Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

piątek, 17 maja 2019

WWW, czyli Wielka Wyprawa Wrocławska...cz.4

     Plany planami, ale co robić 3-go Maja ??
Punkt pierwszy:
     Kolejkowo !!
I kolejny strzał w dziesiątkę...;o)
     Bilety zapobiegawczo zamówił Dziadziuś przez neta, zaraz po "klęsce racławickiej" i jechaliśmy na pewniaka...
Kolejka była spora...


Przynajmniej dwie godziny stania na przejmującym chłodzie...
Tą rozrywkę żeśmy sobie darowali...;o)
     A potem były same zachwyty, wzdychanie i snucie planów, jak namówić Misiowego Tatę na remont salonu i budowę "kolejkowa"...
Dlaczego ??
Oto przyczyna...


     Takie obrazy wydobywają zachwyty nawet z bardzo dorosłych i poważnych osobników...
     Po prostu piękno i precyzja (o dowcipie skierowanym do dorosłych nie wspomnę)...Pewnym jest jedno, ekspozycję trzeba oglądać bardzo uważnie...;o)
Pętelki po Kolejkowie zrobiliśmy dwie, zanim Księciunio ogłosił odwrót...
Wspaniałe miejsce dla Nielotów i Doroślaków też...
A że pikniki zaczęły się nam podobać, więc ruszyliśmy na kolejny...
     Piknik na Torze Wyścigów Konnych...


     Nie miałam okazji być w takim obiekcie (unikam hazardu jak diabeł święconej wody), ale robiło to wrażenie...Szczególnie, że tuż za bramą minęły nas galopujące koniki...
     We mnie dusza zapiszczała, a Księciunio kategorycznie odmówił jazdy na kucyku, spodziewając się takiego właśnie galopu...
     Dobrze, że była kolejka i mógł skonfrontować wyobrażenie z rzeczywistością, szczególnie, że już jeździł i bardzo Mu się podobało...
Zapobiegawczo Babcia asekurowała (mimo asekuracji Obsługi), a Dziadziuś szedł krok dalej, nakręcając wyczyny komórką...;o)
Okazało się, że kucyk wcale nie jest straszny, a po odbytej jeździe, Księciunio zapragnął jeździć częściej...;o)
     Potem było tak...


     Babcia załapała się na cukrową watę (wiwat Wnuki !!), a Księciunio upatrzył sobie balonik (nigdy o nic nie prosi, więc takie okazje wykorzystujemy od razu)...Różowy balonik w kształcie samolotu...
     Nie mam pojęcia jakimi torami idą dziecięce zachwyty, ale ten balonik zachwycił dwa razy...Raz Księciunia, który bawił się nim wspaniale...Drugi raz Princeskę, która na widok balonika, aż pisnęła z zachwytu (chociaż troszkę się go bała), a potem ruszyła galopem trzymając sznurek, a balonik Ją gonił...Jeden pisk zachwytu !!
Ale my ruszyliśmy odpoczywać...
     Następny dzień miał być ciężki, bardzo ciężki...

wtorek, 14 maja 2019

WWW, czyli Wielka Wyprawa Wrocławka...cz.3

Ten dzień zaczął się od dwóch klęsk...
     - Babciu, a my nie mamy flagi...- obwieścił Księciunio zmartwionym głosem zaraz po zajęciu miejsca w foteliku...
Zonk...
Babcia zapomniała flagi !!
A była przygotowana, czekała...
Echhhh...
     Druga klęska...


     Kościuszko pod Racławicami dał sobie radę, my "pod" Panoramą ponieśliśmy klęskę...
     Fakt, wiedziałam, że łatwo nie będzie, bo rezerwacje robi się ze sporym wyprzedzeniem...Liczyłam na farta...Przeliczyłam się...
     Humor poprawiła rezerwacja na niedzielę i Krasnoludek na koniku (na Krasnoludki zawsze można liczyć)...
Ale po klęskach, z reguły przychodzą sukcesy...
     Kiedy poszukiwaliśmy miejsca postojowego (chcieliśmy zdradzić parking "kaśki"), Dziadziusiowi wpadł w oko piknik pod Muzeum Narodowym...
     To mógł być sukces...
     Ale po euforii związanej ze zdobyciem biletów na Panoramę, Babci "pokiciały" się kierunki i wylądowaliśmy tutaj...


A nie...To kolejny Krasnoludek...;o)
Ale miejsce właściwe !!
     Nabrzeże Odry...Rzeka...Statki...Cała "wizytówka" Wrocławia przed oczami...
No to chlup !!


Chłopaki wskazywali Panu Kapitanowi drogę...


Babcia leżakuje...(Pod pledzikiem)...


Nasz Tygrysek też chwilami leżakował pod pledzikiem...;o)
     Było jak trzeba...
     Statek miał flagę...Słoneczko pięknie świeciło...Kawa była wyśmienita...Na brzegu stała kolejka do bramy ZOO...A my "zwiedzaliśmy" Wrocław oczami...;o)
     A po zacumowaniu udało się nam odnaleźć Piknik !!
I teraz to się dopiero zaczęła radocha...;o)
     Dwadzieścia lat w NATO i zamiast działań wojennych wszędzie słychać radosne okrzyki i śmiech dzieciarni...
     Żołnierze, Policjanci, Strażacy i Służba Więzienna urządzili Piknik...
Cudności wielkiej to był piknik...
     Księciunio najpierw troszkę się wstydził, ale kiedy załapał, że wystarczy wyciągnąć ręce do Żołnierzy, a Oni przetransportują go na "Langustę", czy "Leoparda", wykorzystywał to bez zahamowań, a wręcz domagał się "usługi"...
     A kiedy do zabawy włączył się Dziadziuś, Babcia awansowała na "pierwszego plecakowego" i "robiciela fotek"...

     Nie wiem jak Żołnierze ćwiczą swoją cierpliwość, ale jest ona ogromna...Równie wielka jak sprawność fizyczna, bo "przerzucili" tych Nielotów setki (Doroślakom też pomagali włazić)...
     A kiedy Pani Żołnierka pozwoliła Księciuniowi wziąć prawdziwy karabin do rąk (wiecie, taki z lunetą), a na dodatek pokazała gdzie patrzeć i jak patrzeć, obawiałam się, że to może być pierwsza miłość Księciunia, bo długo się na Panią Żołnierkę oglądał...
     Potem byli Strażacy...
     Tych to Księciunio kocha od urodzenia...;o)


     Ale siedzenie w wozie strażackim w hełmie strażackim, to był szczyt szczytów szczęścia...Nawet się Babcia trochę o majty bała, bo z takiego szczęścia to się mogło przytrafić nieszczęście, ale skoro jest się prawieŻołnierzem, prawieStrażakiem, a to dopiero połowa pikniku ??
     Nadszedł czas na Policjantów...
     Tego żeśmy się odrobinę obawiali, bo Księciunio czuje respekt straszny przed Policjantami i minę miał raczej niewyraźną...
     Do pierwszego stanowiska, na którym Pan Policjant pozwolił siąść za kierownicą radiowozu i ubrał Księciuniowi czapkę "drogówki"...
     Policjanci awansowali do grupy "Bardzo Fajni"...;o)
     A jak jeszcze pozwolono Księciuniowi włączyć syrenę !!
     Sam już teraz nie wie, czy chce być Żołnierzem, Strażakiem, czy Policjantem (bo motory Policjanci mieli najfajniejsze)...
Potem były roboty...
     Babcia spotkała znajomą...;o)


A Chłopaki przenieśli się do Służb Więziennych...
Co się o mało nie skończyło katastrofą, bo Ich załadowano tutaj...


     Nawet nie przypuszczałam, że wizyta w "więźniarce" może się tak podobać (szczególnie w "celi" dla niebezpiecznych)...
     Potem był mały sparing...

 
     Tarczy Księciunio wcale nie uniósł, a Dziadek uniósł i odstawił ze słowami:
"Ło Matko i Córko..."
     Ja skapitulowałam, spoglądając z podziwem na siedzące przy stoliku Kobiety (fakt, że gabaryty miały ździebełko większe niż ja)... 
     I już mieliśmy wychodzić, kiedy na naszej drodze stanął on...


     Podobał się Księciuniowi od pierwszego spojrzenia...Miał łapaczkę i gąsienice...Pulpit do obsługi był duży i miał kilka monitorów...Po prostu cudo !!
     Ale kiedy nagle ruszył w naszą stronę, Księciunio strategicznie przysunął się do Dziadka i "skurczył" się w sobie...Robot ewidentnie zmierzał do Księciunia...Mało, że jechał...Wyciągał do Księciunia "łapaczkę"...;o)
Podjechał na metr (Księciunio już był wbity w Dziadkowe nogi) i ramię wysięgnika ruszyło w stronę balonika, którego Księciunio przyciskał do piersi...;o)
Spojrzałam na Żołnierza, który obsługiwał sprzęt...Był skoncentrowany niesamowicie, jakby od tego zależało Jego życie...Jeden ruch Małolata i wycofałby sprzęt migusiem...;o)
Ale kapnęliśmy się o co chodzi...
Dziadziuś pomógł Księciuniowi podać balonika "robotowi" !!


     Wnuk był zachwycony, chociaż utrata balonika "od Żołnierzy" ewidentnie Go bolała...;o)
     "Robot" odrobinę się wycofał, a potem wrócił, oddał balonika i pięknie się nam ukłonił, a nawet pomachał na pożegnanie...


To była kropeczka na "i"...
     Księciunio piszczał z radości, podskakiwał jak przywiązany do gumki i ciągle gadał...Ilość zachwytów wypadała Mu z buzi, niczym naboje z karabinu maszynowego...
     I chyba tylko tej euforii mogę przypisać fakt, że w wojskowym namiocie, na wojskowym zydelku, Młody zjadł wojskową grochówkę !! (Jada tylko trzy zupy)...;o)
     Babcia załapała się na nasionka z Instytutu Wrocławskiego, i na książkę z przepisami regionalnymi...
     Niespieszny spacerek na parking i czas na odpoczynek...
Ale podziękowania się należą...
     I Muzeum Narodowemu, i Żołnierzom, i Strażakom, i Policjantom, i Służbom Więziennym...
     To był wspaniały Piknik !!
     Dziękujemy...:o)

niedziela, 12 maja 2019

WWW, czyli Wielka Wyprawa Wrocławska...cz.2

     Na 1-go Maja plan był prosty...ZOO i Afrykanarium...
Do czasu, póki nie zobaczyliśmy kolejki pod bramą...
Ło Matko i Córko...
Wiedziałam, że Tłumy będą nieprzebrane, ale żeby aż tak ??
     Mały "misz-masz" i wylądowaliśmy tutaj...(To był plan na 2-go Maja)...;o)
Hala Stulecia...




I Wystawa Kosmiczna, organizowana przez NASA...



Były rakiety, kapsuły, symulatory, filmy...
Tyle, że impreza raczej dla 10+ i 40-...
     Księciuniowi oczka się świeciły, podskakiwał radośnie, ale my wyszliśmy lekko zdegustowani (i chyba nie tylko my, bo Obsługa wysłuchiwała wielu gorzkich uwag na temat cen biletów)...
No cóż...Wystawa taka bardziej "hamerykańska", więc i ceny "kosmiczne"...;o)
Wiadomo, że NASA po Ziemi nie chodzi...:o)
     Był też drobny problem organizacyjny, bo przed Halą rozpoczynał się Piknik, poblokowano przejścia, pozamykano wejścia, a Tłumy krążyły wokół Hali i usiłowały znaleźć to, co dla Wrocławian było jasnym jak Słońce, a dla Turystów nie...;o)
Porozwieszane kartki z opisem "Wejście na Wystawę: C9"...
Namiary wskazywane przez "Autochtonów" rozbijały się o płoty pikniku...;o)
Ale byliśmy twardzi niczym Gagarin !!
     Nie dość, że dotarliśmy na Wystawę to nawet udało się nam z niej wrócić...Powiem więcej !!
     Kolejka do ZOO skurczyła się w tym czasie bardzo, więc wróciliśmy do planu pierwotnego...;o)
     Najpierw kawa, a potem rybki...;o)


Księciunio jest wielkim miłośnikiem rybek...
To i zwiedzanie Afrykanarium w naszym wydaniu trwało "wieki"...;o)
Był też hipcio...


A nawet kilka hipciów...
I płaszczka, która chce zostać celebrytką (popisywała się zjazdami po kopule, wywołując totalny ścisk)...
     Afrykanarium podobało się Księciuniowi bardzo, mnie też by się bardzo podobało, gdybym je zwiedzała w kostiumie kąpielowym...;o)
     Przyszła pora na "puszczenie pary"...


I ujeżdżanie wilków...


I usłyszeliśmy od Wnuka magiczne:
     - Jedźmy już na obiadek i poleżeć w łóżeczku...
Bingo !!
Księciunio miał dosyć wrażeń...
ZOO zwiedziliśmy w 1/4...
Ale...
     To co zobaczyliśmy wystarczy, żeby dać Wrocławianom 5+ za ZOO (i nie Afrykanarium mam na myśli)...
     Tak świetnie zorganizowanych tras nie spotkaliśmy w żadnym Ogrodzie (a mamy ich kilka na "sumieniu"), tak jasno określonego "adresata" nie spotkaliśmy jeszcze nigdzie...
     To kraina dla Dzieci, i One mają się tutaj czuć "u siebie"...I tak właśnie jest...
     Na pamiątkę pozostały nam zdjęcia, filmy i monetka z rekinami (oczywiście księciuniowa)...
     Ale ten dzień był piękny i takim pozostanie we wspomnieniach...;o)

środa, 8 maja 2019

WWW, czyli - Wielka Wyprawa Wrocławska...cz.1

     Strasznie marudziliśmy w tym roku z wyprawami...Strasznie !!
     Księciunio dopominał się już od lutego, że czas na pakowanie bagaży, że coś trzeba robić, że gdzieś trzeba jechać...A my niczym opoka, ni huhu...;o)
     W marcu Księciunio zmienił taktykę i zaczął dopominać się "nockowania w Zaścianku"...
A my znowu nic...
     Plany oczywiście były, tyle, że księciuniowa niecierpliwość jest nam znana, a układy nerwowe Doroślaków bywają kruche, więc Młody nie miał pojęcia co się szykuje...
     Najpierw szykował się tydzień na Wrzosowisku...
Tuż przed Świętami, Chłopaki mieli stawiać płot...
Zadyma na trzy fajerki !!
Najpierw zgrać plany urlopowe Chłopaków...
Potem zorganizować eskapadę...
Potem załatwić pogodę...
A potem się okazało, że wszystko "psu na budę"...
     Księciunio się rozchorował tuż przed realizacją...
     Misiowa Mama została z dwoma "Marudami" w domu...
     Pan Tartakowy przygotował zamówienie, więc dzień z planów nam wypadł...
     Wiosna całkiem zgłupiała, więc trzeba było jeden dzień wyciąć na reorganizację ogrodu u Misiów...
     Na płot zostały ledwie dwa dni...
Reasumując:
Płotu nie ma...Ogródka nie ma...Księciunio w rozpaczy...Kicha !!
     Na jeden dzień humor poprawiły czekoladowe jajka pochowane po krzakach, ale Śmigus był do luftu...
     Streszczam wszystko, żebyście nie myśleli, że miesiąc leżałam brzuchem do góry...;o)
     28-go kwietnia Księciunio miał wizytę u Pana Doktora, a po tej wizycie...
Nockowanie w Zaścianku !!
A rano ??
Bagaże spakowane, fotelik zamontowany, GPS (czyli Kaśka) ustawiony...
     Kierunek: Miasto Krasnoludków !!
     Po zeszłorocznej wyprawie nad Morze, Księciunio był zdegustowany "krótkością przejazdu"...
     Meldunek w "bazie", obiadek i ruszamy na podbój Wrocławia !!
I powiem Wam jedno...
     Zauroczył nas ten Wrocław, zanim wystawiliśmy nogi poza "nagusa"...
A może to naszej "kaśce" należą się ukłony ??
     W każdym razie, znalazła nam parking w świetnym miejscu !! Za przyzwoite pieniądze...;o)
Ale zaczęliśmy trochę inaczej...

 
Zaczęliśmy od tego...
Żeby rozładować nagromadzoną przez te miesiące energię Małolata...;o)
     Numerem jeden były oczywiście klocki i wspaniała budowla powstała przy pomocy Dziadka...Babcia leżakowała na miękkiej kanapie, delektując się kawusią...;o)
     Potem był Rynek...


I fontanna...


I krasnoludki...


Szukane, oczywiście, z wielką mapą !!
     Tę mapę, Księciunio eksploatował tak bardzo, że pod koniec ekspedycji poszukiwawczej wyglądała jak starodruki z osiemnastego wieku...;o) Ale zajęcie miał przednie...;o)
     A wiecie co było przeurocze w tym zwiedzaniu Wrocławia ?? (Pomijając urok sam w sobie)...
     Krasnoludki rządzą !!
     Tłumy Turystów, każdy z mapą w dłoniach, lub aplikacją na smartfonie...Płeć ?? Nie ważna...Wiek ?? Nie ważny...Kolor skóry ?? Nie ważny...
     Wszyscy szukają krasnoludków !!
Okrzyki radości, które towarzyszyły odkryciom...
Bardzo grzeczne stanie w kolejce, żeby sukces uwiecznić fotką...
Atmosfera robiła się sama...
I to, bez podpowiadania !!
     W pierwszy dzień zarejestrowaliśmy 13 odkrytych Bożątek (czyli Krasnoludków)...
     Uczciliśmy ten sukces wielkimi porcjami lodów i zrobiła się noc...
     Nasza Gospodyni z niepokojem nas wyglądała do 21:30, co zaowocowało konsultacjami z Jej Mężem, czy już nas szukać, czy jeszcze nie...;o)
     A my w tym czasie delektowaliśmy się widokiem "nocnego Wrocławia"...
     Zapowiadała się Wspaniała Wrocławska Wyprawa !!

piątek, 26 kwietnia 2019

Człowiek Niezastąpiony...

     Na pogrzebie Dziadzia Stefana było ponad tysiąc Osób...Kiedy karawan wjeżdżał pod wiadukt kolejowy, tłum Żałobników stał jeszcze na schodach Katedry...I chociaż moje Miasto było ponoć najbardziej "czerwone", kondukty żałobne maszerowały ulicami, bez względu na "przynależność" nieboszczyka...
Za Dziadziem maszerowali działacze partyjni i kółka różańcowe...Dalecy krewni i "obcy" Ludzie...Nawet Baba Jaga (dla nie wtajemniczonych - Babcia), oglądała się za siebie i komentowała do Mamciaśki...
     - Skąd tyle Ludzi ??
A ja się uśmiechałam...
Wiedziałam, że Dziadzia znali wszyscy...I Dziadzio ich znał...
     Nasze wyprawy "po gazetę" trwały czasem dwie godziny, czasem dłużej...A wyprawa "na pączki" - dwie przecznice dalej, to już była ekspedycja na cały dzień...
     Dziadek witał się z każdym, pytał co słychać, pamiętał kto na co choruje, jakie ma kłopoty...Kiedy rozmowa zapowiadała się "na dłuższą", przysiadaliśmy na ławeczce...
     To było Jego Miasto, Jego Dzielnica...
     Rozpoznawałam w tym Tłumie znajome twarze...Z tym Dziadzio grał w szachy, a z tamtymi trzema w karty, a tej pani w kapeluszu zmarł niedawno mąż...
     Dziadzio Stefan nie był "celebrytą", jakby się to dzisiaj określiło...Nie był nikim "ważnym"...
     Był po prostu, Dobrym Człowiekiem...
     Kilka dni po pogrzebie, kiedy Rodzicom skończyły się urlopy, stałam się "kłopotem"...
     No bo co zrobić z dzieciakiem, kiedy trzeba iść do pracy ??
     Rodzice nie powinni o takich rzeczach rozmawiać przy dziecku, nawet jeśli zakładają, że śpi...
     Nikt, nawet przez moment się nie zastanowił, że spędziłam z Dziadkiem osiem lat życia, że trzeba mi coś tam wytłumaczyć, że przykrycie grobu płytą nie rozwiązywało problemów...
     Dostałam czerwoną kokardę z kluczem od mieszkania, Ojciec pokazał mi dwa razy jak się go przekręca (a był to majstersztyk)...I "kłopot" ruszył na podbój Świata...Z kluczem na szyi...
     Czy cokolwiek z tego rozumiałam ??
Ni hu hu...;o)
No, może jedno...
     Że od teraz muszę sobie sama radzić z tym Światem...
     Do Baby Jagi przestałam chodzić w odwiedziny...
Zdjęć Dziadzia nie pozwoliła mi oglądać - bo zniszczę...
Do Dziadziowej poduszki nie pozwoliła się przytulić - bo wygniotę...
     Nie lubiła "dziewczynek" i teraz już nie musiała udawać...
Jeden bonus z tego był...
     Przestała szyć dla mnie sukienki, więc miałam spokój z przymiarkami...;o)
Skończyły się też rodzinne Święta...
To Dziadzio Stefan scalał Rodzinę...
     Mówi się, że nie ma Ludzi niezastąpionych...Czyżby ??
     Że jeden Człowiek może niewiele...
     Śmierć Dziadka Stefana zmieniła wiele, bardzo wiele...I dopiero po latach można stwierdzić jak dużo...
     Dla mnie był Człowiekiem Niezastąpionym...♥

wtorek, 23 kwietnia 2019

Nie lubię Wielkanocy...

Nie lubię Świąt Wielkanocnych...
Nie lubię i już...
     Może dlatego, że wiele lat temu, w Wielkanoc, zmarł mój ukochany Dziadzio Stefan ??
     Wcześniejszych Świąt nie pamiętam, ale te wyryły mi się w czerepie na zawsze...
     Święta wypadały wtedy prawie dokładnie jak w tym roku...Pogoda też była podobna...
     Dziadzio był w szpitalu (od lat miał zdiagnozowanego raka płuc, o czym oczywiście nie wiedziałam), więc Mamciaśka była zmuszona zabrać mnie na świąteczny dyżur do pracy...
Lubiłam te dyżury z Mamciaśką...
     Paradowałam w czepku pielęgniarskim po długaśnych korytarzach, wszyscy się do mnie uśmiechali z sympatią, dostawałam do zabawy strzykawki i stetoskop, do gabinetu ciągle ktoś wpadał na pogaduchy...
Wtedy było tak samo...
A nawet lepiej, bo pogoda była piękna, więc Mamciaśka pozwoliła mi na spacer w ogrodzie i zabawę na gabinetowym balkonie...
Był jeszcze bonus...
     W sobotę podsłuchałam, że pójdę w odwiedziny do Dziadzia, że będzie można, bo Dziadzio w Sobotę czuł się dobrze...
Nie widziałam Go kilka dni i tęskniłam bardzo...Nie wiedziałam jeszcze, że to tęsknota...Nie miałam jeszcze 9-ciu lat...
     Bawiłam się na tym balkonie, kiedy zadzwonił telefon...Dzwonił wiele razy, więc nawet nie reagowałam, ale...
     Mamciaśka nagle krzyknęła tak przerażająco...I zaczęła płakać...
A potem wybiegła z gabinetu...
     Zostałam sama na tym balkonie, ze strzykawką jednej ręce i stetoskopem w drugiej, i z echem krzyku Mamciaśki w uszach...
Kiedy wróciła, opuchnięta i załzawiona, zakomunikowała mi bezbarwnym głosem...
     - Dziadek umarł...
Koniec komunikatu...
     Nie miałam pojęcia co to znaczy...
     Nie miałam pojęcia, że tak skończyło się moje dzieciństwo...
Zadzwonił telefon i już nic nie było takie samo...
     Przed pogrzebem pozwolono mi się z Nim pożegnać...
     Leżał w trumnie, wokół stały setki osób, których nie znałam, a On pierwszy raz nie uśmiechnął się na mój widok, nie wyciągnął dłoni, żeby pogłaskać mnie po głowie, nie zachwycił się moją sukienką...
     Zdradził mnie...Zostawił...
Nie lubię Wielkanocy... 

wtorek, 2 kwietnia 2019

Wypędzeni...

Siedzi Pan Bóg na chmurce i się ludziom dziwuje,
że by tworzyć - niewielu, chętniej każdy coś psuje.
Siedzi w brodę się drapie i tak myśli strapiony,
po co ludziom dwóch mężów, albo po co dwie żony ?
Po co walczą ze sobą, skoro człeka los znany,
najpierw są narodziny, potem jest pochowany ?
Po co żreć się zajadle, czyja racja na stole,
skoro droga tak krótka, na tym ziemskim padole ?
Czemu księża miast uczyć miłosierdzia wśród ludzi,
w politykę wdeptują, kasą się każdy trudzi ?
Jak przekonać, że miłość ma wartości nadrzędne,
skoro każdy się stara, usiąść wyżej na grzędę ?
Przyszedł diabeł, siadł obok, nie wygląda najlepiej,
głową kiwa z frasunkiem, po kolanie się klepie.
Cóż cię martwi tak bardzo ? - Pan Bóg diabła zapyta.
Bo już nie wiem, mój Boże, kto jest chłop, kto kobita.
Nie wymyślę, mój Boże, nowych form pokuszenia,
ludzkość za bardzo pędzi i za szybko się zmienia.
Posiedzieli tak chwilę, może wiek, albo dwa,
a na Ziemi wciąż chaos, każdy bardziej się pcha.
Panie Boże - ruszajmy - tu już nic nie zdziałamy - 
rzecze diabeł do Boga, bo już był spakowany.
Pan Bóg łzy gorzkie otarł, co Mu z oczu spływały,
brodę dłonią przygładził, i poprawił sandały.
Czas najwyższy - mój diable - odrzekł Pan Bóg ze smutkiem - 
wypędziłem ich z raju, ale z odwrotnym skutkiem.
I ruszyli gdzieś w niebyt ogromnego kosmosu,
bo dość mieli już ludzi i ludzkiego chaosu.