Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wesele w kilku aktach.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wesele w kilku aktach.... Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 listopada 2018

Jak zrekompensować "pająka" ??

     Podobno Czterolatki są egoistyczne, ponoć Dzieci w ogóle są egoistyczne...Nie bardzo się z tą teorią zgadzałam, ale cóż..."Amerykańskim" naukowcem nie jestem...
     Na weselu (które "podbiły" moje szpilki) dla Dzieci zatrudniono Animatorki (ponad dwudziestka Nielotów wymagała jakiś działań)...Zajęcia były różnorakie, zręcznościowe, szybkościowe, manualne...Kiedy zapadł zmrok, Dzieciaki zniknęły w pokoju "na pięterku"...
     Księciunio pojawił się przy stole z wypiekami na twarzy...Po kilku minutach pokazał dłoń...
     Na ręce miał "tatuaż" ze sporych rozmiarów pająkiem...
Jedni się zachwycili...Inni skrzywili...
Ja popatrzyłam i nie skomentowałam...
Wy wiecie dlaczego...;o)
     Potańczyliśmy z Księciuniem jeszcze troszkę...I o 20-tej ruszyliśmy do Zaścianka (Kopciuszek byłby z nas dumny)...
     Pojechał Dziadziuś, Babcia, Księciunio i...Princeska !! Na pierwszy, samodzielny nocleg u Dziadków...
     Princeska jak zasnęła w samochodzie to przespała właściwie całą noc (11 godzin)...Co było do przewidzenia po szaleństwach jakie wyczyniała z Dziadkiem...
     Księciunio poszedł z Dziadkiem, umyć się przed spaniem...To też było nowe, bo miał pierwszy raz spać z Dziadkiem...;o)
     - A co Ty masz na ręce ?? - zapytał Dziadziuś...
     - Pająka...- wyszeptał Księciunio...- Dziadziuś, trzeba go zmyć !! Babcia nie lubi pająków...
     Mnie szczęka opadła...
Ki czort ??
Jaki Czterolatek pozbywa się "pięknego" tatuażu ??
Toż z premedytacją się nie odzywałam, nawet uśmiechu przy tym stole nie zmieniłam...(Chociaż trochę "zdrowia" mnie to kosztowało)... 
     Kiedy Wnuki już smacznie spały, a Dziadkowie mogli odzyskać kontakt z rzeczywistości (czytaj: posiedzieć w ciszy), zapytałam Pana N.:
     - Ty Mu coś mówiłeś o tym pająku ??
     - Nie...Myślałem, że Ty...- wyjaśniał Ślubny...
I spojrzeliśmy na siebie ze zdziwieniem...
     Mieliśmy już wiele dowodów na to, że nasz Wnuk umie słuchać, wyciągać wnioski, analizować...Ale tym pająkiem przebił wszystkie "dowody"...
     To było bardzo miłe...
     Tak miłe, że Babcia nieustannie kombinuje, jak Księciuniowi ową "stratę" zrekompensować...;o)

środa, 31 października 2018

Marzenie ma swoją chwilę...

     - Coś Ci kupiłam...- oznajmiła Mamciaśka po powrocie z pracy, i łobuzerko mrugnęła okiem...
     Na taką przynętę trudno się nie złapać...
Odłożyłam książkę i ruszyłam do drugiego pokoju...
Mamciaśka z dumą wręczyła mi pudełko...
Pudełko z butami...
     Wyobraźnia podsunęła mi obraz "wypasionych" trampek, albo adidasów na podwójnej podeszwie (to taki wynalazek pomagający w "wybiciu")...
     Otwieram pudełko...
Szpilki !!
Ło Matko i Córko...
Szpilki ??
     Mam szesnaście lat i chodzę w trampkach !!
Mamciaśka poszła po bandzie...
Żeby to jeszcze jakiś przyzwoity rozmiar tego obcasa miało, ale to było 12 centymetrów...
Jak toto na nogi założę, to będę haczyć kucykiem o korony drzew...
     - Załóż...- prosi Mamciaśka z wypiekami na twarzy...
No to założyłam...
Czekoladowe...Sandały...Na szczudle...
     - Przejdź się kawałek...- mruczy Mamciaśka, a ja mam nieodparte wrażenie, że sama by chętnie w nich paradowała...
Ale się przeszłam...
     - Jakbyś zawsze na szpilkach chodziła...- szepcze Mamciaśka...
Nie rozumiem...
Buty, jak to buty...Zakładam i idę...
     Dopiero dwadzieścia lat później wyczytałam w poczekalni u lekarza (bo normalnie prasy kobiecej nie czytywałam/uję)...Że są szkoły chodzenia na szpilkach...
Czego ci ludzie nie wymyślą...;o)
     Ale fakt jest faktem...Zostałam posiadaczką "pierwszych szpilek" w wieku szesnastu lat i wcale mnie to nie uszczęśliwiło...
Właściwie, to mogłam je dziesięć lat później sprzedać jako "nowe"...
     Szczerze mówiąc...Zakładałam je na oficjalne wyjścia z Rodzicami...Żeby spojrzeć na Nich "z góry" i żeby wkurzać Ojca...;o)
Zawsze preferowałam trampki...
A jeśli już musiałam założyć coś bardziej "wykwintnego", to miało to obcasik do 5 cm...
Ale...
     Ale od trzydziestu lat marzyłam...
     Marzyłam o czerwonych, krwistoczerwonych szpilkach...Czółenkach...
     Marzyłam...Wgapiałam się w nie na wystawach...Czasem brałam do ręki i głaskałam z uśmiechem...
Bo nie wszystkie marzenia muszą się spełniać...
     Przez trzydzieści lat, przez setki oficjalnych uroczystości, odmawiałam sobie realizacji tego marzenia...
Bo jestem rozsądna...Bo jestem praktyczna...Bo wolę wygodę...
I miesiąc temu zrealizowałam to marzenie...

Aparat kłamie !! Są krwisto-czerwone...;o)
Są piękne...
Krwistoczerwone...
Czółenka...
Echhh...
Dopieściłam własne ego...
     Mogłam zaszaleć, bo mieliśmy ślub w Rodzinie...
Przed Kościołem "buszowaliśmy" z Wnukami...
     - Babciu...- wyszeptał Księciunio...- Muszę Ci coś powiedzieć...
     Po takiej formule wzięłam Księciunia za rękę i poszliśmy na spacerek...Zanosiło się na bardzo wielką tajemnicę...
     - Co się stało Okruszku ??
     - Wiesz Babciu...Masz piękne butki...I cała jesteś piękna...
     Babcia sięgnęła po chusteczkę..."Wyciągnęła paprocha" z jednego oka..."Wyciągnęła paprocha" z drugie oka...Wysiąkała nos...
     - To może się chwilkę pomiziamy ?? - zaproponowałam, i bardzo mocno przytuliłam Księciunia...
Ten Facet umie postępować z kobietami...;o)
     Na weselu tańczyliśmy we dwoje, a Wnuk uważnie śledził czerwone szpilki i naśladował moje kroki...
     Teraz już wiem, dlaczego czekałam z tym zakupem trzydzieści lat...
     Marzenie czekało na tę chwilę...

wtorek, 3 listopada 2015

Orzeł odleciał...

     Pamiętacie o naszej "klatkowej" tradycji żegnania młodocianych Lokatorów ??
Jeśli nie, to pokrótce przypomnę...
     Kiedy wieść gminna się po piętrach rozejdzie, że jakiś "wolny elektron" znalazł "drugą połowę", i że zamierza przypieczętować ów fakt uroczystą przysięgą, Sąsiedzi rozpoczynają swoje działania...
     Najpierw szepczemy po cichutku na klatce, wymieniając się informacjami na temat tej uroczystości...
- To kiedy ??
- Za miesiąc...
- Po ile ??
- Tradycyjnie chyba...
- A kolor ??
     I jak te dwa pierwsze pytania są jak najbardziej zrozumiałe, tak to trzecie wyjaśnię w kilku słowach...
     Aby dekoracja klatkowa była udana musi współgrać z całością, z upodobaniami Młodych...
Jeśli "odlatuje" Dziewczyna to temat jest prosty...Idziemy i pytamy...
Jeśli "odlatuje" Chłopak...No cóż...Trzeba zrobić wywiad "środowiskowy"...
A to łatwe nie jest...
Trzeba się "wkręcić" na wizytę u "żeniaczkowych" Sąsiadów i niczym Bond wyłuskać niezbędne informacje...
     - Różowy !! - odparła z ulgą, bo tym razem na mnie spadły obowiązki Agenta...- Młoda uwielbia różowy !!
Ufff...
     W czwartek Drużbowie dekorowali wejście, czyli robili "koronę"...



     Uwielbiam ten zapach igliwia, gdy wchodzi się do klatki schodowej...Taki powiew świeżości...Nadziei...
     W piątek wieczorem nadeszła nasza pora...
     Sąsiedzi zameldowali się stadnie, przybyła nawet Sąsiadka, która już rok temu się wyprowadziła, ale zażądała w czasie wyprowadzki, że ją mamy o takich imprezach zawiadamiać...
Toż mieszkała z nami prawie trzydzieści lat !!
     I nastąpił chaos...
     Wśród śmiechu, żartów i docinków serdecznych rozpoczęliśmy twórczą pracę...



Jeszcze drzwi Nowożeńca...


     I można było ogłosić wiechę...
     Chociaż "impreza" sąsiedzka trwała nadal...
Bo tradycją się już stało, że Rodzice Młodych goszczą Sąsiadów poczęstunkiem...
Ciasta...Napitki...
To i na klatce schodowej panuje później spore natężenie hałasu...
Oczywiście pod drzwiami Oblubieńców...
     W sobotę Sąsiedzi zgodnie stają przy drzwiach wyjściowych i konstruują "bramę"...Czyli zaporę, żeby się jednak Młodzi rozmyślili...
Nie udało się nam nigdy skutecznie zadziałać...
     No to na pożegnanie, Młody otrzymał skromny podarunek, kilka uścisków dłoni, kilka całusów na szczęście...I wyruszył w swoją "nową drogę"...
     Zdjęć z tego pożegnania nie mam, bo na weselisko byliśmy proszeni, więc Wasza Gordyjka była zajęta zajmowaniem miejsca w orszaku weselnym...
Ale możecie mi wierzyć...
Cudnie było !!
     A Tobie Mateuszku wiele dobrego...
     Obyś zawsze był tak szczęśliwy jak w tą sobotę !!

środa, 15 lipca 2015

Z życia Teściowej...

     Dacie wiarę ??
     To już trzy lata minęły odkąd Pierworodny złożył najważniejszą przysięgę w życiu...
Ależ to były emocje...
I tyle...
     Potem przyszły dni...Takie sobie zwykłe dni...Najzwyklejsze...
Pierwszy...Dziesiąty...Setny...Tysięczny...
I nagle się okazało, że minęły trzy lata...Całkiem niepostrzeżenie...
     Młodzi, jak trzy lata temu trzymają się za ręce idąc ulicą...Dogryzają sobie z szelmowskimi uśmieszkami...Spoglądają na siebie z czułością...
No, teraz może bardziej czule spoglądają na naszego Wnuka niż na siebie...
Ten, to Ich bez reszty zawojował...Nas też...
Ale wracajmy do tematu...
     Patrzę na Młodych i nie ma co, serducho mi się raduje...
Są szczęśliwi...
     I czego więcej mam oczekiwać od Losu ??
     Może, żeby Syn mniej pracował...Albo żeby Synowa w końcu się wyspała...Albo, żeby mieli swój własny kąt na Ziemi...
     A ja pragnę, żeby za trzynaście, dwadzieścia trzy, czy pięćdziesiąt trzy lata patrzyli na siebie właśnie tak...Pełną miłością...Szczerym szacunkiem...Serdeczną przyjaźnią...
     Żeby obok słów "Małżonek", pojawiało się słowo "Kumpel"...Najlepszy Kumpel jakiego w życiu miałem...
I wtedy niczego Im już potrzeba nie będzie...
     Czy się wtrącam ??
A jakże !!
     Każda Teściowa się wtrąca...
     Choćby samym faktem istnienia...
Ale czasem też wtrącam "a może byście..."...
Czasem Ich pomysły kwituję kwaśną miną...
     Tak chyba powinna postępować Mama-Teściowa ??
Nie wszystko musi mi się podobać...
     Ale, Synowa podoba mi się wyjątkowo...
     Kiedy spoglądam na Nią ukradkiem, uśmiech sam wypływa mi na twarz...
I ta myśl...
     Jeśli nasz Syn jest z Tobą tak szczęśliwy, to nic lepszego nie mogło nas spotkać...
     Obyś Ty z Nim była równie szczęśliwa...

wtorek, 30 lipca 2013

Magiczny "Dzień Lenia"...

     Po gdańskich wrażeniach musieliśmy odrobinę odpocząć...
     Przed oczami mieliśmy jeszcze barwne wspomnieniowe projekcje...W głowach kłębiły się setki myśli związanych z wycieczką...W nosach czuliśmy jeszcze zapach siarki...
Wyciszony Ośrodek był idealnym miejscem na poukładanie doznań...
     Postanowiliśmy urządzić sobie "Dzień Lenia".
Drzemki...Leżakowanie...Podjadanie...
Czyli urlopowa normalka...
Podobno...
Leniowanie szło nam całkiem nieźle...
Chociaż zabawnym było, że Obsługa Ośrodka przyglądała się nam z zainteresowaniem...
     - Nie przyjdziecie dzisiaj na koniki ?? - pytała nasza Instruktorka z niedowierzaniem...
     - Dzisiaj nie...- odpowiadaliśmy zgodnie...
     - Nie rezerwujemy dzisiaj kortu ?? - pytała Pani Mariola nazywana przeze mnie czasem Marzeną ;o)
     - Dzisiaj odpuszczamy...- kręciliśmy głowami...
     Kiedy jednak na pytanie Bosmana (Pana Seweryna), czy potrzebujemy kajaczek, odpowiedzieliśmy, że na jutro owszem, ale dzisiaj nie...
Pan Bosman spojrzał na nas z troską...
Chyba podejrzewał jakieś objawy chorobowe...
No cóż...
W sumie rzeczywiście było to jak na nas nienaturalne...
     Wieczorkiem poczłapaliśmy niespiesznie do Recepcji poprosić o przygotowanie ogniska na jutrzejszy wieczór...
     Pani Mariola wykonała oczywiście natychmiast telefon do Pana Seweryna i odetchnęła z widoczną ulgą...
Chorzy nie byliśmy...
     - A dzisiaj mamy tańce przy przebojach z lat 80-tych... - mimowolnie rzuciła w trakcie rozmowy... - może zajrzycie Państwo ??
     - Tańce ?? - zapytaliśmy dla potwierdzenia i spojrzeliśmy na siebie...
     Czyżby nasz "Dzień Lenia" miał się skończyć przy rytmicznych dźwiękach ??
W sumie...
Właściwie mieliśmy co świętować...
To była Pierwsza Rocznica Ślubu naszych Dzieciaków, więc tańce były w sam raz...
     Mieliśmy tą Rocznicę świętować z Dzieciakami...Ich łóżka stały wolne...Mieli urlopowy szlaban...
No cóż...
I tak bywa...
Ale poświętowanie za Nich byłoby chyba w sam raz...??
     Tańczyliście kiedyś przy blasku świec i gwiazd ?? 
     Tańczyliście kiedyś nad brzegiem jeziora ??
     Nasz "Dzień Lenia" miał magiczne zakończenie...

sobota, 15 czerwca 2013

Wspomnienie pewnego uśmiechu...

     Justysia została naszą Sąsiadką w wieku kilku lat...
     Urocza Dziewuszka, którą charakteryzowały dwie rzeczy...
     Po pierwsze nigdy się nie spieszyła...
     Widział Ktoś Kilkulatka, który człapie sobie dostojnie zamiast podskakiwać, albo truchtać ?? 
Justysia właśnie tak dostojnie człapała...
Powiedzmy, że w drodze do Szkoły było by to całkiem zrozumiałe, albo na obiadek do domu, ale na podwórko ?? 
W życiu nie widziałam takiej "Anomalii"...
A Justyśka tak miała...
Człap...Człap...Człap...
Jakby właśnie w tym rejonie Wszechświata czas się zatrzymał...
     Po drugie Justysia zawsze uśmiechała się całą sobą...
     Jej poważna zazwyczaj twarzyczka umiała się rozjaśnić w tak niewyobrażalny sposób, że zwykłe "dzień dobry" nabierało jakiegoś innego wymiaru...
Dokładała ten swój uśmiech do każdego słowa w gratisie...
     Minęło ponad dwadzieścia lat...
     W czwartek wieczorną ciszę przerwały bardzo skoczne rytmy...
     Uśmiechnęłam się do siebie, chociaż z reguły taka muzyka mnie irytuje...
     Przed oczami zobaczyłam kilkuletnią Dziewuszkę człapiącą niespiesznie po schodach...
Uśmiechnęła się do mnie, tak jak tylko Ona potrafiła i wyszeptała...
     "Już czas"...
     "Czas"... - potwierdziłam...
     Śmiech młodych Ludzi rozbrzmiewał echem na całej ulicy...
     W piątek wieczorem nasza klatka schodowa, z reguły cicha i senna, "ożyła"  radosnymi głosami Sąsiadów...
Kokardeczki...Szpileczki...Różyczki...
Tak...Tak...
Nadszedł czas dekorowania korytarza...
Justysia wychodzi za mąż...
Kolejny nasz Ptak wyfruwa z gniazda...
     Obyś Justysiu zawsze miała na twarzy ten promienny, niepowtarzalny uśmiech i obyś nigdy nie musiała się spieszyć...










     Wszystkiego Dobrego Justysiu...

wtorek, 25 września 2012

Różne załączników losy...

     Weselne tradycje rzecz święta i mimo upływającego czasu i zmian cywilizacyjnych, są obrzędy niezmienne od pokoleń...
No może troszkę "zmienne", ale ich żywot trwa nieprzerwanie...
     Zwyczajów tych opisywać nie będę, bo co Kraj to obyczaj, ale o jednym z nich chcę wtrącić kilka słówek...
Ot, tak mimochodem...
     Każdy kto chociaż raz uczestniczył w ślubnych obrzędach w roli weselnika wie, że nie godzi się iść na ową uroczystość z pustymi rękami...
     Kiedy ja składałam swoje ślubowanie najbardziej pożądanymi załącznikami były artykuły AGD...
Do dzisiaj pamiętam wzruszenie zatykające mi gardło, gdy jedna z moich Ciotek wręczyła nam żelazko...
Żelazko teflonem pokryte i z nawilżaczem...
Echhh...
Takiego cudu techniki to wtedy nawet w sklepach nie można było zobaczyć, a cóż dopiero je nabyć...
Od innej Cioteczki otrzymaliśmy komplet sztućców, który wywołał również łzy wzruszenia...
Byliśmy z Panem N. szczęściarzami...
Fakt, że najczęściej wówczas otrzymywało się serwisy do kawy i kryształowe wazy, bo to akurat było ogólnodostępne, ale takie żelazko potrafiło zrekompensować wszystkie kryształowe karafy...
Do prezentów obowiązkowy był bukiet kwiatów...
Orzesz...(ko)...
Te kwiaty właśnie bywały największym utrapieniem Młodych i Ich Rodziców...
Walka z woniami kilkudziesięciu bukietów bywała trudna...
Jedni wywozili je w darach dobroczynnych na cmentarze, inni składali je przed ołtarzami świątyń, jeszcze inni (Ci bardziej "uświadomieni" politycznie) gnali pod najbliższy pomnik "ku pamięci"...
W przysłowiowym "M" trudno było z owymi bukietami funkcjonować...
Ale tak wypadało...
Tak robili wszyscy...
No może nie wszyscy, ale większość...
     Pamiętam minę mojej Mamciaś kiedy szłam na pierwsze "samodzielne" wesele i zamiast malowniczego wiechcia pod pachą trzymałam pluszowego małpoluda...
Nie był tak piękny jak dzisiejsze pluszaki, ale kiedy kilka lat temu spotkałam Koleżankę, która została nim obdarowana, ta zaraz po powitaniach oświadczyła...
     - A pamiętasz tego paskudnego małpoluda coś nam na ślubie sprezentowała ??
     - Pewnie, że pamiętam...czasem mi się śni w koszmarach... - wyznałam...
     - Do dzisiaj siedzi w naszej sypialce i łóżka pilnuje...Troje dzieci wychował i się trzyma... - przybliżała mi historię małpoluda Koleżanka...
     - A Dzieci traumy jakieś od niego nie dostały ?? - dopytywałam zaciekawiona...
     - Nooo...drobne odchyły mają...ale w normie... - uspakajała moje wątpliwości Znajoma...
     Z czasem maskotki skutecznie wyparły bukieciarstwo...
     Wyparły, dodam, tak skutecznie, że Domy Dziecka i Przedszkola przestały przyjmować dary o charakterze "maskotkowym"...
     Z czasem nastała moda na informowanie o "dodatkach"...
     Coraz częściej Młodzi do ślubnego zaproszenia dołączają informację, czego w ramach tego "dodatku" oczekują...
Czasem są to słodycze, czasem alkohole, czasem książki, a czasem coś zupełnie innego...
     Nasi Młodzi poprosili na przykład o przewodniki...
     W sumie Pierworodny wiercika posiada okrutnego (nie mam pojęcia po kim tak ma ;o)), a Synowa też już łyknęła bakcyla włóczykija, to Przewodniki są ogromnie przydatne...I jest to piękny zalążek domowej biblioteki...
To, że Goście przy okazji wykazali się dowcipem jest jak najbardziej na miejscu...
Młodzi otrzymali przewodniki "po kobiecie", "po mężczyźnie", "po kuchni", "po małżeństwie"...No i najbardziej wyrazisty z Przewodników..."Kamasutrę"...
Z tych Przewodników geograficznych mają "cały Świat"...
Piękna pamiątka...
     Na ostatnim weselu otrzymaliśmy informację, iż zamiast kwiatów Młodzi proszą o słodycze lub alkohol...
Myślę sobie tak...
"Alkohol...Hmmm...Już mój Bieszczadzki Dziadek mawiał, że się drzewa do lasu nie wozi...Toż profanacja by była jakbyśmy na wesele z butelczyną wparadowali...A słodycze ?? No fakt, że Młoda to raczej z tych "niewidzialnych" i parę kalorii by się Jej w trybie pilnym przydało, ale jak tak dostanie setkę bombonierek, to nawet ja bym tego nie pochłonęła przed końcem terminu przydatności do spożycia...A powszechnie wiadomo, że "zbielała" czekolada atrakcyjna nie jest...Nie ma to tamto...Tradycja tradycją, a my tym razem wparujemy na weselisko z bukietem"...
No i wparowaliśmy...
Z bukietem...     








Teraz mamy przynajmniej pewność, że co najmniej przez miesiąc będą o zaślubinach pamiętać...;o)

poniedziałek, 24 września 2012

Kończ Waść...wstydu oszczędź...

     Być może nie powinnam zabierać głosu w tym temacie, bo od wielu lat uważam się za antyklerykała, więc obserwując zachowania Kleru nie spodziewam się niczego dobre, ale szczerze powiem...aż mnie trzęsie w środku...
     Mój antyklerykalizm nie jest cechą wrodzoną, to przypadłość nabyta, i to nabyta dzięki ogromnym staraniom tego Kleru właśnie...
     Czy to wpłynęło na moją wiarę ?? 
     Nie...Mój Bóg nie potrzebuje ani marmurowych świątyń, ani złotych ołtarzy, ani pośredników...Wierzyć i kochać można na kilka sposobów...
Ale do tematu...
     W sobotę uczestniczyliśmy w uroczystości rodzinnej, zaślubinami zwanej...
     Tym razem z perspektywy gości...
     Pewnie bym nawet o tym na blogu nie wspomniała, bo wesela były, są i będą, ale ...No właśnie, ale...
     Uroczystość zaślubin odbywała się w pewnej małej Miejscowości, Kościół zapełniony Weselnikami i Ksiądz Proboszcz ową celebrę prowadzący...
Prowadzący nietuzinkowo...
Usiłujący być dowcipnym...
Lubię niestandardowe uroczystości, ale na tej akurat widać było, że Ksiądz Proboszcz nie tylko nie przygotował się do niej, On realizował pomysły na "poczekaniu"...
Bez zastanowienia...
Idea uroczystości była szczytna, więc Uczestnicy owej, zęby zaciskali i czekali na szczęśliwy koniec...
I wtedy właśnie Proboszcz tak walnął, że się echem po Kościele odbiło...
     - " Małżeństwo to pięć lat poznawania się, pięć lat miłości, a potem to już tylko przyzwyczajenie"...
     Orzesz...(ko)...
     Nie ma jak walnąć takim tekstem zaraz po przyjęciu ślubnej przysięgi...
     Aż chciało by się zakrzyknąć za Bogusiem Lindą...
     - A co Ty Chłopie wiesz o małżeństwie ??
     Przez Kościół przeszedł pomruk...
     Drużbowie, stojący na środku zgodnie parsknęli śmiechem...
Nie ma jak dobra zachęta...
Na pohybel...
     Wesele jak to wesele, stoły zastawione, muzyka gra, Goście się bawią...Atmosfera rodzinna i radosna...
A po dwóch godzinach na weselnej sali pojawia się Ksiądz Proboszcz...
Pojawia się i na "pojawianiu" nie zamierza skończyć...
Rozpoczyna od powitania...Od stolika do stolika...
Podchodzi, wita się z siedzącymi przy stole Mężczyznami i każdemu pozostawia jakąś "dowcipną" uwagę...
     - " Kto Ci tak krzywo krawat zawiązał"...
     - " Widać, że pojeść to lubisz"...
     - " Mógłbyś się ogolić"...
     - " A cóż Ty tak dzisiaj na różowo"...
     - "Żółwika...z Tobą zrobię żółwika"...
Prawdziwy satyryczny koszmarek...
Kiedy przez nieuwagę wita się z młodziutką Dziewczyną, która nierozważnie wyciągnęła dłoń, Ksiądz kwituje...
     - "Tfu !! Żeby Kobieta rękę wyciągała"...
Przy stole zapada głucha cisza, a Dziewczynie jest bardzo przykro...
Kilkunastoletnie Dziewczę to Osóbka bardzo wrażliwa...My to wiemy...Wiemy, że cały wieczór będzie to "plucie" analizować...
Po powitaniach Ksiądz rusza do mikrofonu i rozpoczyna swoje "wodzirejowanie"...
     Streścić Wam tego niestety nie mogę...Młodzież mówi na takie wystąpienia, że gadał jak potrzaskany...
Na pierwszy rzut oka widać, że bawi się wyśmienicie...
Przynajmniej On...
Wesele zamarło...
     Ksiądz bryluje...
     Młodzi, Ich Rodzicie i Rodzice chrzestni stoją na środku wywołani w jakimś celu, a Goście zajmują się ożywionymi dysputami przy stolikach...
Znakomita większość już wie, że ten Człowiek nie ma nic do przekazania...
Jest nijaki...
     Po czterdziestu minutach oddaje mikrofon Wokalistce, a Goście prawie biegiem ruszają na parkiet, żeby się czasem nie rozmyślił...
     Kiedy po prawie godzinie wygibasów na parkiecie idziemy z Panem N. się przewietrzyć przed wejściem zastajemy kilkuosobową grupkę, w której prym wiedzie ów Pasterz...
Papieros w zębach, energiczna gestykulacja świadcząca o sporej ilości wypitych toastów i prawdziwie chrześcijańska tematyka...
Obgadywany jest jeden z Mieszkańców Parafii, który ostatnio ponoć odziedziczył spory spadek...
Dywagacje słychać na całym parkingu...
     - Prawdziwy duch miłosierdzia... - chciało by się dopowiedzieć... - i pokory...
     Ale ukryć się nie da, że Ksiądz Proboszcz zostanie w naszej pamięci na długo...Na bardzo długo...

niedziela, 9 września 2012

Zaczarowane chwile w czarodziejskiej dolinie...

"Już kocham cię tyle lat,
na przemian w mroku i w śpiewie,
może to już jest osiem lat,
a może dziewięć - nie wiem.
Splątało się, zmierzchło - gdzie ty, a gdzie ja,
już nie wiem - i myślę w pół drogi,
że tyś jest rewolta i klęska, i mgła,
a ja to twe rzęsy i loki."

                               K.I.Gałczyński







                                                                          "Kochanie, moje kochanie,
                                                  dobranoc, już jesteś senna -
                                                  i widzę twój sen na ścianie,
                                                  i noc jest taka wiosenna!
                                                                  Jedyna moja na świecie,
                                                                  jakże wysławię twe imię?
                                                                  Ty jesteś mi wodą w lecie
                                                                  i rękawicami w zimie.
                                                   Tyś szczęście moje wiosenne,
                                                   zimowe, latowe, jesienne -
                                                   lecz powiedz mi na dobranoc,
                                                   wyszeptaj przez usta senne:
                                                                 za cóż to taka zapłata,
                                                                 ten raj przy Tobie tak błogi?...
                                                                 Tyś jesteś światłem świata
                                                                 i pieśnią mojej drogi."






        
"Pyłem księżycowym być na twoich stopach,
wiatrem przy twej wstążce, mlekiem w twoim kubku,
papierosem w ustach, ścieżką pośród chabrów,
ławką gdzie spoczywasz, książką, którą czytasz.

Przeszyć cię jak nitką, otoczyć jak przestwór,
być porami roku dla twych drogich oczu
i ogniem w kominku, i dachem co chroni
przed deszczem."





                                            "Pokochałem ciebie w noc błękitna,
                                            w noc grającą, w noc bezkresna.
                                            Jak od lamp, od serc było widno,
                                            gdyś westchnęła, kiedym westchnął.

                                            Pokochałem ciebie i boso,
                                            i w koronie, i o świcie, i nocą.

                                            Jeśli tedy kiedyś mi powiesz:
                                            Po coś, miły, tak bardzo pokochał?
                                            Powiem: Spytaj się wiatru w dąbrowie,
                                            czemu nagle upadnie z wysoka
                                            i obleci całą dąbrowę,
                                            szuka, szuka: gdzie jagody głogowe?"      


"We śnie jestes moja i pierwsza,
we śnie jestem pierwszy dla ciebie.
Rozmawiamy o kwiatach i wierszach,
psach na ziemi i ptakach na niebie.

We śnie w lasach są jasne polany,
spokój złoty i niesłychany,
pocałunki zielone jak paproć.

Albo jesteś egipska królowa,
jak miód słodka i mądra jak sowa,
a ja jestem dla ciebie jak światło. 





                                     - Powiedz mi jak mnie kochasz.
                                     - Powiem.
                                     - Więc?
                                     - Kocham cie w słońcu. I przy blasku świec.
                                       Kocham cię w kapeluszu i w berecie.
                                       W wielkim wietrze na szosie, i na koncercie.
                                       W bzach i w brzozach, i w malinach, i w klonach.
                                       I gdy śpisz. I gdy pracujesz skupiona.
                                       I gdy jajko roztłukujesz ładnie -
                                       nawet wtedy, gdy ci łyżka spadnie.
                                       W taksówce. I w samochodzie. Bez wyjątku.
                                       I na końcu ulicy. I na początku.
                                       I gdy włosy grzebieniem rozdzielisz.
                                       W niebezpieczeństwie. I na karuzeli.
                                       W morzu. W górach. W kaloszach. I boso.
                                       Dzisiaj. Wczoraj. I jutro. Dniem i nocą.
                                       I wiosną, kiedy jaskółka przylata.





                                    

     - A latem jak mnie kochasz?
     - Jak treść lata.
     - A jesienią, gdy chmurki i humorki?
     - Nawet wtedy, gdy gubisz parasolki.
     - A gdy zima posrebrzy ramy okien?
     - Zimą kocham cię jak wesoły ogień.
       Blisko przy twoim sercu. Koło niego.
       A za oknami śnieg. Wrony na śniegu.








P.S. Z serdecznymi podziękowaniami dla Mistrza Gałczyńskiego i wszystkich Przyjaciół, którzy przysłali ogrom życzeń dla Nowożeńców :o)



         

niedziela, 29 lipca 2012

Piękne rzeczy zakończenie...

     Staropolska tradycja nakazuje, żeby po dniu zaślubin świętowanie powtórzyć jeszcze co najmniej jeden raz...Nie to, żebym przeciw świętowaniu coś miała, ale zwyczaj ów kojarzy mi się raczej z leczeniem kociokwiku o chorendalnych rozmiarach niż czczeniu owej uroczystości, ale jak ktoś chce to proszę bardzo...My nie chcemy...W sumie prawie nigdy nie chodziliśmy na weselne poprawiny..."Prawie", bo raz zrobiliśmy wyjątek i to on utrzymał nas w przekonaniu, że owo świętowanie to już takie imprezowanie "na siłę"...Żołądek z reguły jest już napakowany na maksa, wątroba z trudem przerabia jeszcze alkohol z poprzedniego dnia, nogi "wpakowane" w buty cierpną aż do kości ogonowej...
     Na propozycję Swatów wspólnego świętowania stanęliśmy w opozycji...
     Fakt, że mieliśmy jeszcze jeden bardzo poważny argument poza genetyczną niechęcią do "poprawin"...
Gościliśmy nasze Siory, a że nie widujemy się często, bo Obie są takie bardziej pozazaściankowe, więc ową bytnością chcieliśmy się nacieszyć...
     Niedzielny poranek powitał nas rześką pogodą i niemiłosiernym bólem nóg...Jedliśmy niewiele, więc lodówka miała "branie", a że poza jednym toastem piliśmy jedynie wodę i soki, to i kociokwik nam nie doskwierał...
Koło południa już nas zaczęło wiercić...
     - A może byśmy tak gdzieś ruszyli ?? - zapytał Pan N. nieśmiało...
     - A gdzie ?? - wgapiły się w niego trzy pary ciekawskich babskich oczu...
     - No nie wiem...Tak gdzieś w plener... - kusił dalej mój Ślubny...
Hmmm...W sumie myśl nie głupia, bo nie należymy raczej do "kanapowców-imprezowiczów"...
Plener byłby OK...
     Odczekaliśmy dzielnie aż Młody zakotwiczy, bo coś tam jeszcze z domeczku chciał zabrać, no i z Cioteczkami chciał się pożegnać, bo jedna lot miała w nocy, a druga zamierzała zwinąć się zaraz potem...
I ruszyliśmy...
Dokąd ??
Cztery takie głowy musiały wymyślić coś  oryginalnego...
Tchnięci weną niesamowitą postanowiliśmy pojechać tam gdzie się wszystko zaczęło, czyli w miejsce gdzie się Młody oświadczył...
     Plan muszę przyznać był prosty...Jedziemy...Wznosimy toast...Wracamy...
     Ale jak to z planami bywa zrealizowany został zgoła w sposób zaskakujący...
     Kiedy przejeżdżaliśmy koło Maczugi Herkulesa moja Siora ukochana wrzasnęła, że się mało "nagusek" w miejscu nie zatrzymał, a Pan N. na zawał był nie zszedł...
     - Ja tutaj od podstawówki nie byłam !! Chcę tu być !!
No i się zaczęło korygowanie planu, bo Siora Pana N. też zapragnęła mieć fotkę przy Maczudze...
Pan N. z radosnym piskiem opon dokonał manewru i niczym Kubica zrobił "pit-stopa"...Pan Parkingowy prawie z wrażenia zasłabł...
Ruszyliśmy pod ową Maczugę...
     Powinnam może w tym miejscu opisać jak malowniczo żeśmy wyglądali, bo stroje nasze nie miały nic wspólnego z planowaną wspinaczką, ale że zaraz to naocznie ujrzycie, więc się rozwodzić nie będę...
Jednego przeżałować tylko nie mogę, że nikt nie uwiecznił naszych min, kiedy dotarliśmy przez chaszcze do maczugowego wzgórza...




Nijak pojąć nie mogłam jaka siła mnie na owo wzgórze wtłoczy...
Siora moja ulubiona, jako prowodyrka owej ekspedycji ruszyła z kopyta...
No nie powiem, wzbudziła we mnie podziw, bo do takowych wspinaczek raczej nie nawykła, a poza tym wiedzę posiadam, iż Jej kolanka ostatnio nie bardzo chcą współpracować z resztą układu kostnego...
Czyżby więc Siora poczuła nastoletniego ducha, którego tutaj schowała lat temu dzieści ??
Kiedy właśnie zbieraliśmy się, żeby do dzielnej Niewiasty dołączyć Siora z nagła wydobyła z siebie odgłos straszliwy i zamarła...Zamarła dodam, w pozie zgoła dziwnej...




Siora zawisła była w uwiecznionej pozie, przyczepiona kończynami górnymi do wątłych rozmiarów korzonka...
Orzesz...(ko)...
Ruszyliśmy z odsieczą (dla korzonka rzecz jasna), bo Siora swoją wagę ma i zakładać należało, że jak się z owej górki stoczy to nas ukarać mogą za dewastację zabytków, że o Pomniku Przyrody nie wspomnę...
Każdy przyjął inną technikę wspinaczkową, więc było wielce prawdopodobne, że przynajmniej jeden Egzemplarz do wiszącej na korzonku Siory dotrze...
Nasz chichot słychać było chyba w całej okolicy...
Siora jednak, Człek ogromnej ambicji i uparty niczym Kłapouchy (po mnie to ma), z nagła korzonka puściła i techniką taką bardziej przyziemną, czyli na czworaka, ruszyła ku szczytowi...
Pozostało nam jedynie dogonić ową "parzystokopytną" Gazelę...
Wspinaczka owa takich emocji nam dostarczyła, że i nogi boleć po nocnych wyczynach przestały, i gębusie śmiały się radośniej...
No i zapragnęłyśmy sercem całym bardziej spektakularnych czynów dokonać...




Jako żywo, jeszcze nigdy skałek nie zdobywałam w klapkach i miniówce...
Mogę to przypisać jedynie poweselnemu szokowi, bo matroniego rozsądku to w tym nie było...
Widać uroczystości rodzinne bardziej się na mózgi kobiece rzucają, bo Pan N. niczym owa Maczuga stał spokojnie i nad naszym żywiołem usiłował panować...
Łatwego zadania nie miał...




Jak już z owej skały nas ściągnął, to mu się matronie stadko po krzakach rozpełzło...
     Kiedy już wszystko zostało obfotografowane, i każdy miał zdjęcie z każdym w pozach dowolnych, postanowiliśmy "maczugowe wzgórze" opuścić...
Powiedzieć dobra rzecz...Ale jak owego czynu dokonać ??
Jak podejście wydawało się nam trudne, tak droga w dół wydawała się istną przepaścią do pokonania...
Każdy więc postanowił schodzić po swojemu, a ten który owo zejście przeżyje miał pochować trupy w okolicznych krzakach...
     Moja Siora schodziła "pupą"...Ruchem przesuwno-ślizgowym...Szło Jej świetnie, aż do momentu kiedy Jej się chyba Bidulce ręce z nogami pomyliły i machając kończynami resztę drogi pokonała na samej "pupie"...Po chwili z krzaków rozległo się donośne:
     - ŻYJĘĘĘĘĘ !!!
Ufffff...
     Siora Pana N. postanowiła nie ryzykować...Ustawiła się na szczycie w pozycji "opozycyjnej" i niczym raczek człapała sobie statecznie...Tak Jej się owo człapanie niespieszne spodobało, że o mały figiel była by wczłapała w pokrzywy, bo jak nie trudno zauważyć w tej części ciała oczków nie posiadała...
Uffff...
Przynajmniej będzie miał kto mojego trupa sprzątnąć...
Pan N. jednak rozważył chyba zasobność mojej polisy na życie, bo nim pierwszy krok zrobiłam, postanowił mnie przez ową czeluść piekielną przeholować...
Uffff...
Poza niemiłosiernie brudnymi nogami (część trasy pokonywałam na bosaka) żadnych szkód na ciele nie odniosłam...




Mogliśmy ruszać w dalszą drogę...
Wszak w bagażniku zalegał trunek toastowy, którego temperatura z chwili na chwilę wzrastała...
     Do ruin ojcowskiego zamku zachowywałyśmy się już bardzo przyzwoicie i jak na Matrony przystało zamkowe wzgórze pokonałyśmy schodkami...





Pech chciał, że zaabsorbowane wspinaczką skałkową całkiem straciłyśmy rachubę czasu...W ruinach zamku znaleźliśmy się dokładnie wtedy, kiedy sympatyczni Panowie zamykali kłódkę...
Orzesz...(ko)...


Nie ma to tamto !! My się toastu pozbawić nie damy !!
Ku ogromnej radości owych Panów zasiadłyśmy na schodach owego historycznego przybytku, węzełek żeśmy rozpakowały i niepomne, że w miejscach publicznych podobnych praktyk uprawiać się nie godzi, rozlałyśmy do naczynek rubinowy płyn...




     Jeśli byście kiedyś szukali odpowiedniego miejsce na świętowanie, to Ojców polecam jak najbardziej !!
Schodki po częściowej rekonstrukcji są ogromnie wygodne, murek zadowoli nawet najbardziej wybredne "pupy" (szczególnie po wcześniejszej maczugowej wspinaczce), a wino smakuje wybornie...:o)
Nawet zamknięta na głucho brama nie psuła nam humorów...
      Nasze wędrownicze natury zostały w pełni usatysfakcjonowane...
      Szczególnie, że droga powrotna roztaczała przed nami swoje uroki nieprzerwanie...



     Pożegnała nas ojcowska sarenka, majestatycznie pozując do zdjęć i wisząc na tych skałach niczym Siora moja ulubiona...



     "Kościółek na wodzie" kusił urokiem do zwiedzania...



     A zamek w Pieskowej Skale zdawał się szemrać...
    
     "Na Matrony to Wy się kiepsko nadajecie"...






sobota, 28 lipca 2012

Tomasz...dar masz :o)

     Uwielbiam Ludzi z pasją...To nie wyznanie, to fakt i wypierać się go nie mam zamiaru...
Uwielbiać sobie każdy może co chce, to ja sobie uwielbienie dla Ludzi z pasją zaanektowałam...
Zbieram sobie takie " Indywidua" i kolekcjonuję...Kolekcjonuję i ...opisuję bo dla mnie to takie "Perełeczki", które w niebycie wszechświata nie powinny znikać...
     W organizację uroczystości weselnych włączaliśmy się z Panem N. na tyle na ile potrzebę odczuwali Młodzi, żeby im przez przypadek w weselnych planach nie bruździć...
Jak to mawiają: "nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu", a my nie dość, że pacyfistami jesteśmy z przekonania, to jeszcze do wyrywnych w "mieszaniu" nie należymy...
Kiedy więc Młody przyjechał i oświadczył, iż uroczystość ową uwieczniał będzie "Tomek", fakt ten żeśmy przyswoili i tyle...
Jak dla nas "Tomek" był OK...
A jaki jest "Tomek"...??
     Kiedy tylko przekroczył próg naszego "M" cała powierzchnia wypełniła się tomkowym uśmiechem...
Młody Człowiek obrzucił powierzchnię okiem znawcy i nim ktokolwiek zdążył zareagować zaczął swoje "misteria"...I chociaż Jego pozytywna energia udzielała się tak jakoś automatycznie, Tomka w tym wszystkim było jakoś najmniej...
Nawet osoby nie lubiące procesów "obfotografowywania" (czyli ja :o/) przyjmowały Jego zabiegi z sympatią...
Tomek dokładnie wiedział czego potrzebuje...
     - Teraz Tata poprawi rożek...Mama da całusa...Ooo !! Niech pani zostanie chwileczkę w tym cylindrze...
Nikt nie protestował, bo Tomek wszystko okraszał przemiłym uśmiechem i przesympatycznym mrużeniem oczek...
     Na uroczystościach ślubnych i weselnych Tomek się autentycznie sklonował...Gdziekolwiek by się wzroku nie skierowało tam stał Tomek ze swoim magicznym oczkiem obiektywu...
Uśmiechnięty...Optymistyczny...Pełen uroku...
Jeśli wśród Gości cokolwiek się działo, to mieliśmy jakieś dziwne przeświadczenie, że Tomek już tam jest...
Jedynym problemem było zachować przy Tomku powagę...
     Nie ma co, byliśmy pod ogromnym wrażeniem poczynań Młodego Człowieka...
     Nie było sztucznego ustawiania, fotografowania pousadzanych równo Gości, pozowania i sztucznych uśmiechów...
     Tomek był wszędzie tam gdzie być powinien...
     Przyznam się, że z wielką niecierpliwością oczekiwałam na wyniki Jego pracy...
     Wczoraj wrzucił zdjęcia na swoją stronę, i nie ma to tamto...
     Tomek to Człowiek z pasją...
     Na prezentowanych fotkach uchwycił dokładnie meritum...W każdym odkrył coś pięknego...Każde zdjęcie to jakaś "historyjka"...Echhh...
     Ma Chłopak dar i tyle...
     Niestety jeszcze nie mogę Wam pokazać owych dzieł, bo Młodzi się z "plenerem" nie wyrobili, ale próbkę Jego zdolności możecie popodziwiać w galerii na Jego stronce...A że błogosławieństwo od Młodych już posiadam, więc jak tylko fotki na wyłączność dostanę, to Wam z wielką przyjemnością zaprezentuję...:o)

                                www.tomaszdziedzic.pl