Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

piątek, 26 listopada 2021

W obronie listopada...

     Listopad jest szaro-bury i nijaki...Gdzie nie zajrzę, tam listopadowa słota...A że na słoty (poza parasolem) najlepsze są kolorki, więc dzisiaj odrobinka wrzosowiskowych, listopadowych kolorków...

     Listopadowe poziomki wyglądają tak...

Jeszcze kwitną, ale grudniowych to się pewnie nie doczekamy...;o)

     Listopadowe stokrotki wyglądają tak...

Po "rewolucji" w Rosarium wyrastają w "dziwnych" miejscach...Ale, że pasjami lubię Stokrotki, więc niech sobie rosną...

     Listopadowe nagietki wyglądają tak...

Trudno odmówić im urody...;o)

     I jak się tu nie uśmiechnąć ?? Jak nie pogładzić aksamitnych płatków ?? No jak ??

     A w paszczy słodziutkie poziomki...;o)

wtorek, 23 listopada 2021

Gastronomiczna symbioza...

     Jeden z naszych Kabareciarzy zaprezentował jakiś czas temu skecz, uśmiałam się setnie...Nie ma jak scenki z życia (niekoniecznie politycznego), doprawione odrobiną dowcipu...

     Pan Kabareciarz wysunął tezę, że małżeństwa z pewnym stażem przygarniają kundelki...Fakt !!

     Kolejna teza dotyczyła zmiany hierarchii "dominacji"...

Kobieta wychodząc na zakupy, przemawia czule do kundelka:

     - Pańcia pójdzie teraz do sklepu i kupi coś pysznego dla pieseczka, a jak wrócę to ugotuję ci obiadek...

     - A ja ?? - pyta z kanapy mąż...

     - A ty odgrzej sobie wczorajszy !! - kwituje żona...

     I chociaż pozycja w życiu małżeńskim Pana N. nie została tak zdewaluowana, przyznać muszę, że coś w tym jest...

     - A co jest w tym rondelku ?? - pyta mnie Ślubny...

     - Ryż z wątróbką na rosołku...- odpowiadam zgodnie z prawdą...

     - Pyszne !! - degustacja została rozpoczęta (słyszę mlaskanie)...

     - To dla psa !! - kończę zakusy Ślubnego...

Że "jedna jaskółka wiosny nie czyni" ??

     - Oooo...Galaretę robisz ?? - pyta Ślubny...

     - Nie...Golonkę Luckiemu gotuję...- odpowiadam...

     - A ja ?? - pyta Ślubny...

     - Tej nie wyżeraj !! Tobie też ugotuję...- deklaracja padła...

Dwie jaskółki to już coś...;o)

     A że czasem zasoby lodówkowe uzupełnić trzeba, więc wybyliśmy na zakupy...

Podział ról opracowany od dawna...

Pan N. powozi wózkiem...

Ja robię za koszykarza, czyli wrzucam "przydasie"...

     - Rybka będzie !! - wykrzykuje radośnie Pan N. na widok pakietu mintaja...

     - To dla Luckiego, dawno rybki nie jadł...- studzę kulinarne emocje...

     - Lubię rybkę...- deklaruje Ślubny...

No i co ??

     "Pakiet" Luckiego podzieliłam sprawiedliwie na trzy części, i na obiad była "psia ryba"...;o)

To już stado jaskółek...Chociaż tym razem, to Lucky został "poszkodowany"...

     Pan Kabareciarz miał rację...Poniekąd...

     Małżeństwa ze stażem preferują kundelki...Kundelki stają się częścią małżeństwa ze stażem...Tą gastronomiczną też...;o)

sobota, 20 listopada 2021

Wszystko jedno ??

     Covid skończył dwa latka...

     Rozwija się pięknie, ilość zakażeń z każdym sezonem wzrasta proporcjonalnie...Można powiedzieć, że "rodzice" powinni być z niego dumni...

     Koncerny farmaceutyczne zakupiły pewnie kolejne liczarki do banknotów...Politycy gonią w piętkę wymyślając coraz to nowe "rozwiązania" problemu...Część społeczeństw żyje w totalnej panice, paraliżowana strachem...Część, ma na to wszystko "wywalone"...

W naturalny sposób zostaliśmy podzieleni na dwie "frakcje"...

     - Szczepionkowcy, czyli Covidianie;

     - Antyszczepionkowcy, czyli Szury...

Tyle wiemy...

     A czego jeszcze dowiedzieliśmy się przez te dwa lata ??

Właściwie niczego...

     WHO wydało niedawno oświadczenie, że są zdziwieni stanem zakażeń w Europie, biorąc pod uwagę średnią wyszczepienną w Krajach wysoko rozwiniętych...Szacun im się należy...

Organizacja, która ma dostęp do najnowszych wyników badań, która posiada wgląd do najlepszych na Świecie laboratoriów, której szeregi zasilają specjaliści wszystkich dziedzin - wydaje oświadczenie, "wiem, iż nic nie wiem"...

Szkoda, że nie ma tam jednego, który umiałby czytać ze zrozumieniem, bo wtedy być może oświadczenie byłoby zbyteczne...Każda z ulotek (kto by tam czytał ulotki !!) preparatów przeciw Covid, jest jasno sformułowana...Producenci nie twierdzą, że produkt zapobiega rozprzestrzenianiu...Nie twierdzą również, że zapobiega zarażeniom...Jest również lista przeciw wskazań...Ich produkt ogranicza skutki...Kropka

WHO wydało rekomendacje szczepienne, a teraz jest zdziwione...

     Ciekawe, czy ze zdziwienia ma wielkie oczy, czy otwartą"japę"...

     Część Krajów wprowadza coraz dalej idące restrykcje...Politycy prześcigają się w tworzeniu listy obostrzeń...Słucham, czytam i głową kiwam (ze zdziwieniem ??)...

     Co nimi kieruje, skoro przesłanek medycznych, epidemicznych i naukowych nikt pewien nie jest ??

A może to tylko przesłanki polityczne ??

     Ludzie chorują...To fakt...

     Ludzie umierają...To fakt...

I więcej faktów właściwie nie ma...

     W naszym Kraju jest właściwie 50/50...Jak ze wszystkim, można by powiedzieć...

     Covidianie pomstują na Szurów...Szury wyśmiewają Covidian...Stan stabilny, że tak się wyrażę...

     Niespodziewanie w moje (dalej zdziwione) oczęta wbija się artykuł..."Naukowcy są zdziwieni, że śmiertelność w Afryce, kształtuje się na poziomie 3%"...

Ci też ??

To jakaś globalna epidemia zdziwienia...

     W połowie września ONZ podało, że poziom szczepień w Afryce nie przekracza 3,5%...

     Według WHO, Kontynent został pozostawiony sam sobie...

A może to dobrze ??

     Skoro zaistniałą sytuacją wszyscy są zdziwieni (łącznie ze mną), to może ta Afryka bez "zbiorowego wytrzeszczu oczu" i "otwartych jap" lepiej sobie poradzi ??

Bo WHO zdziwiło się również, że Koncerny są głuche na jej apele, i zamiast słać szczepionki do Afryki, zalecają dawki przypominające w Europie...

     A po kiego strzyc łysego, skoro "zarośnięci" w kolejce stoją ??

Afryka groszem nie śmierdzi...

     Coraz mniej wiemy...Coraz więcej "krzyków" wkoło...

Gdzie jest prawda ??

     Tego nawet najstarsi Górale nie wiedzą...

     I jak to mawiał mój Bieszczadzki Dziadek: na coś umrzeć trzeba...Ot co...

     Więc, szczepmy się...Albo się nie szczepmy...Covidowi jest chyba wszystko jedno...

niedziela, 14 listopada 2021

Kawa przy "wulkanie"...

     Jak wiecie, nie jesteśmy zwolennikami wycinania drzew...Każde przyłożenie piły, to działanie nieodwracalne, przynajmniej przez kilkadziesiąt lat...Ale kiedy wichury złamały naszą potężną gruszę, a jej pień wraz z koroną na kilkanaście centymetrów minął się z zabudowaniami Sąsiada...No cóż...Przestaliśmy spać spokojnie...To powód naszych bezsennych nocy...

     Ulubiony orzech Księciunia (Princeska dołączyła do grona wielbicieli zaraz po zainstalowaniu "łapek")...Idealnie nachylony do wspinaczek naszych Nielotów...

     I idealnie nachylony, żeby walnąć na sąsiednią posesję...Tu już by farta nie było...

     Kiedy był młodym drzewem, można było jeszcze skorygować kierunek nachylenia, ale pozostawiono go samego sobie...Rósł...Potężniał...Był ogromny i rodził jak szalony...A cień w upalne dni ?? Cudowny !!

Serca bolały...

     Przeliczyliśmy wszystkie możliwe kąty upadania i...


     Pierwszy raz wykazaliśmy się rozsądkiem...Orzecha ścięli Fachowcy...My przyglądaliśmy się ze ścieżki, a nasze kręgosłupy śpiewały pieśń pochwalną dla naszej mądrości...;o)

     Uprzątaliśmy gałęzie i pniaki przez długi czas...Stosowaliśmy techniki różne (po kiego te orzechy są takie ciężkie ??)...I z niepokojem spoglądaliśmy na...


Pozostał karcz...

     Pan N. walczył z nim dzielnie...Podkopywał...Odcinał odnogi...Wypłukiwał ziemię...I znowu podkopywał...


 

Przez cały sezon słyszałam komunikat...

     "- Jak my go wywleczemy z tej dziury ??"

No właśnie...Jak ??

     Wczoraj Pan N. ponownie ogłosił walkę z karczem...

Piła...Siekiera...Cisza...Piła...Siekiera...

     Pan N. człapie do Młodego Sadu (zabezpieczałam drzewka na zimę)...Twarz rozpalona...Oczy błyszczą...Usta ułożone w radosny uśmiech...

Nim wyartykułował zdanie, już wiedziałam...

     - Udało się !! Puścił !! Teraz musisz mi pomóc...Trzeba go z tej dziury wytoczyć...

Daleko do karcza nie miałam, ale jak mantrę powtarzałam...

     "Boziu moja kochana, daj mi to przeżyć..."

     Orzech włoski to jedno z twardszych i cięższych drzew jakie występują w naszym Kraju...To ponoć 700kg na metr sześcienny...

     Pan N. w stanie euforycznym po ewidentnym sukcesie...Gordyjka - 50 kilo żywej wagi...Lucky - w wiecznej gotowości do pomagania...

I nasza bajka, którą powtarzamy zawsze, kiedy sił już nie ma wcale...

     "Był sobie Chłop, pies i Baba...Takie "gupie" we troje"...

Karcz waży na pewno więcej niż nasza Trójka...

Do pokonania dwa metry, w tym metr przewyższenia...

     Pan N. (Kierownik całej imprezy) zaparł się w dole i ruszył " bydlaka"...Gordyjka uzbrojona w "służbową" deskę, miała sztamować "bydlaka" po uniesieniu i przesunięciu...Pięćdziesiąt kilo kontra 130-150...Betka...;o)

Majtałam tą deską jak skrzypek smyczkiem...Z lewej...Z prawej...Z lewej...

A Pan N. walczył z ciężarem (dwukrotnie cięższym niż On)...

Lucky był Inspektorem Nadzoru (dzięki Bozi, że nam się pod nogi nie wpychał z pomocą)...

     Kiedy karcz wylądował na wyznaczonym miejscu, padłam obok niego, a Ślubny zapytał...

     - Przynieść wody ??

Wody ??

Ja się składałam głównie z wody i żelatyny...;o)

Każdy nerw trząsł się jak galareta...

W głowie zamęt...W uszach dudnienie...Przed oczami czarne maziaje...

     To ja...Gupia Baba...

Ale kiedy spojrzałam w twarz Pana N. ...Echhh...Szczęście ma wiele wymiarów...To szczęście miało wymiar orzechowego karcza...;o)

     Jak mi faza minęła, Ślubny mnie spionizował, a Lucky przystąpił do dogłębnej analizy korzenia...Pilnował go, jak największy skarb...Może istniało zagrożenie, że to karczycho wskoczy do dziury ?? 

Na krótki odpoczynek dał się jednak namówić...

     A my, analizowaliśmy, czym zasklepić pozostałości w ziemi...Padło na ogień...

     Ja wróciłam do Młodego Sadu...

     Pan N. rozpalił w "kraterze" mały "wulkan"...

     Na "służbowych" deseczkach umieściliśmy poopy i przy ognisku piliśmy kawusię...

Uffff...

Karcz leżał obok...

A nam się ryje cieszyły...

     Był sobie Chłop, pies i Baba...;o)

środa, 10 listopada 2021

Zwierzaki za modą nie idą...

     Jak wiecie, "kociarą" nie jestem...Jakoś nigdy nie było mi po drodze z tymi "sierściuchami"...No i na kocią służbę kiepsko się nadaję...;o)

Psiara jestem i już...;o)

Ale, że większość moich Czytaczy za miauczeniem przepada, więc i ja swoją wiedzę w kocim temacie pogłębiam...

     Ostatnio wbił mi się w oczy tekst, że w pewnym miejscu (lokalizacji nie wspomnę) wydano rozporządzenie, iż zmuszanie kotów do przechodzenia na dietę wegetariańską, czy wegańską, będzie karane...

Ot, zagwozdka...

     Trzeba było aż rozporządzeniem to narzucać ??

     Ile kotów padło ofiarami tych eksperymentów, żeby władze się nad tematem pochyliły ??

     Naukowcy od kilku lat monitorują temat w ruchu ciągłym (badania są cykliczne) i nijak im nie wychodzi, żeby koty swoją kocią naturę zmieniały...

Mało tego...

     Jakiś czas temu miała miejsce premiera filmu przedstawiającego symulację Ziemi "bez człowieka"...I kto zawładnął naszym Globem ?? Bingo !!

     Koty !!

Domowe koteczki, mruczące przytulanki, słodkie rozrabiaki...Kotecki...;o)

Mało, że przetrwają bez człowieka, one sobie świetnie bez człowieka poradzą...Ich masa wzrośnie o 1/3...

Na soi, marchewce i trawie ??

     Ku mojej rozpaczy, psy w tej wizualizacji poradzą sobie znacznie gorzej...Uzależnienie od człowieka zbierze smutne żniwo...

     Ale, że mój stosunek do badań (szczególnie tych "hamerykańskich") jest sceptyczny i lubię jak ten niewierny Tomasz (Tomaszka ??) sama temat przeanalizować, to ze znanych mi przykładów wyszło "czarne na czarnym", albo "białe na białym"...

     1. Pimpuś (pies) jadał co prawda kapustę kiszoną i jabłka, ale "byliśmy wówczas w ciąży" i nasza dieta bywała różna...Żaden z tych frykasów nigdy nie wygrał z michą mięsa...

     2. Czarek (pies) żebrał o surowe ziemniaki i zajadał się nimi "po brzegi", nie gardził marchewką, jabłkiem, a nawet ogryzkiem...Ale to wątróbka w każdej postaci była jego przysmakiem...

     3. Filip (nienaszpies) mimo, iż zaznawał w życiu głównie głodu, mógł służyć jako "czujnik chemii" w pożywieniu i był w tej kwestii niezastąpiony (nawet totalnie głodny "chemii" nie ruszył)...

     4. Misiek (nienaszpies) był samowystarczalny (jak Związek Radziecki)...Głodny, ruszał na polowanie i świetnie sobie radził..."Ubój" znosił na Wrzosowisko i zakopywał...Dieta składała się z kur, myszy, nornic, kretów...

     5. Lucky ?? Chociaż jego dieta przez lata składała się głównie z ziemniaków, kluchów i chleba (co widać było po skórze i sierści), preferuje dietę mięsną...Czasem uda mi się przemycić jakąś marchewkę...I chociaż głodny nie chodzi, poluje...Instynkt zwycięża...

Oj...Miało być o kotkach...;o)

     1. Rudzielec Znajomych...Kocisko "miastowe", na kanapie się wylegujące, chuchane i dmuchane (czesane i miziane)...Pewnego dnia postanowił być w domu "samcem Alfa) i nasikał śpiącemu Gospodarzowi na głowę...W odwecie Gospodarz, zapakował sierściucha w transporterek i wywiózł na wieś...Na zasadzie: "pokaż mądralo, co potrafisz"...Po dobie Gospodarz wrócił, a kotecek skruszony sam zapakował się do transporterka (a nienawidził w nim przebywać) i potulnie czekał na powrót do domciu...

     Tak się złożyło, że Znajomi dwa lata później, przeprowadzili się na wieś...Razem z koteckiem...;o)

Było to trzy lata temu...

     Od wiosny do jesieni kotek żyje własnym życiem...Widujemy, jak zajmuje miejscówkę w oknie strychu, jednego z pustostanów...Rano i wieczorem wychodzi na polowania, i głodny z nich nie wraca...Bywa, że musimy stanąć w obronie naszych skrzydlatych przyjaciół, przeganiając rozbójnika z Wrzosowiska...Jesienią zaczyna odwiedzać dom, głównie wieczorami, kiedy ta część pod ogonem przymarza mu do ziemi...Zimą zajmuje ciepły kącik i łaskawie daje się miziać...

Samodzielność zaowocowała tym, że "zmężniał", a z daleka wygląda jak średnich rozmiarów lisek (wiem, bo mnie zrobił w "lisa")...

     2. Czarny...Pojawił się pod naszym blokiem nie wiadomo kiedy i nie wiadomo skąd...Okoliczni "Kociarze" podejrzewają, że ktoś go porzucił, może umarł, a Spadkobiercom się z testamentu "wykruszył"...W każdym razie pojawił się i jest...I jak przez kilka pierwszych miesięcy wyglądał biednie i szybko została zorganizowana akcja "ratujemy kotka" (iść z nikim nie chciał, ale pełne miseczki były mile widziane), tak z biegiem czasu odnalazł się świetnie w nowej rzeczywistości...Bywa, że miski są pełne, a kocisko z wywalonym brzuchem leżakuje na trawie, albo ławce...Nawet ciepłe lokum go nie kusi...Czasem podejdzie, żeby go pomiziać, ale tak symbolicznie, "raz, dwa i daj mi spokój"...

     3. No i jedyny w życiorysie kot, którego "posiadałam"...Króciutko przybliżę, bo historię w całości kiedyś Wam opowiadałam...Córcia znalazła kotecka i przywlekła do domu z hasłem "Mamuś !! Ratuj kotka !!"...Środek zimy, śniegi kopne, mrozy siarczyste, a kotecek malusi i ledwie żywy...No to ratowałam...Na spacery żeśmy chodzili...Pan N. z psem na smyczy...Ja z kotem na smyczy...;o)

Pewnego dnia, Córcia wyszła na spacer z koteckiem, a wróciła sama...Łzy się lały, a ja Bozi dziękowałam, że to właśnie Jej uciekł, bo by nam nigdy tego nie wybaczyła...Dochodzenie przeprowadziłam, kocimi śladami szlak przeszłam i jasnym się stało, że kotecek wrócił do "domu", czyli do otwartej piwnicy...Wolność ponad wszystko...;o)

Spotykaliśmy się wielokrotnie, przychodził się poobcierać, grzbiet pod mizianie podsuwał, ale tak symbolicznie...;o)

     Czas na wnioski końcowe...

     Na pięć "przedstawionych" piesów, żaden nie był wegetarianinem, czy weganinem...Dwa z nich poradziły by sobie w naturze (reszta nie miała okazji zaprezentować umiejętności)...Człowiek oswoił psy...Człowiek za psy odpowiada...Człowiek jest psom potrzebny...Miłość za miłość...

     Na trzy "przedstawione" koty, żaden nie był wegetarianinem, czy weganinem...I chociaż lubią ciepełko i mizianki, to koty oswoiły ludzi...To ludzie potrzebują kotów...To ludzie koty kochają, a one na to pozwalają...

     I chociaż, jak w każdym aspekcie, wyjątki się trafiają...Natury nie zmienimy...

piątek, 5 listopada 2021

Znachor kontra Szeptucha...

     To nie będzie wpis literacko - filmowy, bo większych wzruszeń doznaję oglądając "Parszywą Dwunastkę", czy "Armagedon", chociaż nie powiem, na "Znachora" czasem okiem rzucę...Nie dla fabuły, czy ślicznej twarzyczki Pani Ani..."Znachora" oglądam z szacunku dla Pani Dymnej, bo u Niej, za śliczną buzią, poszło Piękne Serce i Dobra Dusza, a im też się kilka groszy z tantiem przydadzą...;o)

Skoro nie o literaturze i kinematografii, to o czym ??

Zacznijmy od początku (to dobry kierunek)...;o)

     - Coś Ci pokażę...- obwieścił pewnego dnia Pan N. i włączył filmik na YT...

     Facet w bardziej niż średnim wieku, produkuje się przed kamerką i podaje przepis na syrop z szyszek...

No cóż...Każdemu wolno...

Patrzę...Słucham...I ciśnienie idzie mi w górę, jak po kawie-szatanie...

     "Uzdrawiacz" nazbierał starych, sosnowych szyszek...Powciskał je do słoika...Zalał miodem...(A że język miał kwiecisty to trochę zeszło)...I zalecił spożywać...

Wśród tej "kwiecistości" uzyskałam "wiedzę", że świerkowe szyszki nadają się równie dobrze (analfabetyzmu w Kraju nie ma, więc każdy "kumaty" doczytać może, że na 3 jednostki żywiczne w sośnie przypada 1 świerkowa - ale mowa o świeżych szyszkach, żywicznych, a nie nasiennych) i że syrop ów spożywać mogą Dzieci...Kopara mi opadła...

     Pomijam fakt, że przyjmowanie jakichkolwiek dóbr natury musi być prowadzone w sposób racjonalny i przemyślany, a normy dokładnie wyważone, ale ładowanie w mózgi informacji, że można dzieciakom podawać taką miksturę normalnie mną wstrząsnęło...

     Pan nawet się nie zająknął, że miodu pszczelego dzieciom do 6-te roku życia nie powinno podawać się wcale, a później bardzo rozsądnie (!!), zasada dotyczy wszystkich pszczelich produktów...Chociaż Pszczelarze mogą mieć na ten temat inne zdanie...;o)

     Moje zaufanie do pszczół jest "wielkie", jak do kierowców na skrzyżowaniu równorzędnym...

     Pszczoła lata i zbiera, co jej instynkt podpowie...Ona to robi dla roju, nie dla człowieka...Człowiek jest w tym przypadku "pasożytem", który jej ten miód podbiera...;o)

     Skoro nawet Pszczelarz nie jest w stanie określić, ile w miodzie jest zawartości dzikich rumianków (błogosławione ziółko), pyłków rokitnika (złoto Syberii), lawendy (której nie powinny dzieci spożywać), czy nawłoci (która nawet pszczołom nie służy), to jak taką miksturę zalecać niedojrzałym organizmom ??

     Wróćmy jednak do "surowca podstawowego", czyli szyszek sosnowych...

     Syrop sosnowy powstaje na bazie sosnowej żywicy (lub świerkowej), zwolenników łagodzącego kaszel preparatu są miliony...Widać ich szczególnie na przełomie maja i czerwca, kiedy maszerują zgodnie po sosnowych lasach z głowami zadartymi do góry...Szukają dorodnych "czubów" sosnowych, lub (kilka tygodni później) zielonych szyszeczek...Po takiej eskapadzie wraca się do domu umorusanym żywicą i pachnącym sosną...Dodam, że zbierać trzeba w lasach czystych, z daleka od fabrycznych kominów i zakładów przetwórczych (jakichkolwiek), pasy przydrożne odpadają absolutnie...

Ale o produkcji domowych syropów są już gigabajty zajęte, więc się powtarzać nie będę...

     Ile jest żywicy w szyszce nasiennej ?? Takiej, która już swoje "powisiała" i zamierza się właśnie otworzyć i rozsiać ??

Wspomnę pewien fakt...

     Nasz Inspektor Kontroli Jakości, czyli Księciunio, złapał infekcję...Pierworodny odmierzył łyżeczkę "babcinego syropku" i zaaplikował Młodemu...

     - To nie jest "babciny syropek" !! - wrzasnął Inspektor, krzywiąc się niemiłosiernie...

Tata oszust ??

Bynajmniej...

     Wiosna 2020 roku była sucha, deszcze padały skąpo, słońce grzało jak oczadziałe, czuby sosnowe pojawiły się spóźnione i mikre, szyszki były maleńkie i suche...Pierwszy raz w życiu, wróciłam z lasu z czystymi rękami, a dom nie pachniał sosnowo...Nie pomogło nawet to, że cierpliwie poczekałam na opady skąpego deszczu...Ziemia była sucha, rośliny walczyły o przeżycie...

Syrop wyszedł z "drewnianym" posmakiem...

Miał oczywiście swoje właściwości (w znacznym stopniu), ale smakowo odbiegał od "normy"...Był "drewniany" i kropka...

I chociaż "podmieniam" roczniki dopiero w grudniu, żeby się odstały odpowiedni czas, tym razem rocznik syropów 2021 pojechał do "misiowego domku" już we wrześniu...;o) W tym roku przyrodzie wody nie brakowało...;o)

Ale wracając do tematu...

     Są rzeczy, których młodym organizmom podawać nie wolno...Zioła też są takimi produktami...

     Jak rumianek i koper włoski można rozgrzeszyć absolutnie (zachowując proporcje), tak nawet miód z podbiału, czy syrop z kwiatów czarnego bzu można aplikować dopiero w wieku poniemowlęcym...I to jedynie jeśli dziecko nie przyjmuje farmakologii o podobnym działaniu...Rozmowa z lekarzem będzie dobrą wskazówką...

     Dlaczego pan Znachor nie zachował umiaru dzieląc się swoją wiedzą ??

Nie mnie tego dochodzić...

Ja mogę tylko apelować o zachowanie "proporcji" i rozsądku...

     Zioła są jak "chemia" Matki Natury, i jak przy stosowaniu "chemii" nie wystarczy przeczytać ulotkę "zachowania norm produkcji", trzeba jeszcze rozważyć "zachowanie norm przyswajania"...I takiej rozwagi Wam życzę...;o)

wtorek, 26 października 2021

YOER, joker dobrego handlu...

     Jak pewnie zauważyliście, do chwalenia to ja wyrywna nie jestem...Chociaż, nie powiem, kilka razy doceniłam publicznie dobrą robotę, niestandardową obsługę, czy fachowość...

Uwaga !! Będę chwalić...;o)

     Kilka miesięcy temu zakupiliśmy oczyszczacz powietrza...Sprzęt wypaśny (kilka niestandardowych funkcji), cena bardzo przystępna...Efekty ?? Miód, malina, a po brodzie soczek się leje...;o)

     I nagle, dnia pewnego sprzęt umilkł, panel przestał działać...Czarna rozpacz...

     Przepięć nie było (mamy wszystko pozabezpieczane, bo lubimy dbać o własne pieniądze), postępowaliśmy zgodnie z instrukcjami, więc co ??

No cóż...Gwarancja i kontakt ze Sprzedawcą...

Miny mieliśmy kiepskie...

Wiadomo, elektronika ma swoje prawa, a nawet najlepszy produkt czasem płata figle...

     Pan N. przesłał maila z zawiadomieniem o problemie...

     Odpowiedź nadeszła prawie natychmiast: "Na kiedy mamy zamówić Kuriera ??"

Cuda ??

     Kontakt ze Sprzedawcą był perfekcyjny...Powiem więcej...To my mieliśmy większy problem z datowaniem usługi, niż Oni z jej wykonaniem...

     W każdym razie...Kurier przybył, sprzęt odebrał...Nam pozostało puste miejsce...

     Otrzymaliśmy powiadomienia, że sprzęt dotarł do Serwisu...A dobę później, że reklamacja została uwzględniona, sprzęt naprawiony (z opisem co) i...Ruszył w drogę powrotną !!

Żeby Wam uzmysłowić szybkość tej operacji, dodam, że Pan Kurier wręczył mi paczkę z komentarzem:

     "- Jeszcze tego nie widziałem !! Szybciutko ten sprzęt do Was wrócił !!"

My byliśmy w lekkim szoku...

     Otwieramy paczkę i...

     Najpierw ryknęliśmy śmiechem...A potem Pan N. pobiegł po aparat, żeby to uwiecznić...

To w ramach "przeprosin" ??

Nie mamy pojęcia za co, ale gest był bardzo miły...;o)

     I bez mrugnięcia okiem mogę chwalić !!

1. Obsługa sprzedażowa: 6

2. Obsługa posprzedażowa: 6

3. Obsługa Klienta: 6

4. Kontakt z Firmą: 6

5. Obsługa serwisowa: 6

6. Wprawianie Klientów w dobry humor: 6

     Dzisiaj dostaliśmy maila z zapytaniem, czy wszystko w porządku...Takiego "szoka" żeśmy załapali, że zapomnieliśmy Ich powiadomić, że sprzęt dotarł i działa...Gapy z nas okrutne !!

     Postanowiłam publicznie Im podziękować !! A przy okazji, to niezła instrukcja dla innych Firm i Sprzedawców, jak obsługiwać Klientów, jak organizować pracę i jak traktować ludzi, którzy zaufali właśnie im...To procentuje !! 

     Reklama to drogi interes, a można ją mieć za free...;o)

     Pięknie dziękujemy Firmie YOER (do podania danych osobowych nie czuję się uprawniona) z Kościana...To była bardzo DOBRA ROBOTA !!

niedziela, 24 października 2021

Zosia Samosia...

 No to wracamy do wątku:

     "-Zerknij do koszyka...Może byśmy kupili ?? Zawsze jakaś wyręka..."

     Pan N. co jakiś czas wracał do tego, bo sprzęt podobał mu się "od premiery"...

     Pierworodny nabył to cudo już kilka miesięcy temu, nie mając pojęcia jakie emocje wzbudza w Rodzicach...

Pan N. na "tak"...Gordyjka na "nie"...

Nie będzie mi się tu jakaś gadzina po włościach szarogęsić...;o)

     A tak właściwie, nie podobało się nam, że zarządzanie odbywa się przez neta, więc kiedy nie ma połączenia, nie ma urządzenia...Ot co...

Ale Ślubny lubi wyzwania, i szpera dokąd nie wyszpera...

     Spojrzałam do tego koszyka i...Skapitulowałam !!

Ma Chłopisko rację...

     W zimie jakoś to wszystko ogarniam, bo odpadają eskapady wrzosowiskowe, ale od wiosny do jesieni gonię w piętkę (czytaj: ogarniam niezbędne)...Kręgosłup też nie pomaga...

Jak to mawiamy ??

Młodsi nie będziemy, a lepiej to już było...

Taka prawda...

     No to kilka kliknięć w klawiaturę, maile z potwierdzeniami, "koty" do InPostu i...

     Mamy nową "rezydentkę"...;o)

Przedstawiam Wam Zośkę...


Nie powiem...Sceptycznie byłam do niej nastawiona bardzo...

     Wygląd niepoważny (filmiki z jeżdżącymi na odkurzaczach kotkami i pieskami nie pomagały), instrukcja dosyć toporna (włącz i pracuje), koszt też właściwie przystępny...

Zabawka ??

     Mój sceptycyzm zszedł był śmiercią nagłą, kiedy otworzyłam zbiornik odkurzacza i zobaczyłam jego zawartość...

No to czapki z głów !!

     Zośka zaiwania po mieszkaniu, aż miło...Zaiwania i odwala kawał dobrej roboty, a ja...No cóż...Ja i mój kręgosłup możemy sobie spokojnie odpoczywać, albo zajmować się czymś bardziej przyziemnym (pora na przetwory z rokitnika)...

     Czasem zawoła mnie zrozpaczonym głosem (gada po angielsku), kiedy zaplącze się w zapomniany kabel, albo zablokuje się pod łóżkiem...Ale to bardziej moja wina, niż jej...

     Po dwóch godzinach zośczynej pracy mieszkanko jest odkurzone w stopniu znacznym, psie kłaki pozbierane, a ja opróżniam pojemnik z zainteresowaniem..."Co też dzisiaj upolowała ??"

     Zbiera piasek, drobne kamyki, kościane drobinki po psim posiłku, no i oczywiście kurz...Właściwie wszystko, co się mieści w wąskim otworku zośczynej paszczy...

     Pewną konsternację wywołała u Luckiego, kiedy za zaplątaną nitkę zwinęła mu ulubiony kocyk i chciała z nim zwiać do sypialki, ale konflikt zażegnałam i psisko toleruje Zośkę w stopniu zadowalającym (w czasie jej pracy drzemie sobie spokojnie w "budzie")...

     Po oczyszczeniu pojemnika i szczotek, Zośka odpoczywa...


Czyli, ładuje baterię...

     Pracuje manualnie (przez pilota), więc powierzchnię mapuje na bieżąco...

Do czego można się przyczepić ??

     1. Do pojemnika...Ma załomy, całkowicie zbyteczne i utrudniające opróżnianie...Ale jest to do przeżycia, a mnie się już pomysł "kluje" w mózgownicy, jak sobie to opróżnianie uprościć...;o)

     2. Stacja dokująca jest zbyt lekka i Zośka "parkując" przestawia ją...Kończy się na parkowaniu ręcznym...Chociaż, zgodnie z zaleceniami "stacja" stoi przy ścianie z zachowaniem odpowiednich odległości...Zośce samoczynne parkowanie udało się raz...

     3. Sygnał jest za słaby (może nie wzięto pod uwagę ilości fal w pomieszczeniach)...

     Ale te wszystkie "rzepy" stają się mniej istotne, kiedy zerknie się na odświeżone podłogi...Luksus...;o)

     Do tej pory urządzenia AGD były raczej wsparciem, teraz stają się wyręką...XXI wiek...;o)

czwartek, 21 października 2021

Sprawozdanie z dróg...

     Jakiś czas temu zamieściłam posta z naszej trasy na Wrzosowisko...Punta powinna być...

     1. Nieszczęsny chodnik budowany od kilku miesięcy, nie zmienił swojego stanu...Ku rozpaczy Mieszkańców (wjazdy na posesje są utrudnione) i przejeżdżających Kierowców (pachołki dalej zalegają na uczęszczanej trasie)...Na budowie nic się nie dzieje...Zaczynamy podejrzewać, że Gminie zabrakło pieniędzy i taki stan potrwa do "przyszłego budżetu"...Zima zrobi pewne poprawki (pachołki i niezabezpieczone krawężniki rozsypią się w drobny mak), a Mieszkańcy będą dalej oczekiwać cudu..."Mierz siły na zamiary", chciało by się powiedzieć...

     2. Dwóch Panów, którzy kładli chodnik kilka kilometrów dalej, już dawno zapomnieli o swojej robocie...Ledwie cztery dni po moim wpisie, chodnik był gotowy, teren uprzątnięty...Palce lizać...;o)

Żeby jeszcze "dowalić", to wspomnę tylko, że kolejnych kilka kilometrów dalej, miesiąc temu rozpoczęto budowę sporych rozmiarów parkingu, i on też jest już gotowy...

     3. "Nasza droga" miewa się wyśmienicie, a my w dalszym ciągu się nią zachwycamy...

     4. Drzewo przy trasie S7 ??

Spisaliśmy się !!

Zbiorowe "trzymanie kciuków" przyniosło wspaniałe efekty !!


     Teren został uporządkowany...W pasie drogowym powstał rów ociekowy...Tak sprytnie umiejscowiono skarpę, że przykryto korzenie drzewa i rośnie sobie teraz dumnie, otwierając przydrożny szpaler...Można więc, wstrzymać się na moment z nieodwracalnymi decyzjami, przemyśleć plany, wprowadzić drobne poprawki...;o)

     "Nasze drzewo" PRZETRWAŁO !!

wtorek, 19 października 2021

Pretendentka do korony...

     Kiedy na początku roku dopadła nas faza remontowa, nie zakładałam wymiany wyposażenia kuchni...W końcu mój Zaścianek to była kiedyś stolica garów, więc jakieś zapasy mam...Chociaż...Zamiłowanie do pichcenia odcisnęło swoje piętno na tych moich zasobach...

     Póki kuchenka była stara, stare gary pasowały jak ulał...Blask nowych mebli stanął do nich w wielkim kontraście...

Przyglądałam się...Przyglądałam...I decyzja dojrzewała powoli...

Aż pewnego dnia Pan N.stwierdził...

     - Zerknij do koszyka...Może byśmy kupili ?? Zawsze jakaś wyręka...

     - Najpierw gary !! - zakomunikowałam, dziwiąc się sama sobie...

Dojrzałam ??

     No to najpierw rankingi, kwestie techniczne, porównania przydatności i technologii (gdzie te czasy, że brało się coś "bo było")...;o)

     Caluśki dzień studiowałam "garncarstwo" i w końcu wybrałam Firmę...Ufff...

     Pewnie jak strzelicie, to traficie...;o)

No cóż...Przynajmniej ten "szczyt" jest w moim zasięgu...;o)

     Pozostało wstąpić w czeluście magazynowe i wybrać "przydasie"...

Łatwo nie było...

Kolejny dzień ślęczenia przed monitorem...

     I kiedy już właściwie byłam zdecydowana na kompletowanie zestawu ze sztuk...Znalazłam...Uśmiechnięte garnki !!


     Nie dość, że "uśmiechnięte" to z "dziubkiem" (to nie jest błąd ortograficzny)...;o)

     Czy są na rynku bardziej optymistyczne garnuszki, dla genetycznej optymistki ??

Ni chuchu !!

     A że do zakupów wyrywna nie jestem, to rzutem na taśmę (natchnienie wykorzystać trzeba), ogarnęłam jeszcze komplet rondelków i patelek z "mobilną" rączką...Idealne do małych kuchenek !!



To już był szczyt szczytów !!

     We łbie mi się od doznań garnkowych kręciło (prawie jak od zmian wysokości) , paluchy od klikania cierpły (jak od zwisania na łańcuchach), a przy rozpakowywaniu nieźle się nagimnastykowałam (jakbym kamienistym kominem w górę się czołgała)...No i przekładka szafkowa...Segregacja co do wyrzutki, a które ze starych garów jeszcze kariery kulinarnej nie zakończyły (teraz zaczną karierę relaksową i wybędą na Wrzosowisko)...Ufff...

     Może na tatrzańską królową to ja się już nie nadaję, ale "kuchenne rewolucje" zawsze humor poprawiają (chyba, że się zaprosi Panią Magdę)...No i gotowanie w koronowanych garach to też coś...;o)

 

P.S.Iwonko !! Setnie się uśmiałam po Twoim komentarzu...Masz wrodzony talent detektywistyczny...;o)

sobota, 16 października 2021

Szczyt szczytów...

 Dawno temu krążył taki dowcip...

     - Co to jest szczyt szczytów ??

     - Narobić komuś na wycieraczkę i zadzwonić do drzwi z prośbą o papier...;o)

Mój "szczyt szczytów" jest mniej kontrowersyjny...

     Jako młodociane dziewczę nosiłam go codziennie z sobą, towarzyszył mi całodobowo...I nie ma co ukrywać, bywał bardzo pomocny...

     W szkole podstawowej mniej, ale w średniej, poznałam siłę swojego nazwiska...;o) Kiedy Geograf wywoływał mnie do odpowiedzi, cała Klasa wiedziała, że tym razem ma luzy...

     - Ależ Ty masz geograficzne nazwisko...- mruczał Geograf...- Wiesz chociaż od czego pochodzi ??

I się zaczynał mój popis...

     - Najwyższy szczyt Tatr, Karpat i Słowacji...Położony w bocznej grani Tatr Wysokich...Należy do Korony Europy...Wysokość 2654m n.p.m. (wtedy taką wysokość podawano oficjalnie, teraz dokłada się metr)...I bajałam, bajałam, bajałam...

     Nasz Geograf wpatrywał się w okno i wyglądał na rozmarzonego...Może zdobywał szczyty ??

     Po kilkunastu minutach wracał do rzeczywistość, rzucał mi pytanie z tematów aktualnych i po dwóch, trzech moich zdaniach, przechodził do lekcji...

Takie miałam "przywileje"...;o)

     Czym dłużej trwała ta praktyka, tym szybciej kiełkowała we mnie żądza...


 "Zdobyć szczyt, stanąć na nim i ogłosić Światu, że urósł o 172 cm"...

     Krzyża jeszcze na nim nie było..."Wyrósł" w 1997 roku...

     Wejście na Gerlacha w czasach mojej młodości nie było tatrzańskim spacerkiem...Potem ja byłam "poza szczytem" zdobywając wyżyny rodzicielstwa...A kiedy nadszedł błogosławiony czas i mogłabym ruszyć na podboje, Bozia złapała mnie za piętę i nieźle potrząsnęła..."Opamiętaj się dziewczyno"...

Przez kilka lat oglądałam góry z poziomu asfaltu...Chociaż to właśnie wtedy "zaliczyłam" Chopoka (2024m n.p.m.) w sukience i sandałach na obcasiku...;o) Pierwszy i jedyny raz kiedy zachowałam się w górach jak "lelija"...Taka forma buntu mnie dopadła...;o)

Wtedy też byłam najbliżej Gerlacha...

     Fantazja ułańska zawiodła nas do maleńkiej wsi u podnóża Góry...Wsi, oczywiście Gerlach...Kilka ubogich domków...Stada kur błąkających się po asfalcie...Niczego tam właściwie nie było...Tylko Góra...

     Być może dlatego, lata temu, mój Pradziadek, a może Prapradziadek, porzucił ten ubogi skraweczek ziemi i przywędrował w Bieszczady ?? Tego się już nie dowiem, bo Dziadek wiedzy nie miał, a w Księgach parafialnych była tylko krótka notatka...

     Kiedy kilka lat temu spotkaliśmy przypadkiem Przewodnika tatrzańskiego, organizującego wyprawy na "moją Górę", nadzieja powróciła...

Może jednak się uda ??

Długo mierzyłam się z rzeczywistością...Mierzyłam siły na zamiary...

No cóż...Za późno...

Nie uda się...Tym razem rozsądek zwycięży...

Nie wszystkie marzenia muszą zostać zrealizowane...

A jeśli ?? ;o)

środa, 13 października 2021

Orzechowy sezon...

     Kto z nas nie rzucił w czasach szkolnych sakramentalnego: "A po co mam się tego uczyć ??"

Chyba każdy...

     Szczególnie, kiedy przedmiot wydawał się w życiu zbyteczny, lub kiedy miewaliśmy z nim problem ...

     Najczęściej obrywa się matematyce...Chociaż w dorosłym życiu jest nieodzowna...

Biologia, chemia, czy fizyka, też "obrywają"...

     A "dorosłość" siedzi za winklem i chichocze...

"Niepotrzebne ci ?? Zobaczymy..."

     Ale najbardziej obrywa się plastyce i muzyce...No cóż...Do tego trzeba mieć talent...Albo chociaż talencik...;o)

     I jak wkuwanie tablicy Mendelejewa może nieść jakieś korzyści (przynajmniej teoretyczne)...Tak przedszkolna nauka śląskiego trojaka "Zasiali górale", wydaje się wypełniaczem czasu dzieciaków i mało przydatnym elementem edukacji...

     Kto się tego uczył ??

Chyba wszyscy...

A jeśli nawet się nie uczył, to umie...

Nie dość, że umie zaśpiewać, to umie również zatańczyć...Takie cuda...

     Mnie ten etap edukacyjny dopadł w czasach wczesnoszkolnych, bo moja kariera przedszkolna trwała ledwie tydzień...Tańczyłam...Śpiewałam...I nijak mi to do dorosłego życia nie pasowało...

A dorosłość chichotała za winklem...;o)

     I nagle, po pięćdziesięciu latach, odkryłam przydatność przedszkolnego przeboju !!

     Do czego ?? - zapytacie...

     Do zbierania orzechów włoskich !!

     Każdy kto ma orzechy wie, że jak tylko spadną z drzewa (samoczynnie, czy otrząsane), robią wszystko, żeby się ukryć przed oczami zbieracza...A że spadają razem z liśćmi, więc ich zbieranie to wyczyn nie lada...

     I co wtedy robi zbieracz ??

Tańczy trojaka !!

     "Zasiali górale"...Szur, szur - prawą nóżką...

     "Owies, owies"...Szur, szur - lewą nóżką...

Kroczek w przód...

     "Od końca, do końca"...Szur, szur - prawą nóżką...

     "Tak jest, tak jest"...Szur, szur - lewą nóżką...

     Tylko z energetycznym refrenem trzeba poczekać, aż się całe wiadro uzbiera...

"A mom ci ja mendelicek,

w domu dwa, w domu dwa"...

     A jeśli się ma tych orzechów piętnaście, to trojak staje się przebojem miesiąca...

     Ambitne plany wrzosowiskowe znowu dostały w łeb...Matka Natura siedzi za winklem razem z Dorosłością, i chichoczą...

     My spoglądamy na korony naszych orzechów z lękiem w oczach...Dowaliły po całości...

I zbieramy...Zbieramy...

I śpiewamy...Śpiewamy...

I szuramy...Szuramy...

"Od końca, do końca,

wszystko, wszystko"...;o)

sobota, 9 października 2021

Psia moda...

 

     Sezon jesień/zima, 2021/2022...;o)

     Model początkowo nie wyglądał na uszczęśliwionego (jak wiecie, nie jestem zwolenniczką uczłowieczania zwierzaków na siłę), ale Matka Natura zdecydowała...

     Po kilku godzinach na Wrzosowisku Luckiemu zaczęła trząść się broda, a całe psisko dygotało jak osika...Ale nie dopuścił...Krok w krok z nami...

     No to trzeba było jakoś temu zaradzić...Polarowa bluza (po Pierworodnym) wydawała się w dobrym rozmiarze...;o)

     A Lucky po chwili ogarnął, że nie jest to taki zły pomysł...

     Polar nie przeszkadzał w polowaniu na myszki i w zabawie z jaszczurkami...;o)

Muszę pomyśleć o jakiejś czapeczce...;o)

poniedziałek, 4 października 2021

"Nad Niemnem" we dwie...

     Kiedy Agnieszka Zielińska zdradziła mi, że kolejną bohaterką Jej przewodników będzie Orzeszkowa, uśmiechnęłam się pod nosem...

No cóż...

     Uwielbiam czytać opisy przyrody, każdy uchwycony moment drżenia liści, a chyba nikt tej sztuki nie dokonał w większym wymiarze niż Orzeszkowa...

     Setki razy słyszałam:" Nad Niemnem?? Tego się czytać nie da...Same dłużyzny..."

Mnie się dało...;o)

     Uwielbiałam czytać "Nad Niemnem", i przyznać się mogę bez bicia...Nie ominęłam nigdy żadnego opisu...Powiem więcej...Dla tych opisów sięgałam po "Orzeszkową"...I chociaż to był inny świat...Inne miejsce...Orzeszkowa dawała mi coś niesamowitego...Jej opisy, to były moje wakacje u Bieszczadzkich Dziadków...

     Błądząc razem z Justyną po leśnych ścieżkach, czułam na twarzy promienie słońca, powiewy wiatru, szelest liści, szum trawy...A nawet gorąc bijący od nagrzanych, piaszczystych ścieżek...

     Siedząc na kanapie, na dziesiątym piętrze, w sercu dużego miasta, miałam to wszystko na wyciągnięcie ręki (a właściwie, odwrócenie kartki)...

     Wracałam więc do Orzeszkowej i "moich" Bohatyrowiczów niezmiennie...

     Co wiedziałam o Pisarce ??

Niewiele...Właściwie tyle, ile wymagała moja Polonistka (chociaż wymagająca była)...;o)

     Kilka dni temu z ciekawością rozchyliłam okładkę...


     I wyruszyłam w podróż...

Nie zawiodłam się...;o)

     Pani Eliza była Kobietą nietuzinkową...

     Agnieszka przeprowadziła mnie Jej szlakami, jak zawsze, w sposób zwięzły, jasny, piękną polszczyzną...Jak perfekcyjny Przewodnik...

     A żeby nudno i "bylejako" nie było wrzuciła również kilka "smaczków", o których na lekcjach polskiego się nie mówi (a szkoda)...;o)

     Najpiękniejsze jest to, że teraz moje spacery "Nad Niemnem" będą jeszcze bardziej wyraziste...To nie fikcja...Orzeszkowa czuła ciepło promieni słonecznych, słyszała szmer liści, szum trawy...Czuła ciepło piaszczystych, leśnych ścieżek...

     Teraz będziemy wędrować we dwie...Nie będzie taka samotna...;o)


P.S.: Brawo Agniesiu !! ;o)

http://mojepodrozeliterackie.blogspot.com/

środa, 29 września 2021

Na grzyby...

     Nigdy nie lubiłam zbierać grzybów...Przyczyna ??

     Mój Ojciec był zapalonym grzybiarzem i kiedy tylko rozpoczynał się sezon, wywlekał mnie z łóżka bladym świtem (jeśli nie czarną nocą, żeby dojechać na czas)...Byłam niewyspana...Marzłam...Mokłam...Oplatały mnie pajęczyny...Brrrr...

     Dobrodziejstwo grzybobrań doceniłam po przeprowadzce do Zaścianka (mieszkamy przy lesie)...Groszem nie śmierdzieliśmy, więc grzyby często ratowały nasz jadłospis i portfel...Ale żeby lubić ??

Nawet opcja popołudniowego zbieractwa nie poprawiła pozycji grzybobrań w rankingu moich rozrywek...

     Czasem wyjdziemy, żeby uzupełnić braki na wigilijną zupkę (bo zupka grzybowa z łazankami musi być)...Czasem psi spacer zaowocuje kilkoma sztukami...

     Nie powiem...Kurki w śmietance, albo sosik z maślaczków, albo kanie panierowane, czasem za mną "chodzą", ale załatwiam to raczej transakcjami "kupno-sprzedaż", niż "poświęceniem"...

     Po pięćdziesięciu latach chyba Matka Natura ogarnęła, że ze mnie grzybiarza nie zrobi...

     Na Wrzosowisku sypie pieczarkami łąkowymi i opieńkami...Muchomory też mamy, więc na szlachetniejsze gatunki szansa jest...No to wspomagamy Matkę Naturę grzybniami rozlewanymi w różnych miejscach...A nuż będę na grzybobrania wychodzić w kapciach i szlafroku ?? ;o)

     Jedno jest pewne...Ten rok w grzyby obfituje i nawet jak się człowiek nie stara, to w oczy i pod nogi włażą...

Na Wrzosowisku też...


     Opieńki wyrosły nam na środku warsztatu, między bloczkami...

     Grzybobranie w kapciach i szlafroku...;o)

niedziela, 26 września 2021

Polskie drogi...I chodniki...

     Pamiętacie wpis o drogach, które zostały pozamykane i mieliśmy problem z powrotem do Zaścianka ??

     Już od dawna problem mamy z głowy, bo chociaż drogę budowano wieczorami i nocami, dzieło Drogowców jest warte opisania...





     My się tą drogą zachwycamy nieustannie !!

     Chociaż to droga przez las i jest ledwie dojazdówką do drogi głównej, to życzę nam wszystkim, żebyśmy takie autostrady mieli...

     Kiedy dwadzieścia lat temu jechaliśmy do Paryża, nasz Przewodnik na początku podróży ogłosił, że barek kawowy będzie czynny dopiero po przekroczeniu granicy, żebyśmy się nie poparzyli...No cóż...Miał rację...

I teraz mamy deja vu...

     Wjeżdżamy na naszą "leśną drogę" i jedziemy jak po stole !! Aż trudno uwierzyć, że droga może być tak równiutka...Dla Wykonawcy, wielkie brawa !!

     Jak widać, powstały również pobocza, przepusty, bariery i wzmocnione rowy...Braw ciąg dalszy !!

     Dla równowagi nastroju (ponoć jesteśmy Narodem narzekającym), mam "drugi biegun"...


     Kilkadziesiąt metrów chodnika z wjazdami na posesję jest budowane od wiosny...Mieszkańcy z wjazdem mają ogromne problemy...Droga główna...Na zakręcie zwężenie...Tempo prac ??

Makabra !!

Nie wiem czyja to inwestycja, ale ewidentnie tą drogą nie jeździ...

Aż strach się bać, że jak skończą (kiedyś), to wezmą się za następny kawałek...

     A że lubię dobre zakończenia...;o)

     Kilkadziesiąt kilometrów dalej, od trzech, czy czterech tygodni budowany jest chodnik...Długość podobna...Widuję tam ekipę złożoną z dwóch Panów (nie wiem, czy to ci sami Panowie), ale tempo prac jest niesamowite...Po prostu: EKSPRES !!

I chociaż jeździmy tą drogą w różnych porach, jeszcze nie widziałam, żeby ci Panowie siedzieli na krawężniku, albo podpierali się o łopaty...

     Może, jak skończą, trzeba Ich porwać i podrzucić na ten "kulawy kawałek"...??

Zdjęcia im nie robiłam, żeby nie przeszkadzać...

     I perełka na zakończenie...

     Przejeżdżamy przez budowę S7...Prawie dosłownie...

     Ledwie co jeździliśmy między polami, teraz już stoi wiadukt, a my korzystamy z nowego ronda i wjazdu na krajówkę...Tam to dopiero cuda się dzieją !! Ale cuda bardzo pozytywne...;o)

     Jeżdżąc co kilka dni z zainteresowaniem wyglądamy zmian...I nigdy się nie zawodzimy...

Ale nie o S7 chciałam pisać...

     Od początku nasze serducha drgały na widok...

     Tak, tak...To jest drzewo...

     Bardzo trzymaliśmy za nie kciuki...

Nie jest ani piękniejsze, ani dorodniejsze niż inne...

     Od początku budowy miało znacznik do wycięcia...Brakowało kilkanaście centymetrów, żeby było bezpieczne...

A my cały sezon wypatrywaliśmy tego drzewa i wykrzykiwaliśmy "stoi" za każdym razem...

Jakoś nikt nie kwapił się do wycinki...

     Oznaczone...Opalikowane...Stoi !!

Chociaż część korzeni ma na wierzchu...

     Niedawno zauważyliśmy pewną zmianę...Paliki lekko się przesunęły...Czyżby ??

     Może ktoś przeanalizował, że łatwiej lekko zmienić projekt, niż wyhodować takie drzewo ??

     Będziemy dalej trzymać kciuki i wykrzykiwać radośnie "stoi"...Chociaż drzewo nawet nie wie, że jest nasze...;o)