Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gordyjskie wynalazki.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gordyjskie wynalazki.... Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 listopada 2023

Brawa dla Pani Olgi...

     Pamiętacie ten bum na "fotowoltaikę" i ciągłe telefony namawiające do zakładania paneli ?? Echhh...Ależ to było utrapienie...Jeśli coś miało by zachęcić do zakupu i montażu paneli, to nie telefon o siódmej rano rozpoczynający się komunikatem: "Pewnie pani słyszała o kryzysie energetycznym ??"...

     Bywało, że zbywałam rozmówcę w sposób dość arogancki...Bywało, że dawałam się "wygadać" kończąc zapytaniem, czy na parapecie kuchennym też montują...Bywało, że wtrącałam kilka słów, a moje sugestie wykraczały ponad poziom wiedzy rozmówcy i grzecznie kończył rozmowę...Taka ze mnie wredota podła...

Ale jeden telefon odebrała bym na pewno...

     Telefon od Pani Olgi  Malinkiewicz...I pewnie zapomniała bym "języka w gębie"...;o)

     Nasza Fizyczka zamierza zrewolucjonizować "fotowoltaikę", a właściwie już ją rewolucjonizuje...;o)

     Pani Olga opracowała ogniwa słoneczne na bazie peroskwitów...Minerałów występujących w wielu regionach świata...Jest to tlenek wapnia i tytanu...

A że często takie wynalazki idą "do szuflady", albo w inny sposób są marnowane, tym bardziej należy się uznanie, że tym razem realizacja nastąpiła natychmiast...W 2014 roku powstała firma Saule Technologies, która ma pomysł realizować...I realizuje...;o)

Grupa Mózgowców pracuje we Wrocławiu...

     Ich potencjał intelektualny jest kosmiczny, a IQ sięga gwiazd !!

Dosłownie !!;o)

     18 listopada Rakieta Falcon 9 wyniosła na orbitę Transporter-9, w który zapakowano dziewięćdziesiąt satelitów, a między nimi dwa polskie, a wśród tych polskich jeden Firmy Saule Technologies z ogniwami słonecznymi na bazie peroskwitów...To jest piękne !!

     Teraz już nie będę mogła z przekąsem zapytać, czy montuje się panele na parapecie...;o) Bo można je zamontować na każdej, nawet najmniejszej powierzchni...Na lekkich dachach, na samochodach, na żaglach, a nawet w oknach...To się nazywa rewolucja technologiczna !!

     Jest już pierwsza linia produkcyjna...Jest poważny Inwestor z branży fotowoltaicznej...I chociaż przy marazmie, który jest nam serwowany nieustannie, trudno w to uwierzyć...Ale to polski Inwestor...;o)

     Warto śledzić losy tego wynalazku...Warto o nim poczytać (póki co, piszą o nim fachowe źródła, więc nie ma dziennikarskiego "bicia piany")...Warto trzymać rękę na pulsie...

     Zaraz po tym jak przestanie się bić brawa dla Pani Olgi...;o)  

środa, 23 listopada 2022

Certyfikat Grzeczności...

     Pamiętacie nasze "dziadowskie weekendy" ?? Ależ to była wyśmienita zabawa...Echhh...

     Niestety, Księciunio nam się "zestarzał" do szkoły poszedł i "dziadowskie weekendy" wymarły niczym dinozaury...

     Princeska była trochę poszkodowana, bo przecież "przedszkole" aż takim obowiązkiem nie jest i można przywagarować, ale przystopowanie było wskazane...Księciunio kiepsko zniósł "obowiązek szkolny", a zawirowania "covidowe" narobiły Dzieciakom strasznego bałaganu w głowach...

     A potem nastał wspaniały lipiec, masę "nockowania" u Dziadków i wycieczkowania do woli (szkoda, że pogoda płatała psikusy)...Dzieciaki zostały Dziadkami nasycone "po kokardy"...;o)

     Sierpień jakoś zleciał...We wrześniu rozpoczęła się szkolna zawierucha...W październiku Dzieciaki zaczęły głośno domagać się "nockowania"...Szczególnie Princeska, bo Księciunio jak zawsze w takich sytuacjach zdaje się na Siostrę (gdzie diabeł nie może tam Princeskę pośle) i Jej twarde negocjacje...;o)

Kilkugodzinne spotkania tylko "rozjątrzały" nasze Nieloty...

Problem był jednak głębszy...

     Każdy kto wychowywał dzieciaki wie, że co jakiś czas dopada je "syfon" (to nasza autorska nazwa), "dusza" wyrasta z ciała, bunt zastępuje wszystkie inne zachowania i dzieciaki usiłują wypróbować jak daleko mogą się w tym oportunizmie posunąć...Zjawisko pojawia się mniej więcej co trzy lata i jakoś Doroślaki muszą sobie z nim poradzić...Jeśli różnica wieku Nielotów wynosi trzy lata, to "klękajcie Narody", Doroślaki obrywają "deblem"...;o)

No to Misiowi Rodzice oberwali...

     Księciunio jak "grochem o ścianę"...

     Princeska jak "grochem o ścianę"...

     A skoro na Twardzieli trafiło to Tygrysek jest właśnie na etapie "Świat jest mój" !! ;o)

     Każdy telefon kończył się litanią rzeczy dziwnych, niesamowitych i niewyobrażalnych, które nasze Wnuki zmajstrowały...Utalentowana w tym kierunku jest cała Trójka...;o)

     Tych talentów jakoś nikt z Doroślaków rozwijać nie miał ochoty...

No dobra...

     Niektóre "eksperymenty" Wnuków doprowadzały nas do spazmatycznego śmiech, czasem dostawaliśmy nawet czkawki...Ale...

     Zatroskane oblicza Misiowej Mamy i Misiowego Taty (chociaż też chichotali) wymagało pochylenia się nad tematem...

I się Babci z nagła "wylęgło"...

     Wyczekała moment jakiej takiej koncentracji, poważnie spojrzała na Wnuki (te starsze) i zaproponowała "Certyfikat Grzeczności"...

     W każdym tygodniu Dzieciaki się starają przygotowywać do zajęć, dbać o porządek w pokojach i pomagać Misiowej Mamie, a w piątek Misiowy Tata przyznaje Certyfikat Grzeczności, który upoważnia do weekendu u Dziadków...

Nie powiem...Babcia miała sporo wątpliwości...

     Bo czy Wnukom będzie aż tak zależało na nockowaniu ?? Czy mobilizacja nie skończy się totalną klapą ?? Echhh...

     Pierwszy tydzień zakończył się fiaskiem pomysłu...

     W drugim tygodniu Babcia nawet nie zadzwoniła, żeby dusza nie bolała...

     Certyfikat Grzeczności krążył gdzieś w Kosmosie i wcale nie zamierzał wylądować w Misiowym Domku...Echhh...

     Aż tu nagle...Wieczorem Babcia bierze komórkę, a tu nieodebrane połączenie (Babcia Gapa miała wyciszony telefon !!)...Na rozmowy było już za późno...Echhh...

     A może jednak ten Certyfikat drogę znalazł ??

Raniutko dzwoni fonek...

     - Babciu !! Czy ja mogę przyjechać na nockowanie ?? - pyta rozradowany Księciunio...

     - Pewnie, że możesz !! Będziemy w domku o 18-tej !! - odpowiada równie rozradowana Babcia...

A w tle słychać żałosny płacz Princeski...

To się porobiło !!

     Syn przejmuje komórkę, bo Młody dostaje totalnej głupawki...Biega...Skacze...Po prostu, roznosi Misiowy Domek...

     - Obstawialiśmy Princeskę...- wyznaję Pierworodnemu...

     - I słusznie...- przyznaje Misiowy Tata...- Już tydzień temu mogła jechać, ale przywlekła z przedszkola "zarazę" i już tydzień siedzi w domu...U Księciunia coś drgnęło, ale to bardziej na zachętę...- dodaje Syn...- Może zadziała teoria "małych kroczków"...

     - Ważne, że ruszyło... - przyznaję z ulgą...

     - Tak szczerze mówiąc, to na Certyfikat Grzeczności najbardziej zasługuje Misiowa Mama... - rzuca Pierworodny ze śmiechem, a że rozmawiamy na "głośnomówiącym" rzucam, żeby się pakowała (miny Dzieciaków ponoć bezcenne)...

Takie telefony "robią" dzień...

     Babcia z Dziadkiem cały czas chichotali z radości...

     Księciuniowi udało się nie roznieść Misiowego Domku...

     Princeska dostała słowo, że przyznanego tydzień wcześniej Certyfikatu nikt już Jej nie odbierze...

     Misiowa Mama na samą myśl o weekendzie w ciszy i spokoju wypieków dostała...

     Certyfikat Grzeczności to jednak bardzo ważna sprawa...;o)   

piątek, 20 maja 2022

Wieści z pola...

     Sezon życia na "dwa domy" zaczyna się rozkręcać...Z niepokojem obserwujemy prognozy meteorologiczne...Nie dlatego, że Matka Natura szykuje nam jakieś anomalia...Nasz niepokój wzbudzają tytuły doniesień medialnych, dotyczących pogody:

"Armagedon pogodowy"

"Kataklizm się zbliża"

"Morderczy niż"

"W pogodzie apokalipsa"

Na prawdę ??

     Co siedzi w głowach autorów tych doniesień ??

     Bo na pewno nie jest to rozum, inteligencja, czy choćby genetycznie nabyty intelekt...

Nie liczą się fakty, liczą się kliknięcia...

     Na nasze nieszczęście, takie podejście dziennikarskie dotyczy również innych tematów...

Echhh...

     Wracajmy więc na pole...

     Od razu rozwiewam wątpliwości...

Gdyby nie Pan N. nie miałabym ani jednego zdjęcia !! 

     Pięknie kwitnący głóg ??

Zapomnijcie !! Zdążył przekwitnąć...

     Lucky szalejący na "hektarach" ??

Zapomnijcie !! Nawet komórki nie mam przy sobie...

     Kwiaty ?? Ptaki ?? 

Co się napatrzę, to moje...;o)

Nie mniej, na Wrzosowisku się dzieje...

     Pan N. namiętnie przeprowadza prace ziemno-budowlane...


     To nasz nowy kompostownik...Jeszcze w budowie, ale już w użyciu...;o)

     Po kilku latach użytkowania gruntu, wiemy, że klasa ziemi nie ma nic wspólnego z jej żyznością...My mamy piach i glinę...

     Nawożenie miejscowe nic nie daje, bo układ jest morenowy, czyli mamy łachy na przemian i nigdy nie wiemy czy tam jest glina, czy piach...

     Próbowaliśmy nawozić kompostem (własnej produkcji), pracy było przy tym sporo, a efekt właściwie żaden...Wody spływające ze stoku i te które spływają wewnątrz gleby wypłukiwały wszystko...Ale...

     Kompostownik pozostawiony (Matka Natura postanowiła w październiku przyprowadzić Panią Jesień) okazał się zbawienny dla jednego z sektorów...No i dobrze !!

Zmiana techniki...;o)

     Kompostownik wykopany, napełniony, zasypany...Kopiemy następny...Żeby było sprawiedliwie, zaczęliśmy z góry, więc woda niesie co ma nieść...

Pilnujemy tylko, żeby nie wrzucić tam liści orzechów, rabarbaru, czy złotokapu...A w domeczku mamy specjalny "kuferek" na witaminki do kompostownika (obierki, ogryzki, skorupki)...

Skuteczność metody widać po sąsiadujących roślinach i trawie, która "buja" tam niesamowicie...

     Kiedy "dojedziemy" z kompostownikami na sam dół, zaczniemy "od góry"...;o)

     Kolejny problem to pielenie i podlewanie...

     No cóż...Bywamy na Wrzosowisku raz w tygodniu, czasem dwa razy...Chwasty wolnego nie mają...Rosną...Nawet na podlewanie nie czekają...

Dwie ręce tego nie obrobią...

     No to wymyśliłam sobie sektorki...;o)


     Do wypielenia 50% mniej...;o) "Agro" trzyma wodę i wspomaga mnie w walce z chwaściorami...A że muszą być skopane i wyprofilowane w poziom, więc Pan N. dołożył do pomysłu "rowy"...Wyścielone starą, poszarpaną agrowłókniną świetnie się spisują...Podlewanie stało się podlewaniem, a nie polewaniem...;o)

     Kompleksowo wygląda to tak...


     Jest ich siedem, ale to nie jest nasze ostatnie słowo...

Siedziba truskawek, ogórków i innych warzywek (szczególnie kalarepki)...W tym roku będzie tam też cukinia, bo w warzywniaku strasznie się panoszyła...;o)

     A że eksperymenty i pomysły to nasza druga natura, więc kontynuujemy zeszłoroczny pomysł z "kompresami z trawy"...

Zamiast zbierać zioła w ilościach hurtowych, suszyć, robić wywary i podlewać...

     Pan N. kosi trawę (z ziołami, których mamy ilości dostateczne), sieka ją pięknie i usypuje piękny kopiec (ważne, żeby trawa była bez nasion)...Gordyjka robi "kompresy", czyli obkłada roślinki wokół pnia (ok. 10cm wysokości)...Trawa gnije (naturalna gnojówka), woda witaminki niesie, korzenie nie wysychają, chwasty się przez kompres nie przebijają (jeśli się przed kompresowaniem dokładnie wypieli)...


     Nasza "Genowefa pigwa" z kompresem...

     Na stelaż nie patrzcie...Sądząc po ilości kwiatów, w tym roku trzeba będzie zbudować rusztowanie...;o) "Genowefa" rodzi nam bardzo obficie, gałązeczki ma grubości mojego palca (cienizna), nie ma opcji, żeby te owoce uniosła samodzielnie...No to Pan N. dokłada podpórek w zależności od ułożenia owoców...

     A to nasza duma...

Stoczyliśmy o niego wielki bój...(Z mrówkami i kretem)...Złotokap...


     A że pięknie się w błękity nieba wkomponował, więc dedykuję to zdjęcie walczącej Ukrainie...Błękit nieba...Złoto kwiatów...I zieleń nadziei...


P.S. I pewnej Dzielnej Dziewczynie, która walczy z "systemem" i dyrektorską głupotą...;o)

środa, 18 grudnia 2019

Księżniczka na silikonowym ziarnku...

     Rozum albo się ma, albo nie...Mnie Bozia tego błogosławieństwa poskąpiła...;o)
Ale zacznę od początku...
     Kiedy Dzieciaki wybyły z domciu, nasz rodowy metraż z nagła się powiększył...Wycieranie kurzu w pustostanie nie wchodziło w grę...Postanowiliśmy urządzić sobie sypialnię...
Nie jakieś cudo, bo na remontowanie polotu żeśmy nie mieli, ale solidne, drewniane łóżko i dobry materac w zupełności nas satysfakcjonowało...
Tośmy zaszaleli...
     Drewnianych (prawdziwie drewnianych) mebli wiele w necie nie było, bo to domena Górali, ale materac, to było wyzwanie...
Analiza trwała kilka dni...
Posprawdzane wszystkie parametry, przydatności i inne takie...Przybyło toto przez Kuriera...Ciężkie jak fiks...
     Ucieszeni jak dwie norki urządziliśmy intymny kącik w try miga...
Pierwsza noc...
Po dwóch godzinach spotkaliśmy się w kuchni i urządziliśmy sobie małżeńską herbatkę o 2-giej w nocy...
Drugą noc spędziłam na starej kanapie...
Pan N. starał się być dzielny...
Po roku mieliśmy już dość z czubkiem...
     Prozdrowotne właściwości tego ustrojstwa kończyły się w momencie ułożenia ciała...
Wywalić i kupić nowy ??
No cóż...Nababami nie jesteśmy...
Na wspaniałym "dziele" wylądowała puchowa kołdra w celach zmiękczenia...
Jakieś rozwiązanie...;o)
A my zaczęliśmy przeglądać nakładki na materace...
300-500 zeta i jakaś nadzieja na przespane noce jest...
Jakaś...Bo gwarancji nie ma, że nakładka się sprawdzi...
I mnie olśniło...Albo ogłupiło...W czasie szycia poduszek...
     Uszyję nam nakładkę !!
     To był właśnie objaw mojej głupoty...
Kręgosłup na agrafkach...Blokady ramion...Przeciążone dłonie...
I...




Klękajcie Narody !!
     Jakim cudem udało mi się skończyć ??
Nie mam pojęcia...
Wielkie...Nieporęczne...Ciężkie...
Ale mięciutkie...;o)
     Jak się spisuje ??
Pan N. śpi jak niemowlak !!
A ja ciągle jestem zbyt lekka...
     Może mam błękitną krew i jestem jak ta księżniczka na ziarnku grochu ??      Może te silikonowe drobinki gniotą w "arystokratyczną" pupę ?? Nijak już tego nie ogarnę...
     Na pohybel !!
     Materac prozdrowotny w każdym calu...Nakładka jak obłoczek mięciusia...Użytkownik do niczego !!
Ot co...

piątek, 8 marca 2019

Panie Generale, czy to jest kura ??

     Kiedy Misiowi Rodzice składali podpisy pod aktem notarialnym, a my spędzaliśmy wspaniałe popołudnie z Wnukami, w Gordyjkę, niczym w pomysłowego Dobromila, "walnęła" myśl...
     Trzeba jakoś ten moment uczcić !!
Ależ mi się roiło w tej makówce...;o)
To miało być coś...Hmmm...
Coś oryginalnego, nietuzinkowego, pięknego...itp...itd...
Po powrocie do domeczku przedstawiłam pomysł Panu N. ...
     Pierwsze własne "gniazdko"...Własny kawałek podłogi...I nasz totalny bzik na punkcie Wnuków...
Oczywiście !!
     Bocianie gniazdo !! Z Mamą bocianem, Tatą bocianem i dwoma bocianiętami...A że rozmiar naszej "dziadowskiej" miłości jest bezkresny, więc miały być jeszcze dwa jaja, że niby gotowi jako dziadkowie jesteśmy...;o)
     Sama się za realizację nie brałam, bo miało być "pięknie", a nie tylko "oryginalnie"...
     Po tygodniu starań wiedziałam, że prędzej adoptuję prawdziwego bociana, niż znajdę Twórcę owego "dzieła"...
Mina mi zrzedła...Włos posiwiał...
Pan N. wkroczył do akcji...
I znalazł...Na chińskich serwerach...
     Co prawda, nie bociany, ale meritum przesłania zachowane...
Dokonaliśmy zamówienia (w cywilizowanym języku)...
I czekamy...
     Przez chwilę obawialiśmy się, czy ta nasza przesyłka nie utonęła wraz z kontenerami w okolicach Holandii...Ale nieloty dały radę...Dopłynęły...


     Kury ??
     Tak twierdził Sprzedawca...;o)
Mama Kura...Tata Kur...Dwa Kurczaczki...I dwa jaja :o)...
Żeby nie było wątpliwości to wkoło rajskie jabłuszka (symbol dostatku i płodności)...;o)
     Pierworodny parsknął śmiechem...
     Synowej podpadliśmy na całej linii...
     Dzieciaki zachwycone !! ;o)
     Kury może nie są piękne, ale są urocze...Oczywiście, jeśli to kury...;o)
     A że cały dom, póki co, mają w odcieniach: biały, czarny, szary (bardzo depresyjne to jest), więc ta odrobina kolorów bardzo dobrze się prezentuje na półeczce...
I jeszcze małe coś...
     Łazienki są czarno-białe...(Siadanie na czarnym sedesie jest bardzo traumatycznym doznaniem)...
     Misiowa Mama postanowiła dodać odrobinę koloru...
W tej łazience z przewagą czerni, będzie odrobina bordowego...
A w tej z przewagą bieli, będzie lawendowy...;o)


     No to dostanie coś takiego...;o)
Zawieszka łazienkowa, oczywiście, z lawendą...;o)
     Dzieniokobietowo dostanie...;o)
     Żeby Jej przykro nie było, że w taki dzień "czcimy" tylko Pierworodnego...;o)
Najlepszego Synku !!
     Od trzydziestu czterech lat to jeden z najpiękniejszych moich dni...;o)

środa, 29 marca 2017

Jak ją rozbierali...Czyli o cebuli słów kilka...

     Pisałam Wam już o kolekcjonerskich porywach w zbieraniu skorupek jaj kurzych, to dzisiaj będzie o kolejnej "pasji"...
     Od dziecięctwa każdy wie, że cebula jest zdrowa...To, że podnosi walory smakowe wielu potraw wspominać nie będę, bo trzeba by łzę uronić nad moim brakiem rozsądku...
     Obieramy, kroimy, płaczemy i jemy...
     W starych zeszytach zawsze znajdzie się przepis na zdrowotny syrop z cebuli, którym pokolenia całe były wyciągane z infekcji i przeziębień...
Ale...
No właśnie...
     Czy Matka Natura kiedykolwiek coś marnowała ??
     A my przecież marnujemy łupinki cebulowe, bo jako odpad lądują najczęściej w śmieciach...Chyba, że zbliża się Wielkanoc, wtedy łupiny zbieramy i wykorzystujemy barwiąc skorupki...
I tyle z nich pożytku...
Nie słusznie !!
     Ja zbieram łupiny cebulowe cały rok...Rozmiar Wrzosowiska obliguje mnie do tego...A potem...
Potem używam ich do naparów ziołowych...
     Po pierwsze, wyciąg z łupin świetnie odstrasza robale...
     Po drugie, w łupinach znajduje się prawdziwe bogactwo...
     Stosując wywary z łupin cebulowych dostarczamy siarkę i kwarcetynę, czyli wzmacniamy i przedłużamy żywotność...
     A skoro pomaga roślinom, to co z człowiekiem ??
Kto korzystał z maści cebulowej na rozstępy ??
Ha !!
     A to dopiero początek...Skoro siarka, to wsparcie dla układu krążenia i serca, to osłona przed zdradliwym działaniem alergii...A jeśli kwarcetyna, to walka z chorobami kostnymi i skórnymi...
     Płukanki na włosy ??
Proszę bardzo...
     Przemywanie twarzy ??
Proszę bardzo...
     A jeśli zrobimy sobie wywar i będziemy go pić co najmniej dwa razy dziennie (choćby po łyczku), to po kilku tygodniach zauważymy poprawę stanu zdrowia...Albo nie zauważymy, bo zaczniemy po prostu żyć...
     Taki niby zbędny "wiórek", a ile w tym dobrego...
 

środa, 8 marca 2017

Czym skorupka za młodu...

     Wiosna zaczyna dreptać nieśmiało, każdy z nas rozgląda się tęsknie za zielonościami, co bardziej gorliwe jednostki ruszają do ogrodowych prac...Skoro tak...
     Posiadanie zagonka, czy areału w doniczka, powoduje, że człek zaczyna kombinować co też uczynić, żeby te nasze roślinki piękniejsze i roślejsze były, niż te "u sąsiada"...
Czyli co ?? 
Nawożenie !!
     Na rynku multum jest różnych "medykamentów", kolorowe opakowania kuszą potencjalnych Ogrodników, a ja zaczynam kombinować "po naszemu", czyli "przytulam" naturę...
     Na gnojówkę stanowczo za wcześnie, wywary można stosować jak temperatura wpełznie wyżej 15 stopni, co pozostaje ??
     Jeśli potrzebujemy nawozów wapniowych, to skarbnicą będą skorupki jaj...
     To jednorazowe opakowanie jajecznicy jest z reguły wywalane do odpadów...
     My składujemy skorupki systematycznie, a kiedy doschną, mielę je na proszek, a potem podsypuję roślinki...Dobrego wapnia nigdy dość !!
     Pominę oczywiście fakt, iż taki mielony proszek jest świetnym "wzbogaceniem" diety przy rozwapnieniu kości...Tak, tak...Mielone skorupki można wcinać (byle z umiarem), na sucho, albo rozpuszczać je w soku z cytryny...W smaku paskudne (próbowałam to wiem), ale przebija wszelkie preparaty...
     Skorupka jaja składa się w 95% węglanu wapnia, czyli "podstawy" wszelkich preparatów wapniowych...
     Wywalasz skorupki ?? No to kiepski robisz interes...
     Te "bidule" mogą uratować układ kostny człowieka, układ kostny zwierzaka i układy wzrostu i odporności roślin...
Matka Natura pięknie to wykombinowała...
     W promocji do węglanu wapnia dołożyła selen, cynk, miedź i stront, a jeśli kurka nie pochodzi z terenów przemysłowych, to w skorupkach nie znajdzie się żadnych metali ciężkich, ani związków nieprzyswajalnych...Cudo !!
No to zbieram...


Mielę...


I stosuję...
Wiwat skorupki jaj !!
Wiwat kury !!

P.S. Ogrodnikom doniczkowym ośmielę się przypomnieć, że marzec jest idealną porą na zastosowanie do roślin naparów z rumianku (przeciw chorobom) i skrzypu polnego (na wzrost i ulistnienie)...;o)

niedziela, 15 stycznia 2017

Wyposażenie DKG...;o)

     Lato tego roku było wyjątkowo piękne...Niebo pokrywały błękity...A w powietrzu unosił się zapach skoszonej trawy...Piękne lato...
     A może piękne było dlatego, że spędzaliśmy je po raz pierwszy wspólnie u Bieszczadzkich Dziadków ?? Nasze pierwsze wspólne wakacje z Pierworodnym...Echhh...
     I chociaż temat tego wpisy jest jak najbardziej przyziemny...Rozmarzyłam się...
Nawet czuję zapach tego lata...
     Pewnego dnia postanowiliśmy jechać na wycieczkę-zakupy do odległej o cztery kilometry Wsi...No cóż...Miejscowość, w której mieszkali Dziadkowie trudno było nawet nazwać Wsią (chociaż nią była)...Ale w niej zakupy robiło się w kiosku otwartym na godziny...
No to ruszyliśmy "w wielki Świat"...
     Poszaleć to tam właściwie nie było gdzie...Ośrodek zdrowia...Kościół...Restauracja "Zorza" (trzeba było wiele odwagi, żeby tam wejść) i trzy sklepy: spożywczy, przemysłowy i tekstylny...
     W sumie choćby ich było trzydzieści, to i tak nic by to nie zmieniało...W spożywczym był "ocet"...W tekstylnym pstrokata gremplina...A w przemysłowym...
     Weszłam i stanęłam jak wryta, co spowodowało to, iż Pan N. wrył się w moją rufę (nie zachował bezpiecznej odległości), a w tyle Pana N. zaparkował mój Ojciec...Karambol pierwszej klasy !!
     Rozmiar katastrofy do mnie nie docierał, bo wszystkie zmysły skoncentrowałam na sklepowej półce...
     Nigdy nie należałam do namiętnych zwolenniczek zakupów, więc mój bezruch dał do myślenia Facetom...
     - Stało się coś ?? - zapytał przytomnie Pan N. zaraz po tym jak rozplątał siatki, które dźwigał do spółki z Teściem...
     - Patrz !! - wydusiłam przez zaciśnięte gardło i zamaszyście wskazałam kierunek owego "patrzenia"...
     - Ooooo...- wydobyło się ze Ślubnego...
     Na półce stał robot kuchenny !! Najprawdziwszy !! Taki z mikserem i z misą obrotową !! Dokładnie taki, jaki pokazywali w TV, ale którego "na żywo" w życiu nie widziałam...
     - Piękny jest...- wymruczałam melancholijnie...
     - Fakt...Niczego mu nie brakuje...- potwierdził Pan N.
Sprzedawczyni przyglądała nam się z zainteresowaniem...
I nagle, zebrałam się na odwagę i nieśmiało poprosiłam...
     - Czy moglibyśmy obejrzeć tego robota ??
Sprzedawczyni bez mrugnięcia zaczęła wystawiać kolejne części...
     Oczami wyobraźni widziałam jak ucieram zupki Pierworodnemu, jak mieszam kaszki, jak miksuję owoce...A każde z tych marzeń wydobywało ze mnie gorzkie westchnienie...
Cena wystawiona na półce przyciągała moje oczy jak magnes...
     - To dla "Młodych Małżeństw" ?? - wydobyło się w końcu z Pana N.
     - Nie...- odpowiedziała zdziwiona Sprzedawczyni...
     - To pewnie jakaś reglamentacja ?? - dociekał dalej Ślubny...
     - Nie... - oczy Sprzedawczyni robiły się coraz większe...
     - To jak to cudo można kupić ?? - zdziwienie zaczęło nas zatykać...
     - No...Jak to jak ?? Za pieniądze ?? - odpowiadała Sprzedawczyni i zaczęła się nam przyglądać jak Kosmitom...
     - Tak normalnie ?? - zapytaliśmy jednocześnie...
     Kobieta tylko pokiwała głową, bo Jej pewnie głos odebrało ze zdziwienia...
Ależ te Mieszczuchy kombinują !!
     Po kwadransie wychodziłam ze sklepu przemysłowego taszcząc ogromne pudło z robotem kuchennym i prędzej padłabym trupem, niż oddała to pudło do taszczenia Chłopakom !!
     Moje szczęście było niewyobrażalne !!
     Jakim cudem, coś o co Ludzie się bili w naszym rodzinnym Mieście, a nabycie graniczyło z cudem jeśli nie miało się odpowiednich znajomości, tutaj stało sobie normalnie na półce i nie wywoływało żadnych emocji u Klientów ??
     Cud !! Najprawdziwszy cud !!
     Nieistotnym było, że w portfelu zostało nam tyle co na bilety powrotne do domu, że czekała nas podróż przez połowę Polski z Niemowlakiem, psem, gitarą, bagażami i ogromnym pudłem z robotem !! Nic nie było istotne...
     Miałam robota !!
Pokochałam go miłością wielką, jeszcze zanim był mój !!
     I ta miłość trwała przez trzydzieści lat !!
Nigdy nie zawiódł...
Przeżył dziesiątki upadków...Przeżył zalanie silnika koktailem...Przeżył nawet miksowanie wrzątku (chociaż dostał wtedy nieźle "po obudowie")...Ale nie zawiódł...
     Dwa lata temu "padł" kubek od miksera...Po prostu się rozsypał...Ze starości...
     Pan N. zaczął przebąkiwać, że chyba pora się rozejrzeć za nowym...
Udawałam, że nie słyszę...;o)
     Jak można wymienić "przyjaciela" ??
Te dwa lata to był czas na "przyswojenie faktów"...
     Dzieci maleńkich nie mamy, ale wrzosowiskowe przetwory wysoko stawiały poprzeczkę robotowi...Ciężko znosił tą harówkę...
Chyba czas ??
     No i Pan N. sprawił swojej Domowej Kurze Grzebiącej nowy sprzęt...


     Piękny jest...Nowocześnie skomplikowany,a właściwie prosty, jak budowa cepa...Ma tyle funkcji, że chyba otworzę przewód doktorancki... 
     Jak się nam będzie pracowało ??
     Przeprowadziłam dopiero pierwsze próby...
     Robienie masła to bajka...Wlewam, włączam i tyle...Koniec z przymusową gimnastyką nadgarstka...
     Koktail wyszedł mniamuśny (chociaż musiałam znacznie ograniczyć spożycie, żeby nie załapać kolejnej alergii)...
     Tartą marchewkę spartoliłam, ale błąd był raczej po mojej stronie...
Jakie mam uwagi ??
Póki co dwie...
     1. Misa jak na mój gust jest trochę zbyt krucha, chociaż o jej żywotności przekonam się z czasem.
     2. Między przykrywką a tarczami jest zbyt duża przestrzeń i warzywa "uciekają" (ale to może kwestia techniki "współpracy" operatora z urządzeniem)...
     Testy rozpoczęte !! Badania przeprowadzać będę skrupulatnie (Pan N. zakupił już zapas kefiru)...
     Może za trzydzieści lat opowiem Wam przypowieść o moim Berlingerze ??
Daj nam Boziu tyle zdrówka !! ;o)  

P.S. Dziękuję za zdjęcie Dystrybutorowi Berlingera :o)
       A mój "bieszczadzki przyjaciel" będzie teraz leżakował na zasłużonej emeryturce, jakby "cuś", to sobie jeszcze "pobrykamy" z koktailami...;o)

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Sypiam z diabłem...

Że będzie erotycznie ??
Bynajmniej...
     Sypiam z "diabłem" w przenośni absolutnej , chociaż w kontakcie bezpośrednim...I nie z całym osobnikiem, tylko z jego pazurami...
     Od kilku tygodni przeprowadzamy z Panem N. eksperyment pod tytułem "diabelski pazur" (czasem występuje jako "czarci pazur")...
     Ta afrykańska roślinka zwana wśród Botaników hakoroślą rozesłaną, od wieków służyła pomocą w różnych stanach niemocy...A skoro nowoczesna medycyna w wielu przypadkach diagnozę stawia w formie "w tym wieku już tak jest", to może warto zerknąć co w "kociołku" miewali afrykańscy Szamani ??
     Jaka była przyczyna naszego zainteresowania ??
     No cóż...Zdiagnozować to można jako "starość nie radość"...Ale chodziło nam głównie o niemiłosierne bóle kostno-stawowe, do których przyczyniło się Wrzosowisko...A skoro sezon za nami (i przed nami), więc się jakoś do "kupy" pozbierać musimy...
     Na pierwszy ogień poszedł żel z czarcim pazurem...
     Nabyty drogą kupna w sąsiedniej Aptece za kilkanaście złotych...
     Oczekiwań wielkich nie miałam, bo nic już właściwie ulgi mi nie przynosiło, a Mędrcy ogłaszali, że działanie diabelskie odczuwalne jest dopiero po miesiącu stosowania...
     Będąc w fazie "już mi wszystko jedno" cierpliwie znosiłam mazianie tym paskudztwem...(Nie polecam smarowania bez roztarcia na dłoniach, bo mazidło jest chłodzące i wydobywa z człowieka okrutne wrzaski)...
     Po tygodniu wstałam z kanapy i doszłam do łazienki bez odczuwanego dotąd potwornego bólu bioder i stóp...(Bystrością się nie wykazałam, bo brak bólu zauważyłam dopiero w drodze powrotnej)...
     Może po prostu inaczej leżałam ??
     Po dwóch tygodniach zauważyłam, że odzyskałam kciuka u prawej ręki, z którego nie korzystałam od czerwca, bo nie dość, że bolał, to czucie w nim zamarło...(Na stawach wyczuwałam pod skórą drobne grudki)...
     Ki czort ?? A może ki czart ??
     Ale zaczęłam uważniej się przyglądać układowi kostno-stawowemu...
Orzesz...(ko)...
     Stopy mnie nie bolą od...Od kiedy ??
     A od kiedy wstaję z łóżka jak człowiek, a nie jak "skóra z Edgara" wyczyniając spektakularną gimnastykę (pamiętacie kosmitę z "Facetów w czerni) ??
Coś przegapiłam...
     Po dwóch tygodniach stosowania żelu rozpoczęłam kurację tabletkową...
     Niech będzie nawet "diable nasienie", byle pomagało !!
Wcinam te prochy od tygodnia...
     Żel się skończył, więc Pan N. mazia mnie teraz maścią (z czarcim pazurem)...
Efekt ??
     Grudki na stawach zanikły całkiem...Kciuk jest w 96% sprawny (pozostało lekkie mrowienie w opuszku i przy paznokciu - efekt jeszcze jednej "narośli", którą wyhodowałam sobie w rozmiarze XXL - teraz ma rozmiar L)...
Wstaję i siadam bez efektów wizualno-dźwiękowych, czyli jak każdy cywilizowany człowiek...
Ulga w biodrach, ulga w krzyżach...Leżąc nie odczuwam efektu "rozgrzanych gwoździ" wbijanych w kręgosłup...
     Pomaga ??
     Aż boję się potwierdzić głośno...
     Do miesiąca stosowania mazideł brakuje jeszcze kilka dni...Do miesiąca stosowania tabletek brakuje kilku tygodni...
Cieszyć się ??
A może to tylko efekt wypoczynku ??
Ale żeby od wypoczynku zanikały grudki ??
     Stosowałam już przecież całą masę medykamentów...Tych reklamowanych...Tych polecanych przez Farmaceutów...I tych zalecanych przez Lekarzy...
Efekt był raczej mizerny (za to koszt był znaczny)...
     To może ta kilkunastozłotowa inwestycja w diabelskie pazury jest najlepszą z możliwych ??
     A może to taki cyrograf ??
Ból za duszę ??
Niech tam !!
Eksperymentuję dalej !!
     Dla bezpieczeństwa Rzym będę omijać z daleka...;o)   


P.S. Z ostatniej chwili...Kiedyś pewien Lekarz powiedział, że jakby miał jeszcze jednego Pacjenta takiego jak ja, to poszedłby kopać rowy z rozpaczy...Znikomy procent Pacjentów może mieć objawy alergiczne przy stosowaniu czarciego pazura...No i co ?? No i jestem tym "procentem" !! Mam przekichane po całości i w detalu...:o( Ale po "odtruciu" zaczynam od nowa !! W tym szaleństwie jest metoda !! ;o)

środa, 14 grudnia 2016

Mikołajkowanie...

     Kto jest najważniejszy dla Mikołaja ?? No kto ??
Ale ja durne pytania zadaję...
     Dzieci !!
     No to opowiem Wam dzisiaj co od Mikołaja dostał pewien Chłopczyk...
Zaczęło się niewinnie...


Dokładnie tak...
A potem...Trzeba ruszyć w podróż...


Pociągiem...


Albo samochodem...


Żeby zobaczyć różne zwierzątka...


Czasem świeci Słoneczko...


Czasem można zobaczyć tęczę...


Ale na fajne wycieczki pogoda jest zawsze dobra...
A w nocy całe niebo usiane jest gwiazdami...


Jest Księżyc i kometa...


Jest Wielki Wóz i Gwiazda Polarna...


Jest Orion i jego magiczne trzy gwiazdy...


Jest również Andromeda...
     A co jest w pudełku ??


     Magiczny Świat, w którym potrzeba tylko odrobinę wyobraźni, żeby usłyszeć, żeby poczuć, żeby marzyć...

Rodzina koników pije wodę przy stajni...
Świnki odpoczywają przy bajorku, a konik wraca z pola...
Mama krowa pilnuje pod oborą, żeby cielątka zjadły obiadek...
Są owieczki i kózka...

Świat zamknięty w pudełku...
     Czyj Świat ??


sobota, 5 listopada 2016

Maślany smak porannego Słońca...

     Jak wiecie, od kilku miesięcy nie spożywamy "przemysłowego masła"...A ściślej rzecz ujmując, jeśli tylko mam wolną chwilę (o którą trudno w sezonie "ziemnym"), to masło robię w domu, z kremówki...
     No cóż...Zawsze to ociupinkę mniej chemii w organizmie...Chociaż ta kremówka...
Ale po kolei...
     Jako dziecię uczestniczyłam ochoczo w pracach "twórczych" Bieszczadzkiej Babci, a już maselnica wywoływała u mnie wręcz pożądanie namiętne...
     No bo jak to tak...Wlać śmietanę, potrzepać kijem, a potem wyciągnąć osełkę masła ??
     Bieszczadzka Babcia urosła w moich oczach do rangi Cudotwórczyni...
     Nie przypuszczałam, że dożyję czasów, kiedy i ja będę "tłuc kijem" (mikserem)...De facto nabytym lat temu trzydzieści właśnie w czasie bytności u Bieszczadzkich Dziadków...
     Kiedy jednak tworzyłam to "coś z niczego" jeden fakt nie dawał mi spokoju...
Kolor owego "tworu"...
     Próbowałam śmietany w kartonikach, próbowałam w buteleczka, próbowałam w woreczkach...
Za każdym razem kolor masła był nijaki...
A przecież pamiętam...
     Pamiętam kolor, konsystencję (tą udało mi się odtworzyć) i smak...
Co jest nie tak ??
     Kiedy więc bytowaliśmy na Wrzosowisku, a więc na terenach najbardziej rolniczych, postanowiliśmy wybyć na "rolnicze" zakupy...I chociaż łatwe to się wydaje, to łatwe nie jest...
     Wśród straganów większość to "hurtownicy", więc teoretycznie nabywamy "zdrowe", a praktycznie "marketowe"...Trzeba Sprzedawcę "wyłuskać"...
     Od razu się przyznam, że pomidorowego Sprzedawcy "wyłuskać" mi się nie udało, a nabyte pomidory to totalna porażka...
Za to nabiał...
Echhh...
     Właśnie zrobiłam masło z nabytej na targowisku śmietany...


     I chociaż robię masło od kilku miesięcy, ten proces był całkiem inny...
     Trwał prawie pół godziny ( tym samym mikserem), masło oddzielało się delikatnie i powoli, połyskując złotymi kuleczkami w maślance, a maślanka była mleczna, a nie wodnista...
W takim razie...Ile chemii jest w śmietanie kremówce, którą nabywamy w sklepach ??
No i mam kolor babcinego masła...Jak poranne Słońce...
     Kupić Wam śmietanki ?? ;o)

środa, 27 lipca 2016

Jak Penelopa...

     O tak...
     Wiernam jak ta mitologiczna Postać...
I nie o wierności małżeńskiej dzisiaj będzie, bo to samo przez sie się rozumie, ale o wierności pewnej Firmie...
Od lat...
Żeby nie powiedzieć, że od dziesięcioleci...
W tym względzie, skostniała jestem jak "beton"...
     Zmieniali się Właściciele tej Firmy, zmieniały się realia rynkowe, a ja trwam...
     Powinnam nawet napisać, że Nokia to moja "miłość", bo przecież po tylu latach, to coś z "miłości" być w naszym związku musi...
Dlaczego ??
     Bo od lat jestem idealnie "kompatybilna" z oprogramowaniem telefonicznym tej statecznej Firmy...
Współpracuje się nam idealnie...
I chociaż miewałam "incydenty" z innymi markami, jak bumerang wracałam do swojej "miłości"...A ostatnio to już chyba lekko przegięłam...
     Od lat blisko dziesięciu pracowałam na modelu E51...
     Do tego stopnia, że kiedy mi się już aparat rozpadał, zażądałam od Pana N., żeby mi z dwóch zrobił jeden...
Robił !!
Przekładał !!
Podmieniał !!
Aż Mu się części zamienne skończyły...
     - Telefon trzeba Ci kupić !! - komunikował Pan N.
     - Nokiśka jeszcze działa !! - oponowałam...
Ślubny z ubolewaniem kiwał głową...
Działa ??
     Włączników już nie ma, bo się gumki ze starości rozsypały...Wyświetlacz uszkodzony...Zawiesza się kiedy chce...Wyłącza się nagle i włączyć ją niepodobna (patrz wyżej- brak przycisków)...Uruchamianie wykałaczką...;o)
     - Działa !!
I żałośnie spoglądałam na Nokiśkę...
No to Pan N. wziął sprawy w swoje ręce i kilka dni temu oznajmił:
     - Wybrałem Ci telefon !! Możesz obejrzeć...
Łaskawca !! ;o)
Trzy dni się "targowałam"...
     A potem ruszyłam do rodzinnego Miasta, bo tylko tam wybrany model mieli na stanie...
1. Nokia - V
2. Podobny rozmiar - V
3. Klawisze przyzwoitych rozmiarów (bom ślepa) - V
4. Czcionka przyzwoitych rozmiarów (patrz wyżej) - V
5. Aparat bez "ustawiania" (patrz pkt.3) -V
6. Kolor czarny lub grafitowy - V
7. Cena "do przełknięcia" - V
     No i, jak wszystkie kryteria sprawdzić mogłam na miejscu (spojrzenie Pani Sprzedawczyni kiedy władowałam aparat do tylnej kieszeni dżinsów, żeby przymierzyć rozmiar - bezcenne), tak aparat postanowiłam sprawdzić gdzie ??
Na Wrzosowisku !!
No i wyszło "lipowato"...
     Nokia radę dała...Zawiodła obsługa !!
     Korzystając przez wiele lat z aparatu w ten sam sposób, okazałam się dla nowego urządzenia "za szybka"...Nokia robiła zdjęcie, a ja już majtałam nią bez opamiętania...
     Tak wyszły róże...



     A tak dalie...


     Potem się trochę opamiętałam, więc truskawki da się rozpoznać...


Smakowały dokładnie tak, jak wyglądają...Cudnie !!
Poziomek nie fotografowałam, bo to się już staje nudne...
     Ale, że sezon wakacyjny sprzyja, więc ruszyłam na zagon ogórkowy...


     I niestety na sesji fotograficznej skończyć się nie mogło, bo nasze "bambaryły" kategorycznie wrzeszczały o zebranie plonu...


     Strasznie mnie duma rozpierała, że z maleńkich nasionek udało mi się cokolwiek wyhodować...A sądząc po rozkwieceniu, to jeszcze niejedną mizerię wsuniemy...
     Obok ogórków prężą się patisony...

 Ufff...
Nawet zalążki już są...
Czyli udało się nam zachować jakąś populację "zapylaczy", bo w zeszłym roku po kwitnieniu, patisonów na Wrzosowisku nie stwierdzono...
     Powoli zaczynam się dogadywać z nowym fonkiem...
Fakt...Czasem spoglądam jeszcze tęsknie na starą Nokiśkę...
     Ale kiedy prześlę na "nową" to...

Leon Zawodowiec
     Leosia, który od wielu lat stanowi znak rozpoznawczy moich fonów, to pewnie poczuję się "jak w domu"...;o)