Tak się składa, że spora gromada moich Czytaczy, to mieszkańcy Stolicy...Z niektórymi znam się wirtualnie już prawie dziesięć lat...
Ależ ten czas leci...
Niektórych poznałam na zwariowanym, rymowanym czacie, niektórych na "Liepiuchach", niektórych w czasach "wp-owskiej" Gordyjki...Nawet "blogspotowi" w grudniu walnęło już cztery latka...
I przez te wszystkie lata kombinowaliśmy i kombinujemy, jak naszą wirtualną znajomość przekuć w coś bardziej realnego...Niektórym się to nawet indywidualnie udaje...
Kiedy więc Pan N. rzucił pomysłem, zaraz mi zaświtało w głowie...
Może tym razem się uda ??
Co Wy na to, żebyśmy mogli się realnie uściskać i zobaczyć w realu swoje nadobne buźki ??
Proponuję spotkanie w Warszawie, 28 lutego (niedziela), w godzinach popołudniowych...
Przemyśleć, przeanalizować, zostawić wpis w komentarzach, szczegóły dogramy mailowo...
Czekam na decyzje...;o)
Dwa światy...
Bardzo Ważni Goście
niedziela, 31 stycznia 2016
piątek, 29 stycznia 2016
Szukam pracy...
Nie, żeby mi się znudziła rola Domowej Kury Grzebiącej, bo genetycznie nie mogę się doczekać prac ziemnych na naszym Wrzosowisku, ale czasem wpadają mi w oko takie perełki "etatowe", że aż mnie z krzesełka podnosi...
Kilka miesięcy temu znalazłam anons, że jedna z fabryk czekolady szuka testerów...Aż się pośliniłam na samą myśl delicji, jakimi mogłabym opychać się bez ograniczeń...
Mniammm...
Cudny etat dla łakomczucha...
Jeść...Pałaszować...Degustować...
I jeszcze kasiorkę za to dostawać ??
Ale wtedy przyszło z nagła ostudzenie zapędów...
No dobra...Czekolada czekoladzie nie równa...A jak mi każą degustować gorzką czekoladę ?? L4 wtedy wezmę, czy zgłoszę mobbing związkom zawodowym ??
Gorzka czekolada jest bleeee...
Po analizie plusów i minusów, doszłam do wniosku, że na takie poświęcenie się nie zdecyduję...
Pan N. odetchnął z ulgą, a ja w ramach rekompensaty "wcięłam" tabliczkę "mlecznej z orzechami"...Taką mogę degustować bez wstrętu...
I jakoś te moje zawodowe zapędy ostygły...
Z krzesełka wyrwało mnie znowu kilka dni temu...
Ło Matko i Córko !!
Toż to ogłoszenie dla mnie !!
Jedna z farm poszukuje pracownika, który w zakresie obowiązków będzie miał jedynie PRZYTULANIE MAŁYCH KÓZEK !!
Biorę !!
Małe jest piękne...
Już się widziałam otoczoną rozbrykanym stadkiem i tulącą do chudej piersi spragnione czułości kózki...
Przy takim obrazie to nawet czekolada wymięka...
Moim planem podzieliłam się z Dagusią...
- Też chcę !! - odrzekła mi niespodziewanie...
- Co chcesz ?? Moje kózki ?? - zapytałam z niedowierzanie...
- Chcę !! Będę sobie siedzieć i tulić...-argumentacja Dagusi-Kanapowca...
- To moje kózki !! Wygryźć mnie chcesz z etatu !! - walczyłam o moje prawa pracownicze...
- Nie bądź taka...- odwołała się Dagusia do naszej przyjaźni...
- Etat masz !! - buntowałam się zajadle...
- Ale w weekendy mam wolne !! Kózek chcę weekendowo...- Dagusia rozpoczęła tworzenie harmonogramu pracy...- Ty w tygodniu, ja w weekendy...Nie dasz rady obrabiać stada przez cały tydzień...- argumentowała...
Zaczęłam analizować...
Fakt...Nie wydolę...
- I ja mam więcej powierzchni do przytulania...- walnęła we mnie Dagusia rozmiarem...
Orzesz...(ko)
Krew półgóralska we mnie zawrzała...
I pewnie bym o te kózki do ostatniej kropli krwi walczyła, gdyby nie fakt, że one biedaczki aż w Stanach tą samotność i brak czułości odczuwają...
Wirtualnie nie ogarnę...Dagusia też nie...
Ale przynajmniej się dowiedziałam co może Dagusię z kanapy ruszyć !!
Poważnie rozważam zakup kózki na Wrzosowisko...;o)
Kilka miesięcy temu znalazłam anons, że jedna z fabryk czekolady szuka testerów...Aż się pośliniłam na samą myśl delicji, jakimi mogłabym opychać się bez ograniczeń...
Mniammm...
Cudny etat dla łakomczucha...
Jeść...Pałaszować...Degustować...
I jeszcze kasiorkę za to dostawać ??
Ale wtedy przyszło z nagła ostudzenie zapędów...
No dobra...Czekolada czekoladzie nie równa...A jak mi każą degustować gorzką czekoladę ?? L4 wtedy wezmę, czy zgłoszę mobbing związkom zawodowym ??
Gorzka czekolada jest bleeee...
Po analizie plusów i minusów, doszłam do wniosku, że na takie poświęcenie się nie zdecyduję...
Pan N. odetchnął z ulgą, a ja w ramach rekompensaty "wcięłam" tabliczkę "mlecznej z orzechami"...Taką mogę degustować bez wstrętu...
I jakoś te moje zawodowe zapędy ostygły...
Z krzesełka wyrwało mnie znowu kilka dni temu...
Ło Matko i Córko !!
Toż to ogłoszenie dla mnie !!
Jedna z farm poszukuje pracownika, który w zakresie obowiązków będzie miał jedynie PRZYTULANIE MAŁYCH KÓZEK !!
Biorę !!
Małe jest piękne...
Już się widziałam otoczoną rozbrykanym stadkiem i tulącą do chudej piersi spragnione czułości kózki...
Przy takim obrazie to nawet czekolada wymięka...
Moim planem podzieliłam się z Dagusią...
- Też chcę !! - odrzekła mi niespodziewanie...
- Co chcesz ?? Moje kózki ?? - zapytałam z niedowierzanie...
- Chcę !! Będę sobie siedzieć i tulić...-argumentacja Dagusi-Kanapowca...
- To moje kózki !! Wygryźć mnie chcesz z etatu !! - walczyłam o moje prawa pracownicze...
- Nie bądź taka...- odwołała się Dagusia do naszej przyjaźni...
- Etat masz !! - buntowałam się zajadle...
- Ale w weekendy mam wolne !! Kózek chcę weekendowo...- Dagusia rozpoczęła tworzenie harmonogramu pracy...- Ty w tygodniu, ja w weekendy...Nie dasz rady obrabiać stada przez cały tydzień...- argumentowała...
Zaczęłam analizować...
Fakt...Nie wydolę...
- I ja mam więcej powierzchni do przytulania...- walnęła we mnie Dagusia rozmiarem...
Orzesz...(ko)
Krew półgóralska we mnie zawrzała...
I pewnie bym o te kózki do ostatniej kropli krwi walczyła, gdyby nie fakt, że one biedaczki aż w Stanach tą samotność i brak czułości odczuwają...
Wirtualnie nie ogarnę...Dagusia też nie...
Ale przynajmniej się dowiedziałam co może Dagusię z kanapy ruszyć !!
Poważnie rozważam zakup kózki na Wrzosowisko...;o)
środa, 27 stycznia 2016
Obyś cudze dzieci uczył...
Opowiadałam Wam kiedyś, że w czasie kiedy rozpoczynałam edukację w pierwszej klasie podstawówki, byłam dziecięciem bardzo mizernej postury...Tak mizernej, że do klasowego zdjęcia posadzono mnie na trzech tomach Encyklopedii, żeby mi głowa znad stolika wystawała...
Mój tornister, ważący prawie tyle co ja, z pełnym poświęceniem taszczył mi do szkoły Dziadzio Stefan...
Nie wiem jakim cudem, i z jakiego powodu, takie właśnie chucherko zostało wyznaczone przez Wychowawczynię na opiekunkę Dziewczynki z porażeniem dziecięcym...
Ale to fakt...Zostałam opiekunką...
Nie było wówczas klas integracyjnych, takie pojęcie w przyrodzie wcale nie występowało, a Nauczyciel nie był zobowiązany do pomocy takiemu dzieciakowi...
Matka owej Dziewczynki utrzymywała, że jej Dziecko nie ma żadnych "opóźnień" i świetnie sobie poradzi w grupie rówieśników...
Podobno pobożne życzenia czasem się spełniają...
Dziewczynka miała problemy ruchowe, poruszała się o kulach przesuwając stopy po kilka centymetrów, miała problemy z utrzymaniem ołówka w dłoni, Jej głowa czasem bezwiednie opadała powodując u mnie totalną panikę...Miała problem z korzystaniem z toalety, miała problem z siedzeniem przez czterdzieści pięć minut w ławce...Wysławiała się z trudem i niewyraźnie...Po dwóch miesiącach naszej wspólnej "edukacji" zaczęłam występować w roli "tłumacza"...
Przez rok ciągałam po szkolnych korytarzach dwa tornistry, swój i Jej, i dreptałam cierpliwie czekając aż dobrniemy do szatni...
Czy Wychowawczyni tego nie widziała ?? Widziała...
Widziała, zgłaszała do Dyrekcji i tyle właściwie mogła...
Czy Dyrekcja tego nie widziała ?? Widziała...
Widziała, zgłaszała do Inspektoratu i wzywała Matkę do szkoły...
Matka oświadczała, że Jej Dziecko jest normalne i zamykała temat...
Ja, mając siedem lat nawet nie wiedziałam, że coś w tym układzie jest nie tak...
W drugiej klasie, Dyrektor zdecydował, że otrzymamy salę na pierwszym piętrze...
Dzień rozpoczynałam od mozolnego wdrapywania się na schody...
Wiecie ile czasu potrzebuje Dziecko z polio, żeby wejść na trzydzieści sześć schodów ??
Godzinę...
Potem opiera się o ścianę i potrzebuje kwadransa, żeby złapać oddech i dojść do siebie...
Codziennie spóźniałyśmy się na lekcję...
Codziennie w dzienniczku owej Dziewczyny lądowała uwaga o spóźnieniu...
W moim nie...
Po miesiącu, Dyrekcja postawiła owej Pani ultimatum...
Albo zaopiekuje się Córką umożliwiając normalne funkcjonowanie szkoły, albo Córka zostanie przeniesiona do szkoły specjalnej...
Pani zaopiekować się nie chciała...
Dziewczyna skończyła szkołę specjalną bez problemu...
Mnie została trauma na całe życie...
Dlaczego o tym piszę ??
Wczoraj rozmawiałam z Dagusią i dowiedziałam się, jak w rzeczywistości wygląda Jej praca...I szczerze mówiąc byłam przerażona...A właściwie jestem przerażona na dzisiaj...
Dagusia jest Wychowawczynią klasy integracyjnej...
Włos mi się zjeżył, kiedy dowiedziałam się, czego wymagają Rodzice od Nauczycieli...
Nauczyciel ma zmieniać Dziecku pieluchy, ma Je cewnikować, te z problemami ruchowymi ma przenieść do łazienki, ma też wychowywać, a wolnej chwili nauczać...
Nigdy nie słyszałam od Niej słowa skargi...
Tym razem jednak, stanęła przed ścianą...
Dostała Chłopca z ADHD, autyzmem i agresją...Dzieciak nie zna innego słownictwa poza : k**wa, c**j, s*****alaj...Swoją agresję wyładowuje na Uczniach i Nauczycielach, a Ojciec chłopca twierdzi, że "nie mógł spłodzić głupiego dziecka"...
Kogo leczyć ??
Dzieciak prawdopodobnie przeżył już w swoim życiu taki horror, że dorosłym się nawet takie "kino" nie śniło...Mieszka kilka dni z matką i jej konkubentem, a kilka dni z ojcem i jego konkubiną...Słownictwa sobie nie wymyślił, bo wulgaryzmów z mlekiem matki się nie przyswaja...
A teraz szkoła ma być antidotum na wszystko ?? Nauczyciel ma wyprostować to, co z taką fantazją wykształcili rodzice ?? Nauczyciel ma z uśmiechem przyjmować "spie***laj k**wo je**na", bo przecież Mu za to płacą ??
Co w takim razie z resztą Dzieciaków, które uczestniczą w tych spektaklach, bo edukacją nazwać to trudno...
Do klasy chodzą dzieci zdrowe, które w trybie eksternistycznym przyswajają nowinki językowe i pewnie chwalą się Rodzicom z nabytej wiedzy...Tutaj tłumaczenie Nauczyciela, że jest to brzydkie, nie rozwiąże problemu...To sześcio, siedmiolatki, one chłoną taką wiedzę w ilościach nieograniczonych...
Do klasy chodzą też dzieci chore, z różnymi przypadłościami, które dzięki dwumiesięcznej pracy zrobiły ponoć niebywałe postępy...Ale to już historia...
Tym dzieciakom stała się krzywda uwstecznienia...
Zawiadomiona o wszystkim Dyrekcja, nie dała wiary...
Jak to ?? Dagusia, Nauczyciel i Wychowawca z tak długim stażem nie może sobie poradzić z jednym dzieckiem ??
Wygodnictwo i histeria...
Dokąd zachowanie chłopca nie zostało nagrane i przedstawione jako dowód...
Dagusia szuka rozwiązania...Dla siebie, dla swojej klasy, i dla tego chłopca...
Tyle, że...Kończy się półrocze i Dagusia musi zrobić zebranie z Rodzicami...
Co usłyszy ??
Nawet nie chcę sobie tego wyobrażać, bo pewne głosy już do Niej docierały...
Przecież to Ona ponosi odpowiedzialność za nauczanie i wychowanie w szkole...
Ona bierze za to pieniądze !!
Na dodatek, ponoć ogromne pieniądze...
A do tego ma ferie i wakacje, i pracuje tylko kilka godzin dziennie...
"Obyś cudze dzieci uczył"...
Dzięki Ci Losie, że mnie to ominęło...
Mój tornister, ważący prawie tyle co ja, z pełnym poświęceniem taszczył mi do szkoły Dziadzio Stefan...
Nie wiem jakim cudem, i z jakiego powodu, takie właśnie chucherko zostało wyznaczone przez Wychowawczynię na opiekunkę Dziewczynki z porażeniem dziecięcym...
Ale to fakt...Zostałam opiekunką...
Nie było wówczas klas integracyjnych, takie pojęcie w przyrodzie wcale nie występowało, a Nauczyciel nie był zobowiązany do pomocy takiemu dzieciakowi...
Matka owej Dziewczynki utrzymywała, że jej Dziecko nie ma żadnych "opóźnień" i świetnie sobie poradzi w grupie rówieśników...
Podobno pobożne życzenia czasem się spełniają...
Dziewczynka miała problemy ruchowe, poruszała się o kulach przesuwając stopy po kilka centymetrów, miała problemy z utrzymaniem ołówka w dłoni, Jej głowa czasem bezwiednie opadała powodując u mnie totalną panikę...Miała problem z korzystaniem z toalety, miała problem z siedzeniem przez czterdzieści pięć minut w ławce...Wysławiała się z trudem i niewyraźnie...Po dwóch miesiącach naszej wspólnej "edukacji" zaczęłam występować w roli "tłumacza"...
Przez rok ciągałam po szkolnych korytarzach dwa tornistry, swój i Jej, i dreptałam cierpliwie czekając aż dobrniemy do szatni...
Czy Wychowawczyni tego nie widziała ?? Widziała...
Widziała, zgłaszała do Dyrekcji i tyle właściwie mogła...
Czy Dyrekcja tego nie widziała ?? Widziała...
Widziała, zgłaszała do Inspektoratu i wzywała Matkę do szkoły...
Matka oświadczała, że Jej Dziecko jest normalne i zamykała temat...
Ja, mając siedem lat nawet nie wiedziałam, że coś w tym układzie jest nie tak...
W drugiej klasie, Dyrektor zdecydował, że otrzymamy salę na pierwszym piętrze...
Dzień rozpoczynałam od mozolnego wdrapywania się na schody...
Wiecie ile czasu potrzebuje Dziecko z polio, żeby wejść na trzydzieści sześć schodów ??
Godzinę...
Potem opiera się o ścianę i potrzebuje kwadransa, żeby złapać oddech i dojść do siebie...
Codziennie spóźniałyśmy się na lekcję...
Codziennie w dzienniczku owej Dziewczyny lądowała uwaga o spóźnieniu...
W moim nie...
Po miesiącu, Dyrekcja postawiła owej Pani ultimatum...
Albo zaopiekuje się Córką umożliwiając normalne funkcjonowanie szkoły, albo Córka zostanie przeniesiona do szkoły specjalnej...
Pani zaopiekować się nie chciała...
Dziewczyna skończyła szkołę specjalną bez problemu...
Mnie została trauma na całe życie...
Dlaczego o tym piszę ??
Wczoraj rozmawiałam z Dagusią i dowiedziałam się, jak w rzeczywistości wygląda Jej praca...I szczerze mówiąc byłam przerażona...A właściwie jestem przerażona na dzisiaj...
Dagusia jest Wychowawczynią klasy integracyjnej...
Włos mi się zjeżył, kiedy dowiedziałam się, czego wymagają Rodzice od Nauczycieli...
Nauczyciel ma zmieniać Dziecku pieluchy, ma Je cewnikować, te z problemami ruchowymi ma przenieść do łazienki, ma też wychowywać, a wolnej chwili nauczać...
Nigdy nie słyszałam od Niej słowa skargi...
Tym razem jednak, stanęła przed ścianą...
Dostała Chłopca z ADHD, autyzmem i agresją...Dzieciak nie zna innego słownictwa poza : k**wa, c**j, s*****alaj...Swoją agresję wyładowuje na Uczniach i Nauczycielach, a Ojciec chłopca twierdzi, że "nie mógł spłodzić głupiego dziecka"...
Kogo leczyć ??
Dzieciak prawdopodobnie przeżył już w swoim życiu taki horror, że dorosłym się nawet takie "kino" nie śniło...Mieszka kilka dni z matką i jej konkubentem, a kilka dni z ojcem i jego konkubiną...Słownictwa sobie nie wymyślił, bo wulgaryzmów z mlekiem matki się nie przyswaja...
A teraz szkoła ma być antidotum na wszystko ?? Nauczyciel ma wyprostować to, co z taką fantazją wykształcili rodzice ?? Nauczyciel ma z uśmiechem przyjmować "spie***laj k**wo je**na", bo przecież Mu za to płacą ??
Co w takim razie z resztą Dzieciaków, które uczestniczą w tych spektaklach, bo edukacją nazwać to trudno...
Do klasy chodzą dzieci zdrowe, które w trybie eksternistycznym przyswajają nowinki językowe i pewnie chwalą się Rodzicom z nabytej wiedzy...Tutaj tłumaczenie Nauczyciela, że jest to brzydkie, nie rozwiąże problemu...To sześcio, siedmiolatki, one chłoną taką wiedzę w ilościach nieograniczonych...
Do klasy chodzą też dzieci chore, z różnymi przypadłościami, które dzięki dwumiesięcznej pracy zrobiły ponoć niebywałe postępy...Ale to już historia...
Tym dzieciakom stała się krzywda uwstecznienia...
Zawiadomiona o wszystkim Dyrekcja, nie dała wiary...
Jak to ?? Dagusia, Nauczyciel i Wychowawca z tak długim stażem nie może sobie poradzić z jednym dzieckiem ??
Wygodnictwo i histeria...
Dokąd zachowanie chłopca nie zostało nagrane i przedstawione jako dowód...
Dagusia szuka rozwiązania...Dla siebie, dla swojej klasy, i dla tego chłopca...
Tyle, że...Kończy się półrocze i Dagusia musi zrobić zebranie z Rodzicami...
Co usłyszy ??
Nawet nie chcę sobie tego wyobrażać, bo pewne głosy już do Niej docierały...
Przecież to Ona ponosi odpowiedzialność za nauczanie i wychowanie w szkole...
Ona bierze za to pieniądze !!
Na dodatek, ponoć ogromne pieniądze...
A do tego ma ferie i wakacje, i pracuje tylko kilka godzin dziennie...
"Obyś cudze dzieci uczył"...
Dzięki Ci Losie, że mnie to ominęło...
poniedziałek, 25 stycznia 2016
Zepsuliśmy Demokrację...
Polityczne bajdurzenie opętało mnie na dobre, ale wybaczcie...Tyle się dzieje, że trudno pominąć pewne tematy milczeniem...
Prawie tydzień temu zepsuliśmy demokrację...
Że nasza demokracja już dawno została zepsuta ??
To akurat fakt niezbity...
Z naszej demokracji pozostały nam tylko te "krzyżyki", które stawiamy co kilka lat...Chociaż i one nie wnoszą nic dobrego, poza wyborem między "dżumą" i "cholerą"...
Oglądałam ten proces "psucia" od samego początku i nikt mi dzisiaj nie wmówi, że kiedykolwiek mieliśmy wolne Media, albo że nasze sądownictwo było niezawisłe...
Kto był "przy korycie", ten "kręcił własne lody"...
Ot co...
Jednym udawało się przykryć te swoje zapędy woalką demokracji, inni nawet na tyle się nie silili...A może tak bardzo wierzyli w swoje przesłanie ??
W każdym razie demokracji to ja w tym nie widziałam...
Rządy Ludu ??
Jaja jak berety...
Ale nie o naszych grzechach dzisiaj być miało...A właściwie...Poniekąd o naszych...
Prawie tydzień temu zepsuliśmy demokrację europejską...
Pani Premier, wezwana "na dywanik" ośmieliła się wytknąć Europie, że z demokracją to się już dawno rozminęła, a my po prostu, asymilujemy te demokratyczne standardy...
Oceniać debaty nie mam zamiaru, bo Ci co mają przechył "na lewo" słyszeli swoje, a tych z "prawoskrętem" też nic nie przekona...
Ale słowa zostały rzucone...
To jak z tym ziarnem, które powoli kiełkuje...
Europa usłyszała, że można myśleć inaczej niż Pani Merkel, a nawet, że można to głośno powiedzieć, i się trupem nie pada...
Żeby było śmieszniej, tę debatę transmitowano w niemieckich Mediach (wyjątkowo), bo miał to być pogrom odrębnej polityki...
I nagle się okazało, że "multikulti" już dawno przestało się podobać, przynajmniej w Społeczeństwie...
Jak wielka była wolność Mediów w Europie, skoro całe Narody uwierzyły, że mniejszości seksualne mogą decydować o całej reszcie, że ubogacenie kulturowe polega na gwałtach, grabieżach i przemocy ??
Musiała być wielka, bo odkrycie jednego z Europosłów faktu, że Rodzina, to Kobieta, Mężczyzna i Dzieci wywołało...
Szok...
Jak wielka była Ich demokracja, skoro zaakceptowali, że Imigranci mają w Ich Krajach większe prawa niż Oni ??
Ale to musieli być Imigranci, Ci jedynie słuszni...Ukraińców już Pani Merkel tak nie kocha...
Unia Europejska to fantasmagoria...
Urojenie jednej Kobiety, jednego Rządu, jednego Kraju...
Reszta zachowuje tak zwaną "poprawność polityczną"...
Chociaż to dziwne, bo przecież po Drugiej Wojnie Światowej, ustalono w traktatach, że wszystkie Narody Europy staną na straży i nigdy nie dopuszczą do wzrostu ponadprzeciętną, wpływów właśnie tego Kraju...
Ale papier, na którym te Traktaty spisywano, już pożółkł...
Historia zachichotała i obróciła się kołem...Niemcy, a właściwie Rząd Niemiec zakpił z Europy...
A Europa dała się okpić...
1938 rok kłania się w pas...
Nawet kierunek się zgadza...
I znowu Polska wsadziła kij w szprychy tej "machiny"...
Podobno słowo ma w dzisiejszych czasach większą siłę niż pociski...
Oby...
Bo widmo wojen domowych stanęło na europejskich progach...
Minęło sześć dni...
Panu Verhofstadtowi pewnie już pięść ścierpła od tego zaciskania...
Teraz musi ruszyć mózgownicą i zmierzyć się z większymi wyzwaniami...
Narody Europy zaczynają zadawać pytania...Ludzi usłyszeli, że można być przeciw chorej demagogii...
JKM stwierdził pięknie: "Chcieliście demokracji, to ją macie"...
W życiu nie przypuszczałam, że będę Go cytować w pozytywnym aspekcie...
Powinien tylko dodać: "tak chorej demokracji"...
Może czas na leczenie...??
Może czas przyznać, że UE toczona jest przez zgniliznę, i że nie przynosi nic dobrego, poza "flagą"...?? Bo, że unijne pieniądze szczęścia nie dają, to się już Grecja przekonała...(Szczególnie uwielbiam Ich dodatek socjalny za mycie rąk, pokrywany z dotacji unijnych)...
Przez ponad dziesięć lat byliśmy rynkiem zbytu dla Europy, dostawcą siły roboczej i potencjału intelektualnego...Teraz nie chcemy stać się terenem azylanckim dla "Gości" Pani Merkel...
Grzech główny...
Nie miejmy złudzeń, że chodzi o naszą demokrację, wolność Mediów, czy niezawisłość sądownictwa...
Chodzi tylko i wyłącznie o te 312 679 km² powierzchni naszego Kraju, która bez obecności islamskich Imigrantów się marnuje...
Zepsuliśmy Europie "demokrację"...
Prawie tydzień temu zepsuliśmy demokrację...
Że nasza demokracja już dawno została zepsuta ??
To akurat fakt niezbity...
Z naszej demokracji pozostały nam tylko te "krzyżyki", które stawiamy co kilka lat...Chociaż i one nie wnoszą nic dobrego, poza wyborem między "dżumą" i "cholerą"...
Oglądałam ten proces "psucia" od samego początku i nikt mi dzisiaj nie wmówi, że kiedykolwiek mieliśmy wolne Media, albo że nasze sądownictwo było niezawisłe...
Kto był "przy korycie", ten "kręcił własne lody"...
Ot co...
Jednym udawało się przykryć te swoje zapędy woalką demokracji, inni nawet na tyle się nie silili...A może tak bardzo wierzyli w swoje przesłanie ??
W każdym razie demokracji to ja w tym nie widziałam...
Rządy Ludu ??
Jaja jak berety...
Ale nie o naszych grzechach dzisiaj być miało...A właściwie...Poniekąd o naszych...
Prawie tydzień temu zepsuliśmy demokrację europejską...
Pani Premier, wezwana "na dywanik" ośmieliła się wytknąć Europie, że z demokracją to się już dawno rozminęła, a my po prostu, asymilujemy te demokratyczne standardy...
Oceniać debaty nie mam zamiaru, bo Ci co mają przechył "na lewo" słyszeli swoje, a tych z "prawoskrętem" też nic nie przekona...
Ale słowa zostały rzucone...
To jak z tym ziarnem, które powoli kiełkuje...
Europa usłyszała, że można myśleć inaczej niż Pani Merkel, a nawet, że można to głośno powiedzieć, i się trupem nie pada...
Żeby było śmieszniej, tę debatę transmitowano w niemieckich Mediach (wyjątkowo), bo miał to być pogrom odrębnej polityki...
I nagle się okazało, że "multikulti" już dawno przestało się podobać, przynajmniej w Społeczeństwie...
Jak wielka była wolność Mediów w Europie, skoro całe Narody uwierzyły, że mniejszości seksualne mogą decydować o całej reszcie, że ubogacenie kulturowe polega na gwałtach, grabieżach i przemocy ??
Musiała być wielka, bo odkrycie jednego z Europosłów faktu, że Rodzina, to Kobieta, Mężczyzna i Dzieci wywołało...
Szok...
Jak wielka była Ich demokracja, skoro zaakceptowali, że Imigranci mają w Ich Krajach większe prawa niż Oni ??
Ale to musieli być Imigranci, Ci jedynie słuszni...Ukraińców już Pani Merkel tak nie kocha...
Unia Europejska to fantasmagoria...
Urojenie jednej Kobiety, jednego Rządu, jednego Kraju...
Reszta zachowuje tak zwaną "poprawność polityczną"...
Chociaż to dziwne, bo przecież po Drugiej Wojnie Światowej, ustalono w traktatach, że wszystkie Narody Europy staną na straży i nigdy nie dopuszczą do wzrostu ponadprzeciętną, wpływów właśnie tego Kraju...
Ale papier, na którym te Traktaty spisywano, już pożółkł...
Historia zachichotała i obróciła się kołem...Niemcy, a właściwie Rząd Niemiec zakpił z Europy...
A Europa dała się okpić...
1938 rok kłania się w pas...
Nawet kierunek się zgadza...
I znowu Polska wsadziła kij w szprychy tej "machiny"...
Podobno słowo ma w dzisiejszych czasach większą siłę niż pociski...
Oby...
Bo widmo wojen domowych stanęło na europejskich progach...
Minęło sześć dni...
Panu Verhofstadtowi pewnie już pięść ścierpła od tego zaciskania...
Teraz musi ruszyć mózgownicą i zmierzyć się z większymi wyzwaniami...
Narody Europy zaczynają zadawać pytania...Ludzi usłyszeli, że można być przeciw chorej demagogii...
JKM stwierdził pięknie: "Chcieliście demokracji, to ją macie"...
W życiu nie przypuszczałam, że będę Go cytować w pozytywnym aspekcie...
Powinien tylko dodać: "tak chorej demokracji"...
Może czas na leczenie...??
Może czas przyznać, że UE toczona jest przez zgniliznę, i że nie przynosi nic dobrego, poza "flagą"...?? Bo, że unijne pieniądze szczęścia nie dają, to się już Grecja przekonała...(Szczególnie uwielbiam Ich dodatek socjalny za mycie rąk, pokrywany z dotacji unijnych)...
Przez ponad dziesięć lat byliśmy rynkiem zbytu dla Europy, dostawcą siły roboczej i potencjału intelektualnego...Teraz nie chcemy stać się terenem azylanckim dla "Gości" Pani Merkel...
Grzech główny...
Nie miejmy złudzeń, że chodzi o naszą demokrację, wolność Mediów, czy niezawisłość sądownictwa...
Chodzi tylko i wyłącznie o te 312 679 km² powierzchni naszego Kraju, która bez obecności islamskich Imigrantów się marnuje...
Zepsuliśmy Europie "demokrację"...
piątek, 22 stycznia 2016
Problem z kobietami...
Oki...Liczba mnoga została przeze mnie zastosowana przewrotnie...Chodzi o Kobietę, sztuk - Jedna, egzemplarz niepowtarzalny (przynajmniej taką mamy nadzieję)...
Co dwa-trzy miesiące, Kobieta owa jest nieodłącznie tematem naszych małżeńskich dywagacji, i wierzcie mi na słowo, nijak ogarnąć tego rozumem nie umiem...
Pan N. pracuje w męskiej Brygadzie, w której jedynym Egzemplarzem płci przeciwnej jest właśnie owa Pani...Kobieta w wieku dojrzałym, bo za kilka miesięcy odchodzi na emeryturę...
Nie wiem, jak wyglądają Jej kontakty z innymi Pracownikami, ale kontakty z Panem N. wyglądają dziwnie...
Ostatnio zagotowała nam mózgowia tak...
Pan N. stał i rozmawiał ze swoim Kierownikiem, dyskusja dotyczyła tematu, który rozpoczęli kilka godzin wcześniej (w cztery oczy)...Tak zwana kontynuacja tematu...
Temat w żadnej mierze nie dotyczył owej Pani, ani żadnych elementów, z którymi mogłaby się poczuć powiązana (w procesach technologicznych i organizacji pracy nie uczestniczy)...
I kiedy Panowie dyskutują w najlepsza, Kobieta podchodzi energicznie do Pana N. i zaczyna wywijać kończynami górnymi tak energicznie, że mu paluchy w usta wkłada i po twarzy "poklepuje"...
W gratisie dorzuca mało pochlebny epitet...
Chłopaki zamurowane niczym dwie Statuy Wolności, że "kopary" Im opadły w okolice kolan...
Kiedy już pozbierali to swoje "jestestwo" Pan N. wyraził dosadnie swoje zdanie na temat takiego zachowania...
Uprzejmy nie był...
Może gdyby to był pierwszy raz, to by Mu tej uprzejmości wystarczyło...
Kobieta poczuła się urażona...
Poprzednio też poczuła się urażona, bo kiedy poprosiła Pana N. o zrobienie zrzutu dokumentów, którego sama nie była w stanie zrobić, fakt, że On zrobił to przy pomocy kilku kliknięć w klawisze klawiatury, w parę minut, spowodował wybuch histerycznego płaczu...
Zapytana o powód łzotoku oświadczyła, że Pan N. Ją zdyskredytował...
Zawsze coś...
I szczerze się przyznam, zaczyna mi brakować pomysłów na tłumaczenie dziwnych zachowań...
Najpierw próbowałam to podciągnąć pod urok osobisty Ślubnego i obrócić w żart...Potem powołałam do życia tak zwane "trudne dni"...Potem w szranki stanęły Jej ewentualne konflikty małżeńskie (sama bym się z taką żoną kłóciła nieustannie)...Potem z odsieczą przyszło klimakterium...
Teraz już brakło mi konceptu, bo Pan N. zapytał rzeczowo, ile takie klimakterium może trwać...
Hmmm...
Wiecznie ??
Przez jakiś czas rozważałam wykonanie do niej telefonu i zdyscyplinowanie bezpośrednie, ale wedle Jej przeświadczenia, jestem Kurą domową zdominowaną przez Pana N.
Ło Matko i Córko...
Jeszcze Babie przyjdzie do głowy, że mnie Pan N. na "muszce" trzyma, żebym przez tego fona z sensem gadała...
A że rozmawiałam z Nią w swoim życiu już trzy razy, to jakoś na więcej ochoty nie mam...
Problem pozostaje, bo Pan N. jakoś do tej Jej emerytury przetrwać musi, a jeśli utrzyma dotychczasową "formę" to "napaść" nastąpi jeszcze co najmniej dwa razy...
Po ostatniej "burzy mózgów" oświadczył...
- Nie pójdę na Jej pożegnanie (spotkanie Pracowników na imprezie pożegnalnej z Emerytem) !! - i Ślubny przygląda mi się podejrzliwie, oczekując na reakcje...
- Zdziwiłabym się gdybyś poszedł...- potwierdziłam...
- Nawet się na tą imprezę nie złożę !! - słyszę radosny odwet w głosie Pana N.
- Mnie się wydaje, że więcej będzie takich "Oportunistów"...
- Myślałem, że będziesz mnie przekonywać...- ulga emanuje z każdego słowa...
Przekonywać ??
Przez kilkanaście lat pracowałam z Kobietami i Mężczyznami, mało tego, byłam Ich zwierzchnikiem, wiem jak cienka jest granica między "koleżeństwem", "zwierzchnością" i "poprawnymi relacjami"...
A teraz ??
Teraz czekam na dzień, w którym ta Kobieta odejdzie na tą emeryturę...
Pan N. postanowił nie chodzić do Jej biura, a dokumenty będą Mu przynosić Współpracownicy...
Czort wie, co tej Babie jeszcze do głowy wpadnie...
Co dwa-trzy miesiące, Kobieta owa jest nieodłącznie tematem naszych małżeńskich dywagacji, i wierzcie mi na słowo, nijak ogarnąć tego rozumem nie umiem...
Pan N. pracuje w męskiej Brygadzie, w której jedynym Egzemplarzem płci przeciwnej jest właśnie owa Pani...Kobieta w wieku dojrzałym, bo za kilka miesięcy odchodzi na emeryturę...
Nie wiem, jak wyglądają Jej kontakty z innymi Pracownikami, ale kontakty z Panem N. wyglądają dziwnie...
Ostatnio zagotowała nam mózgowia tak...
Pan N. stał i rozmawiał ze swoim Kierownikiem, dyskusja dotyczyła tematu, który rozpoczęli kilka godzin wcześniej (w cztery oczy)...Tak zwana kontynuacja tematu...
Temat w żadnej mierze nie dotyczył owej Pani, ani żadnych elementów, z którymi mogłaby się poczuć powiązana (w procesach technologicznych i organizacji pracy nie uczestniczy)...
I kiedy Panowie dyskutują w najlepsza, Kobieta podchodzi energicznie do Pana N. i zaczyna wywijać kończynami górnymi tak energicznie, że mu paluchy w usta wkłada i po twarzy "poklepuje"...
W gratisie dorzuca mało pochlebny epitet...
Chłopaki zamurowane niczym dwie Statuy Wolności, że "kopary" Im opadły w okolice kolan...
Kiedy już pozbierali to swoje "jestestwo" Pan N. wyraził dosadnie swoje zdanie na temat takiego zachowania...
Uprzejmy nie był...
Może gdyby to był pierwszy raz, to by Mu tej uprzejmości wystarczyło...
Kobieta poczuła się urażona...
Poprzednio też poczuła się urażona, bo kiedy poprosiła Pana N. o zrobienie zrzutu dokumentów, którego sama nie była w stanie zrobić, fakt, że On zrobił to przy pomocy kilku kliknięć w klawisze klawiatury, w parę minut, spowodował wybuch histerycznego płaczu...
Zapytana o powód łzotoku oświadczyła, że Pan N. Ją zdyskredytował...
Zawsze coś...
I szczerze się przyznam, zaczyna mi brakować pomysłów na tłumaczenie dziwnych zachowań...
Najpierw próbowałam to podciągnąć pod urok osobisty Ślubnego i obrócić w żart...Potem powołałam do życia tak zwane "trudne dni"...Potem w szranki stanęły Jej ewentualne konflikty małżeńskie (sama bym się z taką żoną kłóciła nieustannie)...Potem z odsieczą przyszło klimakterium...
Teraz już brakło mi konceptu, bo Pan N. zapytał rzeczowo, ile takie klimakterium może trwać...
Hmmm...
Wiecznie ??
Przez jakiś czas rozważałam wykonanie do niej telefonu i zdyscyplinowanie bezpośrednie, ale wedle Jej przeświadczenia, jestem Kurą domową zdominowaną przez Pana N.
Ło Matko i Córko...
Jeszcze Babie przyjdzie do głowy, że mnie Pan N. na "muszce" trzyma, żebym przez tego fona z sensem gadała...
A że rozmawiałam z Nią w swoim życiu już trzy razy, to jakoś na więcej ochoty nie mam...
Problem pozostaje, bo Pan N. jakoś do tej Jej emerytury przetrwać musi, a jeśli utrzyma dotychczasową "formę" to "napaść" nastąpi jeszcze co najmniej dwa razy...
Po ostatniej "burzy mózgów" oświadczył...
- Nie pójdę na Jej pożegnanie (spotkanie Pracowników na imprezie pożegnalnej z Emerytem) !! - i Ślubny przygląda mi się podejrzliwie, oczekując na reakcje...
- Zdziwiłabym się gdybyś poszedł...- potwierdziłam...
- Nawet się na tą imprezę nie złożę !! - słyszę radosny odwet w głosie Pana N.
- Mnie się wydaje, że więcej będzie takich "Oportunistów"...
- Myślałem, że będziesz mnie przekonywać...- ulga emanuje z każdego słowa...
Przekonywać ??
Przez kilkanaście lat pracowałam z Kobietami i Mężczyznami, mało tego, byłam Ich zwierzchnikiem, wiem jak cienka jest granica między "koleżeństwem", "zwierzchnością" i "poprawnymi relacjami"...
A teraz ??
Teraz czekam na dzień, w którym ta Kobieta odejdzie na tą emeryturę...
Pan N. postanowił nie chodzić do Jej biura, a dokumenty będą Mu przynosić Współpracownicy...
Czort wie, co tej Babie jeszcze do głowy wpadnie...
wtorek, 19 stycznia 2016
Zostałam "Pisiorem"...
Kiedy byłam na zakupach, w małym, osiedlowym sklepiku, a moja mózgownica pracowała intensywnie nad problemem "kapuśniak, czy jarzynowa", energicznym krokiem wkroczył Właściciel owego przybytku...
Nie było uprzejmego "dzień dobry", ani przysłowiowego "pocałuj się w d***"...Wszedł jak rzekłam energicznie i machając rozłożystymi kończynami górnymi, rozpoczął gromkim głosem tyradę na tematy polityczne...
Orzesz...(ko)
Wmurowana w podłogę między regałem z przyprawami, a skrzynką sałaty lodowej, usiłowałam przestawić mózgownicę na odbiór rzeczywisty, bo mi się trochę zagalopowała w tych wizjach obiadowych...
- I po co to się tak denerwować ?? - spróbowałam ugodowo, bo Facet po zawale i serducho ma na "agrafkach" - Jedni drugich warci..
- Ale ta mgła !! - rozpoczyna kolejny słowotok Mężczyzna, a mnie udaje się wbić w tak zwane "międzysłowie"...
- Spójrz Pan przez okno...Pogoda piękna w Zaścianku...Serce się raduje !! A to, że komuś mgła na czerep padła, to chyba nie nasze zmartwienie ??
Pan spojrzał na mnie oczami pełnymi wściekłości...
Na co ?? Na kogo ??
Stojąca za ladą Sprzedawczyni usiłowała "wsiąknąć" w regał i wrodzonym automatyzmem Podwładnego kiwała głową...
- A ten Minister ?? - rozpoczyna kolejny wątek Prelegent... - Kolejne kontrole !! Żeby tylko biednego udu**ć !!
I Pan referuje temat...
Gada ekonomiczne bzdury, miesza fakty, z przekazywanych gromkim głosem informacji można się szybko zorientować, że nawet nie wie czego i kogo dotyczy projekt Ustawy...W momentach, kiedy brakuje mu danych do przetworzenia, dramatycznie zawiesza głos...
Sprzedawczyni staje się przezroczysta...
Ja w pośpiechu pakuję wybrane marchewki i postanawiam, że dzisiaj będzie żurek...
Kiedy jednak podchodzę do lady, żeby uiścić należność za zakupy, Pan rzuca w kosmos takie wynurzenia ekonomiczne, że moja półgóralska krew wrze w stopniu znacznym...
Jakim cudem Facet zamierza robić inwestycje o wartości 100 tysięcy złotych netto, mając dochody na poziomie średniej krajowej, a na utrzymaniu bezrobotną Żonę i chorą Teściową ?? Toż ledwie kwartał temu, żalił mi się ze łzami w oczach, że z trudem wiąże koniec z końcem...Teraz nagle się okazuje, że nie dość, iż zamierza zostać "Inwestorem", to planuje również odsprzedać ową inwestycję z kilkukrotnym zyskiem ?? I w swych dramatycznych wynurzeniach temu się właśnie przeciwstawia...
Orzesz...(ko)
Pan rozgrzewa się do "czerwoności"...Sprzedawczyni chowa głowę w chłodni...Ja usiłuję opuścić handlowy przybytek, z silnym postanowieniem, że się ani słówkiem nie odezwę...
Cztery kroki do drzwi przetrzymam...
Ale mój "Zły" już chichotał na ramieniu, już mnie po szyi ogonem mizia, już mi do ucha szepcze...
" Rusz tym ekonomicznym jęzorem !!"
" Dowal, bo masz za co !!"
" Wybieranie marchewek ci zepsuł"
I nim mózgownicę szronem ostudziłam, z gardzieli mi się wydobyło...
- Tak Pan piep**ysz, że aż mi się zwarcie na szarych komórkach zrobiło...
I wyszłam...
Zostałam "Pisiorem"...
No bo przecież, nie mogę być logicznie, czy rozsądnie myślącym Człowiekiem...Nie mogę mieć odrębnego zdania od politycznej zawieruchy...Albo "za", albo "przeciw", a po środku jątrzenie...
Tak, jakbyśmy się nie umieli kierować własnym rozumem...
Wielu metamorfoz już w swoim życiu doczekałam...
Kiedy nosiłam ulotki w stanie wojennym byłam "Wywrotowcem"...
Kiedy po pierwszych latach rządów solidarnościowych stwierdziłam, że za kilka lat będziemy mieć pełne sklepy i puste portfele, nazwano mnie "Komuchem"...
Kiedy ośmieliłam się stwierdzić w 2000-nym roku, że reforma emerytalna to totalna bzdura i kiedyś za nią słono zapłacimy, zostałam "Nieukiem"...
Kiedy wyraziłam swój sprzeciw wobec planów niekontrolowanego napływu Imigrantów, zostałam "Ksenofobem"...
Kiedy wywieszałam "Biało-Czerwoną" na balkon w czasie świąt narodowych, zostałam "Nacjonalistką"...
Kiedy wyrażałam swój sprzeciw wobec durnym doktrynom UE, zostałam "Szowinistką"...
I wiecie co ?? Jakoś mi to nigdy nie przeszkadzało...
Żaden z tych "epitetów" nie zmienił hierarchii wartości, jakimi się w życiu kierowałam...
Cogito ergo sum...
Pewnie bycie "Pisiorem" też mnie nie zabije...
Nie było uprzejmego "dzień dobry", ani przysłowiowego "pocałuj się w d***"...Wszedł jak rzekłam energicznie i machając rozłożystymi kończynami górnymi, rozpoczął gromkim głosem tyradę na tematy polityczne...
Orzesz...(ko)
Wmurowana w podłogę między regałem z przyprawami, a skrzynką sałaty lodowej, usiłowałam przestawić mózgownicę na odbiór rzeczywisty, bo mi się trochę zagalopowała w tych wizjach obiadowych...
- I po co to się tak denerwować ?? - spróbowałam ugodowo, bo Facet po zawale i serducho ma na "agrafkach" - Jedni drugich warci..
- Ale ta mgła !! - rozpoczyna kolejny słowotok Mężczyzna, a mnie udaje się wbić w tak zwane "międzysłowie"...
- Spójrz Pan przez okno...Pogoda piękna w Zaścianku...Serce się raduje !! A to, że komuś mgła na czerep padła, to chyba nie nasze zmartwienie ??
Pan spojrzał na mnie oczami pełnymi wściekłości...
Na co ?? Na kogo ??
Stojąca za ladą Sprzedawczyni usiłowała "wsiąknąć" w regał i wrodzonym automatyzmem Podwładnego kiwała głową...
- A ten Minister ?? - rozpoczyna kolejny wątek Prelegent... - Kolejne kontrole !! Żeby tylko biednego udu**ć !!
I Pan referuje temat...
Gada ekonomiczne bzdury, miesza fakty, z przekazywanych gromkim głosem informacji można się szybko zorientować, że nawet nie wie czego i kogo dotyczy projekt Ustawy...W momentach, kiedy brakuje mu danych do przetworzenia, dramatycznie zawiesza głos...
Sprzedawczyni staje się przezroczysta...
Ja w pośpiechu pakuję wybrane marchewki i postanawiam, że dzisiaj będzie żurek...
Kiedy jednak podchodzę do lady, żeby uiścić należność za zakupy, Pan rzuca w kosmos takie wynurzenia ekonomiczne, że moja półgóralska krew wrze w stopniu znacznym...
Jakim cudem Facet zamierza robić inwestycje o wartości 100 tysięcy złotych netto, mając dochody na poziomie średniej krajowej, a na utrzymaniu bezrobotną Żonę i chorą Teściową ?? Toż ledwie kwartał temu, żalił mi się ze łzami w oczach, że z trudem wiąże koniec z końcem...Teraz nagle się okazuje, że nie dość, iż zamierza zostać "Inwestorem", to planuje również odsprzedać ową inwestycję z kilkukrotnym zyskiem ?? I w swych dramatycznych wynurzeniach temu się właśnie przeciwstawia...
Orzesz...(ko)
Pan rozgrzewa się do "czerwoności"...Sprzedawczyni chowa głowę w chłodni...Ja usiłuję opuścić handlowy przybytek, z silnym postanowieniem, że się ani słówkiem nie odezwę...
Cztery kroki do drzwi przetrzymam...
Ale mój "Zły" już chichotał na ramieniu, już mnie po szyi ogonem mizia, już mi do ucha szepcze...
" Rusz tym ekonomicznym jęzorem !!"
" Dowal, bo masz za co !!"
" Wybieranie marchewek ci zepsuł"
I nim mózgownicę szronem ostudziłam, z gardzieli mi się wydobyło...
- Tak Pan piep**ysz, że aż mi się zwarcie na szarych komórkach zrobiło...
I wyszłam...
Zostałam "Pisiorem"...
No bo przecież, nie mogę być logicznie, czy rozsądnie myślącym Człowiekiem...Nie mogę mieć odrębnego zdania od politycznej zawieruchy...Albo "za", albo "przeciw", a po środku jątrzenie...
Tak, jakbyśmy się nie umieli kierować własnym rozumem...
Wielu metamorfoz już w swoim życiu doczekałam...
Kiedy nosiłam ulotki w stanie wojennym byłam "Wywrotowcem"...
Kiedy po pierwszych latach rządów solidarnościowych stwierdziłam, że za kilka lat będziemy mieć pełne sklepy i puste portfele, nazwano mnie "Komuchem"...
Kiedy ośmieliłam się stwierdzić w 2000-nym roku, że reforma emerytalna to totalna bzdura i kiedyś za nią słono zapłacimy, zostałam "Nieukiem"...
Kiedy wyraziłam swój sprzeciw wobec planów niekontrolowanego napływu Imigrantów, zostałam "Ksenofobem"...
Kiedy wywieszałam "Biało-Czerwoną" na balkon w czasie świąt narodowych, zostałam "Nacjonalistką"...
Kiedy wyrażałam swój sprzeciw wobec durnym doktrynom UE, zostałam "Szowinistką"...
I wiecie co ?? Jakoś mi to nigdy nie przeszkadzało...
Żaden z tych "epitetów" nie zmienił hierarchii wartości, jakimi się w życiu kierowałam...
Cogito ergo sum...
Pewnie bycie "Pisiorem" też mnie nie zabije...
sobota, 16 stycznia 2016
Jak Gordyjka złodzieja łapała...
Kilka dni temu, Dagusia podzieliła się ze mną, pewnym bardzo przykrym przeżyciem...Dagusia została okradziona !!
Przykro mi się zrobiło, że ktoś mógł taką krzywdę zrobić tej sympatycznej i życzliwej Dziewczynie...A kiedy wieczorem, opowiedziałam o tym Panu N., ten z błyskiem w oku zapytał:
- A pamiętasz jak nas okradli ??
- Jasne !! Limarę mi gnojek podwędził !! - wspomniałam oburzona...
Pan N. się roześmiał...
- To Ty nawet markę pamiętasz ??
No cóż...Czego jak czego, ale złodziejstwa nie znoszę okrutnie, a utracona wówczas Limara była dobrem moim osobistym, w ogonku długim wystanym i za ostatnie pieniądze nabytym...
To jak mam nie pamiętać ??
Z detalami pamiętam !!
Mieszkaliśmy wówczas w Zaścianku od kilku miesięcy. Nasza Córcia miała ledwie pół roku. Osiedle było jeszcze wielkim placem budowy, a na obrzeżach stały baraki, w których bytowali Budowlańcy.
To właśnie Oni przeprowadzali prace remontowo-naprawcze i gwarancyjne, więc każdy Mieszkaniec Osiedla wiedział gdzie Ich szukać.
Nasze mieszkanko usterek właściwie miało niewiele, a może i miało ich kilka, ale byliśmy tak uszczęśliwieni jego otrzymaniem, że w czasie spisywania protokołu przekazania, Pani Kierownik Działu Usterek ulitowała się nad naszym optymizmem i sama uzupełniła zauważone braki...
Kto by się przejmował, że mamy pękniętą muszlę klozetową, albo, że w łazience nie ma prądu ??
Nam wystarczał do szczęścia kawałek podłogi...
Do usunięcia usterek został oddelegowany młody człowiek...
W sumie, to on miał tych lat niewiele mniej niż ja, ale przecież ja już byłam stateczną matką dwójki dzieci...;o)
Chłopak rezydował w łazience, tłukł się niewiele, i przyznam, że miło byłam zaskoczona mało inwazyjnym procesem naprawczym...
Naprawy zostały wykonane, chłopak narzędzia popakował i wybył...
Pan N. drzemał po nocnej zmianie, Córcia drzemała wtulona w Tatula, więc mieszkanko było wyciszone...
Postanowiłam posprzątać łazienkę po czynnościach remontowych...
Wchodzę i...
Mój wzrok pada na półeczkę, na której trzymaliśmy kosmetyki...Półeczka zawieszona wysoko, bo przecież w domu dwoje małych dzieci...Czasy ciężkie, więc wielki dostatek na niej nie panował...
"A gdzie moja Limara??" - zaświtało mi w mózgownicy...
Sprzątanie poszło w niepamięć, zmieniłam zakres obowiązków na "prace archeologiczne", czyli robię wykopaliska...
Sprzętów wiele w łazience nie stało, więc trudu wielkiego nie było...
Orzesz...(ko)...
Pan N. się przebudził, do łazienki przyczłapał, a ja niczym lwica do ataku przystąpiłam...
- Brałeś moją Limarę ?? -pytam Ślubnego...
Mina Męża ?? Bezcenna...
- No coś Ty !! - mruczy Biedak zaskoczony napaścią bezpośrednią...
Dla ścisłości omiotłam spojrzeniem resztę pomieszczeń, żeby się nie okazało,że jakiś chochlik mi kawał zrobił, i grobowym głosem oświadczam...
- No to nas (!) gnojek okradł...
Mało myśląc, trampki ubrałam i pognałam gniewem niesiona do baraków...
Jak nic, życiówkę na czterysta metrów zrobiłam, bo do dzisiaj nie pamiętam jak drogę pokonałam...Pamiętam, jak wpadłam do baraku (mało nie wyrwałam drzwi z zawisów) i z furią w głosie zażądałam kontaktu bezpośredniego z owym młodzieńcem...
Musiałam wyglądać doprawdy groźnie, bo przebywający w baraku Budowlaniec z przerażeniem w oczach machnął ręką i wskazał sąsiednie pomieszczenie...
Nieszczęśnik właśnie wychodził...
Skokiem gepardzicy dopadłam ofiarę, złapałam za poły koszuli i całą mocą moich pięćdziesięciu kilogramów przyparłam do ściany...
Z ust wydobył mi się syk węża...
- Oddawaj Limarę !!
Chłopak był przezroczysty na twarzy...
- Oddawaj Limarę, bo żywy stąd nie wyjdziesz złodzieju !! - powtórzyłam dosadnie...
Za moimi plecami słyszę Budowlańca...
- Ja pier**lę...
Chłopak przyduszonym głosem (podduszanie wyszło mi przypadkowo) charczy niewyraźnie...
- Tam jest...
Orzesz...(ko)...
Popuszczam koszulę, łapię oburącz za ramię i popychając brutalnie prowadzę we skazanym kierunku...
W szafce młodzieńca leży moja (!) wywalczona ongiś Limara, brutalnie z własnego domu uprowadzona i porzucona w samotności...
Złoczyńcę puściłam, flakonik, niczym skarb największy do serca przytuliłam, i niczym Wilhelm Zdobywca zmierzałam krokiem statecznym do wyjścia...
W drzwiach zderzyłam się z panem w średnim wieku, którym na mój widok oniemiał ze zdziwienia...
- A Pani to kto? - zapytał...
- Ofiara !! - rzekłam bez zastanowienia, a Budowlaniec, który przed chwilą rzucił wulgaryzm wyjęczał...
- Jezusie Święty...
- Ale co Pani tutaj robi ?? docieka ten zdziwiony...
- Łapię złodzieja !! -oświadczam i nie czekając na dalsze indagacje opuszczam barak...
Te czterysta metrów do domu pokonuję krokiem taneczno skocznym, witając Znajomych promiennym uśmiechem i radośnie wykrzykiwanym "dzień dobry"...
Próg pokonuję niczym Aleksander Macedoński prezentując Panu N. odzyskane łupy...
Nie wiem do dzisiaj, które z nas było bardziej dumne...;o)
Przykro mi się zrobiło, że ktoś mógł taką krzywdę zrobić tej sympatycznej i życzliwej Dziewczynie...A kiedy wieczorem, opowiedziałam o tym Panu N., ten z błyskiem w oku zapytał:
- A pamiętasz jak nas okradli ??
- Jasne !! Limarę mi gnojek podwędził !! - wspomniałam oburzona...
Pan N. się roześmiał...
- To Ty nawet markę pamiętasz ??
No cóż...Czego jak czego, ale złodziejstwa nie znoszę okrutnie, a utracona wówczas Limara była dobrem moim osobistym, w ogonku długim wystanym i za ostatnie pieniądze nabytym...
To jak mam nie pamiętać ??
Z detalami pamiętam !!
Mieszkaliśmy wówczas w Zaścianku od kilku miesięcy. Nasza Córcia miała ledwie pół roku. Osiedle było jeszcze wielkim placem budowy, a na obrzeżach stały baraki, w których bytowali Budowlańcy.
To właśnie Oni przeprowadzali prace remontowo-naprawcze i gwarancyjne, więc każdy Mieszkaniec Osiedla wiedział gdzie Ich szukać.
Nasze mieszkanko usterek właściwie miało niewiele, a może i miało ich kilka, ale byliśmy tak uszczęśliwieni jego otrzymaniem, że w czasie spisywania protokołu przekazania, Pani Kierownik Działu Usterek ulitowała się nad naszym optymizmem i sama uzupełniła zauważone braki...
Kto by się przejmował, że mamy pękniętą muszlę klozetową, albo, że w łazience nie ma prądu ??
Nam wystarczał do szczęścia kawałek podłogi...
Do usunięcia usterek został oddelegowany młody człowiek...
W sumie, to on miał tych lat niewiele mniej niż ja, ale przecież ja już byłam stateczną matką dwójki dzieci...;o)
Chłopak rezydował w łazience, tłukł się niewiele, i przyznam, że miło byłam zaskoczona mało inwazyjnym procesem naprawczym...
Naprawy zostały wykonane, chłopak narzędzia popakował i wybył...
Pan N. drzemał po nocnej zmianie, Córcia drzemała wtulona w Tatula, więc mieszkanko było wyciszone...
Postanowiłam posprzątać łazienkę po czynnościach remontowych...
Wchodzę i...
Mój wzrok pada na półeczkę, na której trzymaliśmy kosmetyki...Półeczka zawieszona wysoko, bo przecież w domu dwoje małych dzieci...Czasy ciężkie, więc wielki dostatek na niej nie panował...
"A gdzie moja Limara??" - zaświtało mi w mózgownicy...
Sprzątanie poszło w niepamięć, zmieniłam zakres obowiązków na "prace archeologiczne", czyli robię wykopaliska...
Sprzętów wiele w łazience nie stało, więc trudu wielkiego nie było...
Orzesz...(ko)...
Pan N. się przebudził, do łazienki przyczłapał, a ja niczym lwica do ataku przystąpiłam...
- Brałeś moją Limarę ?? -pytam Ślubnego...
Mina Męża ?? Bezcenna...
- No coś Ty !! - mruczy Biedak zaskoczony napaścią bezpośrednią...
Dla ścisłości omiotłam spojrzeniem resztę pomieszczeń, żeby się nie okazało,że jakiś chochlik mi kawał zrobił, i grobowym głosem oświadczam...
- No to nas (!) gnojek okradł...
Mało myśląc, trampki ubrałam i pognałam gniewem niesiona do baraków...
Jak nic, życiówkę na czterysta metrów zrobiłam, bo do dzisiaj nie pamiętam jak drogę pokonałam...Pamiętam, jak wpadłam do baraku (mało nie wyrwałam drzwi z zawisów) i z furią w głosie zażądałam kontaktu bezpośredniego z owym młodzieńcem...
Musiałam wyglądać doprawdy groźnie, bo przebywający w baraku Budowlaniec z przerażeniem w oczach machnął ręką i wskazał sąsiednie pomieszczenie...
Nieszczęśnik właśnie wychodził...
Skokiem gepardzicy dopadłam ofiarę, złapałam za poły koszuli i całą mocą moich pięćdziesięciu kilogramów przyparłam do ściany...
Z ust wydobył mi się syk węża...
- Oddawaj Limarę !!
Chłopak był przezroczysty na twarzy...
- Oddawaj Limarę, bo żywy stąd nie wyjdziesz złodzieju !! - powtórzyłam dosadnie...
Za moimi plecami słyszę Budowlańca...
- Ja pier**lę...
Chłopak przyduszonym głosem (podduszanie wyszło mi przypadkowo) charczy niewyraźnie...
- Tam jest...
Orzesz...(ko)...
Popuszczam koszulę, łapię oburącz za ramię i popychając brutalnie prowadzę we skazanym kierunku...
W szafce młodzieńca leży moja (!) wywalczona ongiś Limara, brutalnie z własnego domu uprowadzona i porzucona w samotności...
Złoczyńcę puściłam, flakonik, niczym skarb największy do serca przytuliłam, i niczym Wilhelm Zdobywca zmierzałam krokiem statecznym do wyjścia...
W drzwiach zderzyłam się z panem w średnim wieku, którym na mój widok oniemiał ze zdziwienia...
- A Pani to kto? - zapytał...
- Ofiara !! - rzekłam bez zastanowienia, a Budowlaniec, który przed chwilą rzucił wulgaryzm wyjęczał...
- Jezusie Święty...
- Ale co Pani tutaj robi ?? docieka ten zdziwiony...
- Łapię złodzieja !! -oświadczam i nie czekając na dalsze indagacje opuszczam barak...
Te czterysta metrów do domu pokonuję krokiem taneczno skocznym, witając Znajomych promiennym uśmiechem i radośnie wykrzykiwanym "dzień dobry"...
Próg pokonuję niczym Aleksander Macedoński prezentując Panu N. odzyskane łupy...
Nie wiem do dzisiaj, które z nas było bardziej dumne...;o)
Subskrybuj:
Posty (Atom)