Każdy wie, że dobry Sąsiad wart każdych pieniędzy, a bytowanie "pod jednym dachem" przez lat "dziesiąt" powoduje często konflikty bez rozwiązania...
My chyba rzeczywiście jesteśmy "Dziećmi Szczęścia", bo Sąsiedzi trafili się nam przyzwoici...
Przeżyliśmy już wspólnie setki remontów, tysiące imprez, odchowaliśmy Dzieciaki...I jakoś tak się poskładało, że ani w statystykach policyjnych, ani w notatkach Straży Miejskiej nie figurujemy...
Zawsze przyjemniej wychodzić z mieszkania, kiedy na korytarzu można spotkać uśmiechniętego Sąsiada, a nie worek ze śmieciami podrzucony pod drzwi...
Nasze kontakty nie są już tak spontaniczne jak jeszcze kilka lat temu, kiedy zdarzały się nam kilkuosobowe pogaduchy na półpiętrze...Nie powodujemy potopu na klatce schodowej w Śmigus Dyngus, jak onegdaj bywało...W odwiedziny też chodzimy raczej "za potrzebą", niż dla towarzystwa...
Ot, życie...
Ale jakoś tak od lat, kierujemy się prostą zasadą: "nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe"...
Działa...
Może nie na wszystkich, i nie zawsze, ale w większości działa...
Nie działa właściwie na jedną Sąsiadkę...
Niereformowalna jest chyba...
Szczęście w nieszczęściu, że mamy Ją nad głowami...
Przeszliśmy już przez etap notorycznego zapychania kanalizacji podpaskami (była wtedy młodą mężatką i chyba wstydziła się męża)...Przeszliśmy etap wrzucania woreczków foliowych przez Jej potomstwo do muszli klozetowej (bo się fajnie kręciły w czasie spłukiwania)...Zaliczyliśmy też kilka zalań (bo zapomniała)...
Ot, takie małe grzeszki sąsiedzkie...
Notorycznie strzepuje kapy i serwety przez balkon ( pod balkonami mamy chodnik, więc śmieci często lądują na głowach Przechodniów. jeśli ich wiatr wcześniej nie zagna do naszych doniczek)...
Usprawiedliwia Ją jedynie fakt, że nigdy w bloku nie mieszkała...
Tak Ją tłumaczyłam na własne potrzeby...
Przez pięć lat...Przez dziesięć lat...Przez dwadzieścia lat...
I tak mi już zostało, chociaż się zbliżamy do kolejnej okrągłej rocznicy...
Ale jest coś, z czego wytłumaczyć Jej nie umiem...
Sąsiadka odkurza mieszkanie o bardzo różnych porach...
No cóż...Pracuje zawodowo, więc pory bytowania domowego ma różne...
Ale odkurzać o 22:30 ??
Pisałam już o Niej kiedyś, że powoduje ciągłe prace remontowe tym swoim odkurzaniem (wyrywa klepki parkietu i panele)...Bo odkurza nad wyraz energicznie...A do tego równie energicznie przesuwa meble...Dokładnie właśnie tak...Przesuwa...
Kiwamy nad tym głowami z politowaniem, i zakładamy, że tej przypadłości wyleczyć się nie da...
Ot, taki urok...
Ale...
Wracałam właśnie z zakupów, kiedy rzeczona Sąsiadka wyszła z klatki schodowej...
- Wieki Cię nie widziałam !! - zakomunikowała mi donośnym głosem... - Co porabiasz ??
- Nic konkretnego...- odpowiedziałam, bo zapędy Sąsiadki do roznoszenia nowin są mi znane...
- Nawet na balkon nie wychodzisz ?? Nie słychać Cię !! - kontynuowała swój wywód...
Już miałam wtrącić grzecznie, że Ją to raczej słychać, ale mi się przypomniało, że z takimi "Przypadkami" lepiej nie dyskutować...
I kiedy już myślałam, że kontakt bezpośredni z Sąsiadką mam z głowy, obwieściła...
- Zapukaj chociaż czasem w rurki od kaloryfera, żebym wiedziała, że żyjesz...
"Zły" tylko zachichotał po cichutku na moim ramieniu...
Uśmiech bazyliszka wypełznął mi na oblicze, a z ust wyrwał się syk godny twórcy Slytherinu (to ten z Harrego Pottera, który rozumiał mowę węży)...
- Zapukam !! Pewnie, że zapukam !! Szczególnie jak znowu będziesz walić tym odkurzaczem w nocy !! Tylko nie wiem, czy Sąsiedzi z parteru jakoś to zniosą...
Mina Sąsiadki ?? Bezcenna...
Nawet niesiona przeze mnie pod pachą młoda kapustka zachichotała...
Ależ mi się Kobieta wystawiła...
Hmmm...
Zawsze uważałam, że na wszystko przychodzi odpowiedni czas...;o)
Dwa światy...
Bardzo Ważni Goście
niedziela, 15 maja 2016
piątek, 13 maja 2016
Nie ogarniam...
Londyn ma nowego Burmistrza...I wierzcie mi na słowo, że wcale nie zamierzałam komentować owego faktu, bo przecież został wybrany w demokratycznych wyborach, więc za "coś" Go Ludzie popierać musieli...
Może był świetnym Prawnikiem (choć słuchy mnie doszły, że bronił ekstremistów muzułmańskich), może miał idealny dla Londyńczyków program wyborczy, a może po prostu ma ładny uśmiech...
Demokracja rzecz święta...( I dotyczy to wszystkich Krajów, nas też)...
Skoro został wybrany to nie mnie osądzać jakie były owego wyboru przesłanki...
- A wiesz, może to sposób, żeby Londyn był bezpieczny...W końcu, skoro będzie w Nim rządził Muzułmanin, to się od aktów terrorystycznych powstrzymają...- usłyszałam w rozmowie telefonicznej...
Ło Matko i Córko...
Trochę mnie zatkało...
Zbyt durna widać jestem, żeby taką przesłankę wyboru przewidzieć...
Czyli, jeśli powybieramy Muzułmanów na Burmistrzów i Merów wielkich, europejskich Miast, to bezpieczeństwo wzrośnie ??
A może w ogóle oddać Im awansem teki ministerialne i będziemy spać spokojnie ??
Nie mam nic do Faceta...Być może będzie najlepszym Burmistrzem, jakiego Londyn miał kiedykolwiek...
Z całego serca życzę tego Londyńczykom...
Ale jeśli powodem Jego wyboru jest właśnie "podlizanie" się terrorystom, to niech Ich Bozia ma w opiece...
Coraz trudniej mi to wszystko pojąć...
Może trzeba było w 39-tym oddać klucze do Warszawy Hitlerowi ??
Chyba już za dużo w życiu widziałam i moja percepcja tego nie ogarnia...
Może był świetnym Prawnikiem (choć słuchy mnie doszły, że bronił ekstremistów muzułmańskich), może miał idealny dla Londyńczyków program wyborczy, a może po prostu ma ładny uśmiech...
Demokracja rzecz święta...( I dotyczy to wszystkich Krajów, nas też)...
Skoro został wybrany to nie mnie osądzać jakie były owego wyboru przesłanki...
- A wiesz, może to sposób, żeby Londyn był bezpieczny...W końcu, skoro będzie w Nim rządził Muzułmanin, to się od aktów terrorystycznych powstrzymają...- usłyszałam w rozmowie telefonicznej...
Ło Matko i Córko...
Trochę mnie zatkało...
Zbyt durna widać jestem, żeby taką przesłankę wyboru przewidzieć...
Czyli, jeśli powybieramy Muzułmanów na Burmistrzów i Merów wielkich, europejskich Miast, to bezpieczeństwo wzrośnie ??
A może w ogóle oddać Im awansem teki ministerialne i będziemy spać spokojnie ??
Nie mam nic do Faceta...Być może będzie najlepszym Burmistrzem, jakiego Londyn miał kiedykolwiek...
Z całego serca życzę tego Londyńczykom...
Ale jeśli powodem Jego wyboru jest właśnie "podlizanie" się terrorystom, to niech Ich Bozia ma w opiece...
Coraz trudniej mi to wszystko pojąć...
Może trzeba było w 39-tym oddać klucze do Warszawy Hitlerowi ??
Chyba już za dużo w życiu widziałam i moja percepcja tego nie ogarnia...
wtorek, 10 maja 2016
Narodziny sceptycyzmu...
Moja Mama była Pielęgniarką...Ten fakt, oprócz wrodzonego wręcz szacunku do Pielęgniarek spowodował, iż od dziecięcia obcowałam z medycyną i wszelkimi jej niuansami...Na pamięć znałam listę "nowoczesnych" psychotropów i "najlepszych" antybiotyków...Znałam nazwy, działanie i wskazania...A to właściwie nie było normalne...
Moja Mamciaśka była ogromną zwolenniczką antybiotyków...
Może dlatego zrodził się we mnie ten bunt ??
Każdy wie, że w "cielęcym" wieku lat "nastu", człek musi się buntować, bo mu hormony z uszu wystają...
Uczyłam się dobrze, w polotach bardzo dobrze...Nad modne dyskoteki przedkładałam bibliotekę...Nad nocne eskapady, wypad w góry...Nad imprezki, pototwórcze treningi...
Czyli jakoś te moje hormony wybuchnąć musiały...
No to wybuchły...
Żeby nie powiedzieć: zapachniały...
Z racji wykonywanego przez Mamciaśkę zawodu, moja podręczna biblioteczka zaopatrzona była również w literaturę medyczną, i właśnie tam odnalazłam swój "bunt"...
Maleńką książeczkę:
No dobra...Nie było to dzieło do czytania...
A już na pewno, nie było to dzieło do czytania dla nastolatki...
Ale nastolatka czytała...Czytała i analizowała...Analizowała i wprowadzała w czyn, przy wsparciu Zielnika wypożyczonego w Bibliotece (takiego z obrazkami ;o))...
Bunt rozkwitał...
Rodzice pracowali na zmiany, więc czasu na eksperymenty totalne miałam sporo...
Dom zaczął pachnieć rumiankiem, pokrzywą, skrzypem...
Łatwo nie było, bo przecież mieszkałam w Centrum sporego Miasta...
Ale z wypadów w plener przywoziłam pół plecaka "różności"...
A potem "różności" chowałam między książkami, żeby nie wpadły w oczy Domowemu Medykowi...
Ojciec załapał w mig...
Przy kolejnym "zapaleniu dziąseł" podałam Mu w sekrecie, przygotowaną miksturę...
Był na etapie "wszystko mi jedno"...
Pomogło w kwadrans, więc moja tajemnica była bezpieczna...
Przy kolejnym ataku dziąseł Ojciec już nie czekał...
- Masz to paskudztwo do płukania ?? - zapytał szeptem...
Mieć nie miałam, ale mogłam zrobić...Wszystkie składniki leżakowały w drugim tomie "Popiołów"...
Mój zielarski proceder trwał przez kilka lat...
Mamciaśka nigdy się nie dowiedziała jaka ze mnie "medycznie" przewrotna dusza...
Kiedy na Świecie pojawiły się nasze Dzieciaki, w domu mieliśmy zawsze "ziołową półeczkę"...Może nie wszystkie zioła pochodziły z własnych zbiorów, ale półeczka była nieźle zaopatrzona (przy ostatniej wizytacji Pierworodnego dostałam burę, bo w szafce nie było rumianku..."Rumianku nie masz !!" - cytuję)...
Rodzinną tradycją stało się wychodzenie "po pokrzywę", "na rumianek", czy po sosnowe młode szyszki, z których robiłam syrop na kaszel...
Potem pochłonęła mnie cywilizacja...
Zioła kupowałam w sklepie...Ekspresowe, bo takie właśnie zrobiło się życie...
Kora dębu, rumianek, szałwia, pokrzywa, kwiat lipy, skrzyp...
Minimum...
Wrzosowisko otworzyło mi "klapkę" z pamięcią...
Rumianki i pokrzywy pozrywałam z marszu...Skrzyp wpadł w ręce przy pieleniu truskawek...Dziurawiec mnie zaskoczył wyrastając między wierzbinkami...Biedrzeńcowi przyglądałam się długo..."Skąd my się znamy ??"...Podobnie było z tasznikiem...
Przyglądałam się, rwałam, wieszałam na suszarce, a potem w domu sprawdzałam skąd to dziwne poczucie znajomości...
Teraz mnie zaskoczył glistnik jaskółcze ziele...
Wiedziałam, że powinnam powiesić wiązkę do suszenia...
Czyżby z ziołami było tak, jak z jazdą na rowerze ??
Nie mam pojęcia...
Ale wiem jedno...
Za każdym razem kiedy wyszukuję nazw dla moich "odkryć" w opisie figuruje dziwna formułka...
"Roślina zielna (lub chwast) uprawiana do celów medycznych i farmaceutycznych o szerokim spektrum zastosowań. Stosować po konsultacji z lekarzem lub farmaceutą."
No cóż...
We wszystkim wskazany jest umiar...
Ale...
Jak to się ma do dyrektywy unijnej, którą jakiś czas temu próbowano przeforsować, a która kategorycznie zabraniała uprawy, zbierania i konsumpcji ziół ??
Projekt tych bzdetów leżakuje w jakimś brukselskim biurku i pewnie wypłynie "przy okazji" lub poczeka na lepsze czasy...
Bo sam pomysł zarabiania milionów na bazie produktów, które nic nie kosztują, ogromnie mi się podoba...
Vivat Koncerny !!
I tak a`propos...
Kiedy byłam ową "zbuntowaną nastolatką" mój stan zdrowia wymagał konsultacji kardiologicznej...Mamciaśka wcisnęła mnie "po znajomości" do pewnej Pani Ordynator, bardzo znanego wówczas Instytutu...
Kolejka była do Niej rozmiarów kosmicznych (chociaż nie było wówczas jeszcze NFZ-tu), wizyta kosztowała krocie...
Pani Doktor moje wyniki przeanalizowała, badania przeprowadziła i zaproponowała terapię pewnym medykamentem, który sprowadzała z Holandii...
Zabrzmiało bardzo poważnie...
Mamciaśka oczywiście lek u Pani Doktor kupiła (jedno opakowanie kosztowało tyle co rower "Wigry")...
Po pierwszej zażytej dawce sprawdziłam skład, bo mi się "coś z czymś" kojarzyło...
Medykament w osiemdziesięciu procentach składał się z waleriany...Czyli pospolitego kozłka lekarskiego...Była również meliska do towarzystwa...
Resztka to były "wypełniacze"...
My byliśmy wówczas " zacofanym Wschodem", w którym Ludzie ciągle korzystali z usług "Zielarek", często wyśmiewanymi za owe procedery...Oni byli "cywilizowanym Zachodem" z niebotycznie rozwiniętą myślą technologiczną...
Tak się chyba urodził mój medyczny sceptycyzm...
Moja Mamciaśka była ogromną zwolenniczką antybiotyków...
Może dlatego zrodził się we mnie ten bunt ??
Każdy wie, że w "cielęcym" wieku lat "nastu", człek musi się buntować, bo mu hormony z uszu wystają...
Uczyłam się dobrze, w polotach bardzo dobrze...Nad modne dyskoteki przedkładałam bibliotekę...Nad nocne eskapady, wypad w góry...Nad imprezki, pototwórcze treningi...
Czyli jakoś te moje hormony wybuchnąć musiały...
No to wybuchły...
Żeby nie powiedzieć: zapachniały...
Z racji wykonywanego przez Mamciaśkę zawodu, moja podręczna biblioteczka zaopatrzona była również w literaturę medyczną, i właśnie tam odnalazłam swój "bunt"...
Maleńką książeczkę:
No dobra...Nie było to dzieło do czytania...
A już na pewno, nie było to dzieło do czytania dla nastolatki...
Ale nastolatka czytała...Czytała i analizowała...Analizowała i wprowadzała w czyn, przy wsparciu Zielnika wypożyczonego w Bibliotece (takiego z obrazkami ;o))...
Bunt rozkwitał...
Rodzice pracowali na zmiany, więc czasu na eksperymenty totalne miałam sporo...
Dom zaczął pachnieć rumiankiem, pokrzywą, skrzypem...
Łatwo nie było, bo przecież mieszkałam w Centrum sporego Miasta...
Ale z wypadów w plener przywoziłam pół plecaka "różności"...
A potem "różności" chowałam między książkami, żeby nie wpadły w oczy Domowemu Medykowi...
Ojciec załapał w mig...
Przy kolejnym "zapaleniu dziąseł" podałam Mu w sekrecie, przygotowaną miksturę...
Był na etapie "wszystko mi jedno"...
Pomogło w kwadrans, więc moja tajemnica była bezpieczna...
Przy kolejnym ataku dziąseł Ojciec już nie czekał...
- Masz to paskudztwo do płukania ?? - zapytał szeptem...
Mieć nie miałam, ale mogłam zrobić...Wszystkie składniki leżakowały w drugim tomie "Popiołów"...
Mój zielarski proceder trwał przez kilka lat...
Mamciaśka nigdy się nie dowiedziała jaka ze mnie "medycznie" przewrotna dusza...
Kiedy na Świecie pojawiły się nasze Dzieciaki, w domu mieliśmy zawsze "ziołową półeczkę"...Może nie wszystkie zioła pochodziły z własnych zbiorów, ale półeczka była nieźle zaopatrzona (przy ostatniej wizytacji Pierworodnego dostałam burę, bo w szafce nie było rumianku..."Rumianku nie masz !!" - cytuję)...
Rodzinną tradycją stało się wychodzenie "po pokrzywę", "na rumianek", czy po sosnowe młode szyszki, z których robiłam syrop na kaszel...
Potem pochłonęła mnie cywilizacja...
Zioła kupowałam w sklepie...Ekspresowe, bo takie właśnie zrobiło się życie...
Kora dębu, rumianek, szałwia, pokrzywa, kwiat lipy, skrzyp...
Minimum...
Wrzosowisko otworzyło mi "klapkę" z pamięcią...
Rumianki i pokrzywy pozrywałam z marszu...Skrzyp wpadł w ręce przy pieleniu truskawek...Dziurawiec mnie zaskoczył wyrastając między wierzbinkami...Biedrzeńcowi przyglądałam się długo..."Skąd my się znamy ??"...Podobnie było z tasznikiem...
Przyglądałam się, rwałam, wieszałam na suszarce, a potem w domu sprawdzałam skąd to dziwne poczucie znajomości...
Teraz mnie zaskoczył glistnik jaskółcze ziele...
Wiedziałam, że powinnam powiesić wiązkę do suszenia...
Czyżby z ziołami było tak, jak z jazdą na rowerze ??
Nie mam pojęcia...
Ale wiem jedno...
Za każdym razem kiedy wyszukuję nazw dla moich "odkryć" w opisie figuruje dziwna formułka...
"Roślina zielna (lub chwast) uprawiana do celów medycznych i farmaceutycznych o szerokim spektrum zastosowań. Stosować po konsultacji z lekarzem lub farmaceutą."
No cóż...
We wszystkim wskazany jest umiar...
Ale...
Jak to się ma do dyrektywy unijnej, którą jakiś czas temu próbowano przeforsować, a która kategorycznie zabraniała uprawy, zbierania i konsumpcji ziół ??
Projekt tych bzdetów leżakuje w jakimś brukselskim biurku i pewnie wypłynie "przy okazji" lub poczeka na lepsze czasy...
Bo sam pomysł zarabiania milionów na bazie produktów, które nic nie kosztują, ogromnie mi się podoba...
Vivat Koncerny !!
I tak a`propos...
Kiedy byłam ową "zbuntowaną nastolatką" mój stan zdrowia wymagał konsultacji kardiologicznej...Mamciaśka wcisnęła mnie "po znajomości" do pewnej Pani Ordynator, bardzo znanego wówczas Instytutu...
Kolejka była do Niej rozmiarów kosmicznych (chociaż nie było wówczas jeszcze NFZ-tu), wizyta kosztowała krocie...
Pani Doktor moje wyniki przeanalizowała, badania przeprowadziła i zaproponowała terapię pewnym medykamentem, który sprowadzała z Holandii...
Zabrzmiało bardzo poważnie...
Mamciaśka oczywiście lek u Pani Doktor kupiła (jedno opakowanie kosztowało tyle co rower "Wigry")...
Po pierwszej zażytej dawce sprawdziłam skład, bo mi się "coś z czymś" kojarzyło...
Medykament w osiemdziesięciu procentach składał się z waleriany...Czyli pospolitego kozłka lekarskiego...Była również meliska do towarzystwa...
Resztka to były "wypełniacze"...
My byliśmy wówczas " zacofanym Wschodem", w którym Ludzie ciągle korzystali z usług "Zielarek", często wyśmiewanymi za owe procedery...Oni byli "cywilizowanym Zachodem" z niebotycznie rozwiniętą myślą technologiczną...
Tak się chyba urodził mój medyczny sceptycyzm...
niedziela, 8 maja 2016
No i lipa z myślenicy...
Chcesz ciszy ??
- Jedź na wieś !! - mówili...
Chcesz spokoju ??
- Jedź w plener !! - mówili...
No to pojecha...liśmy !!
A co !!
Pogódka majowa...Po ostatnim "nicnierobieniu" akumulatorki naładowane "do pełna"...Pozostało złapać za motykę i hajda w pole...
Ale, ale...O wyciszaniu być dzisiaj miało...
No to motyka w kąt !!
Czy jest coś bardziej wyciszającego niż bezpośredni kontakt z naturą ??
A czy w kontakcie z naturą jest coś bardziej naturalnego niż przysiąść pod drzewem ??
Już nawet Kochanowski do tego zachęcał !!
Co prawda, lipy na Wrzosowisku nie posiadamy, ale może coś w zastępstwie się znajdzie...
Na przykład świerk...
No to siadam pod świerkiem...
Siedzę sobie...Dumam...Już miałam wymyślić coś bardzo fajnego, gdy...
Pyk...Pyk...Pyk...
Coś mi na łeb spada...
Boleć nie boli, ale to miarowe pykanie na percepcję działa i myślenica przerwana...
Łepetynę podnoszę, żeby intruza namierzyć, a tam, na świerkowej gałązce siedzi sobie wiewióreczka, akrobacje różne wyczynia i świerczynki do pyszczka napycha...
Się porobiło...
Nie będę przecież wiewióreczce w opozycji stawać, bo może ma rodzinę do wykarmienia ??
Przeniosę się pod gruszę...
Siadam pod gruszą...
Stareńka ta nasza grusza...Zmizerowana...Ale jakie owocki daje !!
Siedzę sobie...Pyszczek do Słoneczka wystawiam...Stare kości wygrzewam...
I już mi myślenica wraca, kiedy nad głową szelest słyszę i złowieszcze "gruu...gruuu"...
Ki czort ??
Cukrówka...
No fakt...Trochę taka bardziej przerośnięta, bo rozmiarami to raczej kurczaka przypomina...
Kotłuje mi się nad głową...Krąży...Szeleści...Grucha...
Nijak myśli pozbierać...
Jak nic nam się cukrówki w gruszkowych gałęziach osiedliły...
Hmmm...
To może ja sobie pod śliwą siądę, żeby im na przekór w amorach nie stawać ??
No to siadłam...
Śliw na Wrzosowisku sporo, to przecież nikomu w paradę nie wejdę...
Siedzę...
Śliwa cień słodki daje...Drobne listeczki szeleszczą...
Tu to już mnie myślenica dopadnie bez przeszkód...
Siedzę i czekam...
Ledwie kilka minut czekałam i jest...
Myślenica ??
A gdzieżby !!
Fruuu...Fruuu...
Zmasowany atak szpaków...
Odlatują...Podlatują...A głównie na piechotę człapią i mi się durnowato przyglądają...
Ło Matko i Córko...
Już w zeszłym roku mieliśmy szpaka rezydenta, który wszędzie łaził "na piechotę" i żył w ogromnej symbiozie z Panem N. (to przez koszenie trawy)...A drugi skąd ??
Narzeczona ?? Żona ??
A śliwka ??
No tak...
Albo akurat ta ma w sobie jakiś urok ukryty, albo powinnam jednak zagrać w tej kumulacji Totka...
Bo że mir domowy zakłóciłam to pewne...
Echhh...
Chyba jednak lipa mi z tej myślenicy wyjdzie...
A może rzeczywiście Kochanowski miał rację i bez tej lipy na Wrzosowisku to bieda z myślenicą będzie ??
No to wezmę się do pracy...
Idę sobie...Idę...
Pod nóżki spoglądam, żeby jakiegoś pożytecznego ziółka nie zdeptać...
Nagle...
Fruuut...Szurrrr...Szurrr...
Z trawy na obrzeżach bażancica wylatuje !! Tumult taki, jakby się drzewa przewracały...
Nieźle się musiała bidulka wystraszyć, bo bażanty to raczej do latania skłonne nie są...
Jak nic na stanie jeszcze bażancie gniazdo posiadamy...
Echhh...
Czy Wrzosowisko jest jeszcze nasze ??
Hmmm...
Trzeba będzie sprawdzić akt notarialny po powrocie do Zaścianka...
Plecy ugięłam...Motykę złapałam w łapki...Zamach...
Tirli...Turli...Tilala...
O macie zbója...
Jeszcze kopać nie zaczęłam, a skowronek wypadł z zarośli i tiutiurli mi nad głową...Fikołki w powietrzu fika...Korkociągi kręci...I "drze" się jakby go z piórek obdzierali...
To ma być cisza ??
Chór z sadu zaświergolił potężnie...
- Chcesz ciszy ??
- Jedź do miasta !!
- Jedź na wieś !! - mówili...
Chcesz spokoju ??
- Jedź w plener !! - mówili...
No to pojecha...liśmy !!
A co !!
Pogódka majowa...Po ostatnim "nicnierobieniu" akumulatorki naładowane "do pełna"...Pozostało złapać za motykę i hajda w pole...
Ale, ale...O wyciszaniu być dzisiaj miało...
No to motyka w kąt !!
Czy jest coś bardziej wyciszającego niż bezpośredni kontakt z naturą ??
A czy w kontakcie z naturą jest coś bardziej naturalnego niż przysiąść pod drzewem ??
Już nawet Kochanowski do tego zachęcał !!
Co prawda, lipy na Wrzosowisku nie posiadamy, ale może coś w zastępstwie się znajdzie...
Na przykład świerk...
No to siadam pod świerkiem...
Siedzę sobie...Dumam...Już miałam wymyślić coś bardzo fajnego, gdy...
Pyk...Pyk...Pyk...
Coś mi na łeb spada...
Boleć nie boli, ale to miarowe pykanie na percepcję działa i myślenica przerwana...
Łepetynę podnoszę, żeby intruza namierzyć, a tam, na świerkowej gałązce siedzi sobie wiewióreczka, akrobacje różne wyczynia i świerczynki do pyszczka napycha...
Się porobiło...
Nie będę przecież wiewióreczce w opozycji stawać, bo może ma rodzinę do wykarmienia ??
Przeniosę się pod gruszę...
Siadam pod gruszą...
Stareńka ta nasza grusza...Zmizerowana...Ale jakie owocki daje !!
Siedzę sobie...Pyszczek do Słoneczka wystawiam...Stare kości wygrzewam...
I już mi myślenica wraca, kiedy nad głową szelest słyszę i złowieszcze "gruu...gruuu"...
Ki czort ??
Cukrówka...
No fakt...Trochę taka bardziej przerośnięta, bo rozmiarami to raczej kurczaka przypomina...
Kotłuje mi się nad głową...Krąży...Szeleści...Grucha...
Nijak myśli pozbierać...
Jak nic nam się cukrówki w gruszkowych gałęziach osiedliły...
Hmmm...
To może ja sobie pod śliwą siądę, żeby im na przekór w amorach nie stawać ??
No to siadłam...
Śliw na Wrzosowisku sporo, to przecież nikomu w paradę nie wejdę...
Siedzę...
Śliwa cień słodki daje...Drobne listeczki szeleszczą...
Tu to już mnie myślenica dopadnie bez przeszkód...
Siedzę i czekam...
Ledwie kilka minut czekałam i jest...
Myślenica ??
A gdzieżby !!
Fruuu...Fruuu...
Zmasowany atak szpaków...
Odlatują...Podlatują...A głównie na piechotę człapią i mi się durnowato przyglądają...
Ło Matko i Córko...
Już w zeszłym roku mieliśmy szpaka rezydenta, który wszędzie łaził "na piechotę" i żył w ogromnej symbiozie z Panem N. (to przez koszenie trawy)...A drugi skąd ??
Narzeczona ?? Żona ??
A śliwka ??
No tak...
Albo akurat ta ma w sobie jakiś urok ukryty, albo powinnam jednak zagrać w tej kumulacji Totka...
Bo że mir domowy zakłóciłam to pewne...
Echhh...
Chyba jednak lipa mi z tej myślenicy wyjdzie...
A może rzeczywiście Kochanowski miał rację i bez tej lipy na Wrzosowisku to bieda z myślenicą będzie ??
No to wezmę się do pracy...
Idę sobie...Idę...
Pod nóżki spoglądam, żeby jakiegoś pożytecznego ziółka nie zdeptać...
Nagle...
Fruuut...Szurrrr...Szurrr...
Z trawy na obrzeżach bażancica wylatuje !! Tumult taki, jakby się drzewa przewracały...
Nieźle się musiała bidulka wystraszyć, bo bażanty to raczej do latania skłonne nie są...
Jak nic na stanie jeszcze bażancie gniazdo posiadamy...
Echhh...
Czy Wrzosowisko jest jeszcze nasze ??
Hmmm...
Trzeba będzie sprawdzić akt notarialny po powrocie do Zaścianka...
Plecy ugięłam...Motykę złapałam w łapki...Zamach...
Tirli...Turli...Tilala...
O macie zbója...
Jeszcze kopać nie zaczęłam, a skowronek wypadł z zarośli i tiutiurli mi nad głową...Fikołki w powietrzu fika...Korkociągi kręci...I "drze" się jakby go z piórek obdzierali...
To ma być cisza ??
Chór z sadu zaświergolił potężnie...
- Chcesz ciszy ??
- Jedź do miasta !!
czwartek, 5 maja 2016
Zapytajcie Zimmera...
Podobno, kiedy zaproponowano Mu pierwszy koncert, skwitował to ogromnym zdziwieniem...Podobno, kiedy wyszedł po raz pierwszy na scenę wypełnionej po brzegi sali, zaniemówił z zaskoczenia...Podobno, nie wierzył, że Jego muzyka może przyciągać Słuchaczy...
Podobno...
Bo od przedwczoraj jeszcze trudniej mi w to uwierzyć...
Ale od początku...
Pisałam Wam, że na urodzinowe prezenty, otrzymaliśmy od Dzieciaków bilety na majowy koncert Hansa Zimmera...Niespodzianka była tym większa, że Dzieciaki miały nam w tym koncercie towarzyszyć...
Wspólne wypady nie trafiają się nam często...
Trudno było doczekać do wpisanej na biletach daty, ale dotrwaliśmy...
Krakowska Arena powitała nas świetną organizacją...Policja kierowała wzmożonym ruchem...Ochroniarze panowali nad organizacją parkingów...
Bardzo lubię jak wszystko tak działa...
Grzeczne powitania...Sympatyczne uśmiechy...Perfekcyjne działanie...
Nawet to, że mnie Pan Ochroniarz nie wpuścił z butelką wody mineralnej mogę puścić w niepamięć...
W środku organizacja była równie dobra...
Miejsca mieliśmy "na pięterku", na wprost sceny...
Światła przygasły, a na odległą scenę wyszedł On...
Grzecznie przywitał się łamaną polszczyzną, co oczywiście wywołało na Hali entuzjazm, a potem...
Ło Matko i Córko...
"Wylądowałam" jak zaczęły się włączać światła...
Przerwa...
W nosie czułam zapach paryskiej uliczki, którą pewnej nocy spacerowaliśmy z Panem N., a którą "odwiedzam" w wyobraźni, za każdym razem oglądając "Kod Leonarda da Vinci"...
Przed oczami przelatywały ostatnie błyskawice z "Króla lwa"...
Ręce mi się trzęsły...
Bywałam już na różnych koncertach...Smakowałam różnej muzyki...Ale żeby tak mnie wzięło ??
No fakt...
Nie każdy, kto tworzy muzykę jest Geniuszem...
Nie każdy, kto gra muzykę jest Geniuszem...
A tutaj miałam Geniusza na wyciągnięcie ręki...No...Może na kilkadziesiąt kroków...
Na totalnym luzie...Jakby wcinał pajdę chleba ze smalcem, siedząc na ukwieconej łące...Hans Zimmer robił ze Słuchaczami co chciał...
Już się nie dziwię, że Jego nazwisko widnieje w czołówkach wszystkich filmowych hitów...
Sama muzyka jest hitem...
Tak jak Chopin zabierający nas na mazowieckie pola...Beethoven, z którym zwiedza się najmroczniejsze zakamarki Jego duszy...Z Zimmerem idzie się tam, gdzie poprowadzi...Na afrykańską sawannę...W zaułki Paryża...W niebyt "Incepcji"...W głębie oceanu...A nawet na rzymską arenę...
Można wszystko...
Jak przełożyć obraz na dźwięk ??
Nie mam pojęcia...
Chociaż przez dwie godziny doświadczałam tego fenomenu...
Zapytajcie Zimmera...
Podobno...
Bo od przedwczoraj jeszcze trudniej mi w to uwierzyć...
Ale od początku...
Pisałam Wam, że na urodzinowe prezenty, otrzymaliśmy od Dzieciaków bilety na majowy koncert Hansa Zimmera...Niespodzianka była tym większa, że Dzieciaki miały nam w tym koncercie towarzyszyć...
Wspólne wypady nie trafiają się nam często...
Trudno było doczekać do wpisanej na biletach daty, ale dotrwaliśmy...
Krakowska Arena powitała nas świetną organizacją...Policja kierowała wzmożonym ruchem...Ochroniarze panowali nad organizacją parkingów...
Bardzo lubię jak wszystko tak działa...
Grzeczne powitania...Sympatyczne uśmiechy...Perfekcyjne działanie...
Nawet to, że mnie Pan Ochroniarz nie wpuścił z butelką wody mineralnej mogę puścić w niepamięć...
W środku organizacja była równie dobra...
Miejsca mieliśmy "na pięterku", na wprost sceny...
![]() |
| Dziesięć minut później Hala była pełna... |
Światła przygasły, a na odległą scenę wyszedł On...
Grzecznie przywitał się łamaną polszczyzną, co oczywiście wywołało na Hali entuzjazm, a potem...
Ło Matko i Córko...
"Wylądowałam" jak zaczęły się włączać światła...
Przerwa...
W nosie czułam zapach paryskiej uliczki, którą pewnej nocy spacerowaliśmy z Panem N., a którą "odwiedzam" w wyobraźni, za każdym razem oglądając "Kod Leonarda da Vinci"...
Przed oczami przelatywały ostatnie błyskawice z "Króla lwa"...
Ręce mi się trzęsły...
Bywałam już na różnych koncertach...Smakowałam różnej muzyki...Ale żeby tak mnie wzięło ??
No fakt...
Nie każdy, kto tworzy muzykę jest Geniuszem...
Nie każdy, kto gra muzykę jest Geniuszem...
A tutaj miałam Geniusza na wyciągnięcie ręki...No...Może na kilkadziesiąt kroków...
Na totalnym luzie...Jakby wcinał pajdę chleba ze smalcem, siedząc na ukwieconej łące...Hans Zimmer robił ze Słuchaczami co chciał...
Już się nie dziwię, że Jego nazwisko widnieje w czołówkach wszystkich filmowych hitów...
Sama muzyka jest hitem...
Tak jak Chopin zabierający nas na mazowieckie pola...Beethoven, z którym zwiedza się najmroczniejsze zakamarki Jego duszy...Z Zimmerem idzie się tam, gdzie poprowadzi...Na afrykańską sawannę...W zaułki Paryża...W niebyt "Incepcji"...W głębie oceanu...A nawet na rzymską arenę...
Można wszystko...
Jak przełożyć obraz na dźwięk ??
Nie mam pojęcia...
Chociaż przez dwie godziny doświadczałam tego fenomenu...
Zapytajcie Zimmera...
wtorek, 3 maja 2016
Nieroboczo...;o)
Do niedzielnego wieczora nie było wiadomo: jedziemy, czy nie jedziemy ?? Pogoda była taka bardziej "niezrównoważona"...Fanaberie miała straszne...
- Jedziemy !! - oświadczył Pan N. po ostatnim monitoringu prognozy i dodał... - Zrobimy sobie majówkę !!
Majówkę ??
Oczadziało mi Chłopisko !!
Jaką majówkę ?? Toż krzewy trzeba wypielić...Nasionka wysiać...Wióry podgarnąć..."Orzeszka" do sezonu przygotować...
A ten "majówkę" ogłasza...
Echhh...
Po przyjeździe Pan N. zabrał swój ulubiony szpadelek i wybył do sektora "rekreacyjnego"...
A ja ??
Ja zabrałam się do sprzątania "Orzeszka", bo wyszłam z założenia, że "majówkę" najlepiej pracą uświetnić...
No to uświetniałam na całego...
Szmata...Mop...Wiadro z wodą (!!)
- Chodź zobaczyć...- zaprosił mnie Ślubny...
No to człapię...
A tam...
Krater !!
Niby tereny mało wulkaniczne, a tutaj proszę...Wulkanik jak "żywy" i na dodatek po chwili zaczął dymić !!
A że ciepełko wykorzystywać trzeba w każdej postaci, więc postanowiliśmy je spożytkować tak...
Albo tak...
Aż z jęzorków ślina ciekła...;o)
I milusio się przy kraterku zasiadało...
Ogieniek płonął, a ja nic nie robiłam...
Nie powiem, żeby to na początku łatwe było, bo aż mnie wierciło na widok pozostawionych krzaków, i na myśl o pozostawionym w "Orzeszku" bałaganie...
- Siedź !! - komenderował Pan N. - Dzisiaj jest "majówka"...- argumentował...
Ło Matko i Córko...
Strasznie trudne jest takie "nic nierobienie"...
No to mi Pan N. połamał gałązek i wrzucałam po jednej do ogniska...Nawet patyka "grzebaka" dostałam...
I jakoś się tak inaczej na Wrzosowisku zrobiło...
Nieroboczo...
Echhh...
- Jedziemy !! - oświadczył Pan N. po ostatnim monitoringu prognozy i dodał... - Zrobimy sobie majówkę !!
Majówkę ??
Oczadziało mi Chłopisko !!
Jaką majówkę ?? Toż krzewy trzeba wypielić...Nasionka wysiać...Wióry podgarnąć..."Orzeszka" do sezonu przygotować...
A ten "majówkę" ogłasza...
Echhh...
Po przyjeździe Pan N. zabrał swój ulubiony szpadelek i wybył do sektora "rekreacyjnego"...
A ja ??
Ja zabrałam się do sprzątania "Orzeszka", bo wyszłam z założenia, że "majówkę" najlepiej pracą uświetnić...
No to uświetniałam na całego...
Szmata...Mop...Wiadro z wodą (!!)
- Chodź zobaczyć...- zaprosił mnie Ślubny...
No to człapię...
A tam...
Krater !!
Niby tereny mało wulkaniczne, a tutaj proszę...Wulkanik jak "żywy" i na dodatek po chwili zaczął dymić !!
A że ciepełko wykorzystywać trzeba w każdej postaci, więc postanowiliśmy je spożytkować tak...
Albo tak...
Aż z jęzorków ślina ciekła...;o)
I milusio się przy kraterku zasiadało...
Ogieniek płonął, a ja nic nie robiłam...
Nie powiem, żeby to na początku łatwe było, bo aż mnie wierciło na widok pozostawionych krzaków, i na myśl o pozostawionym w "Orzeszku" bałaganie...
- Siedź !! - komenderował Pan N. - Dzisiaj jest "majówka"...- argumentował...
Ło Matko i Córko...
Strasznie trudne jest takie "nic nierobienie"...
No to mi Pan N. połamał gałązek i wrzucałam po jednej do ogniska...Nawet patyka "grzebaka" dostałam...
I jakoś się tak inaczej na Wrzosowisku zrobiło...
Nieroboczo...
Echhh...
niedziela, 1 maja 2016
Nasz kawałek Ojczyzny...
- Kiepsko wygląda...- zauważył Pan N. kręcąc głową z ubolewaniem...
- Za dużo piw żeśmy podlali...- przytaknęłam ze smutkiem...
To fakt...
Stan "kobelka" umieszczonego na "Orzeszku", a mającego być jego ozdobą i zwieńczeniem, od roku stanowi naszą zgryzotę...
Jeden z Majstrów, który "Orzeszka" budował, był już w takim stanie, że ledwie patrzył na oczy...I my, i Jego Kolega, przegapiliśmy ten fakt, więc kiedy "kobelek" został przez Niego przykręcony, szczęki nam opadły na wysokość kolan...
Orzesz...(ko)...
Cały domek złożony z sensem, a zwieńczenie spartolone...
Nawet nie bardzo mogliśmy reklamować ów fakt, bo "Kolega" owego "Majstra" się poczuwał i ze wszystkich sił usiłował nam owo "zwieńczenie" zrekompensować...
"Kobelek" pozostał jako wyrzut sumienia...
- Trzeba go olejem potraktować, bo się rozsypie...- kontynuował swoje przemyślenia Pan N.
- Trzeba...- zgodziłam się chętnie, bo bez "kobelka" domek wydawał mi się niekompletny... - Lżejsza jestem...- podkreśliłam...
W oczach Pana N. zobaczyłam strach i "filmik" krótkometrażowy pod tytułem: "Jak mi Ślubna spadła z dachu"...
Pan N. już tak ma...
Jak tylko wylezę gdzieś wyżej niż metr, to spodziewa się najgorszych kataklizmów...
Pierwsza próba skończyła się fiaskiem...
Nie wiem, czy to nasza remontowa drabinka była zbyt krótka, czy to ja jestem taka raczej mało zgrabna, w każdym razie, na wpełznięcie na dach szans nie miałam wcale...Brakowało dwudziestu centymetrów...
Wleźć wlezę...Przecież jak się baba uprze to siły nie ma...Ale jak zlezę ?? Te dwadzieścia centymetrów może się okazać przepaścią nie do przebycia...
Echhh...
Gdybym była młodszą dziewczyną...- że sparafrazuję Poetę...
Ale na nagłe odmłodnienie szans doraźnych nie mam, więc trzeba ruszyć mózgownicą...
Duża drabina !!
Fakt, że mam co do niej kiepskie wspomnienia, bo przecież zaliczyłam "przyziemienie" zbierając wiśnie, ale kilka szczebli Pan N. wzmocnił...Może wystarczy ??
Wystarczyło...
Słoik z olejem...Pędzel...I nasz "kobelek" jak nowy...
Fakt, że trochę rozeschnięty...Fakt, że pion trzyma z trudem...Fakt, że rusza się jak "mleczak" u sześciolatka...Ale jest...
A skoro wpełzłam już tak wysoko (bo wchodziłam na dach metodą "na pełzaka")...
To czas zrobić to, co zamierzaliśmy zrobić już dawno...
I nie tylko o Święta Narodowe chodzi...
I chociaż przez pewien czas rozważaliśmy możliwość separatyzmu i ogłoszenie enklawy terytorialnej, to w gruncie rzeczy jesteśmy dumni z naszej Rzeczypospolitej, i z tej naszej "Biało-Czerwonej"...
A że z Wrzosowiska dumni jesteśmy jeszcze bardziej, więc postanowiliśmy naszą dumę połączyć w ogromne "dumisko"...
Dodam jeszcze dumę z faktu, iż udało mi się z tego dachu nie spaść...
A Pan N. kiedy tylko zauważył, że w miarę statecznie się na tym dachu zachowuję, przystąpił do uwieczniania moich wyczynów dla Potomnych...
I żeby fakty dopełnić nadmienię, że chociaż porę na ową instalację wybraliśmy bardzo skrupulatnie, żeby nie było afery w całej Wsi, to ledwie na dach wlazłam z drogi zrobiła się Marszałkowska w godzinach szczytu, a wszyscy okoliczni Rolnicy zapragnęli właśnie w tym momencie wrócić do domu...Takich tłumów na drodze to ja tam jeszcze nie widziałam...
To się nazywa "wyrabiać sobie wizerunek"...
Echhh...
Ale kiedy późnym popołudniem ruszaliśmy do Zaścianka, Orzeszek z "kobelkiem" pożegnali nas pięknym widokiem...
To nasz kawałek Ojczyzny...;o)
- Za dużo piw żeśmy podlali...- przytaknęłam ze smutkiem...
To fakt...
Stan "kobelka" umieszczonego na "Orzeszku", a mającego być jego ozdobą i zwieńczeniem, od roku stanowi naszą zgryzotę...
Jeden z Majstrów, który "Orzeszka" budował, był już w takim stanie, że ledwie patrzył na oczy...I my, i Jego Kolega, przegapiliśmy ten fakt, więc kiedy "kobelek" został przez Niego przykręcony, szczęki nam opadły na wysokość kolan...
Orzesz...(ko)...
Cały domek złożony z sensem, a zwieńczenie spartolone...
Nawet nie bardzo mogliśmy reklamować ów fakt, bo "Kolega" owego "Majstra" się poczuwał i ze wszystkich sił usiłował nam owo "zwieńczenie" zrekompensować...
"Kobelek" pozostał jako wyrzut sumienia...
- Trzeba go olejem potraktować, bo się rozsypie...- kontynuował swoje przemyślenia Pan N.
- Trzeba...- zgodziłam się chętnie, bo bez "kobelka" domek wydawał mi się niekompletny... - Lżejsza jestem...- podkreśliłam...
W oczach Pana N. zobaczyłam strach i "filmik" krótkometrażowy pod tytułem: "Jak mi Ślubna spadła z dachu"...
Pan N. już tak ma...
Jak tylko wylezę gdzieś wyżej niż metr, to spodziewa się najgorszych kataklizmów...
Pierwsza próba skończyła się fiaskiem...
Nie wiem, czy to nasza remontowa drabinka była zbyt krótka, czy to ja jestem taka raczej mało zgrabna, w każdym razie, na wpełznięcie na dach szans nie miałam wcale...Brakowało dwudziestu centymetrów...
Wleźć wlezę...Przecież jak się baba uprze to siły nie ma...Ale jak zlezę ?? Te dwadzieścia centymetrów może się okazać przepaścią nie do przebycia...
Echhh...
Gdybym była młodszą dziewczyną...- że sparafrazuję Poetę...
Ale na nagłe odmłodnienie szans doraźnych nie mam, więc trzeba ruszyć mózgownicą...
Duża drabina !!
Fakt, że mam co do niej kiepskie wspomnienia, bo przecież zaliczyłam "przyziemienie" zbierając wiśnie, ale kilka szczebli Pan N. wzmocnił...Może wystarczy ??
Wystarczyło...
Słoik z olejem...Pędzel...I nasz "kobelek" jak nowy...
Fakt, że trochę rozeschnięty...Fakt, że pion trzyma z trudem...Fakt, że rusza się jak "mleczak" u sześciolatka...Ale jest...
A skoro wpełzłam już tak wysoko (bo wchodziłam na dach metodą "na pełzaka")...
To czas zrobić to, co zamierzaliśmy zrobić już dawno...
I nie tylko o Święta Narodowe chodzi...
I chociaż przez pewien czas rozważaliśmy możliwość separatyzmu i ogłoszenie enklawy terytorialnej, to w gruncie rzeczy jesteśmy dumni z naszej Rzeczypospolitej, i z tej naszej "Biało-Czerwonej"...
A że z Wrzosowiska dumni jesteśmy jeszcze bardziej, więc postanowiliśmy naszą dumę połączyć w ogromne "dumisko"...
Dodam jeszcze dumę z faktu, iż udało mi się z tego dachu nie spaść...
A Pan N. kiedy tylko zauważył, że w miarę statecznie się na tym dachu zachowuję, przystąpił do uwieczniania moich wyczynów dla Potomnych...
I żeby fakty dopełnić nadmienię, że chociaż porę na ową instalację wybraliśmy bardzo skrupulatnie, żeby nie było afery w całej Wsi, to ledwie na dach wlazłam z drogi zrobiła się Marszałkowska w godzinach szczytu, a wszyscy okoliczni Rolnicy zapragnęli właśnie w tym momencie wrócić do domu...Takich tłumów na drodze to ja tam jeszcze nie widziałam...
To się nazywa "wyrabiać sobie wizerunek"...
Echhh...
Ale kiedy późnym popołudniem ruszaliśmy do Zaścianka, Orzeszek z "kobelkiem" pożegnali nas pięknym widokiem...
To nasz kawałek Ojczyzny...;o)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















