Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Drzewko oliwne.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Drzewko oliwne.... Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 grudnia 2021

Czarna kropka...

     Każdy kto rozpoczynał edukację w latach siedemdziesiątych wie, że lekko nie było...I to dosłownie...

     Tornistry były rozmiarów XXL, wykonane ze skaju z metalowymi klamrami i ciężkie same w sobie...Do tego piórniki (czasem drewniane)...Książki w solidnych, tekturowych oprawach...I oczywiście masa innych "przydasi"...Mydelniczki...Ręczniczki...Butelka z piciem...Mój tornister był tak ciężki, że samodzielnie nie byłam w stanie donieść go do szkoły...A może to ja byłam zbyt lekka ??

W każdym razie, Rodzinka orzekła, że nijak edukacji nie rozpocznę w takim zestawieniu...

     Sprawę rozwiązał Dziadzio Stefan, zgłaszając się na ochotnika do roli Tragarza...W szkole miałam tornister "ciągać" za szelki...Taki byłam ułomek...;o)

     Dziadzio, mimo choroby, transportował ten mój tornister ponad półtora roku...A potem umarł...Więc edukacja bywa "zabójcza"...

     Ale "czarna kropka" miała miejsce w pierwszej klasie...

     Nasza wychowawczyni przygotowała tablicę, na której wypisani byli wszyscy uczniowie, a ona przyznawała nam kropeczki różnych kolorów za sprawowanie...Jeden rzut oka i było widać, kto co ma "za pazurami"...

     Pewnego dnia, wchodzi wychowawczyni do klasy i z grobową miną oświadcza, że wstawia mi "czarną kropkę" ze sprawowania, bo dopuściłam się rzeczy strasznej...

Nie miałam pojęcia o co chodzi...

     Okazało się, że dzień wcześniej, kiedy wracaliśmy ze szkoły, śmiałam się na ulicy i dokuczałam jednemu z uczniów, że jest "tłuk i gamoń" bo wierszyka nie umiał...

Wychowawczyni nawet nie czekała na wyjaśnienia, nie zapytała jak było, tylko walnęła mi tę czarną kropę przy całej klasie...

Nie rozumiałam...Nie pojmowałam...

     Przez cały dzień nie odezwałam się w klasie ani słowem, a czarna kropka wbijała mi się w oczy, w serce i w duszę...

     Dziadzio Stefan od razu rozpoznał, że coś jest nie tak...

A było bardziej "nie tak" niż się wydawało siedmiolatce...

     - I on powiedział mamie, że to ja się z niego śmiałam, i że go przezywałam...

     - Kto ?? Darek ?? - nie mógł uwierzyć Dziadek...

     - Tak...I ciocia była dzisiaj w szkole...Opowiedziała wszystko wychowawczyni i dostałam czarną kropkę na tablicy...- i pociekły łzy rozżalenia...

     - Halina tych bzdur nagadała ?? - sytuacja bardzo Dziadka Stefana zdenerwowała...

     Dziadek odprowadził mnie do domu, coś wyszeptał do ucha wujkowi, który miał mi dotrzymać towarzystwa i zniknął...(Dziadek poszedł wyjaśnić sprawę u źródła, czyli u najstarszego syna)...

Całe popołudnie i wieczór upłynęły pod znakiem "czarnej kropki"...

     Na drugi dzień szłam do szkoły z Mamciaśką i Dziadkiem Stefanem...Chociaż chętnych do eskortowania było wielu...(Baba Jaga (czyli Babcia), Ojciec i dwóch młodszych braci Mamciaśki)...

W czym był problem ??

     Otóż, w dzień, kiedy ponoć wyzywałam własnego kuzyna od "tłuków i nieuków" wracałam do domu z Dziadkiem Stefanem, nawet trasa marszu się nie zgadzała...Cioteczka (moja osobista chrzestna) minęła się z prawdą i to minęła się wręcz kosmicznie...A wychowawczyni dała temu wiarę...

Tak krzyczącego Dziadka Stefana to ja nigdy wcześniej i nigdy później nie widziałam...

     Rozpętała się taka awantura, że nawet dyrektor szkoły brał w niej udział osobisty...

Ale apogeum nastąpiło, kiedy w drzwiach szkoły pojawiła się ciotka z kuzynem...

Wszyscy wylądowaliśmy w dyrektorskim gabinecie...

     Ponoć kłamstwo ma krótkie nogi...To kłamstwo chyba nawet krótkich nóg nie miało...

     Darek okłamał mamę (przynajmniej taką wersję przedstawiła przyciśnięta do muru ciotka), ona zamiast załatwić to w rodzinie, postanowiła rozpętać burzę, wychowawczyni niczego nie sprawdziła...

Efekt ??

     Nigdy więcej ciotka nie brała udziału w rodzinnych uroczystościach, Dziadek Stefan postawił kategoryczne veto...Moi Rodzice praktycznie zerwali z nimi kontakt...Darka przeniesiono do innej szkoły...

     Czarna kropka widniała na tablicy do końca roku, bo zrobiona była mazakiem...Klasie też niczego nie wyjaśniono...Czarna kropka kłuła oczy, serce i duszę...Zadra pozostała...

Ale że historia lubi się powtarzać...

     Właśnie rozpoczynałam naukę w Technikum, pełna gala, szkoła mundurowa, więc "pierwszaki" widoczne w tłumie...I nagle, wśród tych głów rozpoznaję Darka...Bingo !!

Kiedy mnie zauważył, to jakby grom w niego strzelił...

Większe nieszczęście już mu się przytrafić nie mogło...

I pewnie moją winą było, że pół roku później przeniósł się do "zawodówki" bo nie wyrabiał...

     A kiedy dwa lata później spotkaliśmy się przypadkiem w pewnym parku, zebrał się na odwagę i wywalił mi w twarz, że jest "czarną owcą" w rodzinie, że nic mu się nie udawało i nie udaje, i że całe życie był nękany przez własną matkę faktem, że ma genialnego brata (to akurat była prawda) i wszechstronnie uzdolnioną kuzynkę (a to były "jaja")...

Nawet nie wiedziałam co powiedzieć...

Cioteczka zniszczyła własne dziecko...Jedną "kropką"...

niedziela, 27 grudnia 2020

Wielka Wojowniczka...

     Kiedy Ją poznałam ??

Nie pamiętam...

Tak jak nie pamiętam, kiedy poznałam Panią B. ...Przyjaciółkę "od zawsze"...

     Ona była Mamą Pani B. ...

Mimo dysfunkcji ruchowej urodziła ósemkę Dzieciaków...

     Kiedy przychodziłam do Nich w odwiedziny (a uwielbiałam to robić), uchylała drzwi kuchni i witała mnie z uśmiechem na twarzy...Promieniała dobrocią...

     Wiedziałam, że Im się nie przelewa...Wiedziałam, że z powodu alkoholizmu Męża przeżywa troski w samotności...Wiedziałam, że Los nie skąpił Jej niczego, czym mógłby Jej "dołożyć" zmartwień...

     Może dlatego przez pięćdziesiąt lat nie przyznałam się Pani B., że w moim domu też rządził alkohol ??

Nie ośmieliłabym się porównywać...

Ale w głębi duszy zazdrościłam Pani B., że nie jest z tym sama, że Jej Mama trwa niczym Opoka, że na wszystko odpowiada uśmiechem...

     Nie złamało Jej nawet urodzenie niepełnosprawnego Dziecka, któremu lekarze "wróżyli" kilka miesięcy, góra - kilka lat życia...

Oleńka przeżyła dwadzieścia lat...

     Czy lekarze się pomylili ??

Nie sądzę...

     Oleńka żyła dzięki tej niewyobrażalnej miłości, dzięki trosce i dzięki temu uśmiechowi...

     Kto chciałby umierać, mając taką Mamę ??

     Nasze ścieżki na wiele lat się rozeszły...Ja wyjechałam do Zaścianka...Pani B. zamieszkała na Śląsku...Jej Rodzice zmienili adres...

     Kiedy po latach odnalazłyśmy się w necie (cud spowodowany przez NK), byłyśmy uszczęśliwione ponad miarę...Znacie to ?? Tak jakbyśmy się nie widziały od wczoraj...Jakby te dwadzieścia lat było nieistotne...

     Na sklepowym parkingu złapałam w ramiona Panią B. i wiedziałam, że odzyskałam Przyjaciela...

     A po jakimś czasie pojechaliśmy w odwiedziny do Jej Rodziców...

Pamiętali nas od dziecka...I mnie, i Pana N. ...

     Zwracali się do nas jak kiedyś, zdrobniale...W Ich domu te dwadzieścia lat też nie miały znaczenia...

Pamiętali całą masę naszych wybryków i wspomnień, przytulali jak małe dzieci, i chłonęli każdą nowinę z naszego życia...

Czas się zatrzymał...

Mama Pani B. trzymała mnie za rękę i uśmiechała się jak zawsze...

     To był dobry czas na spotkanie...

     Ostatnie spotkanie z Moim Dobrym Duchem z dzieciństwa...

     Wkrótce Mama Pani B. zachorowała, "wredny niemiec" zabierał Ją po kawałku...

Ciężkie życie, do którego tak pięknie się uśmiechała, dołożyło swoje...

     Żyła cichutko i umierała cichutko...Dzień po dniu...

Zmarła w poniedziałek, 21 grudnia 2020 roku...

     Śpij Dobry Duchu, czas odpocząć...Czas przytulić Oleńkę...

Byłaś Wielką Wojowniczką... 



 

poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Rodzinna "szklana pułapka"...

     Kiedy wracaliśmy z Wielkiej Wyprawy Urodzinowej dwa i pół roku temu (Księciunio kończył właśnie trzy latka), tradycja nakazywała zatrzymać się na obiadek w pewnej knajpce, tuż przy Zakopiance...
     Odkryta lata temu i wypatrywana uważnie (zjazd był ukryty wśród zieleni), zachwycaliśmy się owym gastronomicznym przybytkiem nieodmiennie...
     Świeże, dobre jedzenie...Ogromne porcje i bardzo przyzwoita cena...Prosty przepis na klientów...
     Niestety, przebudowa Zakopianki spowodowała, że Knajpa pozostała na uboczu...
     Wtedy jednak, miewała się dobrze, a na brak klientów Obsługa nie narzekała...
     Pora "obowiązkowej zupki" była dobrym pretekstem, żeby znowu wpaść w odwiedzinki...
     Siedzimy przy stoliku z widokiem na drogę, popijamy soczki oczekując na zamówienie, nagle...Trrrrach !!
Znajomy dźwięk !!
     Jak na Dziadków przystało powinniśmy wpaść w totalną panikę i narobić ogromnego zamieszania...
Powinniśmy ??
     Spoglądamy na siebie z Panem N. i uśmiechy wykwitają nam na ustach...
     Ze stoickim spokojem prosimy, żeby Księciunio wypluł spory kawałek szkła, który trzyma w ustach...Z dłoni zabieramy Mu szklankę ze sporym ubytkiem w naczyńku...Sprawdzamy, czy "gryz" został w całości "oddany"...
     Kątem oka widzę przerażenie na twarzy Pani Bufetowej...Uśmiecham się uspakajająco...
     - Może być soczek w kubeczku ?? - pytam Wnuka...
     - Tak, Babciu...- odpowiada z tym swoim uśmieszkiem...
     - Tradycja nie ginie...- wtrąca się Dziadziuś...
I wybuchamy śmiechem...
W tym momencie dzwoni komórka...Pierworodny...
     - Kiedy planujecie powrót ?? - pyta...
     - My już trzy godziny wracamy...- wyjaśniam...- Teraz mamy popas na zupkę...Młody właśnie ugryzł szklankę...
     Pierworodny wybucha śmiechem...
Był rok 2017...
     Równo trzydzieści lat temu, mieszkaliśmy jeszcze w Rodzinnym Mieście, a na ulubione spacerki z Pierworodnym chodziliśmy do Supersamu przy Targu...A właściwie do Pijalni soków...
     Syn uwielbiał soczek marchewkowo-truskawkowy...Tam był pierwszorzędny !! Świeżutko robiony...
     Po trzeciej wizycie w tym przybytku cała Obsługa wiedziała, że jesteśmy wyjątkowymi Klientami...
Soczek musiał być lany do specjalnego kubeczka, który przynosiliśmy ze sobą...
     Pierworodny trzykrotnie "pożarł" szklanki !!
     Wtedy też reagowaliśmy śmiechem, a nasza uwaga była kierowana na "całość" ugryzienia...
Był rok 1987...
     Właściwie można by uznać, że wyrodni Rodzice, zostali wyrodnymi Dziadkami...;o)
Cofnijmy się jednak jeszcze odrobinę...
     Baba Jaga z Mamciaśką nakrywały świąteczny stół...Ojciec siedział z Dziadziem Stefanem w kącie...Wujek Wojtek przygrywał na akordeonie...Wujek Andrzej kończył książkę na swojej kanapie...Ja kręciłam się jak fryga po całym mieszkaniu i wszędzie było mnie pełno...
     - A szklaneczka dla Pajdulinki ?? - zapytała Mamciaśka...
     - Jest !! - i Dziadzio Stefan sięga do witrynki po "musztardówkę"...(pamiętacie ??)
     Szkło "musztardówek" było tak grube, że nawet walenie nimi po ścianach i podłogach nie powodowało uszczerbku...
     - Mało nie narobiłem w spodnie jak ugryzła tamtą szklankę...- wyznaje Dziadzio Stefan...
     - W domu już kilka ugryzła...- uspakaja Mamciaśka...
To fakt...
Nawet pamiętam ten zgrzyt szkła w zębach...;o)
Był rok 1967...
     Po latach się dowiaduję, że specjalistą od pożerania szklanek był mój Ojciec i mój Chrzestny...
     Opowieści z dzieciństwa, z pikantnymi szczegółami nie było, bo i o szklanki było trudno, ale kiedy byli w wojsku, zakładali się o to "pożeranie" szklanek i mieli z tego niezły "biznes"...
Umieli ponoć "pożreć szklankę"  do denka...
     Genetyka ??
Były lata 1950-1954...
     Pewnie zaczęli by karierę "Szkłożerców" wcześniej, gdyby szklanki były ogólnodostępne...;o)
Tylko że...Hmmm...
     Wszyscy byliśmy "Powielaczami" !!
     Niewątpliwym Numerem 1 tej dziwnej, genetycznej tradycji, był Bieszczadzki Dziadek !!
I pewnie sprawa by się nie "rypła", gdyby nie Bieszczadzka Babcia...
     Kiedy Ojciec z Chrzestnym mieli pewnego dnia fazę na wspominania, a wszyscy wsłuchiwali się w Ich opowieści z zapartym tchem, z babcinej piersi wyrwało się prawie szeptane...
     - Jaki Ojciec, tacy Synowie...
Czyli ??
     "Szkłożercami" jesteśmy już ponad sto lat !! Grubo ponad sto lat !!  

środa, 26 lutego 2020

Drążąc temat...Bez fotoshopa...

     Po telefonie od Przyjaciółki dalej mnie telepie...W czerepie siedzą wszystkie przypadłości rodzinne, chociaż najlepsze byłoby zapomnienie...
     Bulgocząc duszą przypomniałam sobie "drugą stronę", czyli moich Bieszczadzkich Dziadków...
Dzieci mieli ośmioro...Niezły wynik...
Poza jedną Ciocią (Świętą Kobietą), wszyscy wybyli w Świat...Bliższy lub dalszy...
     Z perspektywy czasu wiem, że zażyłości uczuciowej to tam nie było, ale z drugiej strony, najmłodsza Siostra urodziła się dwadzieścia kilka lat po Pierworodnym...
Spotykali się rzadko...
     Czasem urlopy się zazębiały...Czasem ktoś wpadł "przy okazji"...Punktem stałym były wesela...;o)
     To Cioteczka mieszkała z Dziadkami, to Ona z nimi pracowała, i na Niej spoczywał obowiązek opieki...
Kiedy "stawała pod ścianą" wzywała Mamciaśkę na odsiecz...
     Bo trzeba było jakieś super lekarstwo załatwić...Bo takie badania robili tylko prywatnie, albo "na Śląsku"...Bo pilnie było potrzebne miejsce w szpitalu...
     Kiedy Dziadkowie zmarli, a zrobili to prawie "zbiorowo", Rodzeństwo stanęło przed dylematem "podziału majątku"...
Pamiętam minę Ojca jak przyszedł list od Cioteczki...
Mało nie zszedł na zawał !!
     "Jaki podział ??" - wrzeszczał w "Kosmos"...
     "Jaka spłata ??" - dociekał...
     Dwa dni później pojechał do Siostry, wstępując po drodze do Brata...
     Z Bratem "nawrzucali" Kosmosowi ile wlezie...
     Cioteczka całe życie ciężko pracowała na roli...Wychowała czwórkę Dzieci...Użerała się z mężem alkoholikiem...Czym się chciała dzielić skoro majątku nie było ??
No cóż...
     Okazało się, że dla sześciorga z Rodzeństwa sytuacja była kuriozalna i Cioteczka musiała wysłuchać wielu epitetów na temat swojej "głupoty"...A kiedy emocje opadły, nieśmiało wtrąciła...
     - E. chce spłaty...- wydukała ze łzami w oczach...
Wszystkich przy stole zamurowało !!
     E. wielokrotnie korzystała z wakacyjnych wypoczynków, wracała do domu z bagażnikiem wypchanym warzywami, owocami, przetworami, a nawet mięchem i wędlinami...Nikt Jej nie liczył...
Świetnie też umiała zmanipulować Babcię, żeby wyskubała "dolarka" na jakieś bardzo pilne potrzeby...
Wszyscy wiedzieli, ale nikt się nie odzywał...
I właśnie Ona chciała spłaty...
     Bracia znowu Kosmos sklęli, a że dusze mieli prawie góralskie, więc ruszyli do E. prostować charakter...
Wyprostowali !!
Chociaż długo się potem do mojego Ojca nie odzywała...
Pewnie musiała strawić utratę tego majątku...;o)
     Po latach Cioteczka sprzedała dom i pole, bo Jej Dzieci przyszłości na ugorze nie widziały...
     I znowu zadała pytanie o podział owego "majątku"...
Uczciwa do bólu...
     Tym razem jednogłośnie zdecydowano, że ma sobie zostawić tę kasę i głowy nie zawracać...
Ot, niby proste...
Nie pracowałeś, nie zarobiłeś, nie twoje...
     Ja Cioteczce dozgonnie wdzięczna będę za wspaniałe wakacje w Jej domu...;o)
     Ale, że moja mózgownica lubi równowagę, to mi zaraz podsunęła inny wątek...
     Po śmierci mojego Ojca, zadzwonił do mnie brat Mamciaśki:
     - Majątek po Ojcu likwidujesz...Mnie się jako szwagrowi też coś należy !!
     Tak mnie wtedy zatkało, że chyba z tydzień głosu odzyskać nie mogłam...

czwartek, 6 lutego 2020

Oddychaj !!

     Trzydzieści dwa lata temu właściwie nie żyłam...
Nie pierwszyzna...
     Do tego dnia "nie żyłam" już kilka razy, wymuszając na medykach ponadstandardowe działania...
     2-go stycznia 1988 roku poszłam "po bandzie"...
     Będąc w ósmym miesiącu zagrożonej ciąży wylądowałam w szpitalu...
     Przeszłam przez te osiem miesięcy wszystkie możliwe przypadłości zdrowotne...Przeszłam przeprowadzkę do Zaścianka...Potrącił mnie samochód kiedy jechałam na rowerze (w Zaścianku rower był niezbędny do zrobienia nawet podstawowych zakupów)...A kiedy byłam w siódmym miesiącu ciąży zmarła Mamciaśka...Moja Mama...
     I chociaż wydawało się, że nic więcej już dowalić mi nie mogło...Los ma w zanadrzu zawsze coś schowane...
     2-go stycznia o 5-tej rano odeszły mi wody...
Pan N. był w pracy, a właściwie do niej dojeżdżał...
Byłam sama w domu, z trzylatkiem...
Bez telefonu...Bez samochodu...
Wśród Sąsiadów, których jeszcze nie znałam...
Wtedy jeszcze nie przypuszczałam, że to wszystko nie jest najtrudniejsze...
     Zorganizowałam opiekę nad Pierworodnym...Zorganizowałam sobie transport do szpitala...Zawiadomiłam Pana N., że "Świat się wali", ale jakoś go trzymam...
     Patologia ciąży...Leki na podtrzymanie...Zastrzyki na wstrzymanie akcji porodowej...
     Lekarz robił wszystko, żeby nie odbierać tego porodu...Efektem było, że bóle zostały wstrzymane, skurcze zostały wstrzymane, ale akcja porodowa trwała...
     Urodziłam Córkę siłą mięśni...
Nie polecam...;o)
     Pewnie wcale nie miałybyśmy szans, gdyby nie fakt, że uprawiałam tyle dyscyplin sportowych...
Ale się udało...
O 14:20 usłyszałam:
     "Ale ono zielone !!"
I straciłam przytomność...Któryś raz z rzędu...
     Przeszłam niezliczoną ilość kroplówek...Kilka transfuzji...Stan zapaści...Zapalenie płuc...Kilka alergii na leki...Żyły pękały mi od dotknięcia...Całe ciało miałam czarne od siniaków...
     Ale wiecie co było najgorsze ??
     Przez trzy doby nikt nie udzielał mi żadnych informacji o Dziecku !!
Martwa cisza...
Właściwie to nawet nie wiedziałam jakiej jest płci...
W końcu nie wytrzymałam...
     Dowlokłam się pod oddział noworodków, znalazłam jakiegoś chodaka i zagroziłam, że rozwalę szklaną ścianę, jeśli nie otrzymam informacji...
Nawet ordynatorkę ruszyło...
     Ubrali mnie jak kosmitę i zaprowadzili do Córci...
     Leżała w inkubatorze, wszędzie rurki, urządzenia...
     A ja stałam za szybą, kilka metrów od Niej i błagałam Boga o jeszcze jeden Jej oddech...
     Ordynatorka stała ze spuszczoną głową i niewyraźnie wyszeptała...
     "Walczymy"...
Jakby mnie ktoś w brzuch kopnął...
Ale podziałało...
     Wracając do separatki wstąpiłam do przełożonej pielęgniarek i poprosiłam o jakieś zajęcie, jakiekolwiek...Jej opadnięta szczęka była dowodem na mojego "fioła"...;o)
Musiałam dostać zgodę lekarza prowadzącego...
To On uratował mi życie...
A każdy obchód zaczynał od : "Co tam słychać u mojego umrzyka ??"
     Dostałam całe zwoje ligniny i robiłam z nich podkłady dla położnic...Takie czasy były ciekawe...;o)
     Aaaaa...I jeszcze jedna ciekawostka...
     Gdyby Pan N. nie był wówczas Honorowym Dawcą Krwi, to na transfuzje czekałabym pewnie do zgonu...;o)
     Zajęcie rąk i głowy było świetnym pomysłem...W dwie doby mój stan poprawił się o 180 stopni...Produkcja podkładów szła pełną parą...
     Na oddziale zmarły dwa noworodki...
     Jedno dzieciątko urodziło się martwe...
Byłam ponad to...
Składałam podkłady i powtarzałam mantrę...
     "Oddychaj Córcia...Oddychaj Córcia..."
     Nie pchałam się na oddział noworodków...Nie zadawałam pytań pediatrom...
     Po dwóch dniach zapukała ordynatorka i oznajmiła, że mam gościa...
Kiedy ja niezdarnie gramoliłam się z łóżka, ona wniosła Córcię !!
     "Macie pięć minut !!" - stwierdziła...
A ja przestałam oddychać...
Jakaż Ona była maleńka...Jaka krucha...
Trzymałam Ją w ramionach i szeptałam...
     "Oddychaj Córcia...Oddychaj..."
Ziewnęła i spała dalej...Taka była usłuchana...;o)
     Po kolejnych dwóch dniach, ordynatorka weszła do mojej sali i oznajmiła...
     "Zbieraj się mama w sobie, bo córkę masz do wypisu"...
     Pięć minut później stałam pod pokojem lekarskim i rozpoczęłam żebractwo...
     Po dobie lekarz prowadzący miał dość mojego widoku...
     "Jeszcze pięć kroplówek, jedna transfuzja i..."- stawiał warunki...
     - I do domeczku !! - przerwałam wywód...
     "i badania...Potem zobaczymy."- zakończył...
Jeszcze tak grzecznej pacjentki na oddziale nie było...
A jak ja na karetkę z krwią wyglądałam !! (Wieźli ją z Wawki, bo ciągle dostawałam odczynów alergicznych, przez jakiś durny współczynnik)...
     Dałyśmy radę !!
     Co prawda, mnie wypisano ze stertą recept i kategorycznym żądaniem stawienia się w szpitalu przy jakichkolwiek objawach...Ale Córcia dostała porodowe 10 punktów !!
     Jakim cudem ??
     Statystyka !!
Oddział zaliczył trzy zgony w ciągu tygodnia, sukcesy były potrzebne...
     W konsekwencji, Córcia dopiero po miesiącu dostała leki i odżywki dla wcześniaków, bo takie były durne przepisy...
     W konsekwencji, przez kolejnych kilka lat walczyliśmy z różnymi przypadłościami, które ów "przepis" spowodował...
     W konsekwencji, przez pierwszy rok warowaliśmy przy łóżeczku, obawiając się niewydolności Jej płuc i wstrzymania oddechu...
Ale oddychała !!
A ja dalej powtarzam jak mantrę...
     "Oddychaj Córcia !! Oddychaj !!
Przez kolejnych Sto lat !!
Gdybym dotrzymała terminu, urodziła by się właśnie dzisiaj...Ale 2-gi stycznia to też fajna data...;o)

P.S. Mój Lekarz prowadzący, Doktor Bednarz, nie dożył nawet "osiemnastki" naszej Córci...Zmarł nagle, w czasie urlopu, chociaż był naszym rówieśnikiem. Jego Żona była Wychowawczynią naszej Córci, w szkole podstawowej...Tak się drogi splotły po latach...
On był niewątpliwie, jednym z moich Dobrych Duchów... 

piątek, 27 grudnia 2019

Świąteczni Magicy, czyli magia Świąt działa...

     Świąteczny zgiełk ucichł...Kuchenny kurz osiadł...Kolejne Boże Narodzenie przeszło do wspomnień...
     I chociaż zajęta byłam nieprzytomnie, to moją uwagę przykuł pewien fakt...
     Czytając świąteczne życzenia i przesłania, często spotykałam stwierdzenia, że to nie o zastawiony stół chodzi, nie o zakupową gonitwę, nie o stosy prezentów pod choinką, ale o duchowe piękno przeżywania kolejny raz tajemnicy Narodzin...
Poniekąd...
Ale, że uwielbiam wciskać "kij w mrowisko", a na różne zjawiska mam zdanie odrębne od Ogółu, więc i tym razem wykażę się oporem...
     Zacznijmy od tych nieszczęsnych zakupów...
     Fakt...My od lat robimy zakupy świąteczne znacznie wcześniej, żeby świątecznej zadymy uniknąć...Menu ustalam z kilkutygodniowym wyprzedzeniem, na jego podstawie robię listę zakupową i ze statecznością matrony oczekuję godziny "PW", czyli "Przygotowania Wigilijne" czas zacząć...
     Co roku jednak, wymykamy się na "zakupowy spacer" w godzinach szczytu...
Po co ??
     Żeby zobaczyć jak bardzo Ludziom zależy, jak taszczą ogromne siaty, jak pchają zapakowane niewyobrażalnie wózki, jak z namaszczeniem stoją w kolejce po rybki, albo wybierają jeszcze jeden prezent dla Cioci, której nie widzieli od wieków...
     To są prawdziwe Tłumy szczęśliwych Ludzi !!
     I chociaż czasem wkrada się jakieś zdenerwowanie, niepotrzebna niecierpliwość, to odchodząc od kasy rzucają "Wszystkiego dobrego", "Wesołych Świąt", albo zwykłej "Pomyślności"...
     Pojawia się uśmiech na upoconych od wysiłku twarzach, obcy Ludzie oddają uśmiechy...
     Ot, magia Świąt...
I przychodzi godzina "PW"...
     Przygotowania Wigilijne...
     Każda Gospodyni wie, że większej zadymy kuchennej nie ma w całym roku...
I nie wiem jak ma "każda", ale ja tę zadymę kocham !!
     Uwielbiam "rozpoczynać" z tym drżeniem niepewności, że się wyrobię ze wszystkim...
     Uwielbiam "kończyć" z bolącym krzyżem, ścierpniętymi nadgarstkami i zawrotem głowy...
     Bo pomiędzy jest "uwielbiam"...
     Kocham tych dla których to robię, więc kocham to robić...
Proste jak konstrukcja cepa...
     Mieszam kapustę z grochem i widzę w niej skrzywioną twarz Córci, kiedy pierwszy raz w życiu jej spróbowała...
     Lepię stertę ruskich pierogów, i w każdym z nich widzę uśmiechniętą twarz Pierworodnego, kiedy na stole pojawiała się makutra "z czubem" wyładowana tymi delicjami...
     Przygotowuję rybkę i słyszę jak Pan N. cmoka z rozkoszy, oblizując palce...
     Odhaczam kolejne, przygotowane potrawy z listy i widzę śliczne dołeczki mojej Synowej, kiedy z wdziękiem uśmiechała się do nas na pierwszej wspólnej Wigilii...Dwanaście dań Ją zaskoczyło...I była nieprzyzwoicie piękna z tym zaskoczeniem na twarzy...
     Piekę rogaliczki i już nie mogę się doczekać miny Księciunia, który będzie grzecznie próbował "prawie każdego dania", byle dotrwać do końca i móc wyciągnąć rączkę do patery...
A w tym roku doszło kolejne wspomnienie "kochania"...
     Princeska spróbowała grzybowej zupki z łazankami, zrobiła śliczne "bleeee", i najpiękniej na Świecie uśmiechnęła się do Babci...
     To jest prawdziwa Magia Świąt...
     Magia ukryta w farszu do pierogów, w rogalikach, w kapuście z grochem, czy między rybimi ostkami...
     Ale zanim ta magia nastąpi stajemy przy stole, bierzemy opłatek i składamy sobie życzenia przy blasku choinki...
     Jedni życzą sobie tradycyjnie Wesołych Świąt, inni przyziemnie pełnego portfela...
     Ja w tym roku miałam szczęście składać życzenia świąteczne razem z Princeską...
Ta mała Istotka była bardzo przejęta...
     Trzymała opłatek w dwóch rączkach, łamała go ślicznie i wciskała każdemu do ust...
     Piękne to były życzenia !!
     Dwuletnie serduszko dodawała do każdego kawałeczka...
     A kiedy Księciunio składał życzenia Dziadziusiowi, życzenia zdrowia i szczęścia, i...i...i...Nie mógł Bidulek sprecyzować tego co chce powiedzieć...I w końcu, nieśmiało wymruczał...
     "I żebyś częściej przyjeżdżał do Misiowego Domu"...
     Serducho Dziadziusia zatrzymało się na moment...
     Ileż tęsknoty i miłości było w tym życzeniu ??
Ogrom !! Prawdziwy ogrom !!
Taka jest Magia Świąt...
     W każdym z nas jest Cząstka Boga...
     Każde Dziecko jest Darem Największym...
     Kolejną Cząstką, która obdziela Świat bezinteresowną miłością, bezkresną tęsknotą i sobą...
     A cóż znaczyłyby te Święta bez prezentów pod choinką ??
Byłyby niepełne...To fakt...
Z premedytacją każdy drobiazg zapakowaliśmy osobno...Prezentów był stos wielki !!
     Nie, nie wydaliśmy majątku...Nie zaciągnęliśmy kredytów...Właściwie, nawet nie nadwyrężyliśmy konta bankowego...To były drobiazgi, które miały wywołać uśmiech...Ot, co...
     Dziadziuś i Misiowa Mama robili zdjęcia i nakręcali filmy...
     Misiowy Tata pomagał Princesce rozpakowywać prezenty...
     Babcia z Księciuniem pomagali Gwiazdce w obdarowywaniu...
Jakiż On był szczęśliwy !!
     Wybierał prezent...Składał mozolnie literki...I z piskiem radości biegł wręczyć Obdarowanemu...
Był dumny, że dobrze wybrał...
Był dumny, że umie przeczytać...
Był dumny, że wręcza...
A Babcia ukradkiem ocierała łzy wzruszenia...
     Princesce spodobało się tak bardzo, że zaczęła wciskać te prezenty pod choinkę, żeby wręczać jeszcze raz...
     To jest Magia Świąt !!
     Babcia nie zdążyła poczytać o Narodzinach Jezuska...Brakło czasu na rodzinne śpiewanie kolęd...Księciuniowi i Princesce brakło nawet sił, żeby nas uściskać na pożegnanie...Od nadmiaru wrażeń i emocji po prostu "padli"...
     A my cichutko spakowaliśmy co trzeba, ubraliśmy szelki Luckiemu, który dzielnie uczestniczył w naszym Świętowaniu i wróciliśmy do Zaścianka...
     Wypełniało nas takie szczęście, że niewiele rozmawialiśmy po drodze, uśmiechając się do siebie i wspominając magiczny, wigilijny Wieczór...
     Magia trwa...
I niech trwa wiecznie...
Przenoszona z pokolenia na pokolenie...
     W zakupowym rozgardiaszu...W kuchennych zapachach...W opłatku łamanym małymi rączkami...I w łzach babcinego szczęścia...  
     Wszyscy jesteśmy "Magikami" !!

piątek, 26 kwietnia 2019

Człowiek Niezastąpiony...

     Na pogrzebie Dziadzia Stefana było ponad tysiąc Osób...Kiedy karawan wjeżdżał pod wiadukt kolejowy, tłum Żałobników stał jeszcze na schodach Katedry...I chociaż moje Miasto było ponoć najbardziej "czerwone", kondukty żałobne maszerowały ulicami, bez względu na "przynależność" nieboszczyka...
Za Dziadziem maszerowali działacze partyjni i kółka różańcowe...Dalecy krewni i "obcy" Ludzie...Nawet Baba Jaga (dla nie wtajemniczonych - Babcia), oglądała się za siebie i komentowała do Mamciaśki...
     - Skąd tyle Ludzi ??
A ja się uśmiechałam...
Wiedziałam, że Dziadzia znali wszyscy...I Dziadzio ich znał...
     Nasze wyprawy "po gazetę" trwały czasem dwie godziny, czasem dłużej...A wyprawa "na pączki" - dwie przecznice dalej, to już była ekspedycja na cały dzień...
     Dziadek witał się z każdym, pytał co słychać, pamiętał kto na co choruje, jakie ma kłopoty...Kiedy rozmowa zapowiadała się "na dłuższą", przysiadaliśmy na ławeczce...
     To było Jego Miasto, Jego Dzielnica...
     Rozpoznawałam w tym Tłumie znajome twarze...Z tym Dziadzio grał w szachy, a z tamtymi trzema w karty, a tej pani w kapeluszu zmarł niedawno mąż...
     Dziadzio Stefan nie był "celebrytą", jakby się to dzisiaj określiło...Nie był nikim "ważnym"...
     Był po prostu, Dobrym Człowiekiem...
     Kilka dni po pogrzebie, kiedy Rodzicom skończyły się urlopy, stałam się "kłopotem"...
     No bo co zrobić z dzieciakiem, kiedy trzeba iść do pracy ??
     Rodzice nie powinni o takich rzeczach rozmawiać przy dziecku, nawet jeśli zakładają, że śpi...
     Nikt, nawet przez moment się nie zastanowił, że spędziłam z Dziadkiem osiem lat życia, że trzeba mi coś tam wytłumaczyć, że przykrycie grobu płytą nie rozwiązywało problemów...
     Dostałam czerwoną kokardę z kluczem od mieszkania, Ojciec pokazał mi dwa razy jak się go przekręca (a był to majstersztyk)...I "kłopot" ruszył na podbój Świata...Z kluczem na szyi...
     Czy cokolwiek z tego rozumiałam ??
Ni hu hu...;o)
No, może jedno...
     Że od teraz muszę sobie sama radzić z tym Światem...
     Do Baby Jagi przestałam chodzić w odwiedziny...
Zdjęć Dziadzia nie pozwoliła mi oglądać - bo zniszczę...
Do Dziadziowej poduszki nie pozwoliła się przytulić - bo wygniotę...
     Nie lubiła "dziewczynek" i teraz już nie musiała udawać...
Jeden bonus z tego był...
     Przestała szyć dla mnie sukienki, więc miałam spokój z przymiarkami...;o)
Skończyły się też rodzinne Święta...
To Dziadzio Stefan scalał Rodzinę...
     Mówi się, że nie ma Ludzi niezastąpionych...Czyżby ??
     Że jeden Człowiek może niewiele...
     Śmierć Dziadka Stefana zmieniła wiele, bardzo wiele...I dopiero po latach można stwierdzić jak dużo...
     Dla mnie był Człowiekiem Niezastąpionym...♥

wtorek, 23 kwietnia 2019

Nie lubię Wielkanocy...

Nie lubię Świąt Wielkanocnych...
Nie lubię i już...
     Może dlatego, że wiele lat temu, w Wielkanoc, zmarł mój ukochany Dziadzio Stefan ??
     Wcześniejszych Świąt nie pamiętam, ale te wyryły mi się w czerepie na zawsze...
     Święta wypadały wtedy prawie dokładnie jak w tym roku...Pogoda też była podobna...
     Dziadzio był w szpitalu (od lat miał zdiagnozowanego raka płuc, o czym oczywiście nie wiedziałam), więc Mamciaśka była zmuszona zabrać mnie na świąteczny dyżur do pracy...
Lubiłam te dyżury z Mamciaśką...
     Paradowałam w czepku pielęgniarskim po długaśnych korytarzach, wszyscy się do mnie uśmiechali z sympatią, dostawałam do zabawy strzykawki i stetoskop, do gabinetu ciągle ktoś wpadał na pogaduchy...
Wtedy było tak samo...
A nawet lepiej, bo pogoda była piękna, więc Mamciaśka pozwoliła mi na spacer w ogrodzie i zabawę na gabinetowym balkonie...
Był jeszcze bonus...
     W sobotę podsłuchałam, że pójdę w odwiedziny do Dziadzia, że będzie można, bo Dziadzio w Sobotę czuł się dobrze...
Nie widziałam Go kilka dni i tęskniłam bardzo...Nie wiedziałam jeszcze, że to tęsknota...Nie miałam jeszcze 9-ciu lat...
     Bawiłam się na tym balkonie, kiedy zadzwonił telefon...Dzwonił wiele razy, więc nawet nie reagowałam, ale...
     Mamciaśka nagle krzyknęła tak przerażająco...I zaczęła płakać...
A potem wybiegła z gabinetu...
     Zostałam sama na tym balkonie, ze strzykawką jednej ręce i stetoskopem w drugiej, i z echem krzyku Mamciaśki w uszach...
Kiedy wróciła, opuchnięta i załzawiona, zakomunikowała mi bezbarwnym głosem...
     - Dziadek umarł...
Koniec komunikatu...
     Nie miałam pojęcia co to znaczy...
     Nie miałam pojęcia, że tak skończyło się moje dzieciństwo...
Zadzwonił telefon i już nic nie było takie samo...
     Przed pogrzebem pozwolono mi się z Nim pożegnać...
     Leżał w trumnie, wokół stały setki osób, których nie znałam, a On pierwszy raz nie uśmiechnął się na mój widok, nie wyciągnął dłoni, żeby pogłaskać mnie po głowie, nie zachwycił się moją sukienką...
     Zdradził mnie...Zostawił...
Nie lubię Wielkanocy... 

poniedziałek, 25 lutego 2019

Zawsze byłam hazardzistką...

     Ponad trzydzieści lat temu, Pan N. zmienił pracę, i co się z tym wiązało, wyjechał w delegację, w celach szkoleniowych...
     Kiedy przyjechał po pierwszym tygodniu, wypakował teczkę, położył na stole plik wydruków komputerowych i oznajmił: " W życiu się tego nie nauczę"...
     W orzechowych oczach pojawiło się przerażenie...
     Mieszkaliśmy wówczas z moimi Rodzicielami, więc zaczęliśmy Go pocieszać...Wyliczać Jego zalety intelektualne i pracowitość...Przytaczać przykłady "większych trudności"...Doradzaliśmy cierpliwość...
No cóż...
Wiedziałam, że to nie będzie "bułka z masłem"...
     Pan N. był mechanikiem samochodowym, który miał się "przekształcić" w Technologa chemicznego (przypominam, że chodziliśmy razem do szkoły, więc wiedziałam, że chemia nie jest mocną stroną Pana N.)...
     Po roku Ślubny wrócił z delegacji...
Czekało na Niego kolejne wyzwanie...
Miał uczestniczyć w rozruchu...
     Ze skomplikowanych wydruków komputerowych przerzucił się na plany budowlane...
     Był w swojej Firmie od początku...
Na dobre, i na złe...
     Mamy nawet takie rodzinne powiedzonko, że "Matka Firma" krzywdy nie da nam zrobić...
Były strajki, wypadki, poparzenia...
Były świetne wyjazdy, imprezy, premie...
     Pan N. nie osiadł na laurach...
Chętnie uczestniczył w szkoleniach, podnosił kwalifikacje...
Potem poszedł do szkoły, żeby nikt Mu nie zarzucił braku wykształcenia...
Z tym, że, o tym fakcie nikt nie wiedział...
     Dlaczego o tym piszę ??
     Bo Pan N. awansował...
     Jego awans nie wypływa z wykształcenia, ze znajomości (genetycznie unikamy takich "dobrodziejstw"), z linii politycznej (jesteśmy a`polityczni) i wszystkich innych czynników, poza fachowością...
     Pan N. jest Fachowcem...
     Jest Mistrzuńciem...
A ja jestem bardzo z Niego dumna...
     Że dał radę tym wydrukom komputerowym, tym planom budowlanym, i tej nielubianej chemii...
I z siebie jestem dumna...
     Że ponad trzydzieści lat temu, w ruletce życia, obstawiłam taką wygraną...;o)

niedziela, 10 czerwca 2018

Nie ma dnia dobrego na śmierć...

     Poznałyśmy się w blogosferze...
Ona skomentowała...
Ja odpowiedziałam...
I już wiedziałam, że spotkałam "Jeża"...
Z wierzchu igły, a pod spodem mięciuchny...
     Nie komentowała często...
     Wybierała sobie tematy...
     Czekała na chwile...
     Kiedy nie zaglądała zbyt długo, wrzucałam tekst, który podziałał by Jej na percepcję...Prowokowałam...
Wiedziałam, że zagląda, że czyta...
     Ale cóż mogła pisać o naszych Wnukach, albo o urokach Wrzosowiska ??
     To nie są tematy dla "Jeży"...
Kiedy otwierałam "puszkę Pandory" komentarz pojawiał się natychmiast...
Kolce kłuły...
Nie byłam dłużna...
Przecież po to pisała ??
     Przychodziła...Znikała...Ale była...
     Wiedziałam, że jest...
Daleka i najeżona...Z własnymi poglądami...Z wyrobionym zdaniem...
     Nie żadna tak "Mamałyga", czy "Lelija"...
     Baba z jajem...
Dzisiaj się dowiedziałam, że odeszła...
Renia...

Najbardziej kłująca...

     Nie ma dnia dobrego na śmierć...
     Wiem, że będzie "podczytywać" w milczeniu..."Jeże" już takie są...
     A ja będę sobie wyobrażać ten błysk w Jej oczach i palce nerwowo stukające w klawisze...
     "Jeże" rozumieją się bez słów...



sobota, 11 listopada 2017

Tym razem nie wróci...

     Kiedy pisałam ten tekst nawet przez myśl mi nie przeszło...



     Że ledwie dwa lata później łzy będą kapać bez opamiętania...

Świat zawsze był dla Niego zbyt ciasny...
Powietrze zbyt gęste...
Muzyka zbyt cicha...
Radość zbyt smutna...

Chciał więcej...

Pragnął mocniej...

Orzeł odleciał...

Tym razem nie wróci...Nigdy...


Dwadzieścia sześć lat to nie jest wiek na umieranie...

Nie ogarniam tego...
Nie zgadzam się...
Nie tak miało być...

czwartek, 22 czerwca 2017

Ojcostwo...Męska sprawa...

     Dzień Ojca...Trochę w cieniu...Trochę "przy okazji"...A przecież ojcostwo to najbardziej męska z męskich spraw...
Bez tej "Drugiej Połówki Jabłka" nawet ogryzek by nie powstał...
     Tak się złożyło, że w naszym rodzinnym archiwum męska część Rodziny jest bardzo skromnie prezentowana...Może dlatego, że ruszyli w podróż do Nieba zbyt szybko ?? A może fotografowanie się uznawali za mało męskie...
     O zdjęciach naszych Pradziadków mogę pomarzyć...
Ale...


Tak...
     To Pradziadek naszego Pierworodnego, czyli mój Bieszczadzki Dziadek...
Ojciec ósemki Pociech...
Dziadek piętnastki Wnuków...
Kiedy odszedł miał szóstkę Prawnuków...
     I chociaż spędzałam u Dziadków swoje najpiękniejsze wakacje, to nigdy nie patrzył na mnie tak, jak na naszego Syna...Jakby klapka "czułości" otworzyła się po latach...(Nie wspominając, że pozwalał Mu na wszystko)...;o)
     Ja po Dziadku odziedziczyłam włosy, upór i zamiłowanie do siadania na drabinie...;o)
     Może to wrodzony urok Pierworodnego, ale "maślane oczy" robił na Jego widok również Dziadek...


     Ten "ważniejszy" !! Którego nazwisko nosił "Mały Rozbójnik"...
     Był Ojcem dwójki Dzieci...A właściwie Matką i Ojcem, bo Teściowa zachorowała kiedy Pan N. był kilkuletnim Chłopcem...
Radził sobie z tym najlepiej jak umiał...
     Ale prawdziwą eksplozję uczuć wywoływał u Niego ten mały Człowiek...
Mógł wszystko !!
Grać na instrumentach muzycznych, których Teść miał sporo...Nie wyłączając skrzypieć, które w tym zestawie były "perłą w koronie"...Mógł kruszyć ciastkami, chociaż Teść był bardzo czuły na punkcie porządku...A z czasem pojawiła się "szuflada", w której Dziadek przechowywał smakołyki dla Wnuka i pasł Go nimi, mimo naszych sprzeciwów...
Doczekał czwórki Wnuków, ale ten jeden Wnuk był szczególny...
     Drugi Dziadek nie pozostawał w tyle...


     Jako Ojciec spisywał się nieźle...Chociaż w rodzicielstwie popisał się skromnie...
Miał jedną Córkę...
     Po urodzeniu mnie kąpał, bo Mama wykazywała w czasie kąpieli zbyt mało czułości (!!)...Godzinami chodził na spacery i opowiadał w tym czasie nieziemskie historie...Pokazał góry i nauczył pokory względem ich potęgi...
Był dumny ze mnie kiedy w wieku trzech lat wlazłam na słup energetyczny...Był dumny kiedy w wieku sześciu lat spadłam z płotu i nie uroniłam nawet jednej łzy, chociaż Mamie brakło opatrunków na rany od starych gwoździ...
     Nauczył jeździć na łyżwach (a nawet zrobił prywatne lodowisko w ogródku)...Nauczył jeździć na nartach...Na rowerze...Na wrotkach...Przeskakiwać płoty...Włazić na drzewa...
     To z Ojcem "załatwiałam" wybite szyby i szkolne "incydenty"...
     Był "ostatnią instancją", która dowiadywała się o moich kłopotach..."Instancją" od spraw "nie do załatwienia"...Z resztą radziłam sobie sama...
     Z tym durszlakiem spędził prawie cały urlop, bo Pierworodny pokochał karmienie kur...Rankiem zbiegał z ganku i właził prawie cały do króliczych klatek...Potem następowało karmienie kur...A potem...


     Moi Faceci ruszali w Świat...
Uwielbiam to zdjęcie...
     Pierworodny spędzał w nosidełku większość czasu...Złaził w ten sposób Beskidy i Bieszczady...Na "grzbiecie" swojego Taty...
     Tata Go kąpał (bo tylko Tata umiał tak "otrzepywać" po kąpieli, że całe mieszkanie wypełniał radosny śmiech), Tata sypiał w łazience siedząc na muszli klozetowej, bo szum wody usypiał Gagatka w czasie kolek, tylko Tata umiał naprawić "kota w butach"...
     No i był perfekcyjnym krokodylem...


     Popłoch na kąpielisku był tak ogromny, że nawet "obce" dzieciaki czmychały w popłochu...Chociaż prym w sprintach dzierżyła nasza Córcia...Pierworodny ze stoickim spokojem sześciolatka czeka, aż Tata wypłoszy "Dzieciarnię" i będzie można poskakać z ojcowych ramion "na główkę"...
Bywało również tak...


     Pod czujnym okiem Taty, Córcia czyni pierwsze "kroki" za kierownicą...Jej mina jest szczególna...Do pedałów Jej trochę brakowało, więc Tata pilnie śledzi tor jazdy, żeby pierwsza jazda nie zakończyła się kraksą...
     Wtedy jeszcze nie było "mody" na bycie Ojcem...
     Nikt nie nagłaśniał roli rodzicielskiej i wychowawczej...
     Ojców częściej spotykało się w piwiarniach niż na placach zabaw...
Bycie Ojcem to męska sprawa...
Niewiele o tym wiem...
     Ale wiem, że kiedy Facet wie jak być Ojcem, to życie Matki staje się łatwiejsze, a życie Dzieciaków piękniejsze...
     Ot, i cała tajemnica...

czwartek, 25 maja 2017

Macierzyństwo...Nic wielkiego...

     Macierzyństwo...
Echhh...
     Cóż można powiedzieć o macierzyństwie, czego jeszcze nie powiedziano ??
Że wspaniałe ?? Że piękne ?? Że niepowtarzalne ??
Banał...
     To może troszkę inaczej dzisiaj podejdę do tematu...
Mnie Pan Los podarował to...


     Niewyobrażalne szczęście, którego może zaznać Kobieta...
Miłość jak kosmos...
Niepewność jak ocean...
I chwile, których nic nie zatrze w pamięci...
     Ale, żeby to szczęście zrealizować, muszą być jeszcze dwie Kobiety...


     Mama Stasia (do łokcia "przyklejony" Pan N.) i Mamciaśka Tatiana (ten szkrab z kucykami to oczywiście Wasza Gordyjka)...
Jakie były ??
Najwspanialsze !!
Inne być nie mogły... 
     Ale i One potrzebowały wsparcia czterech Kobiet...


Niestety, nie dysponuję zdjęciem czwartej Bohaterki...
     Babcia Józia (Bieszczadzka Babcia) z piątką swoich Pociech (była jeszcze trójka)...Ten "Łysolek" to mój Ojciec...;o)
     Babcia Marianna (Baba Jaga), całe życie nazywana Stasią...Mama trzech Synów i Mamciaśki...
     Babcia Bronia, która opowiadała kawały "z brodą" i tak się z nich śmiała, że nie sposób było zachować powagę...Mama trzech Córek, w tym tej najważniejszej, Mamy Pana N. ...
     Babcia Pelagia, o której nie wiem nic...Poza tym, że mając osiemdziesiątkę nosiła mocny makijaż, malowała paznokcie na czerwono i sama remontowała mieszkanie (!!)...Dzieci też miała koło dziesiątki...Mama Teścia...
Jakie były ??
Najwspanialsze !!
Inne być nie mogły...
Przed nimi było kolejnych osiem Kobiet...
Przed nimi szesnaście...
itd, itd...
     Każda z Nich tuliła swoje Dzieci do serca, każda pochylała się z uśmiechem nad kołyską, każda śpiewała do snu kołysanki...
     Tak jak ja...
     I nie ma w tym nic wielkiego...

piątek, 21 kwietnia 2017

Pożegnania...

     Zerwałam się nagle ze snu, z dziwnym przeświadczeniem zbliżającego się nieszczęścia...Pod powiekami miałam jeszcze obraz Mamciaśki, która usilnie próbowała mi coś powiedzieć...Z oczu kapały mi łzy, ręce się trzęsły, z trudem łapałam oddech...
     "Sen mara, Bóg wiara" - powtarzałam zduszonym szeptem...
To co ukazał mi sen, było przerażające...
Tak przerażające, że nawet Panu N. nie opowiedziałam...
Tak przerażające, że kiedy zamykałam powieki widziałam ostatni urywek...
Tak przerażające, że codziennie czekałam...
     Mamciaśka od czasu swojej śmierci (1987r.) była w moich snach trzykrotnie...Trzykrotnie już przeżywałam podobny strach i przerażenie...Trzykrotnie zapowiedziała coś, czego nie mogłam się spodziewać, a co przynosiło łzy, smutek, zwątpienie, rozpacz...
To był czwarty raz...
     Skuliłam się w sobie i zaczęłam analizować, z której strony Los może mi dowalić...
Bezradność...
Żadnych wskazówek nie dostałam, poza tym niesamowitym strachem...
     Po kilku dniach zaczęłam dochodzić do siebie...
     Poczułam wewnętrzną mobilizację...To dobre uczucie...Daje siłę...
To było dwa tygodnie temu...
     Po kilku dniach obudziłam się w nocy słysząc własny krzyk...
Sen był inny...
Równie przerażający...
Ale tym razem, po raz pierwszy od dziesięciu lat przyśnił mi się mój Ojciec...
     Mamciaśka wezwała wyższą "instancję" ??
     A może chcą mnie "wykończyć" snami ??
Przerażenie się spotęgowało...
Wieczorami z lękiem szłam do sypialni...
     Jeśli chcieli mi coś przekazać, to albo Oni kiepsko się starali, albo ja jestem wyjątkowo tępa...
Przedwczoraj obudził mnie Pan N. ...
     - Kilka razy usiłował się do mnie dodzwonić jakiś numer, sprawdziłem pocztę, Andrzejek Cię szuka...
To nie była dobra nowina...
     Od pogrzebu mojego Ojca nie mieliśmy ze sobą kontaktu...No cóż...Takie, pokręcone rodzinne życie...Tyle, że my pokochaliśmy się w dzieciństwie, jak Rodzeństwo, i trochę trudno nam było akceptować te rodzinne zawirowania...
     - Tata zmarł w poniedziałek...Przez ostatnie dwa tygodnie cierpiał niesamowicie,wył z bólu, a my z rozpaczy, modliliśmy się o śmierć...
     Dwa tygodnie...
Jakoś nikt nie wpadł na to, żeby wcześniej mnie poszukać...
Ot, życie...
     Wczoraj pożegnałam najstarszego Brata mojej Mamciaśki...
     Zwykły Szary Człowiek, odszedł w zwykły, szary dzień, w cmentarnej Kaplicy, której nawet nikomu nie chciało się pozamiatać...
Jego prochy stały w maleńkiej skrzyneczce...
"Z prochu powstałeś"...
Rodzina, Znajomi...
Kilka niezrealizowanych marzeń...
Kilka zatartych wspomnień... 
     A kiedy dzisiaj się nad tym zastanawiam, to chyba zrozumiałam Rodziców...Wiele Ich zawsze dzieliło, ale to przestało być z czasem istotne...Uczucia, które Ich łączyły, zalała lawa codziennej obrzydliwości...Niedomówień, nieszczerości, zawiści...
     Dla mnie ??
     Odeszła kolejna Osoba, która nigdy nie powiedziała do mnie inaczej niż zdrobnieniem...Kolejna Osoba, której oczy roziskrzały się na mój widok...Kolejna Osoba, dla której pozostałam małym chudzielcem z długimi warkoczami...




Po lewej mój Ojciec, po prawej Wujek...Nawet tego pomnika już nie ma...


  Mam nadzieję, że teraz się "dogadają"...