Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

sobota, 8 grudnia 2012

Rachunek sumienia...;o)


     Wczoraj Jadwinia uhonorowała mojego bloga wyróżnieniem...Dziękuję :o) To była ogromnie miła informacja przed snem...;o)






     Z prawem do publikacji owego wyróżnienia łączy się obowiązek odpowiedzi na jedenaście pytań i nominacji jedenastu Blogów do wyróżnienia...
     Pytania Jadwini są...hmm...trudne ?? 
     Może nie trudne, ale bardzo ...Osobiste...
     Ewidentnie Jadwinia ma dar do "przepytywania" i chyba marnuje potencjał "Śledczego"...;o)

1. Pisanie bloga to...

w sumie mogła bym napisać, że pisanie bloga to dla mnie taka darmowa terapia dla duszy, ale już dawno tak nie jest...Codziennie wyobrażam sobie jak siedzicie przed swoimi monitorkami i czytacie...i uśmiechacie się...albo smucicie...Wyobrażam sobie każdego z Was...Jak zamyślacie się nad komentarzem...Albo jak sięgacie po kubeczek z herbatą...Pisanie bloga to radość, uśmiech, zadowolenie...Nie z pisania...

2. Co lubisz: kino, teatr, książki...

muzykę, poezję, malować, oglądać, zwiedzać, przeżywać, degustować, zachwycać się...ale dla książki jestem w stanie zarwać noc...

3. Hobby to...

wszystko czego nie muszę a robię...

4. Radość sprawia mi...

uśmiech drugiego Człowieka...

5. Gotowanie to...

miłość, radość, czary...

6. Największe marzenie...

marzenia to bodziec...
Marzenie - Działanie - Realizacja...
Największe ?? 
Każde jeszcze nie spełnione...

7. Największą wadą u innych jest...

brak szacunku dla drugiego Człowieka...

8. Największą moją wadą jest...

nie mam pojęcia, która jest największa...Ale jest ich sporo...

9. Najpiękniejsze wydarzenie mojego życia...

Nie będę oryginalna...
Pewien marcowy dzień, dawno temu, godzina 12:45 i małoprzytomne spojrzenie granatowych oczek pewnego Gentelmena, który właśnie się urodził...

10. Mogłabym mieszkać też...

wszędzie, byle z Panem N.

11. Lubię siebie, bo...

Lubię siebie...Nie "bo"...Po prostu lubię siebie...
Ze wszystkimi wadami jakie mam...
Ze wszystkimi porażkami jakich doznałam...
Lubię siebie, bo... jakoś muszę ze sobą wytrzymać...;o)

Ufff...
Dałam jakoś radę...

A nominacje ??

     Nie jestem, jak wiecie zwolenniczką "łańcuszków", więc nominuję wszystkie blogi które czytam, podczytuję, komentuję...
Znajdziecie je w moich bocznych "paseczkach" po lewej i prawej stronie...
Każdy z nich jest inny i każdy w jakiś sposób zasługuje na uwagę i nominację...
     Zapraszam Was wszystkich do skopiowania "Liebster Bloga" z serduszkiem i odpowiedź na pytania Jadwini...
To bardzo miły "rachunek sumienia"...;o)

piątek, 7 grudnia 2012

Jak moja Mamciaśka, Mamciaśką została...

     Czy dzisiaj będzie smutno ?? 
     Raczej nie...
     Choćby dlatego, że Mamciaś była wyjątkowo rozrywkowym Stworzeniem...
Kochała muzykę (chociaż przez Jej uszy to chyba stado słoni przebiegło), kochała taniec (chociaż rzadko tańczyła), kochała życie (chociaż właściwie na własne życzenie sama je sobie znacznie skróciła)...
Ostatni raz widziałam Ją 25 lat i osiem dni temu...
     Czy gdybym wtedy wiedziała, że widzimy się ostatni raz zrobiła bym coś inaczej ?? 
     Czy powiedziała bym coś czego nie powiedziałam ?? 
     Wiele lat zastanawiałam się nad tym, nosząc w sercu ogromny żal do Mamciaśki...
Za to, że odeszła...
     Ale kiedyś przecież nie była moją Mamciaśką...
     Kiedyś, dawno temu była Taniuszką...Ukochaną Córeńką swojego Taty...






     W dzieciństwie to Mamciaśka lekko nie miała...Będąc Siostrą trzech Braci wiecznie była na pograniczu "dobrego zachowania"...
Baba Jaga (czyli Mamciaśki Mama) na siłę chciała z Niej zrobić wzór cnót wszelakich...Z kiepskim podobno skutkiem...
Dziadzio Stefan (czyli Tata Mamciaśki) najchętniej ogłosił by beatyfikację swojego Skarbeńka...
A Bracia Mamciaś, zawsze robili wszystko, żeby to Ona odpowiadała za Ich psikusy...
Taki żywot pędziła Mamciaśka będąc Dziecięciem...
Potem poszła do szkoły i została etatowym Prymusem...





     Czy mam na to jakieś dowody ?? 
     Absolutnie nie !! 
     Wszelkie dokumenty potwierdzające zapędy do "dzięciolenia" mojej Mamciaśki zostały skrzętnie przede mną ukryty i nijak było dowieść owego...
Ani jednego świadectwa ze szkoły podstawowej moje oczęta nie widziały...
Ale wyniki w nauce Mamciaśki, były mi często stawiane za wzór...Aż do szkoły średniej...





     W szkole średniej Mamciaśka "poległa"...
     Dokładnie oczywiście nie wiem na czym Jej klęska polegała, ale uczęszczając do jednego Ogólniaka z Krzysiem Materną, owego Ogólniaka nie skończyła...
Po tym niestety też żadnego śladu nie było...
     Za to sporo śladów odkryłam o edukacji Mamciaśki w Szkole Pielęgniarkiej i tutaj ręczyć mogę słowem...
Mama była Prymuską...
     Zdjęć z tego okresu dzisiaj nie umieszczę, bo tak sobie pomyślałam, że to był magiczny okres w życiu Mamciaśki, a ilość anegdot jakie mi pozostawiła zasługują na osobny wpis...Kiedyś w przyszłości...;o)
     Ale oprócz nauki Mamciaś była Stworzeniem przede wszystkim towarzyskim...
Uwielbiała Ludzi i uwielbiała z nimi przebywać, a że Kobitka z Niej była nawet, nawet...





     To szybko znalazła adoratora...
     Takiego na dobre i na złe...Takiego na całe życie...Takiego, który był wielką miłością mojej Mamciaśki...
Takiego, którego po czterech latach narzeczeństwa Mamciaśka puściła w "trąbę" i wiedziona "pierwiastkiem szaleństwa" została Żoną mojego Taty...
Tatę znała trzy miesiące...
     Czy dokonała dobrego wyboru ?? 
     Całe życie tęskniła za Andrzejem i całe życie wspominała swoją do Niego miłość...A kiedy spotkali się po latach, okazało się, że Jej decyzja zaważyła na życiu trzech Osób...Mamciaśki, Andrzeja i Jego Żony...
Tylko mój Tata wyszedł z tego zwycięski...
     No cóż..."Szaleństwo" bywa niebezpieczne...
     Od zawsze wiedziałam o tym melodramacie...Przecież miałam być chłopcem, miałam mieć na imię Andrzej...No i chyba dlatego urodziłam się właśnie w "andrzejki"...
To takie moje "pokłosie"...
     A co z Mamciaśką...??
     Żyła sobie z dnia na dzień coraz bardziej włażąc w swoją skorupę...Coraz bardziej się ode mnie oddalała, aż odeszła na zawsze...
Dwadzieścia pięć lat temu...


     Ale dzisiaj już wiem, że nie było słów, których nie słyszała i nie było uczuć, których Jej nie podarowałam...No może poza tym, że nie urodziłam się chłopakiem...;o)

czwartek, 6 grudnia 2012

Takie sobie życiowe komplikacje...

     Co prawda już kiedyś Wam o Nich opowiadałam, ale ponieważ historia doczekała się zakończenia, więc pobieżnie wrócę do tematu...
     Starsze małżeństwo...Zawsze spacerowali trzymając się za ręce...On Chudzina z gęstą szopą siwiuteńkich włosów...Ona niziutka, zawsze przyozdobiona tandetną, kolorową biżuterią...
Do Zaścianka przybyli ledwie kilka lat temu po sprzedaży mieszkania w Krakowie...
Tutaj postanowili "dożyć życia"...
Tak mawiali...
     Z czasem stało się tradycją, że na zakończenie owych spacerów wpadali na kilka minut do Sklepu...Nie mieli wielu Znajomych "stacjonarnie", a przecież czasem trzeba porozmawiać z "kimkolwiek"...
Jakoś tak trafiło na mnie...
     Z owych "wizytacji" dowiedziałam się, że jakiś oszust wcisnął im starego gruchota zamiast samochodu...Uwielbiali wycieczki...Gruchot rozsypał się już przy drugim wypadzie w "nieznane"...Koszt remontu znacznie przewyższał wartość pojazdu...
     - No cóż... - powiedział On - będziemy sobie teraz spacerować lokalnie, więcej oszczędności nie mamy...
     Po kilku tygodniach wpadli z wizyta tuż przed zamknięciem...
     - Słyszała Pani, że nas okradli ?? - zapytała Ona i czekała na moją reakcję...
     Wieść o osiedlowych kradzieżach oczywiście do mnie dotarła, ale pojęcia nie miałam, że Oni również padli Ofiarami owych szabrowników...
     - Ukraść ukradli niewiele, bo nic w domu nie było, ale strat nam zrobili masę... - opowiadała mając w oczach łzy...
Potem jakoś nie zaglądali...
     Rok temu, na wiosnę Ona przyszła skserować dokumenty...
     - Mąż się pochorował...W szpitalu jest...Jakieś stany zapalne...Jakieś guzy... - opowiadała...
     Kiedy lato się miało ku schyłkowi znowu spacerowali oboje...On jak zawsze z pióropuszem srebrnych włosów...Ona drepcząca przy jego boku we wściekle różowej biżuterii z plastyku...
Odetchnęłam...
Przed Bożym Narodzeniem przyszła do mnie opuchnięta od łez...
     - Boże jedyny...Boże jedyny...Co ja narobiłam najlepszego... - wyjęczała i opadła na krzesełko zanosząc się płaczem...
     - Co się stało ?? - zapytałam...
     Okazało się, że w czasie choroby Męża potrzebowała sporo gotówki na lekarzy i leki, na podróże w odwiedziny do Niego...Zaciągnęła kredyty...Jedne spłacała następnymi...A przecież wisiała nad nimi jeszcze hipoteka...
Stan zadłużenia przekroczył Ich możliwości finansowe...
To był ostatni raz kiedy Ją widziałam...
Po pół roku dowiedziałam się od Jej Męża, że w skutek załamania wpadła w depresję, a ta w krótkim czasie  przerodziła się w schizofrenię...
Odpłynęła...
Teraz On rozpoczął walkę...
     Kilka dni temu przyszedł po pudła...
     - Wyjeżdżamy... - oświadczył - Brat zaprosił nas do siebie...W góry... Żona zawsze lubiła tam jeździć...Może jak zmieni klimat to wróci do mnie... - opowiadał...
     Mieszkanie udało mu się sprzedać, więc banki zgodziły się na ugodę i przedłużyły okres spłaty...Kilka groszy powinno jeszcze zostać na Jej leczenie...
     - A co z Pana leczeniem ?? - zapytałam...
Spojrzał na mnie z bladym uśmiechem...
     - Jeszcze walczę, ale to nie jest równy pojedynek...
Jakoś nie umiałam Go pocieszyć...
     - Jeśli się Żona lepiej poczuje przed wyjazdem to wpadniemy się pożegnać...- rzucił wychodząc...
A mnie się tak jakoś oczy spociły...
"Nie mają dobrych wspomnień z Zaścianka..." - pomyślałam...

środa, 5 grudnia 2012

Nadmiar pomysłów bywa zabójczy...


     Wiecie jak to mówią..."Jak kogoś robota lubi"...
Echhh...
Ja to chyba jestem ulubionym dziecięciem owej roboty...
     Tradycyjnie grudzień to miesiąc, w którym rozpoczynam coroczny maraton papierzany i na zmiany owego stanu "zapapierzenia" się nie zanosi...
Zestawienia, sprawozdania, podsumowania, bilanse i takie tam matematyczne nudy...
     Niewątpliwą rozrywką wśród tych mało porywających czynności są przygotowania świąteczne, pichcenie, strojenie i dyrdymały, które duszkę cieszą...
Duszkę cieszą i czas na "papierzenie" zabierają...
     Pomijam, że ambitnie postanowiłam sobie uporządkować nasz firmowy magazyn, więc drukuję, sprawdza, przenoszę...itd...itd...
     Wbrew logice moja duszyczka postanowiła znaleźć sobie w tym całym zawirowaniu jakąś odskocznię, i zamiast postawić choineczkę i zaświecić lampeczki (całorocznie wiszą ukryte na ścianie), ja...
No właśnie...
Ja sobie umyśliłam zrobić gruntowną dekorację ...
     Pozamawiałam fizelinki, steropianki, piórka, cekinki i inne takie cudeńka i wybudowałam sobie na wystawce góry ośnieżone, niebo rozgwieżdżone i zasadziłam las...
A co !!...
Podatku gruntowego mieć od tego nie będę...;o)
Żeby nie było...
     Wszystko zaczęło się od tasiemki ledowej, którą Pan N. zamówił w Chinach, a ja dołożyłam do tego poronione pomysły...



A potem moją magiczną krainę zasiedlił bałwanek i mikołajki...



To taka mikołajkowa wersja...
W kolejce czekają już świecące aniołki i ledowa szopka...
Chyba mnie "zły" opętał...
Teraz jeszcze choineczka...stroiki na lampy...kilka ozdóbek na półeczki...
I padnę trupem...


wtorek, 4 grudnia 2012

Nietradycyjna tradycja...

     Przeglądając nasze drzewa genealogiczne można dojść do jednego wniosku...
Za Przodków mieliśmy prawdziwe Wiercipięty...
Żadne Pokolenie jakoś mchem nie obrosło...
Za wyjątek można by przyjąć moją Mamciaś, która była Mieszczuchem z krwi i kości, ale że kochała podróżować w trybie doraźnym, więc zakładam, że i w Niej "Duch Wiercipiętek" miał zagorzałą Fankę...
     Jakie są efekty tego zamiłowania do wędrówek ?? 
     Kiedy jesteśmy w górach, tęsknimy za jeziorami...Kiedy wędrujemy po nizinach, oczy wypatrują malowniczych pagórków...Kiedy...
Echhh...
Takie wszędobylskie z nas stworzenia...
Wędrownicze natury mają jeszcze jedne konsekwencje...
Tradycje...
     Przy takich "korzeniach" trudno określić jakie te tradycje właściwie mają być...
Rodzice wypieli się na ów problem wielkim łukiem...
Ja postanowiłam być w opozycji do opozycji...
Tak dla samej satysfakcji i przekory...
     Pierwszą "opozycją" były wspólne, rodzinne spacery...
     Ja nigdy nie byłam na spacerze z Rodzicami...Nasze Dzieci nawet nie wiedziały, że można iść osobno...
     Druga sprawa to były wspólne wakacje...
     W naszych Rodzinach niemożliwe do realizacji...My jeździliśmy zawsze wspólnie, chociaż na kilka dni, chociaż "pod namiot", ale razem...
     Trzeci symptom buntu to były wspólne posiłki...
     To akurat było najtrudniejsze do realizacji, ale naginając troszkę "czasoprzestrzeń" i to można było zrealizować...
Punktów było sporo...
     Gdzieś tam w kolejce ustawiła się uroczysta Kolacja Wigilijna, na której jest dwanaście dań...
Najważniejsza Kolacja w każdym roku...
Nie powiem...
Z racji pracy na "zmiany" Pana N., czasem jedliśmy ją w południe, czasem przed północą...Ale nawet wtedy, kiedy uprawiałam namiętnie "wyścig szczurów", dań na stole było dwanaście...
Może nie do końca pilnuję staropolskich tradycji, ale na stole jest to co lubimy z wigilijnych delicji najbardziej...
     1. Zupa grzybowa z łazankami,
     2. Panierowana ryba (nie karp),
     3. Kapusta z grochem,
     4. Barszczyk czerwony,
     5. Uszka z kapustą i grzybami,
     6. Ruskie pierogi,
     7. Kulki rybne w occie,
     8. Sałatka śledziowa z majonezem,
     9. Rolmopsy,
   10. Naleśniki z pieczarkami i oscypkiem,
   11. Kompot z suszonych owoców,
   12. ....................No właśnie...
     Dwunasta potrawa co roku, tradycyjnie jest niespodzianką, czymś nowym...
Co roku szukam czegoś, co warte jest nazwy "potrawy wigilijnej"...
W tym roku jeszcze nie mam pewniaka...
I tak sobie pomyślałam, że skoro my jesteśmy "Powsinogi", a moi Czytacze w różnych miejscach pomieszkują, to może coś podpowiecie ?? 
Czekam z niecierpliwością na Wasze nowinki kulinarne...:o)

poniedziałek, 3 grudnia 2012

To jota do joty sprawka jest Toyoty...

     No to zaczynamy grudniowe zamieszanie...
     Sprzątanie...Zakupowanie...Strojenie...Pichcenie...
Ehhh...
W sumie fajny ten grudzień jest...
Świecący...Kolorowy...Objedzony...No i przede wszystkim prezentowy...
Jakoś nawet nie przeszkadzają mroczne dzionki i wieczory ciągnące się w nieskończoność...To akurat poczytuję za pozytyw, będąc genetyczną "sową"...
     Ten grudzień jednak ma być inny...
     Nie to żebym namawiała do zaniechania świątecznych porządków, albo do odłożenia prezentowych zakupów, ale jednak...
No cóż...I do gordyjskiego Świata dotarła wieść, że Świat nam się zamierza skończyć...
A właściwie zamierzają nam Go skończyć Majowie...
     Osobiście to ja do Majów nic nie mam, ale z tym to odrobinę przegięli...
     Oni, albo Ci, którzy z niewyjaśnionych przyczyn ów "koniec" ogłosili...
Jeśli to miał być sposób na ożywienie gospodarki to niech ich dunder świśnie...
     W sumie to nie ma co, muszę być z dobrego materiału zrobiona bo przeżyłam już przynajmniej kilka takich "końców Świata"...
Ale nie w tym problem...
     U nas może to jeszcze jakoś bez echa przechodzi, ale w takiej na ten przykład Hameryce Ludziska bunkry budują, ściany wzmacniają, łódki nabywają, zapasy spożywcze czynią, a Młodzież i Dzieciaki hurtem na terapie są zapisywane...
W jakim celu, zapytacie ?? 
Bo się boją...
Bo Ich młode mózgownice nijak sobie z tym poradzić nie mogą...
     Psychologowie biją na alarm, że główna fala depresji, załamań i samobójstw dopiero się zacznie...
To, że Majowie, jako Lud pierwotny przewidzieć tego nie mogli, jakoś zrozumieć mogę...
Ale jak Współcześni mogli taki numer trzasnąć, to nijak nie pojmuję...
To dopiero koniec Świata...
Koniec Cywilizacji...
Przynajmniej tej myślącej...
     Żeby nie było, że w matematyczno-astronomiczne zdolności Przodków nie wierzę...Wierzę !! 
I to nawet bardzo...
I podziwiam ogromnie...
Ale jeśli na ten przykład  dwóch Majów się na imprezce sobotniej spotkało i dla rozrywki zaczęli sobie na kamyku dziergać...
Takie "kółko i krzyżyk" po Ichniemu...
A że w klimacie żyli ciepłym to im się od tego "dziergania" i degustowania mogły troszkę oczka zamglić...
Z kociokwikiem to i Współcześni kiepsko sobie radzą, więc się cudów nie ma co po Przodkach spodziewać...
Film Im się urwał...
Z czasem tabliczkę piach przysypał...
I się porobiło...
     Teraz to już ani naukowe tłumaczenia nie pomogą, wykazywanie błędów w wyliczeniach histerii nie opanuje...
Jedyna nadzieja w reklamie Toyoty...;o)  

niedziela, 2 grudnia 2012

Bajdurka prawie prawdziwa...

     Świętowanie świętowaniem, ale kiedyś i tą miłą dla duszyczki czynność czas zakończyć...
Ale, że człek się z lenistwa powoli do życia zbiera, to dzisiaj będzie bajdurkowo...
     Nękany przez diable pomioty Zaścianek podupadał powoli...Gwarkowie mieszkający w okolicy stawali się Rolnikami i podziemne srebro na złoto łanów pszenicznych zamienili...
Tereny żyzne nie były, więc się na bogactwa nijakie nie zanosiło...
Fama o bogactwie Zaścianka jednak nie zamierała i co rusz przybysz jakiś pojawiał się w okolicy aby owego bogactwa zażyć...
     Pewne dnia, nie wiadomo skąd przybył pewien Gwarek imieniem Paweł...Przybył i kupił tereny kopalniane wokół małego Kościółka w Starym Olkuszu...
Pracowity to był Człek i uparty na swoją robotę...
Od świtu do nocy chodniki kopalniane drążył, rąk i potu nie żałował...
A kiedy pora spoczynku przychodziła po Pannach zaściankowych, z urody słynących, się rozglądał...
W końcu jedną z Nich za Żonę pojął...
I chociaż to się możliwym nie wydaję, pracował jeszcze więcej, żeby owej Żonie dostatek zapewnić...
     Tak się do pracy swojej przyłożył, że korytarze coraz bliżej Kościółka podchodziły, a wiekowe mury pękać zaczęły...Strach innych Gwarków ogarnął, że za ich przyczyną Kościółek się zawali, a Święty Jan, patronem jego będący, klątwy jakieś na Ich głowy ściągnie...Z czasem Gwarek Paweł pozostał sam...
     Pewnego dnia, tak się w robocie zapamiętał, że noc ciemna go w korytarzach zastała, a On z tego przepracowania drogi wyjściowej zapomniał...
Błądził po korytarzach, aż mu się oliwa w lampce skończyła...
Umęczony usiadł, o ścianę się oparł i zasnął...Obudził go cichy szelest kroków i głos drżący...
     - Masz hubkę i krzesiwo ?? - pytał Starzec w powłóczystą szatę odziany...
Paweł wyszperał z węzełka hubkę i krzesiwo...
     - Znasz drogę do wyjścia ?? - zapytał Paweł Starca...
     - Znam...A że mnie poratowałeś to Ci w zamian żyłę srebrną wskażę...Ale w zamian dasz mi słowo, że za trzy lata oddasz mi to co w domu zastaniesz, a czego nie było, jak z niego wychodziłeś... - rzekł Starzec...
     Wiedzieć Wam trzeba, że był to Skarbik, który chodników pilnował i srebra strzegł...
     Paweł drogę do domu odnalazł i szczęśliwy drzwi chaty otworzył...A tam Żona przy piersi Synka trzyma i radośnie na Pawła spogląda...
     - Ojcem Pawle zostałeś...- rzekła...
Pawłowi kolana z rozpaczy się ugięły, bo przed oczami mu Skarbnik stanął, a w uszach mu zabrzmiało Skarbnika żądanie...
     Od następnego dnia los Pawła się zmienił...
     Miejsca przez Starca wskazane bogatymi żyłami srebra błysnęły...
     Nie ubyło jednak strapień Gwarkowi...
     Żona ciężko chorowała, aż w końcu zmarła, a Synek szybko rósł i zbliżała się data spełnienia obietnicy...
W wigilię owego dnia ukazała się Pawłowi Skarbnik i o przyrzeczeniu przypomniał...
Serce się Gwarkowi krajało...Łzy rzęsiste z oczu spływały...Ale rozwiązania znaleźć nie umiał...
W końcu się ze Skarbnikiem przy fosie Kościółka Świętego Jana umówił...
O świcie w drogę z Synkiem ruszył...
     Starzec już na Nich czekał...Ale, że każdy Skarbik to zły duch to się zbytnio do Kościółka nie zbliżał...
     Kiedy Skarbnik już miał maleńką dłoń pawłowego Synka uchwycić, ten złapał Syna w ramiona i z całych sił rzucił nim w stronę drzwi Kościoła, a sam się do wysokiej fosy rzucił...
Skarbnik aż się ze złości zatrząsł...
Dziecka dostać nie mógł, i zemsty nie zaznał, bo Paweł na dnie fosy nieżywy spoczął...
     Na drugi dzień jakiś litościwy Człek w okolicy przechodził, płaczące Dziecko w Kościółku znalazł i na wychowanie do Plebana olkuskiego oddał...
     Według opowieści, Dzieckiem owym miał być słynny matematyk i astronom Marcin Biem...
     Prawdą jednak być to nie może, bo bajdurka bajdurką, a prawda historyczna to inna rzecz...
     Marcin Biem, zwany inaczej Marcinem z Olkusza Młodszym urodził się w 1470 roku, jako Syn Rajcy olkuskiego Marcina Behema vel Bema...Fakt, że Sierotą został w dzieciństwie i wychowankiem był Olkuskiego Proboszcza, Melchiora Porębskiego...
Na Akademii Krakowskiego studiował matematykę i astronomię razem z Mikołajem Kopernikiem...
Siedmiokrotnie był Rektorem krakowskiej Akademii...
Kilka lat pełnił funkcję olkuskiego Proboszcza...
Na zlecenie Papieża Leona X opracował projekt reformy kalendarza juliańskiego...
Zmarł w 1540 roku nie spodziewając się nawet, że z Jego pracy korzystać będziemy przez wiele wieków...
Jego projekt został wykorzystany przy tworzeniu kalendarza gregoriańskiego...