Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amorki.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amorki.... Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 września 2020

Trzydzieści sześć lat...

 Dla...


 

Dane słowo, rzucone przed Bogiem,

szelest sukni, garnitur przyciasny,

drżenie dłoni, bo dzisiaj to powiem

i cel życia okaże się jasny

 

Myśl ulotna: A jacy będziemy ?

Za lat dziesięć, dwadzieścia, i dalej ?

Czy ze sobą być jeszcze zechcemy ?

Czy nam życie podpowie: Nie szalej !

 

Nie pieściło nas życie - tak bywa,

ciągle wspinać się trzeba z mozołem,

szczyt gdzieś w chmurach, a ścieżka jest krzywa,

lecz wspinamy się po niej we dwoje.

 

Był czas sztormów i magicznych zórz,

ja przy Tobie, a Ty przy mnie tuż,

nikt nie stawiał na tą naszą przyszłość,

ale chyba jakoś nam to wyszło...;o)

 

P.S. Czy wiecie, że 8 września 1984 roku, po tygodniu deszczu i zimna, wstał poranek ozłocony słońcem ?? Trochę wiało, to fakt...I czuć było lekki chłodek zbliżającej się jesieni...Ale do wieczora była piękna pogoda...

Czego i dzisiaj Wam życzę...;o)

 

piątek, 3 października 2014

Pięć, piętnaście, pięćdziesiąt, czyli urodzinki Ptysia...;o)

     Wiecie jakie to dziwne uczucie. kiedy Ktoś obchodzi pięćdziesiąte urodziny, a zna się tego Człowieka ponad czterdzieści lat, i nie jest to Rodzeństwo ??
Niektórzy znają...Fakt...
     Niestety nie dysponuję zdjęciami z czasów niemowlęctwa Pana N., więc jakoś nie mogę Go sobie w pieluchach wyobrazić...Początki Jego kariery przedszkolnej już kiedyś uwieczniałam, więc...
Hmmm...
Od czegoś muszę zacząć...
A początek dają z reguły Rodzice...



     To Mama i Tata Pana N. ...
Odeszli od nas już dawno temu, więc towarzyszą nam jedynie w dobrych myślach i wspomnieniach...
No tak...
Zapomniała bym o zdjęciach...
Są jeszcze pamiątki namacalne, wizualne...Takie, które zaklinają wspomnienia w obrazach..
     Tutaj, Pan N. z dwoma najważniejszymi Kobietami swojego małoletniego życia...



     Mama i Siostra...No i oczywiście Pan N. w dumnym wieku lat pięciu...
     Zaraz potem pojawiła Mu się w życiorysie trzecia Baba...Mam nadzieję, że też ważna...;o)
A potem było klasycznie, jak na owe czasy...
Podstawówka...Szkoła średnia...Praca...Rodzina...
A potem się okazało, że Panu N. minęło pół wieku...
     Trudno w to uwierzyć, kiedy się spojrzy w Jego roziskrzone oczy...Kiedy się posłucha szalonych pomysłów...
Gdzie stateczność ?? Gdzie powaga ?? Gdzie rozwaga ??
Hmmmm...
     Nic się ten Chłopak nie zmienił...


Niech Ci błyszczą oczy,
niech wiek obok kroczy,
śląc buziaki pysiem...
Zawsze bądź mym Ptysiem !!


wtorek, 11 lutego 2014

Scenariusz do mydlanej opery...

     Serduszka na prawo...Serduszka na lewo...Czyli widomy znak, że za kilka dni zagoszczą Walentynki...
I chociaż owo Święto ma tyluż Zwolenników co Przeciwników, to 14 lutego jest "sercowy"...
Sama skorzystałam z tej okazji, bo cóż to szkodzi poświętować ?? 
     Przeciwnicy "sercomanii" zaraz będą przytaczać, że Walenty to był taki Święty od chorób psychicznych i innych epilepsji, że asymilujemy kolejne "obce" Święto...
No cóż...To wszystko prawda...
A kiedy spojrzy się na podobizny Świętego Walentego to również zrozumiałym się staje powiedzenie, że "miłość bywa ślepa"...
Hmmm...
Urodziwy to On raczej nie był...
Ale serducho miał dobre...
     Święty Walenty żył sobie w Cesarstwie Rzymskim, kiedy owym cesarstwem rządził mało sympatyczny Klaudiusz II Gocki...
Ani się ten Władca specjalnie w historii nie zapisał, ani bohaterem szczególnym nie był, ale jeden z jego edyktów spowodował, iż imię Walentego zapisało się w historii Świata...
Cesarz Klaudiusz postanowił, iż w jego Cesarstwie nie wolno się żenić mężczyznom między 18-37 rokiem życia...
Czymże panowie tak Klaudiuszowi podpadli ??
Niczym...
W tym wieku obowiązywała służba wojskowa, a żołnierz żonaty był znacznie mniej skłonny do czynów heroicznych...
Rozsądku Klaudiuszowi odmówić nie można...
Ale przecież nawet w III wieku krew wodą nie była, a na wezwanie miłości człek głuchym być nie mógł...
I tutaj właśnie wkracza Walenty...
Wówczas jeszcze nie taki święty...
     Ów Kapłan dostojny hurtem udzielał ślubów właśnie owym "cesarskim wyrzutkom"...
Na pohybel...
     Służby wywiadowcze też już wówczas nieźle działały, więc czyny Walentego zaraz zostały Cesarzowi przedstawione...
     Rach ciach i zamknęli Biedaka w lochach...

     Siedział sobie Bidulek w tej celi, siedział...A że towarzystwo miał ograniczone, więc często rozmawiał z Córką swojego strażnika...
No i od słowa do słowa...Gadka szmatka...
I ziiiuuuutttt...
Walenty zabujał się totalnie...
Panienka też się zabujała, bo na szczęście Walentego niewidoma była, więc Jej mógł każdą ciemnotę o swojej urodzie wcisnąć...
I pewnie by sobie tak romansowali to pierwszego kursu dzikiego bociana na południe, gdyby nie to, że znowu znalazł się jakiś "życzliwy" i o amorach Walentego, Cesarzowi doniósł...
Walenty został skazany na śmierć...
     Koniec ??
A gdzieżby...
     Przeddzień egzekucji Zakochany Chłopak napisał do swej Oblubienicy list...Zapewne był to list miłosny...Chociaż niestety dowodów na to nie osiadam...W każdym razie list był...
Jedno jest pewne...
     Ową epistołę Autor podpisał..."Od Twojego Walentego"...
Ot co !!
     A żeby smaczku dopełnić to zgładzono Biedaka 14-go lutego 269 roku...
     I tak czcimy corocznie owo dzieło piśmiennicze przez Walentego wyprodukowane i mord okrutny na Nim wykonany...
     Jak nic scenariusz do mydlanej opery...

czwartek, 3 października 2013

Dzień Ptysia :o)


Wszyscy wiedzą nie od dzisiaj,
że gustuję bardzo w Ptysiach,
i łakomstwa tego siła
zawsze mocno we mnie tkwiła...
Niech więc Ptyś - Gordyjki Chwat
w zdrowiu żyje wiele lat
i niech Dusza w Nim rozkwita,
ta młodzieńcza, niespożyta !!
Wiele życzeń przesłać chcę...
Najlepszego !!! Panie N. :o)

czwartek, 26 września 2013

Zołzowata Zołza, czyli jak zauroczyć Kumpla...

     Któż z nas nie siedział kiedyś przed lustrem, z wypiekami na twarzy i z "motylkami" w żołądku, i nie szykował się na tą jedną jedyną, niezapomnianą chwilę ?? 
     W takim dniu każdy włosek we fryzurze musi być na swoim miejscu, każda kreska makijażu postawiona musi być perfekcyjnie, a fałdka na sukience jest wręcz ujmą "na honorze"...
Randka...
Ot, takie niby zwykłe spotkanie...
     Co prawda Świat się zmienia, ale obserwując Młodzież, to jedno pozostaje aksjomatem...Staranie, żeby wypaść jak najlepiej... 
     Bywa jednak, że owa randka nie jest tym wymarzonym spotkaniem, a "randkowicz" odbiega od ideału...Co wtedy ??

     Dawno, dawno temu...Kiedy gordyjskiej głowy nie barwiły jeszcze włosy w kolorze popiołu, a jej buziulka wolna była od zmarszczek, w gronie jej znajomych przebywał pewien Młodzieniec...
Można by nawet powiedzieć, że Młodzieniec urodziwy, a już na pewno twierdzić można, że dbający o swą urodę w stopniu, jak na owe standardy, ponad przeciętnym...
Chłopak był sympatyczny i miły, więc ogólnie w towarzystwie lubiany...Może bardzo skromny i nieśmiały, ale przecież to nie jest wadą...
Ów Chłopak lubił przebywać w towarzystwie Gordyjki...
Może dlatego, że zawsze miała swoje zdanie, a może dlatego, że uparta była jako ten Kłapouchy...A może po prostu dlatego, że pomysły miewała nieziemskie i lubił w tym uczestniczyć...
W każdym razie Chłopak spędzał w Jej towarzystwie każdą wolną chwilę, a jej to nie przeszkadzało...Nie przeszkadzało...Poniekąd...
     Stan posiadania tak oddanego Kumpla nie przeszkadzał Gordyjce aż do dnia, w którym usłyszała od Rodziców, że jest On świetnym kandydatem na męża, a gordyjski Tata na każdym miejscu okazywał Chłopakowi swoją sympatię...
Orzesz...(ko)...
Mąż ?? Narzeczony ??
W życiu !!
Kumpel i owszem...I tyle w temacie...
     Ośmielony dowodami sympatii Rodziców, Chłopak zdobył się na odwagę i zaprosił Gordyjkę do kina...
Dukał to swoje zaproszenie strasznie...Zdenerwowany był okrutnie...Raz czerwieniał...Raz bladł...Ale wydukał...
W Gordyjkę jakby piorun trzasnął...
Do kina ??
Ło Matko i Córko...
Niedoczekanie !!
     Gordyjka stworzeniem była dziwnym...Każdy Chłopak był kumplem, ale żeby ot tak, do kina ?? We dwoje ??
     Pewnie gdyby nie marudzenie Rodziców w życiu by nie poszła...Ale Rodzice "dziurę w brzuchu wiercili", a Gordyjka dziurawego brzucha mieć nie chciała...
     Chłopak na spotkanie przyszedł jakby Go w fotoshopie obrobili...
A Gordyjka ??
     Założyło dziewczę stare dżinsowe ogrodniczki, obszerną czerwoną bluzę, na to wdziała włochaty kubraczek z jakiegoś dzikiego zwierza, włosy splotła w dwa warkocze i kokardki czerwone wywiązała...A żeby "zemsty" za "nakazaną randkę" dopełnić wdziała szpilki...Chociaż sam stan ich posiadania napawał ją wstrętem...
I kiedy przed lustrem stanęła to widok w zwierciadle nawet ją zaskoczył...
W życiu by z kimś tak udekorowanym z domu nie wyszła...
Rodzice też oniemieli...
     Ojciec coś tam pomruczał pod nosem o babskim rozumie...Mama z przerażeniem w oczach zwiała do kuchni...
Chłopak na to zjawisko ani słówkiem się nie odezwał, poczerwieniał tylko na twarzy i uniósł wzrok...
Uniósł, bo Go Gordyjka teraz o głowę prawie przewyższała...
     Oboje to wspólne wyjście do kina jakoś przeżyli...
     Kiedy po latach siedzieli sobie towarzysko, Chłopak niespodziewanie powrócił do tych wydarzeń...
     - Pamiętasz jak zaprosiłem Cię do kina ??
     - Pewnie, że pamiętam... - odpowiedziała Gordyjka...
     - Hmmm...Fakt...Trudno zapomnieć...Poszłaś wtedy "po bandzie"... - stwierdził Chłopak i zaczerwienił się jak zawsze...
     - Ale zrozumiałeś...- zaczepnie stwierdziła dziewuszka...
     - O tak !! Chyba całe miasto zrozumiało... - przytaknął Chłopak i oboje się roześmiali...
     Tak to jest między Kumplami...;o) 

piątek, 30 sierpnia 2013

Prawie zwykły dzień...

     - Mógłbym Cię dzisiaj zaprosić na jakąś obiadokolację... - stwierdził wczoraj Pan N.
     - Mógłbyś... - stwierdziłam z uśmiechem...
     Przecież nie muszę się tak od razu przyznawać, że zamierzałam zrobić to samo...
     - I pomyśleć, że to już tyle czasu...- nostalgicznie coś w duszy zadrgało...
     - A my ciągle mamy po dwadzieścia lat... - przerwał moje nostalgiczne drgawki Ślubny...
No cóż...Dusza się przecież nie starzeje...
     Wieczorkiem wybyliśmy do naszej ulubionej Knajpki...
To takie "półświętowanie"...
Prawdziwe będzie za tydzień...
To będzie takie świętowanie "po naszemu"...
     A dzisiaj w ramach tygodniowych obchodów rocznicy pozostawiam Wam coś bardzo pozytywnego...
     Tak można z czegoś codziennego, szarego i nijakiego zrobić coś miłego dla duszyczki...
     I takiej właśnie codziennej radości, nam i Wam życzę nieustannie...:o)

czwartek, 14 lutego 2013

To musiał być Walenty...;o)

     - Kiedyś trzymałeś mnie za rękę, kiedy byliśmy młodzi.
 

Mąż bierze ją za rękę, a potem odwraca się i zasypia.
Ledwie zasypia, słyszy żonę:
     

     - Miałeś również zwyczaj mnie pocałować.
 

Trochę zirytowany, daje jej buziaka w policzek i
odwraca się do snu.

Kilka minut później słyszy:
 

     - Czasem nadgryzałeś mi szyję.
 

Rozdrażniony mąż odrzuca nakrycie i gwałtownie wstaje, zdenerwowany.
Zaskoczona żona go pyta:
 

     - Ale gdzie ty idziesz? 

     - Po zęby !!! - odpowiada Mąż...



  Wszystkiego najlepszego z okazji walentynek...:o)


piątek, 1 lutego 2013

Młodzieńcze uniesienia paragrafem ograniczone...

     Kiedy spotkaliśmy się po latach łzy wzruszenia same pchały się do oczu...Ponad dwadzieścia lat temu widzieliśmy się po raz ostatni...
Ostatnie uśmiechy...Ostatnie uściski...Ostatnie słowa...
I nowy Świat...
Świat dorosłości...
     To spotkanie było jak Gwiazdka w lecie...Niespodziewane i radosne...
Mimo upływu czasu twarze były znajome...
Z niepamięci wypełzły imiona i nazwiska...
I Psor...Nasza Miłość Dozgonna...
     Każda z nas chciała chociaż przez chwilę pobyć z Nim, zamienić kilka słów...A On jak wówczas, pełen wyrozumiałości, cierpliwości, popisywał się pamięcią...Nasze wpadki, psikusy, wspólne wyjazdy...
Na mój widok wyszeptał...
     - Chudzielec... - i odwrócił wzrok...
Mnie też było wilgotno w oczach...
Tak wiele z Nim przeżyłam...
     - Co u Ciebie ?? - zapytał po chwili...
     - Statystycznie... - odpowiedziałam z uśmiechem... - Mąż, dwoje Dzieci, pies...
     - W zawodzie nie pracujesz... - stwierdził...
     - Pracowałam, trzy miesiące...Za "czerwono" było... - wyznałam..., a On uśmiechnął się ze zrozumieniem...
     - A co u Młodego ?? - zapytałam, bo Syn Psora był wielokrotnie Kompanem naszych wojaży...
     - Głównie można powiedzieć, że Singiel... - odpowiedział Profesor i posmutniał z nagła...
     Wokół zrobił się tumult jakiś...Koleżanki przekrzykiwały się radośnie...Kelnerzy rozstawiali zamówione trunki...A ja spoglądałam na posmutniałą twarz Psora...
Wyobraźnia podsunęła mi inny obraz...
     Ten sam Psor...Te same Dziewczyny...Wiele lat temu...
     Młodość...Śmiech...Zabawa...
     Pierwszą zasadą w klasie było "Tabu"...
     Dzieci Psorów to było dla nas "Tabu"...
     Właściwie każdy przejaw jakiejś sympatii był gaszony w zarodku...
     Nas dyscyplinowano...Ich pouczano...
Lekko nie było...
     Klasa była żeńska, nasi Psorowie mieli głównie Synów...Krew nie woda...
     Syn Psora gustował w Halince...Uroczej Dziewczynie o blond loczkach, która była na dodatek zaprzeczeniem teorii o blondynkach...
Chłopak pojawiał się w Szkole często...Ona na te wizyty czekała...Po kilku tygodniach czekał też Psor...
Halinka wylądowała na "dywaniku", Młody się więcej w Szkole nie pokazał...Przestał również towarzyszyć nam w wojażach...
     Zasada owa dotyczyła nie tylko Potomków...
     Kiedy wracałam z jednego ze zgrupowań narciarskich, miejsce obok mnie w pociągu zajął sympatyczny Chłopak...Na zgrupowaniu jakoś Go nie zauważyłam zajęta treningami...W pociągu trzeba było czymś czas zająć...
Po kilku minutach okazało się, że podobnie jak ja ma bzika na punkcie historii, i że do Reprezentacji Szkoły dostał się z listy rezerwowej...Potem doszły czytane właśnie książki...Wakacyjne wyjazdy...
Ot, takie sobie pogaduchy...
W pewnym momencie otworzył plecak i poczęstował mnie czekoladowym batonikiem...
     - Paweł... - usłyszałam nad sobą karcący głos naszego Trenera... - zapominasz się...
Rozejrzałam się zdziwiona, bo nie zauważyłam w otoczeniu żadnego, "zapominającego się Pawła"...
I wtedy mój wzrok padł na siedzącego obok Chłopaka...
Był jak piwonia, ogromna i czerwona...
     - Tylko rozmawiamy Wujku... - wyjęczał...
Orzesz...(ko)...
Nieumyślnie podpadłam pod "paragraf"...
Czułam się durnowato i rozważałam, czy oddać nadgryzionego batonika, czy wepchnąć w całości do ust, żeby ślady przestępstwa zostały zatarte...
Paweł spoglądał przez okno w mrok i widać było, że sytuacja i dla Niego miła nie jest...
     - Przepraszam... - wyszeptał kiedy zbieraliśmy plecaki u kresu podróży...
     Aż do Matury witaliśmy się na szkolnych korytarzach uśmiechami, nigdy więcej nie zamieniliśmy słowa...
Pawełek też został Singlem...
Dowiedziałam się tego po latach, spotkawszy niespodziewanie Trenera na wyjazdowych zakupach...
W sumie tylko jeden z "towarzyszących" nam w szkolnych latach Potomków założył Rodzinę...
Na krótko co prawda,ale "sztuka" się liczy...
     Spojrzałam na uśmiechniętą twarz Halinki, która z ożywieniem opowiadała o swojej Rodzinie...Potem spojrzałam ponownie na Psora i nasze oczy się spotkały...
Tabu...Zakazany owoc leżał mu teraz bardzo na sercu...
     - Życie bywa przewrotne...- pomyślałam... 

wtorek, 25 grudnia 2012

Jak jeden dzień...

     Ufff...No to się udało...Przybieżeli...
     Nie to, żebym wątpiła w mobilność Pasterzy człapiących z powitaniem, ale że Gwiazdka w tym roku miała problemy z dotarciem do nas przez wyjątkową gęstwinę chmur, to i Wędrowcy mogli się gdzieś we mgle zapodziać...
Ale przybieżeli...
Przybieżeli odrobinę spóźnieni...
     Nie mogliśmy się z Panem N. doczekać...Może Pan N. odrobinę mniejsze emocje przeżywał, bo Biedak wstał o świcie do pracy, więc kanapa miała wczoraj ogromne przyciąganie, ale ja usiedzieć nie mogłam...
A wszystko przez Joasię...;o)
     Jak to mówił jeden z niesławnych "bohaterów"...
     "Dajcie mi człowieka, a wina się znajdzie"...
     No to ja już i "Winowajczynię" i winę znalazłam...
     Kilka tygodni temu Joasia zaproponowała mi rewanż za pewną przysługę...Przysługa wydawała mi się drobniusia, a "rewanż" ogromniasty, więc się droczyłam z Joasią odrobinę...
Ale, że ewidentnie ma Dziewczyna w sobie mieszankę krwi góralskiej, to nie odpuściła...
A mnie coraz bardziej Jej pomysł się podobał...
Szczególnie, że okazja sama mi się w łapy pchała...
Kilka maili, trochę adrenalinki, czy się wyrobimy w terminie...
I Pan Kurier zakrzyknął na mój widok...
     - Mam dla Pani przesyłeczkę !! Jak nazwisko i adres zobaczyłem to poza kolejnością mi sama na pakę wskoczyła... 
     Moja radość chyba się bardzo uwidoczniła, bo Pan Kurier, mimo widocznego zmęczenia również się rozpromienił...
     - Ważna ?? - dopytywał...
     - Najważniejsza !! - odpowiedziałam...- niespodzianka dla Męża...
     - To miałem czuja...!! - i ruszył Biedaczysko obładowany górą paczuszek...
Miał...
     W wigilijny wieczór paczuszka leżała ukryta za biureczkiem, a moje myśli ciągle błądziły w tamtej okolicy...
     Młodzi przybyli...Radość...Życzenia...Masa śmiechu...Opłatek...Przytulanie...Kilka dań uzupełniających...Prezenty od Mikołaja zalegające pod choinką...Uśmiechy...Przymierzanie...Oglądanie...
I w reszcie nadszedł czas na paczuszkę...
     - W tym roku mija czterdzieści lat jak się znamy...- zaczęłam, zmierzając do biureczka...
     Pan N. spojrzał na mnie zaskoczony...
     - Mam dla nas drobny upominek, ku czci...- kontynuowałam i podałam paczuszkę Mężowi...
     Kiedy zaczął rozrywać papier wiedziałam, że to była niespodziewana niespodzianka...
     A potem spojrzał na mnie...





     Właśnie tak...
     Orzechowe oczy Pana N. patrzyły na mnie dokładnie tak, jak czterdzieści lat temu, i jak patrzyły na mnie przez te czterdzieści lat...
Orzechowo...
     Nie pozostało mi nic innego jak odwzajemnić to spojrzenie...Tylko uśmiech mi się nie udał...




     Radość z niespodzianki była po prostu ogromna...;o)

     Dziękujemy Ci Joasiu za Twój "góralski" upór i za dar talentu, którym się z nami podzieliłaś i nadajemy Ci tytuł "Rodzinnego Portrecisty"...:o)
     A jeśli by Ktoś z Was zapragnął podarować komuś podobną "niespodziałkę", to Joasię znajdziecie tutaj...

http://joterkowo.blogspot.com/ 

 

wtorek, 14 lutego 2012

O wafelku, który nie był wafelkiem i o autokarowym balaście...


     Wszyscy dzisiaj wtrącają chociaż słówkiem o „walentynkach” to i gordyjskie pióro suchym pozostać nie może…

     Było to jakiś czas temu, kiedy „walentynki” wcale nie były w naszym kraju obchodzone, a my wszelkie okazje do świętowania lubiliśmy pasjami. 
Pan N. wówczas, piastował pewną funkcję społeczną w swoim zakładzie pracy i z owej funkcji, jako się rzekło „społecznej”, profit mieliśmy jeden…Raz w roku zakład pracy organizował dwudniowy wyjazd dla owych działaczy, wyjazd plenerowy, na dodatek z Połowicami…
Nie wiem dokładnie, czy taki był zamysł Organizatora, ale termin owych wyjazdów zbiegał się zawsze z owymi, nie obchodzonymi powszechnie „walentynkami”.

     Autokar podjechał na przystanek o umówionej godzinie, radosna gromada wsypała się do niego wykrzykując powitania i ruszyliśmy w ów „plener”.
Jako, że podróż autobusami nie była moim ulubionym zajęciem Pan N. postarał się o miejsca na przedzie pojazdu, bo wgapiając się w przednią szybę jakoś mniej cierpiałam…
Siedziałam znęka okrutnie samym faktem uciążliwej podróży kiedy z nagła mój żołądek upomniał się o jakąś paszę…Upomniał się o paszę wbrew wszelkiej logice, bo z reguły nie spożywałam zapobiegawczo niczego kilka godzin przed podróżą…
     - Ale bym zjadła coś słodkiego… - wymruczałam w nachylone ucho Ślubnego.
     - Słodkiego ?? – Pan N. nie mógł uwierzyć w to co słyszał.
     - Nooo…na przykład jakiegoś wafelka…
Mąż malowniczo zanurkował w bagaże i po chwili podał mi coś na kształt wafelka…tylko papierek jakiś nie wafelkowy. 
Oczywiście wcale na to uwagi nie zwróciłam i wzięłam się do rozrywania kilku warstw papieru…
A pod papierem było pudełeczko…
A w pudełeczku leżał śliczny zegareczek z czarnym cyferblatem i czarnym paseczkiem…
Paseczek oczywiście tradycyjnie za duży o dwa rozmiary, ale to było totalnie nieistotne…
Czasomierz był piękny…
     Przez autobus przeszedł cichy pomruk, bo siedząc „z przodu” byliśmy na cenzurowanym, ale co tam…
Chcecie zazdraszczać to zazdraszczajcie…
Ochota na wafelka mi przeszła…
     Dojeżdżamy pod ogromniastą górę, na szczycie Ośrodek, w którym mamy spędzić owe dwa upojne dni…Autokar jakoś daje sobie radę z zalegającymi zaspami śniegu…
Kiedy już właściwie czuliśmy zapach kolacji autokar malowniczo zarzucił „kuprem”, silnik zawył, a Pan Kierowca odwracając się do nas rozłożył ramiona…
     - No tośmy się zakopali… - i okrasił swą wypowiedź zatroskanym spojrzeniem…
Droga wąziutka, jak to w górach…Zmrok zapadł już malowniczy…A my stoimy sobie jakieś dwieście metrów od Ośrodka…
     - Wypchniemy !! – wrzasnął z nagła ktoś ochoczo i Pasażerowie ruszyli w stronę drzwi…
     - Panowie do pchania !! Panie na tył do obciążenia !! – komenderował nasz imprezowy Wodzirej.
     Kiedy tylko Panowie opuścili autokar Panie rozpoczęły marszrutę na tył pojazdu, a jako, że istota ze mnie zdyscyplinowana i bardzo prospołeczna, więc również zamierzałam ruszyć z pomocą…
Ledwie jednak powstałam ze swojego siedzenia Pan Kierowca zerknął na mnie i z uśmiechem stwierdził…
     - Pani niech siedzi…na balast się Pani nie nadaje…
Tak we mnie owa wypowiedź uderzyła, że z rozpędu klapnęłam na siedzenie…
Orzesz…(ko)…
     Panie chichotały na tyle przemieszczając się zgodnie z komendami Pana Kierowcy, Panowie sił wszystkich używali, żeby pojazd z zaspy wypchnąć, a ja siedziałam naburmuszona i wpatrzona w mrok…
I nagle „zły” mi na ramieniu zachichotał…
     „Ale z Ciebie sierota…!! Echhh…Chłopak Ci komplementy prawi a ty niczym indor się nabzdyczyłaś !! Balast jak już jest niepotrzebny to się za burtę wyrzuca, na przykład w takim balonie…a skoro się na balast nie nadajesz to musowo Cię na pokładzie trzeba zatrzymać”…
     Logika owego chichotu aż mną wstrząsnęła…
     „Ma rację diablisko…” -i z uśmiechem spojrzałam na Pana Kierowcę…
     Autokar jakby na mój uśmiech czekał…zakołysał się pięknie i niczym torpeda ruszył w kierunku parkingu…
Moje pięćdziesiąt kilo żywej wagi nabrało innego wymiaru…;o)


sobota, 14 stycznia 2012

Bieszczady o smaku poziomek...

     Słońce stało jeszcze wysoko na bezkresnych lazurach bieszczadzkiego nieba...Wiatr tańczył menueta z chabrami i makami ukrytymi wśród dojrzałej pszenicy...
     Siedziałam na szczycie niewielkiego pagórka i z głową opartą na podkurczonych kolanach słuchałam lasu...

Słuchałam lasu i nudziłam się na potęgę...
     Właśnie wczoraj przyjechali Rodzice i wraz z pierwszym całusem na powitanie została zabrana mi swoboda...

     Już nie mogłam biegać o świcie do leśnego potoku, nie błądziłam godzinami po splątanych leśnych ścieżkach, nawet Dziadek nie wołał mnie swoim śpiewnym głosem do obowiązków...
     W perspektywie wakacyjnej przygody pozostała mi wizja siedzenia na pagórku i wgapiania się w las...
Tego pojedynku nie wygram...
     Mama na mój widok mało wczoraj nie dostała zawału...Trzęsącymi się rękami wydobywała coraz to nowe medykamenty z apteczki...
Na poparzone pokrzywami nogi...Na pocharatane kolcami malin dłonie...Na spalone Słońcem plecy...Na "zimno", które wykwitło na górnej wardze dopiero co, dając zmianę temu z wargi dolnej...Na "jęczmień"przy prawej powiece...
Ale najgorszy lament podniosła, kiedy nieopatrznie i przez czyste gapiostwo uniosłam koszulkę na plecach...
Na plecach bowiem królował nieprzeciętnych rozmiarów siniec, barwy tęczowej poprzecinany gdzieniegdzie cieniutkimi kreseczkami strupków...
To była pamiątka po wyprawie "na buczynki"...
Gruchnęłam z najwyższego w lesie buka...
Aż ziemia jęknęła...
Kto by przypuszczał, że jednak nie dam rady doskoczyć do tej gałęzi...
     Mama lamentowała tak energicznie, że już chyba cała wieś wiedziała, że jestem nieodpowiedzialna "sierota", nieodrodna córka swojego Ojca, i nieodrodna wnuczka swojego Dziadka...
Tego to akurat nikt nie podważał, bo podobna byłam do obu niemiłosiernie, ale żeby zaraz tak lamentować bez powodu...
Echhh...
     Rodzina cała oczywiście się "ulotniła" gdzieś w plener, żeby czasem nie "wpaść" w mamine lamenty...i pozostawili mnie, chudzinę samiuśką...
     Jak tylko Mama skończyła te swoje obrządki zwiałam na ten pagórek...
     Z przerwami na posiłki i sen siedzę tu od wczoraj...
     Dobre miejsce...strategiczne...Ja widzę Mamę, a Mama mnie niekoniecznie...
Siedzę i planuję jak tu na tym pagórku nie umrzeć z nudów przez dwa tygodnie...
     - Mogę ??- mój myślowy marazm przerwał głos rozlegający się zza pleców.
     - To Twój pagórek... - odpowiedziałam zgodnie z prawdą i skuliłam się jeszcze bardziej.
     - Skoro na nim siedzisz to teraz jest Twój... - odpowiedział mi głos i usłyszałam delikatny szelest trawy.
Zapanowała cisza przerywana jedynie delikatnym "brzęczeniem" świerszczy...
     - Proszę...to dla Ciebie... - odezwał się Właściciel mojego azylu i podał mi poziomki nadziane na słomki trawy.
     - Dla mnie ?? - patrzyłam z niedowierzaniem, bo od lat nie zamieniłam z nim ani słowa.
     - Może poprawią Ci humor... - powiedział jakoś tak miękko i delikatnie się uśmiechnął.
I znowu świerszcze grały pierwsze skrzypce...
     - Chcesz to coś Ci pokażę...-usłyszałam po chwili i siedzący obok mnie Chłopak podniósł koszulę na plecach. Moim oczom ukazał się ogromnych rozmiarów siniec w barwach tęczowych, poprzecinany malowniczo cieniutkimi kreseczkami strupków.
     - Widziałem jak spadałaś...myślałem, że mnie się uda... - i to jedno zdanie spowodowało, że oboje roześmialiśmy się radośnie.
     - Przyniosę Ci maść... - zaproponowałam po chwili.
     - Daj spokój, nie pierwszy i nie ostatni...kiedyś zejdzie... - powiedział, a ja mu pozazdrościłam tej "zwykłości" siniaka.
Wiatr delikatnie muskał mi twarz, świerszcze przygrywały kolejną etiudę, gdzieś w oddali ptaki nawoływały się na spoczynek...
     - A tą rozciętą nogę Mama już widziała ?? - zapytał, a mnie zrobiło się gorąco mimo wieczornego chłodu...
     - Szpiegujesz mnie... - rzuciłam zaczepnym tonem...
     - Szpieguję... - wyznał bez skrupułów.
     - A po co ?? - dociekałam.
     - Bo wcale nie jesteś taka "miastowa"...- odpowiedział i chyba zawstydzony swoją szczerością odwrócił twarz.
     - Długo ?? - kontynuowałam dochodzenie.
     - Od Twojego przyjazdu...Ponad miesiąc... - wyszeptał.
Pagórek powoli zatapiał się w mroku, chłód zbliżającej się nocy powodował drżenie moich poobijanych nóg, magiczna ściana lasu zatapiała się w czerni...Na progu chałupy Dziadków ukazała się Mama i zaczęła mnie wołać nerwowym głosem...
Wstawałam powoli, tak powoli jak tylko było to możliwe...
     - Przyjdziez tu jutro...?? - zapytał niepewnym głosem.
     - Pewnie, że przyjdę...przecież powiedziałeś, że dokąd tu siedzę to jest mój pagórek... - odpowiedziałam, a On zaśmiał się radośnie, coś wcisnął mi do dłoni i zniknął wśród krzewów dzikiej róży...
     Powolutku człapałam sobie do domu...Migająca w oknie lampa naftowa mrugała do mnie figlarnie "oczkiem"...Wizja najbliższych dwóch tygodni nabierała innego wymiaru...Słonecznego...Błękitnego...

W ustach miałam jeszcze smak poziomek, a w dłoni maleńki bukiecik niezapominajek...
"Może powinnam pokazać Mamie tą rozciętą nogę ??" - pomyślałam...