Żywotność "Dzikuski" zachwyca nas nieustannie od kilku miesięcy...Trzy suche pędy, które odkryliśmy niespodziewanie i postanowiliśmy dać im szansę...
"Dzikuska" tak się nam zrewanżowała za starania...
- A co robimy z tą drugą ?? - zapytał Pan N.
Moja zgryzota...
Drugą dziką różę odkryliśmy dopiero w tym roku i to przez czysty przypadek...
Rosła dokładnie tam, gdzie rosnąć nie powinna, bo z tym kawałkiem sadu wiążemy poważne plany...
- Mamy 50% szansy, że przeżyje...- rozważałam...
- Tam ma 0%...- racjonalnie wyliczał Pan N. ...
Cztery malusie, kolczaste gałązeczki...Odrosty od sporego pniaczka...
Poprzedni Właściciel rozprawił się z tą różą bez pardonu...
"Dzikuskę" też tak potraktował...
Najpierw musiałam znaleźć kierunek pędów i rozważyć, w którą stronę idą korzenie...Pan N. wbijał szpadel we wskazywane miejsca...
Powoli odkrywaliśmy tajemnicę dzikiej róży...
Prawie dwie godziny odkrywania korzeni w gąszczu odrostów śliw i plątaninie orzechowych korzeni...
Prawie metr głębokości...Prawie dwa metry średnicy okręgu...
I "Dzikus" stanął z "Dzikuską" na straży Wrzosowiska...
Malusi taki...Bezbronny...
Przy kolejnej wizycie będziemy wiedzieć, czy zbierze swoje wątłe siły...
Dwa światy...
Bardzo Ważni Goście
wtorek, 19 lipca 2016
niedziela, 17 lipca 2016
Prace remontowo-budowlane w trakcie...
Kolejny tydzień bytności na Wrzosowisku rozpoczęliśmy od zakupów budowlanych...Pan N. postanowił, że czasu przez kosę marnował nie będzie i skupi się na pracach melioracyjno-odwadniających...
Czyli ??
Zakładamy rynny do Orzeszka...
Teraz to nasz domek narzędziowy bardzo spoważnieje !!
I spoważniał...
Przy okazji przybyła nam sterta piachu (na budowlane podsypki), sterta bloczków betonowych (dla utwardzenia części warsztatowej) i płytki chodnikowe, których urok tak nas opętał, że zostały zakupione, mimo, iż na liście zakupowej nie figurowały...
Czyli roboty nam nie braknie...
To znaczy, roboty nie braknie Panu N., bo ja to się do robót budowlano-ziemnych nadaję średnio...Chociaż...
I ja swój wkład budowlany mam...
Kilka starych deseczek...Trzy paliki...Kilka poprzeczek z wierzby...Sznurek do snopowiązałek...
I róże wyglądają całkiem inaczej...
A że Muzy jak człowieka dopadną, to bez opamiętania, więc powstał jeszcze kwietniczek na maciejkę...
Byłam bardzo ciekawa jak mi to plecenie wikliny wyjdzie...
Wyszło nieźle...
Może w tym roku to się maciejka już w tym kwietniku nie rozpachnie, ale na przyszły rok będzie jak znalazł...;o)
I znowu trochę nam Wrzosowisko wypiękniało...
Czyli ??
Zakładamy rynny do Orzeszka...
Teraz to nasz domek narzędziowy bardzo spoważnieje !!
I spoważniał...
![]() | |
| Dla Notki ujęcie z solarkiem...;o) |
Czyli roboty nam nie braknie...
To znaczy, roboty nie braknie Panu N., bo ja to się do robót budowlano-ziemnych nadaję średnio...Chociaż...
I ja swój wkład budowlany mam...
To jest ścieżka w ogródku z krążków drewnianych...Kawałek ścieżki...
Efekt będzie widoczny, kiedy krążki trochę się ułożą w piaseczku...
No i kiedy uda się dołożyć kolejny kawałek...
Tak mnie ta ścieżka "natychnęła", że z rozpędu powstały dwa kwietniki z drabinkami, dla pnących panienek różyczek...
I róże wyglądają całkiem inaczej...
A że Muzy jak człowieka dopadną, to bez opamiętania, więc powstał jeszcze kwietniczek na maciejkę...
Byłam bardzo ciekawa jak mi to plecenie wikliny wyjdzie...
Wyszło nieźle...
Może w tym roku to się maciejka już w tym kwietniku nie rozpachnie, ale na przyszły rok będzie jak znalazł...;o)
I znowu trochę nam Wrzosowisko wypiękniało...
piątek, 15 lipca 2016
Mam swojego horkruksa...
Popołudniowy wiatr powoli przycichał...Słońce skłaniało się ku zachodowi, a ptaki śpiewały pierwsze takty wieczornej pieśni...
- Jeszcze podleję gnojówką marchewki i pietruszkę, i robimy kolację...- oznajmiłam Panu N..
Ślubny z aprobatą pokiwał głową nie przerywając przekopywania ścieżki...
Ruszyłam wolno przez sad, spoglądając w korony drzew...Pogłaskałam pień maleńkiej wisienki, która zadzwoniła w rewanżu karminowymi owocami...Ukłonem odpowiedziałam na pokłon statecznych topinamburów...Spojrzałam na okoliczne pola...
Echhh...
Magiczna Kraina Ciszy...
Kilka kroków i podniosłam z klapy kompostownika "kija mieszacza"...Jest idealny...Prosty...Lekki...I sięga do dna naszych pojemników z gnojówką...
Spokój...
Namacalny spokój czułam w całym ciele...
Ustawiłam konewkę...Podniosłam klapę pojemnika z gnojówką z pokrzywy i ...Pierwsza myśl ??
- Ależ dziwacznie ułożyły się te pokrzywowe gałązki...Tak realistycznie...
Włożyłam w pojemnik "kija mieszacza" i zakręciłam zawartością...
Woda chlupnęła spod kija, a dziwacznie ułożone łodygi obróciły się majestatycznie i spod wody ukazały się dwie małe łapki...
Maleńkie łapeczki...
Serce mi zamarło...Oddech utknął w tchawicy...Uśmiech zgasł na ustach...
- Co jest ??
Podważyłam kijem obły kształt i spoglądałam zaskoczona...
- Jakim cudem ??
- Coś ty zrobiła bidulko!! - wykrzyczałam zdławionym głosem...- Coś zrobiła ??
Kolana się pode mną ugięły i uklękłam przy pojemniku...Tępo spoglądałam do wnętrza...
Mieszałam kijem, próbując ożywić martwe ciałko...
Dwie maleńkie łapeczki sterczały wyzywająco, jakby chciały zaczepić koniec kija...
- Nie zabezpieczyłaś pojemnika !! Nie pomyślałaś, że usiądę na klapie !! Nie przewidziałaś, że klapa się uchyli !! Nie domyśliłaś się, że zginę, zamiast opiekować się swoimi pisklętami !!
Łzy napłynęły mi do oczu...
Nabrałam gnojówki z drugiego pojemnika, którego klapę podnosiłam na bezdechu...Drugiego trupa bym chyba nie zniosła...
Podlewając marchewkę powoli odzyskiwałam równowagę...
To dlatego nasze "cukróweczki" przestały tańczyć nad nami kiedy siedzieliśmy na leżakach...
A my byliśmy przekonani, że opiekują się pisklętami na zmianę...
Od wczesnej wiosny towarzyszyły nam wiernie...Nawet byliśmy świadkami pierwszych amorów...
Długo nie mogły się zdecydować na wspólną przyszłość...
Potem przymierzały się do budowy gniazda na Wrzosowisku...
To była pora pierwszych sianokosów, więc zrezygnowały, i gniazdo powstało w gęstych chaszczach Sąsiada...Ale i tak ciągle siedziały na Wrzosowisku...
Nasze "cukróweczki"...
"Cukróweczki", które wcale nie były cukrówkami, tylko synogarlicami popielatymi...Ciągle mi to gdzieś w głowie siedziało...Potem sprawdziłam...
Smętnie wracałam do Orzeszka...
- Zamordowałam "cukróweczkę"...- wyznałam Panu N..
Pocieszał jak umiał...Że pojemniki ustawialiśmy wspólnie...Że nikt tego przewidzieć nie mógł...Że się nie męczyła...
Na drugi dzień urządziliśmy pogrzeb...Pochowaliśmy ją pod śliwą...W pobliżu gniazda...
Ciągle szeptałam słowa przeprosin, ale to już niczego nie zmieniało...
A kiedy siedliśmy na leżakach, na popołudniową kawę, nad naszymi głowami rozpoczęła taniec druga "cukróweczka"...Pierwszy raz od kilku dni...
Tak jakby zrozumiała, że to koniec poprzedniego życia i czas rozpocząć nowe...Samotne...
Zostałam morderczynią...
Mam swojego horkruksa...
- Jeszcze podleję gnojówką marchewki i pietruszkę, i robimy kolację...- oznajmiłam Panu N..
Ślubny z aprobatą pokiwał głową nie przerywając przekopywania ścieżki...
Ruszyłam wolno przez sad, spoglądając w korony drzew...Pogłaskałam pień maleńkiej wisienki, która zadzwoniła w rewanżu karminowymi owocami...Ukłonem odpowiedziałam na pokłon statecznych topinamburów...Spojrzałam na okoliczne pola...
Echhh...
Magiczna Kraina Ciszy...
Kilka kroków i podniosłam z klapy kompostownika "kija mieszacza"...Jest idealny...Prosty...Lekki...I sięga do dna naszych pojemników z gnojówką...
Spokój...
Namacalny spokój czułam w całym ciele...
Ustawiłam konewkę...Podniosłam klapę pojemnika z gnojówką z pokrzywy i ...Pierwsza myśl ??
- Ależ dziwacznie ułożyły się te pokrzywowe gałązki...Tak realistycznie...
Włożyłam w pojemnik "kija mieszacza" i zakręciłam zawartością...
Woda chlupnęła spod kija, a dziwacznie ułożone łodygi obróciły się majestatycznie i spod wody ukazały się dwie małe łapki...
Maleńkie łapeczki...
Serce mi zamarło...Oddech utknął w tchawicy...Uśmiech zgasł na ustach...
- Co jest ??
Podważyłam kijem obły kształt i spoglądałam zaskoczona...
- Jakim cudem ??
- Coś ty zrobiła bidulko!! - wykrzyczałam zdławionym głosem...- Coś zrobiła ??
Kolana się pode mną ugięły i uklękłam przy pojemniku...Tępo spoglądałam do wnętrza...
Mieszałam kijem, próbując ożywić martwe ciałko...
Dwie maleńkie łapeczki sterczały wyzywająco, jakby chciały zaczepić koniec kija...
- Nie zabezpieczyłaś pojemnika !! Nie pomyślałaś, że usiądę na klapie !! Nie przewidziałaś, że klapa się uchyli !! Nie domyśliłaś się, że zginę, zamiast opiekować się swoimi pisklętami !!
Łzy napłynęły mi do oczu...
Nabrałam gnojówki z drugiego pojemnika, którego klapę podnosiłam na bezdechu...Drugiego trupa bym chyba nie zniosła...
Podlewając marchewkę powoli odzyskiwałam równowagę...
To dlatego nasze "cukróweczki" przestały tańczyć nad nami kiedy siedzieliśmy na leżakach...
A my byliśmy przekonani, że opiekują się pisklętami na zmianę...
Od wczesnej wiosny towarzyszyły nam wiernie...Nawet byliśmy świadkami pierwszych amorów...
Długo nie mogły się zdecydować na wspólną przyszłość...
Potem przymierzały się do budowy gniazda na Wrzosowisku...
To była pora pierwszych sianokosów, więc zrezygnowały, i gniazdo powstało w gęstych chaszczach Sąsiada...Ale i tak ciągle siedziały na Wrzosowisku...
Nasze "cukróweczki"...
"Cukróweczki", które wcale nie były cukrówkami, tylko synogarlicami popielatymi...Ciągle mi to gdzieś w głowie siedziało...Potem sprawdziłam...
Smętnie wracałam do Orzeszka...
- Zamordowałam "cukróweczkę"...- wyznałam Panu N..
Pocieszał jak umiał...Że pojemniki ustawialiśmy wspólnie...Że nikt tego przewidzieć nie mógł...Że się nie męczyła...
Na drugi dzień urządziliśmy pogrzeb...Pochowaliśmy ją pod śliwą...W pobliżu gniazda...
Ciągle szeptałam słowa przeprosin, ale to już niczego nie zmieniało...
A kiedy siedliśmy na leżakach, na popołudniową kawę, nad naszymi głowami rozpoczęła taniec druga "cukróweczka"...Pierwszy raz od kilku dni...
Tak jakby zrozumiała, że to koniec poprzedniego życia i czas rozpocząć nowe...Samotne...
Zostałam morderczynią...
Mam swojego horkruksa...
środa, 13 lipca 2016
Sportowe podsumowanie spod śliweczki...
Wiecie jaki wpływ na zdrowie człowieka ma życie na "dwa domy" ?? Zbawienny !!
Jak babcię-rybcię kocham !! Zbawienny...
Zajęci wręcz nieprzyzwoicie kompletowaniem niezbędnego wyposażenia (ogromnym wsparciem jest zapisywanie wszystkiego, bo nam się szybko mózgi "gotują"), nieustannie rozpakowujemy, przepakowujemy, zapakowujemy...Takie wrzosowiskowe perpetuum mobile...
A gdzie w takim razie dbałość o zdrowie ??
W tym, moi mili, że totalnie nam zwisają informacje z tak zwanego Świata...
Doszliśmy do takiej perfekcji, że nawet ME w piłce nożnej spędziliśmy pod śliweczką...
Po kiego niszczyć własne neurony, których nigdy już nie odzyskamy, patrząc na pojedynki, które de facto, nic dla nas nie znaczą ??
Czy przestałam kibicować ??
A gdzieżby !!
Ja tylko wyrażam poniekąd swój sprzeciw wobec komercji, która niszczy sport...Wszelaki...A piłkę nożną w szczególności...
Faza grupowa...
Piep...O przepraszam...Molestowanie kotka przy pomocy młotka...
Kalkulacja...Matematyka...Lawiranctwo...
Remisy ?? Wyniki jednobramkowe ??
To się powinno nazywać "Faza ślizgana"...
Strategia "na przetrwanie" to dobra jest w szachach, i to nie zawsze...
No, ale ponoć przetrwali najlepsi...
Doszliśmy do ćwierćfinału...
Victoria !!
Za sam fakt, to się Chłopakom wielki buziak należy...
Ponoć zawalił Kubuś...Ponoć, bo jak wspomniałam, meczyk przesiedziałam pod śliweczką...
Tyle, że to właśnie Kubuś, piłkarski Rzemieślnik, którego szanuję za pracowitość, za zaangażowanie, i za to co reprezentuje sobą poza boiskiem, wprowadził nas do tego ćwierćfinału...(Parę meczyków widziałam...)
Czyli kto zawalił ??
Niestety...
Nasz atak zachowywał się jak te wszystkie "mistrzowskie" Ślizgacze...
Wziął na przeczekanie...
Czekał zbyt długo...
Boleśnie długo, bo każdy Kibic wie, że karniaki są jak "totek", albo się trafi, albo nie...
Ale mamy Drużynę...Mamy Selekcjonera...Mamy nadzieję...
Mistrzem Europy została Drużyna, która przez całe rozgrywki ślizgała się najbardziej...
Znamienne...
W tak zwanym "międzyczasie" rozpoczęły się ME w LA...
No cóż...
To też właściwie przesiedziałam pod śliweczką, ale trzymałam kciuki czterema kończynami...
Zdążyłam na ostatni dzień...Ten najpiękniejszy...
Chociaż biegu na 400 przez płotki ogromnie mi żal...
Kciuki zaciskałam...Nóżkami przebierałam...I powiem Wam szczerze...
Takich Mistrzostw jeszcze w życiu nie widziałam...
Pokazują "rzutnię"...Polacy w czołówce...
Pokazują "skocznię"...Polacy w czołówce...
Pokazują "bieżnię"...Polacy w czołówce...
A bieg Adasia Kszczota to mi się będzie śnił po nocach...Te ostatnie dwieście metrów było GENIALNE !!
Chociaż kciuki bardzo zaciskałam za Marcinka Lewandowskiego, bo się Chłopak ogromnie napracował...
W LA nie można się ślizgać...
Można rozpracowywać Przeciwnika...Można przygotowywać strategię...Ale jeśli w czasie startu nie da się z siebie 100% to na mecie i tak będzie lipa...
Lipy nie było...
A wiecie co jest najpiękniejsze ??
To, że nawet Ci, którzy teoretycznie szans na zwycięstwo z Mistrzami nie mieli żadnych, walczyli, jakby od tego zależało Ich życie...
Dziękuję Wam...
Nie za wyniki, na które zapracowaliście uczciwie...Nie za medale, których przywieźliście spory worek...Nie za pierwsze miejsce Polski w klasyfikacji...
Dziękuję, że po wielu latach "niechciejstwa" zobaczyłam kawał dobrego widowiska sportowego...Takiego, gdzie widać każdą kroplę wylanego na treningach potu...
Dziękuję...
I przyrzekam trzymać kciuki jeszcze mocniej w czasie IO...
Niech stracę !!
Dołożę do Was tych kilka neuronków z układu nerwowego...Jesteście tego warci...;o)
Jak babcię-rybcię kocham !! Zbawienny...
Zajęci wręcz nieprzyzwoicie kompletowaniem niezbędnego wyposażenia (ogromnym wsparciem jest zapisywanie wszystkiego, bo nam się szybko mózgi "gotują"), nieustannie rozpakowujemy, przepakowujemy, zapakowujemy...Takie wrzosowiskowe perpetuum mobile...
A gdzie w takim razie dbałość o zdrowie ??
W tym, moi mili, że totalnie nam zwisają informacje z tak zwanego Świata...
Doszliśmy do takiej perfekcji, że nawet ME w piłce nożnej spędziliśmy pod śliweczką...
Po kiego niszczyć własne neurony, których nigdy już nie odzyskamy, patrząc na pojedynki, które de facto, nic dla nas nie znaczą ??
Czy przestałam kibicować ??
A gdzieżby !!
Ja tylko wyrażam poniekąd swój sprzeciw wobec komercji, która niszczy sport...Wszelaki...A piłkę nożną w szczególności...
Faza grupowa...
Piep...O przepraszam...Molestowanie kotka przy pomocy młotka...
Kalkulacja...Matematyka...Lawiranctwo...
Remisy ?? Wyniki jednobramkowe ??
To się powinno nazywać "Faza ślizgana"...
Strategia "na przetrwanie" to dobra jest w szachach, i to nie zawsze...
No, ale ponoć przetrwali najlepsi...
Doszliśmy do ćwierćfinału...
Victoria !!
Za sam fakt, to się Chłopakom wielki buziak należy...
Ponoć zawalił Kubuś...Ponoć, bo jak wspomniałam, meczyk przesiedziałam pod śliweczką...
Tyle, że to właśnie Kubuś, piłkarski Rzemieślnik, którego szanuję za pracowitość, za zaangażowanie, i za to co reprezentuje sobą poza boiskiem, wprowadził nas do tego ćwierćfinału...(Parę meczyków widziałam...)
Czyli kto zawalił ??
Niestety...
Nasz atak zachowywał się jak te wszystkie "mistrzowskie" Ślizgacze...
Wziął na przeczekanie...
Czekał zbyt długo...
Boleśnie długo, bo każdy Kibic wie, że karniaki są jak "totek", albo się trafi, albo nie...
Ale mamy Drużynę...Mamy Selekcjonera...Mamy nadzieję...
Mistrzem Europy została Drużyna, która przez całe rozgrywki ślizgała się najbardziej...
Znamienne...
W tak zwanym "międzyczasie" rozpoczęły się ME w LA...
No cóż...
To też właściwie przesiedziałam pod śliweczką, ale trzymałam kciuki czterema kończynami...
Zdążyłam na ostatni dzień...Ten najpiękniejszy...
Chociaż biegu na 400 przez płotki ogromnie mi żal...
Kciuki zaciskałam...Nóżkami przebierałam...I powiem Wam szczerze...
Takich Mistrzostw jeszcze w życiu nie widziałam...
Pokazują "rzutnię"...Polacy w czołówce...
Pokazują "skocznię"...Polacy w czołówce...
Pokazują "bieżnię"...Polacy w czołówce...
A bieg Adasia Kszczota to mi się będzie śnił po nocach...Te ostatnie dwieście metrów było GENIALNE !!
Chociaż kciuki bardzo zaciskałam za Marcinka Lewandowskiego, bo się Chłopak ogromnie napracował...
W LA nie można się ślizgać...
Można rozpracowywać Przeciwnika...Można przygotowywać strategię...Ale jeśli w czasie startu nie da się z siebie 100% to na mecie i tak będzie lipa...
Lipy nie było...
A wiecie co jest najpiękniejsze ??
To, że nawet Ci, którzy teoretycznie szans na zwycięstwo z Mistrzami nie mieli żadnych, walczyli, jakby od tego zależało Ich życie...
Dziękuję Wam...
Nie za wyniki, na które zapracowaliście uczciwie...Nie za medale, których przywieźliście spory worek...Nie za pierwsze miejsce Polski w klasyfikacji...
Dziękuję, że po wielu latach "niechciejstwa" zobaczyłam kawał dobrego widowiska sportowego...Takiego, gdzie widać każdą kroplę wylanego na treningach potu...
Dziękuję...
I przyrzekam trzymać kciuki jeszcze mocniej w czasie IO...
Niech stracę !!
Dołożę do Was tych kilka neuronków z układu nerwowego...Jesteście tego warci...;o)
poniedziałek, 11 lipca 2016
Urlop przed urlopem...
Jak pewnie już zauważyliście, byliśmy na urlopie...To powód, że moje wpisy ukazywały się w terminach co najmniej dziwnych...
Gdzie spędzaliśmy urlop ??
Wiadomo !!
Na Wrzosowisku...
Pierwszy tydzień nosił tytuł główny "Solar"...
Podtytułów było kilka...
Najgłówniejszym stała się niespodziewanie awaria kosy spalinowej...Echhh...
Kilka siwych włosów przybyło Panu N., kiedy ją rozbierał, czyścił i składał...
A ledwie kilka dni wcześniej, wyrażaliśmy podziw, że tyle już zniosła, że zwróciła się nam kilkukrotnie, i że ciągle działa bez zarzutu...
No to "zarzuciła"...
"Zarzuciła" absolutnie !!
Okazało się, że w takiej konfiguracji to ona z Panem N. współpracować dalej nie będzie, i że domaga się natychmiastowego zakupu kilku części zamiennych...
No to lipa...
Sianokosów nie będzie...Chwaściory będą się po Wrzosowisku panoszyć...A my będziemy czekać na Pana Kuriera z magiczną paczuszką...
I wtedy właśnie mieliśmy urlopowego "pit stopa"...
Zapakowaliśmy manele i pognaliśmy ile koników w "Nagusku" do Krakusowa...
Cóż nas mogło "odkuć" od Wrzosowiska ??
Mowa...
Księciunio !!
Dzieciaki ogłosiły pierwszy Babciowo-Dziadkowy dyżur...
Ależ to były emocje !!
Czasu na wprowadzenie w temat było niewiele...Dzieciaki się spakowały i wybyły...A my czekaliśmy na moment, kiedy Księciunio otworzy oczka po popołudniowej drzemce...
Dziadzio zapakował swoje śpiewniki..."W razie czego"...
Babcia wyszperała wierszyki Pana Brzechwy..."W razie czego"...
Księciunio obudził się gotowy do zabawy...
I wiecie co...
To był piękny dzień !!
Było jeżdżenie na rowerku (przy pomocy Dziadka)...
Było machanie do przejeżdżających pociągów (do tego włączyła się również Babcia)...
Było jedzenie obiadku przy pomocy łyżki, która udawała samolot (to domena Dziadka, który tą sztukę opanował do perfekcji wiele lat temu)...
Był plac zabaw, na którym działy się rzeczy magiczne (Dziadek grał na wielgachnej rurze, a Babcia zjeżdżała ze zjeżdżalni)...
Było śpiewanie przy gitarze, do którego Księciunio włączył się chętnie i z takim zaangażowaniem, że kaszkę Babcia wciskała między frazami (ogromne zdziwienie u Księciunia wywołał fakt, że można śpiewać w kilka osób)...
A potem przybył Pan Brzechwa, z czaplą, z żurawiem i jeszcze kilkoma znajomymi i Księciunio poszedł spać w tym doborowym towarzystwie...
Ależ było śmiechu !!
Wieczorem to mnie aż brzuch rozbolał i żuchwy, od tego ciągłego "szczerzenia"...
Może i czasy się zmieniły...Może i pieluchy teraz są inne (Babcia założyła pieluszkę na odwrót, bo nijak jej misio na poopie nie pasował)...Ale Dzieciaki ??
Dzieciaki są identycznie rozkoszne, jak te nasze, "przy cycku chowane"...
A Księciunio ma do tego tak rozbrajający śmiech, że mimo ogromnych ambicji Dziadków, żeby został co najmniej Fizykiem jądrowym, powinien zostać Satyrykiem !!
Powrót Dzieciaków przyjęliśmy z lekkim niedosytem...
Już ??
Hmmm...
Księciunio też uzależnia !!
Strasznie !!
Przez kolejne trzy dni nie rozmawialiśmy właściwie o niczym innym...
Księciunio by to śpiewa...Księciunio by się cieszył...Księciunio by tu właził...Księciunio...
Echhh...
Najlepiej by było połączyć te dwa uzależnienia...
Księciunia i Wrzosowisko !!
Ale póki co...
W tajemnicy Wam zdradzę, że za kilka tygodni jedziemy z Dzieciakami i Księciuniem na urlop !!
Fajnie ??
Pewnie, że fajnie !!
Tymczasem jednak...Wracajmy do wrzosowiskowego urlopowania...
Gdzie spędzaliśmy urlop ??
Wiadomo !!
Na Wrzosowisku...
Pierwszy tydzień nosił tytuł główny "Solar"...
Podtytułów było kilka...
Najgłówniejszym stała się niespodziewanie awaria kosy spalinowej...Echhh...
Kilka siwych włosów przybyło Panu N., kiedy ją rozbierał, czyścił i składał...
A ledwie kilka dni wcześniej, wyrażaliśmy podziw, że tyle już zniosła, że zwróciła się nam kilkukrotnie, i że ciągle działa bez zarzutu...
No to "zarzuciła"...
"Zarzuciła" absolutnie !!
Okazało się, że w takiej konfiguracji to ona z Panem N. współpracować dalej nie będzie, i że domaga się natychmiastowego zakupu kilku części zamiennych...
No to lipa...
Sianokosów nie będzie...Chwaściory będą się po Wrzosowisku panoszyć...A my będziemy czekać na Pana Kuriera z magiczną paczuszką...
I wtedy właśnie mieliśmy urlopowego "pit stopa"...
Zapakowaliśmy manele i pognaliśmy ile koników w "Nagusku" do Krakusowa...
Cóż nas mogło "odkuć" od Wrzosowiska ??
Mowa...
Księciunio !!
Dzieciaki ogłosiły pierwszy Babciowo-Dziadkowy dyżur...
Ależ to były emocje !!
Czasu na wprowadzenie w temat było niewiele...Dzieciaki się spakowały i wybyły...A my czekaliśmy na moment, kiedy Księciunio otworzy oczka po popołudniowej drzemce...
Dziadzio zapakował swoje śpiewniki..."W razie czego"...
Babcia wyszperała wierszyki Pana Brzechwy..."W razie czego"...
Księciunio obudził się gotowy do zabawy...
I wiecie co...
To był piękny dzień !!
Było jeżdżenie na rowerku (przy pomocy Dziadka)...
Było machanie do przejeżdżających pociągów (do tego włączyła się również Babcia)...
Było jedzenie obiadku przy pomocy łyżki, która udawała samolot (to domena Dziadka, który tą sztukę opanował do perfekcji wiele lat temu)...
Był plac zabaw, na którym działy się rzeczy magiczne (Dziadek grał na wielgachnej rurze, a Babcia zjeżdżała ze zjeżdżalni)...
Było śpiewanie przy gitarze, do którego Księciunio włączył się chętnie i z takim zaangażowaniem, że kaszkę Babcia wciskała między frazami (ogromne zdziwienie u Księciunia wywołał fakt, że można śpiewać w kilka osób)...
A potem przybył Pan Brzechwa, z czaplą, z żurawiem i jeszcze kilkoma znajomymi i Księciunio poszedł spać w tym doborowym towarzystwie...
Ależ było śmiechu !!
Wieczorem to mnie aż brzuch rozbolał i żuchwy, od tego ciągłego "szczerzenia"...
Może i czasy się zmieniły...Może i pieluchy teraz są inne (Babcia założyła pieluszkę na odwrót, bo nijak jej misio na poopie nie pasował)...Ale Dzieciaki ??
Dzieciaki są identycznie rozkoszne, jak te nasze, "przy cycku chowane"...
A Księciunio ma do tego tak rozbrajający śmiech, że mimo ogromnych ambicji Dziadków, żeby został co najmniej Fizykiem jądrowym, powinien zostać Satyrykiem !!
Powrót Dzieciaków przyjęliśmy z lekkim niedosytem...
Już ??
Hmmm...
Księciunio też uzależnia !!
Strasznie !!
Przez kolejne trzy dni nie rozmawialiśmy właściwie o niczym innym...
Księciunio by to śpiewa...Księciunio by się cieszył...Księciunio by tu właził...Księciunio...
Echhh...
Najlepiej by było połączyć te dwa uzależnienia...
Księciunia i Wrzosowisko !!
Ale póki co...
W tajemnicy Wam zdradzę, że za kilka tygodni jedziemy z Dzieciakami i Księciuniem na urlop !!
Fajnie ??
Pewnie, że fajnie !!
Tymczasem jednak...Wracajmy do wrzosowiskowego urlopowania...
sobota, 9 lipca 2016
Ona wiedziała...
- Musimy wrotycz zamówić...- stwierdziłam, kiedy Pan N. sięgnął po ostatnią z naszych magicznych butelek...
Cóż...Fakt...
Przechwalić go trudno...
Tylko dzięki jego magicznym właściwościom przetrwaliśmy na Wrzosowisku zeszły rok...W tym roku jest lżej, ale nauczeni doświadczeniem, wolimy nie ryzykować...
Pisałam o tym wynalazku tutaj:
http://gordyjka.blogspot.com/2015/07/potrzeba-chwili-czyli-nasi-nowi.html
Po powrocie do Zaścianka, Pan N. przystąpił do działania...
Przystąpił...I tyle...
- Coś się chyba stało z tą Firmą, bo takiej ceny to nawet w kosmosie zobaczyć nie można !! - poinformował mnie Ślubny, a ja, jak na rodzinny kalkulator przystało przeliczyłam koszt ewentualnej walki z robalami w tym sezonie...
500 zeta pękło...
- Odpada !! - potwierdziłam diagnozę Pana N.
- Ewidentnie już koncerny na nich łapę położyły...- podsumował Małżonek...
Co teraz ??
Mamy zostać pożarci w całości ??
Nie ma mowy...
Pułapki stacjonarne odpadły już na początku sezonu, bo po zeszłorocznym pogromie groziło nam zapylanie roślin ręczne...Czyli ??
Wracamy do wywarów !!
W Kaszubskim Borze opatentowaliśmy (oczywiście na sobie) niezły sposób na robale...
Napar z kocimiętki z sokiem z cytryny...
Pachnie pięknie, a skuteczność ma zadziwiającą...
Byliśmy jedynymi osobnikami, które po stadninie spacerowały bez machania kończynami jak wiatraki, a nasze wieczorne spacerki były autentycznie romantyczne i pozbawione "ofiary krwi"...
Nawet w czasie ogniska palonego nad brzegiem jeziora nie ponieśliśmy ofiar...
Krótko mówiąc...
Niech nam koncerny skoczą na...tralala...;o)
Wrzosowisko dało nam jeszcze coś...
Po zeszłorocznych pracach ziemno-polowych z prawdziwym niepokojem rozglądałam się po naszym ugorze i czekałam na rumianki...
Czyżby wszystkie poległy z kretesem ??
W tej rozpaczy nawet wysiałam dwie skrzyneczki, żeby się nie okazało, że zostaniemy bez ziółka dobrego na wszystko...
Moja rozpacz była chyba bardzo widoczna, bo Pan N. nawet zdeklarował się iść na "harate"...
A kiedy ostatnio przybyliśmy na Wrzosowisko...
Rumianki !!
Rumianki !!
Rumianki !!
Mamy ich tyle, że godzinne zbieranie nie jest nawet widoczne...
A nasz rumianek ma tylko odrobinę mniejsze właściwości odstraszające owady niż ów wrotycz dalmatyński...
Na pohybel !!
Nie będą dalmatyńskie wrotycze pluć na nasz rumianek !!
No to zbieram...
Zbieram i suszę...
Suszę i składuję...
Bo dobrego na wszystko ziółka nigdy dość...
W skrzynkach też wyrósł !!
Ale ten zostanie dla Księciunia...;o)
Płyn odstraszający owady:
Garść suszonych kwiatów rumianku.
Szczypta suszonej kocimiętki.
Szczypta suszonych kwiatów lawendy.
Wieczorem zalewamy to 1/2 l wrzątku, przykrywamy i pozostawiamy na noc do nasiąknięcia.
Rano przecedzamy (najlepiej przez płótno), dodajemy sok z połowy cytryny (albo jakikolwiek zapach cytrynowy), wlewamy do spryskiwacza i...Mamy świetny płyn odstraszający owady !!
Nasza lawenda jest jeszcze skromnych rozmiarów...
Zostanie więc zastąpiona kilkoma kroplami olejku lawendowego...
Skoro ktoś za litr wyciągu ziołowego chce prawie 90 zeta...No cóż...
Matka Natura chyba wcześniej wiedziała i nam rumianek wysiała...
Koszt naszego "wynalazku" będzie się kształtował w okolicach 5 zł za litr...;o)
P.S. Jak na dobrego detektywa przystało, postanowiłam przeprowadzić śledztwo w sprawie tego wrotycza...W 2013 roku powstał projekt UE zabraniający ziołolecznictwa...Pisałam nawet o tym dziwacznym pomyśle...W skutek protestów projekt wylądował w jakiejś szufladzie...Zioła uratowane ?? Poniekąd...Rozporządzeniem z 2015 roku zdecydowano, że wszystkie preparaty ziołowe muszą dostać receptariusze i wprowadzono takie opłaty za owe badania laboratoryjne, że połowa specyfików odpadła w przedbiegach...Po kolejnych protestach postanowiono, że zostanie skrócona "ścieżka" dla receptur, których datowanie jest starsze niż 30 lat...Nasz wrotycz się pewnie nie załapał...;o(
Cóż...Fakt...
Przechwalić go trudno...
Tylko dzięki jego magicznym właściwościom przetrwaliśmy na Wrzosowisku zeszły rok...W tym roku jest lżej, ale nauczeni doświadczeniem, wolimy nie ryzykować...
Pisałam o tym wynalazku tutaj:
http://gordyjka.blogspot.com/2015/07/potrzeba-chwili-czyli-nasi-nowi.html
Po powrocie do Zaścianka, Pan N. przystąpił do działania...
Przystąpił...I tyle...
- Coś się chyba stało z tą Firmą, bo takiej ceny to nawet w kosmosie zobaczyć nie można !! - poinformował mnie Ślubny, a ja, jak na rodzinny kalkulator przystało przeliczyłam koszt ewentualnej walki z robalami w tym sezonie...
500 zeta pękło...
- Odpada !! - potwierdziłam diagnozę Pana N.
- Ewidentnie już koncerny na nich łapę położyły...- podsumował Małżonek...
Co teraz ??
Mamy zostać pożarci w całości ??
Nie ma mowy...
Pułapki stacjonarne odpadły już na początku sezonu, bo po zeszłorocznym pogromie groziło nam zapylanie roślin ręczne...Czyli ??
Wracamy do wywarów !!
W Kaszubskim Borze opatentowaliśmy (oczywiście na sobie) niezły sposób na robale...
Napar z kocimiętki z sokiem z cytryny...
Pachnie pięknie, a skuteczność ma zadziwiającą...
Byliśmy jedynymi osobnikami, które po stadninie spacerowały bez machania kończynami jak wiatraki, a nasze wieczorne spacerki były autentycznie romantyczne i pozbawione "ofiary krwi"...
Nawet w czasie ogniska palonego nad brzegiem jeziora nie ponieśliśmy ofiar...
Krótko mówiąc...
Niech nam koncerny skoczą na...tralala...;o)
Wrzosowisko dało nam jeszcze coś...
Po zeszłorocznych pracach ziemno-polowych z prawdziwym niepokojem rozglądałam się po naszym ugorze i czekałam na rumianki...
Czyżby wszystkie poległy z kretesem ??
W tej rozpaczy nawet wysiałam dwie skrzyneczki, żeby się nie okazało, że zostaniemy bez ziółka dobrego na wszystko...
Moja rozpacz była chyba bardzo widoczna, bo Pan N. nawet zdeklarował się iść na "harate"...
A kiedy ostatnio przybyliśmy na Wrzosowisko...
Rumianki !!
Rumianki !!
Rumianki !!
Mamy ich tyle, że godzinne zbieranie nie jest nawet widoczne...
A nasz rumianek ma tylko odrobinę mniejsze właściwości odstraszające owady niż ów wrotycz dalmatyński...
Na pohybel !!
Nie będą dalmatyńskie wrotycze pluć na nasz rumianek !!
No to zbieram...
Zbieram i suszę...
Suszę i składuję...
Bo dobrego na wszystko ziółka nigdy dość...
W skrzynkach też wyrósł !!
Ale ten zostanie dla Księciunia...;o)
Płyn odstraszający owady:
Garść suszonych kwiatów rumianku.
Szczypta suszonej kocimiętki.
Szczypta suszonych kwiatów lawendy.
Wieczorem zalewamy to 1/2 l wrzątku, przykrywamy i pozostawiamy na noc do nasiąknięcia.
Rano przecedzamy (najlepiej przez płótno), dodajemy sok z połowy cytryny (albo jakikolwiek zapach cytrynowy), wlewamy do spryskiwacza i...Mamy świetny płyn odstraszający owady !!
Nasza lawenda jest jeszcze skromnych rozmiarów...
Zostanie więc zastąpiona kilkoma kroplami olejku lawendowego...
Skoro ktoś za litr wyciągu ziołowego chce prawie 90 zeta...No cóż...
Matka Natura chyba wcześniej wiedziała i nam rumianek wysiała...
Koszt naszego "wynalazku" będzie się kształtował w okolicach 5 zł za litr...;o)
P.S. Jak na dobrego detektywa przystało, postanowiłam przeprowadzić śledztwo w sprawie tego wrotycza...W 2013 roku powstał projekt UE zabraniający ziołolecznictwa...Pisałam nawet o tym dziwacznym pomyśle...W skutek protestów projekt wylądował w jakiejś szufladzie...Zioła uratowane ?? Poniekąd...Rozporządzeniem z 2015 roku zdecydowano, że wszystkie preparaty ziołowe muszą dostać receptariusze i wprowadzono takie opłaty za owe badania laboratoryjne, że połowa specyfików odpadła w przedbiegach...Po kolejnych protestach postanowiono, że zostanie skrócona "ścieżka" dla receptur, których datowanie jest starsze niż 30 lat...Nasz wrotycz się pewnie nie załapał...;o(
niedziela, 3 lipca 2016
Mamy "oświecenie"...;o)
Każdy kto żył (świadomie) trzydzieści lat temu, zgodzi się pewnie ze mną, że technologie ogłupiają nas zupełnie...To co miało człowieka wspierać, ułatwiać mu życie i pracę, zaczyna dominować do tego stopnia, że po ulicach zaczynają się poruszać "Zombi" wpatrzone w wyświetlacze swoich smartfonów, a ewentualna tragedia jakiej stajemy się świadkami, powoduje chęć zrobienia "słodkich fotek", a nie udzielenie pomocy...No cóż...Każda epoka ma swoje dominanty...
Nami zaczyna rządzić elektronika...
My też daliśmy się porwać temu nurtowi...
Fakt, że kiedy zostaliśmy "porwani" to nie był to żaden nurt, a ledwie potoczek, ale przez kilkanaście lat "płynęliśmy światłowodem"...
Otoczenie patrzyło na nas jak na nawiedzonych...
I nagle, bez zapowiedzi, bez najmniejszego sygnału, porzuciliśmy te nasze "światłowody" na rzecz szpadla i motyki...
Czy porzuciliśmy je kategorycznie ??
No cóż...
Sam fakt, że bazgram bloga nałogowo świadczy o tym, że jakiś kontakt z technologicznym światem zachowaliśmy, choćby szczątkowy...
Na Wrzosowisku odcinamy się zupełnie...
Hmmm...
Może powinnam napisać "odcinaliśmy się" ??
Od kilku miesięcy Pana N. dręczył okrutnie pewien projekt...Strasznie Go Biedaka dręczył...
Mieliśmy już gaz...Mieliśmy wodę...
Pan N. zapragnął dla nas "kaganka oświecenia"...
No i co ??
No i dopiął swego...
Orzeszek rozbłysnął jasną zorzą światła ledowego...
Jasno jak w dzień...
Niepozorna "tasiemka"...
Mocowana do sufitu przy pomocy sznurka do snopowiązałek...;o)
To się nazywa technologia kosmiczna !!
Dlaczego ??
Bo światełko mamy z zainstalowanego na dachu solarka !!
Oświatę daje nam Słoneczko...
No cóż...
Może troszkę naginamy to nasze obcowanie z dziką przyrodą, ale lepsze chyba to niż dymiące kominy ??
Równoważymy to tak...
Nami zaczyna rządzić elektronika...
My też daliśmy się porwać temu nurtowi...
Fakt, że kiedy zostaliśmy "porwani" to nie był to żaden nurt, a ledwie potoczek, ale przez kilkanaście lat "płynęliśmy światłowodem"...
Otoczenie patrzyło na nas jak na nawiedzonych...
I nagle, bez zapowiedzi, bez najmniejszego sygnału, porzuciliśmy te nasze "światłowody" na rzecz szpadla i motyki...
Czy porzuciliśmy je kategorycznie ??
No cóż...
Sam fakt, że bazgram bloga nałogowo świadczy o tym, że jakiś kontakt z technologicznym światem zachowaliśmy, choćby szczątkowy...
Na Wrzosowisku odcinamy się zupełnie...
Hmmm...
Może powinnam napisać "odcinaliśmy się" ??
Od kilku miesięcy Pana N. dręczył okrutnie pewien projekt...Strasznie Go Biedaka dręczył...
Mieliśmy już gaz...Mieliśmy wodę...
Pan N. zapragnął dla nas "kaganka oświecenia"...
No i co ??
No i dopiął swego...
Orzeszek rozbłysnął jasną zorzą światła ledowego...
Jasno jak w dzień...
Niepozorna "tasiemka"...
Mocowana do sufitu przy pomocy sznurka do snopowiązałek...;o)
To się nazywa technologia kosmiczna !!
Dlaczego ??
Bo światełko mamy z zainstalowanego na dachu solarka !!
Oświatę daje nam Słoneczko...
No cóż...
Może troszkę naginamy to nasze obcowanie z dziką przyrodą, ale lepsze chyba to niż dymiące kominy ??
Równoważymy to tak...
![]() | |
| Lilusie Niespodzianki |
![]() | |
| Panny Różyczki |
![]() | |
| Frezyjki |
![]() |
| Dzikuska uratowana "spod kosy" |
![]() | |
| Lawenda pieszczona od ziarenka |
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















