Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

poniedziałek, 12 listopada 2012

Bibliotekarz nie musi być nudny...;o)

     Każdy ma jakieś tam ulubione dania, ubrania, książki, piosenki czy filmy...
     Dlaczego akurat te a nie inne, tego nawet najstarsi Górale nie wiedzą, a i my często nie mamy pojęcia dlaczego jakiś tam przebój nucimy maniakalnie przez dwa tygodnie...
Mam tak samo...
     Jeśli chodzi o dania, to wiecie już, że można mnie kupić za pierogi z truskawkami (ale domowymi ze świeżych truskawek), w ubiorach wybredna nie jestem, byle mieć dżinsy i koszulę (najlepiej męską i bawełniatą), i już mi się szczęście na ryjku maluje...
Jeśli chodzi o muzykę, książki, czy filmy problem jest bardziej złożony...
Trudno mi określić bezapelacyjny numer 1...
     Wczoraj jedni świętowali, inni rozrabiali, a mnie jedna z telewizji sprawiła ogromną przyjemność, i nadała "Bibliotekarza II"...
Niewiele jest filmów, które bym przedłożyła nad tą przygodówkę...
Ot, takie zboczenie...
Może to dlatego, że kilka lat byłam bibliotekarką i pasjami kochałam swoją pracę...
Może dlatego, że zakamarki biblioteczne, zapach książek i ich tajemnice zawsze działały mi na percepcję...
Może dlatego, że uwielbiam zagadki i niewyjaśnione zjawiska, a czym bardziej są niewyjaśnione tym bardziej je uwielbiam...
A może po prostu dlatego, że kocham przygody...
Nie mam pojęcia...
     Fabuła nie jest specjalnie wysokiego lotu, pewnie i Aktorzy mogli by grać lepiej, ale przy "Bibliotekarzu" moja wyobraźnia rusza z kopyta i odpoczywam, jak przy rzadko której produkcji...
Fakty historyczne ?? Kicham na nie...
Brak logiki sytuacyjnej ?? Mam ją w nosie...
Z "Bibliotekarzem" mogę lądować nawet nosem w kałuży...
I wcale nie mam na myśli szczególnego uroku odtwórcy głównej roli...
Piękny prezent mi owa telewizja zrobiła...
     Żeby tak jeszcze można było jeden malusi pojedynek z Exaliburem stoczyć, albo Księgę Salomona wziąć w łapki...Echhh...To by dopiero cudnie było...;o)

niedziela, 11 listopada 2012

O dziobaku i padalcu, czyli nasz domowy masochizm...;o)

     Obiadek się gotuje, to mogę przysiąść na chwileczkę i przedstawić Wam naszych dwóch nowych przyjaciół...
Są to przyjaciele szczególni...
     Wyłonili się z czeluści netowych niespodziewanie, przybyli do nas z daleka i przyznam, że chociaż nie asymiluję przyjaciół "z automatu", to tych pokochałam w ciągu piętnastu minut...
Ot, taka miłość od pierwszego wejrzenia...
Może od pierwszego "podłączenia", ale że od pierwszego to fakt...
     Pierwszy swój urok osobisty ujawnił "dziobak"...





     Nabłądził się biedaczek strasznie, pieczątek na pudełku miał różnych mrowie, pudełko wyglądało jakby przez tydzień na torowisku magistrali centralnej leżało, ale "dziobak" dotarł nienaruszony...
Ot co...
     Obejrzeliśmy go dokładnie, instrukcję, żeśmy  rozszyfrowali (po naszemu to tam niewiele było) i Pan N. postanowił w roli królika doświadczalnego wystąpić...
     Łapki dopięliśmy do kabelków, kabelki do "dziobaka", "dziobaka" do prądu i...
     Ło Matko i Córko...
     Jak ja żałuję, że tych pierwszych minut nie uwieczniłam dla Potomnych...
     Miny Pana N. były bezcenne, a wydobywający się z Niego chichot powodował, że nie mogłam się doczekać swojej kolejki...
Doczekałam...
Wrażenia ?? 
     Mimo wrodzonego sceptycyzmu muszę pochylić głowę przed technicznymi zdolnościami Chińczyków...
Nawet choćbym na "dożywociu" siedziała, to by mi się w mózgownicy nie wykluło, że można akupunkturę robić samodzielnie przy pomocy prądu...
Na wyświetlaczu wybiera sobie Człowiek program, który chce zastosować, w instrukcji wyszukuje odpowiednie miejsca na "wkłucia" i hulaj dusza...
     Jakie to ma zastosowania ?? 
     Jest ich po prostu multum...
     Walka z bólem, rozluźnianie, rozbijanie zrostów, masaże, dotlenianie, udrażnianie, a nawet wspomaganie odchudzania, że o przyroście tkanki mięśniowej nie wspomnę...
Takie to mądrusiane...
W sumie kto jak kto, ale Chińczycy na akupunkturze znają się najlepiej...
     Czy to boli ?? 
     No cóż...
     "Boli bo się goi" - jak głosi prawda z "Niekończącej się opowieści"...Ale ja raczej określiłabym to jako "nie zawsze miłe" niż "bolesne"...
"Dziobak" został zasymilowany...
Teraz z niecierpliwością oczekiwaliśmy na drugą przesyłkę, która co prawda błądzić nigdzie nie błądziła, ale też słuszny kawałek drogi do pokonania miała...
     Kiedy "dziobak" po raz pierwszy polskiego prądu próbował, owa bidulka ruszała właśnie z Pekinu...
Czterdzieści osiem godzin i znowu mieliśmy eksperymentalny wieczór...
     "Telepacz" inaczej zwany "wstrząsaczem" lub "padalcem" stanął na naszej wokandzie...




     Prawda, że wygląda sympatycznie ?? 
     Ale nie dajcie się zwieść pozorom, aż taki sympatyczny nie jest...
     Potrafi rzucać Człowiekiem jak kukiełką, chociaż ma do dyspozycji tylko dwa punkty...
To, że mną rzuca to jeszcze jakoś pojąć mogę, bo tego to byle halny dokonać może, ale rzucanie Panem N. to już klasa mistrzowska...
Jak to działa ?? 
     Głowę wspieramy na tym "podgłówku" (w ściśle określony sposób) i podłączamy na ciele dwa punkty analogicznie jak u "dziobaka"...
     "Telepacz" masuje nam kark delikatnie wibrując, lampa na podczerwień rozgrzewa "zbite" mięsieńki, a cztery magnetyczne punkty "produkują" pole udrażniające...
Te działania są tak delikatne, że prawie nieodczuwalne...
Sama rozkosz...
Za to te dwa punkty "dopięte" w wyznaczonych miejscach dają prawdziwą popisówkę...
Tłamszą, dziobią, kłują, telepią i właściwie robią co tylko chcą (sześć różnego typu oddziaływać)...
Rozluźnione ciałko przyjmuje wszystko i poddaje się owym torturom po dobrowoli...
Efekt ?? 
     "Telepacz" zmusza mięśnie do takiego wysiłku (bez potu i łez), że na drugi dzień ma się zakwasy !! 
To wprost niewyobrażalne...
     Oczywiście, jeśli będziemy ustawiać programator na minimum, to efekt będzie znikomy, ale jeśli pożądamy efektów, to efekty mamy gwarantowane...
Prawdziwe, bolące i "ciągnące" zakwasy...
Po kilku dniach można iść o krok dalej...
Programator zawiera ponad trzydzieści poziomów natężenia...
Miodzio...
     Tak się objawia miłość od pierwszego podłączenia...
     Nie motylki w żołądku, ale ciarki na kręgosłupie i gęsia skórka na przedramionach...
Czy ten związek ma szansę przetrwania ?? 
Czas pokaże...
Nie mamy zamiaru odpuszczać...
A przy okazji pogłębiamy swoją wiedzę na temat akupunktury, akupresury i innych akuku...;o)

P.S. Celowo nie podałam cen owych produktów, bo i tak byście nie uwierzyli...;o) 

sobota, 10 listopada 2012

Nawet diabli błędy popełniają...

     No to czas na kontynuowanie zaściankowych historyjek...
     Diabeł obtłuczony niemiłosiernie, z ogromnym siniorem na czole i nadłamanym prawym rogiem, zaszył się w lasach i dumał wytrwale jak tu odwet wziąć należyty...
Dumał...Dumał...Dumał...
I nic mądrego do diablej makówki nie wpadało...
Pewnie to od tego uderzenia w sufit...
Po kilku tygodniach postanowił udać się po wsparcie...
     Odział się odświętnie i o audiencję u Belzebuba poprosił...
     Kiedy tylko się w czeluściach piekielnych pojawił, zauważył ogromne poruszenie i pośpiech wśród diabelskiej braci...
Piekielnymi korytarzami biegały całe tłumy ogromnie poddenerwowanych biesów różnej rangi ...
     - A cóż się tu dzieje ?? - zapytał diabeł ciekawie pierwszego, którego udało się w owym biegu zatrzymać...
     - Belzebub zgromadzenie ogłosił przy wielkim kotle...- wysapał diabeł-chudzina i ruszył pędem w stronę wielkiego kotła...
Nasze diablisko kroku przyspieszyło...
Przy wielkim kotle tłumy diabelskie były okrutne, a na ogromnej bryle siarki stał Belzebub smołą okrutnie ukidany...
     - Czas położyć kres naszej biedzie !! - wrzeszczał Belzebub... - ani snu spokojnego nie zaznajemy, ani spoczynku !! Zakończyć to trzeba !! Boga w głos wychwalają !! Z nas się śmieją !! - jątrzył...
     - W takim tempie to się do jądra Ziemi dokopią !!- krzyknął diabeł-chudzina...
     - W czym problem ?? - zapytało nasze diablisko, bo nijak mu było adresatów owego protestu diabelskiego rozeznać...
     - W Srebrnym Grodzie... - odpowiedziała mu diablica obgryzająca czarne pazury...
     - W Srebrnym Grodzie... - powtórzył jak echo nasz diabeł...
     W czeluściach piekielnych wrzało i wcale nie była to smoła w kotłach...
     Kiedy już prawie wszystkie czarty od wrzasków ochrypły, nasz diabeł o głos poprosił...Grzywkę zmierzwioną przyklepał, żeby ułamanego roga widać było, minę zrobił zbolałą i żale swoje zaczął diabelskiej braci opowiadać...
Opowiadał...Opowiadał...Opowiadał...
A czym dłużej jego opowieść trwała tym większa cisza zapadała, a diable pomioty z oburzenia aż bladły...
Kiedy nasz diabeł opowieść dokończył i złamanego roga paluchem wskazał, biesy wrzasnęły głosem piekielnym...
     - Pomsty !!
Belzebub głos zabrał...
     - Nie może tak być, żebyśmy z powodu ludzi cierpień doznawali...Odwrotnie ma być !! Trzeba im źródło owej radości zabrać !! Zniszczyć !! Zbiednieją to spokornieją !! I się przestaną w podziemiach szarogęsić !!
Pomysł ogromnie się diabłom spodobał...
Narada trwała prawie całą noc...
Nad ranem plan był gotowy...
Diabły postanowiły srebrne kopalnie piaskiem zasypać...
Do realizacji owego zadania wyznaczony został nasz diabeł...
     Wszyscy wiedzą, że jeśli piasku potrzeba ilości ogromne to trzeba ruszyć nad morze...Diabeł owdział się w strój podróżny, wór na plecy zarzucił i ruszył nad Bałtyk...
Tam na plażach zaczął w wór pakować...
Ale im więcej pakował, tym bardziej mu się wydawało, że piachu na zasypanie kopalni braknie...
No to jeszcze doładował...
Kiedy już worek na szwach prawie pękał, ruszył bies w drogę powrotną...
     Początkowo jakoś tam dawał radę, ale czym dalej tym gorzej...Z sił zaczął opadać...Wór ciążyć zaczął...Diablisko ramiona co i rusz zmieniało, ale ulgi mu to nie przynosiło...
Mógł co prawda pomocy zawezwać, ale mu diabelska duma nie pozwalała...
Postanowił diabeł odpocząć troszkę...
Ledwie wór z ramienia zrzucił, łeb na kamieniu oparł, a już spał...Taki był zmęczony...
Obudziło go pianie koguta...
     - Orzesz !! - wrzasnął diabeł ze snu wyrwany, oczy włochatą łapa przetarł, wór na plecy zarzucił i w drogę ruszył...
Ale, że spieszył się okrutnie, więc się wór krzywo na plecach ułożył...
Poprawiał diabeł worek w prawo, poprawiał w lewo, ale nijak było dźwigać go w ten sposób...
Wtedy postanowił zamach wziąć diabelski, żeby się piasek w worze lepiej ułożył...
Mięśnie wyprężył, zaklął z wysiłku i worem wstrząsnął...
Tyle, że nie zauważył, iż właśnie koło Kościoła przelatuje...
Wór mu nad głową przeleciał, o kościelną wieżę zahaczył i....
Piach się z wora sypnął...
A że wiatr okrutny wiał (jak zawsze kiedy diabli coś złego knują), więc się piaszczysty tuman po polach rozsypał...
Diabeł w rozpacz wpadł okrutną...
Na ziemię padł, pięściami i kopytami zaczął w ziemię bić i wrzeszczeć straszliwie...
Ale worek już był pusty...
A piasek ?? 
Piasek leżał gdzie okiem diabeł nie sięgnął...
     Prawdziwa rozpacz jednak dopiero diabła ogarnęła, kiedy wzniósł się wysoko i zobaczył jak niewiele mu drogi do Srebrnego Grodu zostało...


     - Jeden błąd...Jeden mały błąd... - jęczał diabeł patrząc na Pustynię Błędowską...

piątek, 9 listopada 2012

Paszport za granicę bólu...

     Jak wiecie od kilku tygodni uczęszczam na zajęcia aerobiku w celu wyeliminowania wszelkich "bolków" i ich kuzynów...
Zajęcia prowadzone są w klubie osiedlowym, przez Dziewczynę, która kiedyś była Mistrzynią Polski w tej dyscyplinie...
     Właściwie to poszłam tam tylko zajrzeć i się "przymierzyć", ale jakoś tak się zadomowiłam...
     Pierwsze zajęcia były dla mnie koszmarne...
     Przez godzinę tanecznej gimnastyki tyle razy przekraczałam granicę bólu, że mój organizm całkiem ześwirował, a mózg wysyłał ostrzeżenia w formie wirujących przez oczami płatków...
W sumie te płatki to nawet ładne były...
Pani Kasia (Trenerka), uprzedzona, iż jestem urazowcem po półrocznej rehabilitacji z tendencjami do recydywy, bacznie przyglądała się moim poczynaniom, śledząc moje wygibasy w lustrze...
Musiałam bardzo oddziaływać na Jej percepcję bo na moje grymasy bólu i Ona marszczyła się okrutnie...
Po zajęciach zaproponowała...
     - Może spróbuje Pani w drugiej grupie ??
     - Jeśli tylko jutro dam rade wstać z łóżka to będzie dobrze...Granice bólu też da się przekroczyć... - odpowiedziałam...
Jak dotarłam do domu, odległego ledwie dwieście metrów nie mam pojęcia...Pamiętam tylko totalną niemoc mięśni, ból, który odebrał mi możliwość jakiegokolwiek myślenia i niemiłosierne wariacje mojej "pukawki"...
     Po miesiącu nie jestem w stanie zrobić tylko jednego ćwiczenia, przy trzech pojawia się grymas wredoty, a reszta to czysta przyjemność...
Nie ma opcji, żebym teraz odpuściła...
     Z tygodnia na tydzień na zajęciach pojawia się coraz więcej Kobiet...I patrząc na Ich trudy można zauważyć jedno...
"Pięćdziesiątki" są o niebo sprawniejsze ogólnoruchowo od "Trzydziestek", chociaż trudno w to uwierzyć...
Nie mówię o ewentualnych problemach z nadwagą, ale o zwykłym staniu na jednej nodze...
     Jedna z naszych Nestorek ( "7" z przodu i zajęcia w grupie "szybszej") podsumowała to tak...
     - Przecież One Bidulki podłóg ryżową szczotą nie szorowały, węgla do pieca nie nosiły, wody ze studni nie dźwigały, na zakupy nie biegały...Jazda na odkurzaczu to nie to samo co ręczne pranie dywanu co sobota...
Fakt...
     Wychodzi na to, że automatyzacja, mechanizacja i motoryzacja robią z nas powoli kaleki...    

czwartek, 8 listopada 2012

Krwioobieg podłączony do systemu...

     W tej dziedzinie, szczerze mówiąc, trudno mnie zaskoczyć, bo prowadząc działalność jaką prowadzę nie jedno widziałam i słyszałam, ale "trudno" nie oznacza, że jest to niemożliwe...
A możliwe jest...
     Dwa dni temu rozkanapowaliśmy się z Pan N. na dobre, kolacyjka właśnie kończyła się trawić, a TV zapodała nam, co prawda znany, ale miły dla oczu i emocji filmik (taki sobie trillerek)...
Wieczór był stabilny i wyciszony...
     Nagle nasz domofon zadźwięczał znanym sygnałem i domowy mir został zakłócony...
Zwlekając kości z kanapy rzuciłam gościnne:
     - "Ki czort..." - i spojrzałam na zegar...
     22:34...
     Jedynym rozsądnym wytłumaczeniem owego nadprzyrodzonego zjawiska mógł być fakt, że któryś zagubiony Sąsiad właśnie odnalazł drogę do domu, tylko pamięć ździebełko go zawodziła...
Zdarza się to rzadko, ale się zdarza...
Pomóc Sąsiadowi rzecz święta...
     Podnosząc słuchawkę nastawiłam się na maksymalny odbiór przekazu, bo taki "zagubiony" Sąsiad często przemawia ogromnie złożonym slangiem...
     - Słucham...- oznajmiłam...
     - Dobry wieczór... - usłyszałam bardzo przytomny, męski głos... - czy tutaj mieszka ten Pan co naprawia komputery ?? - przez chwilę zachowałam milczenie, żeby przestawić się na odbiór przekazu bez udziwnień...
     - Słucham... - rzuciłam dyplomatycznie...
     - Czy mogę prosić o numer telefonu do tego Pana ?? Komputer mi się zepsuł... - usłyszałam w odpowiedzi...
     Moja podświadomość podpowiadała mi, że osobnik po drugiej stronie słuchawki jednak całkiem trzeźwy być nie może, bo przecież nikt o zdrowych zmysłach o tej porze Serwisanta do kompa nie szuka (szczególnie po domach), a przed oczami widziałam magiczne cyferki: 22:34...
     - Czy Pan wie, która jest godzina ?? - zapytałam dla ścisłości...
     - Tak, ale my już długo szukamy...
"Zły" zachichotał mi na ramieniu i zaczął szeptać...
     -" Jak zaczęli od zachodniej strony to błądzą przynajmniej od południa...Jak od wschodniej to pobudzili przynajmniej ze dwa tysiące Sąsiadów"...
Orzesz...(ko)...
     - Proszę Pana... - starałam się być bardzo uprzejma, chociaż krew się we mnie burzyła okrutnie... - Sklep i serwis są czynne od 10-tej, zapraszam jutro...
Pan nie nalegał...
Chociaż czułego pożegnania nie usłyszałam...
     - Co to było ?? - zapytał Pan N. z ogromnym zainteresowaniem...
     - Jakiś nałogowiec nie przeżyje do rana bez komputera... - podsumowałam...
     - Ludzie się coraz bardziej uzależniają... - rzucił Pan N. znaną nam już od lat prawdę...
     W telewizorni pokazywali właśnie wzruszające pożegnanie głównych Bohaterów, a mnie nie odpuszczało dziwne wrażenie...
Czyżbyśmy już nie umieli żyć bez dostępu do sieci...?? 
Czyżbyśmy gotowi byli szukać po nocach ratunku u obcych ludzi, byle tylko zamigotał błękitny blask tablicy Windowsa...?? 
Czyżby awaria komputera była równoznaczna z utratą zdolności myślenia, logiki i dobrych manier...?? 
Albercik miał rację...
     "...technologie wyprzedziły już nasze człowieczeństwo"... 

środa, 7 listopada 2012

Się wewzruszyłam...;o)

     Wczoraj zostałam uhonorowana pewnym wyróżnieniem, i dzisiaj chcąc nie chcąc powinnam na owo wyróżnienie zareagować...
     Dlaczego "chcąc" ?? 
     Bo Blogerka wyróżniająca mnie w ten sposób jest osobą bardzo sympatyczną, odwala na swoim blogu kawał dobrej roboty, no i przede wszystkim ma kota na punkcie kota...I to niejednego...
Co prawda ja raczej jestem "psiarą" niż "kociarą", ale Ludzi, którzy kochają zwierzaki szanuję ogromnie...
Jasna8 kocha swoje sierściuchy...
     A dlaczego "nie chcąc" ?? 
     Hmmm...Mam wrodzoną alergię na wszelkiego typu "łańcuszki", więc nawet wyróżnienia (chociaż niewątpliwie łechcą mą próżność), jeżą mnie okrutnie...
Skoro jednak Jasna uznała, że godna jestem owego zaszczytu, to przynajmniej częściowo spełnię wymogi wyróżnienia...
Tak, żeby i wilk był syty i owieczka starości dożyła...
Jednym z wymogów jest odpowiedź na jedenaście pytań...

Uwaga !! 
Odpowiadam...



1. Z jakim zwierzęciem się utożsamiasz ??
 
Z żyrafą...:o) - długa szyja, chude nóżki, szybko biega, powoli je, ma różki schowane pod grzywką i podobno jest skrzyżowaniem wielbłąda z lampartem...:o)

2. Wolisz kino, czy teatr ??

Koncerty - żywioł w czasie rzeczywistym :o)

3. Jakie jest pierwsze zdanie w książce, którą czytasz ??

Księga Przychodów i Rozchodów :o)

4. Od jak dawna prowadzisz bloga ??

Co prawda kobiety się ponoć o wiek nie pyta, ale skoro już jeden wyjątek dzisiaj popełniam, to i drugi mogę...:o) Gordyjka urodziła się 20 sierpnia 2010 roku :o)

5. Śpiewasz pod prysznicem ??

Moją karierę wokalną podziwiają Sąsiedzi już od dwudziestu pięciu lat...Nie złożyli jeszcze pozwu zbiorowego i nie wystąpili o eksmisję...;o)

6. Jaki kolor ma twój ulubiony koc ??

Hmmm...Od wczoraj przyglądam się z ogromnym zainteresowaniem moim kocom, bo nigdy się nie zastanawiałam, który z nich darzę największą sympatią...Jak tylko ogarnę ogrom swych uczuć to opisze je przy kolejnej okazji :o)

7. Czy słodzisz kawę / herbatę ??

Bez glukozy Świat byłby dużo smutniejszy, a ja utożsamiała bym się z dżdżownicą...;o)

8. Czy śpisz w skarpetkach ??

A czy ktoś widział żyrafę w skarpetkach ??

9. Czy szykujesz się już do świąt ??

Nieustannie i w całej rozciągłości :o) Ja w ogóle jestem typem, który lubi świętować, więc zawsze do jakiś świąt się szykuję :o)

10. Jakie jest Twoje ulubione danie ??

Pierogi z truskawkami :o) (Pierwsze pytanie, z którym nie miałam problemu ;o))

11. Do czego masz słabość ??

Ło Matko i Córko...Tak publicznie ?? Hmmm...Powołując się na piątą poprawkę Konstytucji amerykańskiej, domaga się prawa do milczenia ;o)
                                                                                                            
                                                                                                          

     Ufff...Jakoś poszło...
     Drugiej części wymogów nie spełnię...
Przepraszam...
Nie jestem w stanie wyznaczyć jedenastu blogów, które chciała bym wyróżnić...
Te, które "podglądam" są po prostu wspaniałe...Prowadzone z pasją i zaangażowaniem...
Te, które mnie "podglądają" zasługują w najwyższym stopniu na szacunek i sympatię...Za premedytację i świętą cierpliwość do mojej grafomanii...
Zmienię więc troszkę zasady narzucone przez Organizatora tego konkursu...
     Wszystkie Blogerki i Blogerów, tych czytywanych i czytających, tych komentujących i milczących proszę, jeśli takie mają życzenie, do wklejenia sobie owego Wyróżnienia...
Wszyscy jesteście dla mnie ogromnie Ważni !!
Jesteście najważniejszą częścią Gordyjki...
     Dziękuję, że jesteście :o)


wtorek, 6 listopada 2012

O przetargu na Kościół i dziurze w suficie...

     Kilka dni temu rozpoczęłam na blogu nowy dział, który nazwałam "bajdurki"...
Cóż to takiego ?? 
     Ani to legendy, ani przypowieści, ani bajki...
     Ot, takie ględzenie, z którego korzystałam lata temu, kiedy nasze dzieciaki były jeszcze dzieciakami, a ja za jedynie słuszny cel wyznaczyłam sobie wychować Ich na przyzwoitych Ludzi...
Dzieciaki się postarzały, a bajdurki jakoś tak gdzieś w zakamarkach duszy pozostały...
Może się jeszcze kiedyś przydadzą...
A skoro kilku moich Czytaczy już awansowało w hierarchii społecznej do zaszczytnej roli Babci i Dziadka, to może i Wam się owo bajdurzenie przyda...

     Losy Pana Twardowskiego zna, przynajmniej pobieżnie każdy Obywatel naszego Kraju, więc się rozwodzić nad tym nie będę, diablisko zajęte było przez czas jakiś spełnianiem życzeń owego Jegomościa z fantazją, więc Mieszkańcy Srebrnego Grodu mogli w spokoju zając się wydobywaniem podarowanego kruszcu...
     Gród szybko zyskiwał na znaczeniu, Mieszkańcy opływali w dostatki, a legenda głosi, że dobrobyt zapanował taki, iż dzieci w owym Grodzie sypiały w kołyskach ze szczerego srebra...
Prawdziwy srebrny raj...
I pewnie tak by przez kilka wieków było, gdyby...
A no właśnie...
     Pan Twardowski wylądował na Księżycu (do dzisiaj nie pojmuję dlaczego Amerykanie nie zdementowali jeszcze informacji o swoim pierwszeństwie), a diabeł zaczął się nudzić...
Ileż można gnać po polach i psikusy Babom robić, albo dzieciaki straszyć ?? Postanowił przechera odwet za swój srebrny trud na Olkuszanach wziąć... 
Ubrał bies portki modne, kapotę ozdobną i kapelusz z piórem, co mu rogaty łeb schował i do Rajców Srebrnego Grodu ruszył...
Okazję miał przednią, bo właśnie obrady trwały i "przetarg" miano ogłosić na budowę nowego Kościoła...
Budowla miała być podziękowanie Opatrzności za dostatek i bogactwa...
Przybyło diablisko, ukłoniło się pięknie i przemowę swą rozpoczęło...
Pomysł na Kościół miał piękny, wynagrodzenia za trud swój chciał niewiele i budowę obiecał dokończyć w wyznaczonym przez Rajców terminie...
Jak by nie patrzeć Oferent najlepszy...
Nie ma więc co się dziwić, że przetarg na budowę Kościoła wygrał...
Problem w tym, że Rajcy, jako Ludzie w dostatki opływający, więc szczęśliwi, to nie tylko czasu nie liczyli, ale nawet umów dokładnie nie czytali, a tam małym druczkiem zapisany zastał przez biesa jeszcze jeden mały waruneczek, który owi Rajcy mieli spełnić po zakończeniu budowy...
Diabeł z ochota wielką wziął się do pracy, bo czego jak czego, ale pracowitości w tworzeniu złego to diabłom odmówić nie można...
W wyznaczonym terminie Świątynia stanęła i diabeł po zapłatę się zgłosił...
     - Macie mi ten Kościół Ludźmi napełnić, a ja go na Wawel przeniosę i na godzinę na Kurzą Stopkę zawieszę...
     Rajcowie na taką zuchwałość, aż zaniemówili...
     Kiedy już im ta blokada przeszła umówili się z biesem na dzień następny...
Niby, że mu tego warunku dotrzymają...
     Bladym świtem diabeł się na spotkanie stawił, a tam na środku sali wielka kadź ze święconą wodą stała, a każdy z Rajców kropidło w ręce trzymał...
I jak nie zaczną diabła ze wszystkich sił ową wodą kropić...
Prawdziwie święcony prysznic biesowi urządzili...
     Na diable, aż skóra ścierpła i nie oglądając się już na nic ze Srebrnego Grodu czmychnął wybijając głową pokaźnych rozmiarów dziurę w suficie...