Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

czwartek, 19 lipca 2012

O Myczkowcach - bo warto, o pewnym małym Kościółku, o "za dużym" koniu i ciastku świętego Franciszka...

      "Kaśka" jest urządzeniem co najmniej dziwnym...Posiadając w swych zasobach dróg i szlaków miliony nigdy nie prowadzi tak jak to z innymi GPS-ami bywa...
"Kaśka" kieruje się jakimiś sobie tylko znanymi prawidłami, które mają się nijak do tradycyjnie przyjętych standardów...Drogi, którymi nas z reguły prowadzi nie są ani najkrótsze, ani nawet najszybsze, te drogi są...Hmmm...
Najładniejsze ?? 
"Kaśka" po prostu jest estetką...
Kiedy więc decydujemy się na włączenie GPS-a, wiemy że w natłoku serwowanych nam widoków musimy bacznie pilnować kierunku, bo a nuż "kaśce" zamarzy się podróż w nieznane...
Podróżami tymi rządzi jedno prawidło...Nie wjeżdżamy w drogi, na których z trudem mieści się jeden samochód...Cały wic polega jednak na tym, żeby się w czasie podróży nie dać "kaśce" zauroczyć...





     Zamiłowanie naszego GPS-a do dróg "lokalnych" jest wręcz chorobliwe, ale prawdziwą słabość "kaśka" ma do mostów...Nie wiem jakim cudem wyszukuje te "arcydzieła" architektoniczne, ale pewnym jest, że jeśli w okolicy jest dziesięć mostów pięknych, nowych i nowoczesnych to my z "kaśką" wylądujemy na jedynym w okolicy moście, który pamięta czasy naszych narodzin, albo na takim, na którym z trudem mieści się nasz, niewielki w rozmiarach "nagusek"...








     Jak widzicie, podróże z "kaśką" łatwe nie są i wymagają od Kierowcy sporych umiejętności i samozaparcia...Ale w zamian nasza przewrotna "dziewczyna" serwuje nam widoki niezapomniane, wrażenia piękne i możliwość podziwiania miejsc, o których czasem nie wiedzą nawet Autochtoni...








     Dzięki owym "kaśczynym" zdolnościom, kiedy już wydawało się nam, że do podziwiania nad Soliną pozostała tylko panorama z tarasu widokowego, droga zaprowadziła nas do Myczkowców...Miejscowości oddalonej od solińskiej Zapory ledwie kilka kilometrów (cywilizowana droga też tam prowadzi)...
     Myczkowce to niewielka miejscowość, można by rzec rolniczo-letniskowa...Cisza, spokój i kilka niewątpliwie ciekawych miejsc do zobaczenia...
     Zapora w Myczkowcach może nie jest budowlą tak spektakularną w rozmiarach jak Zapora solińska, ale nad zalewem panuje spokój, na zaporze można pospacerować bez obijania się o Turystów, a Panowie z obsługi witają wszystkich przyjaznymi uśmiechami...









     Po takim wyciszeniu skołatanych nerwów, w całkiem innych już nastrojach pozwalamy "kaśce" na kolejne "szaleństwa", a "ona" w rewanżu prowadzi nas drogą główna, całkiem cywilizowaną (!!) do Centrum Ekumenicznego prowadzonego przez Caritas...
I tutaj na każdym kroku czeka nas zaskoczenie...
     Parkingiem opiekuje się młody Człowiek, który w odróżnieniu od Parkingowych z Soliny, czy Polańczyka, nie biegnie za nami machając bloczkiem parkingowym, nie marszczy się złowrogo na nasz widok mrucząc gburowato wygórowaną kwotę opłaty parkingowej...
Na nasze pytanie o koszt parkingu odpowiada z sympatycznym uśmiechem...
     - Jeśli mają Państwo kilka złotych to poproszę o datek... - i wskazuje puszkę "Caritasu" stojącą na stoliczku...
Parking, dodam, jest zadbany, czysty, ocieniony i dozorowany...
     "Nagusek" jest bezpieczny, więc możemy ruszyć na zwiedzanie...
Orzesz...(ko)...
Wyrwało mi się, chociaż chyba nie bardzo wypadało...
     Tuż za furtką powitał nas bowiem ogród, ogród niecodzienny...
     Botaniczna Biblia...
Zgodnie z prośbą umieszczoną na furtce udaliśmy się do Punktu Informacyjnego...
Miła Dziewczyna zapytała jaka będzie liczba zwiedzających i skąd żeśmy się "przybłąkali", i na tyle...Wpisała dane do opasłego zeszytu, a na nasze pytanie o opłatę pokiwała przecząco głową i rzuciła...
     - Miłych wrażeń...
Jakie były te wrażenia ?? 










     Totalne wyciszenie...Każdej ekspozycji towarzyszy delikatna, stonowana i dopasowana muzyka...W jednym miejscu to chorały klasztorne, w innym delikatny dźwięk fortepianu, w następnym radosny dziecięcy śpiew...
Miłe to wszystko dla oka i ucha...
Każda strona "Biblii" to nie tylko ekspozycja przestrzenna, ale przede wszystkim rośliny odpowiednie dla każdej Przypowieści...
Wszystko zadbane i wymagające wręcz tytanicznej pracy, bo przecież klimat bieszczadzki dla roślinek łaskawym nie jest...
     Wiedzeni ciekawością, cóż jeszcze spotkać nas może za następną "furteczką" ruszamy do "wiejskiego zoo"...
Tutaj o wyciszenie jest trudniej...
Wśród boksów i klatek biegają liczne grupy "Nielotów" wykrzykując na całe gardło dokonane odkrycia...
     - Króliczki !! Mamo, króliczki !!
     - Owieczka !!
     - Babciu !! Babciu !! Oć do ptaska !!
     Patrzymy z Panem N. na siebie z uśmiechami i zerknąwszy zaledwie do stajni, gdzie kilka młodziutkich Dziewczynek siodła konie i kucyki ewakuujemy się cichutko...
     Mieliśmy co prawda w planach moją jazdę konną, ale kiedy Pan N. zerknął z bliska na "rozmiar" konia z dezaprobatą oświadczył...
     - Ten koń jest stanowczo za duży !! Jeszcze Cię poniesie, albo co...Jak ja Cię na piechotę dogonię ?? No chyba, że chcesz na tym mniejszym... - i popatrzył na mnie z nadzieją, że jednak zrezygnuję...
     - Na kucyku mam jeździć ?? - propozycja Ślubnego ogromnie mnie rozbawiła... - aż taka zdeterminowana nie jestem...Nie jeździłam dwadzieścia lat, trauma mi chyba minęła, wystarczy mi świadomość... - odpowiedziałam...
     Uzgodniwszy więc stanowisko, że koń zwierzem dużym jest, ruszyliśmy ocienionymi alejkami Centrum Ekumenicznego...
    Wkoło zadbana zieleń, wszędzie tablice edukacyjne jaką roślinkę właśnie mijamy, gdzie rośnie i jakie tajemnice skrywa...
Prawdziwa skarbnica botanicznej wiedzy...
Siostry bowiem, prowadzą w tym Centrum kolonie dla Dzieci i Młodzieży...Boisko tętni życiem...Place zabaw wypełnione są młodymi Ludźmi...Po "Centrum" spacerują całe rzesze Turystów, ale jakoś tak cicho, bez pośpiechu...
     W końcu docieramy do "perełki"...
     Park miniatur poświęcony drewnianej zabudowie sakralnej Bieszczad...




     To ledwie kilka egzemplarzy, bo nasz album zawiera kilkadziesiąt zdjęć...Budowle podzielone są na "rejony" występowania i usytuowane tak jak w naturze...Czyli czasem koło Cerkwi prawosławnej stoi mały Kościółek katolicki...
Każda z budowli przygotowana z zachowaniem nawet najmniejszych detali...
Perełeczki...
     Karty pamięci w naszych komóreczka napełniały się szybciutko, a ja z dziwnym drganiem z uwagą szukałam znanej nazwy (każda budowla opatrzona winietką z historią zabytku)...
     Jeszcze jeden wzgórek i powinien ukazać mi się "mój" Kościółek...
     Jest...


     To w tym Kościółku ślub brali moi Bieszczadzcy Dziadkowie...W nim został ochrzczony mój Ojciec...Tutaj przyjął Komunię i w nim właśnie "dął w miechy" zabytkowych organ...
A na schodkach po lewej stronie od głównego wejścia cucono mnie z omdleń w czasie każdej niedzielnej mszy...
W tym Kościółku zawsze pachniało Bogiem...
     Teraz poczułam ten zapach, usłyszałam delikatny szmer tłumu oczekującego na Mszę i pierwsze takty intonowanej przez Organistę pieśni...
     Właśnie dlatego nie wracam do "starych" miejsc...
     Zapachy i dźwięki dzieciństwa są niepowtarzalne...
     Niepowtarzalnie piękne...
     Na pożegnanie zafundowaliśmy sobie kawusię i ciacho u pewnego statecznego Jegomościa...

     I chociaż święty Franciszek specjalizował się raczej w zoologi, a nie w gastronomii, to przyznać muszę, że do wypieków ma On rękę wręcz niebiańską... ;o)

środa, 18 lipca 2012

Bieszczady na gorzko...

     Mawiają, że miłość wtedy jest prawdziwa, kiedy kochasz sercem, a patrzysz rozumem...
No cóż, zawsze wiedziałam, że moje uczucie do Bieszczad jest najprawdziwsze z prawdziwych, i to co w sercu drga tęsknotą nieziemską, rozum przetwarza po swojemu i w tej bezbrzeżnej miłości nie da mi się zatracić...
     Moje Bieszczady to zapach lasu i świeżo skoszonej trawy, kamieniste ścieżki górskiego szlaku, szum wiatru bawiącego się bukowymi listkami i cichutko szeptane piosenki SDM-u...
To są Bieszczady sercem kochane...
A rozum jak widzi to moje zauroczenie...??
    Robiąc rekonesans w Polańczyku naszym oczom ukazał się widok, który serce ranił...
    Wybrzeże Zalewu niczym ser szwajcarski podziurawione jest działeczkami, działeczkami dodam rozmiarów zastanawiających...
W skutek przekształceń, prywatyzacji i innych działań komercyjnych schodząc na brzeg rzuca się w oczy przede wszystkim mnogość ogromna tablic z napisem "TEREN PRYWATNY"...
W sumie dziwić się nie powinnam, bo posiadać działeczkę nad Soliną to rzecz miła, ale owe "TERENY PRYWATNE" w niektórych przypadkach mają rozmiar samochodu osobowego, albo wręcz "kosza na śmieci"...
Po co komuś teren "pod kosz", nie pojmuję...
Zagospodarowanie takiego zasobu wydaje mi się mało prawdopodobne...
Stare budy ustawione w charakterze "daczy" straszą nie remontowanymi od lat "facjatami" witając Turystów wypaczonymi dechami i odłażącą farbą...
Czy można zaradzić jakoś tym makabreskom ?? 
Nie można !! 
Bo przy każdym takich koszmarku stoi piękna i nowa tablica "TEREN PRYWATNY"...
     Z premedytacją zdjęć nie robiłam, żeby Waszych doznań estetycznych nie ranić...
     Klucząc leśnymi ścieżkami usiłowaliśmy zrozumieć dlaczego Ktoś tak bardzo okaleczył Solinę...
     No cóż...Leczenie tych ran potrwa pewnie wiele lat...
     Sprawiedliwość jednak oddać muszę, żeby się ten minorowy nastrój nie rozprzestrzeniał...
     Przy odrobinie starań udało się nam znaleźć coś co mogłam uchwycić oczkiem aparatu...
     Na solińskim Cyplu powstała bowiem plaża publiczna, o której Turyści z iskrzącymi oczami opowiadają sobie na ucho, żeby się tłumy nie zwiedziały...


     Co prawda ceny na terenie owego obiekty są, że tak powiem kosmiczne, ale można tutaj zaznać wypoczynkowej rozpusty, albo zlec pokotem na trawniczku pod brzozami...
     Czyli można zorganizować coś z sensem również nad Soliną...
     Prawdziwym hitem nad Zalewem są rowerki wodne...
     Wiem, wiem...Cóż to za hit w XXI wieku ??
     A jednak...
     Wśród białych żagli porusza się owych pojazdów wodnych ogrom cały, barwiąc błękitne wody Soliny intensywnymi kolorami...
     Cóż w owych pojazdach jest takiego niecodziennego ??
     Otóż Mili Moi, nie wiem czy to na cześć bohaterskich czynów Pana Samochodzika, który wiele lat temu odkrył tajemnicę ikon, skrywaną właśnie przez Bieszczady, czy jest to oznaka ogromnego umiłowania czterech kółek...W każdym razie rowerki sunące po wodach Zalewu Solińskiego prezentują się pięknie...


 
     Po dokonaniu tak wiekopojmnego odkrycia postanowiliśmy sprawdzić jak rzeczy się mają na przeciwnym brzegu, czyli w Solinie...
Hmmm...
I pojęcia nie mam, jak to napisać, żeby nie było zbyt gorzko...
     Zapory zwiedzić nam się nie udało, bo okazało się, iż panują tutaj prawidła rodem z Łańcuta...
Jeden Przewodnik ruszający w trasę co dwie godziny i pracujący jak na biurokratę przystało do godziny szesnastej...
Oprowadza więc codziennie najwyżej cztery grupy (w sobotę i niedzielę trzy), a Nieszczęśnicy którzy dobiją na parking w międzyczasie z kwaśnymi minami i bluzgiem na ustach ruszają podziwiać ową budowlę "z góry"...


     Nasuwa się nieodparte wrażenie, że Podkarpacie jeszcze długo będzie jednym z uboższych Regionów Kraju, bo absolutnie nie jest zainteresowane zmianą tego stanu...
Przy pobieżnym nawet rachunku wychodzi, że bieszczadzkie atrakcje zarabiają jedną trzecią tego co zarobić by mogły...
No cóż...
Dbałość o nasze portfele można uznać za pozytyw...
     Na osłodę Zapora zafundowała nam piękną pogodę i jak przystało na to miejsce, piękne widoki...





I coś dla tych, którzy lubią upolować sobie kolację samodzielnie...



     Niech Was nie zmyli rozmiar owej kolacji !! Zdjęcie było robione z platformy widokowej, więc każda z tych rybek spokojnie zaspokoi głód niezłego żarłoka, a niektóre egzemplarze mogłyby posłużyć do żywienia zbiorowego...
     Solina - miejscowość, to czysta komercja...Masę kramików, karuzele, głośna muzyka, wygórowane ceny i jedzenie, które polecić mogła bym jedynie samobójcom...
Próbowałam to wiem...
To co zaoferowano nam na talerzach to był koszmar gastronomiczny, a jedynym przyjemnym doznaniem z owego gastronomicznego przybytku było jego opuszczenie...
     Przebrnęliśmy więc przez tłumy drepczące po szczycie zapory i postanowiliśmy szukać czegoś co będzie w stanie zrekompensować nam owe niemiłe doznania...
     Postanowiliśmy zaufać "Kaśce"...Naszemu GPS-owi...
     "Kaśka" spisała się na medal !! 
     Ale o tym to już będzie następnym razem...

wtorek, 17 lipca 2012

O boboku, anielskich szatach i gorzkich rozczarowaniach...

     Jeśli byliście kiedykolwiek w Bieszczadach to wiecie, że miejsce to ma pewną charakterystyczną cechę wyróżniającą ją na mapie Świata, i wcale nie mam na myśli niewątpliwego bieszczadzkiego uroku...
Bieszczady rządzą się swoimi, sobie tylko znanymi prawami meteorologicznymi i nawet Górale nie wychylają się, żeby cokolwiek w tej materii prognozować...
Ci, których Bieszczady obdarzyły tym talentem z reguły wiedzę zachowują dla siebie, pewnie żeby potencjalnych Letników nie przerażać...
     Jako włóczykije z zamiłowania i potrzeby serca znamy te "kobiece" kaprysy i przebywając w tych magicznych Górach nigdy nie snujemy planów na dzień następny...
Po kiego czorta czuć niedosyt, albo zmieniać plany w trybie ekspresowym ?? Urlop to urlop !! Czas bezstresowy :o)
     Kiedy więc rano Pan N. odsłonił rolety i ukazała się nam ołowiana czapa z chmur czym prędzej odzialiśmy się przeciwwodnie i ruszyliśmy podziwiać Solinkę w mglistej sukience...


     Widok był nieziemski...Kłaczki mgły niczym śnieżnobiałe szaty aniołów powiewały na wietrze unosząc się i opadając na bladobłękitne wody Zalewu...
Miało się wrażenie, że dłoń wyciągnięta przed siebie dotknie tego nieziemskiego zjawiska i poczuje się delikatne bicie anielskiego serduszka...
Bieszczadzkie Anioły...
     Kiedy byłam małą dziewczynką mój Bieszczadzki Dziadek opowiadał, że kiedy człowiek zasypia, to z gór schodzą Bieszczadzkie Anioły i szepczą mu do ucha...
Wtedy właśnie człowiek miewa najpiękniejsze sny...
Jest jednak jeden warunek, aby ten szept usłyszeć...
Trzeba być dobrym człowiekiem...
Rankiem Anioły odpływają wraz z porannymi mgłami i jeśli są szczęśliwe to niebo robi się błękitne...
     Stałam na tym wzgórzu i chłonęłam anielski spektakl całą sobą...
Momentami wydawało mi się, że słyszę szelest anielskich szat haczących o źdźbła trawy...
     Pan N. w tym czasie uwieczniał to co wydaje się nieuchwytne...Jego "komóreczka" pstrykała niczym karabin maszynowy, a spod wąsa wydobywało się co chwilkę..
    - Ooooo...oooo...ooo
Nagle Pan N. zawołał radośnie...
    - Złapałem bieszczadzkiego "boboka" !!
Wiedziona ciekawością spojrzałam na wyświetlacz...


     - Ja Ci zaraz zrobię bieszczadzkiego "boboka" !! - skomentowałam dzieło Ślubnego i ruszyliśmy szukać strawy dla pustych brzuszków...
     W czasie śniadania nasze plany się sprecyzowały...Nie na darmo mawiają, że myślenie z pustym żołądkiem to lipny interes...
     Należycie dokarmieni ruszyliśmy tam, gdzie stopy nasze jeszcze nie stały, a gdzie wypada bywać...


     Ruszyliśmy w podróż do Pałacu w Łańcucie...
     Nie da się ukryć, że od lat marzy się nam wysłuchanie koncertu fortepianowego w magicznej salce koncertowej łańcuckiego Pałacu, więc od czegoś spełnianie owych marzeń trzeba rozpocząć...




Łańcut powitał nas piękną, słoneczną pogodą...i z dobrych wieści to by było na tyle...
Zwiedzanie Pałacu to organizacyjny koszmarek...
Po przepięknym, zabytkowym parku...

błąkają się dusze pokutne nieszczęsnych Turystów pragnących nabyć "kartonik" upoważniający do zwiedzenia owego zabytku...
Mapki umieszczone przy wejściach są totalnie nieczytelne, a informacja kiepska...
Kiedy w końcu udało się nam "upolować" bardziej zorientowanego Pana Ochroniarza, ten z przepraszającym uśmiechem wskazał nam pożądany kierunek marszruty...
     - Przepraszam, ale nie mamy na to wpływu... - rzucił na pożegnanie Pan Ochroniarz i spoglądał przez uchylone drzwi, czy nie "zabłądzimy" ponownie...
Orzesz...(ko)...
Ciekawa jestem niezmiernie, cóż za tajemnicza postać ma wpływ na to gdzie sprzedaje się bilety wstępu, i że wiedza owa jest aż tak tajemną...
Musi to być nie lada artysta...
     O historii Pałacu pisać Wam nie będę, bo Ci co ciekawi to sobie wygooglują, a Ci mniej zainteresowani nie po to mnie odwiedzają, żebym się wiedzą popisywała...W skrócie więc wielkim ogarnę to nasze zwiedzanie...


     Zgodnie z wymogami założyliśmy filcowe kapciuchy, każdy z innej parafii, aby móc potrenować jazdę figurową na parkietach...
I tyle ze zdjęć, bo na terenie Pałacu fotografowanie jest zakazane i chyba nawet karalne jakąś chłostą, albo dybami...
Acha...Miało być krótko...
     No to powiem tak...
     Potencjał obiektu ogromny...Wykorzystanie mierne...Mimo ogromnych starań naszego Pana Przewodnika po kwadransie czułam w głowie pustkę...
Z ulgą powitałam wiadomość, że zaraz opuszczamy Pałac i zwiedzać będziemy Oranżerię...
Hmmm...
No to przedstawiam Wam jedynego pozytywnego bohatera owego oranżeryjnego zwiedzania...


     Sympatyczny pyszczek owego króliczka złagodził na chwilkę moje negatywne odczucia...A Pan Przewodnik z wielką dumą w głosie zakomunikował, iż zmierzać teraz będziemy do Wozowni...Nadmieniając przy okazji, iz w przybytku owym również obowiązuje zakaz fotografowania...
Echhh...
     Dobrze przynajmniej, że liczni Właściciele pałacowych włości ową Wozownię usytuowali po drugiej stronie ulicy, to nie musieliśmy paradować w owych magicznych kapciuszkach...
     Ekwipaże prezentowały się, nie powiem, okazale...Utrzymane pięknie, lśniące i olejem pachnące...Tyle, że owa kolekcja ściśnięta na skromnej powierzchni i odgrodzona od Zwiedzających znowu przywoływała jakieś dziwne skojarzenia z "poprzedniej epoki"...
Skojarzenia dodam negatywne...
Znowu miałam nieodparte uczucie, że jestem bardziej intruzem niż gościem...
Orzesz...(ko)...
     Może Administratorzy owego przybytku udali by się na zwiedzanie innych cennych budowli w naszym Kraju i spróbowali wykorzystać potencjał jaki drzemie w Łańcucie ??
     Wiem, wiem...Niedoczekanie...
     Pan N. poczuwszy powiew historii i widząc lekko zdegustowaną moją minę zaproponował magiczną przejażdżkę, magiczną dorożką po magicznym łańcuckim parku...
Zaproponował i...magia się skończyła...
Okazało się bowiem, że kasy owego kompleksu pałacowego działają jedynie do godziny piętnastej i nie ma ziemskiej siły, która by zmusiła Panią Kasjerkę do pracy ponadnormatywnej...
     Początek sezonu...Tłumy Turystów w parku...Miejsca parkingowe "zabite" autokarami, że o samochodach osobowych nie wspomnę...I zonk...
     Spod drzwi Wozowni odeszło wraz z nami kilka zainteresowanych przejażdżką Osób...
Było kilka minut po piętnastej...
     Poczułam się kilkadziesiąt lat młodsza...
     Toż taka organizacja pracy obowiązywała w czasach wczesnego "Gierka", kiedy ja ledwie dziecięciem byłam...
Echhh...
     Po takiej dawce doznań nieprzewidywanych nie zaskoczył nas już fakt, że w jednej z knajpek Pani oświadczyła, że u nich kawy się nie podaje, ale skoro tak się upieramy przy piciu owej, to możemy spytać w Pierogarni, bo oni chyba podają...
     Honor Łańcuta uratowała przesympatyczna Dziewczyna w Ciastkarni przy bocznej uliczce, która nie tylko, że owej kawy nam nie skąpiła, ale na dodatek obsługę okrasiła przesympatycznym uśmiechem...
Czyli jednak część Łańcuta wkroczyła w wiek XXI...
     W odrobinę lepszych nastrojach ruszyliśmy w drogę...


     Słoneczko towarzyszyło nam nieprzerwanie, błękitek rozświetlał niebo (co jest niezaprzeczalnym znakiem, że grzeczni byliśmy okrutnie, bo Anioły zadowolone do domeczku w niebiesiech wróciły), a w Polańczyku czekał na nas nas przyjaciel...



poniedziałek, 16 lipca 2012

O genialnych pomysłach, rajskich widokach, upartej koteczce i oddechach aniołów...

     Po weselnej zadymie, kiedy ciśnienie już z lekka opadało, kosteczki ujawniały swoje prawa nieziemskim wręcz bólem, a na słowo "kanapa" reagowałam ślinotokiem, Pan N.niespodziewanie objawił mi swój pomysł...
     - A może byśmy tak skoczyli na kilka dni w Bieszczady...?? - i szelmowsko się przy tym uśmiechał, bo wiedział, że gdzie jak gdzie, ale w Bieszczady to ja zawsze...
     - Nad Solinkę na ten przykład...?? - kusił dalej...
Orzesz...(ko)...
     Pewnie, gdyby zaproponował jakieś inne malownicze miejsce to mój wrodzony upór domagał by się jakiejś dodatkowej argumentacji, ale w Bieszczady ?? Nad Solinkę ?? 
Mogę nawet boso i piżamie...
Nie musiałam...Pan N. w dobroci swego serca nie tylko pozwolił mi się ubrać i obuć, ale miałam nawet kilka godzin na spakowanie niezbędnego ekwipunku...
     Bieszczady...Echhh...
     Mając świadomość, że sezon właśnie rozpoczął się pełną parą miejsca noclegowe wyszperaliśmy w neciku i zarezerwowali telefonicznie (hymny pochwalne piać będę dozgonnie na cześć Pani Mamy naszego Gospodarza, która miała świetną orientację kto co ma, i od kiedy do kiedy)...
     Ruszyliśmy w drogę bladym świtem i zaraz za pierwszym zakrętem Zaścianka z utęsknieniem wypatrywałam  zielonych wzgórków Pogórza Bieszczadzkiego...
To się nazywa tęsknota...
No i jak zawsze góry mnie zaskoczyły...
     Wyłoniły się z nagła na linii horyzontu i machały radośnie na powitanie...A ja niczym mała dziewczynka zaczęłam się wiercić i kręcić na siedzeniu pasażera, jakbym zakładała, że to przyspieszy naszą podróż...Pan N. uśmiechał się ze zrozumieniem, a na twarzy wypisany miał komunikat...
     "Mam Żonę z bieszczadzkim świrem"...
Echhh...
     Chłonęłam całą duszą te wzgórza na horyzoncie, i zieloność lasów, i złoto niezebranych jeszcze zbóż, a Pan N. poganiał "naguska" ile sił w prawej nodze unikając jak się tylko da magicznych fotek z przydrożnych radarów (ciekawe jak obszerny to będzie albumik ;o) )...
     W końcu dotarliśmy do Polańczyka, odnaleźliśmy stromą dróżkę do kwater i ...


 tak, tak...dokładnie taki widok mieliśmy z okienka...
     Kiedy myślałam, że lepiej już być nie może Pani Gospodyni ze skromnym uśmieszkiem zakomunikowała...
     - Za tą łączką na górce mamy punkt widokowy, więc jeśli by Państwo chcieli widoczków...- i zawadiacko zawiesiła głos...
Orzesz...(ko)...
W trzy minuty byliśmy rozpakowani...
Droga na punkt widokowy zajęła nam kolejne trzy minuty...
I odkryliśmy dlaczego się mówi, że w górach jest się bliżej Boga...



     Jeśli by się kiedyś okazało, że grzesznica ze mnie kiepska i Bozia by mi kawałek raju szykowała, to nie mam nic przeciw temu, aby tak właśnie wyglądał...
     Bieszczady jak serweta na tacy Kelnera i danie główne...Solina...udekorowana apetycznie bieluśkimi żaglami, delikatnymi obrzeżami plaż i wcinającymi się malowniczymi pomostami...
Aż ma się ochotę sięgnąć po widelczyk i uszczknąć odrobinkę...
     Te gastronomiczne porównania spowodowały powrót świadomości i przyswojenie stanu realistycznego...
Jesteśmy głodni...
     Może i duszyczki mamy wypełnione doznaniami estetycznymi, ale nasze żołądki dopominają się strawy bardziej treściwej...
Ruszyliśmy więc na rekonesans gastronomiczny...A właściwie zamierzaliśmy ruszyć, bo na przeszkodzie stanął nam dziki zwierz...
     Kiedy doczłapaliśmy na parking okazało się, że nasz "nagusek" został zaadoptowany na domek dla pewnego sympatycznego czworonoga...

 



     Nie pomogła żadna perswazja...Koteczek był głuchy na tłumaczenia i argumenty...Wyszło na to, że negocjator ze mnie kiepski, a mycie kocich łapek jest zajęciem znacznie ważniejszym, niż jedzenie kolacji...


     No cóż...Trzeba było zastosować przymus prawie bezpośredni...Pan N. wsiadł do autka energicznie trzasnąwszy drzwiami, a ja pilnowałam, żeby koteczka (notabene przyszła mamusia) czmychnęła w odpowiednim kierunku...
Zwierz w końcu może i dziki, ale swoje prawa ma...
Na marginesie dodam, że przez kolejne cztery dni miałam w koteczce wiernego przyjaciela...A właściwie, to moje ręce miały przyjaciela, bo ledwie parkowaliśmy "naguska" koteczka wyrastała jak spod ziemi gotowa na głaskanie i drapanie...
     Kolacyjkę wsunęliśmy w tempie ekspresowym, rekonesans wstępny zakończył się odkryciem kilku doprawdy urokliwych miejsc i niczym w transie wróciliśmy tam gdzie każdy podmuch wiatru był jak oddech aniołów...


Niech żyją Bieszczady !! Niech żyje Solina !! Niech żyją szczęśliwie nasi Młodzi !! Niech Pan N. zawsze miewa tak genialne pomysły !!


                                         Wasze zdrowie !!

niedziela, 15 lipca 2012

Gordyjka z Zielonego Wzgórza...

      Wiem, wiem...Podpadłam...
     Tak się jakoś porobiło, że z zamętu remontowego wpadliśmy w zamęt weselny, a później...
Hmmm...
     A później "zły" nas podkusił i tak jak prawie trzydzieści lat temu moi Rodziciele, tak i my postanowiliśmy ruszyć w podróż "poweselną"...Tak, tak...To bardzo słuszna tradycja, którą polecamy wszystkim potencjalnym "weselnym" Rodzicom...
Toż w żadnej konstytucji zapisu nie ma, że nam się już nic od życia nie należy poza oczekiwaniem Wnuków...
A co !!
      No to "nagusek" został zapakowany w rzeczy istotne i potrzebne, i ruszył tam gdzie serducho Gordyjki rwie się zawsze i nieustannie...

                                                       "Anioły są całe zielone
                                                       Zwłaszcza te w Bieszczadach
                                                       Łatwo w trawie się kryją
                                                       I w opuszczonych sadach"
                                                                                      SDM