Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

poniedziałek, 4 marca 2013

Przedszkolne dylematy...

     - Nie znajdzie się czasem miejsce w Waszym Przedszkolu, dla mojego Wnuka ?? - zapytałam jakiś czas temu znajomą Panią Dyrektor...
     - A który rocznik ?? - zapytała ciekawie...
     - Jeszcze nie ma rocznika... - wyznałam... - ale podobno są ogromne problemy przy naborze, więc chciałam sobie miejsce zaklepać przez "zasiedzenie"...
     Zgromadzeni w sklepie Klienci odpowiedzieli zgodnym śmiech...Prym wiodła rzeczona Pani Dyrektor...
     - W sumie to nie ma z czego się śmiać... - stwierdziła po chwili... - z naborem rzeczywiście sytuacja wygląda katastrofalnie...W tym roku odrzuciliśmy 2/3 podań...A i tak będzie niemiłosiernie ciasno...
     W sklepie rozgorzała dyskusja dotycząca dzieci, wnuków i przedszkoli, i przyznam, że nikt jakoś nie wpadł na cudowne rozwiązanie przedszkolnego problemu...Niż demograficzny niżem, ale pozamykane kilka lat temu Przedszkola reaktywować bez pieniędzy trudno...
     Pani Dyrektor na pożegnanie pocieszyła mnie informacją, iż jako Autochton i osoba mająca jakieś tam dla Przedszkola zasługi mogę liczyć na drobne fory...
Pod warunkiem, że ten Wnuk będzie już na Świecie ciałem i duchem obecny...
     Dzisiaj przeczytałam, że Pani Szumilas zamierza "wrzucić" do Przedszkoli dwulatków...
Ło Matko i Córko...
Teraz to już nawet za "zasługi" Wnuka nijak nie wcisnę...
Swoimi dylematami podzieliłam się oczywiście z Młodymi...
     - Oj tam...Mamo...Nie pękaj... - pocieszał mnie Pierworodny jak tylko mu napad śmiechu minął... - My już mamy plan... - oświadczył...
     Spojrzałam na Młodych zaciekawiona,bo podświadomie wyczuwałam pułapkę zastawianą na moją babciną wolność...
     - Ostatnio ten temat pojawił się na spotkaniu z Przyjaciółmi...Już mamy wszystko opracowane... - usłyszałam... - Mamy w Gronie Przedszkolankę z uprawnieniami i też planują potomstwo...Kasę na rozruch dostaniemy z Urzędu Pracy, może uda się też ściągnąć jakąś dotację celową...Gmina pomoże utrzymać i jakoś wybrniemy z tematu...Jakiś lokal się znajdzie...Już mamy sześciu ochotników, więc frekwencja dopisuje...
     Kamień toczący się z mojej udręczonej piersi zagłuszył ostatnie słowa...
Uffff...
Przy tak zaradnych Dzieciakach to ja mogę sobie spać spokojnie...
A Pani Szumilas może sobie "szumieć" do woli...

niedziela, 3 marca 2013

Smoczek smoczkowi nie jest równy...

     Nie ma chyba na Świecie Człowieka, który by o nich nie słyszał...
     I nie ma na Świecie Człowieka, który by je widział...
     Kiedyś rozbudzały wyobraźnię, wzbudzały przerażenie i siały zniszczenie...Dzisiaj stały się głównie elementami dekoracyjnymi...
     Klasyczne miewają cztery łapy i symbolizują dwa żywioły...Powietrze i ogień...
Czasem miewają tylko dwie łapy i wówczas nazywają się wiwernami...
     Smoki...
     Nie ma pojęcia kiedy nasz Pierworodny dostał bzika na punkcie smoków, ale że ma to pewne i pewnym jest, że ów bzik rozwija się u Niego z wiekiem...
Może to wpływ literatury fantasy, którą podsuwaliśmy mu w dzieciństwie, może to wpływ "planszówek", które odkrył sam i wiernie pozostaje przy swoim "koniku" zarażając wszystkich w koło...
A może to przez najbliższego Mu smoka wawelskiego ?? 
W każdym razie Młody ma "bzika"...
Rozpoznaje czy smoczysko ma dobre czy złe intencje, czy pochodzi z Irlandii, Francji czy Chin, wie który żywioł jest dla danego smoczka najważniejszy...
Po czym to poznaje ?? 
W życiu nie przypuszczałam, że jest jakaś różnica...
     Smok chiński ma na przykład cztery pazury, a smok japoński trzy...Na dodatek ten japoński jest bardziej wężowaty...
W azjatyckich przekazach smoki to symbol dobra i szczęścia...
     Mity europejskie mają do smoków raczej stosunek negatywny...
     Stwory te siały spustoszenie i grozę...Chociaż przedstawiane były jako oznaka siły...
Może stąd wielki ich urodzaj w heraldyce...
Każdy szanujący się rycerz chciał mieć w swoim godle smoczysko...
A najlepiej jeśli to smoczysko było właśnie mordowane przez któregoś z członków rycerskiej rodziny...
W tym zestawieniu nasz Szewczyk Dratewka wypada skromnie...
W ogóle jesteśmy dziwni...
Pod Wawelem w końcu stoi posąg smoka, a nie Dratewki...



Ale w końcu Dratewka by pewnie dziewicy nie rozpoznał, a smok wawelski nie ma z tym żadnych problemów...
Wracajmy jednak do "bzika"...
     Pierworodny zbiera smoki...
     Zwozi owe gady z każdego zakątka, w którym bywa...
     Dostał nawet służbową półeczkę od Synowej, na ową gadzinę...
     Kiedy zaczęła się zbliżać marcowa data, tak naszemu sercu miła, "zły" zachichotał mi na ramieniu...
     - Zróbże Dziecku przyjemność...
     Hmmm...Dziecku ?? 
     Chłopisko prawie dwa metry wzrostu...Latek też sporo ma na osi czasu zaliczonych...
Dziecku ??
     No dobra...Niech będzie...W końcu dla nas zawsze pozostanie Dzieciakiem...
No i powstał kilka dni temu nowy gatunek smoków...
Smok pacyfista...
Smok przynoszący bezwarunkowe szczęście...
     Smok Zaściankowy... 






P.S. Smoczysko wije się wokół butelczyny, ale niestety tego efektu Wam nie ukażę...Musicie ruszyć wyobraźnię...;o)

piątek, 1 marca 2013

Powrót do Carcassonne...

     Cóż jeszcze można opowiedzieć o Carcassonne ??
     Twierdza jest nazywana również Zamkiem Katarów...I wcale nie o infekcję tu chodzi...
     W XI wieku na terenie Włoch i Południowej Francji rozszerzała swe wpływy Sekta Katarów, uznawana do dzisiaj za największą "herezję" średniowiecza...
     Katarzy zajmowali się ponoć alchemią i magią...Ich wierzenia oparte były na dualizmie...
Świat to czyste zło...
Dusza to czyste dobro...
I co nie trudno zrozumieć, Katarzy uznawali jedynie siebie za czystych duchowo...
     Byli wegetarianami (więc wegetarianizm nie jest wcale wymysłem dietetyków), stosowali surowe posty i absolutny zakaz seksu...
     Największą jednak Ich przewiną było to, iż głośno krytykowali Duchowieństwo za materializm i zepsucie moralne...
Widocznie ten temat zawsze stanowił tabu...
     Jaka była władza Kościoła w średniowieczu to każdy zna z lekcji historii...
     Papież Innocenty III polecił wymordować wszystkich Katarów...
Całe Wsie...
Całe Miasta...
Problem "Katarów" przestał istnieć...
     Ale wróćmy do bardziej szczęśliwych losów Carcassonne...
     Carcassonne...Carcassonne...Carcassonne...
     Pięknie brzmi...Prawda ??
     Bo cóż może być piękniejszego niż imię Kobiety...
Tak...Tak...
     Ta potężna Twierdza nosi imię sławiące pewną Damę i Jej bohaterski (czytaj: przebiegły) wyczyn...
     W VIII wieku król Farnków Pepin Krótki ruszył zdobywać i wyzwalać południowe, francuskie ziemie...
Można to uznać za prawdziwą krucjatę, bo walki toczył głównie z "niewiernymi" Saracenami...
Szło Mu nieźle...
Odnosił zwycięstwo za zwycięstwem, aż dotarł pod mury Twierdzy Carcassonne...
Tfu...Tfu...Tfu...
Wtedy jeszcze nie Carcassonne...
     Ruszył na Twierdzę z "kopyta" i ku własnemu zaskoczeniu zdobyć Zamku nie zdołał...
Postanowił przemyślnie zamorzyć Mieszkańców głodem...
     Sztuka szpiegowska musiała nie być mocną stroną Pepina, bo nie miał Bidulek pojęcia, że w spichlerzach Twierdzy można trzymać zapasy ogromne (np.: 1000 szt zasolonych zwierzaków), a środkiem fortyfikacji przepływa rzeczka zabezpieczająca dostawy wody...
Oblężenie trwało kilka tygodni i Frankowie byli pewnie, że każda doba zbliża Ich do zwycięstwa...
     Zamkiem zarządzała wówczas Wdowa po Kasztelanie, Lady Carcas...

                           Jej popiersie przy bramie wejściowej...

     Kobieta może wątpliwej urody, ale o przymiotach intelektualnych wręcz nieprzeciętnych...
     Kiedy zapasy topnieć zaczęły w zastraszającym tempie, zarządziła utuczenie ostatniej, żywej świni i nakazała wyrzucenie mięsa za mury...
     Obleganie Twierdz nie należy niestety do rozrywek przyjemnych, i nie ma co mówić, Frankom też już brzuszki głuchym echem dudniły...
Widok utuczonego wieprza zrobił wrażenie...
Frankowie przyjęli za fakt, że w Twierdzy opływają w luksusy, kiedy Oni głodem przymierają...
Pepin Krótki od Twierdzy odstąpił...
     Lady Carcas rozejrzała się po opuszczonych polach wokół Twierdzy i nakazała na znak zwycięstwa bić we wszystkie dzwony w Mieście...
Krótko mówiąc...
Lady "Carcas sonne" les cloches...(Pani Carcas bije w dzwony)...
I tak już pozostało...
     Jedni owe czyny przypisują Pepinowi, inni Karolkowi Wielkiemu, chociaż synchronizacja dat w przypadku Karolka jest trochę wątpliwa, ale postać Lady Carcas opiewają wszyscy, a Jej posąg do dzisiaj stoi przy wejściu do Miasta...
Jest jeszcze coś, a właściwie Ktoś, kto czyni Twierdzę w Carcassonne wyjątkową...
Jak najbardziej współczesny...
Magik prawie jak Katarzy...
I wyjątkowy jak Lady Carcas...








czwartek, 28 lutego 2013

Odrębne zdanie...

     Czy się narażę ?? 
     Zapewne...
     Stereotypy ogólnie przyjęte nie pozostawiają wiele miejsca na osobiste przemyślenia...
Powinno mi być smutno...
Nie jest...
Jestem raczej zniesmaczona...
     Tym co wierzą bezgranicznie mój tekst krzywdy nie zrobi...Tym, którzy ośmielają się na ten temat mieć osobiste przemyślenia może da powód do jeszcze głębszych rozważań...
     Dwa tygodnie temu Papież złożył wypowiedzenie...
     Nazywajmy rzeczy po imieniu...
     Media oszalały w domysłach cóż takiego w Watykanie się wydarzyło, że nastąpiła ta "dziwna" sytuacja...
Jedni ubolewali nad złym stanem zdrowia Papieża, inni doszukiwali się spisków i knowań, którym w ten właśnie sposób Papież postanowił się przeciwstawić...
Rozważano kim się stanie po abdykacji, jak będzie się Go tytułować, gdzie będzie spał, co będzie jadł i w co się będzie ubierał...
Wierni z całego Świata mieli za zadanie Papieża wspierać w Jego decyzji i ze schylonymi głowami czekać na wynik tego, czego by nie mówić, eksperymentu...
Ruszyła giełda domysłów...
Dzisiaj Papież przestanie być Papieżem...
Tak zdecydował...
     Czyli Urząd ten to w końcu mianowanie, a nie powołanie...
Teoretycznie za kilka lat możemy mieć kilku Papieży Emerytów...
     Jak się ma do tego Duch Święty, który ponoć objawia swą wolę ??
     Jak teraz argumentował będzie Kościół (Organizacja), że każdy z nas podlega owej woli i ma nieść swój "Krzyż" w imię Boga ??
     Jak przyjąć, że kolejny wybór będzie bardziej trafny ??
Nasz Proboszcz mawia: " W Kościele rządzi Ksiądz i kropka"...
Nie ma miejsca na przemyślenia, na dywagacje, na odmienne stanowiska...
Przynajmniej dla tych, którzy Kościół tworzą...
Nie Organizację, ale Wspólnotę...
Tak zdecydowano...
A ja się z tym nie zgadzam...
Nie zgadzam się i pytam...
     Quo vadis Benedetto XVI ??

środa, 27 lutego 2013

Był jak powietrze...

     Opowiadałam Wam niedawno o Dzidziusiu, który ze wszystkich sił starał się "nie dorosnąć"...
Jak Jego los się dokonał ?? 
Nie mam pojęcia...
     Ostatni raz rozmawiałam z nim kilka lat temu, kiedy upominał się o część spadku po moim Ojcu...
Bardzo mnie kusiło, żeby się tym spadkiem z Nim podzielić, bo Ojciec pozostawił po sobie spory wymiar długów, ale odpuściła...
Niech sobie powyrzeka na moją wrodzoną wredotę...
     Dzidziuś jak wspomniałam miał "Niewidzialnego Brata", który był dla Baba Jagi uczuciowym "powietrzem"...
Był bo był, ale żeby się nad Jego obecnością zastanawiać ?? 
To już niekoniecznie...
     Kiedy dorosłam do swych "nastu" lat akceptowałam uczuciowy chłód Baba Jagi wobec mnie, chłodu wobec Andrzeja zaakceptować nie umiałam...
Może dlatego, że własne uczucia ulokowałam jako dziecko właśnie w Nim...??    
     To Jego kolana zasiedlałam najchętniej...
     To z Nim omawiałam najważniejsze wydarzenia życia...
     To On w końcu wysłuchiwał opowieści o moich porażkach i sukcesach...
Andrzej zawsze znajdował dla mnie czas...Nawet milczało się nam świetnie we dwójkę...
     Kiedy chorowałam to On przybiegał pierwszy z rozpaczą w oczach i prezentem pod pachą (Jego prezenty zawsze były trafione)...
     Kiedy startowałam w zawodach zawsze siedział na trybunach i wrzeszczał jak "oczadziały"...
     Kiedy się "zabujałam" to Andrzej łagodnym głosem koił skołatane serce...
I vice versacze (jak mawia Siora)...
Ja za Andrzejem gotowa byłam skoczyć w ogień i nawet nie pytać czy trzeba...
     Andrzej miał w życiu trzy miłości...
     Książki...Film...I pewną Panią o imieniu Wandzia...
     Zatopiony w lekturę mógł przesiedzieć dwie doby totalnie odcięty od rzeczywistości...Nie jadł...Nie pił...Nie istniał...
Czytał wszystko...
W Bibliotekach zwracano się do Niego po imieniu, dostawał nieograniczoną ilość woluminów i oczywiście "nowości" spod lady...
Kiedy zasiadał przed TV reagował podobnie...
Ilość wiedzy jaką posiadł była przeogromna...
Pytanie zadane Andrzejowi nigdy nie pozostawało bez odpowiedzi...Odpowiedzi poprawnej...
Kiedy odrabiając lekcje miewałam jakieś dylematy ubierałam trampki i biegłam do Andrzeja...
Historia...Biologia...Geografia...Polski...
Wszytko poza matmą...Do matmy to On raczej głowy nie miał...
     Wandzia była miłością Jego życia...
     Była przeuroczą Blondyneczką, która pasowała do Andrzeja jak nikt...
Bardzo Ją lubiłam i niepojętym wydawał mi się fakt, że jakoś nie umieją poukładać sobie życia...
Rozstania...Powroty...Kłótnie...Godzenie...Miłość...Nienawiść...
     Z czasem zauważyłam, że mój idealny Andrzej ma skazę...
     Andrzej był alkoholikiem...
Wandzia walczyła z tą "skazą"...W końcu zrezygnowała...
Ja próbowałam walczyć do dnia, kiedy Andrzej patrząc mi w oczy powiedział...
     - Prędzej mnie wóda zabije niż przestanę...
Kilka lat później Jego słowa się spełniły...
Umarł upojony do nieprzytomności leżąc pod moim portretem...
     Pamiętam jak wieszał go z dumą nad łóżkiem...
     - Teraz mam swojego osobistego anioła stróża... - powiedział, a ja uśmiechałam się do Niego z komunijnego zdjęcia spowita w biel...
Nawet nie wiem gdzie został pochowany...

wtorek, 26 lutego 2013

"Rotundą" przez Morza i Oceany...

     Promienie słońca zniknęły już za pociemniałą ścianą lasu...Wśród szmeru szuwarów słychać głosy układających się do snu ptaków...Woda delikatnie chlupocze o bale pomostu...Jeziora połyskują blaskiem przybrzeżnego ogniska...Milkną echa pracowitego dnia...
I nagle...Wśród tego wyciszenia...Rozlega się śpiew...
Nie ma piękniejszego instrumentu na świecie nad ludzki głos...
No cóż...
Pozostaje mi jedynie ogłosić rozpoczęcie sezonu "Szwędaka 2013"...
     "Szwędak" to dziwna przypadłość...Właściwie małowybredna...Siedzi sobie cichutko, ale kiedy poczuje "zew" nie ma zmiłuj...Musowo mu trzeba wrażeń odpowiednich dostarczyć...
Nasz właśnie się obudził z zimowego snu i domagał się pożywki...A przecież każdy przyzwoity Człowiek "głodnego nakarmi", "spragnionego napoi", "nagiego odzieje"...
Ruszyliśmy więc w niedzielkę "nakarmić" naszego Szwędaka...
     W krakowskiej "Rotundzie" gościliśmy nie pierwszy raz...Ta Impreza to też nie był nasz debiut...Ale na Koncercie finałowym "Shanties" byliśmy po raz pierwszy...
     Zaczęło się niefortunnie, bo pół godziny przed Koncertem sala "nabita" była ponad miarę...Znalezienie wolnego miejsca graniczyło z cudem, a cuda jak wiadomo zdarzają się stosunkowo rzadko...
Pozostało nam zagospodarować wolnostojące siedziska z sali projekcyjnej i dostawić się "na krzywego"...
A nam się dwa lata temu wydawało, że "Rotunda" osiągnęła apogeum ścisku...
Naiwniaki...
     Ilość "pogłowia" była niewyobrażalna jak na tak małą powierzchnię...
     Jakim sposobem "Rotunda" się nie "rozpukła"...?? 
     Nie mam pojęcia...
     Za rok będzie pewnie jeszcze gorzej...
Jak było...??
Niewyobrażalnie...
     "Rotunda" ma ten niesamowity klimat, którego chyba nie da się odtworzyć w żadnym innym miejscu...
Pierwsze dźwięki muzyki i Słuchacze przenoszą się pod pokład ogromnego żaglowca...
Może to nie jest miejsce najwygodniejsze, ale to właśnie tutaj można odetchnąć od trudów rejsu...
Jest ścisk jak pod pokładem, jest duszno jak pod pokładem, jest gwarno jak pod pokładem...i jest cudownie, jak pod pokładem...Tak myślę...
Z racji niewyobrażalnej choroby morskiej unikam jednostek pływających nawet w zasięgu wzroku...
W "Rotundzie" staję się Wodniakiem...
Przemierzam odległe oceany...Poluje z harpunem na wieloryby...A twarz smagają mi wszystkie sztormy i nawałnice...
I nie muszę składać hołdu Neptunowi...
Chociaż lekko nie jest...
     Po trzech godzinach umęczona jestem jak po wachcie...
     Od tupania bolą mnie nogi (tupanie jest czynnością nieodzowną przy słuchaniu szant), od klaskania mam napuchnięte dłonie (jakbym jednoosobowo ciągnęła liny na trzymasztowcu),gardziel piecze jak przy ropnej anginie (pośpiewałam sobie za wszystkie czasy), brzuch boli od nieustannego śmiechu (Wykonawcy oprócz śpiewu serwują Widowni opowiastki, dowcipy i anegdotki)...
Po prostu ledwie żyję...
Ale mam nadzieję, że do "Portu" jeszcze daleko...
     "Rotunda" to chyba jedyne miejsce, w którym w śpiewaniu "pierwsze skrzypce" grają Panowie (chociaż akurat w tym roku, to Panie grały na skrzypcach)...Wiadomo...
Prawdziwa szanta to pieśń śpiewana a cappella wyłącznie przez Panów...
     Kiedy powstawały pierwsze szanty ?? 
     Tego nie widzą nawet najstarsi Egipcjanie, chociaż to podobno na Ich okrętach powstał zwyczaj zaśpiewów żeglarskich...
Pierwszy zapis oficjalny datowany jest na rok 1493...
Pewnym jest również, że na statkach Szantymeni byli cenieni ponad wszystko...
To Oni nadawali rytm pracy...To Oni organizowali życie Załogi...To Oni przede wszystkim panowali nad nastrojem wśród Marynarzy...
     Na estradzie "Rotundy" w tym roku zebrało się nam zacne grono Szantymenów...

https://www.youtube.com/watch?v=J-XlctUxqmM



https://www.youtube.com/watch?v=ErA7UynTgVI



     I oczywiście Rosyjska Szanty Grupa, której niestety jeszcze nie ma w sieci, a która podbiła Widownię występując z repertuarem śpiewanym przez Żeglarzy Kozaków...Dodam, że w tradycyjnych strojach...

     Kiedy wręczono Im jedną z nagród Festiwalu (czapkę krakuskę) Widownia szalała...
Kozak w krakusce ?? 
Kościuszko przewracał się w grobie...
     Ale nie tylko tradycja panowała na sali...Nastrój "podsycali" Wykonawcy pieśni i piosenek żeglarskich...

https://www.youtube.com/watch?v=dTKRxa8V6j4

https://www.youtube.com/watch?v=7tfDXH_oF8Y



                                            (Prawdziwe Wodniaki rodem z Wrocławia)...;o)

I oczywiści Mistrz nad Mistrze...Bajarz nad Bajarzy...Jerzy Porębski...

https://www.youtube.com/watch?v=siY6Yof4SbE

     Co prawda, zaparł się jak "Kłapouchy" i akurat tego zaśpiewać nie chciał, ale rozumiałam Go dobrze...
Ta najpopularniejsza z żeglarskich piosenek mogła zakończyć wieloletnią działalność "Rotundy"...
Taka ilość decybeli mogła obrócić ją w ruinę...
     Pan Jerzy ma 74 latka i urodził się w Sosnowcu...;o)
     Jest Twórcą i Wykonawcą najbardziej znanych pieśni i piosenek żeglarskich, i Człowiekiem z Pasją...
     Na zakończenie wystąpił Chór Akademii Morskiej w Gdyni...
     Co prawda Ich nagrań też nie wyśledziłam, ale możecie wierzyć na słowo...Było pięknie...
Tłumek młodych Ludzi...Malownicze mundury...Dźwięki nie skalane instrumentami muzycznymi...I Pani Małgosia...Nietuzinkowy Dyrygent, który przeogromnym urokiem osobistym oczarował wręcz Publiczność...
Było nawet "sto lat" śpiewane gromko...
Gdynianie zawładnęli krakowską Publicznością, a kiedy na estradzie pojawił się najprawdziwszy Komandor (Opiekun Grupy i Zastępca Rektora AMG) to odległość z Gdyni do Krakowa stopniała do ledwie kilku kilometrów...

                            Pan Jerzy wśród Wykonawców 
                            przy piosence finałowej...
     "Shanties" to wyjątkowa Impreza...Nie ma tutaj sztampy, sztywności, sztuczności...Nikt nie obrusza się za dialog Wykonawca - Publiczność...Nikt nie zwraca uwagi na wpadkę z tekstem, czy lekki dysonans...
Najważniejsza jest miłość "do wody" i świetna zabawa...
I tak szczęśliwie dotarliśmy do "Portu"...
 

piątek, 22 lutego 2013

Kosmetyczne rozważania, czyli jak zostać mnichem...

     Ostatnio z wielkim zaangażowaniem roztrząsałyśmy z Dagusią zawartość naszych kosmetyczek...
Co prawda z próżnego to i Salomon ponoć nie naleje, ale jak się Baby uprą to i "próżne" roztrząsną...
A uporu to nam odmówić nie można...
Wytężałyśmy więc mózgownice wspominając co też w owych kosmetyczka zalega...
Można by to uznać za masochizm, bo niektóre wspomnienia sięgnąć musiały do czasów wręcz prehistorycznych, ale jak mus to mus...
Bodźcem do owej pracy umysłowej stała się zastosowana właśnie przez Dagusię maseczka, którą nobliwa Niewiasta (niby Dagusia) stosuje raz do roku, a której termin przydatności do użycia minął ledwie dwa lata temu...
Prawie świeżynka...
     Nasza inwentaryzacja kosmetyczkowa mizerne przyniosła efekty, bo jakoś obie nie pałamy sentymentem do "maziajstw" i "paćkajstw", ale skrzętnie wypełniła czas wymagany do upiększenia Dagusi...
W końcu na "gadule" ukazało się:
     - Czekaj !! Idę to zmyć...
No to czekałam...
Po kilku minutach Dagusia zakomunikowała...
     - Wywaliłam toto do kosza !! Nic piękniejsza nie jestem !! 
     - Nie dziwota !! Toż ideału żadna maseczka nie poprawi !! - odpowiedziałam... - ale swoją drogą, pomyśl, jakbyśmy żyły w jakiś historycznych czasach, to trzeba by było z tym "paćkajstwem" chodzić codziennie...
Dagusię chyba na chwilę moje wynurzenie przytkało, bo okienko "gaduły" świeciło pustką, aż w końcu odpisała...
     - Ja się na żadną arystokrację nie pcham !!
     - Chłopem pańszczyźnianym byś wolała ?? - zapytałam dla ścisłości...
     - Z moim genetycznym zamiłowaniem do "nicnierobienia" ?? -odpowiedziała Dagusia...
     - Nikt by Cię o zdanie nie pytał !! Grabie i w pole !! - precyzowałam...
     - To chłopem pańszczyźnianym też nie chcę !! - oświadczyła Dagusia...
     - W sumie racja...Na arystokratki się nie nadajemy...Do pańszczyzny ciągot nie mamy... - analizowałam... - Ale kimś być trzeba...Może zbójcą ?? Chcesz być zbójcą ??
     - Mowy nie ma !! Ja się na zbójcę nadaję jeszcze mniej niż na arystokratkę albo chłopa...- kategorycznie zaprotestowała Dagusia...
     - No to ja będę zbójcą !!  - podjęłam decyzję... - A Ty ??
     - Mnichem... - odpowiedziała Dagusia...- Nie pozostaje mi nic innego jak być mnichem...
     Aż się zachłysnęłam ową odpowiedzią...
     Dagusia rozwiązała odwieczny problem tak zwanych "powołań"...