Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

poniedziałek, 4 listopada 2013

Jak zostałam przemytnikiem cz.III

     Kiedy zaraz po przyjeździe do Hajduszoboszlo rozpakowywałam bagaże, zauważyłam, że w jednej z kieszonek plecaka mam ukryty woreczek z plakietkami "Solidarność"...
Widok maleńkiej biało-czerwonej flagi wywołał mimowolny uśmiech...
     Czy zdawałam sobie sprawę z tego co zrobiłam ??
Po części...
     W Polsce wiedziałam...
     W Polsce złapana z takim "pakietem" mogłam liczyć tylko na długie nogi i niezłą "czasówkę"...
     Na Węgrzech ??
     Uśmiechnęłam się do tej naszej flagi jeszcze raz i schowałam woreczek na samym dnie plecaka...
Leżały sobie tam bezpieczne, aż do wycieczki do Budapesztu...
     Po wizycie na Wzgórzu Gellerta nastąpił najbardziej niespodziewany przez nas obrót akcji...Ale, że już kiedyś o tym pisałam...

http://gordyjka.bloog.pl/id,330478128,title,Marzenia-o-drugiej-Polsce,index.html

Tyle, że...
      Rozdałam wówczas wszystkie posiadane w plecaku plakietki, bo widok wzruszenia na twarzach Węgrów i mnie się udzielił...
A Oni trzymali te plakietki w dłoniach jak największy skarb...
     Nie zdążyłam jeszcze zrobić kroku przez próg owego baru, kiedy jeden z Węgrów złapał mnie za rękę...
Kiwnął na resztę Towarzystwa i zrobiło się straszne zamieszanie...
Każdy wpychał mi do dłoni banknoty...
     - Masz sobie kupić coś dobrego !! - przetłumaczył mi Nauczyciel...- Na pamiątkę...I powiedz, że Oni...
Nie dowiedziałam się "co Oni", bo wzruszenie odebrało Nauczycielowi głos...
Po kilku gorących protestach z mojej strony, w końcu skapitulowałam...
     - Powiem...- przyrzekłam...
Wyszłam trzymając w dłoniach spore pliki banknotów...
     - No to teraz jesteś przestępcą międzynarodowym...- obwieścił nasz Przewodnik...
Orzesz...(ko)...
     Długo nie mogłam wyjść z szoku jaki spowodowało niespodziewane spotkanie...
W drodze do Ośrodka siedziałam milcząca...
Wszystkim nam jakoś tak było niewyraźnie...

cdn...
    

niedziela, 3 listopada 2013

Jak zostałam przemytnikiem cz.II

     Z tym obozem młodzieżowym na Węgrzech to była w ogóle skomplikowana sprawa...
Kiedy ziemia skuta była jeszcze styczniowymi mrozami Mamciaś zapytała w czasie kolacji...
     - A może byś na obóz pojechała...Taki zwykły...Z Młodzieżą...
     - Mogę jechać...- wymruczałam wgryzając się w kanapkę...
     - Na Węgry...- dodała Mamciaś...
I w domu rozpętał się Armagedon...
W Ojca jakby grom z jasnego nieba trafił...
     - Na Węgry ?! Oszalałaś !! Ona ma piętnaście lat !! Gdzie Ty Ją chcesz wysłać ?? Z kim ?? - słowotok Rodziciela zawierał również mniej cenzuralne słowa...
     Mamciaś przybrała kamienny wyraz twarzy, świadczący o tym, że nawet najgorsze wulgaryzmy nie zrobią na Niej wrażenia...
Ja zamarłam z kanapką w dłoni...
Ojciec wrzeszczał...
Wrzeszczał tak chyba z godzinę, bo herbata wystygła zupełnie...
     Mimo kilku miesięcy awantur o ten wyjazd, Mamciaś dopięła swego...
Wyrobiła mi tymczasowy dowód (niezbędny do wyjazdu), zgromadziła wszystkie niezbędne dokumenty i zaświadczenia, i mimo moich sprzeciwów skompletowała garderobę "na zagranicę"...
     Ruszyłam w szeroki Świat...
     W sumie było mi wszystko jedno, czy wakacje spędzę na Węgrzech, czy w Pcimiu Górnym (nie obrażając Pcimia), ale zrobienie Ojcu na przekór ogromnie mi się podobało...
     Naszą bazą było Hajduszoboszlo...
     Kto nie był, niech żałuje...
     Ale nie o urokach tego Miasta pisać miałam, a o moim "przestępczym" procederze...
     Nasz Ośrodek położony był na obrzeżach Miasta i miał jedną, jak dla mnie egzotyczną rzecz...
Umywalnia była na świeżym powietrzu...
Niezbyt wysoki murek, a na nim zamontowany ciąg umywalek...Mycie zębów to była taka publiczna manifestacją umiłowania higieny...
W czasie owego "mycia zębów" podeszła do mnie Kobieta i oświadczyła...
     - Kupie...- obrazowo szarpiąc mój ręcznik...
Jako osobnik w Świecie nie bywały zrobiłam minę klasycznego gamonia i przytuliłam ręcznik do piersi...
     - Kupie...- powtórzyła Kobieta...
Orzesz...(ko)...
Przyjdzie mi chyba stoczyć wojnę polsko-węgierką o zachowanie w dobytku owego ręcznika...
     Z błaganiem w oczach spojrzałam na myjącego się obok starszego Kolegę...
Akurat spojrzenie na "starszego Kolegę" trudne nie było, bo zgodnie z przewidywaniami Ojca, na obozie byłam najmłodsza...
Chłopak w lot pojął moje cierpienie...
     - Ile ?? - zapytał...
A ja już całkowicie zbaraniałam...
Będą handlować moim ręcznikiem !!
     Kobieta wymieniła kwotę (niestety nie pamiętam)...Kolega podbił stawkę...Kobieta się zastanawiała i obmacywała mi ten ręcznik wręcz nieprzyzwoicie...
W końcu wyszperała z kieszeni banknot i mi podała...
     - Bierz !! - pogonił mnie Kolega... - to bardzo dobra cena za mały ręcznik...
Ło Matko i Córko...
     Kobieta bardzo zadowolona składała ręcznik i upychała do niesionego wiaderka...
     Stałam jak sparaliżowana trzymając w jednej dłoni szczoteczkę do zębów, a w drugiej świadectwo mojej zdrady wobec osobistego ręcznika...
     - Masz tego więcej ??- zapytał Kolega...
     - Czego ??- nie pojmowałam pytania...
     - No...Ręczników !! Masz jeszcze jakieś ?? Bo ja już wszystkie opchnąłem...- wyznał...
     - Mam jeszcze trzy...- inwentaryzowałam w pamięci moje bagaże...
     - To pohandlujemy...- z widoczną radością oświadczył Kolega i podał mi kawałek papierowego ręcznika, żebym się mogła wytrzeć...
     Proceder powtarzał się codziennie...
     Kobieta pojawiała się natychmiast, jak tylko nałożyłam pastę na szczoteczkę...
Kolega wykazywał się prawdziwym talentem handlowym...
     Sprzedał wszystkie moje ręczniki, łącznie z takim maleńkim-podróżnym, sprzedał trzy moje kretonowe spódniczki szyte przez Mamę, sprzedał sukienki, które Mama mimo moich sprzeciwów wcisnęła w bagaż, a na dodatek sprzedał również dwie powleczki na jasiek i spałam przez ostatnie dni na gołym wsypie...
I wszystko działo się w owej publicznej łazience...
     Mój portfel pęczniał w oczach, bo wytargowane przez Kolegę kwoty wcale skromnymi nie były...
     Ale prawdziwego "cudu" ekonomicznego dokonałam przez całkowity przypadek w Budapeszcie...

cdn...

piątek, 1 listopada 2013

Inne spojrzenie na Dzień Wszystkich Świętych...

     Wyjątkowo ruszyliśmy na cmentarze w południe...Pan N. po nocnej zmianie musiał się odrobinkę zdrzemnąć...
     Jechaliśmy niespiesznie, bo pośpiech w tym Tłumie nie jest wskazany...
Setki samochodów na trasie...
Setki samochodów na parkingach...
Tysiące Ludzi...
     Podobno ten Dzień wywołuje w nas zadumę...
Fakt...
Kilku zadumanych Kierowców minęliśmy po drodze...Takich bardziej nieobecnych duchem...
     Wszędzie nerwy, mruczane wulgaryzmy, machanie kończynami...
Po co ??
Echhh...
I jakoś tak zaczęliśmy rozmawiać o pracy Policji...
     Nie wiem jak u Was, ale na cmentarzach, które my odwiedzaliśmy w tym roku Policji było niewyobrażalnie dużo...
Posterunki na parkingach...
Posterunki na skrzyżowania...
Posterunki na drogach dojazdowych...
I przyznam, że tak sprawnie jak w tym roku jeszcze nie było...
Ale opowiem Wam o pewnym incydencie...
     Pod jednym z cmentarzy dwóch Policjantów organizowało ruch...Jeden zajmował się płynnym ruchem Pieszych, Drugi Zmotoryzowanych...
Mimo ogromnego ruchu wyglądało to imponująco i widać było, że Panowie świetnie się rozumieją...
W pewnym momencie Policjant "od Zmotoryzowanych" wstrzymał ruch, a Policjant "od Pieszych" wskazał przejście...
I kiedy na pasach był spory tłumek, jeden z Kierowców ruszył przez pasy i mało nie zaparkował w "tylnej części" Policjanta...
Policjant podszedł i zwrócił uwagę Prowadzącego, że stwarza zagrożenie dla Pieszych...
I co robi Kierujący na to ??
     - Niech Pan na mnie nie krzyczy !!
     - Ja nie krzyczę, ja mam taki głos... - odpowiedział Policjant... - ale skoro to Panu przeszkadza to bardzo proszę zjechać w tą boczną uliczkę...
I Policjant sięgnął po bloczek z mandatami...
     A wystarczyło po prostu powiedzieć "przepraszam"...
     Jedno słowo...
     Wiemy bo też zaparkowaliśmy sobie dzisiaj z fantazją i Pan Policjant był zmuszony wysiąść z radiowozu, żeby nas zdyscyplinować...
     Policjanci dzisiaj nie mieli Święta...
     To najtrudniejszy w roku dzień Ich pracy...
     Robią wszystko abyśmy świecili znicze, a nie żeby nam je świecono...
     Policjanci i Kierowcy autobusów mają w Dzień Wszystkich Świętych "przechlapane"...

P.S. Przy okazji pozdrawiam serdecznie Pana Policjanta z Zaścianka, który tak pięknie machał do nas "łapkami"...;o)

Na przekór...

czwartek, 31 października 2013

Jak zostałam przemytnikiem...cz.I

     - Najświętsza Panienko !!  -wrzasnęła Mamciaś...
     - Boże... - wyszeptał Ojciec...
     Wyrwana z drzemki tym niespodziewanym objawem religijności Rodziców, przecierałam sklejone snem oczy...
     - Cześć... - wymruczałam, bo nic bardziej logicznego do głowy mi nie przyszło...
     - Co to jest ?? - zapytała Mamciaśka wykonując zamaszysty ruch ramionami...
     - Ukradłaś ?? - bardziej dosadnie zapytał Ojciec...
     - Nic nie ukradłam...Zakupy to są...Dla Was...- wyjaśniłam...- Dla mnie też... - dodałam po chwili...
     Dopiero teraz zauważyłam, że Rodzice nawet bagaży nie postawili na podłodze, tylko stali w progu pokoju objuczeni jak wielbłądy...
Z obłędem w oczach i kompletnie bezmyślnie odstawili torby tam gdzie stali...Dokładnie na samym środeczku...
Mój "rozum" wracał z niebytu...
     - Chcecie kawy ?? - zapytałam...
     - Kawy ?? Masz kawę ?? - Mamciaś przymrużyła oczy z niedowierzaniem...
     - Mam...Dwa kilo...I czekoladę...I rodzynki...I masę innych dziwnych rzeczy... - wyliczałam...
     - Ojjj... - wydobyło się z mojej Rodzicielki i przysiadła Bidulka na brzegu wersalki...
     - Skąd to ??  - Ojciec w dalszym ciągu oczekiwał wyjaśnień...
     - No jak skąd ?? Ze sklepu !! - nie mogłam pojąć reakcji Rodziców...
     - Tato...Może się piwa napijesz ?? Takiego prawdziwego...Z puszki... - rzuciłam i ruszyłam szykować Mamie obiecaną kawę...
     - Piwo ?! Masz piwo ?? - reakcja Ojca przy panującym upale wydawała mi się mało przesadzona...
     - Szampana też mam, ale ciepły, a piwo wrzuciłam do lodówki... - zdawałam relację...
     Ojciec rzucił się w stronę kuchni niczym wygłodniały tygrys, i chociaż wydawało mi się to niemożliwe z racji ograniczonego metrażu owego przybytku, minął mnie w przejściu...
     - Piwo !! - wrzasnął Ojciec zajrzawszy do lodówki... - Piwo !!
     I jak totalny szaleniec porwał zgrzewkę browara i zaczął jakiś taniec godowy...
     - Tato...Przecież Ci się wyleje przy otwieraniu... - zauważyłam logicznie...
     - Matka !! Chcesz piwo ??  - wrzeszczał Ojciec totalnie ignorując moją sugestię...
     Po chwili Oboje siedzieli na wersalce, schlapani piwem i wniebowzięci...
     - Dobre !! - wymruczał Ojciec między łykami...
     - Pyszne... - potwierdziła Mama oblizując się apetycznie...
     - Chleba nie mamy... - wymruczałam... - zejdę do spożywczego...
I nim Rodzice odpowiedzieli wyszłam z mieszkania...
Kiedy wróciłam z pieczywem Rodzice się opamiętali...
     - Opowiadaj !! - zażądała Mamciaś...
     - Było wspaniale...Warunki może skromne, ale pogoda i baseny świetne...Jedzenie też było dobre...- zaczęłam moje sprawozdanie z pierwszego w życiu obozu młodzieżowego na Węgrzech...
     - Ale skąd tyle zakupów ?? - okazał swoje zniecierpliwienie Ojciec...
     - Ojjj Tato...Tam wszystkiego w sklepach jest multum...Półki pełne...Grzech by było zakupów nie zrobić...- jęczałam niewyraźnie, bo z tymi zakupami nie wszytko było takie jasne...
     - Ale to cały majątek !! Jakim cudem wystarczyło Ci pieniędzy ?? - prowadziła dochodzenie Mama...
     - Niewiele kupowałam...I...- dalszy ciąg ugrzązł mi w gardle...
     - I ?? - dopytywała Mama...
Echhh...Jak nic wszystko będą chcieli ze mnie wydusić...
     - Wymiany miałam dużo...- zaczęłam niewyraźnie...- i sprzedałam kilka rzeczy...- wyrzuciłam tchnięta odwagą...
     - Co ??!! - wyrwało się z Rodziców jednocześnie...
     - Sprzedałam...- wymruczałam...
Mina Rodziców była bezcenna...

cdn...
 

wtorek, 29 października 2013

Selekcjoner z "promocji", czyli "kochamy" okazje...

     Od pamiętnego dnia, w którym to Pan Fornalik jako pierwszy Polak pojechał do Anglii  stracić pracę, Kibice w całym kraju oczekiwali na wybór nowego Selekcjonera Kadry...
W Mediach pojawiały się coraz bardziej egzotyczne typy, każdy Rodak odróżniający spalonego od karnego miał swojego Pewniaka, aż w końcu "nadejszła wiekopojmna chwiła"...
Pan Prezes był nawet na tyle uprzejmy, że powiadomienie wystosował przed oznaczonym terminem...
     Selekcjonerem został Pan Nawałka...
     Można by nawet powiedzieć, że Pan Nawałka został Selekcjonerem w promocji...
Dlaczego ??
Bo Pan Nawałka jest, nie obrażając nikogo, tani jak "barszcz"...
Dostanie miesięcznie jakieś 80 do 100 patali...
Pikuś...
Właściwie trudno się obruszać, skoro stawki piłkarskie idą w miliony i to euroków, a Pan Nawałka dostanie pensyjkę w rodzimej walucie...
Drobne...Prawdziwe drobne...
Tyle, że...
     Każdy kto choćby podczytuje informacje sportowe wie, że z tą naszą Kadrą źle się dzieje od wielu lat i zmiana Selekcjonera do niczego nie prowadzi...
Wszak, skoro najlepsze nasze Drużyny ligowe wypadają bardziej niż blado w rozgrywkach europejskich (Legia nie zdobyła dotychczas nawet jednego punktu, że o brameczce nie wspomnę), to logicznym mi się wydaje, że jakoś Ci nasi Trenerzy kiepsko się spisują...
Bo skoro w Europie sobie nie radzimy, to gdzie nam szukać Przeciwników w Świecie ??
Ale w końcu Pan Prezes wie lepiej...
     Żeby wybór stał się bardziej "strawny" tuż przed ogłoszeniem decyzji nastąpiły w naszej Lidze dziwne zjawiska...
Żeby nie powiedzieć cuda...
     Drużyna przyszłego Pana Selekcjonera z nagła zaczęła wygrywać w sposób wręcz nadprzyrodzony...
Jakieś dziwne decyzje Sędziów...
Jakieś zrywy drużynowe do walki w ostatnich minutach...
Jakieś dziwne wyniki, które miały się nijak do obrazu gry...
Cuda...Prawdziwe cuda...
     No i wyszło czarne na białym, albo na odwrót, dla bardziej dociekliwych, że lepszego Trenera nad Pana Nawałkę nie posiadamy...
Nie przeczę...
Wszak obraz naszej Ligi potwierdza ową sugestię...
Nie posiadamy dobrych Trenerów...
     Ale Pan Prezes stwierdził, że Trener z "obcych Landów" potrzebował by przynajmniej rok na zaznajomienie się z naszymi Piłkarzami i nijak by się do Mistrzostw Europy nie wyrobił z budową "nowej" Reprezentacji...
Hmmm...
     Tutaj to ja się znowu nie zgodzę, bo kilku rodzimych Selekcjonerów, którzy tą Reprezentację budowali ostatnio też kiepsko sobie z tym rozeznaniem radziło...
A jeśli mnie pamięć nie myli to sukcesy w tej materii miał ostatnio niejaki Don Leo...Na dokładkę Holender...
Więc o co "biega" Panu Prezesowi ??
     "Tymczasówki" się nie sprawdziły...
     Pan Smuda zakończył "na tarczy"...
     Pan Fornalik zakończył "na tarczy"...
To były kontrakty od imprezy do imprezy...
Teraz Pan Nawałka ma dwa lata...
     A może tajemnica tkwi w tej "promocji" ??
     Wszak ponoć jesteśmy Narodem miłującym "tanie" okazje...

niedziela, 27 października 2013

Przeczekalnie, czyli o naszej edukacji...

     Uffff...
     Powinnam odetchnąć z ulgą...
     Ale jakoś tak, wcale nie jest mi lżej...Chociaż, czego by nie mówić...Sprawa bezpośrednio mnie nie dotyczy...
     "Sześciolatki idą do szkoły"...
Orzesz...(ko)...
     Ja wiem, że dzisiejsze "Sześciolatki" różnią się znacząco od Sześciolatków sprzed dwudziestu, albo trzydziestu lat, ale przyznam szczerze...Społeczna kampania Ministerstwa do mnie nie przemawia...
Wręcz przeciwnie...
Tak kampania ma charakter ogłupiający...
Tyle, że mamy niż demograficzny, Dzieci w szkołach jest coraz mniej, a z nauczycielskimi etatami coś rozbić trzeba...
No to jest jakieś wyjście...
     Zagonimy Sześciolatków do szkół, etaty się zapełni i jakoś się tą największą biedę  pokona...
Na ile to rozwiązanie wystarczy ??
Powiedzmy na kilka lat...
Potem się do szkół zagoni Pięciolatków...
     Na wyż demograficzny nam się nie zanosi, bo Rząd robi wszystko, żeby Młodych do posiadania Potomstwa zniechęcić, no to jakoś znowu te szkoły zapełnić będzie trzeba...
A mózg "prany" od "maleńkości" jest bardziej podatny...
Dlaczego "prany" ??
     Mój stosunek do dzisiejszej edukacji jest niestety bardziej niż krytyczny...
     Rolę szkół w procesie wychowawczym zdegradowano do "przeczekalni"...
Trzeba "przeczekać" do matury...
I wcale nie jest to "kamyczek" do nauczycielskiego "ogródka"...
W sumie Nauczyciel teraz nic nie może...
     Nie może uczyć myślenia, bo tego nie ma w programie...
     Nie może wychowywać, bo szkoła ma edukować...
     Nie może ukarać, bo karanie jest niepedagogiczne...
Nie może...
Echhh...
     Teraz to ja dopiero rozumiem polskie przekleństwo "Obyś cudze Dzieci uczył"...
     System jest zły, a zanosi się na to, że będzie jeszcze gorszy...
     Wiedzą o tym Nauczyciele, wiedzą Rodzice i co najbardziej zaskakujące coraz częściej swoje negatywne odczucia wyrażają Uczniowie...
     Tylko Ministerstwo nie wie...
A wręcz przeciwnie...
     Ministerstwo jest ogromnie zadowolone ze swoich sukcesów...
     Z jakich ?? - zapytacie...
- Prace domowe przygotowywane na zasadzie "kopiuj-wklej"...
- CV zawierające błędy ortograficzne...
- Problemy z dodawaniem i odejmowaniem w zakresie do stu...
- Tabliczka mnożenia opanowana w stopniu mizernym...
     To takie moje obserwacje z życia wzięte...
     Ale czego wymagać, jeśli podręczniki zawierają dzisiaj więcej "obrazków" niż wiedzy...
     Pamiętam moje przerażenie kiedy Córka przyniosła swoje książki do "gimnazjum"...
     - A z czego się będziecie uczyć ?? - zapytałam...
Miałam porównanie, bo Syn szedł jeszcze trybem "ośmiolatki"...
     Po kilku latach od wprowadzenia owej "reformy", wszyscy wiedzą, że to niewypał...
Ale...
Ale rozbrojenie owego "niewypału" jest niewygodne...
     Bo po co rządzącym inteligentne Społeczeństwo, skoro z takim jak jest kiepsko sobie radzą ??

środa, 23 października 2013

Jak to z pewnymi niespodziankami było...

     Za morzami, za lasami, za siedmioma wzgórzami...A może całkiem niedaleko...Mieszkała sobie pewna rodzina...
     Była Matka, z oczami pięknymi jak gwiazdy...Był Ojciec, o surowym obliczu...I czworo dzieci, radosnych i rozbrykanych...
Bardzo się kochali...
     Kiedy zbliżało się święto Matki dzieci postanowiły, że podarują Mamie coś pięknego...A że pieniążków nie miały, więc postanowiły, że każde z nich zrobi Mamie prezent samodzielnie...
W domu zapanowała tajemnicza cisza...
Dzieciaczki pochowały się po kątach i wymyślały niespodziankę...
A kiedy już wymyśliły, to cisza zapanowała jeszcze większa, bo każde przystąpiło do wytężonej pracy...
     Po kilku dniach dom rozdźwięczał radosnym śmiechem...
     Najstarsza córcia skończyła swoją pracę...






Rodzeństwo z przejęciem podziwiało jej pracę...
     - Piękne !! - zakrzyknęli zgodnie na widok wycinanki...
     A kiedy emocje opadły, wróciły do swoich prac...
     Nazajutrz swoją pracę skończyła druga córcia...





     - Piękne !! - zakrzyknęło rodzeństwo i długo przyglądało się wspaniałemu bukietowi...
     Ale czas uciekał, a nie wszystkie niespodzianki były gotowe...
Dzieciaczki wróciły do pracy...
Wieczorem w radosnym domu rozległo się trzecie ...
     - Ufff !!
Kolejna niespodzianka była gotowa...




     - Mniam !! - zakrzyknęło rodzeństwo...
     - Ależ to smakowity prezent... - pochwaliła pracę najstarsza siostra...
     - A Ty ?? - zapytała najmłodszą siostrzyczkę...
     - Jesce nie mam... - wyznała najmłodsza siostrzyczka, zachlipała cichutko...I ruszyła do swoje kącika...
     - Spiesz się !! - zganiła ją najstarsza siostra...- To jutro !!
     Kiedy popołudniu Rodzice wrócili do domu dzieci rzuciły się do Mamy z życzeniami i niespodziankami...
Ależ pięknie się zrobiło...
Wzruszenie aż wycisnęło łzy szczęścia z tych maminych oczu jak gwiazdy...
     - A Ty nic nie masz dla Mamy ?? - zapytał Ojciec stojącą w kąciku najmłodszą córeczkę...
     Dziewczynka zawstydziła się bardzo...Buziaczek wygiął się w podkówkę...Oczka się zmrużyły...I zachlipała cichutko...
     - Się spsuło... - i wręczyła Mamie zachlapany kartonik...




     
     - Ależ piękne !! - zakrzyknęła Mama...
     - Piękne !! - potwierdziła cała rodzinka...
Ojciec przyglądał się pracom swoich dzieci w milczeniu...
     - Trzeba jakoś uczcić takie piękne prezenty... - stwierdził poważnie...
Mama z aprobatą kiwała głową...
     - Podzielę rok na cztery części i będziecie go malować...Dobrze ?? - zapytał swoje dzieci...
     - Dobrze Ojcze Czasie !! - dzieciaczki zgodziły się z entuzjazmem...
     - Co myślisz o moim pomyśle Matko Ziemio ?? - zapytał z radosnym uśmiechem swoją Żonę...
     - To wyśmienity pomysł !! - zgodziła się Matka Ziemia...- Niech wszyscy podziwiają jak piękne dzieła umiecie zrobić...
     Dzieciaczki przytuliły się do Matki...I Zima, o włosach srebrzystych jak sople lodu...I Wiosna, z oczami jak bławatki...I Lato z ustami jak dojrzałe wiśnie...I zawstydzona Jesień, w wybrudzonym farbkami fartuszku...