprzedzeniem staraliśmy się problemy rozwiązywać, one i tak umiały się "wcisnąć"...
Znacie to ??
Echhh...
     Kiedy więc, Księciunio przyszedł na Świat nasz instynkt samozachowawczy (żeby nie napisać "dziadowski"), zadziałał...
     Ale to przegapiliśmy...
     Na jedną z "wizytacji" przystroiłam stolik obrusem...
Durna baba...
     Lubisz obrusy ?? To sobie je rozkładaj jak się "koronowana głowa" z wizytą nie wybiera !!
Dwie minuty i obrus zastąpiła skąpa serweteczka...
     I wtedy właśnie mnie olśniło, że ja takowych nakryć stołowych w majątku domowym nie posiadam, bo stare się zużyły, a nowych nie nabywałam bo...Lubię obrusy...
No cóż...
Czas zadziałać w temacie...
Czyli Dziobak w akcji...

     A że "eksperyment" to moje drugie imię, więc postanowiłam tym razem nie korzystać z żelazka, a wykrochmalone dzieło suszyć i formować metodą bardziej naturalną (i dla nici zdrowszą)...

Tak się moje "gronka" prezentowały indywidualnie...

A tak zaowocowały na stoliku...
     Bo kto powiedział, że serweta musi mieć kształt geometryczny ??
Może i ktoś powiedział...
Ale mnie przy tym nie było...;o)
     A dla dopełnienia objawów mojego szaleństwa pokażę Wam, gdzie zamieszkał "złoty aniołek"...

     Ta półeczka to mój przyszły zielnik...
Osobiście wycinana, osobiście osadzana, czyli osobista...
Z ogromnym wkładem personalnym Pana N.
  

P.S. Zielnik mi się zazielenił ze znacznym wyprzedzeniem, więc zarys zarysowanego zarysuję dokładniej...;o)


poniedziałek, 12 grudnia 2016

Fabrykantka aniołków...

     Nie...Wcale nie mam zamiaru namawiać Was do czytania książek Pani Camilli Lackberg, chociaż Jej kryminały uznaję za bardzo udane...Ja tylko pożyczyłam sobie tytuł...
Kryminału nie będzie...Mordu nie dokonałam...
     Zmajstrowałam aniołki...
Tak mnie znowu "zły" podkusił...


Tak się suszyły...
     Chyba nawet coś tam sobie w tym kąciku aniołkowym mruczały, ale bardzo cichutko...
A potem wyschły...
Czas był po temu, bo przecież Mikołaj czekał nie będzie...
     Ten pojedzie do pewnej Dziewczynki, która ma stanowczo zbyt dużo na głowie i taki aniołek bardzo Jej się przyda...To jest Anusiowy Aniołek, który zamieszka niedaleko Zaścianka...

Anusiowy Aniołek...

Błękitny zamieszka w Krakusowie...Ten jest dla naszej Synowej...

Aniołek Ewelkowy...
     Ona opiekuje się bardzo ważnymi dla nas dwoma Chłopakami, więc wsparcie się przyda...;o)
     A ten zamieszka w naszej kuchni...

Złoty Aniołek...
     Każda Gospodyni wie, że w kuchni wsparcie się zawsze przyda...Dlatego Złoty Aniołek skrzydełka lekko opuścił i rękawy zakasał...;o)
No i jest jeszcze ten...
Najbardziej rozbrykany...

Rozbrykany Aniołek...
Ten zostanie z nami...
     Jakiś taki mało stateczny...Zupełnie jak my...I aureolka mu się troszkę skrzywiła od tego brykania...I kiecuszka furga mało poważnie...
     Ten będzie dla nas bardzo odpowiedni...
Jak myślicie ?? ;o)

wtorek, 6 grudnia 2016

Przerywnik optyczny...

     Dzisiaj nie będzie psiej opowieści, żebyście trochę odpoczęli od czarodziejskiego psa...Dzisiaj będą zajęcia praktyczne, czyli co majstruje Gordyjka, jak ją "zły" omota...
A wierzcie na słowo, mój "zły" nie próżnuje...
Ten omotał mnie już kilka miesięcy temu...
     - Gdzie jest Ewelka ?? - zapytałam Pierworodnego wypełzając z sypialni w czasie naszego włoskiego urlopowania...
     - Poszła na polowanie...- odpowiedział Syn i łobuzersko mrugnął okiem...
Aha !!
Synowa uwielbia zbierać muszelki...
Po prostu, uwielbia...
Gdyby nie ograniczenia "bagażnikowe" narzucone przez Jej Ślubnego, oszabrowała by całe wybrzeże...
Wróciła obładowana nieprzyzwoicie...
     - Dla Mamy też zebrałam !! - krzyknęła entuzjastycznie, żeby się Pierworodny nie pieklił o nadbagaż...
     Przecież się nie będzie pieklił o muszelki dla Mamuni ??
No to sprytnie wybrnęła Dziewczyna...
A mnie opętała wizja przedpokoju wyklejonego muszelkami...
     Gdzie ja upchnę taki urobek ??
I wtedy właśnie mój "zły" zachichotał...
     - Upchniesz, upchniesz...
No cóż...
     Poświęcenie Synowej na darmo iść nie mogło (trzeba było wstać o świcie, bo o 6:00 sprzątano plażę specjalnym ratrakiem)...
     Po powrocie muszelki czekały na swoją kolej, a wyobraźnia gordyjska pracowała na najwyższych obrotach...
     - Nie pamiętasz czasem...- zagaiłam nieśmiało Pana N. - Gdzie my możemy mieć akwarium ??
     Wyzwanie było potężne, bo owo naczynie było użytkowane przez nas wieki temu, kiedy posiadaliśmy kilka rybek (dokładnie tych, co to je Pierworodny chlebem z dżemem nakarmił, a rybki chlebka "nie lubieły")...
     - Pamiętam...- zadziwił mnie Pan N.
I się zaczęło...
     Szklane naczyńko przemówiło do mnie dziewiczą powierzchnią...


     W ruch poszły farby witrażowe i wykałaczki (jak na Kurę Domową Grzebiącą przystało dziobałam tymi wykałaczkami zawzięcie)...


     Kilka wieczorów później weneckie nabrzeże było gotowe...
Ale, ale...
     Przecież było jeszcze Murano, Burano i Torcello !!
No to jazda !!


Murano naprężyło się malowniczym grzbietem rumaka...
Torcello miały symbolizować muszle, jako wiekowe "skorupy"...


Wenecję podkreśliła gondola, którą nam Dzieciaki sprezentowały po pierwszym pobycie na włoskiej ziemi...


Koronkowa wstążka zwieńczyła "dzieło"...Jest i Burano...
Cały urlop w jednym miejscu...


Moja Italia...

wtorek, 25 lutego 2014

O Szewcu Gordyjce...

     Mówiłam już, że mi skowronki w czerepie pitolą ??
No cóż...
Niekiedy tak pitolą, że aż słychać...
     A kiedy te "wredoty" zorientowały się, że wiosna tuż tuż, to tak mną zakręciły, że aż mi się w makówce zakręciło...
Jak oprzytomniałam to na stole stało to...






     Ewidentny dowód, że misie już się obudziły...
     A żeby dać lepsze wyobrażenie o numeracji owego obuwia, wrzucę porównanie...




     Jak nic zostanę Szewcem Gordyjką...


niedziela, 9 lutego 2014

Na haczyku, czyli powrót do źródeł...

     "Baba Jaga" nie była wzorem Babć...Nie przytulała...Nie dopieszczała...A Jej "preferencje płci" często wywoływały u mnie dziecięcy smutek...
     Miała jednak wiele talentów, których nie dostaje się od Matki Natury awansem...
     "Baba Jaga" była świetną Krawcową...Robiła masowo odzież na drutach, co dawało utrzymanie licznej Rodzinie przez cały okres wojenny i powojenny...No i przede wszystkim, robiła piękne firany i serwetki na szydełku...
     Krawiecki dar "Baba Jagi" opłakałam niejednokrotnie będąc jedyną dziewczynką w Rodzinie, na której to dziewczynce "Baba Jaga" prezentowała swoje zdolności...
     Talent "Baby Jagi" do robienia na drutach opłakiwała za to moja Mamciaśka, która od najmłodszych lat była zobowiązana do robienia "ściągaczy"...
Z resztą...
"Ściągacze" nie rozróżniały płci, więc robili je również moi Wujkowie i Dziadzio Stefan...
     Kiedy "Baba Jaga" robiła serwetki, czy firany w domu obowiązywał septyczny porządek i idealna cisza...
     Dokładając fakt, iż "Baba Jaga" pracowała zawodowo w zakładzie produkującym papę, to przyznam szczerze, że była pierwszym przypadkiem Pracoholika, z którym miałam do czynienie...
     Niestety...Z Jej pięknych dzieł przetrwała tylko jedna, skromna serweteczka, która jest prawie moją równolatką...






     Mamciaśka odziedziczyła talenty hurtem...
     Najmilszym dla Niej wypoczynkiem było szycie, dzierganie, haftowanie...
     Ależ to było użyteczne w czasach, kiedy byliśmy "Królestwem Octu"...
Ale ja nie o tym...
     Wśród wielu zgryzot "Baba Jagi", poza tą najważniejszą, że jestem dziewczynką, była kolejna...Skoro już złośliwie urodziłam się dziewczynką to dlaczego nie zachowuję się jak na dziewczynkę przystało...
Fakt...W tym względzie byłam opornikiem...
     Nie dość, że zamiast kiecek wybierałam "obszarpany dres", to na dodatek wolałam wrzucać węgiel do komórki, niż robić ściągacze...
Wyrodek...
     Mamciaś, chyba po traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa, wcale mnie nie namawiała...
     Może to była najlepsza metoda na takiego opornika...??
     Jedno jest pewne...Teraz już "Baba Jaga" marudzić by nie musiała...
     Po piętnastu latach "odwyku przymusowego" wzięłam do ręki szydełko...
Eksperymentalnie...
Może nie do końca eksperyment wyszedł, ale cieszy, bo mój...