Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

sobota, 11 lutego 2017

Urlopowanie...cz.4



     Rany szybko mi się zagoiły. Mogłem już machać ogonkiem i wychodzić na spacerki. Nawet uszka mnie już nie bolały. A na pamiątkę został mi goły placek na grzbiecie, po wyrwanych kłaczkach. Wtedy moja Rodzina pojechała nad morze. Ja też pojechałem!
     Nawet nie bardzo marudziłem w aucie, żeby mnie nie zostawili z tymi obcymi psami.
I powiem wam, że morze jest straszne!
     Najpierw szliśmy przez park. Ładnie było. Drzewka, krzaczki, kwiatki. W sumie, to mi się nawet podobało, chociaż pachniało całkiem inaczej niż w domu. Pachniało szprotkowo.
     A potem stanęliśmy na takiej górce, która wcale nie jest górką, bo nazywa się wydmą i zobaczyłem piaskownicę. Ogromną!
     Ta piaskownica była taka duża, że zmieściłyby się wszystkie dzieci z mojego osiedla razem ze wszystkimi pieskami.
     Kiedy Mama rozkładała nasz kocyk, ja spróbowałem przekopać tą piaskownicę.
     Kopałem, kopałem, kopałem, ale tego piasku wcale nie ubywało. Jakbym tak sobie zakopał kość w tej piaskownicy, to nigdy bym jej nie znalazł.
     Taka wielka piaskownica nazywa się plaża, i wcale mi się nie podoba.
Piasek jest gorący i parzy w łapki, nie można zamerdać ogonkiem, bo piasek wpada do oczu i noska, a na tej plaży jest bardzo wiele obcych kocyków i obcych ludzi. W takim tłumie to można się całkiem zgubić!
Ale nie to jest nad morzem najgorsze…
     Nad morzem najgorsze jest morze!
Tyle wody…
     A na dodatek, jak się chcesz przyjrzeć z bliska, to ta woda łapie za łapki i wciąga do środka. Trzeba bardzo uważać!
Postanowiłem nigdzie nie ruszać się z kocyka. Nigdzie!


     Siadłem sobie na samym środku, żeby mnie to morze nie złapało, i żeby mi ogonek nie zwisał na piasek, i tak siedziałem.
Mama się ze mnie śmiała, że taki grzeczny to ja nigdy nie byłem.
Grzeczny?
     Aż mnie skręcało, żeby pograć w piłkę z Tatą i Miśkiem, albo budować zamek z Żabolką, ale jak ja potem znajdę drogę na nasz kocyk? Nie znajdę! I wtedy mnie to morze na pewno złapie, albo mnie zasypią tym piaskiem, bo jest go za dużo.
     Jak ja trochę piasku przyniosę do domu, to Mama zaraz krzyczy i zamiata, a tutaj? Nikt już dawno nie sprzątał!
A potem to było jeszcze straszniej!
     Tata przyszedł na kocyk i powiedział, że każdy, kto pierwszy raz jest nad morzem, musi mieć chrzest. Popatrzyłem na Mamę, czy czasem nie ma tego chrztu gdzieś schowanego, bo Mama zawsze wszystko ma spakowane (nawet moje kabanoski !!), ale nie miała. Za to Tata wziął mnie na ręce i zaniósł…
Gdzie?
Do morza!

Zaniósł i postawił tak, że mi to morze łapki zabierało!
Aua!
Wcale mi się ten chrzest nie podobał!
     Po co tej wody tyle jest? I po co ona łapie pieski za łapki? I dlaczego pachnie szprotkami? I dlaczego całkiem inaczej smakuje?
     Aż sobie przysiadłem z tego wszystkiego w tym morzu i patrzyłem jak mnie łapie. Chlup…Chlup…Chlup…
     Wieczorem wróciliśmy do naszych gospodarzy, a ja ciągle oblizywałem mój ogonek, i łapki oblizywałem.
Pięknie pachniałem szprotkami.
     Ale to był niestety, koniec naszego urlopu. Tata naprawił auto, Mama zapakowała mój koszyczek, a ja się martwiłem, że znowu będę musiał udawać, że wymiotuję. Nie musiałem.
Zasnąłem zaraz po tym, jak Mama ułożyła mnie w koszyku i obudziłem się pod naszym domem. To dopiero był piękny zapach…
Najpiękniejszy!

czwartek, 9 lutego 2017

Urlopowanie...cz.3

      Wracajmy na psie szlaki...


     Codziennie chodziliśmy na spacerki do lasu, codziennie kąpałem się w jeziorze i codziennie miałem całą moją Rodzinę.

     Z tym kąpaniem to wcale nie było tak, że chciałem się kąpać! Ale Mama ciągle wpadała do wody i musiałem ją ratować. A kiedy Miś i Żabolka zauważyli, jaki ze mnie świetny ratownik, to też zaczęli wpadać. Tata też wpadał…
Miałem mnóstwo roboty z tym ratowaniem!

Po tygodniu takiego treningu przepływałem kąpielisko bez odpoczywania na maminej głowie, a nawet odważyłem się wskoczyć do wody z pomostu…
Ale takie skakanie bardzo mi się nie podobało, bo strasznie potem bolał brzuszek.
     Pewnego wieczoru, kiedy Mama z Tatą i naszymi gospodarzami siedzieli w moim ogródku, postanowiłem zwiedzić okolicę i zaprzyjaźnić się z okolicznymi mieszkańcami. Codziennie słyszałem jak donośnie szczekają, nawołując się do zabawy…
     Ruszyłem przed siebie, tą samą drogą, którą biegłem po przyjeździe.
Wszędzie rozchodziły się przepiękne zapachy spacerku…
     Biegłem sobie tak, biegłem…Ogonkiem majtałem…I nagle!
Zza płotu wyłoniła się gromada kilku mieszkańców…
Zbliżali się powoli, wąchali, warczeli i strasznie jeżyli grzbiety.
Może tutaj tak się pieski witają?
To i ja zawarczałem…
I się zaczęło!
     Cała banda rzuciła się na mnie, gryzła, szarpała i poniewierała po drodze. Nawet uciec nie mogłem, bo wielgachny niby-wilczur zastępował mi drogę.
     Nie pozostawałem dłużny w tym kąsaniu, ale co mogą ząbki małego pieska, nawet, jeśli jest to prawie brodacz monachijski, w walce z całą zgrają wielgachnych wielorasowców?
Takie ząbki nic nie mogą!
Musiałem wezwać pomoc…
Auuuu…
     I od razu usłyszałem straszny krzyk Mamy i Taty. A jak oni szybko biegli!
     Nawet nie wiedziałem, że Mama i Tata umieją tak szybko biegać…
Nasi gospodarze też biegli i krzyczeli.
     Na drodze nie było już ani jednego pieska, poza mną. Byłem w kiepskim stanie.
     Pokąsane łapki bardzo mnie bolały, bolały pokąsane uszka, i ogonek też bolał.
Ale najbardziej to mnie bolała psia duma!
Ja, dzielny, mały piesek z wielką duszą, dałem się złapać w pułapkę…
Auuuu…
     Tata zaniósł mnie do domu, a Mama przemywała mi grzbiet, uszka, łapki i ogonek, bardzo szczypiącym czymś. Bardzo, bardzo szczypiącym. Już nawet nie wiedziałem, czy bardziej mnie boli, czy szczypie…
     Ale prawdziwie smutny to był dopiero następny dzień.
     Wszystko tak mnie bolało, że nawet nad jezioro Tata niósł mnie na rękach, a Mama kazała mi leżeć na kocyku w cieniu.


     Bardzo mi się to nie podobało, bo Mama ciągle wpadała do wody i nie miał jej kto ratować. Siedziałem na tym kocyku i strasznie płakałem…
Auuuu…
Moja Rodzina się bawiła, a ja siedziałem przywiązany do drzewa.
     Teraz już wiem, że nie wolno warczeć na obce pieski! Szczególnie, jeśli są większe i jest ich kilka. Powarczę sobie na Maksia, jak wrócimy do domu. Maksiu nie jest obcym pieskiem i jest teraz mniejszy niż ja!
     Rany szybko mi się zagoiły. Mogłem już machać ogonkiem i wychodzić na spacerki. Nawet uszka mnie już nie bolały. A na pamiątkę został mi goły placek na grzbiecie, po wyrwanych kłaczkach. Wtedy moja Rodzina pojechała nad morze. Ja też pojechałem!

wtorek, 7 lutego 2017

W czasie zimy "Dzieci" się nudzą...

     Co odróżnia "Statecznych Człowieków" od "Waryjatów" ??
Zdiagnozowanie tego jest proste jak budowa cepa...
     "Stateczne Człowieki" kiedy kończy się sezon zaiwaniania "na hektarach" zlegają statecznymi ciałami na kanapach i jedyny wysiłek do jakiego są skłonne to naciskanie guzików na pilocie...
     Waryjaty...
Echhh...
     Waryjaty, zaraz po tym jak bóle "wszystkiego" mijają, albo jeszcze w trakcie tych boleści, zaczynają kombinować, co by zmajstrować, żeby odrobinę skomplikować proste wydawałoby się życie...
My to kombinowanie mamy rozwinięte do granic absurdu...
     Ledwie ogarnęliśmy rzeczywistość po sezonie życia "na dwa domy" (nie żeby w całości, ale tak, że na powierzchni użytkowej zmieściła się choinka), zaczęło się nam lęgnąć...
Nie gryzło, nie szczypało...Lęgło się cichutko...
     I ledwie zamknęły się nasze drzwi po wizytacji duszpasterskiej (totalnie nas w tym roku Proboszcz zaskoczył), Pan N. pognał do piwnicy po pudełka, a Gordyjka zaczęła trenować wygibasy "wisząc" na parapecie...Ozdoby świąteczne dostały nakaz eksmisji...
     W ciągu 48 godzin z pięknie uporządkowanego mieszkanka zrobiliśmy totalny bajzel...
     A potem pojechaliśmy do mojego ulubionego marketu po...Panele !!
Zaczynamy remoncik !!
Tak nam się "ryjki" cieszyły, że aż nam się Ludzie przyglądali...
     No bo co jest radosnego w dobieraniu listewek do paneli, albo w wyborze pianki na podbicie ?? Nic !! Totalnie nic !!
No chyba, że się jest Waryjatem...
Wtedy nawet kubełek emulsji wyzwala dreszczyk emocji, a wyszukiwanie nożyków do wycinarki staje się przygodą...
     No to zakupiliśmy panele, listwy, pianki i kilka innych fajnych rzeczy i z tymi radosnymi ryjkami ruszyliśmy do domeczku (który przypominał przedpola Stalingradu)...
A potem...
     Było pięknie !!
Układaliśmy, dopasowywaliśmy, klęliśmy i podziwialiśmy nieustannie...
     Aż nagle podłoga w kuchni nam się skończyła...


Orzesz...(ko)
     Siedliśmy troszkę zagubieni, i niczym sroka w gnat wgapaliśmy się w to nasze dzieło "wiekopojmne"...
     - To może przy okazji położymy ten kawałek pod jadalkę ?? Chciałaś jadalkę ?? - nieśmiało rzucił Pan N. z ewidentną nadzieją w głosie na moje "chcenie"...
     - A pewnie !! - podchwyciłam entuzjastycznie...
     I znowu nam się "bananki" na buziulach pojawiły, bo etap końcowy kuchennych rewolucji odrobinkę nas "skwasił"...
     Dwie doby później kuchnia stała jak kuchni stać wypada, a "Stalingrad" przeniósł się nam do pokoju...Trochę dalsze przedpola, bo bajzel jest znacznie mniejszy...


     - Na ten kawałek to nawet urlopu szkoda...- wymruczał Pan N. i Waryjaty rozpoczęły kombinowanie, co będzie "po jadalce"...


     A może by tak, jak "stateczne Człowieki" zlec obolałym ciałem na kanapie i zacząć zmieniać kanały w TV ??
     Może czas wyluzować i "w poziomie" oczekiwać na kroczący wielkimi krokami nowy sezon ziemno-ogrodniczy ??
     Takiej opcji Waryjaty nie przewidują...
     Pan N. już coś przebąkuje, że ze starego stołu to można by było jeszcze całkiem niezły mebel zmajstrować, a mnie się roi kubełek emulsji i wystający z wiaderka pędzel...

niedziela, 5 lutego 2017

Weź się powieś...3



     Wyjący przez kilkanaście godzin pies to było nic! Awaria samochodu na środku drogi to było nic! Za trzy godziny zmrok, a my mamy do przeszukania kilkaset hektarów lasu, w poszukiwaniu własnych dzieci…
     Teoretycznie moglibyśmy skorzystać z psiego nosa, ale to była najczystsza z teorii, bo nasz osobisty psi nos wyczuwał jedynie surową wątróbkę drobiową, a tego zapachu niestety po naszych dzieciach spodziewać się nie mogłam.
     - No i co? – zapytał Ślubny, kiedy z markotną miną wsiadłam do samochodu.
     - Lipa! Nikt nie ma pojęcia, gdzie akurat jest ich obóz. Mogą być wszędzie… - wyznałam.
     - Co teraz? – zapytał Ślubny i ruszył powoli w czwartą rundę krajoznawczą – Nie wiem jak Ty, ale ja nie mam najmniejszej nawet ochoty na rozbijanie namiotu! Ledwie żyję…   
     Ślubny miał rację. Czasu mieliśmy tyle, żeby znaleźć jakieś miejsce na nocleg, a organizowanie obozowiska przestało stanowić atrakcję przynajmniej sześć godzin temu.
     - Skoro jednak nawet dzieci znaleźć nie możemy, to jak znajdziemy nocleg?- retorycznie pytał Ślubny przednią szybę Malucha.
     - Zatrzymaj się! – wrzasnęłam nagle na widok dwóch dyskutujących Kobiet…
     Pytanie wyrzuciłam z siebie tak znękanym głosem, że chyba nawet anieli się nade mną litowali w tym momencie.
Odpowiedź, jakiej udzielała mi jedna z kobiet odbijała się od zmaltretowanych psim wyciem uszu. Dopiero po chwili zaczęło do mnie docierać…
     - Może pani powtórzyć? – poprosiłam.
     - O tam, jest taka polna droga, za tym zielonym budynkiem. Traficie, bo oni obóz mają duży, z drogi widać.
Komunikat wywołał u mnie takie niedowierzanie, że z rozpędu zapytałam:
     - Skąd pani to wie?
Kobieta spojrzała na mnie zaskoczona…
     - Oni jajka u mnie kupują – wyjaśniła – codziennie przychodzą.
     W tym momencie miałam już na końcu języka, że nasza Córka jajek kurzych nie jada, bo nawet wspomnienie takowych wywołuje u niej wysypkę, ale się w porę powstrzymałam.
     Czy ktoś kiedyś napisał jakiś hymn pochwalny ku czci kurzych jaj?
Gdyby nie radość, która zalała mnie od czubka dużego palca prawej nogi, do ostatniego milimetra zmierzwionej fryzury, to pewnie popełniłabym owo dzieło zapisując je patykiem na udeptanej ziemi.
     - A noclegu czasem pani nie ma? – zapytałam.
     I licząc na wielką kumulację szczęścia patrzyłam w ową kobietę jak w obrazek.
     Pani pokręciła przecząco głową, a kiedy już się żegnałam dziękując wylewnie za udzielone wskazówki, pani jakby oprzytomniała…
     - Nocleg to może moja Szwagierka mieć, nie wiem jak tam u niej z letnikami, ale możecie zapytać…
     Przy posesji Szwagierki znaleźliśmy się w trybie ekspresowym, bo istniało zagrożenie, że nas jacyś turyści w ostatniej chwili ubiegną.
Tuż przy bramie wjazdowej „Szerszeń” wydał z siebie odgłos zbliżony do zgrzytu starej zamkowej bramy.
Skoro człowiek kończy swój żywot ostatnim tchnieniem, to widać pojazdy mechaniczne na koniec swego żywota zgrzytają…
Maluch zdechł !
     - Teraz to nam tylko nadzieja pozostaje, że Pani Szwagierka będzie miała miejsce choćby w kurniku – zakomunikował ostateczną awarię naszego, umęczonego autka Ślubny.
     - Chyba w gołębniku – sprostowałam, bo kurnik w oczy mi się nie rzucał, a gołębnika trudno było nie zauważyć.
     W tym czasie, Cezary ruszył pełnym galopem wzdłuż drogi i wyglądało na to, że jeśli na końcu owej drogi nie ma jakiegoś muru, to się nasze psisko nie zatrzyma, chyba, że pod litewską granicą.
     - On wróci? – zapytał Ślubny, bo widać zaczęła go dręczyć myśl o czekającej go pogoni za zwierzakiem.
     - Wróci, jak mu się zapas wody w pęcherzu skończy! Idę zapytać – odpowiedziałam, gramoląc się niezdarnie z samochodu.
     Można by założyć, że oprócz sprzężenia silnika z Cezarym, mieliśmy jeszcze zamontowany podsłuch, bo ledwie wypowiedziałam moje zamierzenia, przy bramie wjazdowej pojawiła się Szwagierka.
     Jednym ciągiem opowiedziałam jej o psiej syrenie, o symulowanych mdłościach, o nagłej awarii pompy, o kościelnej mapie, o błądzeniu po bezdrożach w poszukiwaniu własnych dzieci i o ostatecznym zgonie Malucha pod jej bramą…
     Kobieta wyglądała na ogłuszoną, i potrzebowała kilku minut, żeby odzyskać kontakt z rzeczywistością. Kiedy jej twarz nabrała znowu ludzkiego wyrazu, zapytałam o kwaterę.
     - Wygód potrzebujecie?  - zapytała.
     - Potrzebujemy dwóch łóżek i kawałka podłogi na psi koszyk… - odrzekłam z nadzieją.
     - Andrzej! – wrzasnęła–Zabierz rzeczy z pokoju, letników mamy.
     Gromadnie wtoczyliśmy „Szerszenia” na teren posesji i wyraziliśmy zachwyt nad przydzielonym lokum. Cezary też wyraził swoje zdanie ochrypniętym skomleniem, bo zdążył wrócić z rekonesansu dokładnie w tym momencie…
     Czego teraz brakowało nam do pełni szczęścia?
Dzieci!
     Mimo późnej pory i nieziemskiego wręcz zmęczenia, postanowiliśmy ruszyć na poszukiwania naszych Pociech. Kumulacja szczęścia nie mogła być przypadkowa…
     Przecież „urlop” to najpiękniejsze słowo Świata…

piątek, 3 lutego 2017

Weź się powieś...2


     Tym razem rozrywek postanowił nam dostarczyć przegrzany ponad miarę Maluch.

     Po kilku szalonych pętelkach, wykonanych na drodze przez Ślubnego, znaleźliśmy się w zacisznej dzielnicy domków jednorodzinnych.
     Ślubny wyskoczył z samochodu i pognał na tył. Nim wysiadłam zaplątana w smycz Cezarego, z ust Małżonka wyrwały się słowa tak niecenzuralne, że nawet nie miałam pojęcia, iż posiada je w słowniku.
     - No to mamy ze trzy godziny postoju! Pompa siadła – usłyszałam wyjaśnienia.
Jaki zasób słów znają psy? Podobno ograniczony…
     „Trzy godziny postoju” Cezary powitał radosnym merdaniem ogona.
     Ślubny zanurzył się z troską we wnętrznościach „Szerszenia”, a ja rozpoczęłam marsze z Cezarym. Po dwóch godzinach miałam zinwentaryzowane wszystkie okoliczne ogródki, przeliczoną średnią okien w każdym budynku, i kiedy rozważałam ewentualne zliczenie źdźbeł trawy w sąsiednim parku, Ślubny mnie zdyscyplinował.
     - Może byś poszukała jakiegoś „języka”, bo się nie wydostaniemy do cywilizacji.
Liczenie źdźbeł wydało mi się bardziej realne.
     Upał panujący od kilku godzin spowodował, że na ulicach nie było nie tylko żywego ducha…Na tych ulicach nawet owady nie latały! Okna we wszystkich budynkach pozamykane były na głucho…
     Już miałam wywalić własny ozór na widok publiczny, żeby zademonstrować zaangażowanie w problem Ślubnemu, kiedy na krańcu ulicy, w ogrodzie, mignęło mi coś w kolorach fioletu…
Omamy?
     Ruszyłam energicznie w tamtym kierunku i z entuzjazmem powitałam starszą Panią, która maleńkim słoiczkiem podlewała więdnące na upale roślinki.
Na moje pytanie, o możliwość opuszczenia urokliwego zakątka, Pani przymknęła oczy i zamarła z owym słoiczkiem w dłoni…
Milczenie trwało tak długo, że przez myśl mi przeszło, iż Niewiasta wiekowa ucięła sobie właśnie drzemkę zmorzona upałem.
     - Dróg to ja nie znam – zaczęła, co spowodowało u mnie dziwny arktyczny dreszcz – ale jakbyście pojechali prosto do przecinki to potem trzeba skręcić w lewo, a po prawej będziecie mieli taki kościół z czerwonej cegły. Za kościołem będzie skrzyżowanie, to skręćcie w prawo. Po lewej będzie kościół z zielony dachem. Trzeba wjechać na most i potem zjechać z niego w dół, w lewo. Miniecie kościół z zielonym dachem, a po prawej stronie będziecie mieli drewniany krzyż, duży, trudno przegapić. Za tym krzyżem, po lewej stronie miniecie kościół w budowie. Kościoła jeszcze nie widać, ale dzwonnica już jest. Trzeba prosto jechać. Dalej to nie wiem.
     Minę musiałam mieć nie tęgą, bo starsza Pani na ochotnika powtórzyła mi trasę jeszcze raz, a ja koncentrowałam się bardzo, żeby mi się te świątynie nie pomyliły. Wyryte w pamięci mury, dachy i budowy powtórzyłam na głos dla utrwalenia, i zyskawszy aprobatę Rozmówczyni poczłapałam do Ślubnego, żeby mu radosną nowinę przekazać.
     Kiedy precyzowałam zjazd z mostu, Ślubny kategorycznie zażądał, żebym przestała.
     - Trzeba się będzie chyba za noclegiem rozejrzeć – wątpił w prawdziwość drogowych wskazań – bo jak nic wylądujemy na którejś z plebanii.
     Nasz Maluch miał się już całkiem nieźle, nowa pompa, założona przez Ślubnego spisywała się znakomicie, uszczelki też trzymały jak trzeba, pozostało nam więc, zapakować oczarowanego zakątkiem psa i ruszyć w dalszą drogę.    
     Pierwszy skręt wydawał nam się naturalny, bo akurat w prawo obowiązywał zakaz, widok kościoła z czerwonej cegły przyjęliśmy z entuzjazmem i Ślubny z ogromną satysfakcją zajął prawy pas. Po skręcie, z naszych ust wyrwały się entuzjastyczne okrzyki…
   - Działa! Ta kościelna mapa działa!
   - To teraz na most…- wyliczałam.
I entuzjazm zamarł nam na ustach…
     Z drogi, którą właśnie dumnie podążaliśmy w nieznane, wjazdu na most nie było. Kładka dla pieszych i owszem, ale przenoszenie „Szerszenia” przez kładkę, w dodatku z tym charakterystycznym „wypustkiem” na dachu, złożonym z naszych bagaży, wykluczyliśmy natychmiast.
   - Ja tu nie zostanę! – krzyknął Ślubny w natchnieniu i omijając z gracją kilka innych samochodów wykonał manewr godny trzeciej części filmu „Mistrz kierownicy ucieka”.
   - Mogą mi nawet mandat wlepić, ale tu nie zostanę – mruczał Ślubny i skoncentrowany niesamowicie wykonywał dziesiątki manewrów jednocześnie – w lewo? – zapytał.
   - W lewo! – potwierdziłam, i zauważyłam ze zdziwieniem, że obie stopy mam wciśnięte w podłogę Malucha. Bezwiednie pomagałam w manewrach…
     Kiedy ujrzeliśmy drewniany krzyż i plac budowy na horyzoncie, na głowę wiekowej Niewiasty spłynęły wszystkie możliwe błogosławieństwa, a kiedy dotarliśmy do końca kościelnej mapy i ujrzeliśmy cudowny w swojej wymowie drogowskaz „Gdańsk w prawy”, krzyknęliśmy trzykrotnie „hip hip hura” na jej cześć, a Cezary zawył donośnie. Tym razem nie wywołało to u nas negatywnych reakcji…
     W „Szerszeniu” zapanowała radosna, wakacyjna atmosfera, której nie mógł zniszczyć żaden kataklizm, od awarii pompy począwszy, a na symulowaniu psich mdłości skończywszy.
     Na miejsce dotarliśmy bez dodatkowych atrakcji…
Postanowiliśmy przejechać wzdłuż całą Miejscowość, żeby rozeznać się odrobinę w okolicy, i być może trafić przy okazji na jakiś ślad naszych Potomków.
Po drugim kursie, od początku do końca, i od końca do początku, rozeznanie posiadaliśmy już niezłe. Był kościół (pierwsza rzecz, na którą zwróciliśmy uwagę, jakby nam się nieopatrzenie udało znowu zabłądzić), sklep spożywczy i bar.
Nasze umęczone osiemnastogodzinną podróżą umysły jakoś nie przyswajały faktu, że przy drodze głównej obozy harcerskie raczej rzadko powstają…
Przy trzecim nawrocie postanowiliśmy jednak zapytać kogoś o drogę.
     - Obóz? Pani kochana, tu w okolicy jest ich przynajmniej sześć! Ale który jest który, to ja nie mam pojęcia – poinformowała mnie jedna z kobiet. Kolejny rozmówca nie znał nawet tylu szczegółów…
Moją duszą zawładnęła czarna rozpacz…
     Wyjący przez kilkanaście godzin pies to było nic! Awaria samochodu na środku drogi to było nic! Za trzy godziny zmrok, a my mamy do przeszukania kilkaset hektarów lasu, w poszukiwaniu własnych dzieci…