Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

środa, 25 marca 2015

Nieobecna ciałem...

     Tak się porobiło...
     Nawet nie mogę napisać, że jestem obecna duchem, bo duch tez krąży w innych rewirach, a mózgownica nastawiona na najwyższe obroty ciągle przyswaja coś nowego...
Echhh...
     Okrutnie jestem "zajmana"...
     Taka jestem "zajmana", że już bardziej "zajmana" być nie mogę...



niedziela, 22 marca 2015

"Słodka focia" pod palmami...

     Tak błogiego stanu to ja nie pamiętam...Bez pośpiechu...Bez pędu...Bez terminarza...
O przepraszam...
Terminarz jest, a i owszem, ale nie ma w nim miliona spotkań, zobowiązań, tylko daty siewów, sadzeń, kopań i nawożeń...
To dużo mniej stresujące...
     Zajeżdżamy na "wrzosowisko", wyłączamy radio i jakby inny Świat nas otaczał...
Ale cywilizacja przecież gdzieś istnieje i gna swoim sprinterskim tempem...
     Dogania nas, kiedy wracamy do domeczku...
     Wówczas dowiadujemy się kto z kim "nie chce rozmawiać", kto jaką medialną gafę popełnił, albo kto właśnie przemówił "jedynie słusznym głosem"...
     Nic z tych medialnych nowinek nie wynika, więc szkoda klawiatury na "domniemywania", ale...
     Ale zamach terrorystyczny w Tunezji przyciągnął naszą uwagę...
     Złe wieści jakoś bardziej przemawiają do wyobraźni, chociaż o nadmiar wyobraźni naszych Rodaków posądzać trudno...
     Czy pragnienie "słodkiej foci" pod palmami jest tak ogromne, że nie biorą pod uwagę własnego bezpieczeństwa ??
     Że do tej pory nic "wielkiego" się tam nie działo ??
Hmmm...
     Czyli, że muszą zginąć Ludzie, żeby odrobina wyobraźni się obudziła ??
     Może łatwiej bym owego medialnego newsa zniosła, gdyby nie wypowiedź Turystów, której wysłuchałam...
     Jeden z nich stwierdził, iż ma ogromne pretensje do Władz, bo jak dzwonił po zamachu do Konsulatu, to nikt nie odbierał...
Ło Matko i Córko...
W pierwszej chwili to mnie całkiem zatkało...
     Pan wyjechał do Kraju, który od kilkunastu miesięcy znajduje się na liście "zagrożonych terroryzmem", wbrew rozsądkowi, wbrew logice, a jedynym problemem staje się nieodebrane połączenie...
     A może Ludzie pracujący w Konsulacie mieli wówczas masę innych spraw na głowie ??
     Ale, żeby sprawiedliwości stało się zadość, to nie wypowiedź owego Pana zbulwersowała mnie najbardziej...
     Rząd rozeznał sytuację, zorganizował misję "ratunkową" i wysłał po "Nieszczęśników" samolot...
Ufff...Można by powiedzieć...
Można by...
Gdyby nie fakt, że jeden z Turystów, tuż po wylądowaniu oświadczył, iż zamierza do Tunezji na kolejne wczasy lecieć w październiku...
Orzesz...(ko)...
Ten to ma "wtyki"...
Nasz "Wywiad", to Mu do pięt nie dorasta...
     Pan już wie, że w październiku w Tunezji zagrożenia nie będzie...
Chyba, że będzie, a Pan Turysta zamierza znowu liczyć na "drapane"...
     A może to taka podświadoma próba samobójcza ?? I za którymś razem się uda ??
     Pomijam koszty związane z takimi misjami "ratunkowymi"...Pomijam "narodową" potrzebę posiadania "słodkiej foci" pod palmami...
Zastanawia mnie jednak...
     Czy gdyby biura podróży miały w ofercie wycieczki na wchód Ukrainy, to znaleźli by się chętni na takie wojaże ?? 

sobota, 21 marca 2015

O pewnej "żabie", co się zapierała i o rudym cwaniaku...

     "Zarzekała się żaba błota"...
Hmmm...
No cóż...Zarzekała...
     Nigdy więcej "sierściucha na włościach"...Nigdy więcej psiej miłości...Nigdy więcej rozpaczy po rozstaniu...
Tak się ta "żaba" zarzekała...
     I póki co, słowa dotrzymuje, chociaż jej "rewers", czyli "druga twarz" pozostaje twarzą "psiej mamy"...Tak kiedyś "żabę" nazwano...
     Krótko mówiąc, "żaba" łatwo nie ma...
     Kiedy nabyliśmy "wrzosowisko", w pakiecie było stado kur Sąsiada, dwa rude koty i on..."Kupa" nieszczęścia na czterech łapach, która witała nas od pierwszego dnia radosnym skowytem...
Dlaczego ??
Tego to nawet najstarsi Górale nie wiedzą, bo korupcji względem "sierściucha" nie stosowaliśmy żadnej...Nie znaliśmy nawet imienia...
Przybiegał...Witał się radośnie...I znikał w chaszczach na posesji Sąsiada...
Można by powiedzieć, że to był taki luźny związek, bez zobowiązań...
Z czasem przestał znikać...
Po powitaniu zajmował miejsce przy tylnym kole "naguska", albo łaził za nami po "wrzosowisku"...
     Miesiąc temu poznałam jego imię...
Filip...


     Kundelek, jakich wiele na polskich wsiach...
     Kiedy robiliśmy sobie przerwy "śniadaniowe", przysiadał w pobliżu i przełykał w marzeniach kęsy naszych kanapek...
     Nie prosił się...Nie skomlał...Może czasem przysuwał się bliżej, czują się "nie zauważonym"...
     Rozpoczęła się korupcja kanapkowa...
Nie marudził...Nie wybrzydzał...
Może tylko nie bardzo lubi korniszony...
     Dziwna więź zacieśniała się coraz bardziej...
     Filip wita nas radosnym ujadaniem, a potem leży w pobliżu i czeka...
Niekoniecznie na kanapkę...
Wystarczy zwrócić twarz w jego stronę, albo odezwać się życzliwym słowem, a filipowy ogon  kręci się jak wiatraczek...
     Funkcje już mamy przydzielone...
Ja jestem "madonną Filipa"...


W którą wpatruje się z "uwielbieniem" nawet kiedy "gaworzę" przez telefon z Panią B. ...
     Pan N. jest Kierownikiem...
Ważną Personą, która posiada w zarządzaniu kluczyki "do kanapek"...


     Ważnej Persony trzeba pilnować !! Biec do Niej pełnym pędem, żeby tego kluczyka czasem nie zgubiła !!
     Ale wróćmy do "żaby"...
Czego się jeszcze "zapierała" ??
     Ano...Że nie pogłaszcze Filipa, dokąd ten nie zostanie przez nią osobiście wykąpany, odpchlony i odrobaczony...
     Mowy nie ma !!
Ale przecież nie głaszcze się mową...
     No to "żaba" zarzekać się może, a Filipa za uchem drapie...
     Nie, żeby gołymi rękami, bo całkiem nie zdurniała, ale Filipowi drapanie w rękawicach roboczych nie przeszkadza..."Żabie" też nie...
     No i teraz "żaba" ma dylemat...
Ma w posiadaniu "sierściucha", czy nie ma ??
Bo jako żywo, "sierściuch" "żabę" w posiadanie wziął...

poniedziałek, 16 marca 2015

Niespodzianka od Dagmary...

     Kilka tygodni temu otrzymałam pewną przesyłeczkę...Serducho zadrżało...Łezka się zakręciła...
     Dagmara podzieliła się ze mną swoim talentem...
Ze mną ??
Raczej z pewną Dziewuszką, która zabłąkała się na złomowisko i tam przeżyła dziecięcą przygodę...


     Są warkocze z ogromniastymi kokardami...Są szorty wystające spod sukienki...Jest spracowana dłoń "Strasznego Stróża"...I jest...
Ło Matko i Córko !!
Tuptuś...
Tuptuś na złomowisku !!
Się porobiło...;o)

niedziela, 15 marca 2015

O schodach, co ich nie było i misijaczkowych welurkach...

     Co mnie łączy z tym Miastem ??
Nic...
     A jednak mam jakiś genetyczny sentyment do tej właśnie "kropki" na mapie...
Właściwie, to mam kilka takich "kropek"...
     Dzisiaj będzie o "tej"...
Skąd oczarowanie ??
     Pamiętacie opowieść o Wujku Andrzeju, którego własna Matka nie bardzo kochała, za to ja kochałam miłością najczystszą z czystych ??
To właśnie On owo oczarowanie spowodował...
     Wujek Andrzej, jak każdy w "tamtej" epoce, został poddany tak zwanej "zasadniczej służbie wojskowej"...Z owej służby pozostało Mu kilka modeli samolotów z "pleksy", wór wspomnień i zdjęcie w mundurze...
Były to czasy, kiedy zdjęcia robiło się sporadycznie, a "słodkie" focie kosztowały majątek, więc fotką obdarowana została tylko najbliższa Rodzina...Czyli Rodziciele Wujka Andrzeja i Jego ulubienica, a Wasza Gordyjka...
     Ależ On był piękny na tym zdjęciu...
Pomijam oczywiście fakt, że dla mnie Wujek Andrzej był piękny nawet w starych pantalonach...
     I tak zaczęło się oczarowanie...
Wujek Andrzej...Mundur...Wzniosły gmach Ratusza...Malownicze schody...
Reasumując...
Wujek Andrzej w mundurze, stoi na schodach Ratusza...
W Zamościu...
     Logika dziecka ??
     Skoro ukochany Wujek tak pięknie wygląda na tych schodach, a opowieści z wojska to jedno pasmo sukcesów i szczęścia, to...
     To znaczy, że na całym Świecie nie ma miejsca szczęśliwszego, niż te schody w Zamościu...
A skoro zwykłe schody są takie szczęśliwe, to co dopiero całe Miasto ??
     Małoletnie serducho pokochało Zamość awansem...
     Tak samo kochałam wówczas Zaścianek...
     Los chciał, że po kilku latach, jedna ze szkolnych wycieczek właśnie przez Zamość wiodła...A właściwie do Zamościa...
     Tam odstawiono nasz wagon (bo podróżowałyśmy zawsze doczepianym do składów wagonem) na jakąś bocznicę...Warsztaty to kolejowe były, albo magazyny...
Z rzeczy komfortowych miałyśmy zimną wodę w kranie, na peronie...
     Gdzie zawędrowała Gordyjka w pierwszej kolejności ??
Oczywiście !!
Na schody w Ratuszu...
I pewnie poczułabym się ogromnie uszczęśliwiona, gdyby nie fakt, iż Ratusz był wówczas w remoncie...
Moje błagania, skierowane do Panów Budowlańców, żeby mnie na momencik malusi, na te schody wpuścili, odbijał się jak od żelbetonowej ściany...
Tak moje szczęście zmarnować...
Echhh...
     Pozostało mi zwiedzanie "płaszczyzn" i tęskne spoglądanie na obiekt dziecięcych westchnień...
     - Muszę kupić coś na pamiątkę dla Braciszka... - zakomunikowała jedna z Koleżanek, między tornadem westchnień wydobywającym się z moich piersi...
     Braciszek był wielce "małoletni", więc potrzeba wydawała się nam jak najbardziej umotywowana...
     Kiedy mijałyśmy wystawę jednego ze sklepów obuwniczych (przypominam, że działo się to w "ubiegłej" epoce"), mało nam "gały z orbit" nie wypadły...
     Na wystawie stały śliczniusie butki welurkowe...Tak słodziutkie, że w każdej z nas instynkt macierzyński zawył z zachwytu...
     Stadem licznym wkroczyłyśmy do obuwniczego przybytku, a Koleżanka poprosiła Sprzedawczynię...
     - Czy mogę obejrzeć te welurki ??
Pani Sprzedawczyni spojrzała na Nią zdziwiona...
Koleżanka powtórzyła prośbę...
Pani Sprzedawczyni zerknęła na regały, potem na Koleżankę, potem na nas...
Nijak nie rozumiałyśmy Jej stanu "zagubienia"...
     Welurków na półkach stało kilka par, reglamentacji na obuwie nie było, zachowywałyśmy się wyjątkowo przyzwoicie, więc w czym problem ??
Nawet te schody mi z mózgownicy wywietrzały...
     Kiedy Koleżanka po raz kolejny powtórzyła prośbę, moja dłoń powędrowała w kierunku welurków...
     Wiem, że to niegrzecznie tak łapkami machać, ale słowo mówione chyba do pani Sprzedawczyni nie docierało...
Kobieta odruchowo spojrzała we wskazywanym kierunku...
     - Misijaczki ?? Aaaa ??
Ale jak to powiedziała !!
     To wszystko było tak mięciutkie, tak słodziutkie...Dokładnie jak ten moment, kiedy włożona do ust mleczna krówka zaczyna się rozpływać, a nasze kubki smakowe pojmują cóż za delicje im w tym momencie dostarczamy...
Ambrozje...
     - Misijaczki ?? - zapytała ponownie Sprzedawczyni, bo nas zamurowało zbiorowo...
     - Misijaczki !! - potwierdziłyśmy w zachwycie...
     Procedury zakupu welurkowych misijaczków przedłużałyśmy w nieskończoność, zmuszając Panią Sprzedawczynię do odpowiedzi na niezliczoną ilość pytań...
     Niczym modliszki wpiłyśmy się w Jej słodki akcent i pewnie stałybyśmy tam do dzisiaj, gdyby nie fakt, że zbliżała się pora zbiórki...
     Misijaczki odmieniałyśmy we wszystkich możliwych przypadkach do wieczora, smakując każdą głoskę, każdą sylabę...
     Zamość, poza Ratuszem i jego schodami, zyskał kolejną atrakcję...
Misijaczki...;o)


  

czwartek, 12 marca 2015

O mądrości wyssanej z mlekiem Matki Natury...

     Zawsze wiedziałam, że zwierzaki są mądre...Tak, tak...
     I to mądre, nie tą wykutą w szkołach mądrością, ale taką genetyczną, wyssaną z mlekiem Matki Natury...
Mądre i kropka...
     Pobyt na "wrzosowisku" tylko mnie w tej teorii utwierdza...
     Jeden z naszych Sąsiadów jest posiadaczem "sierściucha"...Takiego rudzielca, że już bardziej rudy być nie może...Fakt, że nie jestem pewna do końca, który z nich, którego posiada, ale że stanowią duet, to fakt...
Ów rudy "sierściuch" przechodził przesilenie wiosenne z pewnym trudem...Dokładniej rzecz ujmując...
Znacząc swoje terytorium w "miejskim" domu, nasikał swojemu Właścicielowi na plecy...
A ponieważ ten fakt nastąpił po całej serii dziwacznych zachować koteczka, więc Właściciel jako formę zdyscyplinowania, wywiózł go na wieś...
Skoroś taki bohater, to sobie radź...
     Kot całkiem kanapowy nie był...O wyżywienie umiał się zatroszczyć...Okoliczne włości obchodził z dumą...Ale kiedy pojawiliśmy się na "wrzosowisku" zajął pozycję przy drzwiach "naguska" i tylko czyhał na ich otwarcie...
Moment nieuwagi mógł nas kosztować zwiększenie domowej liczebności...
A że za sierściuchami nie przepadamy, więc refleks nam się wyostrzył niczym żyleta...
Na drugi dzień opowiadamy Sąsiadowi o perypetiach z kotem...
     - Wiem, wiem...Przyjechałem wczoraj późnym wieczorem, a ten siedzi potulnie na podjeździe, do miziania się podstawia, o nogi się ociera, więc wystawiłem transporter...Wielkich nadziei nie miałem, bo on tego transportera nienawidzi z całego kociego serducha...Ledwie drzwiczki uchyliłem, a ten już leży w środku, jakby nigdy z niego nie wyłaził...Po prostu anioł a nie kot...No to dałem paskudzie jeszcze jedną szansę...- opowiadał Sąsiad...- Nawet mu w odwecie nie nasikałem na plecy...- dodał ze śmiechem...
     Ale na "wrzosowisku" mamy również rezydentów...
Też rudych...Ale nie w całości...
Te dwa sierściuchy to już na pewno nie są kanapowce...
To są koty pracujące i przyznam szczerze, że od pół roku nie widziałam ich w innej sytuacji niż polowanie...
Pracują całodobowo...


Hmmm...
Właściwie powinnam napisać pracowały...
     Odkąd postawiliśmy płotek "zwierzakowy" i wzmocniliśmy go sznurkiem, który zwisa swobodnie w niektórych miejscach, okazało się, że nawet tak zapracowane koty umieją się bawić...


A jeden z nich, ma nawet talenty siatkarskie...


     Nikt jednak nie przebije naszych skrzydlatych przyjaciół, którzy ile sił w dziobach pomagają nam w pracy na ugorze...


     Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pojawiają się zaraz po wbiciu łopaty w ziemię...A zadanie nie jest łatwe, bo po latach przyzwyczajeń, muszą sobie teraz radzić z niespodziewaną przeszkodą...
Po liczebności pomagierów widać, że radzą sobie całkiem nieźle...
     Ale i w tej radosnej gromadce przytrafiły się egzemplarze nietuzinkowe...
Widzicie tą pędzącą na złamanie karku kurę ??
     To Klementyna...
     Przynajmniej czasowo została ochrzczona imieniem najmądrzejszej kury jaką w życiu spotkałam...Klementyna była kurą Bieszczadzkiej Babci i jej intelekt sięgał znacznie wyżej niż pomyślunek przeciętnego drobiu...Była jak psiak...Nawet spała pod drzwiami babcinej sypialki, mając za nic wygody kurnika...Nie odstępowała Babci na krok...
     Ta Klementyna jest fanką Pana N. ...
     To do Niego tak pędzi, uszczęśliwiona, że znalazła przejście na "wrzosowisko"...
Ten związek kosztował mojego Ślubnego niewiele...
Jedną średniotłustą dżdżownicę...
     Kury nie mają pamięci ?? Kury nie mają instynktu ?? Kury nie myślą ??
Bzdura...
     Od tej jednej dżdżownicy rozpoczął się prawdziwy związek !!


     W zapomnienie poszło stado (Klementyna przegania wszystkie kury), dorodne koguty mogą zapomnieć o amorach (nieźle obrywają przy okazji), kiedy tylko Pan N. pojawia się z łopatą...
     Pięknie im ta współpraca wychodzi...
Że Klementyna wstrzymuje nam pracę ?? Pewnie, że wstrzymuje...
Ale trudno nie docenić takiej miłości...
     Czy jestem zazdrosna ??
Bynajmniej...
Też mam fankę...


     To jest Rozi...
Tym razem nie chodzi o dżdżownicową korupcję...
Rozi zabłysła niekurzym intelektem...
     Kiedy stawialiśmy zwierzakowy płot była na "wrzosowisku" z pewnym szarym kogutem...No i, czego łatwo się domyśleć, nagle zostali "odcięci" od domu...
     Kogut biegał jak oszalały wzdłuż ogrodzenia, wydając z siebie niesamowite odgłosy i usiłując przecisnąć się przez centymetrowe oczka siatki...
     Rozi stała, jakby się zastanawiała co trzeba zrobić...
Panika koguta ewidentnie ją deprymowała...
     I nagle wskoczyła na pieniek (widać go na zdjęciu z kotami), postała chwilę jakby mierzyła siły, rozłożyła wątłe skrzydełka i...Fruuu...
Przeleciała nad płotkiem...
Kogut mało ogona nie zgubił z rozpaczy...
Rozi zasłużyła na dżdżownice...
     Że nasz "zwierzakowy" płotek psu na budę się zdał ??
Ano właśnie...
     Piesa też mamy w dorobku...
     Wabi się Filip i średnio reaguje na imię...Za to świetnie reaguje na głos otwieranych drzwi "naguska" i szelest odwijanych kanapek...
     Niestety podobizny Wam nie zaprezentuję, bo Filip stanął w obronie swej współlokatorki i wygląda teraz jak obraz nędzy i rozpaczy...
Podobno bardzo bohaterko walczył o jej cnotę z okolicznymi "burkami", ale efekty są opłakane...
Filip wygląda jak po starciu z TIRem...
Czy zwyciężył w tej walce, okaże się za kilka tygodni...
     A my będziemy się delektować tą symbiozą...Tym totalnym wyciszeniem...I uśmiechać się radośnie, kiedy Filipowi zagoi się okaleczone oko, kiedy kotu "siatkarzowi" uda się przerzucić kamyk. albo kiedy Klementyna zagdaka cichutko pałaszując kolejną dżdżownicę...
     Kto wie, z kim się jeszcze zaprzyjaźnimy...;o)