Każdy kto rozpoczynał edukację w latach siedemdziesiątych wie, że lekko nie było...I to dosłownie...
Tornistry były rozmiarów XXL, wykonane ze skaju z metalowymi klamrami i ciężkie same w sobie...Do tego piórniki (czasem drewniane)...Książki w solidnych, tekturowych oprawach...I oczywiście masa innych "przydasi"...Mydelniczki...Ręczniczki...Butelka z piciem...Mój tornister był tak ciężki, że samodzielnie nie byłam w stanie donieść go do szkoły...A może to ja byłam zbyt lekka ??
W każdym razie, Rodzinka orzekła, że nijak edukacji nie rozpocznę w takim zestawieniu...
Sprawę rozwiązał Dziadzio Stefan, zgłaszając się na ochotnika do roli Tragarza...W szkole miałam tornister "ciągać" za szelki...Taki byłam ułomek...;o)
Dziadzio, mimo choroby, transportował ten mój tornister ponad półtora roku...A potem umarł...Więc edukacja bywa "zabójcza"...
Ale "czarna kropka" miała miejsce w pierwszej klasie...
Nasza wychowawczyni przygotowała tablicę, na której wypisani byli wszyscy uczniowie, a ona przyznawała nam kropeczki różnych kolorów za sprawowanie...Jeden rzut oka i było widać, kto co ma "za pazurami"...
Pewnego dnia, wchodzi wychowawczyni do klasy i z grobową miną oświadcza, że wstawia mi "czarną kropkę" ze sprawowania, bo dopuściłam się rzeczy strasznej...
Nie miałam pojęcia o co chodzi...
Okazało się, że dzień wcześniej, kiedy wracaliśmy ze szkoły, śmiałam się na ulicy i dokuczałam jednemu z uczniów, że jest "tłuk i gamoń" bo wierszyka nie umiał...
Wychowawczyni nawet nie czekała na wyjaśnienia, nie zapytała jak było, tylko walnęła mi tę czarną kropę przy całej klasie...
Nie rozumiałam...Nie pojmowałam...
Przez cały dzień nie odezwałam się w klasie ani słowem, a czarna kropka wbijała mi się w oczy, w serce i w duszę...
Dziadzio Stefan od razu rozpoznał, że coś jest nie tak...
A było bardziej "nie tak" niż się wydawało siedmiolatce...
- I on powiedział mamie, że to ja się z niego śmiałam, i że go przezywałam...
- Kto ?? Darek ?? - nie mógł uwierzyć Dziadek...
- Tak...I ciocia była dzisiaj w szkole...Opowiedziała wszystko wychowawczyni i dostałam czarną kropkę na tablicy...- i pociekły łzy rozżalenia...
- Halina tych bzdur nagadała ?? - sytuacja bardzo Dziadka Stefana zdenerwowała...
Dziadek odprowadził mnie do domu, coś wyszeptał do ucha wujkowi, który miał mi dotrzymać towarzystwa i zniknął...(Dziadek poszedł wyjaśnić sprawę u źródła, czyli u najstarszego syna)...
Całe popołudnie i wieczór upłynęły pod znakiem "czarnej kropki"...
Na drugi dzień szłam do szkoły z Mamciaśką i Dziadkiem Stefanem...Chociaż chętnych do eskortowania było wielu...(Baba Jaga (czyli Babcia), Ojciec i dwóch młodszych braci Mamciaśki)...
W czym był problem ??
Otóż, w dzień, kiedy ponoć wyzywałam własnego kuzyna od "tłuków i nieuków" wracałam do domu z Dziadkiem Stefanem, nawet trasa marszu się nie zgadzała...Cioteczka (moja osobista chrzestna) minęła się z prawdą i to minęła się wręcz kosmicznie...A wychowawczyni dała temu wiarę...
Tak krzyczącego Dziadka Stefana to ja nigdy wcześniej i nigdy później nie widziałam...
Rozpętała się taka awantura, że nawet dyrektor szkoły brał w niej udział osobisty...
Ale apogeum nastąpiło, kiedy w drzwiach szkoły pojawiła się ciotka z kuzynem...
Wszyscy wylądowaliśmy w dyrektorskim gabinecie...
Ponoć kłamstwo ma krótkie nogi...To kłamstwo chyba nawet krótkich nóg nie miało...
Darek okłamał mamę (przynajmniej taką wersję przedstawiła przyciśnięta do muru ciotka), ona zamiast załatwić to w rodzinie, postanowiła rozpętać burzę, wychowawczyni niczego nie sprawdziła...
Efekt ??
Nigdy więcej ciotka nie brała udziału w rodzinnych uroczystościach, Dziadek Stefan postawił kategoryczne veto...Moi Rodzice praktycznie zerwali z nimi kontakt...Darka przeniesiono do innej szkoły...
Czarna kropka widniała na tablicy do końca roku, bo zrobiona była mazakiem...Klasie też niczego nie wyjaśniono...Czarna kropka kłuła oczy, serce i duszę...Zadra pozostała...
Ale że historia lubi się powtarzać...
Właśnie rozpoczynałam naukę w Technikum, pełna gala, szkoła mundurowa, więc "pierwszaki" widoczne w tłumie...I nagle, wśród tych głów rozpoznaję Darka...Bingo !!
Kiedy mnie zauważył, to jakby grom w niego strzelił...
Większe nieszczęście już mu się przytrafić nie mogło...
I pewnie moją winą było, że pół roku później przeniósł się do "zawodówki" bo nie wyrabiał...
A kiedy dwa lata później spotkaliśmy się przypadkiem w pewnym parku, zebrał się na odwagę i wywalił mi w twarz, że jest "czarną owcą" w rodzinie, że nic mu się nie udawało i nie udaje, i że całe życie był nękany przez własną matkę faktem, że ma genialnego brata (to akurat była prawda) i wszechstronnie uzdolnioną kuzynkę (a to były "jaja")...
Nawet nie wiedziałam co powiedzieć...
Cioteczka zniszczyła własne dziecko...Jedną "kropką"...











