Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kudłate opowiastki.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kudłate opowiastki.... Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 maja 2025

Zajawki kwietniowo - majowe...

        Jaka jest jedynie słuszna prawda (nie ta góralska) ??

     Emeryci na nic czasu nie mają !!

Co ewidentnie widać na gordyjskim blogu...;o)

     Od grudnia jesteśmy zakręceni jak słoik korniszonów na zimę...Niby pośpiechu nie ma (bo pośpiech jest wskazany przy łapaniu pcheł), ale w terminarz trudno się wbić...

     Jakby Matka Natura czasem nie zawirowała w pogodzie, to zapomnielibyśmy co znaczy "poleniuchować"...Chociaż i z tym bywa różnie, bo zawsze coś nam się z nagła "urodzi"...;o)

No to czas na zajawki...

     1. Święta były spokojne i radosne zarazem, bo...

     Gościliśmy Misiową Rodzinkę, a krótki spacer z Luckim zmienił się w wielką leśną wyprawę...Wnuki postanowiły zrobić sobie sesję zdjęciową na każdym powalonym pniu...;o)

     2. Skrzydlaci przyjaciele...

     - Kiedy odpalam kamerkę, mam dziwne wrażenie, że któregoś dnia zobaczę wścibski dziób "Brygadzisty"...- rzuciłam pewnego dnia...

Pan N. zamilkł, a po chwili zapytał:

     - Może być taki ??


Ło Matko i Córko !!

     Przedstawiam naszego Brygadzistę...Kosa Rezydenta...

     To on rządzi w starym sadzie...To on asystuje Panu N. przy koszeniu trawników...To on podgląda nas zaciekawiony , przysiadając na daszkach i wyśpiewując hymny na cześć Matki Natury...To on buduje na Wrzosowisku pierwszy gniazdo...

     Podobno kosy żyją średni 2,5 roku, ale bywają osobniki, które dożywają dwudziestu lat...Sądząc po nawykach, ten jest z nami od początku...;o)

     3. Olimpiada w Zaścianku...


Na miejsca...

Gotów...

Start !!

     Pełna oprawa !! Fotoreporter uwieczniał zmagania...Kibice (niezależni) dopingowali...

Miejsce I: Princeska (z dwustumetrową przewagą),

Miejsce II : Tygrysek (czterysta metrów biegu to ogromny dystans dla czterolatka),

Miejsce III : Babcia (przeżyła !!)...;o)

     4. Wspinaczka wysokogórska...

Ponoć Babie na drabinie niepolitycznie...;o)

     A że polityka jest ostatnią rzeczą jaką bym się przejmowała, więc mam drabinę i nie waham się jej użyć...;o)

     5. Z sierściuchami zawsze jest dobra zabawa...

Pies Podorzechowy...

Kot nadrzewny...

Kabareciarze w akcji...;o)

     6. Miała Baba koguta...

Właściwie ma...;o)

     7. Trele morele...

     Lubię morele...Jak ja lubię morele !!

     Nie trudno zgadnąć, że bez morelek Wrzosowisko byłoby niepełne...

     Jedną z nich poprzednia fala mrozów przemroziła bardzo...Żal straszny, bo kwitła pięknie i można się było spodziewać pierwszych zbiorów...Echhh...

Druga...

Są !!

     Jakby co, to zinwentaryzowane i pilnowane !! ;o)

     Tylko niech się już te mrozy skończą !!

Zośka !! Do ciebie mówię !! ;o)

czwartek, 8 maja 2025

Cena życia...

     Pan N. zgłosił się na ochotnika do "pokolacyjnego" ogarnięcia Wrzosowiska...Gordyjka z Luckim wybierali się na spacer...Hmmm...

     Do dzisiaj nie wyjaśniliśmy psiej tajemnicy...Czym różni się chodzenie po Wrzosowisku bez hasła "idziemy na spacerek", a chodzenie po Wrzosowisku z hasłem "idziemy na spacerek"...Tylko Lucki umie to rozróżnić...

     Zbliżamy się do obrzeży starego sadu...Lucki jak szczeniaczek obwąchuje każde źdźbło trawy...

     - Nie mogę zejść !! - słyszę nagle donośny komunikat Ślubnego...

Ki czort ??

Kończyny Mu zanikły z przepracowania ??

Patrzę na Ślubnego jak sroka w gnat, i nijak nie ogarniam komunikatu...

Piwniczki nie zasypało...Na osy i szerszenie za późno...Lęk klaustrofobiczny dopadł Biedaka z nagła ??

Myślenicę przerywa kolejny komunikat...

     - Zawołaj Luckiego...Mamy zająca...

Ufff...

Zając nie dzik, wyprosić łatwiej...;o)

Zamieniamy się rolami...

     Pan N. z Luckim wycofują się do kuchni...Gordyjka rusza do walki z sierściuchem...

Co na to Lucki ??

Totalne oburzenie !!

On szedł na spacerek !! Spacerki są fajne !! Co to za nowe dziwactwa ??

     Pan N. wykazuje się wielką inwencją, żeby psisko porzuciło Gordyjkę samotną...;o)

A Gordyjka ??

     Rozgląda się po terenie...Pod drzwiami siedzi bieda...Tfu tfu...Zając...

     Maleństwo...Chudzina...Mokry i przerażony...

     Na gordyjskie kroki (maksymalnie wyciszone), zwierzak reaguje totalną paniką i usiłuje kruchym ciałkiem przebić stalowe drzwi, albo przebić ziemną skarpę...

     "Zając ze strachu może dostać zawału serca" - tak mówił Bieszczadzki Dziadek...

     Gordyjka susem dopada zwierzaka, mocno łapie garstkę kości w dwie ręce (w rękawicach) i...

Ło Matko i Córko !!

Ależ on wrzeszczał !!

     W życiu się nie spodziewałam, że w takim maleńkim ciałku drzemie taki wrzask...A jak łapkami przebierał, żeby się odbić "od powietrza" i zwiać w nieznane...

     "Cichutko maluchu"...- szeptała Gordyjka...- "Jeszcze moment i będziesz wolny"...

     A zając darł się, jakby obdzierali go żywcem ze skóry...;o)

     Przełożenie dłoni przez płotek, rozluźnienie uchwytu i...Sierściuch znikał w wysokiej trawie dzikiej ścieżki...

     - Już...- Gordyjka zakomunikowała zakończenie akcji Panu N. ...

     - Dałem mu dwie kostki i skórkę z boczku...- Pan N. robi rachunek psiego sumienia...

     I Gordyjka, strażniczka psiej diety, musi łyknąć to bez popitki...

     Cóż znaczą dwie kostki i skórka z boczku, wobec zagrożenia zajęczego życia ??

     Pan N. wrócił do przerwanego "okrzątania", a Gordyjka z Luckim wrócili na "spacer"...

     Psisko prostą drogą pokazało którędy zając wszedł, którędy wyszedł i gdzie ruszył w zajęczy szlak...A Gordyjka starała się usunąć z wyobraźni wizję maleńkiego zajęczaka w psiej paszczy...Ot, dwie kostki i skórka...;o) 

poniedziałek, 29 kwietnia 2024

Dziczyzna na drugim śniadaniu...

     Zbliżaliśmy się właśnie do bardziej cywilizowanej części lasu, kiedy za krzakiem zauważyłam dziwny ruch...Dopiero co spotkaliśmy się z jelonkiem, paradującym główną ścieżką...Teraz co ??

Udało się !!

     Dzik cierpliwie czekał aż wyszperam komórkę i przełączę na tryb aparatu, a nawet wystawił ryj do fotki...;o)

     Gotowego na komendę psa trzymałam na krótkiej smyczy, więc zbliżeń nie będzie...Ale my obejrzeliśmy sobie dzika ze wszystkich stron, drepcząc zaledwie trzy metry od niego...

     A że zwierz właśnie konsumował drugie śniadanie, więc zamieniliśmy się miejscami...



     My pomaszerowaliśmy do domeczku, a dzik wrócił do "stołu"...;o)
     A mnie znowu "banan" z gęby nie schodzi !!
Tak blisko dzika jeszcze nigdy nie byłam...;o)

niedziela, 14 kwietnia 2024

Dzik jest dziki...

     Po styczniowych roztopach w lesie zaczęły pojawiać się całe połacie zbuchtowanej ziemi...


Ki czort ??

     W tych sektorach służby leśnie nic nie majstrowały, żeby na ciężki sprzęt można to było zwalić...

     Żaden pseudoekolog przecież po lesie nie biegał ze szpadlem...

     Miłośnicy trufli też nie mają w naszym lesie nic do roboty...

Więc co ??

     Póki było tych połaci mniej, przyjęłam, że być może sarny przyjęły taką dziwną technikę wyszukiwania pożywienia...Ale...Hmmm...

     To było klasyczne buchtowanie dzików !!

     Co prawda, widziałam to zjawisko wiele lat temu na Pogórzu Bieszczadzkim, ale trudno to z czymkolwiek pomylić...

     Tyle, że my dzików nie mamy...

     Dwa miesiące później buszowaliśmy z Luckim w leśnych sektorach między młodnikami...Pogodę nam Matka Natura sprezentowała jak marzenie...Podchodzimy pod jeden z pagórków...

Coś mi na ścieżce mignęło...Spore !!

     "Znowu ktoś puścił dużego psa ze smyczy" - przeleciało mi przez makówkę, i odruchowo rozejrzałam się, żeby namierzyć "winowajcę" między drzewami...

Pusto...Hmmm...

     A że w międzyczasie dreptaliśmy wytrwale, więc stanęliśmy na szycie pagórka i...

     "Wryło" mnie w ścieżkę !!

     Ledwie kilkanaście metrów od nas, przez ścieżkę między starym lasem i młodnikiem przeskakiwało stado dzików !! Widziałam cztery (tego "nibypsa" nieliczę)...Cztery widziałam od ryja do ogona !! Piękne !!

     Że Lucki dziczyzny nie wyczuł ??

Nie miał szans !!

     Wiatr wiał z prawej strony, więc zapach "wzięły ze sobą"...One nas też nie czuły...;o)

     Za to, kiedy doszliśmy te kilkanaście metrów, psisko trop złapało i przez kwadrans kręciłam się w kółko między drzewami, a najbardziej pożądanym kierunkiem kontynuowania spaceru stał się młodnik...;o)

     Uśmiech mi z "ryjka" nie schodził...

To jest buchtowanie !!

Mamy dziki !!  

niedziela, 4 lutego 2024

Sromotna klęska...

     Skoro jesteśmy przy psich tematach...

     Kilkanaście tygodni temu na pewnej platformie pojawił się bardzo emocjonalny wpis o nieudanej psiej adopcji...Zwierzak po kilku dniach wrócił do "stowarzyszenia" i ponownie zamieszkał w kojcu...

Przykre...

     Szczególnie przykre, bo Autorka wpisu wszystkie swoje emocje (bardzo negatywne) przypisała psu...Po czterech dniach jego przywiązanie do nowych Opiekunów miało być wręcz kosmiczne, a wyrządzona krzywda niewyobrażalna...

     Przeczytałam, głową pokiwałam i zajrzałam w komentarze...Mogłam tego nie robić (dla zdrowia psychicznego)...

Ocean hejtu zmiótł kilkudniowych Opiekunów z powierzchni internetu...

Mam nadzieję, że tego nie czytali, bo skutki dla Ich psychiki byłyby katastrofalne...

Szczególnie, że Autorka nie podała przyczyny zerwania umowy adopcyjnej, a mogło być ich wiele...

     Opiekunowie przejechali kilkaset kilometrów, żeby psisko wróciło w miejsce, które znało przez kilka miesięcy..."Zbrodniarze" ??

     Skoro tak, to jaką rację bytu mają tak zwane "domy tymczasowe" ?? Miejscówki, w których zwierzaki bywają przez kilka, czy kilkanaście miesięcy ?? Zwierzaki rozróżniają podstawę prawną umów i wiedzą kiedy jest to adopcja, a kiedy "dom tymczasowy" ?? Do "tymczasówek" się nie przywiązują ?? Nie reagują emocjonalnie na doraźnych Opiekunów ??

     I kiedy już głowa przestała mi się kiwać nad totalnym "zgonem" logiki...

     Schronisko w Krakusowie poprosiło o tymczasowe adopcje na czas mrozów...Wszystkie media o tym trąbiły...

     Człowieki ruszyły z odsieczą i w ciągu trzech dni Schronisko opustoszało (ta część z boksami)...Ponad sto psów znalazło doraźne schronienie...

     Przeczytałam, znowu główką pokiwałam i czekałam... Na co ??

     Najpierw na hejt, który już wzbierał przy "płocie" Schroniska, a gównie na efekt końcowy...

     Pewnie nie pamiętacie, ale Krakowiakom już kiedyś serducha zapłonęły...

     Kraków został zalany, Schronisko położone "w dołku" nie było w stanie zabezpieczyć zwierzaków w kojcach i psy kilka dni spędziły w wodzie i błocie...Sytuacja była trudna...Nawet bardzo trudna...

Wtedy zwrócili się o pomoc do Mieszkańców..."Weźcie na kilka dni, aż padać przestanie i woda opadnie"...

Dlaczego tak dokładnie pamiętam ??

Bo Misiowi Rodzice postanowili uczestniczyć w tej akcji...;o)

Tyle, że zanim dali radę przygotować się na powitanie "gościa" i dotrzeć do Schroniska, sierściuchów do adopcji tymczasowej już nie było...

A kilka tygodni później okazało się, że 1/4 psów już do boksów nie wróciła, znajdując Przyjaciół na stałe...

     Czekałam więc na efekt akcji "antymrozowej", trzymając kciuki w obu dłoniach..."Pułap" sukcesu ustawiłam na 30 lokatorów...

     Siarczystych mrozów nie ma w Krakowie już dawno...

     Połowa psiaków ma już stałe umowy adopcyjne podpisane...Wynik zbliża się do 2/3 (80 "sztuk")...Do boksów wróciło ledwie dwudziestu mieszkańców, bo nawet Ci, co warunków na stałe posiadanie psa nie mają, stwierdzili, że zima to nie jest dobra pora na mieszkanie w schroniskowym boksie, oddadzą psiaki wiosną...

     Krakowiaki spisali się na medal !! A co najmniej na sporych rozmiarów kość...;o)

     Można by pewnie ubolewać teraz, że nie wszystkie psiaki dom na stałe otrzymały, że szczęście nie jest pełne, że borykać się będą z dodatkowymi traumami (cokolwiek to znaczy)...

Ale zimowe adopcje trafiają się rzadko...Więc ??

     Mogę już puścić kciuki...;o)

     Jeśli chociaż połowa "adopciaków" jest taka jak nasz Lucki, to ich Opiekunowie są Szczęściarzami !! Trafić na prawdziwą miłość nie jest łatwo...;o) A jeśli uczucie jest odwzajemnione to pełnia kosmicznego szczęścia...;o)

     Bardzo się cieszę, że poniosłam tak sromotną klęskę w szacunkach adopcyjnych !!

środa, 6 grudnia 2023

Dieta cud, czyli syndrom adopciaka...

     No nie, żebym się odchudzała...;o) Aż tak mi jeszcze nie odbiło...;o)

     Ale kiedy Lucky się nam pochorował, nasz Wet wydał wyrok bezkompromisowy: "Musi schudnąć !!"...

     Pamiętacie jak ponad cztery lata temu opisywałam chudego pieska na wielkich łapach i z wielką głową ??

     Po roku było spostrzeżenie Misiowej Mamy : "On jest coraz szerszy"...

Aż przeszedł dzień wyroku...

     To mój błąd, doskonale zdaję sobie z tego sprawę...Błąd, który popełnia większość adoptujących zwierzaka, szczególnie takiego po "przejściach"..."Głód już poznał"..."Biedę poznał"...

     Jak odmówić zwierzakowi, który do tej pory znał tylko smak chleba i ziemniaków ?? Który przy zapachu makaronu wpadał w euforię (mimo, że mu szkodził)??

     Jak odmówić zwierzakowi, który przy nas poznaje smak mięsa (które w pierwszym odruchu wypluwa), smak jajka na twardo, smak gotowanej marchewki i pełną miskę ??

     On cieszył się z tej miski, a ja cieszyłam się razem z nim...;o)

     W cztery lata podwoiłam zawartość "psa w psie"...Na wadze pojawiło się magiczne dwadzieścia kilogramów...Kiedy wskazania zaczęły przebijać tę granicę, przyszła refleksja...Ograniczyłam posiłki do trzydziestu deko dziennie (ponoć, była to połowa zalecanej dawki żywieniowej)...Serducho bolało mnie strasznie...

     Po sześciu tygodniach nastąpił dramatyczny wieczór, kiedy to Lucky ledwie wrócił ze spaceru...Cierpiał, a my z nim...Kręgosłup odmówił współpracy...Tylne łapki odmówiły współpracy...Echhh...

Moja refleksja przyszła za późno...

     Orteza...Zastrzyki...Masaże...USG...RTG...Tabletki...

     "Musi schudnąć !!"...

     Okazało się, że zalecane dawki żywieniowe znacznie przewyższają możliwości spalania...Kilkukilometrowe spacery nie były antidotum...Lucky drastycznie zmienił środowisko i tego się już nie zmieni...

     Zawsze się zastanawiałam, cóż to za uczucie, kiedy człowiek boi się stanąć na wadze...Teraz już wiem...;o)

Przez sześć tygodni bałam się zważyć Luckiego !!

Widziałam, że wprowadzona dieta przynosi efekty...Widziałam...Ale ja na niego patrzę sercem...Waga nie...;o)

     Dwa tygodnie temu zebrałam się na odwagę i po porannym spacerze wyszperałam wagę...

     Taka byłam zestresowana, że nie dałam rady odjąć swojej wagi od "naszej" wagi...Popędziłam do kalkulatora...

Wynik ??

17,5 kilograma !!

2,5 kilograma zrzucone w sześć tygodni !! ;o)))

     Ależ to była radość !! Oczywiście moja, bo Lucky od powrotu z Gór Stołowych już nie korzysta z ortezy, nie przychodzi na masaże i wróciło mu zamiłowanie to barrrrdzo długich spacerków...

Ufff...

     Ale trzeba nad "linią" pracować dalej...;o) Marzeniem wiosennym jest piętnaście kilogramów i brak efektu jojo...;o)

     Odstawiliśmy wszelkie gotowe karmy (suche i mokre), odstawiliśmy gotowe smaczki...

     Pierwszy raz tak intensywnie uczestniczę w diecie, więc jestem bardzo przejęta (czytaj: zajęta)...Mięsko z kurczaczka gotuję z marcheweczką i jabłuszkiem...Zamiast smaczków suszę kąski w domu, bez wspomagaczy...Lucky oczywiście pomaga...;o) Najpierw dozoruje proces produkcyjny...Potem degustuje z wielkim apetytem...

     Po czterech latach pozbywamy się "syndromu adopciaka"...Razem ze zbędnymi kilogramami...;o)

środa, 22 listopada 2023

Motywacja z ryjkami...

     W Śląskim Ogrodzie Zoologicznym, 7 i 8 października przyszło na świat pięć prosiaczków rzecznych...

Czterech "chłopców" i jedna "dziewczynka"...;o)

Mamami są Melisa (2) i Jagoda (3)...

Dumna Jagoda...

     Dlaczego świnki rzeczne ??

Bo to nasza jesienna motywacja !!

     Trudno uginać kolana i pochylać kręgosłupy przy zbieraniu orzechów, kiedy człowiek celu nie widzi...Karmienie wiewiórek nie było dobrym rozwiązaniem...;o) Ale karmienie prosiaczków ??

Bardzo budujący cel dla obolałych kręgosłupów...;o)

     Trochę się obawiałam jesieni, bo poprzedni miot urósł (nie żeby na naszych orzechach) i pojechał w tym roku w świat, wielki świat...;o)             Pozostał samiec i dwie samice...I tak się pięknie towarzystwo spisało...

     Przeurocze ryjki !! ;o)

     A te piękne zdjęcia mam z FB ZOO...Ich autorem jest A.Pająk...Dziękuję...:o)

     Rośnijcie zdrowo, bo orzechy już się suszą...;o)

wtorek, 14 marca 2023

Jeden trener to za mało...;o)

     Kilka dni temu pojechaliśmy na Wrzosowisko i daliśmy czadu...Nie ma co...Jak zaczynać sezon to z przytupem...;o)

     Przyszaleliśmy tak, że do leżaków doczłapaliśmy z wielkim trudem, Pan N. czerwieniutki jak pomidor ze źrenicami wielkości czubeczka szpilki, Gordyjka blado-przezroczysta ze źrenicami wielkości tęczówek...Normalnie dwa Ćpuny środowiskowo-ogrodowe...;o)

     - Ledwie żyję...- oznajmił mi Ślubny...

     - Poczekaj do jutra...- wymruczałam i z nadzieją patrzyłam na Luckiego..."Taki mądry jest, to może kawy by nam zrobił ??"...

     Żeby "unaocznić" nasze odurzenie wysiłkiem przyznam: musieliśmy odsiedzieć na tych leżakach ponad godzinę, że odzyskać cywilizowany wygląd, oddech i tętno...Bo w razie kontroli drogowej bez testów narkotykowych by się nie obeszło...A jak tłumaczyć, żeśmy się "naturą" naćpali ??

     W każdym razie wróciliśmy do domeczku szczęśliwie, kolacyjkę żeśmy zjedli i bez marudzenia poszliśmy spać...

     Pan N. wstawał na ranną zmianę, więc była szansa, że mu się mięśnie jeszcze nie zakwaszą...Gordyjka...

Echhh...Ta Gordyjka...

     Oczęta otworzyłam (z trudem) bo nawet powieki miałam opuchnięte...Na stopach stanęłam (z trudem) bo każda kosteczka (a jest ich w stopie 26) bolała osobno i zbiorowo...Ścięgna (wszystkie) wydobywały z siebie dźwięk targanego materiału...Mięśnie zbiorowo ogłosiły strajk generalny i nie zamierzały współpracować z mózgiem...Do łazienki doczłapałam o ścianie...Kawę robiłam trzymając się kuchennego blatu...A w perspektywie...

Spacer z psem !!

     Ponieważ najlepiej funkcjonującym organem był mózg, to piję kawusię i dumam...Jak tu Luckiego namówić, żeby ze spaceru zrezygnował i poszedł za potrzebą do łazienki...Już nawet niekoniecznie musiałby z klopa korzystać...Spływ mamy w podłodze...Ale gdzie tam...

     Siedzi psisko na widoku, oczu ze mnie nie spuszcza, łebek przekrzywia i całym sierściuchem pyta: "Już wypiłaś tą kawę ??"

Echhhh...

No to zebrałam gordyjskie ciało do kupy i drepczę do lasu...

     Ledwie kilka kroków żeśmy zrobili (każdy krok spływał zimnym potem po plecach), przez ścieżkę przekicał niespiesznie zając...

Ufff...Lucky zajęty poranną toaletą kicaja nie zauważył...

     Zając zamierzał przemieścić się przez torowisko, które przecina nasz las...Tyle, że na torowisku właśnie trwają prace remontowe...Ruch jak w ulu, mimo, że leje jak z cebra...Układarki...Ubijarki...Szynownice...I ze dwudziestu ludzi...Każdy na każdego "krzyczy"...

     Szarak głupi nie był, żeby się w taki tłum wbijać, więc zawrócił i wyskoczył na ścieżkę dokładnie przed psim nosem...

Klękajcie Narody !!

     Lucky smyczą szarpnął, na dwóch łapach stanął i już czuł smak potrawki z zająca...

     Gordyjka z całych sił (nadwątlonych) smycz w dłoniach trzyma, opór psu stawia i równowagę usiłuje utrzymać, bo ścieżka po deszczu ma przyczepność lodowiska...

A zając ??

     Zając nas zauważył (musiałby ślepy być, żeby nie zauważyć, bo do psiego pyska miał może ze dwa metry) i zamiast czmychnąć jak na zająca przystało, zaczął uciekać zakosami równiutko, ale ścieżką...

     Trzy metry w lewo...Trzy metry w prawo...I gna głupol przed siebie, wydłużając trasę ucieczki trzykrotnie...

     I śmiga tak przed psim nosem  !!

     Dwadzieścia kilo psa rwie się do potencjalnego obiadu, dokładając do ciężaru dwadzieścia kilo siły i zrywy tego żywiołu, który usiłuję przewidzieć...

     A ta zajęcza sierota kontynuuje zabójczą ucieczkę...Lewo...Prawo...Lewo...Prawo...

     Nogi mi się rozjeżdżają...Smycz z całych sił trzymam, bo zapędów myśliwskich Luckiego inaczej nie okiełznam, a zając nic...Wcale nie reaguje...Między cyklami pojawiania się i znikania (przypominam, że ma gamoń po obu stronach ścieżki las) tupię, klaskam, pokrzykuję...Ale zajęczy amok trwa...Psi też...

     Nijak nad tym zwierzęcym żywiołem nie zapanuję...Jak nic będzie dzisiaj na obiad potrawka z zająca...

Nawet na rozdrożu wybrał kicaj "naszą" ścieżkę...

     I kica...Lewo...Pies w amoku...Gordyjka na baczność...Prawo...Pies w amoku...Gordyjka na baczność...

Że też musiałam trafić na opętanego zająca...

     A że zające mają to do siebie, że jak się nagle pojawiają, tak nagle znikają, to i ten się w końcu zreflektował i myśli samobójcze go opuściły...

Uffff...

     Człapiemy sobie niespiesznie...Lucky krzaczki obwąchuje...A Gordyjka dopiero kilometr dalej zajarzyła, że ból stóp przeszedł, ścięgna nie chrzęszczą, a po plecach nie spływa zimny pot...

     Nie ma jak mieć dwóch trenerów personalnych...;o)

sobota, 21 stycznia 2023

Czy to jest miłość ??

     Może wywołam burzę w szklance wody, ale takie mam doświadczenia i obserwacje, więc uwaga...Rozpętuję "burzę"...;o)

     Wiele lat temu, kiedy mieszkaliśmy jeszcze w Rodzinnym Mieście, w naszym bloku zamieszkiwała również pewna Stateczna Niewiasta...Właściwie nic nie mogę o niej napisać, ani dobrego, ani złego, poza faktem, że pasjami "lubiła" koty...Tyle, że to jej "lubienie" miało specyficzny wymiar...Stateczna Niewiasta lubiła koty, ale nie posiadała ani jednego...Stateczna Niewiasta "lubiła" koty "wolnożyjące", że tak się wyrażę...

Jej sympatia sprowadzała się więc do tego, że dwa razy dziennie biegała wokoło bloku i rozmieszczała miseczki z jedzeniem i wodą, dla swoich ulubieńców...

     Pasja Statecznej Niewiasty nie robiła wrażenia na pozostałych Mieszkańcach...Część wcale tego nie zauważała, część kiwała głowami z ubolewaniem...Ot, lubi to robi...

     Nikt nie zareagował, kiedy koty "przejęły w zarząd" pralnię i suszarnię, zlokalizowane w piwnicach...Chociaż przez kilka lat pomieszczenia miały niezłe obłożenie, bo na balkonach nie zawsze się dało suszyć, a łazieneczki były "mikrusie"...No cóż...Jakoś nikt nie polubił świeżutkiego prania z kocim zapaszkiem...Potargane firanki też nie spotkały się z zachwytami...Lokatorzy ustąpili...Koty wygrały batalię lokalową...

     Statecznej Niewieście było jednak mało...Kotecki potrzebowały przestrzeni...

     Przy wydatnej pomocy Statecznego Męża pościągała drzwi od pralni i suszarni, żeby kotki mogły swobodnie po piwnicach buszować...

A co kotki na to ??

     Kotecki nic nie musiały...W tych relaksacyjno-komfortowych warunkach kotki miały tylko jedno w głowie...Rozmnażały się na potęgę...;o)

Właściwie, to bywało ich niewiele mniej niż mieszkań w bloku, a mieszkań było 65...

     Problematycznie się zrobiło, kiedy razem z kotkami zamieszkały pchły...

     Do piwnicy schodzili już tylko dobrze odziani bohaterowie, na których pchle ukąszenia nie robiły wrażenia...Nikt już nie trzymał zimowych zapasów w piwnicach, nikt nie schodził "po ziemniaczki", z czasem klucza do piwnicy używała już tylko Stateczna Niewiasta...

     Czy Lokatorzy nie reagowali ??

Reagowali !! Oczywiście, że reagowali...

     Pisali petycje do Administracji...Administracja przeprowadzała jakieś zabiegi...Źródło pozostawało na swoim miejscu...Piwnice były dalej niedostępne...

Tak było dawno temu...

     Po przeprowadzce do Zaścianka problem stał się "zaszłością"...Ot, przygoda...

Ale z czasem miłośnicy kotów zaczęli swoje działania...

     Najpierw była batalia o otwieranie piwnicznych okienek...Kotkom jest w zimie zimno...

Ale tym razem kotki batalię przegrały...

     Skoro 1/3 Mieszkańców nie lubi zwierząt, albo lubi je na odległość, 1/3 deklaruje się jako "psolubne", to "kotolubni" pozostali w mniejszości...Na propozycję, aby udostępnili własne piwnice zareagowali oburzeniem...Hmmmm...

     Czas płynął, kocie standardy się nie zmieniały...Poniekąd...

     Od pewnego czasu na trawnikach zaczęły pojawiać się kocie domki i miseczki, a Stateczne Niewiasty biegają dwa razy dziennie i je napełniają...Przy słonecznej pogodzie, na trawniczka wylegują się "kotecki"...

Bo choćby nie wiem jak Świat szedł z postępem, to jak kotek ma ciepełko i pełny brzuszek, to w głowie mu jedno...Rozmnażanie !! To się "kotecki" rozmnażają na potęgę...Dwa razy do roku, po osiedlowych alejkach maszerują urocze kuleczki, a dumne kocice pilnują, żeby im się kolejność stawiania łapek w marszu nie pomyliła..."Kotecki" jedzą, rosną i się rozmnażają...Zamknięty krąg...

     O kastracjach Stateczne Niewiasty nawet nie chcą słyszeć...To wbrew Naturze !! Odławianie jest okrucieństwem !! Wizyta u Weterynarza kosztuje...

Echhh...

     I pewnie można by było postawić tutaj kropkę, i zakończyć posta z wnioskiem, że Gordyjka to stworzenie piesolubne, więc się nad ciężkim losem "kotecków" nie pochyli...Można by...

     Jednak w zeszłym roku (w lipcu) rozpętała się prawdziwa "burza w szklance wody", że kot domowy został uznany za gatunek inwazyjny (ze wszystkimi restrykcjami z tym powiązanymi), każdy portal zamieszczał artykuły na ten temat, a Miłośnicy kotów grzmieli oburzeniem...No cóż...Dziennikarze znowu się nie popisali...

     Nie popisali się do tego stopnia, że wszyscy skopiowali coś, czego de facto nie było...

A co było ??

     Petycja złożona w Brukseli (podpisana między innymi przez Ekologów) o uznanie kota domowego jako gatunek inwazyjny...;o)

     Petycja to nie prawo, ale zadyma spowodowała, że nawet nasze Ministerstwo Ochrony Środowiska musiało wydać odpowiednie oświadczenie...Tyle, że w oświadczeniu owym jest pewien dysonans...

     Właściciel kota jest zobowiązany do sprawowania opieki nad swoim zwierzakiem, a opieka owa obejmuje również zabezpieczenie bezpieczeństwa innych zwierząt (głównie ptaków)...

I to był właśnie powód złożenia owej petycji...Ptasie bezpieczeństwo...Szczególnie, że ostatnio sporo gatunków zostało wpisanych na listę zagrożonych wyginięciem...

     No to Gordyjka, stworzenie psolubne "zapytowywuje": Kto odpowiada za "wolnożyjące" koty dokarmiane przez Stateczne Niewiasty ?? 

     Program czipowania i kastracji psów w znacznym stopniu się sprawdził, po ulicach nie gnają już stada bezpańskich "sierściuchów"...Może czas pochylić się głębiej nad kocim losem ?? Może czas zgłębić pojęcie "kot domowy", a dziko żyjące koty pozostawić Matce Naturze ??

     Ot, zagwozdka... 

czwartek, 16 czerwca 2022

Trąbalscy ??

     Kilka dni temu media obiegła informacja, że w Indiach słoń zabił siedemdziesięcioletnią kobietę, potem zjawił się na jej pogrzebie, zabrał zwłoki ze stosu i zdeptał...

Makabryczne ??

     Po przeczytaniu miałam w głowie tylko jedno pytanie: co ta kobieta zrobiła za życia słoniowi, skoro tak okrutnie się na niej zemścił ??

     Słonie mają doskonałą pamięć...Echhh...Żeby tak być słoniem, jak człowiek błąka się po mieszkaniu usiłując sobie przypomnieć po co wstawał z kanapy...;o)

     Słonie nie tylko mają genialną pamięć (wielki mózg zobowiązuje), ale również zdolność do czegoś, co nazywamy "wspomnieniami"...Złe wspomnienia mogą wywoływać u nich PTSD (coś jak zespół stresu pourazowego)...

Co więc się w tych Indiach wydarzyło ??

     Czy słonie pamiętają tylko traumatyczne przejścia ?? - zapytacie...

     Kilka lat temu w przekazach medialnych można było przeczytać (i zobaczyć) wzruszającą historię...

     W czasie kilkumiesięcznej suszy na południu Afryki, kiedy reglamentacja wody objęła nawet ludzi, przy jednej z posesji pojawiła się słonica ze słoniątkiem...Mieszkańcy posesji wystawili na granicę działki wielką michę i podzielili się zapasami wody ze słonicą i jej młodym...

Mało tego, systematycznie dbali o to, żeby w misce zawsze była chociaż odrobina drogocennego płynu...

     Słonica nie wykorzystywała sytuacji nadmiernie, pojawiała się raz na dobę, najpierw słoniątko piło "do pełna", potem ona uzupełniała braki (tym co w misce zostało)...

Piękna matczyno-słoniowa miłość...

     Po kilku tygodniach stan suszy się skończył, jak można się domyślać, potężnym frontem, który oprócz deszczu przyniósł wichury...Posesja na uboczu oberwała bardzo...Połamane drzewa, pozrywane dachy, pobojowisko...

     Kiedy mieszkańcy o świcie wyjrzeli przez okna, zobaczyli widok niecodzienny...

     Stado słoni buszowało po ich terenie...Jedne uprzątały połamane drzewa i gałęzie...Drugie zbierały porozrzucane dachówki...Inne zbierały pozostałe śmieci i układały na stertę...

Wśród stada była owa pojona z miski słonica i jej maluch...Nawet on zbierał papierki...

     Wzruszające ??

Wszystko ma swoją przyczynę i skutek...

Nawet miska z wodą...

     Ludzie pojechali do sklepu i kupili spory zapas wielkich misek, poustawiali je na granicy posesji i skrupulatnie pilnują, żeby była w nich woda...

     Widocznie pamięć i wdzięczność są zaraźliwe...;o)

środa, 10 listopada 2021

Zwierzaki za modą nie idą...

     Jak wiecie, "kociarą" nie jestem...Jakoś nigdy nie było mi po drodze z tymi "sierściuchami"...No i na kocią służbę kiepsko się nadaję...;o)

Psiara jestem i już...;o)

Ale, że większość moich Czytaczy za miauczeniem przepada, więc i ja swoją wiedzę w kocim temacie pogłębiam...

     Ostatnio wbił mi się w oczy tekst, że w pewnym miejscu (lokalizacji nie wspomnę) wydano rozporządzenie, iż zmuszanie kotów do przechodzenia na dietę wegetariańską, czy wegańską, będzie karane...

Ot, zagwozdka...

     Trzeba było aż rozporządzeniem to narzucać ??

     Ile kotów padło ofiarami tych eksperymentów, żeby władze się nad tematem pochyliły ??

     Naukowcy od kilku lat monitorują temat w ruchu ciągłym (badania są cykliczne) i nijak im nie wychodzi, żeby koty swoją kocią naturę zmieniały...

Mało tego...

     Jakiś czas temu miała miejsce premiera filmu przedstawiającego symulację Ziemi "bez człowieka"...I kto zawładnął naszym Globem ?? Bingo !!

     Koty !!

Domowe koteczki, mruczące przytulanki, słodkie rozrabiaki...Kotecki...;o)

Mało, że przetrwają bez człowieka, one sobie świetnie bez człowieka poradzą...Ich masa wzrośnie o 1/3...

Na soi, marchewce i trawie ??

     Ku mojej rozpaczy, psy w tej wizualizacji poradzą sobie znacznie gorzej...Uzależnienie od człowieka zbierze smutne żniwo...

     Ale, że mój stosunek do badań (szczególnie tych "hamerykańskich") jest sceptyczny i lubię jak ten niewierny Tomasz (Tomaszka ??) sama temat przeanalizować, to ze znanych mi przykładów wyszło "czarne na czarnym", albo "białe na białym"...

     1. Pimpuś (pies) jadał co prawda kapustę kiszoną i jabłka, ale "byliśmy wówczas w ciąży" i nasza dieta bywała różna...Żaden z tych frykasów nigdy nie wygrał z michą mięsa...

     2. Czarek (pies) żebrał o surowe ziemniaki i zajadał się nimi "po brzegi", nie gardził marchewką, jabłkiem, a nawet ogryzkiem...Ale to wątróbka w każdej postaci była jego przysmakiem...

     3. Filip (nienaszpies) mimo, iż zaznawał w życiu głównie głodu, mógł służyć jako "czujnik chemii" w pożywieniu i był w tej kwestii niezastąpiony (nawet totalnie głodny "chemii" nie ruszył)...

     4. Misiek (nienaszpies) był samowystarczalny (jak Związek Radziecki)...Głodny, ruszał na polowanie i świetnie sobie radził..."Ubój" znosił na Wrzosowisko i zakopywał...Dieta składała się z kur, myszy, nornic, kretów...

     5. Lucky ?? Chociaż jego dieta przez lata składała się głównie z ziemniaków, kluchów i chleba (co widać było po skórze i sierści), preferuje dietę mięsną...Czasem uda mi się przemycić jakąś marchewkę...I chociaż głodny nie chodzi, poluje...Instynkt zwycięża...

Oj...Miało być o kotkach...;o)

     1. Rudzielec Znajomych...Kocisko "miastowe", na kanapie się wylegujące, chuchane i dmuchane (czesane i miziane)...Pewnego dnia postanowił być w domu "samcem Alfa) i nasikał śpiącemu Gospodarzowi na głowę...W odwecie Gospodarz, zapakował sierściucha w transporterek i wywiózł na wieś...Na zasadzie: "pokaż mądralo, co potrafisz"...Po dobie Gospodarz wrócił, a kotecek skruszony sam zapakował się do transporterka (a nienawidził w nim przebywać) i potulnie czekał na powrót do domciu...

     Tak się złożyło, że Znajomi dwa lata później, przeprowadzili się na wieś...Razem z koteckiem...;o)

Było to trzy lata temu...

     Od wiosny do jesieni kotek żyje własnym życiem...Widujemy, jak zajmuje miejscówkę w oknie strychu, jednego z pustostanów...Rano i wieczorem wychodzi na polowania, i głodny z nich nie wraca...Bywa, że musimy stanąć w obronie naszych skrzydlatych przyjaciół, przeganiając rozbójnika z Wrzosowiska...Jesienią zaczyna odwiedzać dom, głównie wieczorami, kiedy ta część pod ogonem przymarza mu do ziemi...Zimą zajmuje ciepły kącik i łaskawie daje się miziać...

Samodzielność zaowocowała tym, że "zmężniał", a z daleka wygląda jak średnich rozmiarów lisek (wiem, bo mnie zrobił w "lisa")...

     2. Czarny...Pojawił się pod naszym blokiem nie wiadomo kiedy i nie wiadomo skąd...Okoliczni "Kociarze" podejrzewają, że ktoś go porzucił, może umarł, a Spadkobiercom się z testamentu "wykruszył"...W każdym razie pojawił się i jest...I jak przez kilka pierwszych miesięcy wyglądał biednie i szybko została zorganizowana akcja "ratujemy kotka" (iść z nikim nie chciał, ale pełne miseczki były mile widziane), tak z biegiem czasu odnalazł się świetnie w nowej rzeczywistości...Bywa, że miski są pełne, a kocisko z wywalonym brzuchem leżakuje na trawie, albo ławce...Nawet ciepłe lokum go nie kusi...Czasem podejdzie, żeby go pomiziać, ale tak symbolicznie, "raz, dwa i daj mi spokój"...

     3. No i jedyny w życiorysie kot, którego "posiadałam"...Króciutko przybliżę, bo historię w całości kiedyś Wam opowiadałam...Córcia znalazła kotecka i przywlekła do domu z hasłem "Mamuś !! Ratuj kotka !!"...Środek zimy, śniegi kopne, mrozy siarczyste, a kotecek malusi i ledwie żywy...No to ratowałam...Na spacery żeśmy chodzili...Pan N. z psem na smyczy...Ja z kotem na smyczy...;o)

Pewnego dnia, Córcia wyszła na spacer z koteckiem, a wróciła sama...Łzy się lały, a ja Bozi dziękowałam, że to właśnie Jej uciekł, bo by nam nigdy tego nie wybaczyła...Dochodzenie przeprowadziłam, kocimi śladami szlak przeszłam i jasnym się stało, że kotecek wrócił do "domu", czyli do otwartej piwnicy...Wolność ponad wszystko...;o)

Spotykaliśmy się wielokrotnie, przychodził się poobcierać, grzbiet pod mizianie podsuwał, ale tak symbolicznie...;o)

     Czas na wnioski końcowe...

     Na pięć "przedstawionych" piesów, żaden nie był wegetarianinem, czy weganinem...Dwa z nich poradziły by sobie w naturze (reszta nie miała okazji zaprezentować umiejętności)...Człowiek oswoił psy...Człowiek za psy odpowiada...Człowiek jest psom potrzebny...Miłość za miłość...

     Na trzy "przedstawione" koty, żaden nie był wegetarianinem, czy weganinem...I chociaż lubią ciepełko i mizianki, to koty oswoiły ludzi...To ludzie potrzebują kotów...To ludzie koty kochają, a one na to pozwalają...

     I chociaż, jak w każdym aspekcie, wyjątki się trafiają...Natury nie zmienimy...

niedziela, 19 września 2021

Pies w kąpieli...

     Nie ma co...Każdy kto miał psa, jakieś doświadczenia w tej materii ma...A kto psa nie miał, to necik dostarcza niezliczoną ilość filmików tematycznych...

     Nasz pierwszy, wspólny pies, Pimpuś, dostarczał nam w tym temacie niezapomnianych wrażeń...Nie żeby był jakimś kąpielowym oportunistą, absolutnie...Ale każda kąpiel kończyła się tarzaniem przy najbliższej okazji...Tarzanie musiało być "wiekopojmne"...W zdechłego ptaka...W zgniłe resztki pod śmietnikiem...W cuchnącym bajorze...Albo...Nie, tego nie napiszę, bo może teraz coś jecie, albo pijecie...

W każdym razie, czym bardziej śmierdzące były te "perfumy", tym Pimpuś był szczęśliwszy...

Bywało, że "ambrozje" tak cuchnęły, że nie odważyliśmy się wsiadać do windy (groziło uduszeniem) i dystans 189 schodów pokonywaliśmy prawie biegiem (10 piętro)...

Jaki był efekt ?? 

Pimpek lądował w wannie, a po kąpieli...I tak w kółko...

     Czarek był mistrzem "niekąpania"...

     Chociaż niewielkiej postury (9 kilogramów), sprytu wystarczało mu na trzy dorodne dobermany i śmigał z wanny z prędkością światła...Kąpiele odbywały się dwuosobowo...Jeden trzymał...Drugi kąpał...Cezary wyczekiwał momentu na "śmignięcie"...

Pocieszającym był fakt, że "perfum" nie używał i tarzał się wyjątkowo rzadko...;o)

     Czyżby miał uraz do wody ??

Bynajmniej !!

     Kiedy bywaliśmy nad jakimiś akwenami, Cezary wykazywał się niewyobrażalnymi talentami ratowniczymi...Co prawda, ratował zawsze tylko mnie, ale jednak...

Pan N. mógł wejść po szyję i rozpaczliwie machać do psa...Dzieciaki mogły symulować podtopienia w różnych kombinacjach...Cezary siedział przy kocu i ani myślał zamoczyć łapę...Ale jeśli ja wchodziłam do wody, a już, nie daj Boże, zaczynałam pływać, pies niczym torpeda ruszał mi na ratunek...Czy to było 5 metrów od brzegu, czy 50...Czy woda sięgała mi do kolan, czy była 20-to metrową topielą...

Opcję "pływanie z psem", opanowałam do perfekcji...

Bywało, że musiałam sierciucha holować do brzegu, bo przecież nie mierzył sił na zamiary...Ratował !! ;o)

     Pierwsze kąpiele Luckiego były wyzwaniami...

     Psisko nie bywało kąpane, a jedyny kontakt z wodą to były opady deszczu...Moknąć nie lubi...

     Po dwóch latach...

Hmmm...

     Nie wiem który zmysł odpowiada u psa za przewidywanie kąpieli, ale Lucky ma go wyczulonego na maksa !! Natychmiast śpi...Nawet chrapie !!

Przecież śpiącego psa nikt nie będzie pakował pod prysznic...;o)

Po spionizowaniu przystępujemy do transportu...

Mamy do pokonania 5 metrów...

     Ja psa trzymam w pół i ciągnę...Pan N. chroni tylną flankę i popycha...Nogi psa nie współpracują...;o)

Mamy do przetransportowania 20 kilogramów niewładnego sierciucha...Łapy rozjeżdżają się, każda w innym kierunku...

     Kiedy mijamy "strefę zero", czyli, Pan N. zamyka drzwi łazienki, Lucky nagle odzyskuje siły i...Drepcze samodzielnie pod prysznic, zajmuje pozycję i spolegliwie poddaje się myciu...Mało tego !! On nawet pomaga !! Podnosi łapki, wystawia bródkę, wypręża grzbiet...Tyle, że z miną "przytul kropka"...Większego nieszczęścia w życiu nie widziałam !!

Lucky całym sobą komunikuje:

     "I co mi robisz, zbrodniarko ??"

     "Ja cię kocham, a ty do mnie z prysznicem ??"

     "Mokry nie jestem fajny !!"

Jedynym bonusem kąpieli jest wycieranie...;o)

     Wycieranie jest fajne !!

     Bywa, że po deszczowym spacerze Lucky dopomina się wycierania siadając w przedpokoju, albo szturchając ręcznik...

Może by tak wprowadzić wycieranie bez kąpania ??

     W każdym razie, woda nie jest żywiołem Luckiego...

A jak zachowuje się na akwenach ??

     Jeszcze nie odważyliśmy się spróbować...Dziewięć kilo psa dawałam radę doholować do brzegu...Z dwudziestoma kilogramami mogę mieć problem, szczególnie, że psy w takich sytuacjach zachowują się jak topielcy...A skoro Lucky nie odpuszcza mnie nawet na krok, możemy przypuszczać, że psisko i w tej sytuacji nie odpuści...

     Można założyć, że nasze psy bardzo sobie wzięły do serca powiedzenie: "Częste mycie skraca życie"...Przecież wiadomo, że psiaki długowieczne nie są, więc jakoś muszą o siebie dbać...;o)

niedziela, 11 października 2020

Psy galeryjne...

     Przymuszeni koniecznością nabycia tekstyliów, udaliśmy się do pewnej galerii...No cóż...Jak mus to mus...

     Zakupów opisywać nie będę, ale pewne zjawisko wbiło się nam w oczęta dziwnym dysonansem...

     Przy tak zwanej okazji, zahaczyliśmy o część spożywczą, a tam, wśród regałów, maszerował młody człowiek z piesełem na smyczy...

Odrobinę nas to zdziwiło...

     Młody człowiek maszerował dziarsko, pieseł zdezorientowany, kręcił się na tej smyczy totalnie zagubiony...Obwąchiwał regały...Obwąchiwał ludzi...Koszmar dla psiego nosa...

Na uwagę, zwróconą przez jedną z Klientek, młody człowiek zareagował butą i arogancją...

Wolno mu...

     Zdziwiło nas to niebywale...

     Stoiska z wędlinami i mięsem...Stoiska z rybami...Stoiska z pieczywem i ciastami...A w środku pies ??

     Piesolubna jestem do obłędu, ale tego zjawiska zrozumieć nie mogę...

     Wiem, że w czasie upałów, czy mrozów, markety "otworzyły" drzwi dla naszych czworonożnych przyjaciół, ale chyba poszli o krok za daleko...

     Zaczęliśmy się zjawisku przyglądać...

     Piesek-zakupowicz przeżywał kolejną traumę stojąc w kolejce przy kasie...

     Ale na galeryjnej alejce maszerował kolejny "dumny właściciel"...Z piesełkiem rasy uznawanej za niebezpieczną, oczywiście, bez kagańca...

     Na ławeczce siedziały dwie młode dziewoje z kolejnym pieskiem...

     Spacer z czworonogiem w galeriach stał się hitem sezonu ??

Naliczyłam cztery czworonogi...

Galeria spora...Cztery psy nie tłum...

Jeśli jednak stanie się to standardem, to następnym razem będzie czterdzieści...

     Właściciele nie mogą się obyć bez swoich przyjaciół nawet w czasie zakupów ??

     Siedzenie na ławeczce w galerii ma zastąpić psi spacer ??

     A co z klientami, którzy mają "psie alergie" ??

     Kolejny pomysł, który w założeniach miał być dobry, a skończy się totalną katastrofą...

I dla ludzi...I dla psów...  

środa, 25 marca 2020

Czas ostrzyć dzidę...

     Z wiadomych przyczyn podczytuję teraz portale o piesełach i innych psicach...Toż to człek rozumem wszystkiego nie ogarnie...No to podczytuję...
     Behawiorystów tłumy całe...Treserzy prawie doskonali...
     Jedni wrzucają porady...Inni kuszą się o obszerne artykuły...Co bardziej wyrywni piszą książki...
Dlaczego ??
Bo mogą !!
     Przecież pieseły strajku nie ogłoszą, reklamacji nie złożą...
A nie powiem...
     Niektóre proponowane "eksperymenty" są wręcz kuriozalne...
O tych pisać nie będę, żeby się głupota nie rozprzestrzeniała...;o)
Ale...
Kilka perełeczek do percepcji mi przemówiło...
     Dowiedziałam się, że tak zwane "psie mamy", czy inni piesolubni, którzy wręcz genetycznie umieją się dogadać ze swoimi ulubieńcami, przypadłość ową mają po swoich praprzodkach...I to nie tych sprzed stu-dwustu lat...
     Ta genetyka przenosi się od tysiącleci i dotyczy czasów plemiennych, kiedy to nasi praprzodkowie udomowili wilkowate i przy ich pomocy polowali na strawę...
     Ponoć owo "udomowienie" zadziałało w obu kierunkach...
Właściwie logiczne...
Żeby się porozumieć potrzebny jest dialog !!
     Przemawiał praszczur do prapieseła...To mu prapieseł odpowiadał łaszeniem, podawaniem łapska i lizawkami...
     I taki praprzodek wiedział, że jak jest łaszenie to prapieseł chce do lasu, a jak łapę podaje to chce na łąkę...Proste ??
     Ale przecież w takim plemieniu podział obowiązków był ścisły, więc się myśliwym nikt w interes nie wciskał i nikt prapsiego języka nie poznał...
     Praprzodek swoją wiedzę przekazał potomkowi, ten następnemu, ten kolejnemu...I się po wiekach okazało, że się wie, ale "niewiadomoskąd"...
     W sumie, fajnie pomyśleć, że taki praprzodek byle ciurą nie był, i chrustu nie zbierał, tylko ze zwierzem dzikim przez puszczę pomykał i jeszcze dziksze stwory za uszy do wioski targał...
     To mi się bardzo spodobało !!
     Innym czytelnikom też, bo protestów w komentarzach nie było...
     Jak Świat Światem wiadomo, że niektóre egzemplarze ludzkie świetnie się ze zwierzakami dogadują !!
    

wtorek, 5 lutego 2019

O Antonim farciarzu i jego Obsłudze...

     Pragnę Wam dzisiaj przedstawić postać nietuzinkową...
Antonio Buras...
Przez przyjaciół zwany Tośkiem...


     Wpisując w googla "dachowiec" pewnie znalazła bym przynajmniej z tuzin podobnych egzemplarzy, ale Tosiek...
No cóż...
Tosiek to farciarz !!
Przez bardzo duże "F"...


     Od razu Was uspokoję, że nie zmieniłam orientacji i w dalszym ciągu jestem piesolubna, a sierściuchy (znaczy koteczki) lubię w wydaniu "pozaustrojowym", czyli: jak najdalej ode mnie...
Tosiek dokładnie tak ma...Jest daleko...
     Na czym polega jest szczęście ??
     Jego Obsługa od ponad roku zastanawiała się nad znalezieniem odpowiedniego władcy...Poprzedni odszedł na błękitną, kocią polanę i w domostwie powiało nudą (to był władca typu "Neron", wkoło się pali, a ja poezję tworzę)...Obsługa poczuła się porzucona...
     Wzorzec władcy został skrupulatnie określony, wici po świecie rozpuszczone (sama w tym udział miałam podsyłając adres Gosianki naszej Wrocławskiej) i...
Lipa...
A właściwie, bezkocie...
     Kiedy już myślałam, że sprawa umrze śmiercią naturalną, a porządek w mieszkaniu zwycięży nad kocimi zapędami, usłyszałam w słuchawce...
"Mamy kotka !!"
Okrzyk był entuzjastyczny...
     "Mogę Ci wysłać zdjęcia ??" - zapytał pełen nadziei głos Dagusi...
Orzesz...(ko)
Ślij...
No to przysłała...


     Dla ścisłości dodam, że nie jest to kotek Dagusi...Dagusia jest Ciocią Tośka...
(To już jest spory fart)...;o)
     Obsługą podstawową jest Becia...
(To fart numer dwa)...;o)
     A teraz cała lawina farciarstwa...


     Tosiek był "skazany" na schronisko...Miał tam trafić ze względu na alergie, czy inne problemy poprzedniej Obsługi...
     Kobieta zamieściła ogłoszenie, Dagusia je znalazła, i chociaż nie spełniał żadnego z założonych wcześniej wzorców kotecka, pocięły po niego w pośpiechu...
I wiecie jak to jest...
     Czasem człowiek wybiera zwierzaka, czasem zwierzak wybiera człowieka...
     Zobaczyły Tośka, Tosiek spojrzał Im w oczy, przytulił się, zamruczał i już jechał do swojego nowego pałacu...


     Nie muszę chyba pisać, że od tej chwili Obsługa dostała totalnego kota na punkcie kota ??
     Młody, przystojny, rozrywkowy, miziaty, ciekawy świata...Prawdziwy pogromca niewieścich serc...


     Obie wpadły po uszy...
     Trochę schorowany, ale ponoć wszystko można wyleczyć miłością...
     A uszy, oczy, jelita, czy co tam jeszcze, wyleczy weterynarz...
Miał być czarny z krawatką (jeśli dobrze pamiętam) - bo taki był "wzorzec"...
Miał być odchowany - bo Obsługa pracuje zawodowo...
Miał być zdrowy - bo odejście "wzorca" było bardzo bolesne...
     Jedno spojrzenie wystarczyło, żeby Tosiek wszystkie te plany zreformował...Po kociemu...


     Tak już jest ze zwierzakami...
To spojrzenie znają piesolubni, kotolubni i zwierzolubni...
Na takie spojrzenie nie ma szkieł korekcyjnych...
Bo w tym spojrzeniu widać miłość i duszę...
     Taki farciarz z tego Tośka...

P.S. W Wigilię pożarł Im rybę...Ale nie tak, żeby pożreć i tyle...Tosiek uszczknął po ociupince z każdego kawałka, żeby nie było wątpliwości czyja jest zawartość półmiska...Obsługa rozpływała się w zachwytach nad jego inteligencją...A ja ?? No cóż...Pozostaję piesolubna...;o)