Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

środa, 11 stycznia 2017

Psie opowieści: Wakacje z nianiami...


     Moje pierwsze wakacje wcale mi się nie spodobały. 
     Mama i Tata powiedzieli, że wyjazd nad morze, to nie jest rzecz odpowiednia dla szczeniaczka.
Fakt!

Ale nie pomyślałem, że moja Rodzina pojedzie nad to morze bez psa!
     Jak można zostawić pieska samego w domu?
Może nie do końca samego…
     Moja Rodzina się spakowała i pojechała nad morze, a ja zostałem w domu z nianiami. 
     Był Pan-niania, Pani-niania i Dziecko, ale dziecko nie było nianią, tylko takim całkiem malutkim dzidziusiem, który tylko leży i płacze. 
     Pan-niania miał wychodzić ze mną na spacerki, a Pani-niania miała mnie karmić, ja miałem być grzeczny.
Ale czy taki mały piesek jak ja, może być tak długo grzeczny?
     Już na drugi dzień zacząłem strasznie tęsknić za moją Rodziną, nie mogłem jeść, nie mogłem spać. Leżałem w przedpokoju z nosem przy drzwiach i płakałem. 
     Pan-niania to nawet chciał grać ze mną w piłeczkę, ale mu odebrałem i schowałem pod kanapą. To jest moja piłeczka. Moja, Misia i Taty.
Nie będzie nią grał jakiś Pan-niania!
     Pani-niania też była miła. W miseczkach zawsze była świeża woda i smakowite kąski, ale mnie wcale nie chciało się jeść, ani pić.
A jeśli moja Rodzina już do mnie nie wróci?

Jeśli już na zawsze będę musiał mieszkać z Panem-nianią i Panią-nianią? I z Dzieckiem, które nie umie się bawić i pachnie mlekiem?
     To byłoby straszne!
A może oddadzą mnie Panu Właścicielowi i znowu zamieszkam z buldogiem Bossem?
     Z każdym dniem byłem coraz słabszy i coraz smutniejszy. 
     Moja tęsknota była już tak ogromna, że wielki brodacz monachijski był przy niej jak szczeniaczek, nawet wątróbka nie smakowała mi wcale. 
     W nocy płakałem, ale Mama nie przychodziła mnie uspokoić, a Pan-niania krzyczał na mnie, że obudzę Dziecko.
To nie jest moje Dziecko!

Moje Dzieci gdzieś się zapodziały i nie mogę ich znaleźć!

I wtedy płakałem jeszcze głośniej…

Moje Dzieci to Żabolka i Miś!

Oddajcie moje Dzieci!

I oddali…
     Moja Rodzina wróciła niespodziewanie i wszyscy pachnieli spacerem.
Piękny był ten zapach!
     Tak bardzo się ucieszyłem, kiedy zobaczyłem ich przez szparę na balkonie, że wziąłem wielki rozpęd i ziuuut(!), chciałem skoczyć, ale Pani-niania złapała mnie w ostatniej chwili za ogonek.
Dobrze, że mi Mama nie pozwoliła tego ogonka obciąć!

A potem to już było wielkie przytulanie i wielkie cieszenie. Nawet się z tej wielkiej radości posiusiałem.

Ale nikt się na mnie nie gniewał…

I wtedy Mama wyciągnęła jakiś woreczek i wsypała zawartość do mojej miseczki.

     - To dla bardzo dzielnego pieska! – powiedziała.

Dla dzielnego?

Ja wcale nie byłem dzielny! Ja byłem w rozpaczy! Ja płakałem za wami!

     Ale miseczka pachniała tak pięknie, że nie zdążyłem tego wszystkiego Mamie powiedzieć.

Moja miseczka pachniała wędzonymi szprotkami…

Mniam!

Mama też pachniała wędzonymi szprotkami.

Pięknie pachniała!

     A najważniejsze jest to, że Mama wygoniła Pana-nianię, Panią-nianię i obce Dziecko.

I dobrze. Nie będą mi już więcej chować mojej Rodziny!

Z resztą, teraz to ja ich już przypilnuję!

Idą do łazienki – ja z nimi.

Idą na balkon – ja z nimi.

Mam tylko problem, kiedy każdy idzie gdzie indziej, ale wtedy siadam na środku przedpokoju i już mam wszystkich na oku.

Więcej mi nie znikną!

     Moja Rodzina też chyba się za mną stęskniła, bo strasznie dużo razy mnie przytulali, nawet Żabolka mnie przytulała, a potem powiedzieli, że pojedziemy do Dziadka.

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Sypiam z diabłem...

Że będzie erotycznie ??
Bynajmniej...
     Sypiam z "diabłem" w przenośni absolutnej , chociaż w kontakcie bezpośrednim...I nie z całym osobnikiem, tylko z jego pazurami...
     Od kilku tygodni przeprowadzamy z Panem N. eksperyment pod tytułem "diabelski pazur" (czasem występuje jako "czarci pazur")...
     Ta afrykańska roślinka zwana wśród Botaników hakoroślą rozesłaną, od wieków służyła pomocą w różnych stanach niemocy...A skoro nowoczesna medycyna w wielu przypadkach diagnozę stawia w formie "w tym wieku już tak jest", to może warto zerknąć co w "kociołku" miewali afrykańscy Szamani ??
     Jaka była przyczyna naszego zainteresowania ??
     No cóż...Zdiagnozować to można jako "starość nie radość"...Ale chodziło nam głównie o niemiłosierne bóle kostno-stawowe, do których przyczyniło się Wrzosowisko...A skoro sezon za nami (i przed nami), więc się jakoś do "kupy" pozbierać musimy...
     Na pierwszy ogień poszedł żel z czarcim pazurem...
     Nabyty drogą kupna w sąsiedniej Aptece za kilkanaście złotych...
     Oczekiwań wielkich nie miałam, bo nic już właściwie ulgi mi nie przynosiło, a Mędrcy ogłaszali, że działanie diabelskie odczuwalne jest dopiero po miesiącu stosowania...
     Będąc w fazie "już mi wszystko jedno" cierpliwie znosiłam mazianie tym paskudztwem...(Nie polecam smarowania bez roztarcia na dłoniach, bo mazidło jest chłodzące i wydobywa z człowieka okrutne wrzaski)...
     Po tygodniu wstałam z kanapy i doszłam do łazienki bez odczuwanego dotąd potwornego bólu bioder i stóp...(Bystrością się nie wykazałam, bo brak bólu zauważyłam dopiero w drodze powrotnej)...
     Może po prostu inaczej leżałam ??
     Po dwóch tygodniach zauważyłam, że odzyskałam kciuka u prawej ręki, z którego nie korzystałam od czerwca, bo nie dość, że bolał, to czucie w nim zamarło...(Na stawach wyczuwałam pod skórą drobne grudki)...
     Ki czort ?? A może ki czart ??
     Ale zaczęłam uważniej się przyglądać układowi kostno-stawowemu...
Orzesz...(ko)...
     Stopy mnie nie bolą od...Od kiedy ??
     A od kiedy wstaję z łóżka jak człowiek, a nie jak "skóra z Edgara" wyczyniając spektakularną gimnastykę (pamiętacie kosmitę z "Facetów w czerni) ??
Coś przegapiłam...
     Po dwóch tygodniach stosowania żelu rozpoczęłam kurację tabletkową...
     Niech będzie nawet "diable nasienie", byle pomagało !!
Wcinam te prochy od tygodnia...
     Żel się skończył, więc Pan N. mazia mnie teraz maścią (z czarcim pazurem)...
Efekt ??
     Grudki na stawach zanikły całkiem...Kciuk jest w 96% sprawny (pozostało lekkie mrowienie w opuszku i przy paznokciu - efekt jeszcze jednej "narośli", którą wyhodowałam sobie w rozmiarze XXL - teraz ma rozmiar L)...
Wstaję i siadam bez efektów wizualno-dźwiękowych, czyli jak każdy cywilizowany człowiek...
Ulga w biodrach, ulga w krzyżach...Leżąc nie odczuwam efektu "rozgrzanych gwoździ" wbijanych w kręgosłup...
     Pomaga ??
     Aż boję się potwierdzić głośno...
     Do miesiąca stosowania mazideł brakuje jeszcze kilka dni...Do miesiąca stosowania tabletek brakuje kilku tygodni...
Cieszyć się ??
A może to tylko efekt wypoczynku ??
Ale żeby od wypoczynku zanikały grudki ??
     Stosowałam już przecież całą masę medykamentów...Tych reklamowanych...Tych polecanych przez Farmaceutów...I tych zalecanych przez Lekarzy...
Efekt był raczej mizerny (za to koszt był znaczny)...
     To może ta kilkunastozłotowa inwestycja w diabelskie pazury jest najlepszą z możliwych ??
     A może to taki cyrograf ??
Ból za duszę ??
Niech tam !!
Eksperymentuję dalej !!
     Dla bezpieczeństwa Rzym będę omijać z daleka...;o)   


P.S. Z ostatniej chwili...Kiedyś pewien Lekarz powiedział, że jakby miał jeszcze jednego Pacjenta takiego jak ja, to poszedłby kopać rowy z rozpaczy...Znikomy procent Pacjentów może mieć objawy alergiczne przy stosowaniu czarciego pazura...No i co ?? No i jestem tym "procentem" !! Mam przekichane po całości i w detalu...:o( Ale po "odtruciu" zaczynam od nowa !! W tym szaleństwie jest metoda !! ;o)

sobota, 7 stycznia 2017

Zadyma o edukację...

     Na biurku Pana Prezydenta (zwanego przeze mnie Dudusiem - ogromnie mi przypomina tego bohatera), wylądowała kolejna "reforma edukacji"...I tak mnie z miejsca dopadła myślenica, że Ministerstwo Edukacji to ma już chyba specjalne archiwum na takie twory...Jak sięgam pamięcią to to nasze szkolnictwo reformowano w sposób radykalny, mało radykalny lub całkiem nie radykalny...Przed chwilą uzyskałam wiedzę, że żadna z tych reform nie została zakończona...
Alleluja !!
     A że mam w otoczeniu sporą grupę "Edukatorów", to wiem jedno...Każda z reform przynosiła jedno...Coraz większy chaos...
     No cóż...Czy ktoś obiecywał Nauczycielom, że będzie Im w życiu lekko ??
Nie ??
No to zażalenia mogą składać do Pana Boga...
     Przecież za porażkę "idealnej" reformy (bo każda w założeniu jest idealna) nie może odpowiadać Minister, który po jakimś czasie Ministrem być przestaje...To dlaczego Nauczyciele tacy uparci są i dalej chcą uczyć ??
Ale nie o nauczycielskich dylematach chciałam...
     Mój punkt widzenia jest rodzicielsko - pracowniczy...Takie osobiste spostrzeżenia, których Pan Duduś wcale pod uwagę brać nie musi...
     Tak mi się w życiorysie złożyło, że Dzieci posiadłam w odstępie słusznym, lat trzech...Podobno jest to różnica wieku idealna, więc sprzeciwów nie zgłaszałam...
     Pierworodny uczęszczał do ośmioletniej Podstawówki, a potem zabłąkał się do czteroletniego Liceum...Uczył się dobrze (żeby się nie przechwalać "bardzo" usunęłam)...Chociaż i na Niego zakusy reformacyjne były, bo "zerówki" wówczas chciano przenieść do Przedszkoli...Rodzicielski protest został wysłuchany i dla tego Rocznika zrobiono "wyjątek" (przynajmniej w naszej Szkole)...
     Córcia była Uczniem "eksperymentalnym"..."Zerówka" oficjalnie funkcjonowała w Przedszkolach...Podstawówka miała sześć lat (chociaż zaczynała "normalnie")...Gimnazjum trzy...Liceum trzy...
Liczebnikowo to samo...
Aaaaa...Zapomniałam nadmienić, że Córcia też uczyła się dobrze (dla sprawiedliwości też "bardzo" usunęłam)...
     Wychwalać Ich nie będę, ale z edukacją to problemów rodzicielskich żeśmy nie mieli...
Tyle, że...
No właśnie...
     Kiedy zobaczyłam podręczniki, lektury i program edukacyjny Córci, to mało mnie na Intensywkę nie odwieźli...Obrazeczki, teściki, projekty...A wiedza ??
Oj tam, oj tam...
     Podobno najlepszym Nauczycielem jest życie...
Gimnazjum ?? Pryszcz...
Liceum ?? Pryszcz...
    Ale przecież zamierzała studiować !! Kto na Uczelniach będzie zwracał uwagę, że tego w programie nie było, albo, że Nauczyciel tego nie zdążył zrealizować, bo musiał jakiś projekt opracować, albo statystyki wyliczać (na zebraniach rodzicielskich dyskusje o tych statystykach bywały gorące)...A potem dorosłe życie z lukami edukacyjnymi ??
     Rozwiązanie ??
     Szkoła szkołą, a edukacja musi być po naszej stronie !!
     Dokąd się dało załatwialiśmy to "po domowemu"...Czyli każdy ogarniał przedmiot, w którym czuł się "mocny"...
     Pod koniec "Ogólniaka" musieliśmy skapitulować...Matura nie pryszcz...Zaczęły się zajęcia dodatkowe (płatne)...
     Nauczycieli pokonali Urzędnicy...
     Uczniów pokonał system...
Że byłam przewrażliwiona ??
     Możliwe...I pewnie bym nawet w to uwierzyła, gdyby nie fakt, że wówczas zawodowo zajmowałam się naborami nowych Pracowników dla kilku Firm (taki nowomodny HR)...
     Lubiłam to...W tych młodych Ludziach było tyle optymizmu, tyle oczekiwań, tyle pomysłów...Rozmowy tak zwane "kwalifikacyjne", ogromnie ładowały moje akumulatory...
     A potem, z roku na rok było coraz gorzej...
Poziom podstawowej edukacji bywał żenujący...
Bywało, że z dwudziestu osób odpadały wszystkie...
     Kelner, który nie umie zapanować nad zamówieniami trzyosobowego stolika ?? Referent biurowy, który wali "orty" takie, że aż kartka płacze ?? Sprzedawca przyjmujący "do magazynu" pinezki na sztuki ?? Bywały nawet Jednostki z "błyskotliwym CV", które na rozmowach nie umiały zdania sklecić poprawnie (CV pisała starsza Siostra)...
     To nie były "zaniedbane" edukacyjnie Sztuki, to były całe Roczniki...Sztuka w Sztukę bez wiedzy i umiejętności...Z roku na rok coraz "słabsze"...
     Że to przez zapracowanych Rodziców ?? Że winę ponosi internet ?? Że gry mają zły wpływ ??
Możliwe...
     Ale ja też miałam zapracowanych Rodziców, i nasze Dzieciaki miały zapracowanych Rodziców...My mieliśmy "podwórka" i "trzepaki", nasze Dzieciaki wychowywały się już przy necie...Ja namiętnie w dzieciństwie grywałam z Ojcem w pokera, nasz Pierworodny zarywał noce przy grach...
     Jedyną radykalną zmianę jaką zauważyłam jest fakt, że kiedyś, gdy szedł ulicą Nauczyciel, to nawet największe Rozrabiaki wyciągały ręce z kieszeni, stawały wyprostowane i donośnie krzyczały "dzień dobry"...Tak było...Teraz takie zachowania kończą się na przełomie IV / V klasy podstawówki...
Dzisiaj na widok Nauczyciela idącego ulicą Młodzież spluwa, odwraca głowę w drugą stronę, albo na lekcji wsadza Mu kosz ze śmieciami na głowę...On milczy w niemocy, a Oni dostają Psychologa, bo widocznie "mają problemy z agresją"...
     Nauczycieli zdegradowano do rangi "Urzędasa", który ma "służyć"...Ma realizować...Ma uczestniczyć...Ma wdrażać...
     Czy kolejna reforma zmieni cokolwiek ??
Wątpię...
     Przecież teraz zaczynają uczyć Ci, których poddano tym eksperymentom przez ostatnich dwadzieścia lat...
     "Głupim narodem rządzi się łatwiej" - powiadają...
No cóż...
W tej materii nasze Rządy mają wiele osiągnięć...
     Czy powrót do systemu "8+4" coś przyniesie ?? Nie wiem...
     Wiem jedno...Dokąd Nauczyciel będzie traktowany jak "Urzędas", albo "Biurokrata", dokąd zamiast prowadzić lekcje będzie prowadził statystyki, dokąd zamiast uczyć reguł będzie się musiał ciągle do jakiś reguł dostosowywać, to będzie lipa, a nie edukacja, parodia a nie wychowanie...
     Edukacja potrzebuje stabilizacji !! Stabilizacji i konsekwencji...
     Jeśli nad edukacją piecze będą trzymać Politycy, to ze stabilizacji nic nie wyjdzie...
     Jestem za powołanie Komisji Edukacji Narodowej !! Jedynego organu, który miałby prawo wprowadzać reformy !! KEN-u poza politycznego !! KEN-u poza rządowego !! KEN-u składającego się z Fachowców przez bardzo duże "F" !! Jakich ??
     Prosty pomysł...Dyrektor najlepszego Liceum (wyniki maturalne, ilość Olimpijczyków, Laureatów konkursów - to można ocenić wymiernie), z każdego województwa...Tak samo z Dyrektorami Gimnazjów i Podstawówek...
Kadencja 5 lat...Punkty zbiorcze za ten okres...Oddelegowanie do pełnienia funkcji Komisarza...
     Ci Ludzie wiedzą rzeczywiście jak wygląda oświata, wiedzą czego oczekują Uczniowie, Nauczyciele i Rodzice...W takiej właśnie kolejności...
Projekty przedstawiane Premierowi...Realizacja w gestii Władz gminnych...
Trudne ??
Raczej niepoprawne politycznie...
     Koniec z reformowaniem reform pisanych na kolanie...  

czwartek, 5 stycznia 2017

Mały piesek z wielką duszą...cz.2


     Na drugi dzień Mama ubrała mi obróżkę ze smyczką i poszliśmy do weterynarza.
     Właściwie, to Mama szła, a ja głównie szedłem niesiony przez Mamę. Ale przed samym budynkiem lecznicy, Mama postawiła mnie na ziemi i powiedziała, że na pierwszą wizytę trzeba iść na własnych łapkach.
     Wtedy otworzyły się drzwi lecznicy i z korytarza wyszedł ogromny brodacz monachijski.
Ogromniasty!
Aż mnie zatkało na jego widok!
     Serduszko zaczęło mi bić szybko, w głowie mi zaszumiało i pomyślałem, że taki ogromny brodacz monachijski może zjeść moją Mamę, i będę musiał wrócić do tego wstrętnego buldoga Bossa.
Niedoczekanie!
     Zanim Mama się zorientowała w zagrożeniu, ruszyłem do ataku…
     Do gardła temu brodaczowi rzucić się nie mogłem, bo bardzo wysoko miał to gardło, ale w nogę mogłem ugryźć. No to gryzłem. Gryzłem i warczałem bardzo groźnie, żeby sobie nie pomyślał, że ma do czynienia z jakimś tchórzliwym szczeniaczkiem.
     Mama krzyczała strasznie…
     Pan Właściciel od brodacza też krzyczał strasznie…
A ja walczyłem!
Biegałem między nogami brodacza i kąsałem!
     Walka była piękna, do momentu, w którym brodacz złapał mnie w ogromne zębiska i wyrzucił bardzo, bardzo wysoko do góry.
     Brodacze monachijskie umieją rzucać szczeniaczkiem dużo wyżej niż buldogi!
     Wtedy zrozumiałem, po co pada śnieg.
     Lądowanie w wielkiej zaspie śniegu jest dużo przyjemniejsze, niż lądowanie na ścianie, albo na podłodze. A poza tym, z takiej zaspy wyciąga mnie Mama.
Teraz też wyciągnęła i przytuliła.
     - Mój ty kochany, dzielny obrońco…- powiedziała, a ja przytuliłem się mocno i odpowiedziałem:
     - Zawsze będę cię bronił!
Ale moje „piii…piii” bardzo zmartwiło Mamę.
     - Mam nadzieję, że ten olbrzym nie zmasakrował ci kosteczek. Zaraz obejrzy cię doktor – szeptała.
     Nie zmasakrował.
     Doktor dokładnie mnie obejrzał, zbadał i powiedział, że jestem zdrowym szczeniaczkiem, a potem dał mi zastrzyk.
     Jestem zdrowy! Po co zastrzyk?– krzyczałem.
Ale doktor też mnie nie rozumiał.
A potem powiedział, że takiemu dzielnemu szczeniaczkowi, trzeba założyć książeczkę zdrowia i nawet w niej napisał, że jestem Czaruś, i że mam dziesięć tygodni.
Powiedział też, że gdyby obciąć mi ogonek i przyciąć uszy, to będę mniej wielorasowy.
     Obciąć ogonek?
     Przyciąć uszy?
     Normalnie struchlałem ze strachu, że Mama może zechce mnie mniej wielorasowego.
     Nie chciała!
Powiedziała doktorowi, że taki jestem idealny!
Uff…
     Przecież muszę mieć ogonek, żeby radośnie nim merdać na widok mojej Rodziny. I muszę mieć uszka, żeby je tulić, kiedy coś spsocę.
Mama też by pięknie wyglądała z ogonkiem i uszkami…I Tata by pięknie wyglądał...I Misiu...I Żabolka...
Nawet chciałem jej to powiedzieć, ale tylko mlasnąłem ją w nos.
     Taka też jest fajna!
     Po powrocie, Mama opowiedziała wszystkim o tym brodaczu monachijskim, i o tym, jak się na niego rzuciłem, ale nie powiedziała, że płakałem przy zastrzyku.
     - Jesteś małym pieskiem z wielką duszą…- powiedział Tata, a Misiu i Żabolka cały wieczór mnie przytulali.
     I teraz już nie wiem, czy mam się trzymać z daleka od takich olbrzymów, jak chciała Mama, czy mam ją bronić przed psimi olbrzymami.
     Wszystko mi się miesza…
     Może, dlatego, że ta walka z brodaczem monachijskim strasznie mnie zmęczyła?

wtorek, 3 stycznia 2017

Mały piesek z wielką duszą...

     Jak tam "Młody" ?? Sprawuje się ??
U mnie kiepsko, więc lepiej zająć się czymś przyjemniejszym...
Może właśnie na tym polega mój optymizm ??
     Jest źle ?? Trudno...Z "byciem źle" można żyć...Można uciec w "głąb siebie" i ładować akumulatory czymś pozytywnym...
     Gotowi na kontynuację kudłatych opowieści Cezarego ??
No to zaczynamy...



Mały piesek z wielką duszą

     - Dobre się skończyło. – powiedziała Mama i znowu zacząłem się martwić, że mnie oddadzą. Teraz już wiedziałem na pewno, że nie chcę wracać do Pana Właściciela i buldoga Bossa. Teraz chciałem być Czarusiem i mieszkać z moją nową Rodziną.
Ale to wcale nie było mówione do mnie.
Dobre skończyło się dla Taty i dla Miśka. Chociaż może troszkę dla mnie też.
     Tata musiał wrócić do pracy i już nie miał czasu na długie spacerki z pieskiem, a kiedy wracał był bardzo zmęczony i nie drapał mnie już tyle za uszkiem. A Tata cudnie drapie za uszkiem. 
     Misiu musiał wrócić do szkoły. To już był prawdziwy psi dramat! Z kim ja teraz będę grał w piłeczkę? Z kim będę biegał po śniegu? 
     Nie zostałem sam, bo była Żabolka i Mama, ale Żabolka była strasznie uparta i wcale nie chciała ze mną grać w piłkę, a jak jej zabierałem kapciuszka, to zamiast się ze mną siłować, płakała. A jak Żabolka płakała, to zaraz przybiegała Mama i była bardzo niezadowolona. 
     To, z kim ja się mam bawić? Przecież jestem jeszcze bardzo małym pieskiem, a małe pieski muszą się bawić! Piłeczki same nie podskakują!
     Musiałem czekać, aż Misiu wróci ze szkoły.
Bo pieski do szkoły nie chodzą! Wiem, bo próbowałem.
     Pewnego dnia, Mama zabrała mnie i Żabolka, żebyśmy odebrali Misia ze szkoły. Staliśmy pod tą szkołą i czekaliśmy na Misia. Tam było strasznie dużo dzieci, ale to nie były moje dzieci. Mój był tylko Żabolek. 
     I wtedy sobie pomyślałem, że jak pobiegnę po Misia, to on szybciej z tej szkoły wyjdzie. Stuliłem uszka i obróżka jakoś tak, sama wyskoczyła, a ja ruszyłem, ile sił w łapkach, na poszukiwania. Bardzo szybko przebierałem chudymi łapkami.
 A Mama krzyczała.
     Wiedziałem, że się będzie na mnie gniewać, więc postanowiłem, że muszę znaleźć Misia, a on wtedy wszystko Mamie wytłumaczy.
     Ale tych dzieci było strasznie dużo. I korytarzy było dużo. I drzwi było dużo. I nigdzie nie pachniało Misiem.
     Tak się zmęczyłem, że mi się łapki rozjechały, a pyszczkiem uderzyłem w podłogę. To wcale nie było miłe. 
     Postanowiłem wrócić do Mamy, ale jej też nigdzie nie było, nawet nie słyszałem czy krzyczy. Wtedy schowałem się pod ławką i zacząłem strasznie płakać.
     Szkoła to nie jest miejsce dla piesków!
     Strasznie rozpaczałem, i pewnie rozpaczałbym do dzisiaj, gdyby mnie Mama nie znalazła. Byłem już bardzo wystraszony, bo na podłodze była kałuża. Ze strachu zrobiłem siku. Ale Mama się nie złościła, i Misiu się nie złościł, i Żabolek. Nawet wszyscy koledzy Misia się nie złościli i Nauczycielka Misia też nie. Za to wszyscy mnie głaskali i drapali za uszkiem.
     Miło jest być znalezionym.
Ale ja już nie będę tulił uszek, żeby obróżka wyskakiwała.
     Tego dnia już nie schodziłem z maminych kolan, chociaż na drugim kolanie siedziała Żabolka i było nam strasznie niewygodnie.
     To nic…