Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

sobota, 10 kwietnia 2021

Jedna pożyczka...

     Trzydzieści lat temu podjęliśmy pewną decyzję, która rzutuje na nasze życie do dzisiaj...Wzięliśmy pożyczkę zakładową (o kredyty było znacznie trudniej) i zamiast jak całe otoczenie rzucić się w domowe remonty, urządzanie mieszkania, albo zakup wymarzonych "czterech kółek", kupiliśmy komputer...

Fakt...Byliśmy oboje zakręceni technologicznie w wielkim stopniu...

Ale komputer miał całkiem inne przeznaczenie...Jak dwie "Kasandry" przewidywaliśmy, że to dopiero "okres pieluszkowy" informatyzacji Świata, i że za kilka lat będzie to przyszłością dla Dzieciaków...

Z premedytacją kupiliśmy model służący bardziej do pracy niż zabawy, chociaż i gier zakupiliśmy sporo...Jakiś "robak" na tej wędce wisieć musiał...

     Pierworodny po kilku dniach złapał bakcyla i ze smutkiem ustępował miejsca przy kompie...

Miał ledwie skończone sześć lat kiedy popełnił pierwszy "program"...Prościutki, siermiężny, ale działający...Byliśmy z Niego bardzo dumni...

Chociaż nawet nie miał się komu pochwalić osiągnięciem, bo właściwie nikt tego nie rozumiał...

     Z roku na rok w domu pojawiały się coraz lepsze modele PC-tów, Pierworodny poznawał tajniki dogłębnie...Poświęcał im każdą wolną chwilę...

     Ja ze zdziwieniem wysłuchiwałam utyskiwań Sąsiadek na marnowanie czasu "przy kompie" i kręciłam głową na ich pomysły panowania nad informatycznym żywiołem...Jedne zabierały do pracy kable zasilające (jakby to mogło być przeszkodą), kiedy pojawiły się modemy internetowe, bywało że chodziły do pracy z modemami, albo chowały je w piwnicy...

U nas było totalnie na odwrót...

     Pakiet internetowy był sprawiedliwie dzielony na pięć części...Piąta część to był czas "służbowy" (przelewy, maile)...

     Czy wiedzieliśmy jakie zagrożenia czyhają na Dzieciaki w internecie ??

     No cóż...Jak się ma dwoje Rodziców z fiołem technologicznym, to się wie, że nic się nie ukryje...Szybko powstała rodzinna sieć komputerowa...Pan N. zdalnie zarządzał całym "interesem"...Ja rozgryzałam wszystko "użytkowniczo", błądząc po czatach, portalach, a nawet bywałam testerem gier...;o)

     Czy marudziłam kiedyś na "marnowanie" czasu ??

     Nie przypuszczam...Chociaż być może coś mi się wyrwało...

     Jako Nastolatek, Pierworodny pomagał nam w Firmie, a nawet miał "swoich" Klientów, biegle władał angielskim (technicznym również), znał języki programowania i miał tłumy znajomych na całym Świecie...Często uczestniczył z nami w szkoleniach organizowanych przez wiodące Firmy informatyczne...

     Mocno trzymaliśmy kciuki, kiedy rozpoczynał studia informatyczne...

I tutaj nastąpiło zderzenie marzeń z rzeczywistością...

     Okazało się, że Syn jest za bardzo do przodu...Poślizg wynosił kilka lat...

     Nasze wyobrażenie o "studiowaniu" uderzyło w mur: "Profesor wie lepiej"...

     Dopiero kiedy zaczął pracę zawodową zaczął zbierać profity z tego "do przodu", a my słuchamy z radością Jego opowieści i za każdym razem, wracając z Misiowego Domku, wspominamy te najlepiej w życiu wydane pieniądze...

Ale prawdziwa radość była nam dana kilkanaście dni temu...

     Siedzieliśmy wspólnie przy stole, kiedy Misiowy Tata zapytał Księciunia:

     - Może pokażesz Babci i Dziadziusiowi swój pierwszy skrypt ??

Księciunio poczerwieniał z emocji i ruszył biegiem do gabinetu Syna...

Widać było jak jest przejęty...

     Włączył laptopa, odpalił skrypt i na ekranie pojawił się "stworek" poruszający się w różnych kierunkach, podskakujący, a nawet zbierający "premie"...

     Nasze gratulacje Księciunio przyjął z zawstydzeniem...Nie spodziewał się, że to "bardzo ważna rzecz" !!

     Księciunio nie tak dawno skończył sześć lat...;o)

(Ale On, ma się komu pochwalić...)

Nasza "pożyczka zakładowa" dalej procentuje...;o)

Tyle, że Księciunio miał dla Dziadziusia jeszcze jedną niespodziankę...

     - Może zagrasz z Dziadkiem w szachy ?? - zapytał Pierworodny...

W końcu Dziadek będzie miał z kim grać w szachy !! (Odkąd Syn wyjechał na studia, była z tym bieda)...;o)

A ciągłe okrzyki Princeski:

     - Teraz ja !! Teraz ja !!

Utwierdziły nas w przekonaniu, że i Ona będzie trudnym Przeciwnikiem dla Dziadziusia za jakiś czas...

     Jako Rodzice, staraliśmy się otworzyć Dzieciakom wiele "drzwi", chociaż miewaliśmy bardzo ograniczone możliwości...I te lokalizacyjne (Zaścianek), i te finansowe...Ale wyłuskiwaliśmy te Ich "zdolności", wsłuchiwaliśmy się w marzenia, a czasem sami rozpalaliśmy jakąś iskrę...

Bo Dzieci muszą spróbować miliona rzeczy zanim znajdą swój kawałek Świata...To nie zawsze ten kawałek Świata, który marzy się Rodzicom...Ale ważne, żeby marzenia się spełniały, żeby Dzieci były szczęśliwe, a Rodzice spali spokojnie...;o)

poniedziałek, 5 kwietnia 2021

Takie jaja...

Zając przykicał niepostrzeżenie,

rzekł do kurczaka: "jutro się żenię"...

Kurczak zamruczał pod żółtym dziobem,

"kiedy dorosnę, to też tak zrobię"...

Zając miał dzieci pokaźne grono,

bo bardzo starał się razem z żoną,

kurczak się z czasem stawał kogutem

i okazywał kogucią butę,

żony nie pojął, jasna to sprawa,

ale w kurniku też się zabawiał...

I tak się dzieje z czasów zarania,

bo w dzieciach mamy cud Zmartwychwstania... 

 

Niech wszystkie Wielkanocne życzenia mając moc do Bożego Narodzenia...;o)

piątek, 2 kwietnia 2021

Dobre pomysły chodzą parami...

     - A może przy okazji spacerek nad Wisełką ?? -zapytał Pan N. i wcale nie musiał czekać na odpowiedź...

Spacerek nad Wisełką ??

Zawsze !!

     Pogoda rozpieszczała należycie, osiemnaście stopni, słoneczko migotało zza chmurek...

     No to sprawozdaję:

Wisła jak płynęła, tak płynie...






"Wafelek" jak przez wieki stał, tak stoi...





     A że wiosna ma swoje prawa i obowiązki, a głównym jest odnowa, więc "Smoczydło" przechodzi remoncik, renowację, a głównie porządkowanie "wkoło smoka"...


     Tyle, że to wszystko było "przy okazji"...

Co więc było celem głównym naszej wyprawy do Krakusowa ??

     W grudniu 2019 roku powstał tutaj pierwszy w Polsce "sklep charytatywny"...Idea przywędrowała z Wielkiej Brytanii, a w realizacji pomogły dotacje europejskie...

Moim zdaniem, genialne rozwiązanie, które pociąga za sobą prawdziwy "efekt motyla" w najlepszym z możliwych wydań...

     1. W takich miejscach (bo sklepy charytatywne to już prawdziwa sieć w całym Kraju) pracują Osoby niepełnosprawne, dla których praca zawodowa jest również formą terapii...Być potrzebnym ?? Przecież o to właśnie chodzi w życiu...

     2. Towar dostarczają do takich placówek życzliwi Ludzie...Można zrobić porządek w ciuszkach, w biblioteczkach, w bibelotach, w sprzętach AGD, w sprzętach komputerowych...A przecież dobro powraca...

     3. Ceny są bardzo przystępne, a hasła "wyprzedaż", czy "rabat" jest jednym z głównych w słowniku Sprzedawców...

     4. A jeśli jesteś "Szperaczem" to miejsce po prostu IDEALNE !!

     Jechaliśmy bardzo podekscytowani, a wracaliśmy zauroczeni...Nikt lepiej niż dwójka Pracoholików nie doceni takiej inicjatywy...;o)

Dawno nie słyszałam o tak dobrym pomyśle...;o)

wtorek, 30 marca 2021

Zołza w lesie...

     Wchodząc do lasu zsunęłam maseczkę i usłyszałam męski głos...

     - Oooo, to Pani...Dzień dobry...

No cóż, w maseczkach jesteśmy wszyscy jednacy...

     Odpowiedziałam na powitanie i zmierzałam w kierunku ścieżki wskazanej przez Luckiego...

     - Odkąd zamknęliście sklep, nie ma nawet gdzie pogadać...- rzucił Facet...

     Obejrzałam się w jego kierunku i usiłowałam przykleić twarz do któregoś z naszych klientów...Nic z tego...Zagajenie rozmowy kiepsko mu szło...

     - Przejdę się z wami...Żona mi umarła...- wypluł z siebie Facet jednym ciągiem, a mnie zrobiło się niewyraźnie...Co mam odpowiedzieć na coś takiego ?? Faceta nie kojarzę, a jego żony to już wcale...Jest mi przykro ?? Współczuję ??

Ale rozmówca nie oczekiwał odpowiedzi...

     - Nie na Covida...Pół roku temu położyła się po obiedzie i umarła...A ja bym nawet nie zauważył, tylko zgłodniałem, a na kolację nie wstała...- mruczał mi do ucha idąc metr za nami...

     - Chorowała ponoć dziesięć lat, a ja się po pogrzebie od dzieci dowiedziałem...- jak nic byłam uczestnikiem "spowiedzi wielkopostnej", na którą ochoty nie miałam...Rozgrzeszać ??

     - Żyliśmy czterdzieści lat razem, a sąsiadki więcej o niej wiedziały...- walił Facet dalej...

Miałam dziwne przeczucie, że zaraz przywali z "dwururki"...

     - Bo wie Pani...Rzadko bywałem trzeźwy...Lubiłem pić...- mruczał, a ja coraz mniej mu współczułam...

     - Teraz też z piersióweczką chodzę, ale nie piję...Od pół roku...- wypluł...

I ręczę Wam słowem, usłyszałam chichot jego żony...

     - Nawet na cmentarz nie chodzę, bo mnie wstyd...- wyznał...

     Jak nic muszę być podobna do naszego Proboszcza, albo Wikarego...Chyba, że Facet "trenuje" przed spowiedzią, żeby przy konfesjonale gafy nie strzelić...A może wie, że kiedyś miałam ksywkę "Matka Wielebna" ??

     - Dzieciaki z wnukami nie przyjeżdżają...Córka to mi po pogrzebie powiedziała, że teraz mogę żyć jak chciałem, w tej swojej "krainie szczęśliwości"...Syn to się wcale nie odezwał...

Teraz to i ja chichotałam...

Niezły "odwet" wzięła Kobieta...

     A mój Bieszczadzki Dziadek mawiał, że "Baba narzeka, a chłop umiera"...Hmmm...Nawet On czasem się mylił...

     - Szybko Pani chodzi...- zauważył Facet, a ja usłyszałam jego sapanie...

     - Amerykańscy naukowcy odkryli ostatnio, że jak się szybko chodzi to jest mniejsze prawdopodobieństwo zarażenia się Covidem...- wymruczał moimi ustami "zły", który od dłuższego czasu siedział mi na ramieniu...Kiepsko Facet trafił, jeśli oczekiwał współczucia...Nawet nie byłam zainteresowana, czy potraktował moje słowa poważnie...

     - To ja przysiądę chwilę...- rzucił Facet zgarniając z leśnej ławeczki śmieci...

     - Do widzenia...- odpowiedziałam z ulgą i ruszyłam dalej...

     Uśmiechałam się do siebie, zmawiając w myślach modlitwę za Zmarłych...Należała się tej Kobiecie, której wcale nie kojarzę...

     Jestem zołzą, wiem...Ale Facet całe życie "pracował" na owoce, które teraz zbiera...Cudo !! ;o)

sobota, 27 marca 2021

Jak oszukać cwaniaka...

     Minęło półtora roku od kiedy Lucky stał się członkiem naszej rodziny, gdyby ktoś znał go wcześniej i zobaczył teraz...No cóż...Teraz to już całkiem inny pies...I nie mam na myśli podwojenia wagi...

     Z typowego psa "podwórzowego", który miał wszystkie przypadłości i zaszłości owego "gatunku",plus kilka traum na duszy i ciele, teraz to chodząca na czterech łapach łagodność...I miłość...

     Kocha nas wszystkich i nie waha się okazywać tego psiego przywiązania, chociaż nie da się ukryć, że głównym obiektem "uwielbienia" jestem ja...A ja w kuchni, to już uwielbienie absolutne...

     Po kilku miesiącach poznawania smaków (znał smak chleba i ziemniaków) teraz Lucky bez oporów próbuje różnych kąsków...Nawet psich...Chociaż "wędzone świńskie ucho", które dostał na powitanie, w dalszym ciągu jest głęboko zakopane pod kanapą (pewnie na gorsze czasy)...;o)

     Lucky wysoko ceni pełną michę...;o)

- Smacznego...- Dziękuję...;o)

 

Chociaż bywa, że robi sobie dobę postu...

     Po porannym spacerze czeka na niego miska z parówkami, a on wchodząc do klatki schodowej już się oblizuje...Za progiem energicznie rusza na śniadanie i zanim zdejmiemy buty, psisko jest po posiłku...

- Będę się delektował powolutku...

     

     Kiedy ruszamy na Wrzosowisko, nie ściągamy mu szelek...Taka procedura...

     Lucky wskakuje na kanapę i grzecznie czeka aż popakujemy manele i damy komendę do wyjścia...

     O dziwo, w tym roku nie drzemie w samochodzie, tylko leży i zerka przez okno...Czasem staje między przednimi siedzeniami i "pilnuje" drogi podsuwając łebek do drapania...

     Na Wrzosowisku jest gospodarzem, wszystkiego dogląda, wszystkiego pilnuje...Bardzo nas rozczula, kiedy siedzimy w "orzeszku", pijemy kawę, a on siada na progu i strzeże wejścia z ogromnym zaangażowaniem...

     Ale kiedy tym razem sięgnęłam po kijki do kiełbasek, zachowanie Luckiego mnie zastanowiło...Pamięta ??

Wykazał się takim entuzjazmem, że trudno było zachować powagę...

I mimo że nie lubi ognisk (jak każdy pies), kiedy pieką się kiełbaski, Luckiego od ogniska się nie ruszy...Siedzi i pilnuje...

Oczywiście tak jak tylko on potrafi...Nie narzucając swojej psiej "osoby", dyskretnie, z pewnej odległości...Ale kiedy idziemy z kijkami i kiełbaską do Orzeszka...

Klękajcie Narody !!

     Pochód otwiera najdumniejszy pies na Świecie...Lucky Przewodnik Kiełbasek...

     Uwielbia kiełbaskę z ogniska...;o)

- Ależ to smaczne...

     

     Dostaje maleńki kąsek, bo dla niego jest zawsze jedna na surowo...Pieczona nie jest dobrym pomysłem dla piesełków...

     Tym razem mieliśmy dwa dni wyjazdowe...Dzień po dniu...

     Na drugi dzień rano, śniadanie w misce, Lucky wraca ze spaceru i...Od razu wskakuje na kanapę i czeka...

Bez śniadania ??

Hmmm...

     Nauczył nas przez te kilkanaście miesięcy, że rozumie znacznie więcej niż może się nam wydawać...Wiemy, że jest bardzo uważny...Masę zachowań już pojmuje...Łapiemy "psi alfabet"...

     Na Wrzosowisku robi obowiązkowy obchód, uczestniczy czynnie w naszych pracach (szczególnie w kopaniu), a po kilku godzinach ewidentnie daje mi znaki, że czas szykować kijki na kiełbaskę !!

Wszystko się psu zgadzało...Ognisko się paliło...Kijki wisiały...Brzuszek zapobiegawczo był pusty...

     Gdzie kiełbaska ??

Nasz psi cwaniak sam siebie przechytrzył...;o)

     Po powrocie do domu parówki zniknęły w momencie, a Lucky siadł ostentacyjnie przy miskach z komunikatem w oczach:

     "Teraz kolacja !!"

Ewidentnie zostało psisko oszukane...;o)

- Chcesz kawałek ??

środa, 24 marca 2021

Pysznie się nam udało...

 W poniedziałek rano ruszyliśmy z Luckim na poszukiwania wiosny...




Ani widu...Ani słychu...

Żeby nie napisać: huhuha, huhuha, nasza zima zła...

     Było tak zimowo, że nawet myśli o wiośnie zamarzały...

     We wtorek rano ruszyliśmy na Wrzosowisko, z postanowieniem, że jakoś tę wiosnę zachęcić trzeba, sprowokować, przywołać i zatrzymać...

Jak ??

     A może z wiosną jest jak z facetem, przez żołądek ??

     No to Pan N. ocieplił odrobinkę klimat (żeby nie zmarzła), a ja postanowiłam kusić wiosnę zapachem...


Marcówka !!

     I się udało...;o)







Tak zapach zadziałał...;o)

     Bo na smak kiełbaski to nawet wiosna się u nas nie załapie...

sobota, 20 marca 2021

Amazonki, czyli walka o przetrwanie...

     Długo się zastanawiałam, co z "komunałków" ugryźć tym razem...Egzotycznych tematów multum, ciekawostek ogrom...Chronologicznie "od niemowlaka" ?? A może "co ślina na jęzor przyniesie" ??

"Ślinotok" wygrał...;o)

     Dzisiaj będzie o największej tajemnicy "Komuny", czyli jak to było, że w sklepach był tylko ocet i półki, a stoły w polskich domach "uginały" się od specjałów...

     Biorąc pod uwagę, że każda Kobieta umie ponoć zrobić trzy rzeczy z niczego (kapelusz, sałatkę i awanturę), nie powinno dziwić, że jakoś sobie wszystkie radziły...;o)

     Jako dziecię, czyli do lat 80-tych XX-go wieku miałam zaopatrzeniowy luz...Mamciaśka była Mistrzynią Świata w napełnianiu lodówki...Sprawa prosta...Mamciaśka miała "przydatny" zawód...A to było wówczas istotniejsze, niż zasobność portfela...

Podstawą gospodarki był barter...;o)

Wymiana towarowa kwitła !!

     Może nie był to barter w czystej postaci, analizowany teraz przez ekonomistów, bo pociągał za sobą równowartość towaru, ale "coś za coś" kwitło w najlepsze...

     Mamciaśka była Pielęgniarką, więc miała dostęp bezpośredni do Lekarzy (wypisywanie recept), znała placówki medyczne (porady specjalistów), z imienia wymieniała wszystkich Farmaceutów w Mieście (dostęp do leków), a z niektórymi była zaprzyjaźniona (dostawy "przydasi")...

W tym procederze była bardzo przydatna córka sprinterka...;o)

Mamciaśka wracała z pracy i rzucała zapotrzebowanie...

     Pakowałam paczki, paczuszki, koperty do plecaka i ruszałam w "Miacho"...Do spożywczaka, do mięsnego, do warzywniaka, do obuwniczego...Zgodnie z listą...

Cały wic polegał na tym, żeby paczek nie pomylić...;o)

     Na drugi dzień Mamciaśka wracając z pracy robiła "rozliczenie"...Przynosiła papier toaletowy, czekoladę, mięcho, wędliny, banany...Właściwie, jako dzieciak, to nawet nie miałam pojęcia, że jest jakiś problem z zaopatrzeniem...A biegać po Mieście lubiłam...;o)

     Właściwie, nie było "nieprzydatnych" zawodów...

     To ilość "znajomości" decydowała o zasobności gospodarstwa...

     Kiedy byłam w ciąży z Pierworodnym i pracowałam w Bibliotece, przekonałam się o tym najlepiej...

     To już było w prawdziwie "mrocznych" czasach, zakupy to były godziny stania w kolejkach, na dodatek towar był reglamentowany (na kartki)...Trzeba było zgrać trzy elementy: posiadanie kartek, odpowiednia pozycja w kolejce, zasobność portfela...

Zapytacie: co ma do tego biblioteka ??

     Po pierwsze: Nowości !! 

     Pamiętam premierę "Blaszanego bębenka"...Ależ się działo !! Dostałyśmy jeden egzemplarz, lista chętnych miała 124 nazwiska...;o)

     Po drugie: Czytelnia...

     W sąsiedztwie biblioteki była handlowa szkoła zawodowa, jej uczennice miały praktyki w kompleksie, w którym była biblioteka...Siłą rzeczy korzystały z moich usług...A w krótkim czasie usługi te znacznie wybiegły poza ramy obsługi czytelni...

Pisywałam wypracowania, rozprawki,eseje, a nawet prace semestralne..."Ogarniałam" polski, historię, geografię, matematykę, fizykę...Wracałam z pracy taszcząc siatkę pełną prac domowych do wykonania...

Za tę pracę intelektualną otrzymywałam godziwe rekompensaty...

     Nie ruszając się z bibliotecznego krzesełka skompletowałam całą wyprawkę dla Syna, łącznie z podgrzewaczem do butelek...

     Nie ruszając się z bibliotecznego krzesełka miałam cytrusów pod dostatkiem...

     A kiedy już się ruszyłam, bo Młody nabrał niespodziewanej ochoty na kapustę kiszoną z dżemem truskawkowym, to obsługiwana byłam w trybie ekspresowym...

     Jak się urodził, dopadła mnie "szara rzeczywistość"...Mamciśka była już totalnie utopiona w nałogu...Ojciec nawet nie wiedział gdzie znajduje się "mięsny"...Pan N. wyjechał w delegację, żeby walczyć o nasze własne "M"...

Zostałam ze sterta kartek, niemowlakiem i pustą lodówką...

     W sklepach ustawiały się dwie kolejki...Normalna i uprzywilejowana...Czasem ta druga była dłuższa (wyż demograficzny)...Czasem dochodziło do rękoczynów, jak ludziom nerwy puszczały...Bywało, że kolejki obrzucały się takimi inwektywami, że Słownik języka polskiego się czerwienił...A mnie często wywożono z tych kolejek karetką...

Nie dosypiałam, na jedzenie czasu nie miałam, więc ciągle mdlałam...

     Po przeprowadzce do Zaścianka i rekonesansie w terenie, plany zakupowe szybko zrewolucjonizowałam...

     Kiedy Pan N. miał wolne po nockach (dwa dni), brałam wielką torbę podróżną i o 2-giej w nocy szłam stać w kolejce (w zimie też), tajemnica polegała na tym, że trzeba było się załapać na pierwszą trójkę...

     Jeśli to był jeszcze czas kartek, wykupywałam wszystko za jednym "staniem", napychając lodówkę po brzegi...W czasach "po kartkowych" układałam jadłospis na cały miesiąc i spisywałam elaborat zaopatrzeniowy, z uwzględnieniem wszystkich świąt, uroczystości i odwiedzin...

     Wracałam do domu z torbą ważącą nieraz dwadzieścia kilo, wdrapywałam się z mozołem na pierwsze piętro, stawiałam torbę w kuchni i padałam "zimnym trupem" na łóżko...Budziło mnie mlaskanie...;o)

Szczerze mówiąc, zawsze tak pakowałam torbę, żeby na wierzchu leżały kabanoski, albo sucha kiełbaska, albo szyneczka...Moje Łakomczuchy zawsze się dały skusić... 

     Kiedy to napisałam, zdałam sobie sprawę, ile trzeba było kombinować, kalkulować, planować...Głowa puchnie...;o)

     Ale "głupia" wątróbka zdobyta w tamtych czasach, uszczęśliwiała człowieka niesamowicie...A jaka adrenalinka była kiedy człek się zbliżał do lady i wiedział, że ten wypaśny, wędzony boczek będzie jego własnością...

     I niech mnie przekonują wszyscy historycy hurtem, że to Mężczyźni polowali...Nie ma opcji !! Każda Polka żyjąca w "komunie" była jak Amazonka...Z siatką na ramieniu, z portfelem i kartkami w dłoni, i z tym dzikim błyskiem w oczach...

Bo to była walka o przetrwanie...;o)