Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szafa bez shoppingu.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szafa bez shoppingu.... Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 lutego 2018

Czy frędzelki trafią w gust ??

     Księciunio to...Księciunio tamto...I można by pomyśleć, że babciny świat kończy się na Księciuniu...
Poniekąd...;o)
     Ale ten świat to jeszcze Princeska...
Może jeszcze Babcia nie słyszy:
     - Babciu, dałabym Ci ciasteczko, ale się skończyły...
Albo rozmiękczające:
     - Babciusiu...
Albo poranne:
     - Babciu !! Już dzień !! Otwórz oczka !! - A potem maleńkie paluszki podnoszą babciną powiekę...;o)
No cóż...
Na to Babcia musi jeszcze troszkę poczekać...
     Ale uśmiech to Princeska ma debeściarski !! I szczodrze Babcię tym uśmiechem raczy...
Że o rozbudowanych dialogach typu "guuuuaaa", "hrumhrumhrum", "aaałaaałaaa", nie wspomnę...
     Princeska to ładunek nieustannego uśmiechu (chociaż krzyk też ma donośny)...
     No to Babcia, w tak zwanej "wolnej chwili" dziobie...
     Bo Babcia wie, że dla kobiety "shoping", "modeling" i modowe trendy są bardzo, bardzo ważne...Choćby to była bardzo młoda Kobieta...;o)
     Był grudniowy sweterko-płaszczyk, no to czas na styczniowe dziewiarstwo...
     Frędzelkowa, błękitna sukieneczka z kieszonką na skarby...

 
 I sweterek z Princeską...


A całość prezentuje się tak...


     Komplecik "na roczek", więc będzie cierpliwie czekał na "swój czas"...I mam nadzieję, że spodobał się naszym Dziewczynom...;o)

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Zbabolałam, czyli Gordyjka na zakupach...

     Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż z ust gordyjskich padnie: "muszę sobie coś kupić"...
Wiadomo...
Zakupy to nie jest to co Gordyjki lubią najbardziej...
Aż tu nagle...
     - Trzeba będzie chyba kupić jakiegoś ciucha...- wymruczałam nieśmiało...
     Oczy Pana N. zabłyszczały, a niewielkich rozmiarów dromader zaczął się przeciskać przez iglicę...
Echhh...
     W ramach pokuty ruszyłam nawet do Zaścianka, co by zinwentaryzować stan wieszaków, ale już po kwadransie miałam oczopląs i migrenę...
Po dobrowoli to nie przejdzie...
     Wypad do "Liroja" był właściwie ostatnią szansą...Szczególnie, że w pobliżu jest Sklepik, który lubię...
Troszkę lubię...
Ale to już coś...
     - Może zajrzymy do Camaieu ?? - zapytał chytrze Pan N.
No tak...
Żebym ja miała taki zapał do zakupów jak mój Ślubny...
     Pan N. uwielbia zakupy...
Szczególnie moje zakupy ciuchowe...
Nie mam pojęcia co Go tak rajcuje, ale fakt, że to lubi...
Skoro mus...
     Jak wyglądają takie zakupy ??
     Wchodzę...Rozglądam się...Podchodzę do wieszaka i ściągam ciucha...Ten albo żaden...
W polotach przymierzam dwie sztuki...
Tym razem sięgnęłam po czerwoną sukieneczkę...
     - I tyle ?? - zapytał zawiedziony Pan N. 
     - Wystarczy...- potwierdziłam...
Skromność mojego wyboru sprawiła Ślubnemu widoczny zawód...
     Kiedy człapałam do przymierzalni (do przymierzalni nigdy nie idę !! człapię jak na ścięcie), podeszła Pani Sprzedawczyni i zapytała:
     - Zanieść to do przymierzalni ??
Uwielbiam to !!
     - A mogę sama ?? - zapytałam z uśmiechem, a Pani Sprzedawczyni wycofała się dyskretnie...
Chyba właśnie dlatego lubię ten Sklep...
     Obsługa jest w absolutnej gotowości, ale nie ma tego męczącego "inwigilowania"...
Wychodząc z przymierzalni usłyszałam:
     - Podoba się ??
To miłe...
W końcu, to właśnie mnie ma się ów zakup podobać...
Sukieneczka została zaakceptowana...
     A kiedy sięgnęłam na wieszak po bluzeczkę, oczy Pana N. rozjarzyły się zachwytem...
Hmmm...
     Na sweterek już się namówić nie dałam...
Dwie przymiarki w jeden dzień ??
Absolutne veto !!
     Ruszyliśmy do kasy...
     I wówczas właśnie "zbabolałam"...
     - Może założymy Pani kartę stałej Klientki ?? - zapytała Pani Kasjerka i spojrzała wymownie na Pana N.
     - Założymy !! - oświadczył Ślubny z satysfakcją...
No i "zbabolałam"...
Ja, zakupowa oportunistka zostałam "stałą Klientką" !! 
Świat się kończy...
     No dobra...Przyznaję...Akurat w Camaieu ubieram się od kilku lat...Nie żebym polowała na nowości i nałogowo śledziła trendy modowe...
Raczej ubieram się na przypadkowych promocjach (ale takich, gdzie widzę poprzednią cenę), koncentrując się na "potrzebie chwili"...
     A kiedy wróciłam do domu, mózgownica już pracowała na innych obrotach...
     Potrzebuję dodatków do tej kiecki !!
Ło Matko i Córko...
Przymuliło mnie ??
Znowu zakupy ??
W życiu !!
Sama sobie zmajstruję...
I zmajstrowałam...
Ot co !!


sobota, 21 września 2013

W opozycji do shoppingu...

     Pan Boguś Linda pewnie by powiedział...
     - Gordyjka !! Co ty wiesz o shoppingu ??
Echhh...
No właśnie...
Jestem teoretyk niepraktykujący...
     Po pierwsze primo, pojąć nie mogę dlaczego nazywamy to obcojęzycznym shoppingiem, a nie rodzimymi zakupami ?? 
Jeszcze kilka lat temu szło się na zakupy...Zwyczajnie...Teraz nawet nie wypada...Dobrze, że przynajmniej jak lecę po chleb to nie "shoppinguję" tylko mam objaw sklerotyczny, bo zapomniałam kupić pieczywo idąc z pracy...
     Ale mnie do owego "shoppingowania" nikt nie namówi...Ot co...
     Chyba, że w markecie budowlanym...W budowlanym mogę...Tylko czy to jest shopping ?? Może takie zakupy nazywają się jeszcze inaczej ??
Orzesz...(ko)...
     Po drugie primo, nie pojmuję jak wielogodzinne pielgrzymowanie po Galeriach i innych Marketach, i przymierzanie setek łaszków może wyzwalać jakieś pozytywne emocje...
To gorsze niż dniówka w kopalni...
Na samą myśl mnie nogi bolą...I jeszcze to wdziewanie i rozdziewanie...Brrr...
     Po trzecie primo, czy te błądzące po marketach Duszyczki spróbowały kiedykolwiek stworzyć coś same ?? Takie nawet drobne coś...
To dopiero jest adrenalinka...
     Najpierw trzeba to coś wymyślić, potem trzeba zgromadzić potrzebne drobiazgi, a potem przystępujemy do działania...Sam proces tworzenia zabiera czasem kilka dni, czasem kilka tygodni...
Ale jaka frajda...
A potem następuje ostatni ruch i nasza duszyczka aż jęczy z rozkoszy...Finisz...









(Taka sobie tunika mogąca urozmaicić jesienno-zimową sweterkomanię).













 ( Zrobiona z czarnego kordonku, szydełkiem, ściegiem najprostszym z możliwych, a dającym w efekcie końcowym, wizualizację małych kwiatuszków).












 (Żeby tunika nie wyglądała zbyt "statecznie" została "odcięta w biodrach "łańcuszkowym" paseczkiem i szarymi kuleczkami).







Finisz ??
Niekoniecznie...
     Zawsze można przy okazji pomyśleć o jakiś dodatkach...





 ("Obróżka" na srebrnym druciku. Zapięcie przymocowane w ten sposób, że zawsze można zmienić "jedynie słuszną" koncepcję).











 (Od razu się przyznaję, że kolczyki noszę bardzo okazjonalnie. W zimie nie noszę, bo metal w uszach bywa niebezpieczny, a w lecie nie noszę, bo kolczyki ograniczają moje "swobody obywatelskie". Ale srebrne kółeczka na jakąś super okazję...Czemu nie...).




 
     I duma nas rozpiera...
     Taki łaszek to dopiero skarb...Nie jakaś tam masówka...
     W takim ciuszku można wyjść bez obawy, że spotka się Znajomą w identycznym odzieniu...
Na pytanie "gdzie kupiłaś?"" ładujemy akumulator podwójnie...
"Sama zrobiłam"...
Niech "zazdraszczają"...
     Taki ciuszek to jak ogromne pudło czekolady...Same endorfiny...