Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zaczarowany kociołek.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zaczarowany kociołek.... Pokaż wszystkie posty

środa, 29 stycznia 2025

Zakrzywienie czasoprzestrzeni, czyli Dziadkowie na gigancie...

     Po dwóch turnusach Dziadkowie zarządzili przerwę w realizowaniu wypoczynku feryjnego...

     "Jak mus to mus" - decyzję przyjęły "na klatę" Wnuki, a Dziadkowie...

     W 2023 roku otrzymaliśmy od Misiowej Rodzinki voucher na "magiczną kolację"...

     Wiosna już była zorganizowana, lato - wiadomo, Wrzosowisko wygrywa z każdą atrakcją...

     - Ogarniemy to na rocznicę ślubu... - zaplanowała Gordyjka...(sierpień, wrzesień)

Wchodzę na panel rezerwacyjny...Lipa...Krakowa znaleźć nie mogę, a do Gdańska kawałek...

     - Spróbujemy na Twoje urodziny...- oświadczyłam Panu N. ...(październik)

Wchodzę na panel rezerwacyjny...Lipa...Kraków znowu nieobecny...Trzy Miasta...Do każdego kawał drogi...Echhh...

     - Trzeba spróbować na moje urodziny... - wymruczałam poirytowana...(listopad)

Znowu na panelu trzy Miasta, ale żadne z nich nie jest Krakowem...Totalna lipa !!

     Dzwonię to organizatora...

     - Kraków ?? Bywa, że w jeden dzień schodzi...Czasem bywa przez dwa dni...Niech Pani próbuje jak wrzucamy, w połowie miesiąca... - informuje mnie miły głos w słuchawce...

Spoglądam na datownik...16-ty listopad !! Echhh...

     Piętnastego grudnia do porannej kawy loguję się na panel...Jest !! Jest Kraków utracony !! ;o)

Aż mi się łapy z przejęcia trzęsą...Kawa stygnie w samotności...

Wydruk...I mamy !!

     26 stycznia 2025...;o)

No to przerwa z "feriowaniu" po takich przejściach być musiała...;o)

     Restauracja pod kominkiem...Ulica Bracka...(Deszcz nie padał)...

Wnętrza piwnicy klimatyczne...

     W magicznej kolacji bierze udział dziesięć par...I Magik, oczywiście...;o)

Sztuczki karciane...Totalny relaks...;o)

I kolacja...

     Carpaccio z pieczonego buraka...

     Zachichotaliśmy na wspomnienie niedawnych degustacji...;o) Pojeść nie pojesz, ale ile się uśmiejesz...;o)

Odrobina magii, żebyśmy z klimatu nie wyszli...

     Danie główne...

     Pieczona kaczka, pieczone jabłka, kopytka i czerwona kapusta...Kopytkami Gordyjkę ujęli...Kaczkę, no cóż, zjadłam...;o)

     Pan Magik dalej nas oczarowywał (sympatyczny Chłopak z dowcipem)...

     I deserek...A wiadomo, że Gordyjki deserki lubią bardzo...;o)

     Fondant (czekoladowe ciastko z płynną czekoladą) i lody waniliowe...

Milusie to było...;o)

Obsługa sympatyczna, impreza udana...Z jednym zastrzeżeniem...

     Piwnica jak to piwnica...Ziąb przenikał do kości...Wyszłam ze zmarzniętym nosem i dłońmi...Niemiłe uczucie jak na pobyt w restauracji...Gazowe piecyki były porozstawiane, ale grzanie na poziomie mizernym lub wcale...Ewidentnie restauracja na upalne, letnie dni...;o)

     Ale wieczór bardzo miły, relaks zaliczony, Dziadkowie "odchamieni"...;o)

     Wracamy na utarte tory...Od poniedziałku rządy Tygryska...;o)

poniedziałek, 11 listopada 2024

Taki spisek...

     Zapraszałam Was już na wiele wypraw...Ale takiej jeszcze w gordyjskich progach nie było...Zapraszam do Krakowa, do Fiorentiny...


Ta rekomendacja wiele mówi...

     No to zaczynamy ucztę smakową, a właściwie obrazkową, bo smaków nie jestem w stanie Wam opisać...Kulinarny kosmos...

Menu będzie degustacyjne...

     Najpierw "poczekajka"...Przybliżając smak...Krucha babeczka z cebulką, śmietanką i przyprawami...


Pierwsza przystawka...

Serek...;)

Przystawka druga...

Rybka...

Przerwa...

Ręczniki...

Przystawka trzecia...

Tatar...

Ufff...

     Można zacząć kolację...;o)

Zupka pomidorowa...
Pierożki...

Myliśmy rączki, to teraz czas umyć kubki smakowe...

Niepozorne kuleczki zneutralizowały smaki w ustach...

Bo pora na danie główne...

Polędwiczka...

     Jak nazwać Kucharza Wirtuoza ??

No jak ??

     Dodam, że kuchnia jest przeszklona i dokładnie widać co się dzieje z talerzami i na talerzach...

     A Kelnerzy ??

     Pojawiali się z kolejnym daniem, opisywali czego możemy się spodziewać i znikali...Sprzątali zastawę...I zaczynali kolejny akt...

Echhh...

     To chyba pora na deser...

Wstęp do deseru...

Ptasie mleczko...

Deser...

Czekolada...

Rozchodniaczek...

Biała i ciemna czekolada...

No to zagadka...

     Kulki ciemnej czekolady miały zaskakujące nadzienie (pomijając fakt, że wszystko było zaskakujące)...Typujcie co mogły zawierać te kuleczki...;o) Pamiętajcie tylko, że Szef Kuchni jest Wirtuozem o niewyobrażalnej fantazji...;o)

A poza tym...

     Ta kolacja była spiskiem Misiowych Rodziców, którzy zaprosili Dziadków na urodzinowo - rocznicowe obchody...Spiskiem, bo Wnuki nic o naszym spotkaniu nie wiedziały !! Niewyobrażalne !! Doroślaki wyszły same !! ;o)

Mało tego !!

     Po kolacji Doroślaki poszły na krakowski spacerek do Adasia...;o)

     Jak się sprawa wyda, to będziemy się bardzo długo tłumaczyć...;o)

czwartek, 9 marca 2023

Piekarnia na życzenie...Chlebek z garnka...

     Zacznę od tego, że jakimś super mistrzuniem wypiekowym nie jestem, więc spróbować może każdy...;o)

     Przed otwarciem piekarni, musimy niestety iść na zakupy, najbliższy market będzie przydatny...

Potrzebujemy:

75 dkg mąki chlebowej - ja robię mieszankę: 50 dkg mąki pszennej "750" i 25 dkg mąki żytniej "720", ale eksperymentowałam też pół/pół, korzystałam z mąki pszennej i żytniej "2000". Nie próbowałam jeszcze czysto pszennego i czysto żytniego...;o)

8 g suchych drożdży - marka obojętna. Można zastosować 25 g  świeżych drożdży, ale ja jeszcze nie próbowałam...;o)

1 łyżka stołowa cukru

2 łyżeczki soli

2 łyżki stołowe oleju roślinnego

2 szklanki (250ml) letniej wody

Jak widać zakupy nie będą długotrwałe i uciążliwe...;o)

No to otwieramy piekarnię:

     Do sporych rozmiarów miski (używam plastikowej 4L)

 wlewam wodę, dodaję cukier, sól, drożdże i olej roślinny, wszystko mieszam (łyżką)

Widok po wymieszaniu...

i odstawiam na kilka minut.


Drożdże zrobiły dobrą robotę...

     W tym czasie przygotowuję i odmierzam mąkę (oczywiście przesianą). Dodaję do miski i wyrabiam ręką (można bez oporów wykorzystać robota). Wymieszanie ciasta (ręcznie) zajmuje mi 5-10 minut i wcale nie musi być perfekcyjne...;o)

     Przykrywam miskę bawełnianą ściereczką i odstawiam w ciepłe miejsce (przy kaloryferze).

     I teraz najważniejsze: ciasto rośnie, a my po tak wytężonej pracy odpoczywamy...;o)

     Odpoczywamy 3 godziny (minimum oczekiwania to 2 godziny, żeby ciasto miało szanse odpowiednio wyrosnąć - czym cieplej w mieszkaniu tym szybciej rośnie)...

     Piekarnik ustawiamy na 200 stopni grzania "góra/dół", do środka wkładamy garnek z przykrywką - ja używam gęsiarki,

To nasz prezent ślubny od Baba Jagi...;o)

ale pierwsze piekłam w naczyniach żaroodpornych i też wychodziły, tyle, że naczynie musi być spore...

     Blat przesypuję odrobiną mąki (obojętnie jakiej)


i zaglądamy pod ściereczkę, bo tam dzieją się prawdziwe cuda...;o)

     Dłonią wyciskamy powietrze z ciasta, najlepiej zacząć od środka, potem zawijamy brzegi dłonią i przekładamy ku środkowi - będzie wygodniej przenieść ciasto z miski na blat...

Zarabiamy ciasto od krawędzi do środka wypychając powietrze i formując kształt chlebka (owalny, podłużny, okrągły - wedle fantazji i kształtu naczynia)...To kwestia 5-10 minut...

     Pozostawiamy bochenek na 10 minut na blacie, żeby sobie ciasto "odetchnęło"...

     Jeśli piekarnik jest już gotowy, wyciągamy naczynie, do środka wsypujemy odrobinę mąki (obojętnie jakiej), żeby nam wypiek nie przykleił się do dna...Teraz przenosimy bochenek do naczynia,

przykrywamy i wkładamy do piekarnika na 30 minut...Po tym czasie ściągamy przykrywkę

Po ściągnięciu pokrywki...

 i pieczemy jeszcze 20 minut "dla kolorku i chrupkości"...

     Chlebuś jest gotowy...Wyciągamy z naczynia i odkładamy do studzenia...

I chociaż czasowo jest to odrobinę rozciągnięte, rzeczywistego zajęcia jest raptem kilkanaście minut, resztę robią drożdże i piekarnik...;o)

     Bochenek waży 1,1 - 1,2kg...Można przed pieczeniem naciąć wierzch nożem i nie będzie się uśmiechał, tylko będzie "bardziej sklepowy"...Można dodać ziaren, ziół i eksperymentować do woli...Jeśli chodzi o mrożenie, to niestety póki co nic nie podpowiem, bo jeszcze ani okruszek nam nie został...;o)

Trzymam kciuki za Eksperymentatorów...;o)

Smacznego...;o)

sobota, 4 marca 2023

Uśmiechnięty chlebek...

     Pamiętacie początek pandemii i chlebowe szaleństwo, które opętało prawie cały Kraj ?? Pewnie, że pamiętacie...;o)

     Pieczony, domowy chlebuś wraz z generalnymi porządkami i doraźnymi remontami stał się symbolem pandemii... 

     Nas to zbiorowe "szaleństwo" ominęło, bo właśnie rozpoczynaliśmy sezon na Wrzosowisku...No cóż...Przywilej płacenia "podatku rolnego"...

Wrzosowisko dało nam poczucie swobody...Bez ograniczeń...Bez nakazów...

     O obowiązujących wówczas trendach dowiadywałam się w chwilach wytchnienia, z blogów lub FB...

Aż pachniało w necie świeżutkim pieczywkiem...;o)

Pszenno-żytnie...Orkiszowe...Grahamy...

Co bardziej ambitne jednostki piekły chałki, bułeczki i rogaliki...

     Jakby wszyscy chcieli zbiorowo zakrzyknąć: Cokolwiek się zdarzy ja dam sobie radę !!

I dobrze...;o)

     A że Gordyjka zawsze na przekór i w opozycji, więc u nas świeżym pieczywkiem zapachniało w tym roku...Korciło mnie strasznie, żeby wypróbować pewien bardzo prosty przepis...No i wypróbowałam...

Ło Matko i Córko...Powinnam teraz zakrzyknąć...

Dlaczego ??

     Bo nijak nam teraz do kupnego chlebusia wrócić...

Było próbować ??

     Ale ten zapach...Ale ten smak ledwie wystudzonej piętusi z masełkiem...Echhh...

Że mnie Bozia opuściła ??

No cóż...

     Zaprzeczać nie będę...;o)

Bo pędzę wyciągnąć z piekarnika nasz "uśmiechnięty chlebek"...


     A że jak już wszystko rozgrzebane, a piekarnik rozgrzany, to w wolnej chwili i międzyczasie...


Kruche ciasteczka z suszonymi owocami...;o)

     Czujecie ten zapach ??

czwartek, 10 września 2020

Jak się robi niespodzianki...

     Dzień był dla nas wyjątkowy, ale świętowanie wykluczyłam awansem...Pan N. na "czarnej rance" zaliczył wstawanie przed świtem...Na mnie czekały dwie skrzynki wrzosowiskowych dobroci do obrobienia...A w krzyżach mieliśmy dniówkę na "ugorku"...

Wszelkie przesłanki, żeby rocznicowo leżeć i pachnieć...;o)

     O 13:05 zadzwoniła komóreczka...

Ki czort ??

Na wyświetlaczu Pan N. .

Za wcześnie na "strzałki", które mamy uzgodnione w celu nastawienia ziemniaczków (to jest sygnał, że Pan N. rusza do domciu, czyli będzie za 30 minut)...

Za późno na małżeńskie pogaduchy...

     - Dopiero się obrobiłem, dzisiaj wieczorkiem ruszamy do Krakusowa... - poinformował Ślubny...

Orzesz...(ko)

     Nie to, żebym przypuszczała, że Pan N. o ślubnej rocznicy zapomniał, bo to On jest pamiętliwy, a mnie czasem "ulata"...;o) Ale świętowanie we wtorek ?? Jutro kolejne wstawanie o świcie ??

Sugestii nie artykułowałam, bo Pan N. Człek rozumny...

     - Rezerwacja zrobiona...- dodał ku ścisłości...

     Dostałam nawet namiary, żeby ogarnąć, czy mamy wystąpić w trampkach, czy w smokingach...;o)

     No to jazda...


Konieczny spacerek pod "Wafelkiem" i odwiedziny u Smoczydła...


Potem nad Wisełką...Musiałam sprawdzić, czy czasem nie zawróciła do Ustronia, żeby się w "gównie nie taplać"...;o)


A to "słodka focia", z której właściwie nie korzystam, ale balonik trzeba było godnie uwiecznić...;o)

     To nasz cel...

Stalowe Magnolie 

     I się zaczęło...


     Panowie Barmani wyglądali malowniczo...Nie wiem jak radzą sobie z drinkami, ale kawę robią pyszną, a lemoniadę jeszcze lepszą...;o)


     Wystrój Lokalu muzyczny...Klawisze na schodach...Perkusja pod sufitem...Fortepian na podeście...Gitarki na stojakach...

Gdyby to był FB to klepnęła bym ikonkę "Lubię to"...;o)


     Ale nie po to człeki chodzą do Restauracji...Chociaż jedzenie w miłym otoczeniu smakuje lepiej...

     I chociaż rzadko pisuję o gastronomii, a jeszcze rzadziej ją chwalę (skażenie zawodowe, szukania "dziury w całym"), tym razem moje kubki smakowe po pierwszym kęsie zrobiły "łał" i tak im zostało...

     Było PYSZNIE !!

Żeby nie powiedzieć "idealnie"...

     Nie wiem czy kuchnią rządzi Kucharz, czy Kucharka, ale w każdym wydaniu spisali się na medal...

     Nie użyliśmy żadnych przypraw !! Żaden smak nas nie zawiódł !! Od dania głównego po deser (wybraliśmy dwa różne, żeby popróbować więcej)...

Niech oceną będzie fakt, że zjadłam wszystko !! Do ostatniego okruszka...;o)

I chyba endorfiny zadziałały, bo nawet Pani Kelnerka to zauważyła...

     A właśnie...Obsługa...

Czasy dziwne, więc i w restauracjach widoczne zmiany...

Przyłbice, płyny dezynfekcyjne, separacja stolików...

Ale i to da się zorganizować bezboleśnie...Przynajmniej w Ich wykonaniu...

Miłe uśmiechy (może "zawodowe", ale nie wymuszone), dbałość o Klienta, zainteresowanie, dyskrecja...Atmosfera palce lizać...;o)

     - Pani Klaudio !! Ma Pani przeuroczy uśmiech...;o)

     Dopełnieniem całości był występ Panów Jerzego i Wojciecha...Połowy "Latających Talerzy"...

Latające Talerze 

Wiem, wiem...To nie jest muzyka dla każdego...

     Ale Pan N. miał znowu osiemnaście lat, a ja do Niego dołączyłam kiedy zagrali "Republikę" i Grzesia Ciechowskiego...Chociaż uwierzcie, wszystko brzmiało niewiarygodnie dobrze, mając na uwadze mało rockowe możliwości koncertowania...;o)

     Niestety...Musieliśmy opuścić ostatnią część, bo zegar tykał, a noc się kurczyła...


Zaczarowane dorożki otulał mrok...


Sukiennice opuszczały "powieki" żaluzji, a Adaś na pomniku ziewał dyskretnie...

Czas kończyć piękny dzień...

     I mamy "miejscówkę" !!

     Po kilkudziesięciu latach poszukiwań miejsca, gdzie można usiąść, napić się kawy, albo wrzucić coś do burczącego brzucha...Mamy "miejscówkę"...Niewiarygodne...

ul. Szpitalna 4

Tuż przy Rynku, ale obok zgiełku...

No i jeszcze coś...

     Po raz drugi w naszym życiu nie czuliśmy się w Krakowie Klientami "gorszego sortu"...Klientami gorszymi, bo mówią po polsku i w portfelu mają złotówki...To przykre, ale wielokrotnie w lokalach przy Rynku spotkaliśmy się z takimi dziwnymi zachowaniami...Tym bardziej cieszy normalność...;o)

     Tak więc, jeśli zawędrujecie kiedyś do Krakusowa, to polecam "Knajpkę" i "żarełko"...My tam pewnie jeszcze wrócimy...;o)

sobota, 29 sierpnia 2020

Profilaktyka czy łakomstwo ??

     Każdy zna ten zapach, szczególnie w czasie Świąt Bożego Narodzenia delikatnie "uderza" w nosy, w każdym domu...Nawet jeśli Gospodyni jest w opozycji do pieczenia...

CYNAMON...

A jak mawiała pewna Mała Osóbka...Ancymon...

     Poza walorami zapachowymi kora cynamonowca cejlońskiego to samo błogosławieństwo Matki Natury...Odchudza, pomaga w walce z cellulitem, z trądzikiem, wspiera walkę z przeziębieniami i problemami żołądkowymi...I chociaż sceptycznie podchodzę do tych newsów jest ponoć sporym wsparciem w zapobieganiu i leczeniu nowotworów narządów wewnętrznych, Alzheimera i Parkinsona...Cudo !!

Do kompletu można dodać...

ŚLIWKĘ ...

     Pomijając spory arsenał witamin (C,A,E,K), tiaminę i niacynę, jest niezłym źródłem minerałów...Wapń, żelazo, magnez, fosfor, potas, sód, cynk...

     A kto nie słyszał o przeczyszczających właściwościach śliwek ??

Chyba nie ma nikogo...

     Dlatego dzisiaj będzie z innej beczki...A właściwie z piekarnika...

Sezon w pełni...;o)

 

CIASTO CYNAMONOWE ZE ŚLIWKĄ !!

5 jaj

1 szklanka cukru

1 szklanka mąki pszennej

1/2 szklanki mąki ziemniaczanej

1 łyżeczka proszku do pieczenia

1 łyżeczka cynamonu

1 kostka masła (lub margaryny)

śliwki  (ilości zależy od inwencji twórczej)


1.Śliwki przepołowić i odpestkować.

2.Masło roztopić i odstawić do wystygnięcia.

3.Jaja utrzeć z cukrem.

4.Dodać mąkę pszenną, ziemniaczaną i proszek do pieczenia

5.Kiedy w masie będą widoczne pęcherzyki powietrza (to ledwie kilka minut ucierania), dodać wystudzone masło.

6. Do wyrobionej masy dodajemy cynamon i mieszamy.

7. Przygotować blaszkę (20*25), albo zbliżoną objętościowo, natłuścić i osypać bułką tartą.

8. Wlać masę do blaszki i ułożyć śliwki (skórką w dół).

9.Jeśli lubicie, można posypać kruszonką...;o)

10.Wstawić do nagrzanego piekarnika (180 stopni) i piec około 50 minut.(Piekarnik gazowy)

     A teraz jeszcze raz przeczytajcie początek posta...;o)

Cynamon - odchudza...Śliwka - czyści jelita...

     Ciasto idealne !!

Nie wchodzi w boczki...;o) I poopa nie rośnie...;o) Mniammmm...;o)

(Zawsze możecie powiedzieć, że to nie łakomstwo tylko profilaktyka medyczna)...;o)

czwartek, 14 kwietnia 2016

Jajeczniczka jak u Babci...

     Pamiętacie moje zachwyty na olejem kokosowym ?? 
     Nic się nie zmieniło...Ten kiepsko wyglądający w słoiku tłuszcz, zawojował nasze serca (żołądki) na całego...
     Korzystam z niego również w celach kosmetycznych, ale że Matka Natura urody mi poskąpiła, więc i olej kokosowy cudu nie zrobi...;o)
Tym razem będzie jednak o innym tłuszczyku...
     Na "tapetę" się wepchał olej palmowy...
     Elaboratu nie będzie, bo hymny pochwalne wypisuję z reguły dla produktów pozytywnych, a olej palmowy podpadł mi "po całości"...
Wredny jest i już...
I pewnie wcale bym mu literek nie poświęcała, gdyby nie fakt, że ma on poniekąd pewien wpływ na nasze życie kuchenne...
Ale od początku...
     Olej palmowy jest we wszystkim...Totalnie we wszystkim...I pewnie wcale nie chciał być dla człowieka złośliwy, bo Matka Natura z reguły nie czyni nic na przekór człowiekowi, gdyby nie fakt, że sam człowiek robi sobie na przekór...
Wiadomo, że jak się w czymś umiar zachowuje, to nijak nie szkodzi, a wręcz przeciwnie...To pewnie i olej palmowy ma tak samo...
Ale człowiek wie lepiej...
     No to zaczęto go dodawać totalnie do wszystkiego...Od produktów dla dzieci zaczynając, na makaronach kończąc, a po drodze wtłoczono go również do wszelkiej maści tłuszczy zwierzęcych...
     Po co tłuszczom zwierzęcym olej palmowy ?? No cóż...Jest po prostu taniutki jak barszcz, więc produkcja czegokolwiek zaczyna przynosić lepsze zyski...
     Na każdej etykiecie, na której znajduje się zapis: tłuszcze roślinne, należy to przełożyć na język człowieczy i czytać: "olej palmowy"... Taki rebusik...
     I to co miało pewnie całkiem inne zastosowanie przez Matkę Naturę przewidywane, teraz wtłaczamy sobie w organizm bez opamiętania...
Że zalega nam w żyłach ??
Że zachodzi w reakcję z dobroczynnym wapniem ??
Że powoduje choroby wieńcowe, wzrost poziomu cholesterolu, czy awans do grupy ryzyka zawałowego ??
Pryszczyk !!
     Każdy z Producentów zachowuje restrykcyjne normy, więc sumienie ma czyste...
     A że my "żremy" bez opamiętania, to przecież nie jest wina Producenta...
     Weźmy taką kanapkę z żółtym serem...
W pieczywie norma tłuszczu zachowana...
W maśle norma tłuszczu zachowana...
W żółtym serze norma tłuszczu zachowana...
Nie wiem po kiego w maśle i żółtym serze ten olej palmowy, ale niech mu będzie...
Czyli mamy trzy razy normę...
     A jaka jest norma przyswojenia przez organizm człowieka ??
Nijaka...
     Ten olej się nie rozpuszcza, nie trawi, nie wydala...
On sobie lubi leżakować...
     Póki co najbardziej lubi leżakować w Amerykanach, bo to Oni zaczęli go stosować na taką skalę...
     Pomijam już fakt, że pod plantacje wycina się zbiorowo "płuca Ziemi" w Ameryce Południowej...
     Mnie po prostu zastanawia fakt jak daleko może się posunąć to szaleństwo...
     Wróćmy jednak do pozytywnych aspektów oleju palmowego...
     Ci co mają troszkę więcej latek pamiętają, że w czasie (tfu tfu) "Komuny", jak szczęście człowiekowi dopisało, to mógł w "spożywczaku" nabyć masło w białym papierku, lub w złotku...
     Nie cofam się z premedytacją do czasów naszych Babć, żebyście sobie nie poślinili klawiatury...
     Masło w papierku miało bardzo krótki termin przydatności do spożycia, po tygodniu było właściwie do wywalenia, jeśli się ktoś zapomniał i nie schował na czas w lodówce...
Pisało na nim "śmietankowe"...(Dziwne, bo przecież każdy wie, że inne być nie może)...
     To w sreberku było łatwiejsze do "okiełznania"...
Na tym już o śmietanie nie wspominano...
     Że teraz też to "śmietankowe" można kupić ??
Zapomnijcie !!
     Serwowane teraz masła mają w sobie wiele fajnych składników, ale śmietany to się tam spodziewać nie należy...
     Prawdziwe mleko, pozostawione nawet w lodówce przez kilka dni, kwaśnieje...
     Prawdziwa śmietana (zbierana z prawdziwego mleka), pozostawiona nawet w lodówce przez kilka dni, kwaśnieje...
     Prawdziwe masło (zrobione z prawdziwej śmietany), po tygodniu po prostu jest tłuszczem zepsutym...
     No to jakim cudem mamy mleko o terminie przydatności do użycia trzy tygodnie ?? Śmietanę, która może leżakować miesiąc ?? Masło, które jest zdatne do spożycia nawet trzy miesiące ??
     Żremy chemię !! Chemię i ten "cudowny" eliksir, zwany olejem palmowym...Ta "bestia" nie jełczeje...
     Kiedy przeprowadziliśmy "badania" dogłębne...Czyli wyczytaliśmy wszystkie "za" i "przeciw" olejowi palmowemu, poszliśmy na rekonesans do "markietu" i z zainteresowaniem godnym klasyki literatury, pochłonęliśmy setki "etykiet"...Z ukierunkowaniem na datę przydatności i skład produktu...
     Czupryny nam się z lekka "podźwigły", więc musieliśmy zaprzestać tej lektury, żeby nam kłaczki nie powypadały z rozpaczy...
     Od dwóch miesięcy robimy masło w domu...
Filozofia żadna...
     Śmietana kremówka 30%, mikser, szmatka do wyciskania i kwadrans roboty...
     Masło smakuje idealnie...Ma idealną konsystencję...Pachnie masłem...A po tygodniu jełczeje...
     W promocji dostajemy dwa kubeczki maślanki, którą wypijamy prosto spod miksera...
Po trzech dniach w lodówce maślanka kwaśnieje...
     Fakt...Śmietanę kupujemy w sklepie, więc jakąś "chemię" spożywamy...
Ale spróbujcie...Warto !!
     Każdy z naszych Znajomych, który zrobił takie masełko raz, nie wraca już do paczkowanych "mazideł"...
     A jajeczniczka na takim masełku !! Palce lizać !! Prawie jak u Babci...;o)   

niedziela, 20 października 2013

Pomysł na...Czyli urodziny po "rzymsku"...

     - Może się poczęstujesz ?? - standardowe pytanie w czasie rodzinnych i przyjacielskich spotkań...
     - Dziękuję...Ja, ze słodyczy to najbardziej śledzie...- tak odpowiadał mój Ojciec na propozycję konsumpcji ciasta...
Hmmm...
     Czasem miewał napady "słodziaka", nie powiem...Ale generalnie uważał, że jedzenie ciasta i czekoladek jest niemęskie...
Macho taki...
     Biorąc pod uwagę, że Bieszczadzki Dziadek był niezłym łasuchem, a Ojciec genetycznie był, wypisz-wymaluj, Dziadkiem...
Jak nic mu łakomstwo razem z pępowiną odcięli...
Z resztą...
Starszy Brat Ojca miał tak samo...
     No i zaczyna się gastronomiczny zonk...
     Jak na przykład uczcić jakiś jubileusz, skoro Solenizant ze słodyczy preferuje kiełbasę, albo śledzie ??
     Pieczeń rzymska !! 
     Tylko pieczeń...
     Prosta w przygotowaniu jak konstrukcja cepa, łatwa do obróbki, pasuje do wszystkiego i można ją pomysłowo udekorować...
A jak się ktoś uprze, to nawet świeczki można zainstalować...
     Przepisu na pieczeń rzymską podawać nie będę, bo jest tego multum u Wujaszka Googla...
Można urozmaicić ją zatopionymi jajeczkami na twardo (ja to wykorzystuję w czasie Świąt Wielkiej Nocy), albo kolorową papryką lub ogórkiem kiszonym...
A góra ??
Wedle fantazji...
     Mnie ostatnio wyszło tak...Chociaż my ze słodyczy to najbardziej preferujemy...Słodycze !! ;o)







środa, 25 września 2013

O angielskim "Pożeraczu" i polędwiczkach z kurkami...

     Postanowiłam utworzyć jeszcze jeden dział w królestwie Gordyjki..."Zaczarowany kociołek"...To tam Gordyjka upchnie swoje "przepisy"...
     Nie to żebym się miała za wyjątkowo uzdolnioną kucharkę...Czasem coś mi się udaje...A czasem nie...Ale niektóre z "moich" przepisów mają bardzo fajne historyjki...Tak na deserek...

     Jakiś czas temu świętowaliśmy urodziny Pana N. Czasu na świętowanie mieliśmy wówczas tyle co "kot napłakał", więc miało być krótko, szybko, ale z fasonem...
     Zaprosiłam Ślubnego do pewnego przybytku gastronomicznego w Krakowie, a w owym świętowaniu towarzyszył nam Pierworodny...
     Wystrój owej Knajpki był elegancki, a wyróżniało ją z "tłumu" to, iż podłoga jest tam przezroczysta i widać historyczne podziemia...Zasieliśmy jak wielu innych Gości, zamówienie złożyliśmy jak trzeba...
Chociaż tu może mała dygresja...
Kelner wyglądał na zaskoczonego naszą...Polszczyzną...
Wszystkie stoliki były zajęte, ale tylko przy jednym siedzieli Polacy, czyli my...
     Pan N. zamówił jakiś kawał mięsiwa, który przeszedł jego wyobrażenie o "kawale mięsiwa"...Młody w ramach eksperymentu zamówił jakieś delicje ze szpinakiem i wyszedł z Knajpki głody...A ja zamówiłam polędwiczki z kurkami i lanymi kluseczkami... Owe polędwiczki będą dzisiaj bohaterkami wpisu...
Ale to za chwilkę...
"Główniejszym" bohaterem będzie pewien Anglik...
     Siedział przy sąsiednim stoliku i wzbudzał ogromne zainteresowanie...
     Na przystawkę zamówił "tatara", którego przy stoliku przygotowywał mu Kucharz...Kucharz siekał mięsko wymachując malowniczo tasakiem, doprawiał, mieszał, czarował i co chwilkę dawał Anglikowi próbki swojej twórczości na maleńkiej łyżeczce...Spektakl trwał dobry kwadrans, a cała Restauracja obserwowała Kucharza z zapartym tchem...
W końcu Anglik pochwycił sztućce i zaczął pałaszować...
Porcja była godna...Żeby nie powiedzieć ogromna...
     Ledwie talerzyk opustoszał Kelner przyniósł zupkę cebulową z grzankami(zapach był tak intensywny, że wątpliwości co do zawartości "miseczki" nikt nie miał)...
Anglik nie "pękał"...
Zmienił widelec na łyżkę i kontynuował batalię...
Śmignął tą zupinkę w momencie...
     Na stoliku pojawił się ogromny befsztyk...Ogromny !! I misa pełna warzyw...
     - Facet pęknie...- wymruczał Pan N. siedzący na wprost "głodomora"...
     - To niewiarygodne...- nie mogłam wyjść z podziwu...
     - Studentowi by na tydzień wystarczyło...- praktycznie zauważył Młody...
A Anglik pałaszował...
My dotarliśmy ledwie do połowy naszych porcji...
Kiedy na widelec został wbity przez Niego ostatni kęs, Kelner wkroczył z kolejnym daniem...
Orzesz...(ko)...
Tego to ja nawet nie rozpoznałam z wyglądu...Wiem jedynie że było mięsiste...
     Kiedy ja kończyłam swoje polędwiczki, przed Anglikiem pojawił się ogromny kawał ciasta i lody...
Od samego patrzenia człek by się nasycił...
     - Ciekawe gdzie się to w Nim mieści... - zauważył Pan N.
     - Fakt...Rozmiary to On ma raczej skromne...- potwierdziłam...
     - Ja Go rozumiem...- rozpoczął swój wywód Młody...- w Anglii to jedzenie jest raczej przeciętne, więc Facet przylatuje raz w tygodniu i żre na zapas...
     Ryknęliśmy śmiechem, a Pan Kelner spojrzał na nas z wyrzutem...
     Z tego wypadu pozostała nam anegdota o jedzącym na zapas Angliku i przepis na polędwiczki...

Polędwiczki z kurkami i lanymi kluseczkami:

- Mięso pokroić w plastry, delikatnie "zbić" i obsmażyć z obu stron.
- Przełożyć do rondelka umożliwiającego duszenie mięsa. Przyprawić solą i pieprzem.
- Cebulę pokroić w kostkę i zeszklić, dodać opłukane i pokrojone kurki. Doprawić "Vegetą" lub innym "Warzywkiem", i czarnym mielonym pieprzem. Dusić w małej ilości wody.
- Uduszone mięso odstawić.
- Lane kluseczki robimy klasycznie (jajo, mąka, odrobina wody, szczypta soli). Ciasto musi być odrobinę bardziej gęste niż takie do zup.Kluseczki muszą być bardziej "mięsiste".
- Kiedy kurki są już miękkie uzupełniamy wodę i wlewamy do nich kluseczki, gotujemy kilka minut.
Dodajemy dwie łyżki kwaśnej śmietany i energicznie mieszamy zawartość rondla.
Powstaje gęsta konsystencja sosu.
- Do rondla przekładamy uduszone polędwiczki i podgrzewamy przez kwadrans (na małym ogniu, żeby nam się kluseczki nie przypaliły)...

Proporcje na dwie porcje (romantyczna kolacja): 1 szt polędwicy wieprzowej, 10 dkg kurek

Teraz pozostaje jedynie przygotować sztućce i dobry apetyt...Smacznego :o)

P.S. Zdjęcia nie będzie, bo pożarliśmy zanim sięgnęłam po komóreczkę...;o)