Po powrocie do domu Babcia poszła doić krowy, a ja przebrałam się w dres i poszłam biegać...
Właściwie dzień jak co dzień...
Nikt nie wspominał Weroniki...Nikt się nie smucił...
Dla naszej Rodziny była "obcym" Człowiekiem...Sąsiadką...I to dosyć daleką...
Nie miałam pojęcia, że rozpoczęte dzień wcześniej pożegnanie, będzie miało ciąg dalszy...
Kiedy wróciłam z popołudniowego treningu dom dziadków spowijał cudowny zapach ciasta...
Cioteczka (Święta Kobieta) krzątała się przy kuchni...
Zapach, oczywiście, ściągnął wszystkie małoletnie jednostki, więc w kuchni panował niezły ścisk...
Ciasto w środku tygodnia ?? To było niesamowite...
Kiedy zobaczyłam Babcię w "niedzielnej" sukience, bez słowa ruszyłam się przebrać...Po kilku minutach siedziałam na schodach ganku i czekałam...
Tym razem towarzyszyła nam również Cioteczka (Święta Kobieta)...
W dłoniach trzymała sporych rozmiarów pakunek...
Kiedy weszłyśmy do izby ławy pod ścianami były zajęte...Kobiety przesuwały się bez słowa robiąc nam miejsce...Cioteczka (Święta Kobieta) oddała swój pakunek jakiejś Kobiecie i siadła koło nas...
Bezwiednie włączyłam się do szemranego Różańca...
Modlitwy trwały długo...
Za oknami znów zapanował zmrok...
Kiedy zabrzmiał ten głos, aż podskoczyłam...
- Witamy Sąsiadki !! Dziękujemy żeście przyszły...
Na progu izby stał ten sam Mężczyzna, trzymając w dłoniach butelczynę i kieliszek...Obok Niego stały dwie Kobiety z ogromnymi tacami pełnymi ciasta...
Mężczyzna przepił do pierwszej z brzegu Kobiety i podał kieliszek...Kobiety częstowały ciastem...
Wszystko odbywało się w ciszy...
Kiedy Mężczyzna obszedł całą izbę, nalał do pełna i postawił kieliszek przy trumnie...Obok postawiono tace z ciastem...
Panującą ciszę przerwał głos jednej z Kobiet...
Za moment, całą izbę wypełniał chóralny śpiew...
Jedna pieśń, druga, dziesiąta...
Nikt nie symulował śpiewu...Nikt nie uzgadniał repertuaru...Nikt nie przejmował się otwartymi oknami...
Pieśni płynęły z głębi serca...
Pieśni smutne...Tak smutne, że w oczach pojawiał się łzy...
Weronika słuchała z zamkniętymi oczami...
Tym razem nie drzemałam...
Nie znałam tych pieśni, więc siedziałam i wsłuchiwałam się w słowa...Wiatr tańczył po izbie w rytm melodii wyginając płomyki świec...Twarz Weroniki pojawiała się i znikała w półcieniu...
I nagle cisza...
Śpiew zakończył się tak nagle, jak się rozpoczął...
Kobiety w milczeniu wstawały z ławek i opuszczały izbę...
Przekraczając próg zauważyłam, że kilka z Nich znowu pozostaje, a Ich spracowane dłonie przesuwają koraliki Różańca...
Był środek nocy...
- Daj rękę bo się przewrócisz...- powiedziała Babcia wkraczając w mrok...
- Babciu...- wyszeptałam z wyrzutem...
- No to daj rękę, bo ja się wywrócę...- poprawiła się Babcia...
Szłyśmy w milczeniu...A ja trzymałam chłodną, pooraną zmarszczkami i spracowaną dłoń Babci...
- Muszę Wam chyba pomóc...- powiedziała Cioteczka (Święta Kobieta) i złapała moją drugą dłoń...
Ciszę nocy przerwał nasz śmiech...
Pierwszy śmiech od dwóch dni...
Dwa światy...
Bardzo Ważni Goście
poniedziałek, 1 grudnia 2014
sobota, 29 listopada 2014
Ostatnia piosenka Weroniki...Cz.2
Mamciaś zgodnie z planem po dwóch dniach wsiadła do niebieskiej bestii i ruszyła w drogę powrotną...
Osobiście Ją eskortowałam, żeby się nie okazało, że się w ostatnim momencie rozmyśliła...
Miałam odpowiednio smutny wyraz twarzy, odpowiednio załzawione oczy, i przepisowo długo machałam do odjeżdżającego autobusu...
Kiedy bestia zniknęła za zakrętem, wsadziłam ręce do kieszeni szortów i pogwizdując radośnie ruszyłam przed siebie...
Zaczął się mój czas...
I wówczas właśnie Ją usłyszałam...
Gwizdana melodia zamarła mi na ustach...
Prawie idealną ciszę poranka "kaleczył" niesiony wiatrem śpiew...
Melodia była przejmująco smutna...
Głos drżał...
Słowa jakby zlewały się w jedną, nierozpoznawalną "maź"...
Stałam na środku piaszczystej drogi i wsłuchiwałam się w dobiegające dźwięki...
Ręce jakoś same "wyszły" z kieszeni...
Po plecach przebiegł zimny dreszcz...
Stałam na tej ścieżce jak zaczarowana...
Kiedy piosenka się skończyła, jeszcze długo czekałam na jakieś dźwięki...Zamarłam i czekałam, bojąc się spłoszyć ulotne zjawisko choćby nieznacznym ruchem...
Cisza...
Moje wakacyjne dni mijały niepozornie...Chyba to właśnie świadczyło o tym, że wyrosłam z durnych pomysłów...
Z aptekarską wręcz precyzją realizowała program treningowy, który przygotował mi Trener, samotnie odwiedzałam "moje" zakamarki bukowego lasu, godzinami przesiadywałam w opustoszałym "kamieniołomie"...
Popołudniami "przyklejałam" się do Babci lub Dziadka, towarzysząc Im w obrządku...
Kontaktów z młodszym Kuzynostwem unikałam jakoś automatycznie...
Cioteczka (Święta Kobieta), po kilku dniach zapytała:
- Choraś ??
Hmmm...No cóż...Moje zachowanie rzeczywiście było nienaturalne...
Żadnej draki...Żadnej zadymy...
- Wszystko w porządku Ciociu...Polubiłam spokój...- wyjaśniłam...
A mina Cioteczki (Świętej Kobiety) świadczyła o tym, ze zrozumiała...
Wieczór zapadał jakoś niepozornie...Siedziałam koło Babci, na małym, drewnianym zydelku i obrywałam agrest...
Właściwie to ja wcale nie lubiłam zbierać agrestu, ale lubiłam spokojne wieczory z Babcią, więc to zbieranie przyjmowałam jako "dobrodziejstwo inwentarza"...
- Za czym Ty tak gonisz o świcie ?? - zapytała Babcia, kiedy już przestała ubolewać nad moimi poranionymi agrestem dłońmi...
- Trenuję Babciu...- wyjaśniłam...
- A po co ?? - dociekała...
Hmmm...
- Bo widzisz Babciu...Kiedy wracam do domu, to robi mi się smutno...Słońce jakoś mniej grzeje...Wiatr mniej wieje...I biegam, żeby to poczuć...Tą wolność...
Babcia pokiwała głową, chociaż po twarzy było widać, że według Niej "dziwaczę"...
Nad głowami usłyszałyśmy chrząknięcie...
- Pochwalony...- powiedziała Sąsiadka...
- Na wieki...- odpowiedziała Babcia nie przerywając obrywania krzaków...
- A wiecie, że Weronika pomarła ?? - zapytała...
- Wieczny odpoczynek...- wymruczała Babcia i wytarła ręce o fartuch...
- Idziecie ?? - zapytała Sąsiadka...
- Idę... - odpowiedziała Babcia...
Przysłuchiwałam się z zainteresowaniem, bo wymiana zdań była niecodzienna...
Babcia wstała ze swojego zydelka, otrzepała spódnicę i spojrzała do wiadra z agrestem...
- Wystarczy...- zdecydowała...
- Babciu...- rzuciłam błagalnie...
Spojrzenie Babci było jakieś takie nieobecne...
- Babciu...- powtórzyłam...
- Ubierz sukienkę...- powiedziała Babcia w ramach zgody...- i coś ciepłego, bo wrócimy późno...
Po kwadransie ruszyłyśmy w drogę...
Babcia w "niedzielnych" ciuchach i "świątecznej" chusteczce na głowie, ja w sukience, którą w Bieszczadach ubierałam na bardzo specjalne okazje...
W czasie drogi Babcia milczała...Milczałam i ja...
Na wszystkich dróżkach widziałam postacie zmierzające w kierunku domu Weroniki...Wszystkie odświętnie ubrane...
Przed wejściem stała spora grupka Kobiet...
Stare, wypaczone lekko drzwi otwarte były na oścież...
Wewnątrz panował ścisk...
Odczekałyśmy kilka minut zanim udało się nam przekroczyć próg...
Szary, odymiony korytarz...
Zapach palących się świec...
Pusta izba...
A właściwie wcale nie pusta...
Pod ścianami stały ławy, na których zasiadały wchodzące Kobiety...Na środku stał długi, drewniany stół...
Bez słowa zajęłam miejsce obok Babci...
Po kilku minutach, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszyscy wstali, a w drzwiach ukazali się Ludzie z trumną...Weszli do izby i ustawili ją na stole...
Weronika ubrana w czarną, odświętną sukienkę, wydała mi się jeszcze mniejsza...
- Witamy Was pięknie Sąsiadki i dziękujemy, żeście nas odwiedzili...- powiedział jeden z Mężczyzn i zniknął w korytarzu...
Kobiety bez słowa ustawiły się w kolejce i pojedynczo podchodziły do trumny...
Każda z Nich mówiła coś do Weroniki...
Jedne dziękowały, że była dobrą Sąsiadką, inne życzyły Jej Królestwa Niebieskiego...Niektóre miały w dłoniach jakieś zawiniątka...
- Wybaczcie Sąsiadko, że Wam dopiero dzisiaj oddaję te dwa jaja co pożyczyliście mi w niedzielę... - powiedziała jedna z Nich, kładąc zawiniątko koło trumny...
- Dziękuję Weroniko za motyczkę...- powiedziała inna...
Zrozumiałam...
Sąsiadki oddawały "długi"...
Kiedy przyszła moja kolej, nie miałam pojęcia co powiedzieć Weronice...
Zatrzymałam się na chwilkę przed trumną i spojrzałam w pomarszczoną twarz...
Potem w milczeniu zajęłam swoje miejsce...
Kiedy kolejka się skończyła, jedna z Kobiet rozpoczęła różaniec...Jednostajnie...Monotonnie...
Powtarzałam słowa modlitwy i spoglądałam na przesuwane przez Babcie koraliki...
Za oknami zrobiło się ciemno...
Izbę rozjaśniał jedynie blask świec, rzucając chybotliwy blask na twarz Weroniki...
Jakby spała...
Wyciszone, miarowe głosy i mnie w końcu uśpiły...
Pochyliłam głowę na babcine ramię...Usłyszałam jeszcze dalekie pohukiwanie sowy i zasnęłam...
Obudziło mnie delikatne szarpnięcie za ramię...
- Idziemy...- powiedziała Babcia...
Za oknami już szarzało...
W izbie pozostało kilka Kobiet, które nieprzerwanie zmawiały modlitwy...
Weronika spała...
Osobiście Ją eskortowałam, żeby się nie okazało, że się w ostatnim momencie rozmyśliła...
Miałam odpowiednio smutny wyraz twarzy, odpowiednio załzawione oczy, i przepisowo długo machałam do odjeżdżającego autobusu...
Kiedy bestia zniknęła za zakrętem, wsadziłam ręce do kieszeni szortów i pogwizdując radośnie ruszyłam przed siebie...
Zaczął się mój czas...
I wówczas właśnie Ją usłyszałam...
Gwizdana melodia zamarła mi na ustach...
Prawie idealną ciszę poranka "kaleczył" niesiony wiatrem śpiew...
Melodia była przejmująco smutna...
Głos drżał...
Słowa jakby zlewały się w jedną, nierozpoznawalną "maź"...
Stałam na środku piaszczystej drogi i wsłuchiwałam się w dobiegające dźwięki...
Ręce jakoś same "wyszły" z kieszeni...
Po plecach przebiegł zimny dreszcz...
Stałam na tej ścieżce jak zaczarowana...
Kiedy piosenka się skończyła, jeszcze długo czekałam na jakieś dźwięki...Zamarłam i czekałam, bojąc się spłoszyć ulotne zjawisko choćby nieznacznym ruchem...
Cisza...
Moje wakacyjne dni mijały niepozornie...Chyba to właśnie świadczyło o tym, że wyrosłam z durnych pomysłów...
Z aptekarską wręcz precyzją realizowała program treningowy, który przygotował mi Trener, samotnie odwiedzałam "moje" zakamarki bukowego lasu, godzinami przesiadywałam w opustoszałym "kamieniołomie"...
Popołudniami "przyklejałam" się do Babci lub Dziadka, towarzysząc Im w obrządku...
Kontaktów z młodszym Kuzynostwem unikałam jakoś automatycznie...
Cioteczka (Święta Kobieta), po kilku dniach zapytała:
- Choraś ??
Hmmm...No cóż...Moje zachowanie rzeczywiście było nienaturalne...
Żadnej draki...Żadnej zadymy...
- Wszystko w porządku Ciociu...Polubiłam spokój...- wyjaśniłam...
A mina Cioteczki (Świętej Kobiety) świadczyła o tym, ze zrozumiała...
Wieczór zapadał jakoś niepozornie...Siedziałam koło Babci, na małym, drewnianym zydelku i obrywałam agrest...
Właściwie to ja wcale nie lubiłam zbierać agrestu, ale lubiłam spokojne wieczory z Babcią, więc to zbieranie przyjmowałam jako "dobrodziejstwo inwentarza"...
- Za czym Ty tak gonisz o świcie ?? - zapytała Babcia, kiedy już przestała ubolewać nad moimi poranionymi agrestem dłońmi...
- Trenuję Babciu...- wyjaśniłam...
- A po co ?? - dociekała...
Hmmm...
- Bo widzisz Babciu...Kiedy wracam do domu, to robi mi się smutno...Słońce jakoś mniej grzeje...Wiatr mniej wieje...I biegam, żeby to poczuć...Tą wolność...
Babcia pokiwała głową, chociaż po twarzy było widać, że według Niej "dziwaczę"...
Nad głowami usłyszałyśmy chrząknięcie...
- Pochwalony...- powiedziała Sąsiadka...
- Na wieki...- odpowiedziała Babcia nie przerywając obrywania krzaków...
- A wiecie, że Weronika pomarła ?? - zapytała...
- Wieczny odpoczynek...- wymruczała Babcia i wytarła ręce o fartuch...
- Idziecie ?? - zapytała Sąsiadka...
- Idę... - odpowiedziała Babcia...
Przysłuchiwałam się z zainteresowaniem, bo wymiana zdań była niecodzienna...
Babcia wstała ze swojego zydelka, otrzepała spódnicę i spojrzała do wiadra z agrestem...
- Wystarczy...- zdecydowała...
- Babciu...- rzuciłam błagalnie...
Spojrzenie Babci było jakieś takie nieobecne...
- Babciu...- powtórzyłam...
- Ubierz sukienkę...- powiedziała Babcia w ramach zgody...- i coś ciepłego, bo wrócimy późno...
Po kwadransie ruszyłyśmy w drogę...
Babcia w "niedzielnych" ciuchach i "świątecznej" chusteczce na głowie, ja w sukience, którą w Bieszczadach ubierałam na bardzo specjalne okazje...
W czasie drogi Babcia milczała...Milczałam i ja...
Na wszystkich dróżkach widziałam postacie zmierzające w kierunku domu Weroniki...Wszystkie odświętnie ubrane...
Przed wejściem stała spora grupka Kobiet...
Stare, wypaczone lekko drzwi otwarte były na oścież...
Wewnątrz panował ścisk...
Odczekałyśmy kilka minut zanim udało się nam przekroczyć próg...
Szary, odymiony korytarz...
Zapach palących się świec...
Pusta izba...
A właściwie wcale nie pusta...
Pod ścianami stały ławy, na których zasiadały wchodzące Kobiety...Na środku stał długi, drewniany stół...
Bez słowa zajęłam miejsce obok Babci...
Po kilku minutach, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszyscy wstali, a w drzwiach ukazali się Ludzie z trumną...Weszli do izby i ustawili ją na stole...
Weronika ubrana w czarną, odświętną sukienkę, wydała mi się jeszcze mniejsza...
- Witamy Was pięknie Sąsiadki i dziękujemy, żeście nas odwiedzili...- powiedział jeden z Mężczyzn i zniknął w korytarzu...
Kobiety bez słowa ustawiły się w kolejce i pojedynczo podchodziły do trumny...
Każda z Nich mówiła coś do Weroniki...
Jedne dziękowały, że była dobrą Sąsiadką, inne życzyły Jej Królestwa Niebieskiego...Niektóre miały w dłoniach jakieś zawiniątka...
- Wybaczcie Sąsiadko, że Wam dopiero dzisiaj oddaję te dwa jaja co pożyczyliście mi w niedzielę... - powiedziała jedna z Nich, kładąc zawiniątko koło trumny...
- Dziękuję Weroniko za motyczkę...- powiedziała inna...
Zrozumiałam...
Sąsiadki oddawały "długi"...
Kiedy przyszła moja kolej, nie miałam pojęcia co powiedzieć Weronice...
Zatrzymałam się na chwilkę przed trumną i spojrzałam w pomarszczoną twarz...
Potem w milczeniu zajęłam swoje miejsce...
Kiedy kolejka się skończyła, jedna z Kobiet rozpoczęła różaniec...Jednostajnie...Monotonnie...
Powtarzałam słowa modlitwy i spoglądałam na przesuwane przez Babcie koraliki...
Za oknami zrobiło się ciemno...
Izbę rozjaśniał jedynie blask świec, rzucając chybotliwy blask na twarz Weroniki...
Jakby spała...
Wyciszone, miarowe głosy i mnie w końcu uśpiły...
Pochyliłam głowę na babcine ramię...Usłyszałam jeszcze dalekie pohukiwanie sowy i zasnęłam...
Obudziło mnie delikatne szarpnięcie za ramię...
- Idziemy...- powiedziała Babcia...
Za oknami już szarzało...
W izbie pozostało kilka Kobiet, które nieprzerwanie zmawiały modlitwy...
Weronika spała...
czwartek, 27 listopada 2014
Ostatnia piosenka Weroniki...Cz.1
Stary, niebieski Jelcz wypluwał z siebie niewyobrażalny smród, który, jakby przecząc prawom fizyki i anatomii, podnosił mój żołądek gdzieś do wysokości uszu.
Mama przyglądała mi się z niepokojem, gotowa w każdym momencie ruszyć galopem do Kierowcy i wymusić na Nim postój.
Fakt...
Żaden Kierowca nie zaryzykuje kilkugodzinnego sprzątania autobusu...
- Oddychaj głęboko...- napominała mnie Mamciaś...
Oddychaj ??
Każdy oddech powodował wręcz fizyczne cierpienia, a moja osobista Rodzicielka skazywała mnie na owe katusze...
Oddychaj...
Najchętniej to bym wcale nie oddychała !!
Koncentrując się na walce z dryfującym żołądkiem wypatrywałam znajomych pejzaży...
Górka, na której swojego czasu rozkraczyła się nasza Syrenka, powodując ogromne zdenerwowanie Ojca i przymusowy spacer w papilotach na głowie, towarzyszącej nam Ciotki...
Już nawet nie pamiętam dokładnie, które z nich pomstowało dosadniej...
W połowie Górki jest źródełko Świętego Jana, w którym ponoć płynie uzdrawiająca woda...
Ponoć...Bo wychłeptałam całe hektolitry owej wody i jakoś znaczącej poprawy swojego stanu zdrowia nie zauważyłam...
Może ta woda działała na inne schorzenia ??
Hmmm...
Możliwe...
- Dziadek już sprzątnął siano... - wymruczałam z żalem, a Mamciaś spojrzała na mnie ze zdziwieniem...
No tak...Ona nie miała pojęcia, które zagony należą do Dziadka...
Za Górką, na skraju lasy stoi mały, murowany domek...
Akurat tych Gospodarzy nie znałam, ale wiedziałam, że w obejściu królowały pawie. Dziesiątki pawi, które swoim skrzekliwym głosem oznajmiały swoje niezadowolenie, albo zachwyt. Dziesiątki pawi, które w przypływie dobrego humory afiszowały się swoimi barwnymi ogonami...
Jeśli człowiek trafił w odpowiednim czasie w okolice tego gospodarstwa, to Jego Właściciel machał zachęcająco ręką i pytał...
- Chcesz piórko ??
Nie chcieć pawiego pióra było równoznacznym z jakąś chorobą umysłową !!
Obdarowany delikwent ruszał z kopyta w stronę wsi i machał majestatycznie swoją zdobyczą...
Każdy Dzieciak w wiosce wiedział, kto ile takich piór ma w posiadaniu...
Nie ma się więc co dziwić, że polecenie udania się w tamtym kierunku, po cokolwiek, traktowaliśmy jako priorytet...
Jeszcze dwa zakręty ukryte w tunelu buków i świerków...
Niebieska bestia zionąca smrodem wyłoniła się na szczycie wzniesienia, a ja, jak zawsze wstrzymałam oddech...Jeszcze pięćset metrów i bestia szarpnie, zazgrzyta, i zatrzyma się koło drewnianego kiosku...Kiosku, który pachniał drzewem, chlebem i czekoladą...
Najbardziej lubiłam ten zapach czekolady...
Po prawej stronie dom Ewy, mojej dalekiej Kuzynki, z którą uwielbiałam włóczyć się po okolicznych lasach...
Jeszcze jeden zakręt...
Stara chałupa Weroniki otoczona gigantycznymi lipami i wykrzywionym płotem...
Weronika była maleńką Staruszką, której postać czasem widywałam między lipami...Jeden raz widziałam Ją z bliska...Jej twarz była poorana taką ilością zmarszczek, że trudno było nawet zauważyć rysy twarzy...
Wiedziałam jedno...
Weroniki nie należało zaczepiać...
Chodziła sobie po swoim obejściu, maleńka, chudziutka, przygarbiona...
Zawsze w długiej spódnicy i równie długim fartuchu, a na głowie miała kwiecistą chusteczkę..
Przystanek...
Uffff...Dojechałam...
Trzaśnięcie autobusowych drzwi...Zgrzyt wrzucanych przez Kierowcę biegów...Ostatni tuman smrodu...
I pierwszy oddech...
Oddech tak głęboki, że powietrze wtłaczało żołądek na jego miejsce, kręciło się w głowie, a w oczach pojawiały się łzy...
Ciche westchnienie maminej ulgi...
Jeszcze chwila, i Jej władza rodzicielska zostanie "zawieszona"...
Pokornie pozbierałam przydzielone mi bagaże i ruszyłam piaszczystą drogą do Mojej Krainy Fantazji...Do Mojego Królestwa Przygody...Do domu Bieszczadzkich Dziadków, za którym tęskniłam całą zimę...
Nie byłam już Dzieckiem...
Miałam dwanaście, a może trzynaście lat !! To poważny wiek...
Bardzo poważny...
Mama przyglądała mi się z niepokojem, gotowa w każdym momencie ruszyć galopem do Kierowcy i wymusić na Nim postój.
Fakt...
Żaden Kierowca nie zaryzykuje kilkugodzinnego sprzątania autobusu...
- Oddychaj głęboko...- napominała mnie Mamciaś...
Oddychaj ??
Każdy oddech powodował wręcz fizyczne cierpienia, a moja osobista Rodzicielka skazywała mnie na owe katusze...
Oddychaj...
Najchętniej to bym wcale nie oddychała !!
Koncentrując się na walce z dryfującym żołądkiem wypatrywałam znajomych pejzaży...
Górka, na której swojego czasu rozkraczyła się nasza Syrenka, powodując ogromne zdenerwowanie Ojca i przymusowy spacer w papilotach na głowie, towarzyszącej nam Ciotki...
Już nawet nie pamiętam dokładnie, które z nich pomstowało dosadniej...
W połowie Górki jest źródełko Świętego Jana, w którym ponoć płynie uzdrawiająca woda...
Ponoć...Bo wychłeptałam całe hektolitry owej wody i jakoś znaczącej poprawy swojego stanu zdrowia nie zauważyłam...
Może ta woda działała na inne schorzenia ??
Hmmm...
Możliwe...
- Dziadek już sprzątnął siano... - wymruczałam z żalem, a Mamciaś spojrzała na mnie ze zdziwieniem...
No tak...Ona nie miała pojęcia, które zagony należą do Dziadka...
Za Górką, na skraju lasy stoi mały, murowany domek...
Akurat tych Gospodarzy nie znałam, ale wiedziałam, że w obejściu królowały pawie. Dziesiątki pawi, które swoim skrzekliwym głosem oznajmiały swoje niezadowolenie, albo zachwyt. Dziesiątki pawi, które w przypływie dobrego humory afiszowały się swoimi barwnymi ogonami...
Jeśli człowiek trafił w odpowiednim czasie w okolice tego gospodarstwa, to Jego Właściciel machał zachęcająco ręką i pytał...
- Chcesz piórko ??
Nie chcieć pawiego pióra było równoznacznym z jakąś chorobą umysłową !!
Obdarowany delikwent ruszał z kopyta w stronę wsi i machał majestatycznie swoją zdobyczą...
Każdy Dzieciak w wiosce wiedział, kto ile takich piór ma w posiadaniu...
Nie ma się więc co dziwić, że polecenie udania się w tamtym kierunku, po cokolwiek, traktowaliśmy jako priorytet...
Jeszcze dwa zakręty ukryte w tunelu buków i świerków...
Niebieska bestia zionąca smrodem wyłoniła się na szczycie wzniesienia, a ja, jak zawsze wstrzymałam oddech...Jeszcze pięćset metrów i bestia szarpnie, zazgrzyta, i zatrzyma się koło drewnianego kiosku...Kiosku, który pachniał drzewem, chlebem i czekoladą...
Najbardziej lubiłam ten zapach czekolady...
Po prawej stronie dom Ewy, mojej dalekiej Kuzynki, z którą uwielbiałam włóczyć się po okolicznych lasach...
Jeszcze jeden zakręt...
Stara chałupa Weroniki otoczona gigantycznymi lipami i wykrzywionym płotem...
Weronika była maleńką Staruszką, której postać czasem widywałam między lipami...Jeden raz widziałam Ją z bliska...Jej twarz była poorana taką ilością zmarszczek, że trudno było nawet zauważyć rysy twarzy...
Wiedziałam jedno...
Weroniki nie należało zaczepiać...
Chodziła sobie po swoim obejściu, maleńka, chudziutka, przygarbiona...
Zawsze w długiej spódnicy i równie długim fartuchu, a na głowie miała kwiecistą chusteczkę..
Przystanek...
Uffff...Dojechałam...
Trzaśnięcie autobusowych drzwi...Zgrzyt wrzucanych przez Kierowcę biegów...Ostatni tuman smrodu...
I pierwszy oddech...
Oddech tak głęboki, że powietrze wtłaczało żołądek na jego miejsce, kręciło się w głowie, a w oczach pojawiały się łzy...
Ciche westchnienie maminej ulgi...
Jeszcze chwila, i Jej władza rodzicielska zostanie "zawieszona"...
Pokornie pozbierałam przydzielone mi bagaże i ruszyłam piaszczystą drogą do Mojej Krainy Fantazji...Do Mojego Królestwa Przygody...Do domu Bieszczadzkich Dziadków, za którym tęskniłam całą zimę...
Nie byłam już Dzieckiem...
Miałam dwanaście, a może trzynaście lat !! To poważny wiek...
Bardzo poważny...
poniedziałek, 24 listopada 2014
Rodzicielstwo nie musi być nudne, czyli jak zbudować czołg...
Czasy mamy niespokojne...
Co i rusz Media donoszą, że jakiś poroniony człek umyślił sobie zdobyć władzę nad Światem...
Zawsze gdzieś...
Zawsze ktoś...
Pokój jest od zawsze równie niepewny jak pogoda...
Jaki mamy wpływ na owe "zachcianki" ??
Właściwie niewielki...
W czasach prehistorycznych wystarczało posiadać odpowiednich rozmiarów kij, potem trzeba było przywiązać do niego krzemień i już uzbrojeni byliśmy w dzidy...Ci z lepszym wzrokiem i pewniejszym ramieniem ciskali kamieniami...
Z czasem obrona własnego jestestwa wymagała coraz większych nakładów pracy, albo pieniędzy...
Ot, cywilizacja...
Czym bronić się mamy w naszych niepewnych czasach ??
No cóż...
Głowicę jądrową trudno wyprodukować w warunkach domowych...Kilka amnestii wyczyściło nasze schowki w broni palnej...Czyli co ?? Bezbronność ??
W życiu !!
Nie mam pojęcia, czy ów dar przeszedł genetycznie (bo przecież kiedyś byłam specjalistką w budowie procy), czy to troska o bezpieczeństwo Potomstwa, ale nasze Dzieciaki wpadły na domowy sposób wyprodukowania czołgu...
Tak, tak !!
Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby w warunkach domowych wybudować sobie czołg !!
Instrukcję dostałam na maila...
Przepis na budowę czołgu:
1. Przygotowanie niezbędnych części konstrukcyjnych.
2. Budowa gąsienic.
3. Technologię budowy dozorować powinien Czołgista, żeby w razie potrzeby umiał dokonać napraw w warunkach bojowych.
4. Montujemy podwozie, sprawdzając, czy rozmiary konstrukcji są odpowiednie do rozmiarów Czołgisty.
5. Rozpoczynamy montaż pancerza.
6. Na skończonej konstrukcji pancerza, osadzamy wieżyczkę z lufą.
7. Sprawdzamy wytrzymałość pojazdu (każdy czołg musi przejść testy bojowe).
8. Wyznaczamy cel bojowy.
9. Czołg przygotowany jest do inwazji, pozostaje nam jedynie, postarać się o odpowiednią amunicję...
Ale to akurat jest najmniejszy problem...;o)
Co i rusz Media donoszą, że jakiś poroniony człek umyślił sobie zdobyć władzę nad Światem...
Zawsze gdzieś...
Zawsze ktoś...
Pokój jest od zawsze równie niepewny jak pogoda...
Jaki mamy wpływ na owe "zachcianki" ??
Właściwie niewielki...
W czasach prehistorycznych wystarczało posiadać odpowiednich rozmiarów kij, potem trzeba było przywiązać do niego krzemień i już uzbrojeni byliśmy w dzidy...Ci z lepszym wzrokiem i pewniejszym ramieniem ciskali kamieniami...
Z czasem obrona własnego jestestwa wymagała coraz większych nakładów pracy, albo pieniędzy...
Ot, cywilizacja...
Czym bronić się mamy w naszych niepewnych czasach ??
No cóż...
Głowicę jądrową trudno wyprodukować w warunkach domowych...Kilka amnestii wyczyściło nasze schowki w broni palnej...Czyli co ?? Bezbronność ??
W życiu !!
Nie mam pojęcia, czy ów dar przeszedł genetycznie (bo przecież kiedyś byłam specjalistką w budowie procy), czy to troska o bezpieczeństwo Potomstwa, ale nasze Dzieciaki wpadły na domowy sposób wyprodukowania czołgu...
Tak, tak !!
Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby w warunkach domowych wybudować sobie czołg !!
Instrukcję dostałam na maila...
Przepis na budowę czołgu:
1. Przygotowanie niezbędnych części konstrukcyjnych.
2. Budowa gąsienic.
3. Technologię budowy dozorować powinien Czołgista, żeby w razie potrzeby umiał dokonać napraw w warunkach bojowych.
4. Montujemy podwozie, sprawdzając, czy rozmiary konstrukcji są odpowiednie do rozmiarów Czołgisty.
5. Rozpoczynamy montaż pancerza.
6. Na skończonej konstrukcji pancerza, osadzamy wieżyczkę z lufą.
7. Sprawdzamy wytrzymałość pojazdu (każdy czołg musi przejść testy bojowe).
8. Wyznaczamy cel bojowy.
9. Czołg przygotowany jest do inwazji, pozostaje nam jedynie, postarać się o odpowiednią amunicję...
Ale to akurat jest najmniejszy problem...;o)
sobota, 22 listopada 2014
Wyimaginowana demokracja, czyli dzisiaj na poważnie...
Od sześciu dni, kto może "psy wiesza" na PKW, że przez swoją nieudolność nie tylko, że z wyborów zrobiła farsę, ale również, że jej działania wpłyną na społeczne zachowania Narodu...
Alleluja...
Ja "psów wieszać" nie będę, bo ogromną estymą darzę owe zwierzaki, i chociaż za kotami nie przepadam, ich kociego żywota również nie poświęcę...
Jak dla mnie PKW funta kłaków nie jest warte...
Tyle, że mi się żółci odrobinę zebrało, więc wylać ją muszę hurtowo, co bym na taki ziąb nie musiała biegać po Aptekach za Ranigastem...
Pamiętacie tą akcję z wylewaniem na siebie wiader wody z lodem ??
No to ja proponuję teraz, żeby Politycy wszystkich opcji zebrali do kubełków tą społeczną żółć i publicznie sobie na łby wylali...Bo jakby na ów problem PKW nie patrzeć, to wychodzi, że 99,99% winy za powstały stan ponoszą Politycy...I to od Lewa do Prawa, i na odwertkę...
1. Kto uchwalił, że zasiadanie w PKW jest dożywotnie i z awansu ??
2. Kto powołał i powołuje Członków owego "ciała", a potem owemu "ciału" zarzuca klęskę całkowitą ??
A swoją drogą...
Jak zobaczyłam tych "Siedmiu Braci Śpiących" w niedzielny wieczór, to tak mi się jakoś niewyraźnie na duszy zrobiło...
Jeden coś mruczał pod nosem (jakby nie na temat), drugi ziewał (nie kryjąc się z tym bynajmniej), trzeci dokonywał czynności higienicznych (grzebiąc sobie w uchu), reszta patrzyła tempo w ścianę (być może szukali światełka w tunelu)...
Kiedy jednak usłyszałam zarzut, iż Komisja owa jest już zbyt wiekowa, do podejmowania takich wyzwań, to mi się mało scyzoryk w kieszeni nie otworzył (dobrze, że w koszuli nocnej nie mam kieszeni na scyzoryk)...
Jak za starzy ??
Kto za stary ??
Toć według obowiązujących przepisów, już za kilka lat to będzie kwiecie Narodu !!
Skoro Ci są zbyt wiekowi na organizowanie czegoś co organizują awansem od lat i mają do tego sztab Ludzi, to jak reszta Społeczeństwa ma sobie poradzić ze swoimi obowiązkami zawodowymi ??
Czy bycie wiekowym Członkiem PKW jest trudniejsze niż bycie wiekowym Kierowcą Tira, albo bycie wiekową Przedszkolanką ??
Politycy moi mili, gdzie Wasza logika ??
Wracajmy jednak do wyborów...
3. Kto uznał, że podstawowym kryterium przetargów jest cena ??
W tym przypadku to w ogóle poszliście po bandzie, bo ponoć na przetarg zgłosiła się tylko jedna Firma, więc rozpusty urodzaju PKW nie miała...
Czyli winni są Informatycy...
A juści !!
Pan zawinił, a Cygana powiesili...
Dwa miesiące, to ja konto na blogspocie testowałam, zanim bloga przeniosłam...
A od mojego bloga chyba losy Narodu niewiele zależą...
No chyba, że się mylę, i w nieświadomości żyję...
W Mediach nawet podano, że winę ponosi pewna Studentka, ponoć Autorka oprogramowania...
Hmmm...
Jak się nie mylę, to FB też Studenci popełnili, a teraz nie dość, że Miliony z niego korzystają, że nawet Przywódcy największych Państw szczycą się kontami na FB, to jest on wart niebotyczne wręcz pieniądze...
Mieliście mili Politycy ćwierć wieku, żeby zorganizować nasze życie, żeby wprowadzić rzecz tak prozaiczną jak demokratyczne wybory...
I co ??
Poza tym, że szukacie teraz winnego (radzę spojrzeć w lustra), nie robicie nic, aby temu "kataklizmowi" zapobiec...
Dolewacie oliwy do ognia...
A jeśli się okaże, że Naród bardziej zna się na demokracji niż sądzicie i któregoś pięknego dnia wyjdzie na ulice, żeby Wam za nieudolne rządy podziękować ??
Zwiejecie ??
Zmienicie tożsamość ??
Czy udacie, że Was to nie dotyczy ??
Dotyczy !!
Bardzo dotyczy !!
A tak swoją drogą...
PKW (przynajmniej Jej spora część) podała się do dymisji...
To jak wygląda odpowiedzialność ??
Nawet Pani Sprzątaczka odpowiada finansowo za błędy popełnione w czasie wykonywania swoich obowiązków, i można to z Jej dochodów wyegzekwować...
Czyli demokratyczne prawo "równych i równiejszych" ??
Szanowne PKW pracowało przez rok przygotowując wybory samorządowe, wybory przygotowane źle, a nawet wcale nie przygotowane...
Przez rok pobierali wynagrodzenie z publicznych pieniędzy...
I co ??
Dymisja i pozamiatane ??
To może skończmy z tą wyimaginowaną demokracją ??
Alleluja...
Ja "psów wieszać" nie będę, bo ogromną estymą darzę owe zwierzaki, i chociaż za kotami nie przepadam, ich kociego żywota również nie poświęcę...
Jak dla mnie PKW funta kłaków nie jest warte...
Tyle, że mi się żółci odrobinę zebrało, więc wylać ją muszę hurtowo, co bym na taki ziąb nie musiała biegać po Aptekach za Ranigastem...
Pamiętacie tą akcję z wylewaniem na siebie wiader wody z lodem ??
No to ja proponuję teraz, żeby Politycy wszystkich opcji zebrali do kubełków tą społeczną żółć i publicznie sobie na łby wylali...Bo jakby na ów problem PKW nie patrzeć, to wychodzi, że 99,99% winy za powstały stan ponoszą Politycy...I to od Lewa do Prawa, i na odwertkę...
1. Kto uchwalił, że zasiadanie w PKW jest dożywotnie i z awansu ??
2. Kto powołał i powołuje Członków owego "ciała", a potem owemu "ciału" zarzuca klęskę całkowitą ??
A swoją drogą...
Jak zobaczyłam tych "Siedmiu Braci Śpiących" w niedzielny wieczór, to tak mi się jakoś niewyraźnie na duszy zrobiło...
Jeden coś mruczał pod nosem (jakby nie na temat), drugi ziewał (nie kryjąc się z tym bynajmniej), trzeci dokonywał czynności higienicznych (grzebiąc sobie w uchu), reszta patrzyła tempo w ścianę (być może szukali światełka w tunelu)...
Kiedy jednak usłyszałam zarzut, iż Komisja owa jest już zbyt wiekowa, do podejmowania takich wyzwań, to mi się mało scyzoryk w kieszeni nie otworzył (dobrze, że w koszuli nocnej nie mam kieszeni na scyzoryk)...
Jak za starzy ??
Kto za stary ??
Toć według obowiązujących przepisów, już za kilka lat to będzie kwiecie Narodu !!
Skoro Ci są zbyt wiekowi na organizowanie czegoś co organizują awansem od lat i mają do tego sztab Ludzi, to jak reszta Społeczeństwa ma sobie poradzić ze swoimi obowiązkami zawodowymi ??
Czy bycie wiekowym Członkiem PKW jest trudniejsze niż bycie wiekowym Kierowcą Tira, albo bycie wiekową Przedszkolanką ??
Politycy moi mili, gdzie Wasza logika ??
Wracajmy jednak do wyborów...
3. Kto uznał, że podstawowym kryterium przetargów jest cena ??
W tym przypadku to w ogóle poszliście po bandzie, bo ponoć na przetarg zgłosiła się tylko jedna Firma, więc rozpusty urodzaju PKW nie miała...
Czyli winni są Informatycy...
A juści !!
Pan zawinił, a Cygana powiesili...
Dwa miesiące, to ja konto na blogspocie testowałam, zanim bloga przeniosłam...
A od mojego bloga chyba losy Narodu niewiele zależą...
No chyba, że się mylę, i w nieświadomości żyję...
W Mediach nawet podano, że winę ponosi pewna Studentka, ponoć Autorka oprogramowania...
Hmmm...
Jak się nie mylę, to FB też Studenci popełnili, a teraz nie dość, że Miliony z niego korzystają, że nawet Przywódcy największych Państw szczycą się kontami na FB, to jest on wart niebotyczne wręcz pieniądze...
Mieliście mili Politycy ćwierć wieku, żeby zorganizować nasze życie, żeby wprowadzić rzecz tak prozaiczną jak demokratyczne wybory...
I co ??
Poza tym, że szukacie teraz winnego (radzę spojrzeć w lustra), nie robicie nic, aby temu "kataklizmowi" zapobiec...
Dolewacie oliwy do ognia...
A jeśli się okaże, że Naród bardziej zna się na demokracji niż sądzicie i któregoś pięknego dnia wyjdzie na ulice, żeby Wam za nieudolne rządy podziękować ??
Zwiejecie ??
Zmienicie tożsamość ??
Czy udacie, że Was to nie dotyczy ??
Dotyczy !!
Bardzo dotyczy !!
A tak swoją drogą...
PKW (przynajmniej Jej spora część) podała się do dymisji...
To jak wygląda odpowiedzialność ??
Nawet Pani Sprzątaczka odpowiada finansowo za błędy popełnione w czasie wykonywania swoich obowiązków, i można to z Jej dochodów wyegzekwować...
Czyli demokratyczne prawo "równych i równiejszych" ??
Szanowne PKW pracowało przez rok przygotowując wybory samorządowe, wybory przygotowane źle, a nawet wcale nie przygotowane...
Przez rok pobierali wynagrodzenie z publicznych pieniędzy...
I co ??
Dymisja i pozamiatane ??
To może skończmy z tą wyimaginowaną demokracją ??
środa, 19 listopada 2014
O Czarcie Paskudniku i pewnym Nawałce...
Nie tak dawno temu, i nie tak daleko stąd, było sobie Królestwo, w którym żyli bardzo waleczni Ludzie.
Nie straszne Im były ani niedostatek, ani niedola...
Czym bardziej byli ciemiężeni, tym bardziej walczyli...
Mieli jednak jedną pasję, której poddawali się bez reszty...Tą pasją była gra w piłkę kopaną...
Ową miłość przekazywał ojciec synowi, dziadek wnukowi, a zdarzali się też i tacy, co ją z mlekiem matki wysysali...
W Królestwie panować mogła bieda, Królestwo trafić mogło w niewolę, ale Drużyna piłki kopanej wygrywać powinna mimo wszystko...
Właśnie to Królestwo upatrzył sobie na swoją siedzibę Czart Paskudnik...
Zaczął mamić owych ludzi bogactwami ogromnymi, dobrobytem szatańskim, byle tylko o sobie zapomnieli i w jego władanie poszli...
A że mamona już nie jedno Królestwo do zagłady przyprowadziła, więc i tutaj posiane przez Czarta Paskudnika ziarno szybko wzrastać zaczęło...
I pewnie całe Królestwo na zatracenie by poszło, gdyby nie fakt, iż się Czartowi okrutnie nie podobało, że Naród ów na stadiony piłkarskie chodził, swoich kopaczy dopingował, i przyzwyczajeń nie zmieniał nawet dla mamony...
Czuł bies przebrzydły, że na stadionach władzy nie ma...
W złości wielkiej, iskrami spod kopyt błysnął, ogniem piekielnym zionął i przekleństwo rzucił...
"Nigdy już zwycięstwem cieszyć się nie będziecie !! Miłość wasza na ugór padnie i chwastem wyrośnie !! A ziemia wasza nigdy piłkarza nie urodzi !!"
A że przekleństwa szatańskie moc mają okrutną, więc i owo przekleństwo wkrótce się spełniło...
Drużyna owego Królestwa przegrywać zaczęła wszystko !!
Mało tego...Nawet jak grali na swoim terenie, to jakby piłkarzom nieczyste siły nogi powiązały...
Ani piłki utrzymać nie mogli, ani dryblować, że o strzeleniu bramki nie wspomnę...
Naród cały wpadł w rozpacz...
Zebrała się Rada Starszych, żeby pomysłu szukać jak czar odwrócić...
- Może zmienimy Głównego Szamana ?? - zapytał jeden z Mędrców...
Głowami pokiwali, wodą gardła przepłukali, a że lepszej rady nie było, więc zmienili Szamana...
Efektu jednak nie było...
No to Rada zebrała się raz drugi...
Podumali, pogadali i znowu ktoś rzucił cicho...
- Może trzeba zmienić Szamana ??
Hmmm...
Jak uradzili tak zrobili...
Ale i tym razem przekleństwo szatańskie było silniejsze...
A co dziwnym się wydawało, że jak tylko któryś z piłkarzy poza granice Królestwa wyjeżdżał, to się w nim z nagła talenty budziły !! I piłka go słuchała...I dryblingi wychodziły...A niektórzy bramkę za bramką strzelali...
Rada Starszych pojęła, że odczarowanie uroku łatwym nie będzie...
- To może wybudujmy nowe stadiony ?? Może jak nowe powstaną, trawę świeżą posiejemy, to urok moc straci ?? - rzucił ktoś nieśmiało...
No to pobudowali...
Piękne obiekty...Nowoczesne...Nawet Czartowi Paskudnikowi oko zbielało ze zdziwienia, że tak budować umieją...
Ale rzuconego przekleństwa nie odwrócili...
Stadiony były wspaniałe...Kibiców tłumy wrzeszczały z trybun słowa wsparcia...
A piłkarze jak w amoku po świeżej trawce się ciskali bez składu i ładu...
Widać było, że już i Rada Starszych rozwiązania nie znajdzie...
- Może czas Radę zmienić ?? - zapytał ktoś na obradach...
Naród caluśki poparł ów pomysł, bo widocznym się stało, że niczego owe mądre głowy nie wymyślą odkrywczego...
No to Radę zmieniono...
- Trzeba takiego Szamana znaleźć, który już jakiś urok odczynił !! - postanowiono...
Wypróbowano jednego, wypróbowano drugie...I nic...
Nowe stadiony opustoszały...
Czart ręce zacierał z uciechy...
- Tu nie pomogą takie zmiany !! - postanowiła Rada w końcu... - Tu trzeba wichru jakiegoś, co by rozwiał tą szatańską moc !! Nawałnicy nam trzeba, żeby owo zaklęcie zmyła...
Zadumali się członkowie Rady Starszych...Głowami z wysiłku kiwali...
- Skąd my nawałnicę na zawołanie znajdziemy ??
I nagle, z końca sali odezwał się głos cichutki...
- Nawałnicy może i nie mamy...Mamy Nawałkę...Wystarczy ??
Hmmm...
Tak właśnie Pan Nawałka został Głównym Szamanem...
Nie mam pojęcia jakich zaklęć użył...Rozumem nie ogarniam jakie mikstury zastosował...I aż boję się uwierzyć, że szatański urok odczynił...
Bo że odczynił to widać było przez całą jesień...
Byle Mu termin przydatności do spożycia z wiosną nie upłynął...
Nie straszne Im były ani niedostatek, ani niedola...
Czym bardziej byli ciemiężeni, tym bardziej walczyli...
Mieli jednak jedną pasję, której poddawali się bez reszty...Tą pasją była gra w piłkę kopaną...
Ową miłość przekazywał ojciec synowi, dziadek wnukowi, a zdarzali się też i tacy, co ją z mlekiem matki wysysali...
W Królestwie panować mogła bieda, Królestwo trafić mogło w niewolę, ale Drużyna piłki kopanej wygrywać powinna mimo wszystko...
Właśnie to Królestwo upatrzył sobie na swoją siedzibę Czart Paskudnik...
Zaczął mamić owych ludzi bogactwami ogromnymi, dobrobytem szatańskim, byle tylko o sobie zapomnieli i w jego władanie poszli...
A że mamona już nie jedno Królestwo do zagłady przyprowadziła, więc i tutaj posiane przez Czarta Paskudnika ziarno szybko wzrastać zaczęło...
I pewnie całe Królestwo na zatracenie by poszło, gdyby nie fakt, iż się Czartowi okrutnie nie podobało, że Naród ów na stadiony piłkarskie chodził, swoich kopaczy dopingował, i przyzwyczajeń nie zmieniał nawet dla mamony...
Czuł bies przebrzydły, że na stadionach władzy nie ma...
W złości wielkiej, iskrami spod kopyt błysnął, ogniem piekielnym zionął i przekleństwo rzucił...
"Nigdy już zwycięstwem cieszyć się nie będziecie !! Miłość wasza na ugór padnie i chwastem wyrośnie !! A ziemia wasza nigdy piłkarza nie urodzi !!"
A że przekleństwa szatańskie moc mają okrutną, więc i owo przekleństwo wkrótce się spełniło...
Drużyna owego Królestwa przegrywać zaczęła wszystko !!
Mało tego...Nawet jak grali na swoim terenie, to jakby piłkarzom nieczyste siły nogi powiązały...
Ani piłki utrzymać nie mogli, ani dryblować, że o strzeleniu bramki nie wspomnę...
Naród cały wpadł w rozpacz...
Zebrała się Rada Starszych, żeby pomysłu szukać jak czar odwrócić...
- Może zmienimy Głównego Szamana ?? - zapytał jeden z Mędrców...
Głowami pokiwali, wodą gardła przepłukali, a że lepszej rady nie było, więc zmienili Szamana...
Efektu jednak nie było...
No to Rada zebrała się raz drugi...
Podumali, pogadali i znowu ktoś rzucił cicho...
- Może trzeba zmienić Szamana ??
Hmmm...
Jak uradzili tak zrobili...
Ale i tym razem przekleństwo szatańskie było silniejsze...
A co dziwnym się wydawało, że jak tylko któryś z piłkarzy poza granice Królestwa wyjeżdżał, to się w nim z nagła talenty budziły !! I piłka go słuchała...I dryblingi wychodziły...A niektórzy bramkę za bramką strzelali...
Rada Starszych pojęła, że odczarowanie uroku łatwym nie będzie...
- To może wybudujmy nowe stadiony ?? Może jak nowe powstaną, trawę świeżą posiejemy, to urok moc straci ?? - rzucił ktoś nieśmiało...
No to pobudowali...
Piękne obiekty...Nowoczesne...Nawet Czartowi Paskudnikowi oko zbielało ze zdziwienia, że tak budować umieją...
Ale rzuconego przekleństwa nie odwrócili...
Stadiony były wspaniałe...Kibiców tłumy wrzeszczały z trybun słowa wsparcia...
A piłkarze jak w amoku po świeżej trawce się ciskali bez składu i ładu...
Widać było, że już i Rada Starszych rozwiązania nie znajdzie...
- Może czas Radę zmienić ?? - zapytał ktoś na obradach...
Naród caluśki poparł ów pomysł, bo widocznym się stało, że niczego owe mądre głowy nie wymyślą odkrywczego...
No to Radę zmieniono...
- Trzeba takiego Szamana znaleźć, który już jakiś urok odczynił !! - postanowiono...
Wypróbowano jednego, wypróbowano drugie...I nic...
Nowe stadiony opustoszały...
Czart ręce zacierał z uciechy...
- Tu nie pomogą takie zmiany !! - postanowiła Rada w końcu... - Tu trzeba wichru jakiegoś, co by rozwiał tą szatańską moc !! Nawałnicy nam trzeba, żeby owo zaklęcie zmyła...
Zadumali się członkowie Rady Starszych...Głowami z wysiłku kiwali...
- Skąd my nawałnicę na zawołanie znajdziemy ??
I nagle, z końca sali odezwał się głos cichutki...
- Nawałnicy może i nie mamy...Mamy Nawałkę...Wystarczy ??
Hmmm...
Tak właśnie Pan Nawałka został Głównym Szamanem...
Nie mam pojęcia jakich zaklęć użył...Rozumem nie ogarniam jakie mikstury zastosował...I aż boję się uwierzyć, że szatański urok odczynił...
Bo że odczynił to widać było przez całą jesień...
Byle Mu termin przydatności do spożycia z wiosną nie upłynął...
niedziela, 16 listopada 2014
Historia pewnego karcza...
Na zagonie słusznym, chwastem porośniętym,
pracuje Gordyjka, że aż trzeszczą pięty.
Motyczką wywija ta dzielna dziewczyna,
że się nijak zielsko ziemi nie utrzyma.
Pan N. chwacko wspiera swoją połowicę,
piłę wziął do dłoni, na głowę przyłbicę.
Chwasty to pół biedy, bieda to są karcze...
Myśli sobie Ślubny: Czy ja im nastarczę ??
Ścina, okopuje, siekiera aż świszczy,
a karcz sobie w ziemi chichocze i piszczy...
Aż w końcu: Viktoria !! Pan karcz odkopany !!
Woła mnie na pomoc Chłopak uziajany...
Złapałam za karcza, w ziemi się zaparłam,
a ten ani zadrżał, więc w trwodze zamarłam...
Wołam więc na pomoc kocura niecnotę:
- Może pomóc ździebko masz właśnie ochotę ??
Kocur raźno ruszył, łapki zaparł w ziemi
i teraz z kocurem do spółki ciągniemy...
Kogut spojrzał na to, swoim kurzym okiem...
- Nie ruszycie drania !! Wróci w dół z powrotem !!
Rzucił się na pomoc, stado kur zawołał,
i tak się skończyła, z karczem tym niedola...
Teraz kurki dziobią, kot ruszył na łowy,
a ścięte karczysko będzie do ozdoby...:o)
pracuje Gordyjka, że aż trzeszczą pięty.
Motyczką wywija ta dzielna dziewczyna,
że się nijak zielsko ziemi nie utrzyma.
Pan N. chwacko wspiera swoją połowicę,
piłę wziął do dłoni, na głowę przyłbicę.
Chwasty to pół biedy, bieda to są karcze...
Myśli sobie Ślubny: Czy ja im nastarczę ??
Ścina, okopuje, siekiera aż świszczy,
a karcz sobie w ziemi chichocze i piszczy...
Aż w końcu: Viktoria !! Pan karcz odkopany !!
Woła mnie na pomoc Chłopak uziajany...
Złapałam za karcza, w ziemi się zaparłam,
a ten ani zadrżał, więc w trwodze zamarłam...
Wołam więc na pomoc kocura niecnotę:
- Może pomóc ździebko masz właśnie ochotę ??
Kocur raźno ruszył, łapki zaparł w ziemi
i teraz z kocurem do spółki ciągniemy...
Kogut spojrzał na to, swoim kurzym okiem...
- Nie ruszycie drania !! Wróci w dół z powrotem !!
Rzucił się na pomoc, stado kur zawołał,
i tak się skończyła, z karczem tym niedola...
Teraz kurki dziobią, kot ruszył na łowy,
a ścięte karczysko będzie do ozdoby...:o)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)





