Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

poniedziałek, 18 listopada 2019

Rodzina za oceanem...

     Pan N. od ponad trzech miesięcy zadaje Luckiemu to samo pytanie...
" Gdzie ciebie Pani znalazła takiego ??"
     Czasem to pytanie zadaje mnie, ale nie oczekuje odpowiedzi...
Lucky nieodmiennie nas zadziwia i zachwyca...
     Uczy się bardzo szybko, uważnie słucha i coraz bardziej socjalizuje się w nowych warunkach, co widać nawet po próbach zabaw (ostatnio dostał nakręcaną myszkę, ale przestała jeździć po godzinie)...
Coraz bardziej nam ufa...
     Ale nie będzie to kolejny wpis opiewający zdolności naszego psa...
     Lucky mieszkał z nami kilka tygodni, kiedy natrafiłam na tego demota (przepraszam Autora, że nie poprosił o zgodę na publikację, ale nie mam konta, jeśli to problem, demota natychmiast usunę)...


Pomijam fakt, że schronisko wpadło na genialny pomysł !!
Spójrzcie na psa !!

Lucky
     Słyszałam, że ludzie mają po trzy, czy cztery sobowtóry, ale psy ??
     Jeśli ten przystojniak z psiego Hogwartu jeszcze nie znalazł swojego domu, to niech Mieszkańcy Stanów Zjednoczony ruszą z odsieczą !! Bo jeśli zewnętrznie są tak do siebie podobne, to w schronisku jest złoto, a nie pies !! Florydo !! Działaj !!
A przy okazji...
     Zawsze marzył nam się wujek w Stanach (ciocia też może być)...
Marzenie się spełniło...;o)

piątek, 15 listopada 2019

Pierwsza Wojna Tapczanowa...

     Poduszkowa produkcja została dostarczona Właścicielowi, Księciunio poupychał poduchy w bazie, potwierdzając, że poduszki moro są najodpowiedniejsze...I Babcia mogła zamknąć rozdział numer 1...
     Do kolejnej produkcji zabrakło "wypychacza", więc postanowiłam przeskoczyć kolejkę (szycia), i w tak zwanym "międzyczasie" złożyć zamówienie...
Na drugi dzień dzwoni Synowa...
     - Mamo, jest problem...- niepewnie mi mruczy do ucha...
     - Co się stało ?? - bo wyobraźnię mam wybujałą, więc przejrzałam już wszystkie możliwe i niemożliwe kataklizmy...
     - Te poduchy moro są oki, ale tapczan...- słyszę w słuchawce...
I dębieję totalnie !!
     Trunków wysokoprocentowych nie używam, ćpanie (branie psychotropów) skończyłam kilka lat temu, i też mi do gustu nie przypadły...To jakim cudem tapczan popełniłam, i nijak go sobie w życiorysie przypomnieć nie mogę ??
Jaki kurna tapczan ?? 
Coś mi umknęło z umeblowania Miśków ??
Przez myślenicę przebijają się słowa Misiowej Mamy...
     - Bo Księciunio tą składaną poduszkę nazwał tapczanem...
Ufff...
Obie, szare komórki pracują prawidłowo i psychiatryk mi nie grozi !!
Skoro Księciunio mianował poduchę tapczanem, Jego wola...;o)
     - No i co z tym tapczanem ?? - pytam, żeby mi nic nie umknęło...
     - Ma piękną miejscówkę, pasuje jak ulał, Młody zachwycony, ale...- powoli duka Synowa...
     - Ale ?? - już widzę popękane szwy, albo urwanego rzepa...
     - Ale jak Princeska ten tapczan zauważyła, to położyła się wzdłuż i demonstruje, że to Jej "miara"...Od rana mam wojnę o tapczan !! - w końcu mam pełne zeznanie...
     - O masz babo placek...- mruczę do siebie...
     - Jakby Mama mogła...Jeszcze jeden taki...Taki sam...Bo teraz to się prawdziwa baza wojenna zrobiła...- wyznaje Bidula...- Pewnie się zapasy już skończyły, to parę dni przetrwam...Ale jakby się dało...
     - Jeszcze dzisiaj puszczę zamówienie !! Fakt, że posucha w wypełnieniu, bo zamówiłam eksperymentalnie, a że pomysły się mnożą, więc i tak muszę zamówić...- wyjaśniam, ale odpowiedź Synowej znika w strasznym wrzasku...
     Wojna trwa !!
To się porobiło...
     Pierwsza Wojna Tapczanowa...
Echhh...
     Za Nielotami człek nie nadąży...;o)

P.S. Jakby mnie ktoś szukał, to wiecie gdzie jestem...;o)

wtorek, 12 listopada 2019

Człowiek na właściwym miejscu...

     Po dogłębnej analizie, porównaniach, wyczytaniu wszystkich forów, decyzja zapadła...Pozostało odnaleźć źródełko posiadające w zasobach wybrany model...
     Dla Czytaczy spoza Kraju od razu donoszę...Kupić Brothera w Polsce to nie bułka z masłem...Drukarki, owszem, bywają już teraz w wielu punktach, ale maszyny do szycia ?? (Innych produktów wcale nie znajdziecie)...
     Polacy mają specyficzne podejście do zakupów...
Byle taniej, a najlepiej w promocji...
Nie ważne, że późniejsza eksploatacja niszczy budżet domowy...
Przerabiałam to milion razy w naszym sklepie...
     Mnie internetowe ścieżki zawiodły do dwóch punktów (wielu sklepów i serwisów maszyn to nie mamy)...
Dzwonię do pierwszego (bliższego)...
     - Macie w ofercie Brothery, czy są na stanie ?? - pytam po powitaniu...
     - A dlaczego Brother ?? - pyta pan sprzedawca, a ja mało z kanapy nie spadam...Mam się tłumaczyć z wyboru ??
     - Bo mam nabyte zaufanie do tej Firmy...Macie na stanie Brothery ?? - pytam ponownie...
     - Nie mamy...Zostawi Pani namiary to zorientuję się na kiedy możemy sprowadzić...
Zonk...
     Po kiego wrzucać na własną stronę produkt, którego się nie ma w sprzedaży ??
Pan Sprzedawca oddzwonił na drugi dzień...
     - Mogę sprowadzić za kilka dni...
Podziękowałam za usługę i uśmiechnęłam się w duchu...
Ja już wiedziałam gdzie jest mój Brotherek...;o)
     Punkt drugi (dalszy)...
     Pan Sprzedawca na telefoniczne pytanie wcale się nie zdziwił, zapewnił, że ma na stanie odpowiednią ilość (żeby nie zabrakło) i zaprosił serdecznie na zakupy... 
     Punkt na mapie Krakowa, maleńki...Bez szumnych banerów...Bez krzykliwych neonów...
     "KRAKMASZ"...
     W środku Pan Właściciel...Sprzedawca...Serwisant...Wszystko w "Jednym"...;o)
A przede wszystkim życzliwy i sympatyczny Człowiek...
Obsługa była perfekcyjna...
     Milion pytań ?? Na wszystkie są odpowiedzi...
     Wątpliwości ?? Rozwiane...
     Zanim skończyłam zdanie, Pan Łukasz już taszczył kolejny produkt do prezentacji...
     Uwielbiam Ludzi z pasją !!
     Kocham te moje "Nawiedzone Dusze", które czasem, z totalnym "odlotem" wędrują przez Świat...
     To ewidentnie jest Człowiek pozytywnie zakręcony !!
     Lubi to co robi, a że jest Fachowcem w każdym calu, więc robi to dobrze...;o)
     Jeśli więc, kiedyś, zapragniecie maszyny do szycia, albo będziecie potrzebowali serwisu, to polecam obiema garstkami !!
     Dostępność internetowa, telefoniczna...Ale jeśli możecie, to skorzystajcie osobiście...
     Do zakupów lub serwisu, otrzymacie masę pozytywnej energii, życzliwości i sympatii...;o)

niedziela, 10 listopada 2019

Babcia - Poduszkowiec i pierwsza "jazda Mercedesem"...

     Zaczęło się jak zawsze...Od niczego...;o)
     - Muszę Młodemu kupić poduszki do tej Jego "bazy", bo zimą to Mu będzie ciągnęło po poopie...- stwierdziła Misiowa Mama...
     - Jakieś konkretne ?? - zapytałam grzecznie...
     - Takie większe, żeby były...Ze zwykłych będzie spadał...- usłyszałam odpowiedź...
No i Babcia robala połknęła...;o)
     Znalazłam hurtownię z fajnymi materiałami, po bardzo przyzwoitych cenach...Powybierałam (odpowiednio uśliniona)...Do koszyka wrzuciłam...Dzwonię do Synowej...
     - Te poduszki uszyję jak chcesz...Z polarka...
     Po wszystkich: ale to kłopot, Mama taka zajęta, dodatkowy bałagan, itd., itp...Dowiedziałam się w końcu, że wybór różowego tła był faux pas, którego Babcia uniknęła w ostatniej chwili...Princeska w różowościach przestała gustować...;o)
     No to Babcia wyrzuciła z koszyka wszystko co różowe, pozostawiła ulubione granaty i...Hmmm...Khaki...
Zamówienie zrobione, paczuszka (paczucha) dotarła...
     Wiecie już dlaczego blog mchem zarastał...;o)
     Gordyjka maszynę wywlekła z zakamarków i zasiadła...


     Tyle, że wiekowy Łucznik nie miał pojęcia, jaką ważną rolę dla niego szykowałam...
     Totalnie odmówił współpracy...
     Ilości rzuconych do niego wulgaryzmów, nie powstydziłby się wzięty szewc...
     Gorycz wylałam telefonicznie na Pana N. ...
Ale że uparciuch ze mnie straszny, więc nie odpuściłam...
     Rozebrałam, porozkręcałam, wyczyściłam, skręciłam...I w dobę, Łucznik był nówka sztuka !!
Tyle, że Ślubny w tym czasie już pułapkę naszykował...
     - Może już czas o nowej pomyśleć, fajne teraz są...
I zaczął mi na pocztę linki przesyłać, z owymi cudami...
No cóż...
     Pośliniłam się, ale że sknera jestem straszna (a dopiero co piękny prezent dostałam), więc dusza łkała, Łucznika naprawiałam i jak sroka w gnat w te nowomodne cuda się wgapiałam...
     Miałam faworyta, pewnie, że miałam...
     Po naprawczym sukcesie nadałam sobie tytuł "Mistrzuńcia" i przestałam przeliczać drobniaki na zakup maszyny...
Tyle, że Pan N. jak zacznie coś drążyć...
Echhh...
Się Chłopisko zaparło...
     Cztery dni później nastąpiła pokoleniowa zmiana warty...


     A właściwie...Przesiadłam się z "Malucha" do "Mercedesa"...
Kosmos !!
     Ale wśród zachwytów, nie zapomniałam o poduszkach dla Księciunia...
Trzy największe wyprodukowałam na Łuczniku...


Wymiary: 1m/1,6m
Dzielona na siedzisko i oparcie
Wsad: silikonowe kulki (antyalergiczne)
Powłoczka: bawełniana kora (dzielona na pięć komór, żeby siedziało się wygodnie)
Obszycie: polar z atestami dla dzieci, zapinany na rzepy
     Podusia rozłożona w poziom stanowi mięciutki materacyk, a morski wzorek jest uzupełnieniem wystroju pokoju.
     Ale to miało być "wyposażenie bazy" !!
A baza to wiadomo, poważna rzecz...;o)
To Babcia wymyśliła tak...


Duże podusie 60cm/60cm
Wypełnienie: silikonowe kulki
Powłoczki: bawełniana kora
Żeby siedziało się wygodnie, w środku poduszek, dwustronnie, wszyte guziki
Obszycie: polar zapinany na rzepy
     I to są ostatnie dzieła Łucznika...
Mała podusia (z resztek), powstała na Brotherze...;o)
Wrażenia ??
Jeszcze się nie znamy...
     Prosty w obsłudze (jak budowa cepa), intuicyjny, cichutki...Kilka rewelacyjnych nowinek technicznych, którymi nieustannie się zachwycam...
     Kolejka "do uszycia" długa, zima za pasem, to pewnie wiedzę poszerzę przez najbliższe tygodnie...Bo księciuniowe podusie były tylko na rozruch...;o)

P.S. Księciunio właśnie walczy z ospą, więc maskujące wyposażenie się przyda...

środa, 30 października 2019

Byle do wiosny...

Tak się nam wyzłociła...


Ruszając o świcie, może nie do końca jest tak urokliwie...


     Ale mgły opadają, słońce popisuje się promieniami, a błękity...Echhh...Te błękity !!
     Każdą wolną chwilę spędzamy na Wrzosowisku...Roboty huk...
Ręce omdlewają...Kręgosłupy bolą...Biodra odmawiają współpracy...
Jeszcze posadzimy...Jeszcze przekopiemy...Jeszcze przytniemy...Jeszcze zagrabimy...Jeszcze pozbieramy...Jeszcze...
     A na koniec pewnie zlegniemy plackiem, z objawami agonii...;o)
     Już pod koniec września wiedzieliśmy, że nie mamy szans z Matką Naturą...
     Prace techniczne (płoty), spowodowały, że prace ogrodnicze przesuwaliśmy w niebyt...
Ale były też chwilki milusie...

Płonęło ognisko, po którym został piękny żar z popiołem...
W żarze pod popiołem zmieściła się blaszka z ziemniaczkami...
Ziemniaczki pięknie się upiekły...
I wspaniale smakowały z masełkiem...
Ale zanim to wszystko nastąpiło...
     Gordyjka odstała przedweekendową kolejkę w "markiecie" i opuściła go z wielką radością i siatką pełną smakołyków...
     Najdumniejsza była z kaczych szyjek, które kupiła dla Luckiego...;o)
     Psisko jest na Wzrosowisku bardzo grzeczne, chodzi przy nodze bez smyczy, nie niszczy, nie zwiewa...Wzór psa !!

Kontroluje naszą pracę...
Czasem pomaga w kopaniu...
     No to jakaś nagroda być musi...
Padło na kacze szyjki...
     A psisko powąchało, spojrzało z wyrzutem i ostentacyjnie odwróciło się do Gordyjki du...To znaczy, ogonem...;o)
     Bo psisko już sobie smakołyki wyniuchało !!


Nie zdążyłam...
Już prawie...

Tak Lucky szamie pieczone ziemniaczki !!
A potem odpoczywa...


Fajne to nasze Wrzosowisko...;o)
I lubi robić niespodzianki !!

Nowy eksperyment...
Październikowe truskawki...

Ostatnia truskawka 2019 roku (27.10.19)
Wrzosowisko powoli będzie zasypiał...
My powoli wrzucamy na luz...
Lucky po trzech dniach pobytu w domu, czeka na kolejną wyprawę...
     Byle do wiosny...;o)

piątek, 25 października 2019

Dwa miesiące adopciaka...

     Minęły dwa miesiące (z kawałkiem), od naszej "szalonej" decyzji o adopcji pieseła...Jak widać po wpisach, Lucky stał się bardzo ważnym elementem naszego życia...No cóż...Adopcja to jak trzęsienie ziemi...Nic nie jest już takie samo...
Ale to nasz punkt widzenia...
     A jak Lucky reaguje na to "trzęsienie ziemi" w swoim życiu ??
Może się komuś nasze doświadczenia przydadzą...;o)

     1. Lucky jeszcze nie zdecydował, kto jest "przywódcą" jego stada...
     W dzień adopcji byliśmy we dwoje i tak mu zostało...Jeśli jesteśmy oboje, świat Luckiego jest całkowity...Kiedy jedno z nas musi wyjść, psisko chwilę płacze, siada zatroskane w przedpokoju, a potem smutnieje...
     Nie przepada za pozostawaniem samotnie, kiedy musimy wyjść oboje, ale po pierwszym żalu (płaczu), przechodzi do fazy: pilnuję !! Szkód nie zrobił żadnych (póki co)...
     Nie ważne, czy nieobecność trwa pięć minut, czy pięć godzin...Wita nas równie serdecznie...

     2. Po dwóch miesiącach pojął, że posiada trzy domy...Domeczek (w Zaścianku)...Wrzosowisko...I Misiowy Dom...Kierowników Lodówki traktuje w każdym miejscu z należytą estymą (znaczy się mnie i Synową)...Dzieciaki akceptuje w każdym z tych miejsc, chociaż Księciuniowi okazał niezadowolenie za łapanie ogona (nie wiem, który z nich był bardziej wystraszony), a piski zachwytu Princeski w dalszym ciągu przyjmuje ze zdziwieniem...
     W najgorszej sytuacji jest Pierworodny, niby "sztama", ale z ogromną rezerwą (od początku Lucky boi się młodych mężczyzn, a mężczyźni w kapturach to już prawdziwa trauma)...

     3. Spacery w Zaścianku stały się normalne...Przestał traktować alejki i las, jako swoje terytorium...To ewidentnie go wyciszyło...Ma nawet kilku psich znajomych, których wita z sympatią, a mijające nas osoby (nawet rowerzyści), przestały być wrogami publicznymi...(Chociaż czasem "faza" jeszcze mu się włącza)...

     4. Zalecana "psia dieta" spaliła na panewce od razu...Lucky znał dwa smaki: ziemniaki i chleb...Sucha karma powodowała biegunkę...
     Widząc jego reakcje po zrobieniu kupy, wiemy, że częściej bywał głodny niż syty...Miesiąc zajęło nam "zaspokojenie głodu"...Rozsądnego, żeby psa nie przetuczyć...
Wielu smaków nie znał...
     Suchą karmę (cielęcina z wołowiną), bez zbóż i soi, traktuje jako przekąskę (a my jako "czyszczenie zębów")...Nie uznaje "psich ciasteczek", przekąsek i innych rarytasów...
     Świńskie, wędzone ucho, które kupiliśmy mu miesiąc temu, zakopał w kącie pod reklamówką z "klamorami" i nawet tam nie odkurzamy...;o)
Ale przekonał się do wędzonej kości, którą ma od dwóch miesięcy, i która służy mu teraz do obgryzania i zabawy (nauka zabawy zajmie nam przynajmniej rok)...
     Gotuję mu mięso (różne), a potem w tej wodzie gotuję ryż albo makaron...Wymieszane, podlewam rosołem...Uwielbia to !! I pięknie dziękuje za każdą porcję...;o)

     5. Podarowana maskotka i szarpak to największe skarby...Nie wolno ruszać !! Maskotką bawił się dwa razy, ale bardzo delikatnie...A kiedy zauważył, że widzę, przestał i był wystraszony (jakby to było coś złego)...Próbowaliśmy pokazać mu zabawę z szarpakiem...Wpadł w panikę i liżąc nas po rękach prosił, żebyśmy przestali...
     Dzieciom pozwala ruszać swoje zabawki, ale pilnuje, żeby nie zginęły...
     Powoli akceptuje "brykanie"...Zabawę w ganianego wkoło kanapy, albo przekładki między nogami...

     6. Woda nie jest żywiołem Luckiego...Kąpiel pod prysznicem przeżył u nas pierwszy raz (teraz już wiem dlaczego mamy prysznic z "mikrofonem")...Idealne rozwiązanie dla psich kąpieli...;o)
Trzecia kąpiel była już całkiem inna...
     Psisko siedziało spokojnie, dało sobie umyć ogon i pupę, mydliny nie straszyły, a kiedy wstał, żebym dała radę umyć cały brzuch i łapy, byłam pod wrażeniem...Spłukiwanie też poszło ekspresowo...Chyba zrozumiał, że "nie wygra", a kąpiele nie są takie złe...;o)
Dodam skromnie, że pod prysznic wchodzimy we dwójkę (ja i Lucky), i wychodzimy z łazienki w podobnym stanie - kapiącym...;o)
     Czesać się lubi od początku, więc przynajmniej z tym nie przechodził dodatkowej traumy...

     7. No i ostatni punkt programu...Lucky i jazda samochodem...
     Przestał nas kontrolować !!
     Przez miesiąc jeździł między siedzeniami uważnie pilnując dokąd jedziemy...Ewidentnie bał się powrotu do schroniska...Podtykał nam łebek do głaskania i grzbiet do drapania...
     Pierwszy "kurs" z Księciuniem był przełomowy...
     Trzeba było pilnować też tylnej kanapy !!
Wtedy położył się pierwszy raz...
     Teraz chwilkę jeździ "zawieszony" między siedzeniami, a potem przesypia resztę podróży...
     Jeśli jedzie z nami Księciunio, Lucky nawet na moment nie zaszczyci "przodu"..."Funfle" trzymają się razem...;o)

Dwa miesiące...Właściwie, siedemdziesiąt pięć dni...
My nieodmiennie jesteśmy zafascynowani inteligencją Luckiego...
Lucky odzyskuje równowagę...

poniedziałek, 21 października 2019

Smutne pożegnanie gór...

     Poranny spacer z Luckim...Śniadanie...Pakowanie...
Niestety...
Czas powrotu...
     Księciunio z wielkim żalem pożegnał "prawdziwą piętrówkę", sprawdził czy Babcia zapakowała "kicię" i nadrabiał miną smutek, który zapanował w małej duszyczce...
     Każda wyprawa kończy się tym smuteczkiem...
Echhh...
     Dziadkowie z niepokojem spoglądali na Luckiego, który przeszedł do opozycji i od trzech dni nie zrobił kupy...Na dodatek, obraził się na nas...


     Lucky pokochał swój domek i swoją kanapę...Każdy wyjazd, trwający dłużej niż dwa dni, kończy się fochem...A teraz na dodatek ta kupa...
     Księciunio gdyby mógł, to by wszystkie bagaże ponownie rozpakował...
     Lucky gdyby mógł, to już by siedział w samochodzie...
Każda mina psa mówi:

Długo jeszcze ??

Takie buty...
     Zapakowani do samochodu, też zareagowali "na odwertkę"...
Lucky westchnął z ulgą...
Księciunio się rozpłakał (tak cichutko, żeby nikt nie widział)...
     Babcia z Dziadkiem zaczęli głośno śpiewać i wydawać z siebie dziwaczne odgłosy...;o)
     Wsunięta w łapki tubka z czekoladą też trochę pomogła...
Księciunio zaczął śpiewać...
Ufff...
     Serducha dziadków odzyskały równowagę...;o)
Ale żal pozostał...
     Teraz Misiowi Rodzice będą mieli dwa-trzy dni "jazdy" pod tytułem: "wszystko źle"...
Kiepsko będzie, bo jesień puka głośno do drzwi...
     Cztery dni temu jechaliśmy między zielonymi wzgórzami, teraz lasy "płonęły"...
Fotek nie ma, bo głowa była zajęta czym innym...
Echhh...
Mało trochę tych gór było...
     Może by pochlipać chwilkę ??