Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

poniedziałek, 21 czerwca 2021

To nie lipa...

     Kiedy ze skrzynki pocztowej wyciągałam przesyłkę, już wiedziałam...Lekko nie będzie...

     Jak wśród przetwórstwa wrzosowiskowego powstrzymać ciekawość i nie zerknąć do środeczka ?? A jak już zerknę, to na tym degustację zakończyć ??

Wiedziałam, że polegnę, chociaż dzielna byłam dobę...Dobę !!

     Brałam do ręki, wąchałam (zboczenie zapachu nowych książek) i odkładałam...Taka dzielna ze mnie istotka...;o)

     Dobę później siedziałam pod...Hmmm...To nie była lipa...

I chłonęłam zebrane przez Agnieszkę Zielińską rzeczy ważne, ważniejsze i najważniejsze z życiorysu Jana Kochanowskiego...


     I teraz powinnam wypisać wszystkie zachwyty nad talentem Agnieszki, nad Jej zaangażowaniem, nad nietuzinkową pasją...Ale nie wypiszę...

     Jej Kochanowski nie jest ani gorszy, ani lepszy od poprzednich książek (a jestem szczęśliwą posiadaczką kompletu) i powtarzać się nie mam zamiaru...

Trzeba to na bibliotecznej półce mieć, trzeba to przeczytać i trzeba zaprzyjaźnić się z naszymi Twórcami i Agnieszką do kompletu...

To nie lipa !!

I nie jest lipą to, że Kochanowskiego pokochałam bardzo wcześnie...

     Na półce Rodziców stało takie wydanie...

     Bardzo kusiło młodocianą duszę, przede wszystkim ilustracjami pani Mai Berezowskiej...Ależ były wyuzdane !!

A co może kusić bardziej ??

     Miałam kilka lat i czytanie było raczej sportem ekstremalnym, niż przyjemnością..."Ala miała kota"..."Azor to pies Olka"...Takie dzieła czytać powinnam...

Ale otworzyłam okładkę...

I cóż mogło być złego w "aniele" ??

Książka starsza ode mnie, więc głupia być nie mogła...;o)

A w środku ?? Poza ilustracjami wywołującymi rumieńce, wierszyki...;o)

     Tak Jan z Czarnolasu stał się Pierwszym Poetą, który kształtował moje gusta...I kształtuje do dzisiaj, bo miliony razy cytowałam to...


Albo to...

Ale tego się cytować nie ośmieliłam (chociaż znałam na pamięć prawie cały zbiór)...

     Bo jeśli Agnieszce Zielińskiej zaangażowania i talentu odmówić nie można, tak Janowi Kochanowskiemu odmówić nie można trafności spostrzeżeń...

I chociaż czasy były inne, i ludzie inni byli...


Wemkną nas w mieszek...;o)

I to nie jest lipa !! ;o)

piątek, 18 czerwca 2021

O darach Wrzosowiska i najlepsiejszym syropku...

 W tym roku "straż przednią" przejęły rzodkiewki...


Jak żołnierze stały w szeregu...


Dokąd ich z tego szeregu nie wyrwałam...I do konsumpcji nie przygotowałam...


     Można powiedzieć, że rzodkiewki z Wrzosowiska całymi wiadrami zwożę...;o)

     Zaraz potem ruszyły truskawki...

Kto zebrał pierwsze ??


Wiadomo !! Księciunio...;o)

     - Następnym razem Babciu, będziemy już zbierać do koszyka...- prognozował mały Gospodarz...

     I chociaż niewiele zapowiadało trafność tej prognozy, Księciunio miał rację...


Niestety...Księciunio w tej uczcie nie uczestniczył...

     I widok, który uwielbiam...


 Różana koronka...

     A na zagonach niespodzianka...

     Przesadzony agrest odwdzięcza się za lepszą miejscówkę...



Będą paluchy pokłute na maksa...

I jakoś wcale mi to nie przeszkadza...;o)

     A teraz gnam robić syropek z kwiatów czarnego bzu, bo...

     - Babciu, ten syropek jest najlepsiejszy !! - zawyrokowały Wnuki zgodnie...

wtorek, 15 czerwca 2021

"Klątwa" Bieszczadzkich Dziadków...

     - I na kiedy masz termin ?? - zapytałam Misiową Mamę...

     - Na 4-go...- usłyszałam w odpowiedzi...

I babcine serducho zabiło z niepokojem...

Dlaczego ??

Kiedyś już o tym opowiadałam...

     Moi Bieszczadzcy Dziadkowie mieli ośmioro Dzieci, każde z nich rodziło się w święto...Mieli "obsadzone" Trzech Króli, Wigilię, Gromniczną, Zielną, Mikołaja, ale i bardziej państwowo: 1-go i 3-go maja i 22-go lipca (chociaż to już świętem nie jest)...

     Z prawie trzydziestki Wnuków linię daty utrzymali tylko moi Rodzice i urodziłam się w "andrzejki"...

     Ja strzeliłam dubeltowo i Pierworodny powitał świat w Dzień Kobiet...

Co w tym złego ??

     Urodziny w święto nie są fajne !! Odczułam to na własnej skórze...Zawsze "coś" je zakłóca...

     Mój Ojciec - wigilijny, przechlapane miał po całości...Mój Chrzestny - mikołajowy, oszukiwany na prezentach, ja z wiecznym problemem imprezowania i ustalania terminu świętowania...Tylko Pierworodny miał fory (bo urodził się chłopakiem), a gdyby był dziewczynką ?? Lipa...

     - Jak Cię proszę...Masz dwa święta po drodze... - wymruczałam do Synowej...

     - Nic się nie dzieje...Będzie dobrze...- pocieszałam moją znękaną duszę...

     Kiedy minął Dzień Matki, odetchnęłam z ulgą...Jednego święta mniej...KTG kilka dni później nie zapowiadało porodu, i nawet dostaliśmy zielone światło na wypad na Wrzosowisko...

     - Jak będziesz wieczorem, będzie w sam raz...Nic się nie dzieje...- zakomunikował Pierworodny...

Wracamy pełni emocji, snujemy plany i nagle telefon dzwoni...

     - Gdzie jesteście ?? - słyszę głos Pierworodnego i nie mogę słowa powiedzieć...

     - Potrzebujemy 40-tu minut...- wyduszam...

     - To pilnuj Dziadka żeby gazu nie dusił, opieka doraźna zorganizowana, my ruszamy, Młody gotowy...- krótko i na temat...

Orzesz...(ko)

     Pora powrotów z pracy, drogi "zawalone" jak przy ewakuacji narodowej...40-ści minut jazdy "po bandzie"...

     Nerwy rozładowało dopiero powitanie Wnuków, chociaż opiekę miały pierwszorzędną Drugiej Babci...

     Komórka ustawiona głośnikowo na maksa (żebym sygnału nie przegapiła)...

Cisza...

     W myślach powtarzam jak mantrę: "Poczekaj Tygrysku jeszcze cztery godziny...Poczekaj !!"...

     Druga Babcia odjeżdża...Dziadziuś rusza do domeczku...Ogarniam Wnuki do spania...

     W Misiowym Domku panuje cisza...Siedzę sobie na tarasie i popijam czwartą kawę (o 21-wszej !!)...Lucky drzemie przy kanapie...To może być bardzo długa noc...

O 21:57 dostaję MMS...

Uśmiechnięta Misiowa Mama i Maleńki Człowieczek...

Radość...Radość...Radość...Tańczę po salonie, a Lucki mi towarzyszy (chociaż nie bardzo rozumie co wyprawiam)...

Tygrysek urodził się 1 czerwca o 21:30...

"Klątwa" Bieszczadzkich Dziadków trwa...;o)  

 

P.S. Zgadniecie kto pierwszy witał Tygryska za progiem ?? Kto był najbardziej zainteresowany nosidełkiem ?? I kto nie dopuszczał nikogo, wciskając się nieprzytomnie ?? Siostra ?? Brat ?? Dziadziuś ?? Babcia ??

Nie !!

Lucky poczuwszy zapach Dzieciątka dostał totalnej zajawki !!

A przypominam...Ten pieseł nigdy nie miał kontaktu z dziećmi...

Coś mi się wydaje, że Princeska zostanie zdetronizowana przez Tygryska w psim serduchu...;o)

niedziela, 13 czerwca 2021

Prawdziwe safarii...

     Moi stali Czytacze wiedzą, że nasze Wnuki, na powitanie otrzymują od nas wielkie maskotki...Księciunio otrzymał Misia-Krzysia (bo przecież był naszym Pierwszym Misiątkiem)...Princeska dostała Słoninkę-Malwinkę (bo szczęścia nigdy za dużo)...I przyszedł czas na maskotkę dla naszego Tygryska...Wybór był prosty...

Babcia sprawdziła rynek maskotkowy, odetchnęła z ulgą, że emocji zbędnych nie będzie, i czekaliśmy na odpowiednią chwilę...

Chwila nastąpiła...

     Problem w tym, że Babcia lubi wiedzieć co kupuje...Maskotka musi być odpowiednio ciężka...Maskotka musi być odpowiednio miękka...I oczywiście, musi mieć "to coś"...

No i drugi problem...

     Babci umknęło, że pora zakupów zbiega się z Dniem Dziecka...Babcia Gapa !!

     Zjeździliśmy z Dziadkiem wszystkie przybytki maskotkowe w okolicy...Lipa...

Dni kapały...

Babcia poszerzyła krąg dojazdowy i zaczęła wydzwaniać...

     - Niestety nie mamy...Spróbuję w hurtowniach, ale nie obiecuję...Wie Pani...Przez covida z pluszakami jest problem...

Orzesz...(ko)

     Całkiem nam umknęło, że produkcyjnie i dystrybucyjnie może być kiepsko...

     Dobra Dusza z "Bajkowych Pluszaków" oddzwoniła po kilku godzinach poszukiwań ze złą nowiną...

     - Znalazłam lwa, żyrafę, a nawet pingwina...Ale tygrysy są tylko małe...Jedynie na allegro...

Klękajcie Narody !!

A jak ja dotknę na allegro ??

     Dusza we mnie łkała...Tygrysa do koszyka wrzuciłam...Ale nadzieja jeszcze nie umarła...

     Ścieżki nasze poplątane...Może gdzieś na nas tygrys czeka ??

     W drodze na Wrzosowisko Pan N. postanowił zatankować...Stacja wcale nie jest "po drodze", ale paliwo mają dobre, ceny przyzwoite, można zboczyć...

     - To ja zajrzę do "Kubusia"...- oznajmiłam, bo w pobliżu jest sklep zabawkowy, z którego korzystaliśmy nie raz...

     - Ale już zaglądałaś...- wątpił Ślubny...

Echhh...

Wchodzę, rozglądam się...Nie ma...

     - Dużych tygrysów nie macie ?? - pytam młodziutką Dziewczynę, która układa ubranka...

     - Nie mamy...- rzuciła odruchowo, ale głowę podniosła, w znękane, babcine oczy zerknęła...- Mieliśmy...Może gdzieś się jakiś zabłąkał...

A w Babci nadzieja wybucha gejzerem...

     Dziewczyna wysyła zapytanie do innych sklepów (bo to "Kubusiowa" sieć sklepów z zabawkami), wrzuca zapytanie do Szefowej, która obsługuje magazyn i uzgadniamy kontakt telefoniczny...Emocje sięgają zenitu...

Kwadrans później dzwoni komórka...

     - Jeden jest !! Wyślę pani zdjęcie...- moje emocje udzieliły się Pani Sprzedawczyni...;o)

Pierwszy w oczy rzuca się tygrysi nos...

Ale z pyska dobrze mu patrzy...;o)

     - Na kiedy może być do odbioru ?? - pytam...

     - Poniedziałek...- słyszę w słuchawce...

     - A na dzisiaj ?? Będziemy wracać pod wieczór...- może być tak, że w poniedziałek Babcia już będzie "uziemiona"...

     - Spróbuję...Może Szef da radę... - odmrukuje Dziewczyna...

Po kolejnym kwadransie otrzymujemy "zielone światło"...

     - Nie wcześniej niż 17-ta, a nawet 18-ta...

     Cały dzień czuję "motyle w brzuchu", cały dzień nie mogę się doczekać...Lubię mieć wszystko zapięte na ostatni guzik...

Czas powrotu i...

Pamiętacie wpis o zakazach ruchu ??

     To był właśnie ten dzień, kiedy dwa powiaty zdecydowały zamknąć nam drogi w kierunku Zaścianka...A my przez góry, lasy, doliny i pola cięliśmy jak szaleni, spoglądając na zegar i odliczając mijające minuty...Zdążymy ??

Żołądek miałam między uszami...;o)

Ale dobry humor nas nie opuszczał i dzielnie pokrzykiwaliśmy:

     - Po tygrysa !! Na safari !!

Prawdziwe polowanie...;o)

Od samochodu do sklepu prawie biegliśmy...Stateczni Dziadkowie...;o)

     Pani wypakowała schowanego pod ladą tygrysa i zobaczyłam ogromniasty kinol...Potem dopiero następowały tygrysie uszy i pokaźny ogon...Tygrys jak trzeba !!

     Pan N. dokonał transakcji, a Gordyjka mocno trzymała zwierza, żeby jej gdzieś nie bryknął w ostatniej chwili...

Bo to jest Tygrysek-Urwisek !!

 


Mam nadzieję, że Tygryski przypadną sobie do gustu...;)

środa, 9 czerwca 2021

Na zakazie...

     Już ponad sześć lat jeździmy na to nasze Wrzosowisko, ponad sześć lat robimy tysiąc kilosów miesięcznie...Kończymy drugi raz objazd Ziemi po równiku...Echhh...

Do takiej "teleportacji" dobre drogi potrzebne są jak powietrze...

Każdy remont, każdą przebudowę, witamy radosnym okrzykiem i cierpliwie czekamy na światłach, albo stoimy w korkach...Zrobią, będzie lżej...

     Pech chciał, że to nasze Wrzosowisko mamy na "krańcu świata", tam gdzie przez lata "diabeł mówił dobranoc" i gdzie żadne władze nie zajeżdżają, bo na spektakularne "otwarcia" liczyć nie można było...Drogi miewały po kilkadziesiąt lat...Na niektórych pozostawały śladowe ilości asfaltu...

Od sześciu lat, zawsze gdzieś po drodze wbijamy się w remont...

Przez jedną z budów nawet przejeżdżamy centralnie, bo inaczej drogi przelotowej nie można było wyznaczyć...

     Wracaliśmy niedawno z Wrzosowiska i nagle zonk...

Dwa pachołki i znak zakazu ruchu...

Hmmm...

Trzeba zawrócić i wybrać trasę alternatywną, chociaż zrezygnowaliśmy z niej jakiś czas temu, bo była w kiepskim stanie...

Zawracamy i jedziemy...

Kilkadziesiąt kilometrów i...

Dwa pachołki i znak zakazu ruchu...

Ki czort ??

Trzeciej drogi nie mamy !!

Popatrzyliśmy na siebie wymownie i ...

Władowaliśmy się na budowę...

Dobrze, że "nagusek" ma nowe zawieszenie, bo lekko nie było...

     - Którędy jutro pojedziemy ?? - rozważałam na głos...

     - Przez pola...- wymruczał Pan N.

     Ale ku naszemu zdziwieniu, trasa była o poranku otwarta, a nawet wyasfaltowana w 1/3...Chłopaki musieli pracować całą noc...Chwała im za to !!

     Wieczorem niestety, zakaz ruchu pojawił się ponownie...Remont przeprowadzają nocami, żeby ludzie mieli jak dojechać do pracy i do pól...Ktoś pomyślał logicznie ?? Aż trudno uwierzyć...

     Tym razem skorzystaliśmy z objazdu (przez pola) i wylądowaliśmy znowu przy tym drugim zakazie...Echhh...

No to znowu w pola...;o)

     Okienko uchylone...Zapach bzu wypełnia całe wnętrze...Lucky drzemie utyrany pilnowaniem "hektarów"...Właściwie jest cudnie !!

Gdyby nie to, że jedziemy z misją, a czas nas nagli...(To opowiem w odpowiednim czasie)...

     - Musimy tu koniecznie przywieźć Księciunia...- wykrzykuję na widok...Hmmm...To też Wam opowiem w odpowiednim czasie...

I czego by nie mówić...Wtrącę odrobinę polityki...

     Opozycja na wsiach szans nie ma żadnych...

     Przez ostatnich sześć lat na stu kilometrach naszej trasy, powstały dwie obwodnice i kilkadziesiąt kilometrów nowych dróg..."Odcięci" od świata odzyskują kontakt z cywilizacją...Że to ze środków UE ?? A i owszem...Przy każdym wyremontowanym odcinku stoi odpowiednia tablica...Ale w EU jesteśmy od 2004 i tutaj widać tego do tej pory nie było...Że to "kupowanie głosów" ?? I tak można by to zinterpretować...Tyle, że po wyborach nikt asfaltu nie zwinie...

(Pewnie znowu oberwę, że jestem "pisiorem")...;o)

A ja trzymam kciuki, żeby się do wakacji z tym wszystkim wyrobili...;o)

piątek, 28 maja 2021

Niech Wam złotem kapie...

     Maj nas nie rozpieszcza, przynajmniej temperaturowo, więc nic dziwnego, że nasze bytowanie na Wrzosowisku ma charakter jednodniowy...Sześć stopni w nocy ?? Sporty ekstremalne to ja lubię, ale ekstremalne temperatury to już mniej...Przy sześciu stopniach to pupa do śpiwora przymarza...;o)

No to przemysł paliwowy ma z nas interes...

Zamiast tysiąca kilometrów miesięcznie, robimy dwa tysiące...Z ogonkiem...

     Mamy dwa miesiące "spóźnienia", więc i tak żywiołu nie okiełznamy, ale przynajmniej minimum przed bytowaniem wakacyjnym Wnuków trzeba zrobić...

Jak mus to mus...;o)

     Zacznę od "zapominajek", które ostatnio mi umknęły...


     Nasz mini bez, czyli lilak...

Uwielbiam lilaki !! 

     Bez był przez lata symbolem zbliżających się imienin, a Pan N. dwoił się i troił, żeby Połowicy bukiet rozmiarów słusznych dostarczyć...Potem nastąpił zonk, czyli długotrwałe ocieplenie, które spowodowało, że lilaki na "Stanisława" były w przekwicie...Ot, zagwozdka...

Zamiast tulipanów, bez...

W tym roku było "normalnie"...;o)

     Lilaki zakwitały powoli, kwitły statecznie (zimne noce sprzyjały), a Świat pachniał, pachniał, pachniał...

Tylko nasz bez przeszedł do opozycji...

     Wystaje ledwie metr nad ziemię, obsypał się kiściami jak widać i tyle...Ani myśli rozkwitnąć...

Może on się na kalendarzu nie zna ?? A może na Tygryska czeka ??

Nijak rozumem nie ogarnę bzowego oportunizmu...


     Przynajmniej konwalie honor ratują...

     Pamiętam ile się po rodzinnym Mieście zawsze nabiegałam szukając bukiecików konwalii...Mamciaśka miała urodziny 24-go maja, a bez konwalii impreza była nie ważna...No to biegałam...

     Nasze jeszcze kępy słusznej nie robią, ale powolutku teren "zasiedlają", więc pewnie z czasem będą się prezentować mniej "łyso"...No i Mamciaśka będzie się mogła nawąchać "z góry" do woli...;o)

No i bonus...

     Kiedy kilka lat temu zobaczyłam szpaler "egzotycznych" drzew obsypanych kwieciem w barwach złota, aż mnie przytkało...

     Glebę mamy "nie taką", warunki klimatyczne "nie takie"...Wszystko było na odwertkę...

Ale jak się baba uprze...

     Było dziesięć...Zostały cztery...A my z uporem maniaków walczymy o każdy listeczek...

Złotokapy...

     Nie zniechęcił mnie nawet fakt, że są w wysokim stopniu trujące...

     Wszystkie części złotokapów zawierają cytyzynę...Alkaloid o silnych właściwościach toksycznych...Poraża układ pokarmowy i nerwowy...Chociaż swoje zastosowanie ma...Jest środkiem stosowanym w terapiach uzależnień nikotynowych...

I kwitnie...


A właściwie...Złotem kapie...


I niech Wam kapie !! Złotem...Srebrem...Brylantami...;o)


P.S. Tygrysek ma jeszcze siedem dni do wielkiego "buuummmm"...Princeska w samoizolacji bo covid w przedszkolu...Księciunio w przymusowym areszcie (żeby drugie przedszkole nie poległo)...Echhhh, życie...

sobota, 22 maja 2021

Się rozkwieciło...

Ciągle słyszymy: "Przeginacie !!"...

     No cóż...Taki nasz urok, że jesteśmy "zadaniowi" i jak jest coś do zrobienia to nie ma mocnych...Plan...Działanie...Realizacja...Aż do dnia, kiedy staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami Wrzosowiska...Echhh...

     Wrzosowisko samo układa sobie harmonogram naszych zadań i ciągle spiskuje z Matką Naturą, za naszymi plecami...

Tym razem spiskowcy pokombinowali z Wiosną...

     Najpierw nie dało się robić nic...Potem trzeba było robić wszystko jednocześnie...A że czas i możliwości mamy ograniczone, więc...

Totalna klęska !!


     Trawa na "boisku" osiągnęła wysokość "psa" i poza psem nikt z tego faktu zadowolony nie był...Widzicie czubki naszych "bramek" ?? Dramat...

Ale Lucky wypadał z "naguska" w stanie euforycznym, wpadał w te chaszczory i żarł tę trawę niczym koza...Wystawał tylko koniuszek ogona...;o)

A trawa rosła z prędkością światła...

     No to podjęliśmy "wiekopojmną" decyzję i drogą kupna nabyliśmy kosiarkę...(Kręgosłupowi Pana N. też się coś od życia należy, a podkaszarka kręgosłupowi nie służyła)...

     Najpierw wtarabaniliśmy ją na pierwsze piętro (czterdzieści kilo), a właściwie wtarabanił ją Pan N. przy użyciu żony...Tfu, tfu...StrongBaby...

Jak wlazłam na to pierwsze piętro z kosiarką ??

Nie mam pojęcia...

Za progiem to już nie tylko nazwiska nie pamiętałam...

Ale skoro już była za progiem, to pozostawało kolejne wyzwanie...Będzie musiała lokal opuścić...;o)

Sama myśl powodowała cierpnięcie rąk i pleców...

     Było już znacznie lżej...Dieta cud !! Dziesięć kilo "przydasiów" zostało rozparcelowanych i z pudła uwolniliśmy kółka...Połowę drogi przebyła samodzielnie...Miła to jest kosiarka...;o)

No i dosyć pracowita...


     Ucywilizowała nasze boisko migiem...Tylko Lucky fukał z oburzenia...Trawę mu bestia pożarła...;o)

     Panu N. kroczenie za kosiarką bardzo przypadło do gustu...A ja jestem jej ogromnie wdzięczna, że nie tylko kosi, ale i grabi...;o)

Teraz to już mogę się wiosną pozachwycać...

Genowefa Pigwa...

Truskawki w tym roku szaleją...

Głóg zadziwia sam siebie...

Azalia ledwie zipiąca, ale jak już kwitnie, to nie ma mocnych...

Stokrotki tak wyglądają od końca marca...

Niezabudki, które same się sieją...(Gdzie chcą)

Kocimiętka szaleje po całości...

     Lilak jeszcze się powstrzymuje (jest tak obsypany pąkami, że aż się o niego boję), a o konwaliach zapomniałam...Za każdym razem latam je wąchać, podziwiam, głaskam i...Zapomniałam...Ot, skleroza...Albo wiosenne zauroczenie...;o)

W każdym razie, jest wiosenno-pięknie...

     Jeśli Matka Natura nie szykuje nam jakiejś nieprzyjemnej niespodzianki, to sezon przetwórczy szykuje się ponad normę wypaśny...

niedziela, 16 maja 2021

Marysieńka...

     Pewnie każdy z nas spotkał na swej drodze "Marysieńkę"...Jednym wbiła się w życiorys "szponami", inni nawet nie zauważyli jej bytności...Moja "Marysieńka" była "pomiędzy" i gdyby nie jeden telefon siedziała by sobie tam do dzisiaj...

     W szkole była prymuską, taką wiecie, zaangażowaną we wszystko...Deklamowała wierszyki, wręczała kwiatki, wnosiła sztandar...Cokolwiek się działo w epicentrum była "Marysieńka"...

     Na studiach poznała swoją "Psiapsiółkę" i studencki tryb życia (cokolwiek to znaczy)...

Życiorys młodzieńczy jakich wiele...

Chociaż rozrywki wciągnęły "Marysieńkę" ponad przeciętnie...

Ruszyła w "wielki świat" pełna ideałów i przyswojonej wiedzy...

     Czasy były takie, że posiadanie dyplomu wyższej uczelni znaczyło wiele i otwierało perspektywy jakich dzisiejsi magistrowie mogą tylko pozazdrościć...

     "Marysieńka" wybrała pracę w nowoczesnym, sporym przedsiębiorstwie, gdzie oprócz perspektyw i drzwi do kariery otrzymała również mieszkanie...Młoda, ładna, rozrywkowa, wykształcona, samodzielna...Co mogło pójść nie tak ??

Miłość !!

     "Marysieńka" zakochała się bez pamięci i rozumu..."Marysieńka" wdała się w romans bez przyszłości...Tyle, że ona przez mgłę uczucia swoją przyszłość widziała w różowych barwach...

     Facet na stanowisku, majętny, przystojny...Jedynym mankamentem była żona i dwoje dzieci...Detal...

     Romans kwitł na całego...Hormony szalały...A "Marysieńka" czekała na ten cudny dzień, w którym jej wybranek rzuci wszystko, padnie na kolana i będą żyli długo i szczęśliwie...

Nie padł...

A właściwie wpadł...

     W międzyczasie zmajstrował żonie trzeciego dzieciaka i z poważnym wyrazem twarzy zakomunikował "Marysieńce", że to jest koniec ich namiętnego romansu...

Z różowej mgły zaczął się wyłaniać inny świat...

     "Marysieńka" ze zdziwieniem zauważyła, że jest alienowana w pracy (od dłuższego czasu), a w małym mieście, w którym było przedsiębiorstwo, i w którym wszyscy się znają, ludzie nie odpowiadają na jej powitanie i spluwają na jej widok...

Ale "Marysieńka" kochała, więc postanowiła trwać na posterunku...Na pohybel...Mimo wszystko...

Ile to trwało ?? Nie wiem...

     Wiem, że wystawała pod domem oblubieńca...Wiem, że łasiła się do niego jak głodna psica...Wiem, że atmosfera wokół niej była nie do zniesienia, i że w końcu żona oblubieńca wkroczyła do akcji...

     Jemu przebaczyła (trzecie dziecko w drodze), "Marysieńka" była jej jak głaz w życiorysie...

     Przy pierwszych restrukturyzacjach zatrudnienia "Marysieńka" została z niczym...Bez angażu...Bez mieszkania (służbowego)...

     Wróciła do Zaścianka i została nauczycielką w zaocznej szkole zawodowej...Mieszkanie dostała awansem...

Tyle że, do gorącego romansu dołożyła załamanie nerwowe, depresję i utratę sensu życia...

     Poznałam ją kilka lat później, kiedy straciła i tę pracę...

     Wersja oficjalna tego zwolnienia mówiła, że "Marysieńka" została złośliwie zredukowana przez Dyrekcję...Pech "Marysieńki" był taki, że znałam nie tylko Dyrekcję, ale i Nauczycieli z tej szkoły...Znałam też wersję prawdziwych przyczyn zwolnienia..."Marysieńka" nie nadawała się na nauczyciela, nie posiadała żadnej wiedzy, jej psychika wymagała spokoju...

Potrafiła na zajęciach wtłaczać wiedzę z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, albo wybiegała nagle z sali z płaczem i pędziła przed siebie po szkolnych korytarzach...Albo siedziała apatycznie przez kilka godzin wpatrzona w okno...

     Jak ją poznałam ??

     Została zatrudniona w prywatnej firmie gdzie pracowałam, i gdzie zarządzała jej "Psiapsiółka" ze studiów...

No i cóż...Rzeczywiście nie umiała nic...

     Tajniki obsługi kalkulatora (2003 rok) poznawała dopiero w firmie i kiedy się myliła winny był kalkulator (baterie się kończyły)...Wklepywanie danych do Excela kończyło się "twardym resetem", bo kiedy się pomyliła winny był komputer...Na papierze słupki liczyła po kilkanaście razy i zawsze otrzymywała inny wynik...

Ale była "Psiapsiółką Psiapsiółki"...

     Przez dwa lata sprawdzałam wszystkie te jej wypociny, bo liczyła pieniądze firmowe, bo za jej błędy odpowiadali Pracownicy, bo wiedziałam, że w jej rozliczeniach nic się nie zgadza...

     Przez dwa lata cierpliwie "podrzucałam ją z pracy", mimo, że paliła w samochodzie niesamowite śmierdziuchy, mimo, że nie zapinała pasów bezpieczeństwa (bo czytała o kobiecie, która zginęła przez zapięte pasy)...

Fakt...Robiłam wszystko, żeby jej z tej "pracy nie podrzucać"...Harmonogram zajęć układałam tak, że na koniec jeździłam rozliczać Filie...

     Przedstawiałam Szefostwu wszystkie jej "knoty" i odbijałam się od ściany "psiapsiółkowatości"...

     "Marysieńka" z czasem poczuła się tak ważna, że chyba nawet Szef był w zachowaniach skromniejszy...

     Po dwóch latach przywalona nadmiarem obowiązków przestałam sprawdzać jej słupki...

Skoro Właścicielom nie zależy na ich pieniądzach ??

A "Marysieńka" ??

     Jeszcze bardziej rozkwitła...Pracownicy nie mieli nic do gadania (bywali zwalniani z powodu jej błędów), Szefostwo przymykało oczy na wszystko (bo to przecież "Psiapsiółka") i tylko ja byłam "Marysieńce" zadrą w sercu...

     W hierarchii firmowej stałam zbyt wysoko (chociaż próbowała), przyjaźnić się nie chciałam, wódki nie piłam, psychotropów nie brałam ("załatwiała" recepty) i wada główna, jak wykryłam jakiś jej "przekręt" robiłam karczemne awantury...

     "Marysieńka" wpadła na "idealny" pomysł, jak mnie "zneutralizować"...

     Zaczęła mi dawać prezenty...:o)

     Podrzucała mi do torebki czekoladki, kosmetyki...W teczce znajdowałam ciuchy, albo drobny sprzęt AGD...

Śmiałam się z tej jej "przebiegłości"...

Ale, że człek ze mnie rozsądny, więc każde znalezisko ładowałam do specjalnego pudła, które trzymałam schowane w swoim biurze...Czekałam na "wybuch"...

Trochę się martwiłam, bo pudło zapełniało się szybko, a "Marysieńka" zwlekała...

Co się odwlecze...

     "Marysieńka" doprowadziła do zwolnienia Kelnera...Chłopak był uczciwy do bólu i prędzej by do kasy dołożył niż zabrał, ale był inteligentny...Dopiero co skończył studia i właśnie wrócił z urlopu w czasie którego się ożenił...Sielanka...

Zwolniono Go w pierwszy dzień po powrocie do pracy, nie wysłuchawszy racji drugiej strony...

Walnęło to we mnie okropnie...

Ale prawdziwy atak "Marysieńka" przypuściła dzień później...Nawet przyjechała do Firmy przede mną, co się jej nie zdarzało...Chciała być sam na sam z Szefem...

Kiedy podjechałam na parking zostałam wezwana na "dywanik"...

     Szef był czerwony jak indor (dostawał ciśnienia jak się denerwował), "Marysieńka" siedziała na drugim krześle z grobową miną...

     - To jest lista niedoborów w sklepie, podobno coś o tym wiesz...- zaczął Szef, o dziwo bardzo spokojnie jak na "choleryka"...

Czytam listę i aż mi dusza skiełczy z zachwytu...Najdroższe bombonierki...Ekskluzywne czekolady...

     - I podobno przyjmujesz łapówki od dostawców...- Szef bierze głęboki oddech...

     - Konkretnie jakieś, czy wszystko jedno ?? - pytam, bo na liście niedoborów "łapówek" nie widzę...

     - Ludzie widzieli jak paczki odbierasz...- kończy Szef...

     - Jacyś konkretni ludzie, czy też wszystko jedno ?? - pytam...

"Marysieńka" skromnie spuszcza oczy...

Szef milczy...

     - Mam prawo do ostatniego słowa, czy zwolni mnie Szef tak jak Kelnera ?? - pytam dla ścisłości, żeby na darmo jęzora nie strzępić...

W oczach Szefa widzę "cholerę", jest moment przed wybuchem...

     - Czy mogę prosić o przeniesienie tej konstruktywnej rozmowy do mojego biura ??  -pytam, bo żadne nie kwapi się do odpowiedzi na moje pytanie...

O dziwo, wstają...

     W biurze otwieram moją "tajemniczą" szafkę, wyciągam "magiczne" pudełko i stawiam na biurku...

     - Sprawdź "Marysieńko" czy wszystko z twojej listy jest tutaj...Możesz również sprawdzić, czy wszystkie twoje podarki są w pudełku...

"Marysieńka" robi się purpurowa na twarzy...Szef blednie...

     - Szef pamięta ile mi płaci ?? - pytam retorycznie...- Na bombonierki i czekoladki mnie stać...A prezentów od Dostawców nie otrzymuję, bo od trzech lat towar zamawiają Pracownicy, a nie ja...Z resztą...Można kogoś posadzić przy monitoringu i niech szuka tej mojej korupcji...

     Szef rzuca w kierunku "Marysieńki" niecenzuralne słowo na "sp"...

     - Swoje pudełko możesz zabrać...- rzuca za wychodzącą...- wszystko odliczę ci od wypłaty...

     - Idziemy na kawę...- stwierdza do mnie i nie wracamy już ani słowem do "korupcyjnej" sytuacji...

     Kawa przeciągnęła się do obiadu, obiad do kolejnej kawy...Klachaliśmy jak dwie stare Kumochy...

     Niestety...Szef nie dał się namówić na telefon do Kelnera...A Kelner był zbyt uczciwy i ambitny, żeby prosić o powrót...

     "Marysieńka" została zwolniona wkrótce potem, ale nie dlatego, że się do tej pracy nie nadawała...Szef sprzedał Firmę...Ja zostałam zarządzać ostatnią jej częścią...

     Mój kontakt z "Marysieńką" się urwał...Mieszkanie w Zaścianku nie powodowało "wpadania" na siebie przypadkiem...Pracowała w jakiejś prywatnej firmie...

     Kiedy raz rozpoznałam ją w tłumie przeszła dyskretnie na drugą stronę ulicy...Byłam jej za to wdzięczna...

     Kilka dni temu odebrałam telefon..."Marysieńka" zmarła...Samotna przez całe życie, podała w szpitalu numer telefonu do "Psiapsiółki"..."Psiapsiółka" nic o niej nie wiedziała...Nie wie co ma dalej robić...Czterdzieści lat temu razem studiowały, ot i wszystko...

I chociaż to może zabrzmi podle, ten telefon sprawił mi sporo satysfakcji...

     Toksyczna baba zemściła się na toksycznej babie...Za wszystkie posądzenia uczciwych Ludzi...Za wszystkie manipulacje...Za krzywdy jakich były autorkami...A szczególnie za tego Kelnera, który mam nadzieję, nigdy więcej na swej drodze nie spotkał tak toksycznych bab...

Czego i Wam życzę...;o)      

środa, 12 maja 2021

Skarby Narodu,czyli jakoś z tęsknotą trzeba żyć...

     "Jesce dychom"...Jak mawiał "klasyk"...;o)

Składam się głównie z tęsknoty i potu...

     Po magicznych dwóch tygodniach z Wnukami, tęsknota wcale nie stopniała i szczerze mówiąc, mam ogromne pretensje do Premiera, że tym razem ograniczył lockdown i wróciły nasze Skarby do obowiązków...Pozostało wspominać...

Było cudnie...

To bynajmniej nie jest kąpiel...;o)

     Dziadkowie kupili basenik, bo Wnuki ogromnie tęsknią za basenami, wodą i pluskaniem...W ogóle...Nasza łazienka jest ulubionym miejscem naszych Wnuków...

     Ma odpowiedni kolor (szczególnie Princeska jest teraz wielką zwolenniczką "błękitów" w każdym wydaniu), ma maleńkie lustereczka w których się widzą bez "wysiłku", ma ich "ukochany" kran, który można dowolnie wyginać i ma guziczek, który przełącza strumień wody (nie musimy przypominać o myciu rączek, bo wymyte są aż po pachy), no i ma papier toaletowy w misie...

     - Babciu !! Masz misie !! - zauważyła jeszcze w zeszłym roku Princeska...(Drukowane, nie tłoczone)...

     Babcia, jak na Doroślaka przystało, komunikat przegapiła...Aż do momentu, kiedy z łazienki dobiegł spazmatyczny wybuch płaczu...Babcia dostała przyspieszenia...

Princesia łzami się zalewa, że krokodyl by się nie powstydził i szepcze:

     - Przepraszam Babciu...Przepraszam...

Ki czort ??

Armatura się trzyma, płytki na ścianach wiszą, szkód nijakich nie odkrywam...

Princeska garstkę otwiera i pokazuje kawałek urwanego papieru toaletowego...

Orzesz...(ko)

     - Urwałam misia !! -  rozpacz w mojej Księżniczce wzbiera...

To są bardzo ważne misie !! A Babcia je przegapiła...;o)

     Od tego dnia jesteśmy wierni "misiom" jak Zawisza...Z wielkim zaangażowaniem wertujemy półki z papierem toaletowym...Musi być "misiowy" !!

Echhh...Ta tęsknota...

     Ale skoro wiosna w tym roku, zamiast trzech miesięcy, zafundowała nam trzy tygodnie...To uwijamy się jak pszczółki (celowo pomijam mróweczki, którym w tym roku wypowiadamy otwartą wojnę, za poczynione szkody) i sadzimy, siejemy, plewimy, kopiemy...Jakby się dało, jednocześnie...

Szkoda, że nie jestem ośmiornicą...;o)

To by dopiero praca szła...

     Matka Natura w tym roku sprezentowała nam brzozy...

     Póki co, odkryliśmy trzy...Jedna już przeniesiona na "miejscówkę" w naszym "lesie"...

     To chyba zadośćuczynienie za odczyny alergiczne Pana N., który w czasie pylenia brzóz powinien siedzieć w namiocie tlenowym...W tym roku Mu wiosna darowała, no i "łapówkę" wsunęła niezłą...;o)

     Na "osiemnastkę" Księciunia, może się soku z brzozy napijemy...;o)

Bo o ciele nie zapominamy...


     Mięsiście ten grill wygląda, ale sił potrzebujemy sporo, więc i zawartość tacy zniknęła szybko...

     I tak jakoś usiłujemy to wszystko "okiełznać"...Ostatnie tygodnie "starej" stabilizacji...Bo z tyłu głowy ciągle "Godzina T"...Odliczamy...Czekamy...Planujemy...Szykujemy...

     Księciunio kocha wyprawy...

     Princeska kocha wspinaczki...

     A co Tygryski lubią najbardziej ??

Jeszcze miesiąc i zaczniemy się "uczyć" trzeciego Skarbu...

Echhh...Ta tęsknota...

sobota, 1 maja 2021

Bliskie spotkania...

 Czy Ty to widzisz ?? - zapytał wzrokiem Lucky, odwracając łebek...


     Przed nami, na ścieżce, stały dwie sarenki i koziołek, przyglądając się nam z zainteresowaniem...Właściwie...To starzy znajomi, bo w lesie spotykamy się często, przecinając ścieżki migracji zwierząt na każdym spacerze...Lucky zawsze je wystawia, co zwiększa moje szanse na obserwacje...

Tym razem wiatr był "po ich stronie"...;o)

Z gracją wskoczyły na kolejowy nasyp i przebiegły przez tory...


Ale nie zapomniały o "intruzach", czujnie się nam przyglądając...


Lucky złapał trop i prowadził mnie prostą drogą przez chaszczory...

     "Weźmy zwierzątko to domu !!" - próbował mnie namówić...

Za każdym razem tak jest...Sarenki, zajączki, wiewiórki, małe pieski, małe kotki...Lucky jest wielkim miłośnikiem zwierzaczków...;o)

A sarenki pasły się przy torowisku, na którym musiało rosnąć coś wyjątkowo pysznego...;o)

     Takich przyjaciół spotykamy na naszych spacerkach...Prawie na każdym...Tyle, że ja mało rozgarnięta jestem, komórki wyciągnąć nie daję rady, a jak już dam radę, to obiektywem w zwierzaka nie trafiam (ślepa jak ta kretowizna)...Tym razem się udało...;o)

Bo sarenki poczekały aż się ogarnę...;o)



wtorek, 27 kwietnia 2021

Zmarnowanie...

     Moja Mamciaśka była nastoletnią Dziewoją, kiedy w Polsce zapanowała żałoba...Zmarł Bierut...

     - I wiesz, zrobili wtedy uroczysty apel w szkole, wszystkich nas zgonili do sali gimnastycznej, wzniosła muzyka pogrzebowa, umartwione twarze Nauczycieli i nagle "Jasiek" (niestety nie pamiętam imienia) puścił bąka...- opowiadała Mamciaśka... - Ale nie jakiegoś cichacza, o nie !! To był taki bąk, że słychać go było w całej Szkole, a my ryknęliśmy salwą śmiechu...Taka zbiorowa głupawka...

Z niecierpliwością czekałam na dalszy ciąg...

     - Trzymali nas na tym apelu przez sześć godzin, do dzisiaj pamiętam ból nóg...A Jaśka wyprowadzili z sali, wezwali Rodziców i już do klasy nie wrócił...Został relegowany ze szkoły, z "wilczym biletem" do "Ogólniaków", chociaż był Prymusem...Rodziców od dyscyplinarek uratowała przynależność do partii...

     Tak się dowiedziałam, że mój Świat bywa mało kolorowy...

     I wtedy przypomniałam sobie, jak kilka lat wcześniej, kiedy wracałyśmy tramwajem z zakupów,  ja wypaliłam zasłyszaną "mądrością":

     "Za Gomułki suche bułki, za Gierka dostaniemy cukierka",

     Mamciaśka zakończyła naszą podróż na najbliższym przystanku i dreptałyśmy do domu kilka kilometrów...Kilka kilometrów w czasie których Mamciaśka oglądała się nerwowo za siebie i ciągle mnie poganiała...

Miałam sześć lat i dowiedziałam się, że zdrowiej jest jeśli język służy do mlaskania, a nie do mówienia...

Chociaż długie spacery lubiłam bardzo...;o)

     Nie wiem skąd dzieci czerpią wiedzę, ale byłam pewna, że nerwowe wyglądanie Rodziców z korytarza i konspiracyjne szepty w nocy, mają wiele wspólnego z dziecięcą rymowanką...

Ale Dzieci mają też inną "przypadłość", niczym radar i sonar w jednym, wyczuwają "niewłaściwe tematy" i czym bardziej Doroślaki starają się być dyskretne, tym bardziej Dzieciaki w tym uczestniczą, wyławiając z półsłówek niezbędną wiedzę...

     A że historia kołem się toczy, kiedy byłam nastoletnią Dziewoją, zmarł Breżniew...

Polska już była wówczas inna...

     "Komuna" trzymała się jeszcze wbitymi pazurami, ale świadomość była już znacznie większa..."Solidarność" była nadzieją...

     Mieszkałam wówczas w Mieście "najbardziej czerwonym"...Ale wiedziałam już, że w tym Mieście dzieje się wiele "pod podszewką", że oficjalna "czerwień" jest tylko "kamuflażem" dla "świętego spokoju"...Uczestniczyłam w tym...I w tym "czerwonym", i w tej "podszewce"...

     W czasie lekcyjnej przerwy gruchnęła wiadomość...

"Breżniew nie żyje"...

     Rozgorączkowane szepty...Potajemne uściski dłoni...Dwuznaczne uśmiechy...

Szkoła "oszalała" z radości...

     Weszłam do klasy z "dobrą nowiną"...Dziewczyny zaczęły "szaleć"...I nagle...

     - Z czego Wy się cieszycie ?? Umarł dobry człowiek...Teraz wszystko pójdzie na zatracenie...- usłyszałam od jednej z naszych Prymusek...

Zatkało mnie...

Oczytana, inteligentna Dziewczyna ??

     "Dobry człowiek" ??

     "Zatracenie" ??

Klasa zamarła...

Zajęłyśmy miejsca i wszystkie wgapiały się w Prymuskę...

Każda twarz wyrażała jedno...

     "Czy Ona na prawdę tak myśli ??"

     A ja zapatrzyłam się w okno i pomyślałam o nieznanym mi Jaśku...Kiedyś jeden "bąk" zmarnował Mu życie...Czy dzisiaj cieszy się jak ja ?? Czy nadzieja rozświetla Mu duszę ??

     Ponoć jednostka nic nie znaczy...

Bierut...Gomułka...Breżniew...

Jednostki, które znaczyły zbyt wiele...Dla "Jaśków"...

     Nasza Prymuska została Nauczycielką...Gdzieś na północy Kraju...Czy pamięta tamten dzień ?? Nie wiem...Ja pamiętam...

     Ledwie rok później straciłam wymarzoną pracę przez poglądy polityczne...Nie...Tym razem niczego nie chlapnęłam...Wyrzuciłam do kosza na śmieci zgniecioną w kulkę "deklarację przynależności partyjnej"...Rzut był piękny, czysty, "za trzy punkty"...Ale widziała go szefowa POP...Widocznie nie lubiła koszykówki...;o)

     Z biegiem lat coraz bardziej rozumiem naszą Prymuskę...

     Nadzieją pięknie się żyje, zapowiada przyszłość, rozświetla dusze, ale z czasem powinna przynosić efekty...A nam efekty kiepsko wyszły...Parafrazując...Zmarnowanie ?? 

piątek, 23 kwietnia 2021

Takich mamy Pomocników...

     Czego brakuje w moim sprawozdaniu ??

Wiadomo !!

Wrzosowiska...;o)

     Księciunio na samo wspomnienie, aż wypieków dostał, a Princesia radośnie podskakiwała...Entuzjazm ma różne oblicza...

     W "orzeszku" Princeska wgramoliła się na łóżko (mimo sterty przydasiów, które tam zalegały) i obwieściła: "tu ja śpię"...

     Księciunio rozpoczął oczywiście od obchodu i zachwytów nad każdą roślinką...Nawet ścięty orzech nie był powodem smutków (tego baliśmy się bardzo)...Księciunio dokładnie rozumiał dlaczego...Martwił się tylko, czy Dziadziuś nie zapomniał odkręcić "łapek", bo by się połamały..."Łapki" zostały zaprezentowane, a w bonusie Księciunio otrzymał przyrzeczenie, że zostaną przykręcone tam, gdzie będą potrzebne...;o)

Po kilku kwadransach totalnego rozbrykania, Wnuki postanowiły pracować...Natchnienia do odchwaszczania i grabienia nie było, ale...Dziadziuś odkopuje korzenie orzecha !!

Praca akurat !!

     Uzbrojeni w łopatki ruszyli Dziadziusiowi z odsieczą...Dziadziuś tylko westchnął...;o)

Najpierw rzeczywiście odkopywali...


Ale szybko zauważyli, że ich łopatki są zbyt malutkie...

     Księciunio zaczął porządkować teren "za wierzbami", co było widać nawet na nosie...

     - A po co odkopujemy ten korzeń Dziadziusiu ?? - Wnuki lubią wiedzieć wszystko...

     - Musimy go podsuszyć i wyrwać...- odpowiedział Dziadziuś...

Nie trzeba było dwa razy powtarzać...


Princeska z komunikatu zrozumiała: "wyrwać"...

Przygotowała sobie stanowisko, wyznaczyła "przeciwnika" i...

Jak Ona rwała ten korzeń !!

Klękajcie Narody !!

Przez godzinę Świat nie istniał...;o)

     Babcia z Dziadziusiem prosili w duchu, żeby się chociaż ten najmniejszy kawałeczek "wyrwał", ale gdzie tam...Toż to orzech...

Ale Princeska nie odpuściła do końca i walczyła z korzeniem, aż do momentu, kiedy Babcia nie ogłosiła powrotu do domu...

W samochodzie usłyszeliśmy najsłodszy komunikat...

     - Dziadziusiu !! Nie pomyl drogi !! Do domku z niebieskimi dachami jedź !! - i Princesia umęczona pracą i wyrywaniem korzenia usnęła...

A z Księciunia wyrwało się potężne westchnienie...

     - Szkoda, że nie mogliśmy nocować na Wrzosowisku...

Takich mamy Pomocników !! ;o)