Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

wtorek, 24 stycznia 2017

1000...

Trudno w to uwierzyć, ale to jest tysięczny wpis...
Ło Matko i Córko...
1000-czny !!
     Pobiłam własne rekordy grafomanii...
Jakie były początki ??
     Zakładałam, że wytrwam tyle, na ile wytrwałości wystarczało mi na pisanie pamiętnika...Czyli ??
Dwa wpisy...
Pierwszy i ostatni...
     Dlaczego więc, tym razem było inaczej ??
Przez Was !!
     Przychodziliście czytywać moje bazgroły, a mnie babska ciekawość nie dawała spokoju...Kto czytał ?? Jak skomentował ?? Co napisał ?? Co myślał ?? Czy się uśmiechnął ??
No i zaczęła działać ta dziwna machina...
Pisanie...Czytanie...Komentowanie...Dyskutowanie...Pisanie...
W koło Macieju...
Aż się biednemu Maciejowi w głowie zakręciło...
     A dzisiaj "obchodzimy" tysięczny wpis...
Zastanawiałam się jaki powinien być...
Przecież przedstawianie Wam statystyk mija się z celem...
     To może coś o Gordyjce ??
Co się zmieniło przez ten czas ??
Wiele, bardzo wiele...
     Z Pracoholika zmieniłam się w Domową Kurę Grzebiącą...
     Awansowałam na Teściową...
     Mianowano mnie na Babcię...
     Zwiedziłam czarodziejską Szwajcarię, klimatyczną Chorwację i dźwięczące śmiechem Księciunia Włochy...
     Zaliczyłam kilka niesamowitych wycieczek po naszej pięknej Ojczyźnie...
No i to co pochłania mnie od dwóch lat absolutnie...
     Możecie ze mną iść na Wrzosowisko i zapomnieć wszystko...(taki prywatny SDM)...
     Przeżyliście ze mną kilka przygód, przeprowadziliście kilka remoncików, a nawet malowaliście witraże wykałaczkami...
     Czasem wkurza mnie, kiedy spotykam się z Przyjaciółmi "z reala", że na hasło "co słychać ??" nawet nie zdążę się odezwać...
     - Wiem, wiem...Czytałam Gordyjkę...
Orzesz...(ko)...
Strasznie gadatliwa ta Gordyjka jest...Wszystko "wychlapie"...
     Skoro tak, co ja Wam mogę jeszcze dzisiaj napisać ??
Hmmm...
Trudna sprawa...
Przecież wszystko wiecie...
     To może podzielę się z Wami nowiną ??
Tej nowiny jeszcze nie znacie...
     W Krakusowie wylądował bocian i z okazji "dzieniobabciowej" i "dzieniodziadkowej" otrzymaliśmy podwójne życzenia...Za kilka miesięcy będziemy mieć Okruszka !!
     Takie nowiny spływają na serce miodem...
     Pięknie jest mieć Was wszystkich i nadzieję na Nowe Życie...

niedziela, 22 stycznia 2017

Kudłata impreza...



Urodziny…
Czy wy wiecie, co to są urodziny?
     To taki bardzo fajny dzień, kiedy piesek jest najważniejszy w całym domu, a wszyscy mają dla pieska czas, chodzą z nim na spacerek i drapią za uszkiem.
Że tak jest codziennie?
No tak, ale codziennie nie dostaje się urodzinowych prezentów!
Ale muszę wam to wszystko opowiedzieć od początku…
     Zaraz po porannym spacerze z Misiem, na którym musiałem siusiać w biegu, bo Miś bardzo szybko biega i wcale się nie zatrzymuje przy krzaczkach, Żabolka ściągnęła mi obróżkę i założyła muszkę. To taka kokardka na szyi, którą nosił Miś, jak jeszcze był małym Misiem i nie biegał tak szybko. Dostałem tą muszkę, a Żabolka powiedziała, że dzisiaj muszę być bardzo eleganckim pieskiem, bo mam urodziny. 
     Szkoda, że nie mogłem dosięgnąć tej muszki ząbkami, bo bym ją troszkę poprawił. 
     Mama naszykowała mi piękny tort z wątróbki, parówek i wędzonych szprotek. Nigdy nie widziałem tak pięknego tortu!  
     A potem były prezenty… 
     Dostałem kostki do czyszczenia ząbków, i ogromną, prawdziwą kość, której nawet nie mogłem unieść, i piłeczkę…
Ta poprzednia piłeczka strasznie mi się zestarzała, i wcale nie chciała już się ze mną bawić. Nowa piłeczka była jeszcze piękniejsza!
Była oczywiście różowa, bo ze wszystkich piłeczek zawsze wybierałem różowe, miała takie śmieszne, gumowe kolce, a jak się ją popchnęło noskiem, to tak śmiesznie podskakiwała.
     Tata mi rzucał tą piłeczkę, a ja biegałem i ją przynosiłem, ale wcale nie oddawałem Tacie, tylko uciekałem, a wtedy Tata zaczynał mnie gonić. I Misiu mnie gonił, i Żabolek. A potem to już wszyscy, wszystkich gonili! 
     Musiałem się bardzo starać, żeby tej mojej nowej piłeczki nie zgubić, więc mocniej złapałem ją ząbkami, a wtedy ona zrobiła:
Piiii!
Ależ ja się wystraszyłem!
     Upuściłem piłeczkę i przyglądałem się jej bardzo, a potem ją dokładnie obwąchałem, a potem polizałem…
Bo może tą piłeczkę zabolało, że ją tak mocno ząbkami trzymałem?
A to przecież była najpiękniejsza piłeczka na świecie!
     W domu zrobiło się bardzo cicho, bo wszyscy obserwowali mnie, a ja obserwowałem piłeczkę. 
     Nie wiedziałem, co trzeba zrobić z taką piszczącą piłeczką, więc wziąłem ją delikatnie do pyszczka i zaniosłem do koszyczka. Może jej się kręciło w głowie od tego biegania? 
     Nawet jej poprawiłem podusię i kocyk, żeby miała wygodnie.
Piłeczka już nie piszczała.
     Ale mnie minęła ochota na zabawę, więc położyłem się koło koszyczka i pilnowałem, żeby ktoś mojej piłeczki za mocno nie ściskał zębami. 
     Wieczorem, to nawet chciałem iść z nią na spacerek, ale Tata się nie zgodził.
     - Albo spacer, albo piłeczka! – tak powiedział.
     Miałem już zrezygnować z tego spaceru, ale bardzo chciałem zrobić siku, i kupkę też chciałem, bo mój brzuszek był bardzo pełny od tego tortu ze szprotkami i wątróbką, ale co zrobiłem krok, to mi się przypominało, że piłeczka sama w koszyku zostaje.
I tak biegałem od Taty, do koszyka.
Misiek z Żabolkiem tylko czekali, żeby złapać moją piłeczkę w zęby!
Dopiero Mama mnie uratowała.
     - Popilnuję piłeczki! – powiedziała, i usiadła koło koszyka.
Ufff…
Mamy chyba nie łapią piłeczek w zęby?
     Nie byłem pewien, więc bardzo szybko zrobiłem siku i kupkę pod moim drzewem, i zanim Tata zszedł ze schodów, to ja już byłem gotowy do powrotu.
Może to dobrze, że potrenowałem to sikanie w biegu na spacerach z Misiem?
     Mama bardzo się ze mnie śmiała, kiedy Tata opowiadał jej o spacerze, a potem poczochrała mnie za uszkiem…
     - Mój ty szczeniaczku! – wyszeptała.
     - Hau! Mamo! 
     Ja już nie jestem szczeniaczkiem! Ja mam rok! Jestem już bardzo dużym psem, z najpiękniejszą piłeczką na świecie! 
     Wiem już, że jak spada pilot od telewizora, to nie wolno go naprawiać, bo wtedy zostają ślady ząbków na obudowie, i Tata się bardzo gniewa. 
     Wiem, że te czarne piłeczki, które robi Mama, to nie są piłeczki, tylko skarpetki Taty, i takimi piłeczkami nie wolno się bawić, bo na nich też zostają ślady ząbków, ale wtedy gniewa się Mama. 
     Ślady ząbków mogę zostawiać tylko na swoich zabawkach i kapciach, które dostaję od Mamy i Taty. Bo to są wtedy już moje kapcie i nikt się nie gniewa.
Przecież nie będę się gniewał na własne ząbki?
     Ale Mama tylko mocniej mnie przytuliła…

piątek, 20 stycznia 2017

Nie bądź szprotką...

Szprotka szprotkę raz spotkała:
- Dokąd płyniesz rybko mała ??
- Zmierzam tam gdzie i ławica,
bo zbiorowość mnie zachwyca !!
- Ależ tam wieloryb czeka !!
Ja widziałam go z daleka !!
Szprotka sprawę przemyślała:
- Cóż ja znaczę, rybka mała ??
A z ławicą tworzę siłę !!
Z nią doznania będą miłe !!
Jak myślała, tak zrobiła...
I jako plankton skończyła...

Morał z czasem tu przybędzie,
takich "szprotek" pełno wszędzie...

wtorek, 17 stycznia 2017

Szkoda, że nie jestem stonogą...

     Nie będę owijać w bawełnę, i chwalić się też nie będę...
Stop !!
     Bawełna zostaje, a z tym "nie chwaleniem" to przesadzać nie ma co...Kto nie lubi się pochwalić ?? Chociaż tak odrobinkę ??
Uwaga !! Będę się chwalić...
     Ale mi zarąbista wiśniówka wyszła !! Klękajcie Narody !! (I to jeszcze przed degustacją...;o)
     Fakt, że ze mnie degustator raczej marny, i taki bardziej detaliczny, ale "wiśnióweczka" zawsze moje oczko przyciągała (że nie wspomnę o wiśniach z takiego trunku)...
     Kiedy więc, nasza wisienka padła, perfidnie przez nas przycięta, kiedy już słoiczki dżemów i kompotów zaległy w piwnicznych czeluściach, postanowiłam eksperyment przeprowadzić i zainwestować w nasze koncerny spirytusowe...;o)
     Przyznam się, że jak "wiśniówka" oko przyciągała, tak po pierwszym kieliszku smak odchodził...Kupne "Wiśniówki" podjeżdżały mi bimbrem...Brrrr
Wyzwanie ??
     Przepisy przeanalizowane, naczynie naszykowane, wiśnie zalane i czekam...
Czekam...Czekam...Czekam...Długo czekałam...
     Pierwsza degustacja, w październiku...Totalne fiasko...Ależ mi mordkę wykrzywiło...
Znowu czekam...
     Druga degustacja, w grudniu...A by cię...Czy te wiśniówki same z siebie tak samogonem jadą ??
     Od tego czekania to by mi chyba broda do pasa urosła, jakbym miała zarost na brodzie...
     W styczniu mieliśmy drobną okazję do "chrztu", bo nabyliśmy panele drogą kupna, a wiadomo, że takie zakupy na sucho nie przejdą (bo by się rozeschły)...
     Sceptycznie kieliszki napełniłam i niczym degustator rangi hurtowej dzioba zanurzam...
     Ło Matko i Córko !!
     Cudo !!
W ustach same wiśnie...A duszę grzeje...
Mina Ślubnego ??
Ależ się Chłopak nacmokał...A ile się nazachwycał...
A potem mi butelczynę schować kazał, bo takiego trunku nie godzi się marnować ku próżnicy...
Ha !!
     To mi się wiśnióweczka udała !! Przechwalić trudno !!
     A może by tak na drugą nóżkę ?? Bo mi się coś równowaga rozchwiała...
     Jakbym się długo na blogu nie odzywała, to znaczy, że się z Detalisty, w Hurtownika zmieniłam, i że degustuję zawzięcie, żeby się w smak lepiej wczuć...
     Właściwie to szkoda, że nie jestem stonogą...;o)

niedziela, 15 stycznia 2017

Wyposażenie DKG...;o)

     Lato tego roku było wyjątkowo piękne...Niebo pokrywały błękity...A w powietrzu unosił się zapach skoszonej trawy...Piękne lato...
     A może piękne było dlatego, że spędzaliśmy je po raz pierwszy wspólnie u Bieszczadzkich Dziadków ?? Nasze pierwsze wspólne wakacje z Pierworodnym...Echhh...
     I chociaż temat tego wpisy jest jak najbardziej przyziemny...Rozmarzyłam się...
Nawet czuję zapach tego lata...
     Pewnego dnia postanowiliśmy jechać na wycieczkę-zakupy do odległej o cztery kilometry Wsi...No cóż...Miejscowość, w której mieszkali Dziadkowie trudno było nawet nazwać Wsią (chociaż nią była)...Ale w niej zakupy robiło się w kiosku otwartym na godziny...
No to ruszyliśmy "w wielki Świat"...
     Poszaleć to tam właściwie nie było gdzie...Ośrodek zdrowia...Kościół...Restauracja "Zorza" (trzeba było wiele odwagi, żeby tam wejść) i trzy sklepy: spożywczy, przemysłowy i tekstylny...
     W sumie choćby ich było trzydzieści, to i tak nic by to nie zmieniało...W spożywczym był "ocet"...W tekstylnym pstrokata gremplina...A w przemysłowym...
     Weszłam i stanęłam jak wryta, co spowodowało to, iż Pan N. wrył się w moją rufę (nie zachował bezpiecznej odległości), a w tyle Pana N. zaparkował mój Ojciec...Karambol pierwszej klasy !!
     Rozmiar katastrofy do mnie nie docierał, bo wszystkie zmysły skoncentrowałam na sklepowej półce...
     Nigdy nie należałam do namiętnych zwolenniczek zakupów, więc mój bezruch dał do myślenia Facetom...
     - Stało się coś ?? - zapytał przytomnie Pan N. zaraz po tym jak rozplątał siatki, które dźwigał do spółki z Teściem...
     - Patrz !! - wydusiłam przez zaciśnięte gardło i zamaszyście wskazałam kierunek owego "patrzenia"...
     - Ooooo...- wydobyło się ze Ślubnego...
     Na półce stał robot kuchenny !! Najprawdziwszy !! Taki z mikserem i z misą obrotową !! Dokładnie taki, jaki pokazywali w TV, ale którego "na żywo" w życiu nie widziałam...
     - Piękny jest...- wymruczałam melancholijnie...
     - Fakt...Niczego mu nie brakuje...- potwierdził Pan N.
Sprzedawczyni przyglądała nam się z zainteresowaniem...
I nagle, zebrałam się na odwagę i nieśmiało poprosiłam...
     - Czy moglibyśmy obejrzeć tego robota ??
Sprzedawczyni bez mrugnięcia zaczęła wystawiać kolejne części...
     Oczami wyobraźni widziałam jak ucieram zupki Pierworodnemu, jak mieszam kaszki, jak miksuję owoce...A każde z tych marzeń wydobywało ze mnie gorzkie westchnienie...
Cena wystawiona na półce przyciągała moje oczy jak magnes...
     - To dla "Młodych Małżeństw" ?? - wydobyło się w końcu z Pana N.
     - Nie...- odpowiedziała zdziwiona Sprzedawczyni...
     - To pewnie jakaś reglamentacja ?? - dociekał dalej Ślubny...
     - Nie... - oczy Sprzedawczyni robiły się coraz większe...
     - To jak to cudo można kupić ?? - zdziwienie zaczęło nas zatykać...
     - No...Jak to jak ?? Za pieniądze ?? - odpowiadała Sprzedawczyni i zaczęła się nam przyglądać jak Kosmitom...
     - Tak normalnie ?? - zapytaliśmy jednocześnie...
     Kobieta tylko pokiwała głową, bo Jej pewnie głos odebrało ze zdziwienia...
Ależ te Mieszczuchy kombinują !!
     Po kwadransie wychodziłam ze sklepu przemysłowego taszcząc ogromne pudło z robotem kuchennym i prędzej padłabym trupem, niż oddała to pudło do taszczenia Chłopakom !!
     Moje szczęście było niewyobrażalne !!
     Jakim cudem, coś o co Ludzie się bili w naszym rodzinnym Mieście, a nabycie graniczyło z cudem jeśli nie miało się odpowiednich znajomości, tutaj stało sobie normalnie na półce i nie wywoływało żadnych emocji u Klientów ??
     Cud !! Najprawdziwszy cud !!
     Nieistotnym było, że w portfelu zostało nam tyle co na bilety powrotne do domu, że czekała nas podróż przez połowę Polski z Niemowlakiem, psem, gitarą, bagażami i ogromnym pudłem z robotem !! Nic nie było istotne...
     Miałam robota !!
Pokochałam go miłością wielką, jeszcze zanim był mój !!
     I ta miłość trwała przez trzydzieści lat !!
Nigdy nie zawiódł...
Przeżył dziesiątki upadków...Przeżył zalanie silnika koktailem...Przeżył nawet miksowanie wrzątku (chociaż dostał wtedy nieźle "po obudowie")...Ale nie zawiódł...
     Dwa lata temu "padł" kubek od miksera...Po prostu się rozsypał...Ze starości...
     Pan N. zaczął przebąkiwać, że chyba pora się rozejrzeć za nowym...
Udawałam, że nie słyszę...;o)
     Jak można wymienić "przyjaciela" ??
Te dwa lata to był czas na "przyswojenie faktów"...
     Dzieci maleńkich nie mamy, ale wrzosowiskowe przetwory wysoko stawiały poprzeczkę robotowi...Ciężko znosił tą harówkę...
Chyba czas ??
     No i Pan N. sprawił swojej Domowej Kurze Grzebiącej nowy sprzęt...


     Piękny jest...Nowocześnie skomplikowany,a właściwie prosty, jak budowa cepa...Ma tyle funkcji, że chyba otworzę przewód doktorancki... 
     Jak się nam będzie pracowało ??
     Przeprowadziłam dopiero pierwsze próby...
     Robienie masła to bajka...Wlewam, włączam i tyle...Koniec z przymusową gimnastyką nadgarstka...
     Koktail wyszedł mniamuśny (chociaż musiałam znacznie ograniczyć spożycie, żeby nie załapać kolejnej alergii)...
     Tartą marchewkę spartoliłam, ale błąd był raczej po mojej stronie...
Jakie mam uwagi ??
Póki co dwie...
     1. Misa jak na mój gust jest trochę zbyt krucha, chociaż o jej żywotności przekonam się z czasem.
     2. Między przykrywką a tarczami jest zbyt duża przestrzeń i warzywa "uciekają" (ale to może kwestia techniki "współpracy" operatora z urządzeniem)...
     Testy rozpoczęte !! Badania przeprowadzać będę skrupulatnie (Pan N. zakupił już zapas kefiru)...
     Może za trzydzieści lat opowiem Wam przypowieść o moim Berlingerze ??
Daj nam Boziu tyle zdrówka !! ;o)  

P.S. Dziękuję za zdjęcie Dystrybutorowi Berlingera :o)
       A mój "bieszczadzki przyjaciel" będzie teraz leżakował na zasłużonej emeryturce, jakby "cuś", to sobie jeszcze "pobrykamy" z koktailami...;o)

piątek, 13 stycznia 2017

Psie opowieści: Wakacje mogą być fajne...



     Moja Rodzina też chyba się za mną stęskniła, bo strasznie dużo razy mnie przytulali, nawet Żabolka mnie przytulała, a potem powiedzieli, że pojedziemy do Dziadka.


Pojedziemy? Czyli, że ja też pojadę?
     Trochę się zmartwiłem, że do tego Dziadka trzeba jechać, bo wcale nie miałem ochoty na podróż trzęsącym się, i śmierdzącym autem, ale przecież przyrzekłem sobie, że już nigdy nie puszczę mojej Rodziny bez pieska. Trudno…Niech mnie trzęsie! 
     Nie tylko podróż mnie niepokoiła. Nie miałem pojęcia, co to jest Dziadek…
A może to coś niebezpiecznego? I trzeba będzie bronić moją Rodzinę?

A może to taki weterynarz i da nam zastrzyki? Nie lubię zastrzyków!
     Ale moja Rodzina nie wyglądała na wystraszoną, a ja dostałem z tej okazji kaganiec.
Po co takiemu małemu pieskowi kaganiec?

To jest takie paskudztwo!
     Przez ten kaganiec nie można otworzyć pyszczka, nie można obszczekać nikogo, i wcale nie da się przez niego jeść. Kaganiec to taka klatka, przez którą pieski nie mogą się nawet oblizywać.  
To, po co jest kaganiec?

     - Musimy ci to założyć, bo pieskom nie wolno jeździć pociągami bez kagańców – powiedziała Mama.
     To ja wcale nie muszę jechać tym pociągiem! Ja mogę pobiegnąć! Moje łapki troszkę urosły i już nie trzeba mnie wnosić na schody! 
     Mama wcale mnie nie słuchała, a ja kręciłem głową we wszystkie strony, żeby mi się ten kaganiec zgubił. 
     Mam nadzieję, że mnie w tym kagańcu nie zobaczy Maks, albo Filip, bo obszczekają mnie strasznie, a ja będę musiał być cicho.
     Maks i Filip to moi koledzy z podwórka.

     Maks jest bardzo, ale to bardzo wielorasowy i mieszkał na moim podwórku zanim moja Rodzina mnie znalazła u Pana Właściciela. Ma krótkie nóżki, gruby brzuszek i jest cały biały jak mleko. Tylko tam gdzie ma łatki to nie jest biały. Maks się bardzo cieszy, kiedy mnie widzi, i bardzo głośno na mnie szczeka, a czasem udaje mu się wyrwać swojemu Panu i z tej radości mnie gryzie. Ja też gryzę Maksia. Wtedy wszyscy się bardzo denerwują i nas od siebie odciągają. Ale ja lubię Maksia. Tylko, żeby on nie siusiał pod moje drzewko, bo jak jest moje, to tylko ja mogę tam siusiać.

     Filip też jest moim kolegą, a Pan Filipa jest kolegą Misia, i oni bardzo chcieli, żebyśmy się zaprzyjaźnili. Filip też był prezentem pod choinkę, tak jak ja. Ten święty Mikołaj to musi mieć bardzo dużo piesków.

     Filip też był malutki, kiedy zamieszkał w nowym domu, tylko, że on był prawie rasowy, nie był ostatni z miotu, tak jak ja i jest cały rudy. Tylko, że potem strasznie szybko zaczął rosnąć i jego rodzina wypuściła go na ulicę. Filip mieszkał na podwórku.

     Z Filipem też obszczekiwaliśmy się zawsze, i też gryźliśmy się przy spotkaniach, ale Filip umiał rzucać mną tak jak Boss, więc wolałem na niego szczekać z balkonu, niż go spotykać.

     Udało się.

     Przeszedłem przez podwórko w tym kagańcu i nikt mnie nie widział.

Uff…

     A potem była podróż pociągiem! 
     Pociąg to jest takie bardzo duże auto, tylko trzęsie inaczej, robi: tudut…tudut…, ale można usiąść na podłodze i wcale się nie przewraca.      Pociągiem jeździ dużo ludzi i wszyscy mówią, że się jest ładnym i grzecznym pieskiem, tylko nie wolno wskakiwać na siedzenia. W pociągu też inaczej śmierdzi.
     Chciałem się położyć, ale przez ten kaganiec wcale nie mogłem ułożyć głowy i uwierało mnie w pyszczek, więc siedziałem oparty o nogę Mamy, a Mama drapała mnie za uszkiem.

Może powinienem polubić jeżdżenie pociągiem?

     Dziadka polubiłem od razu. Dziadek to taki pan, który przytula moje Dzieci i głaska mnie po karku. Nie podobało mi się tylko, że mieszka bardzo wysoko, i że trzeba jechać windą, w której było mi bardzo niedobrze, i że z jego balkonu nie widać piesków, tylko same ptaszki. Ale kiedy poszliśmy na spacer spotkałem wielu nowych kolegów, i mogłem sobie poszczekać do woli, bo kaganiec został w domu.

     A kiedy wieczorem wracaliśmy pociągiem, to przyszedł pan konduktor i pozwolił ściągnąć mi kaganiec, bo w całym wagonie jechała tylko moja Rodzina. Ten pan powiedział, że jestem bardzo miłym szczeniaczkiem. To bardzo fajny pan. 
     Miło jest jeździć z moją Rodziną pociągiem do Dziadka, ale wolę moje podwórko i mój las. Bo ja mieszkam blisko lasu. To takie miejsce, w którym pieski mają kłopot ze zrobieniem siku, bo jest bardzo dużo drzew i krzaczków. Ja miałem kłopot.

 Wszystkie drzewka pachniały pieskami i wcale nie mogłem się zdecydować, pod którym zrobić siku, a pod którym kupkę. Bardzo się denerwowałem i biegałem w kółko.


Potem biegłem szybko pod nasz dom i siku robiłem pod moim drzewkiem, żeby Maksio i Filip wiedzieli, że byłem na spacerku.

Ale w lesie można się bawić z Miśkiem w ganianego, albo z Żabolką w chowanego, albo z całą Rodziną grać w piłeczkę. A jak jest bardzo ciepło, to Mama zabiera do lasu kocyk, koszyk z jedzeniem i moje miseczki. Wtedy cały dzień się bawimy, a jak się zmęczę to idę na kocyk i przytulam się do Mamy.

     Po lesie można też jeździć na rowerach, chociaż to nie jest fajna zabawa dla piesków.
     Mama, Miś i Żabolka mają rowery, a dla mnie Tata przymocował koszyczek na rowerze Mamy. Ten pomysł nie podobał mi się od początku.
     No bo, po co jeździć na rowerze, jeśli ma się cztery łapki i można po lesie biegać?

Pierwszy wiosenny spacer (galop) Cezarego 1994r.
      Mama wsadziła mnie do tego koszyka i pojechaliśmy na wycieczkę. Było wygodnie, koszyczek był duży i mięciutki, ale kiedy tylko wjechaliśmy do lasu, i zobaczyłem te wszystkie samotne drzewka, to tak mi się ich żal zrobiło, że hyc!
I wylądowałem w wielkim krzaku jeżyn.

Nie wiedziałem, że jeżyny kłują!
     Mama próbowała mnie złapać za ogonek, kiedy wyskakiwałem, ale ten rower ją przewrócił i strasznie rozbił jej kolano, a że krzyknęła do mnie „siedź”, to się Żabolka obejrzała i jej rowerek też ją zrzucił. Tylko rower Misia był grzeczny. 
     Zrobiło się straszne zamieszanie, bo ja nie mogłem sam wyjść z tych jeżyn (łapały mnie za łapki), Mamie leciała krew z kolana, a Żabolka siedziała i płakała.
Wszystko przez rowery!
     Postanowiłem, że od dzisiaj będę chodził do lasu tylko na własnych łapkach, jak mnie już te jeżyny wypuszczą. 
     Bardzo wolno wracaliśmy do domu, bo Mamę bolała noga, ja miałem wbity w łapkę kolec, Żabolka ciągle płakała, a Misiu musiał prowadzić dwa rowery, swój i żabolkowy.

czwartek, 12 stycznia 2017

Noworoczne życzenie...

Wielka w Sejmie jest zadyma,
o to, kto mównicę trzyma,
a mnie taki naszedł rym,
Niech Was Wszystkich - 
siwy dym !!


P.S. Ani mi "na lewo", ani mi "na prawo",
       ale bycie Posłem, jest fajną zabawą...;o)