Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Autobiografia w krzywym zwierciadle.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Autobiografia w krzywym zwierciadle.... Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 listopada 2024

Na szóstkę...

 Dawno, dawno temu...

Sześć miesięcy...

Byłam malutką dziewczynką w rożku na głowie...

Potem rożek dewaluował w kokardę...

Sześć lat...

A ja zmieniłam się w dziewuszkę, która namiętnie zwisała z płotów, trzepaków i innych konstrukcji pionowych...

By zrozumieć...

Dwanaście lat...

Że moim posłannictwem jest skakanie przez płoty...

Bo na boisku można spotkać swoją przyszłość...

Dwadzieścia lat...

I całe życie być w jednej drużynie...;o)
Chociaż bywało się zmęczoną...

Trzydzieści lat...

A fotel kojarzył się z możliwością drzemki...

Gdzieś w środku siedziała ta szalona dziewuszka z kokardą...

Czterdzieści lat...

Która stała na środku skrzyżowania w Paryżu, żeby anioł zmieścił się na zdjęciu...

Albo, żeby z totalnego ugoru zrobić ogród chudymi łapkami...

Pięćdziesiąt lat...

I nagle...

Sześćdziesiąt lat...

To już ??
A gdzie rożek ?? Gdzie kokarda ?? Gdzie niepokorna dziewuszka ??
Hmmm...

piątek, 22 listopada 2024

Podróże zawsze kształciły...

     Ostatnio w mediach jest na topie informacja, jak to sprytnie turyści teraz omijają problemy nadbagażu i uciążliwości targania w podróży potężnych waliz...Odkrywcza ta metoda polega na nadaniu przesyłki pocztą lub kurierem...Ło Matko i Córko !! ;o)

     Nie wiem co takiego odkrywczego jest w tej metodzie (chyba fakt, że ktoś w XXI wieku umie paczkę spakować), ale uśmiałam się z tej nowości do łez...

     Moja Mamciaśka w latach 70-tych ubiegłego wieku inaczej w podróż nie ruszała !!

Ponad pięćdziesiąt lat owa "nowości" chyba gdzieś na poczcie zalegała, albo w innym punkcie logistycznym...

     Gdziekolwiek żeśmy nie ruszały, to była podstawa przygotowań...Wizyta na poczcie (kurierów wówczas nie było), po informację, ile w dane miejsce przesyłka pójdzie...

Nawet do Bieszczadzkich Dziadków nasze bagaże transportowała poczta...Tu bywało wygodniej, bo Wujek podjeżdżał pod pocztę furmanką, paczek mogło być kilka (;o)) i termin był nam obojętny...;o) Byle bez zbytniego poślizgu...;o)

Ale zwiedziłam pół Polski, zaczynając od wizyty w urzędzie pocztowym...

     Nowina ?? Nie sądzę...

     Każdy kto wówczas korzystał z usług PKP lub PKS wiedział, że wbić się do pojazdu lekko nie było...

Podróż z walizami to był koszmar podwójny...;o)

Powspominajmy...;o)

     Zwykły pociąg w kierunku Bieszczad był jeden na dobę, obłożenie miał 300% i nikt się nie przejmował, że w takim tłoku nie tylko, że nie ma szans na miejsca siedzące, w tym pociągu nie było tlenu...;o)

     Mój Ojciec wskakiwał w biegu, kiedy pociąg wjeżdżał na peron i zwalniał...Tam walczył wręcz, z podobnymi egzemplarzami jak On (masa ciała i sprawność mięśni miała znaczenie)...

     Kiedy pociąg się zatrzymywał na peronie, zadaniem Mamciaśki było wypatrzeć Ojca w tłumie (w każdym wagonie był już tłum ludzi), naprężyć wszystkie swoje mięsieńki (a wiele ich nie miała) i wrzucić mnie przez okno w odpowiednim wagonie...Echhhh...

     Potem lądowały w tym oknie nasze podręczne bagaże (góra dwie sztuki) i już Mamciaśka mogła przystąpić do popisów aktorskich...Musiała odpowiednio dramatycznie wrzeszczeć, że dziecko jest już w pociągu, a Ona nijak nie może się do niego wbić...

Sztuka łatwa nie była, bo takich "aktorek" na peronie stał tłum...;o)

     Przy takim spektaklu nawet miejsca nie było na myśl o bagażach !!

     Że nie wspomnę o możliwościach fizycznych Mamciaśki, która nijak by owych waliz nad głowę nie uniosła...Że dziecko uniosła ?? Dziecko było szczypiorkiem, z wielkim zamiłowaniem do wspinaczki, więc wystarczyło, że Mamciaśka wypatrzyła odpowiednie okno ("szczypiorek" był za niski) i dała punk podparcia...Uwielbiałam jeździć pociągami !! ;o)

Tak więc...

     Nie robią na mnie wrażenia nowomodne wynalazki (wysyłania bagaży) i utyskiwanie, że w wagonie nie ma WiFi, albo ktoś "podsiadł" miejscówkę...

     Podróże kształcą !! Zawsze kształciły...;o) Nie tylko intelektualnie...;o)

środa, 6 listopada 2024

Dziecko "pierwszej brygady"...

     Nie to, żebym się doszperała jakiś bohaterskich przodków, albo żebym zamierzała strzelić wykład o Legionach Piłsudskiego...;o)

     Od kilku lat obserwuję jak trudne bywa przejście na emeryturę, jak ludzie potrafią się omotać wolnością, albo stetryczeć w ciągu kilku miesięcy...Nie będę zaprzeczać, że te obserwacje napawają mnie obawami...

     Przecież to całkiem nowe doświadczenie, nowy etap w życiu i całkiem nowy czas "nicnierobienia"...Ostatni taki mieliśmy w okresie niemowlęcym (jeśli nie chodziło się do żłobka)...

     A tu nagle budzik nie dzwoni, nie trzeba planować urlopów, nie ma obowiązków "od-do", nawet telefon zamiera...Cisza i spokój...

     Były przypadki, że emeryt tak się zachłysnął wysokością odprawy i czasem na hulanki, że doprowadził rodzinę do totalnego upadku...Kolejny poczuł młodzieńczy zew i zaczął uprawiać wszystkie możliwe (i niemożliwe) sporty, czym doprowadził organizm do zapaści i nacieszył się emeryturą ledwie kilka miesięcy...Następny wstaje o 4:00 i prawie cały dzień siedzi w samochodzie zaparkowanym pod blokiem...Drastyczne ?? Mam jeszcze kilka podobnych "egzemplarzy"...

     Ludziom trudno się odnaleźć...

Przed nami właśnie ten etap...;o) Już niedługo...

     I chociaż cisza, spokój, nuda, a nawet bezrobocie nam nie grożą, będziemy mieli przed sobą potężne wyzwanie...

     Wiecie na czym polega system pracy czterobrygadowej ??

     Pracuje się cztery dni rano - dzień wolnego - cztery dni na noc - dwa dni wolnego - cztery dni popołudniu - dzień wolnego...

     W takim systemie pracował mój Ojciec, a ja nie znając jeszcze dni tygodnia i nazw miesięcy, umiałam rozczytać "kalendarzyk czterobrygadówki"...Od urodzenia w takim systemem żyłam...

     Opowieści o niedzielnych wycieczkach, świątecznych odwiedzinach, a później rodzinnych weekendach, mogłam wsadzić między bajki...

     Wkrótce po ślubie Pan N. zmienił pracę i zgadnijcie ?!

     Zaczął pracować w systemie czterobrygadowym na brygadzie pierwszej...To było konieczne, jeśli chcieliśmy mieć jakiekolwiek rodzinne kontakty...(Ojciec też pracował na "pierwszej brygadzie")...

     Nie powiem...Mieliśmy z tego tytułu "bonusy"...

     Wolne w tygodniu dawało możliwość załatwienia formalności urzędowych, bez tłoku robiliśmy zakupy, a póki dzieci były małe, to i wyjazdy w plener odbywały się bez tłumów...

     Nazywamy to do dzisiaj "opozycją do Narodu", bo często wracamy z Wrzosowiska pod koniec tygodnia pustą drogą, mając na sąsiednim pasie korek za korkiem...

     Życie domowe też wygląda całkiem inaczej...

     Nawet jadłospis bywa podporządkowany...;o)

     Bo przecież nie będę tłukła kotletów jak Ślubny drzemie po nocnej zmianie...;o)

A że sen ma Biedak czujny, więc dokąd nie podrzemie, ja siedzę jak "myszka pod miotłą"...Ile macie cichutkich zajęć domowych ??

     Każda ze zmian ma swoją specyfikę i ten rytm życia właściwie wyssałam z mlekiem Matki (chociaż mleka nie ssałam)...

     Właściwie, żaden z Chłopaków nie ma takiego stażu "czterobrygadowego" jak ja...

     Niedługo wybije mi prawie sześćdziesiąt lat...

I lądowanie !!

     Tydzień odzyska układ dni...Miesiąc będzie miał weekendy...Organizacja Świąt przestanie być "wyższą matematyką"...;o)

     Nigdy w życiu tak nie żyłam !!

     Prawdziwe trzęsienie ziemi...;o)

P.S. I pomyśleć, że nie przysługuje mi za to żaden dodatek emerytalny...;o) 

sobota, 9 marca 2024

Nie wszystko musi być mądre...;o)

     Siedzieliśmy na stercie starych desek w zacnym gronie...Dyndaliśmy nogami, bo nic innego o tej porze dnia już nie było do roboty...Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, jak tylko nastolatkowie rozmawiać umieją...Słońce schowało się już za konarami buków...

     - Co robimy wieczorem ?? - padło podstawowe pytanie...

     - Ognisko ?? - padła propozycja...

     - Eeee...Wczoraj było... - negacja była prawie natychmiastowa...

     - W kometkę zagramy ?? - kolejny pomysł...

     - Ja odpadam...Muszę jeszcze wieczorny trening zrobić...Wrócę padnięta... - wymruczałam, chociaż wizja gry w kometkę była kusząca...

Dyndamy dalej...

     Nastoletni Sąsiad moich Bieszczadzkich Dziadków...Jego dwaj Kuzyni w podobnym wieku...I ja...Trochę młodsza "Rodzynka" w towarzystwie...

     - Patrzcie na ten las...Z każdą minutą staje się czarniejszy...Za cholerę bym do niego nie polazł... - zakomunikował jeden z Kuzynów...

     - Eeee tam...A na cmentarz byś po ciemku poszedł ?? - zapytał Sąsiad...

     I wtedy, zza naszych pleców, a właściwie zza ściany drewutni, odezwał się mój Bieszczadzki Dziadek...

     - Jeszczem nie słyszał, żeby komu las po ciemku krzywdę zrobił...Albo cmentarz...

     Ile trzeba Nastolatkom, żeby ułożyć im plan na wieczór ??

     Las w nocy Sąsiad i ja mieliśmy obcykany, atrakcja żadna, chyba że podchody, albo gra terenowa...Ale do tego to się miejscowi nadawali najlepiej, bo ich potem szukać po lesie nie trzeba...Kuzyni to Mieszczuchy...Przyjeżdżali rzadko...Terenu nie znali...

     Spojrzeliśmy z Sąsiadem na siebie i już wiedzieliśmy bez słów...

     - Chodźcie do leszczynki...- rzucił Sąsiad...

     Oddalone o kilkanaście metrów od zabudowań miejsce, idealnie nadawało się do precyzowania planów...

     - Idziemy na cmentarz ??- zapytał bez zbędnych wstępów Sąsiad...

     - Pewnie !! A daleko ?? - zapytał młodszy z Kuzynów...

     - Śpieszy Ci się gdzieś ?? - skarcił go Starszy...

     - Ale musimy zabrać Młodego...Inaczej nas wsypie... - precyzował plan Sąsiad...

     Młodszy był bratem Sąsiada (kilkuletnim), a że nocowali wszyscy w jednym pokoju, to pozostawienie go w domu było niebezpieczne...

     Mojej nieobecności nikt nie zauważy, chociaż nocuję na strychu z własnym kuzynostwem...Ale miewam różne pory wybywania, więc nie zwrócą uwagi...

     - W pół do jedenastej w leszczynce...- uzgadniamy zbiórkę...

Dziadkowe "ziarno" zaczyna kiełkować...;o)

     Ruszamy zgodnie z ustaleniami...Między zabudowaniami unosimy wysoko stopy, bez szurania...Milczymy...

Dopiero między polami wymieniamy kilka zdań, a towarzyszący nam kilkulatek radośnie podskakuje...

     Mamy butelkę wody (eskapada ma prawie dziesięć kilometrów), jedną latarkę (wyborny pomysł Mamciśki, która mi ją wrzuciła do bagażu) i kilka świeczek...

Nasza misja ma cel !! ;o)

     Zapalimy świeczki na grobach naszych bliskich...O północy ?? Dlaczego nie ??

     "Nowy" cmentarz nie wywoływał właściwie żadnych emocji...Ot, pomniki...Kamienie i tyle...

Ale "stary" był niesamowity !!

     Zarośnięty brzozami, klonami i cyprysami...Pełen pokrzywionych krzyży...

I chociaż Księżyc robił co mógł, żebyśmy nóg nie połamali, trzeba było skorzystać z latarki, żeby między kopczykami trafiać w ścieżki...

     Zapaliliśmy świeczki na grobach Dziadków Sąsiada i na grobie Siostry mojego Dziadka...Pomodliliśmy się...Czas było wracać...Kilka godzin snu się przyda...;o)

     Tyle w temacie zagrożeń cmentarnych po zmroku...

Chyba że...

     Kiedy Bieszczadzka Babcia wróciła z porannej, niedzielnej Mszy, z pokoju dziadków doszły nas odgłosy, które były zaskoczeniem dla całej Rodziny...Spokojna zazwyczaj Bieszczadzka Babcia krzyczała niewyobrażalnie, a wtórowało Jej pokorne "mruczando" Bieszczadzkiego Dziadka...

Ki czort ??

Ale kiedy Babcia wypadła z pokoju i z rozpędem trzasnęła drzwiami, wszyscy zgodnie ruszyliśmy sprawdzić, czy Dziadek przeżył ten atak...

     Bieszczadzki Dziadek siedział na swoim łóżku i odmawiał różaniec...Niby nic...

     Bieszczadzka Babcia zaczęła obierać ziemniaki na obiad...Niby nic...

Coś jednak "wisiało" w powietrzu...

     Kiedy po obiedzie przysiadłam się do Dziadka na progu "drewutni"...

     - Musieliście te świeczki palić ?? - zapytał Dziadek...

Mało mnie grom nie trafił...

     - Było iść i wrócić, a tak to afera w całej Parafii... - szeptał Dziadek...- Kościelny mało nie umarł ze strachu, a Proboszcz chciał milicję wzywać...

Echhh...

     Okazało się, że Kościelny wyjrzał przez okno, bo go hałasy z cmentarza obudziły...Głosy słyszał...Światła mu migały...Ewidentnie jakieś "dusze" uleżeć spokojnie nie mogły...

     Przerażony zadzwonił do Proboszcza, a że ten bardziej w temacie "dusz" obeznany, więc zwietrzył "niecny" uczynek...

     Tyle, że myśmy się już wtedy w drogę powrotną zebrali, więc na cmentarzu zapanowała głucha cisza...

     Rano Kościelny pognał na cmentarz i odkrył trzy palące się świeczki...Echhh...Wtopa na całego...

     Po Mszy Proboszcz wezwał (publicznie) Bieszczadzką Babcię i Rodziców Sąsiada do zakrystii...

     "Wstyd na całą Wieś !!"...(Cytat z Bieszczadzkiej Babci)...

    A że Babcia słyszała sugestię Dziadka o bezpieczeństwie wędrówek po ciemku, więc się Biedakowi oberwało najbardziej...Chociaż...

     Przed Rodzicami Sąsiada, Bieszczadzka Babcia Dziadka nie zdradziła (lojalność małżeńska), Sąsiad i Kuzyni dostali "szlaban na wszystko" (nawet na ciasto Mamy Sąsiada)...Przez tydzień porozumiewaliśmy się tylko "błyskami lusterek" w oknach...

Ja ??

     Kiedy poszłam z Bieszczadzką Babcią zbierać liście buraczane dla świń, usłyszałam tylko...

     "Ty chłopów nie słuchaj !! Swój rozum miej !! Oni nic mądrego nie wymyślą..."

Hmmm...

     Może to i mądre nie było...Ale jakie ekscytujące !! ;o)


P.S. Ale pewnej mądrości żeśmy nabrali...;o) Nigdy więcej nie zostawiliśmy śladów po naszych przygodach...;o) 

piątek, 15 grudnia 2023

Kichanie na wszystko...

 Aaaapsik !!

     - Na zdrowie !!

Aaaapsik !!

     - Sto latek !!

Aaaapsik !!

     - Babcia Józia !!

??

     Taki mamy rytuał przy kichawicy...;o)

     Szczególnie przydatny w czasie kataru, bo nieodmiennie wprawia w wyśmienity nastrój, powoduje śmiech (nawet u "zdechlaków") i ...

No właśnie, dlaczego Babcia Józia ??

     Bo moja Bieszczadzka Babcia nigdy nie kichała jeden raz, nie kichała dwa razy...Babcia kichała seriami...;o) Bywało, że nawet kilkanaście kichnięć wydobywało się z tej skromnej Kobiecinki (nie żeby szczuplutkiej)...

To Jej kichanie słynne było nie tylko w Rodzinie i wśród Znajomych, o Babcinej kichawicy wiedziała cała okolica...Był to (poza niebieską podomką i kremową chustką) znak rozpoznawczy...;o)

     Czy to był znak przeziębienia ?? 

     Nie sądzę, nie pamiętam, żeby Babcia Józia miała kiedykolwiek katar...Była zdrowa jak Rzepa !!

     A może to była oznaka alergii ??

     To słowo poznała Bieszczadzka Babcia kiedy się urodziłam i nijak nie mogła ogarnąć rozumem tego zjawiska...Kiedyś Wam opowiadałam o dramatycznej przygodzie z kubeczkiem mleka prosto od krowy...;o)

"Co to za miejskie dziwactwa, żeby dzieciak nie zjadł sera, jajka, albo mleka ??" - były lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku...O alergiach słyszało niewielu...;o)

Ale wracajmy do Babci Józi...

     Alergia to nie była, bo Babcię kichawica "napadała" w różnym czasie i różnych miejscach...

     Bieszczadzki Dziadek miał pewną teorię...;o)

     Tak Babcia Józia pozbywała się złych emocji !! Jak się Jej pojemnik z "żółcią na wątrobie przepełniał" to następowało kichanie...;o) Bo z gruntu była bardzo spokojnym człowiekiem...

Fakt...

     Nigdy nie słyszałam Jej podniesionego głosu (chyba, że śpiewała)...A wychowała ośmioro Dzieci !! Jakaś przesłanka do zdenerwowania zawsze się znajdzie przy takiej gromadce...;o)

Prawie dwudziestka Wnuków też dawała popalić...;o)

A Babcia Józia nic...Tylko "Aaaapsik"...;o)

Martwić się martwiła, żeby nie powiedzieć zamartwiała...

Modlić się modliła za każdego z nas...

I to kichanie...;o)

     Dlatego do dzisiaj jest z nami...Wiecznie żywa we wspomnieniach...Ki(o)chająca Babcia Józia...♥

Aaaapsik !!


P.S. Nie mam kataru...;o) 

czwartek, 8 grudnia 2022

Jakoś zleciało...

     Ostatnio Gordyjka znowu się postarzała...No cóż...Że spoważniała powiedzieć nie mogę, chociaż fakt, odrobinę przystopowała (kropla drąży skałę)...;o)

     Wnuki przy pomocy Misiowego Taty złożyły Babci życzenia: torta (oczywiście czekoladowego), szampana (oczywiście truskawkowego) i głośnej muzyki...Czyli ??

     Ewidentnie się Nieloty na imprezę szykują...;o)

     Certyfikowanego weekendu znowu nie było, bo Tygrysek sprzedał wszystkim "zarazę" ze żłobka...Jego właściwie "łamało" kilka tygodni, ale jak "sprzedał" zarazki Princesce to Mu przeszło...Nie wspomnę przez skromność, że w międzyczasie i Babcia oberwała rykoszetem...;o)

     Księciunio tym razem się obronił (bo to On w trybie ekspresowym przekazał Babci co miał do przekazania), ale zaliczył "wtopę" w szkole i tyle z Certyfikatu...Księciunio ma pewną szkolną przypadłość...Uczy się tego co lubi...Lubi matematykę, a reszta jest "złem koniecznym"...;o)

     Nie wspomnę, że ma to po Tatusiu, więc miodem na gordyjskie serce spływają komentarze Pierworodnego...;o)

     Byłam chyba jedyną matką w Zaścianku, którą nieustannie "na dywanik" wzywały Polonistki...;o)

     Przyjmowałam to "na klatę", bo Pierworodny odziedziczył to po mamusi...

     Ja problem "ogarnęłam" pod koniec podstawówki...Pierworodny ogarnął w szkole średniej...To i Księciunio sobie poradzi...

Chociaż można by to za jakąś klątwę rodzinną przyjąć...

     Skoro statystycznie rzecz ujmując, na dziesięciu uczniów jest dziewięciu humanistów i jeden "ściślak", to jakim cudem te pojedyncze egzemplarze ładują się właśnie do nas ??

Ale podobno "gena nie wydłubiesz"...;o)

     Moja Mamciaśka wyleciała z najlepszego Ogólniaka w Rodzinnym Mieście za totalne "olanie" przedmiotów humanistycznych (po przeniesieniu do Szkoły Pielęgniarskiej odkryła w sobie dar "lania wody")..."Łyknęła" humanizm bez popitki i skończyła szkołę z wyróżnieniem...;o)

     Ja do siódmej klasy balansowałam na granicy 3 na 4 z języka polskiego, a "ścisłe poopsko" ratowała mi niesamowita pamięć do reguł gramatycznych i ortograficznych (przy historii idealne skoro pamiętałam kto i kiedy)...Zasadę "lania wody" przekazała mi Mamciaśka !! 

Widząc jedno z moich (delikatnie napiszę), skromnych wypracowań, siadła i napisała to samo, z użyciem "wody"...

Załapałam !! ;o)

     Na "dywaniku" u Nauczycielki Pierworodnego pierwszy raz wylądowałam w trzeciej klasie podstawówki!!

Dzieciaki miały opisać drzewo...Miało być sześć zdań prostych...

Pierworodnemu wyszły jedno: "Drzewo stoi na górce"...

     Na moje pretensje usłyszałam od Syna, że opisywanie drzew jest głupie, bo przecież jak wygląda drzewo każdy wie...Albo ma liście, albo nie...Żeby chociaż trzeba było te liście policzyć !!

Nie podziałała też zasada przekazywania metody "lania wody"...

     Nawet na mękach piekielnych się do tego nie przyznam (że wiedziałam), ale nasze Dzieciaki opracowały do perfekcji "szkolną współpracę"...Pierworodny ogarniał przedmioty ścisłe (w dwóch rocznikach)...Córcia ogarniała przedmioty humanistyczne i artystyczne (w dwóch rocznikach)...

Pierworodnemu "klapka humanistyczna" otworzyła się po maturze...

Córci "klapka ściślaka" nie otworzyła się wcale...;o)

     Jakim cudem mamy absolutną Humanistkę w Rodzinie skoro Pan N. też jest "ściślakiem" ??

Tego nawet najstarsi Górale nie wiedzą...Może się ta "woda" w gen zebrała ??

Ale wracajmy do świętowania...

     Gdzie Gordyjka może świętować zestarzenie się PESEL-a ??

No gdzie ??

Wiadomo !! W Krakusowie !!


     Tym razem bez upału i ścisku...Chociaż w "promocji" dostaliśmy świąteczny Jarmark...

     I chociaż wszyscy utyskują na zawyżone ceny, ja się nawet nie zająknę w tym temacie...Na tym Jarmarku kupują tylko Turyści...Słyszeliśmy chyba wszystkie języki Świata...

     Ale pewna sytuacja bardzo nas rozbawiła...Stoisko nosiło nazwę "Włoskie ciasteczka"...

     Ekspozycja bardzo przyciągała uwagę kolorystyką i schludnością...Właściwie to aż ślinka ciekła na widok tych ciasteczek...C I A S T E C Z E K ...Dokładnie właśnie tak...To nie były ciacha, ciastka...To były ciasteczka...

     Grupa kilku Pań dyskutuje zawzięcie, które frykasy mają nabyć drogą kupna (Polki, więc dialog jest w pełni zrozumiały) i podejmują jedynie słuszną decyzję...Te !!

I tutaj jedna z Pań zachowała resztki rozsądku pytając Sprzedawczynię o cenę...

     - Dwadzieścia pięć złotych...

     - Ile ??

     - Dwadzieścia pięć...

     - Za kilogram ??

     - Za jedno !!

     Panie zwinęły się tak szybko, że nawet kurz nie zdążył opaść...;o)

No cóż...Oryginalne włoskie ciasteczka swoją cenę mieć muszą...;o)

     Kiedy podeszła kolejna Klientka i bez zastanowienia (i pytania) zaczęła wybierać: cztery te, cztery te, cztery te...Zwialiśmy przy trzecim wyborze...Trzysta złotych było już w foliowej torebce, a Pani wybierała dalej...

     Jeśli było Ją na to stać...To gratulacje !! Jeśli żyła z przeciętnej pensji, to sama sobie dzień zepsuła...

     My poczłapaliśmy niespiesznie do Starej Kuchni (tradycyjnie), odczekaliśmy natłok grupy zorganizowanej...Dokonaliśmy jedynie słusznego wyboru z bogatego Menu i...



     Wcinaliśmy, że aż się "uszy trzęsły"...Było jak zawsze pyszne i jak zawsze "za przyzwoite pieniądze"...A pretensje Pana z sąsiedniego stolika, że mają stanowczo zbyt małe talerze, rozbawiła nas okrutnie...Za "małe talerze" ?? Czy za duże porcje ?? Kelner miał taką minę, jakby w przeciągu zgubił ostatnią szarą komórkę...;o)

     Potem zrobiliśmy jeszcze dwie pętelki po Rynku, żeby znaleźć godne miejsce na wypicie kawy...


     I na ten rok kończymy krakowskie wizytacje...

sobota, 16 października 2021

Szczyt szczytów...

 Dawno temu krążył taki dowcip...

     - Co to jest szczyt szczytów ??

     - Narobić komuś na wycieraczkę i zadzwonić do drzwi z prośbą o papier...;o)

Mój "szczyt szczytów" jest mniej kontrowersyjny...

     Jako młodociane dziewczę nosiłam go codziennie z sobą, towarzyszył mi całodobowo...I nie ma co ukrywać, bywał bardzo pomocny...

     W szkole podstawowej mniej, ale w średniej, poznałam siłę swojego nazwiska...;o) Kiedy Geograf wywoływał mnie do odpowiedzi, cała Klasa wiedziała, że tym razem ma luzy...

     - Ależ Ty masz geograficzne nazwisko...- mruczał Geograf...- Wiesz chociaż od czego pochodzi ??

I się zaczynał mój popis...

     - Najwyższy szczyt Tatr, Karpat i Słowacji...Położony w bocznej grani Tatr Wysokich...Należy do Korony Europy...Wysokość 2654m n.p.m. (wtedy taką wysokość podawano oficjalnie, teraz dokłada się metr)...I bajałam, bajałam, bajałam...

     Nasz Geograf wpatrywał się w okno i wyglądał na rozmarzonego...Może zdobywał szczyty ??

     Po kilkunastu minutach wracał do rzeczywistość, rzucał mi pytanie z tematów aktualnych i po dwóch, trzech moich zdaniach, przechodził do lekcji...

Takie miałam "przywileje"...;o)

     Czym dłużej trwała ta praktyka, tym szybciej kiełkowała we mnie żądza...


 "Zdobyć szczyt, stanąć na nim i ogłosić Światu, że urósł o 172 cm"...

     Krzyża jeszcze na nim nie było..."Wyrósł" w 1997 roku...

     Wejście na Gerlacha w czasach mojej młodości nie było tatrzańskim spacerkiem...Potem ja byłam "poza szczytem" zdobywając wyżyny rodzicielstwa...A kiedy nadszedł błogosławiony czas i mogłabym ruszyć na podboje, Bozia złapała mnie za piętę i nieźle potrząsnęła..."Opamiętaj się dziewczyno"...

Przez kilka lat oglądałam góry z poziomu asfaltu...Chociaż to właśnie wtedy "zaliczyłam" Chopoka (2024m n.p.m.) w sukience i sandałach na obcasiku...;o) Pierwszy i jedyny raz kiedy zachowałam się w górach jak "lelija"...Taka forma buntu mnie dopadła...;o)

Wtedy też byłam najbliżej Gerlacha...

     Fantazja ułańska zawiodła nas do maleńkiej wsi u podnóża Góry...Wsi, oczywiście Gerlach...Kilka ubogich domków...Stada kur błąkających się po asfalcie...Niczego tam właściwie nie było...Tylko Góra...

     Być może dlatego, lata temu, mój Pradziadek, a może Prapradziadek, porzucił ten ubogi skraweczek ziemi i przywędrował w Bieszczady ?? Tego się już nie dowiem, bo Dziadek wiedzy nie miał, a w Księgach parafialnych była tylko krótka notatka...

     Kiedy kilka lat temu spotkaliśmy przypadkiem Przewodnika tatrzańskiego, organizującego wyprawy na "moją Górę", nadzieja powróciła...

Może jednak się uda ??

Długo mierzyłam się z rzeczywistością...Mierzyłam siły na zamiary...

No cóż...Za późno...

Nie uda się...Tym razem rozsądek zwycięży...

Nie wszystkie marzenia muszą zostać zrealizowane...

A jeśli ?? ;o)

sobota, 10 kwietnia 2021

Jedna pożyczka...

     Trzydzieści lat temu podjęliśmy pewną decyzję, która rzutuje na nasze życie do dzisiaj...Wzięliśmy pożyczkę zakładową (o kredyty było znacznie trudniej) i zamiast jak całe otoczenie rzucić się w domowe remonty, urządzanie mieszkania, albo zakup wymarzonych "czterech kółek", kupiliśmy komputer...

Fakt...Byliśmy oboje zakręceni technologicznie w wielkim stopniu...

Ale komputer miał całkiem inne przeznaczenie...Jak dwie "Kasandry" przewidywaliśmy, że to dopiero "okres pieluszkowy" informatyzacji Świata, i że za kilka lat będzie to przyszłością dla Dzieciaków...

Z premedytacją kupiliśmy model służący bardziej do pracy niż zabawy, chociaż i gier zakupiliśmy sporo...Jakiś "robak" na tej wędce wisieć musiał...

     Pierworodny po kilku dniach złapał bakcyla i ze smutkiem ustępował miejsca przy kompie...

Miał ledwie skończone sześć lat kiedy popełnił pierwszy "program"...Prościutki, siermiężny, ale działający...Byliśmy z Niego bardzo dumni...

Chociaż nawet nie miał się komu pochwalić osiągnięciem, bo właściwie nikt tego nie rozumiał...

     Z roku na rok w domu pojawiały się coraz lepsze modele PC-tów, Pierworodny poznawał tajniki dogłębnie...Poświęcał im każdą wolną chwilę...

     Ja ze zdziwieniem wysłuchiwałam utyskiwań Sąsiadek na marnowanie czasu "przy kompie" i kręciłam głową na ich pomysły panowania nad informatycznym żywiołem...Jedne zabierały do pracy kable zasilające (jakby to mogło być przeszkodą), kiedy pojawiły się modemy internetowe, bywało że chodziły do pracy z modemami, albo chowały je w piwnicy...

U nas było totalnie na odwrót...

     Pakiet internetowy był sprawiedliwie dzielony na pięć części...Piąta część to był czas "służbowy" (przelewy, maile)...

     Czy wiedzieliśmy jakie zagrożenia czyhają na Dzieciaki w internecie ??

     No cóż...Jak się ma dwoje Rodziców z fiołem technologicznym, to się wie, że nic się nie ukryje...Szybko powstała rodzinna sieć komputerowa...Pan N. zdalnie zarządzał całym "interesem"...Ja rozgryzałam wszystko "użytkowniczo", błądząc po czatach, portalach, a nawet bywałam testerem gier...;o)

     Czy marudziłam kiedyś na "marnowanie" czasu ??

     Nie przypuszczam...Chociaż być może coś mi się wyrwało...

     Jako Nastolatek, Pierworodny pomagał nam w Firmie, a nawet miał "swoich" Klientów, biegle władał angielskim (technicznym również), znał języki programowania i miał tłumy znajomych na całym Świecie...Często uczestniczył z nami w szkoleniach organizowanych przez wiodące Firmy informatyczne...

     Mocno trzymaliśmy kciuki, kiedy rozpoczynał studia informatyczne...

I tutaj nastąpiło zderzenie marzeń z rzeczywistością...

     Okazało się, że Syn jest za bardzo do przodu...Poślizg wynosił kilka lat...

     Nasze wyobrażenie o "studiowaniu" uderzyło w mur: "Profesor wie lepiej"...

     Dopiero kiedy zaczął pracę zawodową zaczął zbierać profity z tego "do przodu", a my słuchamy z radością Jego opowieści i za każdym razem, wracając z Misiowego Domku, wspominamy te najlepiej w życiu wydane pieniądze...

Ale prawdziwa radość była nam dana kilkanaście dni temu...

     Siedzieliśmy wspólnie przy stole, kiedy Misiowy Tata zapytał Księciunia:

     - Może pokażesz Babci i Dziadziusiowi swój pierwszy skrypt ??

Księciunio poczerwieniał z emocji i ruszył biegiem do gabinetu Syna...

Widać było jak jest przejęty...

     Włączył laptopa, odpalił skrypt i na ekranie pojawił się "stworek" poruszający się w różnych kierunkach, podskakujący, a nawet zbierający "premie"...

     Nasze gratulacje Księciunio przyjął z zawstydzeniem...Nie spodziewał się, że to "bardzo ważna rzecz" !!

     Księciunio nie tak dawno skończył sześć lat...;o)

(Ale On, ma się komu pochwalić...)

Nasza "pożyczka zakładowa" dalej procentuje...;o)

Tyle, że Księciunio miał dla Dziadziusia jeszcze jedną niespodziankę...

     - Może zagrasz z Dziadkiem w szachy ?? - zapytał Pierworodny...

W końcu Dziadek będzie miał z kim grać w szachy !! (Odkąd Syn wyjechał na studia, była z tym bieda)...;o)

A ciągłe okrzyki Princeski:

     - Teraz ja !! Teraz ja !!

Utwierdziły nas w przekonaniu, że i Ona będzie trudnym Przeciwnikiem dla Dziadziusia za jakiś czas...

     Jako Rodzice, staraliśmy się otworzyć Dzieciakom wiele "drzwi", chociaż miewaliśmy bardzo ograniczone możliwości...I te lokalizacyjne (Zaścianek), i te finansowe...Ale wyłuskiwaliśmy te Ich "zdolności", wsłuchiwaliśmy się w marzenia, a czasem sami rozpalaliśmy jakąś iskrę...

Bo Dzieci muszą spróbować miliona rzeczy zanim znajdą swój kawałek Świata...To nie zawsze ten kawałek Świata, który marzy się Rodzicom...Ale ważne, żeby marzenia się spełniały, żeby Dzieci były szczęśliwe, a Rodzice spali spokojnie...;o)

poniedziałek, 8 marca 2021

O tym jak Renciści porodówkę uratowali...

Dawno to było...Oj, dawno...

Strasznie się szybko Dzieci starzeją...;o)

     Był Dzień Kobiet`85 i prawie w samo południe na Świat przybył nasz Pierworodny...

     Ale, że wtedy całkiem inne priorytety Młodzież miała, więc oprócz Pierworodnego przybyło dzieciaków "na pęczki"...

     Wieczorem w ten dzień, na dziesięcioosobowej sali leżało nas siedemnaście (więcej łóżek już wstawić się nie dało, bo przechodziłyśmy "po łóżkach")...Wszystkie sale tak wyglądały...

Na korytarzu ustawiono łóżko przy łóżku...

Kobietę, która urodziła w windzie, nie było już gdzie ułożyć, więc zablokowano windę i leżała "jednymi kółkami w windzie, drugimi na korytarzu"...

Armagedon urodzeniowy...

     Szpital miał dyżur...Jedyna porodówka w stutysięcznym mieście...Na pomoc medyczną nie było co liczyć, chociaż Położne i Lekarze słaniali się na nogach...I weekend...

W sobotę rano przez oddział przeleciała nowina...

     Przełożona ma wolne i klucze do magazynu środków czystości...

Orzesz...(ko)

Zapasy skończyły się w nocy...

     Każda z nas coś tam w bagażach miała, ale z minuty na minutę sytuacja robiła się dramatyczna...Brak podkładów, brak środków przeciwbólowych, brak wszystkiego...

     W południe przybyli w "odwiedziny" Mamciaśka i Pan N. ...

     Wszyscy na oddziale byli tak zajęci, że udało mi się Ich wpuścić do "kantorka" przystosowanego do przyjmowania położnic, i zanim ktokolwiek zareagował, zamieniliśmy kilka zdań (porodówki były wówczas oddziałami zamkniętymi)...Oczywiście nie omieszkałam opowiedzieć o problemach z zaopatrzeniem...

No i co ??

     Mamciaśka natychmiast zarządziła ekspedycję ratunkową...

     Pognali z Panem N. do domeczku (Rodziców), "ograbili" Ojca z kluczyków do samochodu i dokumentów, po czym ruszyli do PDR-u (Państwowy Dom Rencisty), w którym Mamciaśka była Przełożoną Pielęgniarek...

     Godzinę później Pan N. wtaszczył na oddział ogromny wór "przydasi"...Najpierw witany krzykami dezaprobaty, oburzenia i sprzeciwów...A po prezentacji zawartości worka krzyki zamieniły się w błogosławieństwa, wyrazy wdzięczności i prawdziwy entuzjazm...

     Tylu zadowolonych Bab to ja nigdy wcześniej i później nie widziałam...

     Atmosfera na oddziale zmieniła się diametralnie...Z Położnych spłynął stres...Z Położnic spłynęło napięcie...Niby nic...Worek środków higienicznych...

     Nawet kolejka (kilkudziesięcioosobowa) do toalety nie wywoływała konfliktów...Na korytarzu i w salach słychać było nieustanny śmiech...

Zaczęła królować radość z narodzin...

Taki to było dzień...

     W poniedziałek do pracy przyszła Przełożona, razem z kluczami, a mnie i Pierworodnego wypisano...;o) 

 

P.S. Pierworodny był pierwszym i jedynym (z tego co mi wiadomo) prawnukiem Bieszczadzkich Dziadków urodzonym "w święto"...Oni mieli osiem "trafień"...Księciunio i Princeska urodzili się w normalne dni...Może Tygrysek ?? Ma sporo możliwości, sądząc po "terminie"...Jeszcze trzy miesiące do wielkiego "BUUMMM"...;o)

Dla mnie od wielu lat wiosna zaczyna się od 8-go marca...;o)

Najlepszego Synku !! Niech nam Bozia da zdrówko...;o)

czwartek, 14 stycznia 2021

Niech żyje sport...

     Miałam jedenaście lat, gdy w naszej Szkole pojawił się za zawodach lekkoatletycznych Pan Stanisław...Postać, rzec by można, nietuzinkowa...

Pan Stanisław był "łowcą talentów" w jednym z Klubów sportowych...

Wtedy nie miałam o tym pojęcia...

     Była końcówka maja, albo początek czerwca...I piękna pogoda...

     Zawody składały się z trójboju, bieg na 60-tkę, skok w dal i rzut piłeczką, że tak powiem, palantową...

     Po moim biegu nastąpiła wśród Sędziów jakaś konsternacja...Coś liczyli...Gdzieś biegali...I przez dłuższą chwilę debatowali zawzięcie...

Ja siedziałam na ławeczce z Panią B. i dyndałam nogami...

     W czasie skoku w dal (pierwszego w życiu), odbiłam się od deski z taką mocą, że deska poszła w drzazgi, a ja wylądowałam na pupsku z rozmachem...

Sędziów znowu ogarnął szał...

     Moja WF-istka biegała z rozwianą fryzurą, z obłędem w oczach i purpurą na twarzy...

     Okazało się, że w ten dzień pobiłam wszystkie szkolne rekordy, a moje wyniki klasyfikowały mnie w czołówce Miasta, województwa i regionu...

Się porobiło...

Można by powiedzieć, "dzień, który zmienił moje życie"...

     Sport stał się moim życiem, bieżnia stała się moim miejscem na ziemi...

Kochałam to...

     Kochałam tak bardzo, że kiedy nasze Dzieciaki dostały propozycję od jednego z Klubów w Zaścianku, ich Matka, poza totalną głupawką kibicowską, zgodziła się pracować na rzecz owego Klubu, w charakterze administratora, księgowego i innego biurokraty...

Przecież sport to nie tylko starty ??

Ktoś musi walczyć o kasę, bo sport w Polsce wymaga walki o kasę...Potem tę kasę trzeba rozliczyć, chociaż kasa z reguły świeci pustkami...Trzeba sporządzić tony sprawozdań...Papiery...Papiery...Papiery...

Bywało, że sukces Zawodnika powodował prawdziwy dramat...

     Mistrzostwa Świata w Nowej Zelandii ??

     Trzy tysiące złotych dotacji na cały rok, a trzeba środków na bilety lotnicze (przynajmniej dwa, bo Zawodnik nieletni), trzeba środków na hotel, na wyżywienie...

Kataklizm...

     Mistrzostwa Europy w Irlandii ??

Orzesz...ko...

     Kombinowaliśmy jak te łyse konie pod górę...Żebraliśmy jak Cyganie pod Kościołem...

Ale satysfakcja była ogromna...

     Może nawet większa, niż w czasie moich startów ??

Kochałam to robić...

     Po dziewiętnastu latach właśnie wszystko robię "ostatni raz"...

Złożyłam rezygnację...

Żeby nie było...Rezygnację złożyłam kilka tygodni przed "urodzinową nowiną"...;o)

     Czas na zmiany...Czas na zakończenie sportu w moim życiu...Chociaż, jeśli któryś z Wnuków będzie uprawiał sport, to będę Jego najbardziej zakręconą kibicką...;o)

Sport uzależnia...;o) 

     A kilka dni temu przeżyłam ostatnie pewnie, własne wzruszenie sportowe...Na pożegnanie (chociaż jeszcze kilka tygodni będę pełnić obowiązki) otrzymałam kilka prezentów...Takich wiecie, zaciskających gardło...;o)



Mój "bieg sztafetowy" dobiegł końca...Czas przekazać "pałeczkę"...;o)

środa, 18 listopada 2020

Miłość, czy pieniądze ??

     Moja bibliotekarska kariera nie była długa...Zaczęła się przypadkowo, skończyła się prozaicznie...Tyle, że ten mój początek był troszkę inny, niż przedstawiony kilka dni temu...Przynajmniej początek bibliotekarski, nie zawodowy...

     Mając lat jedenaście, uczestniczyłam w letnich koloniach, "gdzieś na mapie"...Miejscowość była tak malutka, że nikt dokładnie nie wiedział "gdzie to jest" i "co tam jest"...

Sosnowe lasy, kilka domów i szkoła...

     Trzy tygodnie kolonii przechorowałam...Poza zakamarkami szkoły i sadem, który ją otaczał, niewiele widziałam...

No nie...

     Byłam raz w sosnowym lesie, kiedy w połowie pobytu odbył się "najazd rodziców"...Ku mojemu zdziwieniu, Mamciaśka też przyjechała...

     Przez trzy godziny usiłowałam Ją przekonać, że w domu będzie mi lepiej...

Nie przekonałam...

Trzy tygodnie w "izolatce"...

     To właśnie tam, Kierowniczka "imprezy" wpadła na wyśmienity pomysł...

     Oddała mi w zarządzanie kolonijną bibliotekę (właściwie szkolną)...;o)

     Miałam pod dostatkiem książek do czytania i doraźny kontakt z rówieśnikami...

     Z "przepisowych" dwóch godzin, dwa razy w tygodniu, zrobiłam pełny etat, od śniadania do kolacji każdego dnia ...

Całe dnie z książkami...

     Moje najpiękniejsze kolonie !!

Chociaż żal do Rodziców miałam ogromny...

     To był mój pierwszy krok w bibliotekarskiej "karierze"...

A jaki był ostatni ??

     Po urlopach macierzyńskich, wychowawczych i przeprowadzce do Zaścianka, nadszedł czas powrotu do pracy...W międzyczasie zmieniła się Dyrekcja...

     Nowa Dyrektorka przedstawiła mi ofertę finansową, a nawet zaproponowała przeniesienie do Filii najbliższej stacji kolejowej...Zależało Jej...Mnie też...

     Wróciłam do domu, siadłam z kartką i długopisem, zaczęłam liczyć...Jestem przecież "ściślakiem"...;o)

- Koszt biletu miesięcznego;

- Koszt przedszkola dla Córci;

- Koszt opieki doraźnej (Pan N. pracował na zmiany, ja miałam pracować na zmiany)...

I zonk...

     Mojej proponowanej pensji już by brakowało...Nawet, gdybym prowadziła "zawodową głodówkę" (bez posiłków w pracy) i paradowała goła i nieobuta...

Tyle zarabiały Bibliotekarki...

Popłakałam się...

     Dlaczego nie przeniosłam się do bibliotek w Zaścianku ??

Bo to Zaścianek...

Tu zatrudniało się "swoich"...

     Tak to się zakończyło...

     Ponoć, najszczęśliwszymi Ludźmi są Ci, którzy robią to co kochają i jeszcze im za to płacą...

     A może wystarczy pokochać to co się robi ??

     Ja kochałam swoją pracę (chociaż była zaprzeczeniem moich marzeń), ale miłość do Rodziny (że o rozsądku nie wspomnę), musiała zwyciężyć...

     Nadszedł czas na "nowy początek"...

Może i o tym, kiedyś Wam opowiem...;o)

niedziela, 15 listopada 2020

Z szacunku dla "Orła"...

     Matka Natura wyposażyła mnie w "dziwny czujnik"...Instynktownie wyczuwam ludzi, od których powinnam się trzymać daleko...I chociaż czasem, wbrew "ostrzeżeniom", bagatelizuję sygnał, gdzieś tam "wypływa", że Matka Natura się nie myliła...Czasem nie mam wpływu na bliskość toksycznych ludzi...

     Kiedy Dyrektorka przedstawiała mnie przyszłej Kierowniczce, moja "lampka" płonęła jaskrawą czerwienią...

Nawet wymruczane przez Dyrektorkę:

     - Powodzenia...

Było jakieś bezduszne, rzucone mimochodem...Nawet nie patrzyła na mnie...

Po tygodniu pracy w nowej Filii już wiedziałam...

     To nie była Biblioteka, to był "urząd"...Myślenie było czynnością najmniej potrzebną...

     Nowoczesne pomieszczenia, zapach farby, błysk szyb...I "obsługa" ze sztucznymi uśmiechami, pracująca jak roboty...Przyjmij, wydaj, ułóż...

     "Obsługa" mogła porozumiewać się tylko w tematach zawodowych...

Manufaktura...

     Przy wejściu była szatnia, którą obsługiwała starsza Pani...Przesympatyczna starsza Pani...

     "Obsługa" witała ją "dzień dobry" i żegnała "do widzenia"...Tyle w temacie...Bo to była "tylko" Szatniarka !!

     Najsmutniejsze były "wewnętrzne czwartki"...

     "Obsługa" siadała przy stołach (albo biurkach) i w magicznym milczeniu wykonywała swoją pracę...

     Na jednym z zebrań ogólnych zaczepiła mnie Dyrektorka i zapytała:

     - Dajesz radę ??

     - Z trudem...- odpowiedziałam, bo szczerość ceniła sobie ponad wszystko...

     Potem się dowiedziałam, że Kierowniczka co tydzień bywała w dyrekcji i wypluwała jad na temat "obsługi"...Byłam ponoć częstym tematem tych "zjadliwców"...

     Już nie biegłam do pracy z uśmiechem na twarzy...

Chociaż...

     Po pewnym czasie, odeszła z Filii "obsługa" czytelni...Emerytka, która dorabiała na pół etatu i jako jedyna miała "wywalone" na Kierowniczkę...Szczerze mówiąc...Od razu Ją polubiłam, a i Ona chyba zapałała sympatią, bo czasem udawało się nam zamienić kilka zdań (prywatnych !!)...

Kiedy odchodziła, byłam w ciąży...

     Dlaczego o tym wspominam ??

     Bo wówczas Kierowniczka musiała ulec Dyrekcji...

     Dyrektorka zdecydowała, że to ja mam się zająć czytelnią...

Viktoria !!

I teraz skończę z ubolewaniem na swój ciężki los...;o)

     Czytelnia była piękna...Regały, biureczko, katalogi i dwadzieścia (!!) miejsc...A księgozbiór ?? Palce lizać !!

Stałych Czytelników poznałam w kilka dni...

     Siedziałam sobie w ciszy (Kierowniczka jakoś sentymentu do czytelni nie miała) i robiłam swoje...Mogłam bez skrępowania podejść do stolika i zapytać: co trzeba, co czytasz, co piszesz, może pomóc...Niby nic...

Nawet nie wiem kiedy "moja czytelnia" zaczęła się zapełniać...

     Biblioteka znajdowała się w kompleksie handlowym, wtedy Młodzież ze szkół zawodowych nagminnie odbywała praktyki zawodowe, jednocześnie się ucząc...Fama o tym, że w czytelni można spokojnie przygotować się do zajęć szybko się rozeszła...

No dobra...Przyznam się...Pomagałam...

     Czasem sprawdziłam jakieś wypracowanie...Czasem zerknęłam w zadanie, którego wynik był daleki od wymaganego...Czasem, o zgrozo, napisałam jakiś referat (bo autor, czy autorka mieli właśnie inwentaryzację i nijak by tego nie ogarnęli)...

     Po kilku tygodniach poszłam do Kierowniczki, poprosić o krzesła i stoły z sali konferencyjnej, bo mi się Czytelnicy nie mieścili...Zonk...

     To był jeden z nielicznych momentów, w których Kierowniczka wparowała sprawdzić moje fanaberie...

Ścisk był okrutny...;o)

     Mrucząc pod nosem jakieś "złowieszcze zaklęcia" ustąpiła (sala konferencyjna była Jej perełką - służyła do prania naszych sumień)...Dostałam stoliki, dostałam krzesełka...I o zgrozo !! Pomagali mi je przenieść Czytelnicy !!

Znowu stałam się Bibliotekarką...

No i cóż...Miałam z tego profity...

     Jakie były wówczas czasy, pamiętają Ci z odpowiednim PESEL-em...W sklepach nie było nic...Ja pracowałam całe popołudnia, więc wystawanie w ogonkach, odpadało...Ciąża wymagała pewnych przygotowań...

A ja miałam wszystko !! Dosłownie wszystko !!

Od moich Czytelników...;o)

     - Może podgrzewacz do butelek by się Pani przydał ?? 

     - Pewnie, że by się przydał...- odpowiadałam...

     - Właśnie przyszły, poproszę o pieniążki, przyniosę po zmianie...

     - A może pieluszki flanelowe ?? Sprzedajemy po dziesięć sztuk...Pakiecik ??

     - Śliczne śpioszki mamy !! Na przerwie przyniosę pokazać...

     Nie ruszając się z Czytelni, ciągle wracałam do domu z zakupami...

Potem było jeszcze lepiej...

     Pierworodny, oczekiwał od przyszłej mamy specyficznej diety...

     Jadaliśmy kanapki z dżemem i śledziem w occie, kanapki z miodem i kapustą kiszoną, ptysie w ilościach hurtowych (dziesięć sztuk nie było problemem, a temat ogarniał Pan N. wracając z pracy) i cytryny...Cytryny na kilogramy !! Do jednej nie siadałam...

A że większość dnia spędzałam w Czytelni, więc moi Goście byli świadkami naocznymi tej diety...

Szybko zrozumieli, że cytrynowa korupcja jest pożądana jak żadna...

     Do uprzejmego "dzień dobry" dostawałam cytrynę...

     Towar był reglamentowany, więc rozumiecie, że oprzeć się takiej korupcji nie mogłam...;o)

     Po jakimś czasie, do mojego biurka podszedł stateczny Pan, w słusznym wieku (były dyrektor sporego przedsiębiorstwa) i...

     - Mamy prośbę, jako Czytelnicy...Bo ja tu w imieniu wszystkich przyszedłem...Czy możemy przestawić krzesełka w drugą stronę ?? Żuchwy nam cierpną, ślinotok mamy i nawet uszy nas bolą, jak Pani je te cytryny...Nie damy rady dłużej !! Niech się Pani zlituje...Sami przestawimy...Powiedzmy, z szacunku dla "Orła"??

     Dłoń z cytryną zawisła mi w powietrzu i usiłowałam zagonić do pracy ostatnie dwie szare komórki...Tempo wpatrywałam się w Czytelnika, przetwarzając komunikat, i w "Orła" wiszącego na ścianie...

     Kiedy dotarło do mnie w czym problem, wybuchłam niewyobrażalnym śmiechem (aż czkawki dostałam), a cała Czytelnia mi wtórowała...

To się musiało skończyć interwencją Kierowniczki...;o)

Ale argument o "orle" zadziałał...;o)

     Od tego dnia, moi Czytelnicy siedzieli do mnie tyłem...

     Ale cytryny przynosili, więc nie czułam się pokrzywdzona...;o)

     Z czasem zauważyłam, że Czytelnia zaczyna żyć własnym życiem...Matematyk na emeryturze pochylał się nad zeszytem "gamonia" i ze świętą cierpliwością tłumaczył po raz setny zadanie...Siwowłosy Inżynier kreślił w notesie jakieś wykresy, tłocząc fizykę opornym...Polonistka przygarnęła do osiedlowego teatru kilka humanistycznych duszyczek...Starsze Panie wymieniały się przepisami na ciasta, a potem zaczęły wymieniać się ciastami (z czego i ja korzystałam)...Dyskusje o książkach stawały się tak żarliwe, że do słownictwa wprowadziłam wyraz: "ciszej"...

"Orzeł" na ścianie jakby się uśmiechał...

A ja wiedziałam już na pewno...Jedni kochają książki, inni ich potrzebują...Wystarczy Im nie przeszkadzać...

     Kiedy odchodziłam na "macierzyński", Pani Basieńka (nasza Szatniarka), wyszeptała mi do ucha...

     " Tutaj już nigdy nie będzie tak jak teraz"...

Najpiękniejsze pożegnanie jakie mogłam usłyszeć...

     Po kilku miesiącach poszłam w odwiedziny z Pierworodnym...

     W czytelni stała przepisowa ilość stolików z przepisową ilością krzesełek...Krzesełka stały tyłem do "Orła"...Było pusto...

Przy biurku siedziała Kobieta w średnim wieku...

     - Proszę się wpisać do zeszytu...- oznajmiła urzędowym głosem, bez uśmiechu...

     "Obsługa"...

czwartek, 12 listopada 2020

Krowy nie było...

     Jedna z moich Czytaczek, opisała ostatnio bibliotekarskie smuteczki, spowodowane przymusową izolacją Czytelników i książek...Pomyślałam wówczas, że opiszę moje bibliotekarskie przygody, jako antidotum na te smuteczki...;o)

No cóż...

Słowo się rzekło...;o)

     Dawno, dawno temu zostałam Bibliotekarką...Nie po "dobrowoli", ale z czystego przypadku...Zostałam zmuszona do odejścia z pracy za wyrzucenie do kosza "deklaracji przystąpienia do partii" (tej jedynie wówczas słusznej)...

     Dotychczasowa praca była moim marzeniem, dostanie się tam spełniło młodzieńcze pragnienia, ale...

No właśnie...

     Była końcówka roku, a w czasach "dawno,dawno temu" pod koniec roku obowiązywała magiczna "blokada etatów" aż do Nowego Roku...

     Stając się "elementem wywrotowym" na fory liczyć nie mogłam, więc złożyłam papiery do Biblioteki...

Ja "ściślak", mający totalnego bzika na punkcie technologii...Echhh...

     Przygarnięta zostałam właśnie przez tę "wywrotowość"...;o)

Po obowiązkowych szkoleniach przydzielono mi placówkę...

     Filia była maleńka, odległa i nie ma co ukrywać, nikt nie chciał tam pracować...Dzielnica "zakazana", tereny produkcyjne, wkoło więcej "marginesu" niż życia...

     Biblioteka mieściła się w obskurnej, starej kamienicy, przy obskurnej, starej ulicy, w zakazanej dzielnicy...

     Jak wyglądała w środku ??

     Stare mieszkanie, przystosowane regałami na wypożyczalnię, czytelnię stanowił rozklekotany fotel z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku i równie malowniczy stolik...

Tyle luksusów...

     Kiedy Dyrektorka (wyjątkowa Postać w moim życiorysie) komunikowała mi przydział, zapytała niespodziewanie:

     - A umiesz palić w piecu ??

Bingo !!

     Nastoletnia dziewczyna z centrum sporego Miasta, z "technologicznym kotem" i takie przyziemienie...

     - Ja nawet krowy umiem doić...- wypaliłam...

     - Kto wie, kto wie...- wymruczała Dyrektorka i pokiwała głową z miną "wszystko się może zdarzyć"...

     Obsługę tej "dziwnej" Filii stanowiły:

- Kierowniczka, która od kilku miesięcy przebywała na chorobowym i nikt nie spodziewał się rychłego powrotu;

- Młodziutka Studentka polonistyki UŚ, która ciągle brała wolne, bo nie wyrabiała czasowo;

- Ja, absolutny świeżak w zawodzie, który ślinił się na widok bibliotecznych regałów (jako użytkownik).

     Była jeszcze jedna postać...

- Królowa !! Starsza Pani mieszkająca na piętrze, która "trochę sprzątała", "trochę pomagała", a głównie odpowiadała za opał i rozpalanie ogromnego, kaflowego pieca...

     Dyrektorka na pożegnanie życzyła mi powodzenia, wręczyła klucze i oznajmiła, że zaczynam od 13-tej...A że jakieś wsparcie mi się należy, to przyjedzie Inspektorka, zerknąć jak sobie radzę...Super...

     Inspektorka mnie szkoliła i fakt jest faktem...Nawiązała się między nami nić sympatii...Moja imienniczka...Też "element wywrotowy"...O literaturze mogła gadać godzinami...Kochała słodycze...

     Chyba pora ruszać do pracy ??

     Poszłam oczywiście na piechotę...Trzydzieści minut energicznego marszu przez park było bonusem...A potem "zaklęte rewiry"...

     W bramach kamienic "zbiorowiska elementów", których jedynym zajęciem była niespieszna degustacja wina marki wino...

     Na plecach czułam zaciekawione spojrzenia, słyszałam pogwizdywanie i wymianę męskich poglądów na temat mojej "urody"...

     Zdezelowane drzwi Biblioteki otworzyłam z trudem...

     Widok trochę mnie "stłamsił"...To jest Biblioteka ??

Lawirowałam między regałami usiłując znaleźć "zaplecze"...

     - Tutaj !! - usłyszałam tubalny głos odbijający się echem od odrapanego sufitu...

Królowa rozpalała w piecu...

     - Nie wiedziałam, czy dzisiaj będzie czynne...- usprawiedliwiła opóźnienie...- Tu masz wieszak, krzesełko i maszynkę z czajnikiem...Chodź, pokażę Ci komórkę z węglem...

Tyle było wprowadzenia...

     Okazało się, że Królowa też jest na chorobowym...Widocznie Dyrektorce ta informacja już przez gardło nie przeszła...Zwlekła się Kobieta z łóżka, żeby mnie wesprzeć w ciężkiej chwili próby...;o)

     - Od jutra mam zastrzyki, to będziesz musiała sobie węgla przynieść i w piecu rozpalić...Dasz radę ??

Wymruczałam potwierdzenie...

     - Tylko kamienicy z dymem nie puść...

     I zgrzyt zamykanych "drugich drzwi" oznajmił mi, że od tej chwili "rządzę i dzielę"...

Przekichane !!

     Niewiele pamiętam z tego "pierwszego dnia"...Upodobania Czytelników rozpoznawałam na "chybił trafił"...Z życzliwością witałam tych, którzy podawali tytuły...Samo rozeznanie się w ustawieniu regałów i systemie rozłożenia książek było wyzwaniem...

Inspektorka przyjechała koło 17-tej...Po pracy...

Siadła na zdezelowanym fotelu "czytelni" i zaznaczyła życzliwie, że będzie wsparciem mentalnym, bo nie zna tej Filii wcale...

Ha, ha, ha...

     Kilka dni później, ledwie zdążyłam przygotować miejsce pracy do funkcjonowania (czytaj: rozpaliłam solidnie w piecu i zrobiłam sobie herbaty), "cyk" i zgasło światło...

Orzesz...(ko)

     Połowa grudnia, więc za chwilę będę funkcjonować w egipskich ciemnościach...

     Przy okazji rozwiązałam tajemnicę sporego zapasu świec, zalegających jedną z półek...

Urządziłam sobie świecznik ze starego talerza, przygotowałam biurko i zamierzałam nadrobić zaległości w katalogowaniu "nowości"..."Wewnętrzny czwartek" ewidentnie mi nie wystarczał...

     Kto przyjdzie do Biblioteki, skoro nie ma prądu ??

Naiwna młodości !!

     Najpierw pojawił się "Typior" z kilkudniowym zarostem i podbitym okiem...Usiadł na czytelnianym fotelu, wziął gazetę ze stolika i zaczął czytać...

Po ciemku ??

     Dyskretnie podeszłam do pieca i zmieniłam położenie pogrzebacza (ustawiłam koło biurka, jakby co)...

     Po chwili weszły dwie dziesięciolatki...

     - Możemy tu lekcje odrobić ?? - zapytały...

     No cóż...Czemu nie ?? Skoro "Typior" siedzi i "czyta", to wsparcie nawet Dziesięciolatek się przyda...

Przygotowałam Im miejsce po drugiej stronie biurka...Niech odrabiają !!

     Po godzinie Biblioteka była zapakowana pod sufit...

     Z parapetów (bardzo niskich) pousuwałam kwiatki (badylki w doniczkach), zasiadło tam grono "bramowych obstawiaczy", Dzieciaki porozkładały zeszyty i książki na podłodze, nowi Przybysze lokowali się gdzie kto miejsce znalazł...Moim zadaniem było oświetlić świecami ich stanowiska...

     Biblioteka "płonęła"...

     I o dziwo...Panowała w niej idealna wręcz cisza...

Koło 17-tej wparowała Królowa...

     - Jezusie i Maryjo !! - wyrwało się Jej z obszernej piersi...

Noooo...

Tylko Ich mi brakowało...

     - A ja głupia myślałam, że siedzisz bidulko sama, po ciemnicy...- wymruczała Królowa i jak weszła z przytupem, tak zniknęła po angielsku...Prawdziwa Królowa !! (I to wcale nie jest ksywka, Kobieta na prawdę się tak nazywała)...Właściwie: Król...;o)

     Wróciła po kwadransie, z ogromnym imbrykiem herbaty i koszykiem pełnym różnych kubeczków...

     - Na kubki uważać !! Pożyczone !! - oznajmiła zrzędliwie, częstując moich Gości herbatką...

     - Gorzka...- wymruczał jeden z Dzieciaków...

     - Jeszcze mam Ci cukru dodawać darmozjadzie ?! - zbeształa krytykanta...

     I Biblioteka "zapłonęła" nie tylko świecami...Śmiech było słychać w całej Dzielnicy...

Nawet nie zauważyłam, że mój biblioteczny dyżur się skończył...Z przerażeniem odkryłam na zegarze godzinę 20-tą i już widziałam przerażenie Mamciaśki, że mój trup zalega gdzieś między regałami, albo parkowymi krzakami...

Pogasiłyśmy wszystkie świece, sprawdzają trzykrotnie każdą z nich...

     - Musisz złożyć zapotrzebowanie na świece w Dyrekcji, bo jeszcze dwie takie akcje i będziesz świecić oczami...- skwitowała Królowa...- Jutro możesz pospać pół godziny dłużej, odpalę piec...- wymruczała na pożegnanie...

     A przed Biblioteką czekał spory Tłumek, który odprowadził mnie aż do "wiaduktu", tam, gdzie prąd już był, i gdzie cywilizacja błyszczała gęstymi latarniami...

     Czy można piękniej spędzić popołudnie i wieczór ??

No cóż...

     Po powrocie do domu rozpakowałam teczkę, w której miałam "podarunki"...Dzieciaki po odrobieniu lekcji wyciągnęły kredki i rysowały...Co ??

Sporo łez wzruszenia ze mnie wycisnęły te rysunki...

Na każdym z nich była "chuda dziewczyna" z kucykiem, stojąca przy biurku, a obok talerzyk ze świeczkami...Wkoło regały z książkami...

Niewiele spałam tej nocy...

     Po przyjściu do Biblioteki wszystkie te rysunki wykleiłam na bibliotecznej witrynie, a w środku, rysunek A3 z Dzieciakami siedzącymi na podłodze, "Bramowymi Obstawiaczami" na parapetach i Królową z koszem kubków...Nie było to wielkie dzieło, bo umiejętności mam skromne...Ale starałam się każdego "ucharakteryzować"...

     Nie było wówczas komórek z "sms-ami", ani nawet stacjonarnych telefonów w mieszkaniach...W godzinę Biblioteka znowu rozbrzmiewała śmiechem...

     - To ja !!

     - A to ja !!

     - Popatrz !! Stefan ma podbite oko !!

     - Wojtek się nie ogolił !!

     A ja siedziałam przy biurku i chichotałam w karty katalogowe...Udało się !!

     Takich wieczorów "bez prądu" przeżyłam wiele...Zawsze z należytą Obstawą...

     Witryna zamieniła się w "galerię", a ja moich Czytelników (wszystkich) znałam po imieniu...

     Po Nowym Roku wróciła Studentka, ja dostałam podwyżkę i Encyklopedię (jednotomową) jako uznanie od Dyrekcji za "nietuzinkowe podejście do Czytelnika"...Skąd wiedziała ?? Od Królowej !! Królowa to była "Wtyka" Dyrekcji...

     Do obowiązków dopisałam sobie (na ochotnika) korepetycje dla Maluchów (i nie tylko)...

     - Dostałem piątkę !! - oznajmiał mały Urwis od progu...- Słyszy Pani !! Piątkę !! Z matematyki !! Moja pierwsza w życiu...- wyznawał z rozpromienioną buźką...

     Starsi wpadali podyskutować o wszystkim...

     Kochałam to...Tę zakazaną Dzielnicę "z brudem i smrodem"...Te braki prądu...Nawet ten piec i wiadro na węgiel, kochałam...

Idą "zakazaną ulicą", "zakazanej dzielnicy" uśmiechałam się radośnie i odkrzykiwałam na powitania "zbiorowiska elementów" sączących tanie wina...

     Razem z wiosną wróciła do pracy Kierowniczka Filii...Przesympatyczna...Z

ogromną wiedzą o literaturze...Zafascynowała mnie po pierwszej rozmowie...

Pierwszej i ostatniej zarazem...

     Dostałam nowy przydział...W nowoczesnej, pachnącej farbą Filii, na przeciwnym krańcu mojego rodzinnego Miasta...

     Nikt nie wiedział, że odchodzę, bo przy pożegnaniu chyba by mi serducho pękło...

     No cóż...W nowej Filii też nie było krowy do wydojenia...;o)