Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

czwartek, 5 grudnia 2013

"Całuję Twoją dłoń Madame", czyli uwiedziona przez Piotrusia Fronczewskiego...

     Kiedy usłyszałam po raz pierwszy "Całuję Twoją dłoń Madame, śniąc, że to usta Twe" w Jego wykonaniu, to muszę się przyznać...Aż mi "ciary" po kręgosłupie przeszły...
     Echhh...Jaka szczęśliwa jest owa "Madame" skoro takie emocje wywołuje...I jaka piękna być musi, do tego...
     Wyobrażenie owej "Madame" przerastało możliwości Matki Natury...
Istny ideał...
Z resztą...
     Cokolwiek by robił, wywoływał u mnie zawsze ogromne emocje...
     Po prostu uwielbiam Człowieka...
Nie Aktora...Nie Kabareciarza...Nie Postać...
     Piotrusia Fronczewskiego uwielbiam "po całości"...
     Wszystko mi jedno, czy jest Panem Kleksem, czy Frankiem Kimono, czy jakąś tragiczną Postacią w dramacie...
A Jego deklamacje ??
Majstersztyk !!
Nikt inny nie umie tak uwodzić głosem...
     Przeczytałam dzisiaj wywiad z Piotrusiem...
     Perełka, jaką trudno w mediach znaleźć...Piotruś jakoś nie bardzo skory jest do zwierzeń...Nie przepada za medialnym szumem...
Nazywanie Go Celebrytą uwłaczałoby Jego godności...
Bo jak taką Personę porównywać do Osób o to miano zabiegających w sposób niekiedy perfidny i groteskowy ??
     Piotruś jest Mistrzem...
     Jak dla mnie, jest Mistrzem przez największe "M" na Świecie...
     W wywiadzie Pan Fronczewski stwierdził, że ma sześćdziesiąt siedem lat i jest zmęczony...
Uwierzyć nie trudno...
     Czy można nie być zmęczonym żyjąc życiem setek swoich bohaterów ??
     Nie wiem jak Wy, ale ja nie jestem w stanie wymienić najlepszej roli Pana Piotra...
Gajos wiadomo...
Stuhr (Senior) wiadomo...
Fronczewski ?? I "zagwozdka", bo na myśl przychodzi setka tytułów...
Jeden lepszy od drugiego...
A właściwie, każdy inny od poprzedniego, jakby Piotruś zaprzedał duszę diabłu i był setką owych wcieleń...
Amant...Milicjant...Polityk...Profesor...Żołnierz...
Tylko magiczny głos pozostawał ten sam...
     Nazwisko "Piotr Fronczewski" to już nie jest nazwisko...
     To marka...
     Najlepsza marka jaką posiadamy...
     A dla mnie zawsze będzie "Piotrusiem"...
     Mam nadzieję, iż owa "Madame" mi wybaczy...;o)

środa, 4 grudnia 2013

Geniuszem trzeba się urodzić...

     Jako ogromna miłośniczka piesowatych z wielką przyjemnością podczytuję wszelakie informacje dotyczące ich niesamowitej inteligencji i zdolności...
Tym razem jednak wyczyn czworonoga wprawił mnie w taka radochę, iż postanowiłam się nią z Wami podzielić...
Historyjka zaczerpnięta z "Demotów"...
    
     Pewnego dnia na jednej z posesji pojawił się piesek, wyglądał na wiekowego i zmęczonego...
     Grzecznie przywitał się z Gospodarzem, wszedł do Jego domu, znalazł dywanik, zwinął się w kłębek i zasnął...
     Gospodarz ewidentnie również był piesolubny, bo nie protestował...
     Po godzinie psina drzemkę zakończyła, Gospodarzowi liźnięciem po rękach podziękowała, ogonem zamerdała i zniknęła za furtką...
Dziwne ??
     Dziwne jest to, że dnia następnego, o tej samej mniej więcej porze, psina znowu pojawiła się na posesji, odnalazła "swój" kawałek dywanika, zwinęła się jak uprzednio w kłębek i znowu ucięła sobie godzinną drzemkę...
Jak uprzednio podziękowała i zniknęła...
Sytuacja powtarzała się przez kilka dni...
Gospodarz obejrzał sobie psinę dokładnie...
Psiak był zadbany, czyściutki, wyczesany, odkarmiony...
Ewidentnie, gdzieś tam za furtką posiadał swój dom...
     Niespotykana sytuacja skłoniła Właściciela posesji do napisania listu...
     W owym liście opisał sytuację i zawiadamiał o niesamowitym zachowaniu pieska...List włożył psiakowi za obrożę w czasie pożegnania...
     Na drugi dzień piesek pojawił się w furtce dokładnie " o swojej porze", a za obrożą przyniósł odpowiedź...Mniej więcej takiej treści...

     "Pies mieszka w domu razem z sześciorgiem dzieci, w tym dwoje nie ma jeszcze trzech lat. Pewnie próbuje nadrobić niedobory snu. Mogę z nim przyjść jutro na drzemkę ??"

     Geniusz !! Po prostu psi geniusz !!


wtorek, 3 grudnia 2013

Rzucanie mięsem, czyli o czeskich specjałach...

     Cóż jeszcze godnego było zapamiętania z naszych czeskich wojaży ?? Hmmm...Jakby Wam to powiedzieć...??
     Najbardziej pamiętamy "mięsiwo po ziemi taplane"...
     Podczas jednego z takich wypadów, półki sklepowe okazały się ogołocone przez "wycieczki" nawiedzające naszych południowych Sąsiadów przed nami...
Na każde zadawane przez nas pytanie Panie Ekspedientki wykonywały przeczący ruch głowami i rozkładały bezradnie ręce..."Nie ma"...
     Mój Bieszczadzki Dziadek określał taki stan "nalotem stonki"...
     Na hakach w sklepach mięsnych wisiały samotnie ochłapy nie zachęcające zbytnio do degustacji...
Pan N. stał się "ofiarą" owych "ochłapów"...
     Rozpakowywałam torby z ogromnym zaangażowaniem i ciekawością, co też tym razem mój Chłopak przywiózł ze swoich wojaży...I nagle wyciągnęłam ów "ochłap"...
     Słusznych rozmiarów kawał mięsiwa, nieforemny, umazany "po całości" jakąś burą substancją...
Wizualna ohyda...
Spojrzałam z obrzydzeniem na ów ochłap, a potem na Ślubnego...
     - A cóż to jest ?? - zapytałam, bo wizualnie ów "ochłap" nie przypominał niczego...
     - Nie mam pojęcia... - wyznał Pan N.- ale niczego innego nie było...a dogadać się z Czeszkami było trudno...- dodał...
     - To wygląda... - zaczęłam, ale żadne określenie "parlamentarne" mi do głowy nie przychodziło...
     - Jakby ktoś tym po ziemi w masarni taplał... - dopowiedział Pan N.
Dokładnie właśnie tak...!!
     Ewidentnie ktoś wyrwał kawał mięsiwa z jakiegoś zwierza i poniewierał nim po podłodze...Może szmata mu się zapodziała ??
     Z rezerwą ogromną ukroiłam maleńki kawałeczek owego "specyjału", a że żadnego królika doświadczalnego pod ręką nie miałam, a za trucie Rodziny w kazamaty iść mi było niespieszno, więc władowałam owo "coś" do otworu gębowego i...
I zamarłam...
Czegoś takiego moje kubki smakowe jeszcze nie zaznały...
Odpowiednio słone...Idealnie pikantne...Cudownie ziołowe...I ten smakowity zapach wędzonki...
Po prostu "cud miód, a po brodzie soczek się leje"...
Minę musiałam mieć dziwaczną bo Pan N. odkroił sobie kolejny "odstający" kawałek...
     - Dobre...!! - wymruczał po chwili...
     - Pyszne !! - potwierdziłam, że go język nie zawodzi...
Pierworodny ustawił się do "karmienia", a Córcia, do tej pory będąca w opozycji do mięsiw wszelakich, przyglądała się nam z oddali...W końcu i Ona dała się namówić na maleńką degustację...
Po kwadransie siedzieliśmy przy stole i dokonywaliśmy dzieła zniszczenia ogromnej sterty kanapek...
     - Musimy się dowiedzieć cóż to jest takiego !! - wyznaczyłam zadanie Panu N.
     - Uchhhm... - wymruczał tylko mój Ślubny...
     Od tego dnia każda lista zakupów "w Czechach" rozpoczynała się od pozycji:
     1. Po ziemi taplane - ile będzie...
Reszta to były handlowe dodatki...
     Dlaczego nie nazwę owego "ochłapa" po imieniu ??
     Bo...Klękajcie Narody !!... Nie mam do dzisiaj pojęcia cóż to był za rarytas...
     Mimo usilnych prób Pana N. i moich, nigdy nie poznaliśmy nazwy owego cudu...
     Czeska nazwa z niczym nam się nie kojarzyła, a na dodatek była tak zawiła, że zaraz po wyjściu ze sklepu umykała z pamięci...Zapisywana wielokrotnie ginęła w trybie nagłym...Pozostała nazwa rodzima...
"Mięsiwo taplane po podłodze"...Lub krócej..."Po ziemi taplane"...
Rarytas nad rarytasami !!
     Jeśli kiedyś zagościcie w tamtych Stronach i na sklepowym haku zobaczycie kawał mięsiwa nie przypominającego niczego, a na dodatek nie będzie on przemawiał widokiem do waszych kulinarnych upodobań, to będzie to, "po ziemi taplane" !!
  

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Najazd na Czechy, czyli o gigantycznych zakupach...

     Moja kariera przemytnicza, rozpoczęta tak pięknie na węgierskiej ziemi, rozkwitła równie radośnie rok później u naszych południowych Sąsiadów, zwanych wówczas Czechosłowacją...
Spektakularnych wydarzeń nie było, więc się skoncentrować możemy na latach późniejszych...
     Zmieniało się moje życie...Stałam się stateczną ;o) mężatką i matką dwójki dorodnych Dzieciaczków...Zmieniał się również Świat w bliższej i dalszej okolicy...
Polsce z nagła przybyło Sąsiadów...Europa stanęła przed nami otworem (jeszcze może nie całkiem)...I Naród ruszył w ów Świat posmakować specjałów...
Ruszyliśmy i my...
     Co prawda z tym ruszaniem to było raczej w kratkę, bo z dwójką małych Dzieci to były raczej wypady jednoosobowe, ale faktom zaprzeczyć nie można...Ruszyliśmy...
     Kierunek z racji zamieszkania obraliśmy na południe...Bracia Czesi przyjęli nas z otartymi ramionami...Tfu...Tfu...Tfu...Miało być drzwiami...Drzwiami do sklepów...A my robiliśmy zakupy na potęgę...
     Jako jednostki wielce zaradne, co "wypłata" odkładaliśmy kilka złotych na "inwestycje"...Inwestycją były owe zakupy...
     Kursował więc Pan N. (bo głownie On posłował do Czechów) przynajmniej raz w miesiącu z ogromną listą zapełnioną drobnym "maczkiem"...Spis obejmował zapotrzebowanie stacjonarne i zamówienia...
Po kilku takich wojażach oświadczył...
     - A może byście teraz Wy pojechały ??
     Rzecz się miała mnie i dwóch Znajomych, które również przykute były w domu do pieluch...
     - Przewietrzycie się, rozerwiecie, a przy okazji może kupicie coś nowego... - argumentował...
     Ja wabika łyknęłam od razu...Mężowie owych Znajomych potrzebowali kilku dni na "przemyślenie"...
Ale ziarno zostało już zasiane...
Jedziemy...
Trzy Niewolnice Isaury domowego ogniska...
     Szaleństwa owych zakupów opisywać nie będę, bo czterdzieści butelek piwa, dwadzieścia butelek wódki, czy dziesięć kilogramów mięsiwa to żadne egzotyki...Oczywiście "na głowę"...
Ale, że instynkty macierzyńskie zrobiły swoje, więc dołożyłyśmy do tego tony słodyczy, kaszek, przecierków, misiaczków i sanki...Sanki wypasione...Takie z ręcznym hamulcem...
Jak to wszystko żeśmy taszczyły ??
Dwie taszczyły torbę, jedna otwierała drzwi...Potem zakupy do bagażnika autokaru i następna torba "do wybiegu"...
Dwanaście godzin ciężkiej harówki...
Wieczorem wracamy...
     Dojeżdżamy do granicy, a tam blokada...
     Celnicy "przetrzepali" jakiś autokar i się okazało, że norm przewozowych nijak się zawartość bagażnika nie trzymała...A że Towarzystwo w autokarze było nieźle wstawione, więc zamiast ugodowo do problemów podejść, to się w awanturę z Celnikami wdali...
Kolejka do "przejścia" siedem kilometrów...
     Umęczone niemiłosiernie...Głodne, że z dala słychać kiszkową orkiestrę...Stoimy w szczerym polu...W portfelach pusto, a żarcie mięsiwa, albo niemowlęcych odżywek i popijanie ich browarem to kiepski pomysł na menu...
Straż przednia wysłana na przeszpiegi wróciła z kiepskimi minami...
     - Postoimy co najmniej do północy...!! - brzmiał komunikat...- Wszystkich trzepią po kolei...
Orzesz...(ko)...
Żebym się chociaż mogła dostać do moich batoników...
Echhh...
Znajome z rezygnacją otwierają piwo...
     - Chcesz ?? - pyta jedna z nich...
     - Ja nie browarna...- odpowiadam i marzę o łyku kawy...
Po godzinie przesunęliśmy się dwadzieścia metrów...
Na rampy przejścia wjeżdżamy przed pierwszą w nocy...
     - Dobry wieczór...Proszę przygotować dokumenty...Proszę otworzyć bagażniki...- brzmi beznamiętny głos Celnika...
Widać, że już ma dość...
Dokumenty oddaje młodszej Koleżance i idzie za Kierowcą do bagażników...
     - Ta...Ta...I ta... - wskazuje torby na chybił trafił...
Ufff...
Bez trafienia...
Właściciele zaczynają się tłumaczyć...
Celnik wskazuje drzwi do "przesłuchalni"...
Czekamy...
Po czterdziestu minutach wracają Nieszczęśnicy z pustawymi torbami...
Przez autokar przechodzi pomruk...
     - Może nas puszczą ??
     Kiedy Celnik już podnosi dłoń aby wskazać kolejne Ofiary wybrane do kontroli, na sąsiednim stanowisku zaczyna się jakaś zadyma...Celnicy zbiegają się ze wszystkich stanowisk...
Do naszego autokaru wpada młoda Celniczka, rzuca dokumenty i krzyczy...
     - Odjeżdżać !! Natychmiast odjeżdżać !!
Kierowca nawet nie zamykał drzwi...
Znajome wznoszą toast za szczęśliwe "rozwiązanie"...Ja uśmiecham się w ciemność do Dobrego Duszka Przemytnika, który i tym razem miał mnie i moje bagaże w opiece...
Jeszcze dwie godziny i będziemy prawie w domu...
Chłopaki mają czekać na parkingu w sąsiednim Miasteczku...
     Zajeżdżamy...Na parkingu stoi samochód...Ale po Chłopakach nawet śladu nie ma...
Mróz jak diabli...Śnieg pod nogami skrzypi...A my jak trzy Sieroty stoimy na parkingu...Wokół nas stosy toreb i torebek...I sterta sanek z ręcznym hamulcem...
Przyjechali po studenckim kwadransie...
     - Już nam podeszwy do ziemi przymarzały...- żalą się Chłopaki...- Co wyście tyle czasu robiły ??- dopytują, pakując zakupy do bagażników...
Nam się nawet gadać nie chce...
Ładujemy...Ładujemy...Końca nie widać...
     - Dużo tego jeszcze macie ??- dopytuje Mąż Znajomej...
     - Dwie torby i saneczki...- odpowiadam...
Samochody zapakowane już po "czubki"...
     - Saneczki ?? Ile ??- dopytuje Chłopak...
     - Pięć sztuczek...- odpowiada Znajoma i wybuchamy śmiechem...- prezentujemy Chłopakom zakup...
     - Baby nam oczadziały !! - kwitują Chłopaki...
     Jechałyśmy upchnięte niczym sardynki i przygniecione owymi saneczkami, ale perspektywa bycia w domkach znacznie poprawiła nam humory...
A Dzieciaczki ??
Na pierwszy zgrzyt kluczy w zamku stały w przedpokoju z wypiekami na buźkach...
Potem...
Potem nastąpił długi ciąg radości, śmiechu i siedzenie prawie do świtu...
Oczywiście w saneczkach...;o) 
     A ta duma Pierworodnego kiedy wyszedł pierwszy raz na te "wypasione" saneczki...Echhh...Bezcenna...

niedziela, 1 grudnia 2013

Miała być Merlin Monroe, a wyszedł Kirk Douglas...

     Świętowanie urodzin jak wszystko w życiu, ma swoje etapy...
Jest etap dziecinnej ekscytacji, kiedy to obdarowywani jesteśmy na potęgę prezentami i bez ograniczeń pochłaniamy słodycze...
Jest etap młodzieńczego "wyczekiwania", kiedy to "osiemnastka" ma być magicznym progiem w dorosłość"...
Etap "dziesiątek" lubimy już znacznie mniej, chociaż świętowanie zawsze ma jakieś dobre strony...
No i ten etap urodzin "pomiędzy", kiedy to syndrom upływającego czasu maluje nam twarze zmarszczkami, i prószy włosy siwizną...
Ten etap jest chyba najmniej lubiany...
     My od lat staramy się świętować w plenerze...Może tak, żeby Ojciec Czas nas nie odnalazł ??
Takie świętowanie ma wiele pozytywnych aspektów...
Ładujemy akumulatorki...Podkręcamy adrenalinkę...Łechcemy pierwiastek dziecięcy...
A co !!
     Pamiętacie jak świętowaliśmy urodziny Pana N. a ja pięknie walnęłam o ziemię zsiadając z mojego rumaka ??
     Cały wieczór Pan N. nie zastanawiał się nad upływającym czasem, tylko z niepokojem obserwował pęczniejącą w zastraszającym tempie moją nogę...A ja zamiast serwować Gościom kolejne potrawy albo przykładałam lód na zwichniętą kostkę, albo moczyłam nogę w wodzie...
To się nazywa impreza...
     Znając mój dar do "wykręcania numerów", plenerowe świętowanie moich urodzin zaliczyliśmy tydzień wcześniej...
W sumie każda opuchlizna zejdzie przez tydzień...
     Wczoraj pozostało nam świętować stacjonarnie z pupami na kanapie...
Ale...
Ale "zły" adoptowany przeze mnie zaraz po urodzeniu nie był z tego faktu zadowolony...
     - Zmaluj coś...Jak Cię proszę...Zmaluj... - tak mi bestia do ucha szeptała...
     - A co ja malarz jestem ?? - odpowiadałam "złemu" bez przekonania...
I nagle myśl mnie natchnęła odkrywcza...
Zmaluję !!
     Zamiast, jak każda szanująca się Gospodyni przygotowywać świąteczny, urodzinowy obiad, pognałam do...Fryzjera...
     - Co robimy ?? - zapytała Pani Fryzjerka...
     - Takie coś...- odpowiedziałam prezentując wydruk, który przez kilka dni na sercu nosiłam, żeby mocy urzędowej nabrał... - Tylko ma być z bałaganem i blond... - dodałam zakres zadań...
     - Hmmm... - studiowała wydruk Pani Fryzjerka...- Takie coś bez problemu...Bałagan też da się zrobić...Ale bond ??
     - A co z tym blondem ?? - dopytywałam...
     - Blond nie wyjdzie bo ma Pani kolory nałożone...
     - A co wyjdzie ?? - dociekałam przyglądając się sobie w lustrze...
     - Wyjdzie blond, ale kolorowy... - usłyszałam w odpowiedzi...
Kolorowy blond ??
Spojrzałam przez okno na panującą szarugę...
     - Kolorowy blond chcę !! - zdecydowałam...
     Pani Fryzjerka dwoma energicznymi ruchami obcięła moje od dwóch lat hodowane  włosy i przystąpiła do barwienia...
     Po dwóch godzinach maszerowałam przez Osiedle z uśmiechem na twarzy...
To dopiero będzie niespodzianka !!
     Dodatkowym bonusem był fakt, iż z sześciu napotkanych Znajomych nikt nie powiedział mi "dzień dobry" !!
Ufff...
     Czyżbym nieopatrznie wywołała wytchnienie od owego "dzień dobry" kiwanego przeze mnie po sto razy dziennie ??
Alleluja...!!
Zanim się przyzwyczają, to mi makówka od tego "kiwania" odpocznie...
Ale czas na test najważniejszy...
     Wchodzę do domeczku...
     Pan N. nie jest zwolennikiem "krótkich" włosów...Blond też od czasów narodzin naszej Córci nie gościł pod tym dachem...
Na pohybel...
     - Ekstra !! - słyszę w momencie kiedy zdejmuję kapturek...
Żadnego "za krótko", żadnego "może odrosną"...
"Ekstra" i Pan N. przygląda mi się z uśmiechem na buziaku...
Czyżby ??
A może to ten magiczny wpływ "blondu" na Facetów...??
Ufff...
A niech tam...Skoro to ja, to może sobie Ślubny w Blondynkach gustować...
Przynajmniej nie muszę gnać w poniedziałek "wracać do koloru"...
Teraz trzeba poczekać na kolejny test...
Pierworodny nie jest w obejściu tak delikatny...Tradycjonalista...
Po Tatusiu ma zamiłowanie do długich włosów, a każde moje "wychylenie" kwituje wymownym "echhh"...
     Wchodzi Synowa...
     Nie powiem...Z lekka baranieje, ale hymny pochwalne wyrzuca z siebie jednym ciągiem...
No tak...
Przecież ta Bidulka się Teściowej nie narazi...
Może by tak o karierze politycznej pomyślała ??
     Wchodzi Syn...
     Stoi...Patrzy...Milczy...
Ogólnie rzecz biorąc milczał tak przez osiem godzin...
     Nie to, żeby się całkiem nie odzywał, bo gadał normalnie, jak zawsze...Tyle, że ani słóweczkiem na temat mojej fryzurki...
Przydusiło Go coś ??
     Nie pomogło nawiązywanie do tematu...Nie pomogło majestatyczne przeczesywanie fryzury palcami...
Kołek w gardzieli...
     O północy Młodzi się żegnają...
Stoimy w przedpokoju i Młody z nagła oświadcza...
     - Wyglądasz jak Kirk Douglas...Tylko Ci dołeczka na brodzie brakuje...
     Synowa niepewnie spogląda na mnie...
Ło Matko i Córko...
Ale się porobiło...
     Patrzę w lustro...Podnoszę dłoń...I energicznym ruchem Kirka przeczesuję bujne kłaczki na czubku głowy...
Młodzi wybuchają śmiechem, a ja wtóruję Im radośnie...
No cóż...
     Zadatków na Merlin Monroe to ja nigdy nie miałam...
Gwiazda to Gwiazda...
Nie ma co marudzić...;o)
 

sobota, 30 listopada 2013

Dzisiaj być musi...Rebusik...:o)

     Przykro mi miłe Misiaczki, ale dzisiaj to ja już całkiem będę zakręcona i zaleniowana...
Wybaczcie...
     Ale, żeby się Wam beze mnie nie nudziło, to zostawiam rebusik...
     Cóż też Gordyjka dzisiaj porabia...


















P.S. Najlepsze życzenia dla wszystkich Jędrusiów, Andrzejków i Andrzejów...:o)

piątek, 29 listopada 2013

Wasza Wysokość Leniowatość...:o)

     Niespodziewanie udany wypad łyżewkowy okrutnie mnie rozleniwił...
     Tak mnie rozleniwił, że od dzisiaj możecie mi mówić Wasza Wysokość Leniowatość...:o)
     Blog poszedł w odstawkę, ledwie muskałam leniwym okiem na wpisy Przyjaciół, ale już do komentowania to pociągu nie miałam żadnego...
Nie dość, że leniowatość to jeszcze analfabetyzm...
     Niby coś się tam pod makówką lęgło, ale nim ogarnęłam czego owa makówka ode mnie pożąda już nawet śladu po myśli nie było...
Echhh...
Takie cudne tematy przeszły mi koło klawiaturki...
     Na dokładkę nawet zwierzaków w ZOO nie karmiłam...Ledwie rano pozbierałam co nie co, automat nastawiłam i jakby się Pan N. nad żyrafkami nie ulitował to by gadzina chyba z głodu wirtualnego pozdychała...
     Leń gigant !!
     Może to przedporządkowy stres świąteczny ??
     Jak mi to cholerstwo nie odpuści to kolację wigilijną będziemy jeść na tekturowych talerzykach ...
Jeśli w ogóle jakąś kolację wigilijną popełnię...
No tak...
     Wigilia w tym roku będzie u nas przedpółnocna, więc i paść się dwunastoma daniami przed snem się nie godzi...
Luzik...
     To może a konto wigilijnego lenistwa dopadło mnie to cholerstwo miesiąc wcześniej ??
     No cóż...Nie ma co się w opozycji do tytułów ustawiać...
     Wysoka Leniowatość zobowiązuje...:o)