Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

piątek, 21 lutego 2014

Dzień Ukrainy...

Nie umarła jeszcze Ukraina
 
Nie umarła jeszcze Ukraina ani chwała, ani wolność,
Jeszcze do nas, bracia Ukraińcy, uśmiechnie się los.
Zginą wrogowie nasi jak rosa na słońcu,
Zapanujemy i my bracia, w naszym kraju.
 
Duszę, ciało poświęcimy dla naszej wolności,
Pokażemy, żeśmy bracia, z kozackiego rodu.
 
Staniemy bracia do krwawego boju od Sanu do Donu,
Panować w domu ojców nie damy nikomu.
Czarne Morze się uśmiechnie, dziad Dniepr rozraduje,
W naszej Ukrainie dola się odmieni.
 
        Duszę, ciało poświęcimy dla naszej wolności,
        Pokażemy, żeśmy bracia, z kozackiego rodu.
Praca rąk i zapał szczery swoje dopowiedzą
I wolności pieśń huczna po kraju się rozleje,
Za Karpaty się odbije i po stepach zagrzmi,
Chwała Ukrainy stanie między narodami.
 
Duszę, ciało poświęcimy dla naszej wolności,
Pokażemy, żeśmy bracia, z kozackiego rodu.
 
P.S. Ukraina spływa krwią...Jak kiedyś my...
      Ukraina łyka gorzkie łzy...Jak kiedyś my...
      Ukraina żyje nadzieją...Jak kiedyś my...
      

środa, 19 lutego 2014

Do Pana Premiera...

     Drogi Panie Premierze...

     Na wstępie pragnę zaznaczyć, iż użycie formy "drogi" nie oznacza bynajmniej, że się będę czepiać autostrad, czy innych dróg szybkiego ruchu, albo wymawiać koszty związane z polityką prowadzonego przez Pana Rządu...
Bynajmniej...
     Podziwiając wyczyny naszych Olimpijczyków byłam mimowolnym świadkiem, kiedy ogłosił Pan wszem i wobec, iż zamierza Pan rozważyć możliwość budowy krytego toru łyżwiarskiego i to właśnie jest powodem mojej dzisiejszej korespondencji...A że prośba jest gorąca, to odrobina "wazeliny" nie zawadzi...
     Oczywiście, jak najbardziej popieram samo założenie, bo aż wstyd pomyśleć, że nasz Mistrz Olimpijski miałby teraz trenować na jakimś parkingu przy markecie, albo placyku za śmietnikiem...
     Dokąd Mistrzem nie był, to pół biedy, ale teraz to już nijak nam nie wypada...
     Tak więc, kryty tor łyżwiarski powstać powinien...
     Moje wątpliwości wzbudził jednak fakt lokalizacji owego obiektu...
     Nadmienił Pan nieśmiało, iż owa budowla powstać by miała w Krakowie lub Zakopanem...
     Dlaczego ??
     Kraków już sam w sobie atrakcji ma multum, a Zakopane jako centrum olimpijskie wzbudza we mnie, jak i u większości Kibiców spore obawy...
Może niech się owo Zakopane skoncentruje bardziej na budowie jakiś dróg dojazdowych, bo przecież desantem spadochroniarskim Olimpijczyków zrzucać nie będziemy...
Argumentacją popierającą owe Miasta jest ponoć fakt organizacji Igrzysk 2022...
No cóż...
Z tego co się zdążyłam zorientować, to część dyscyplin ma się odbywać w Myślenicach i katowickim Spodku, więc niekoniecznie tor musi być w Krakowie, czy Zakopanem...
     Mam dla Pana Premiera piękną lokalizację...
     Bardzo proszę o wybudowanie krytego toru łyżwiarskiego w moim Zaścianku !!
Nie to, żebym z egoizmu owej inwestycji się domagała...
Logika !! Logika Panie Premierze...
     Zaścianek leży przy drodze krajowej, pięknie wyremontowanej, więc problemy logistyczne rozwiązane bez nakładów...
Okolica sprzyja treningom w terenie, bo i równinki mamy i pagórków kilka się znajdzie...
Powietrze w porównaniu do takiego Krakowa, to jak Szwajcaria, bo przemysł został całkiem przez ostatnie dwudziestolecie zniszczony...
Baza hotelowa jest całkiem niezła, a i wolnych terenów pod zabudowę mamy sporo, a jak się Pan Premier z decyzją pospieszy, to może zamiast "galerii", którą chcą nam na siłę nasi Radni sprezentować, właśnie coś sensownego powstanie...
Mamy kompleks basenów, i mały stadion sportowy...
(Chociaż akurat te obiekty to mało do Europy pasują, ale jakby już ten tor budowali to może trochę materiałów budowlanych by zostało i co nie co można by było odrestaurować...)
A jakby Sportowcom przyszła ochota zaszaleć, to do Wielkiej Cywilizacji mamy z Zaścianka ledwie rzut beretem...
     Co do bazy noclegowej, to nadmienię, iż dla Zbysia Bródki to ja mogę w ostateczności osobistą sypialnię oddać, żeby się Chłopak dobrze przed startami wyspał i równie skutecznie Holendrów ponękał...(Do Holendrów nic nie mam, bo Oni zawsze mają depresję...)
     Do Władz Zaścianka mojej prośby nie kieruję, bo tam od lat jak w góralskiej "kumoterce"...Stan osobowy ten sam, tylko Woźnica się zmienia...A z doświadczenia wiem, że jak Pan Premier nie każe, to Oni nawet paluchem nie kiwną...
Ale, że niewiele do tej pory robili to potencjał w Nich drzemie ogromny...
     Jak więc Pan Premier zauważył, Zaścianek to idealne wręcz  miejsce dla krytego toru łyżwiarskiego, bo nie tylko, że będzie miał wpływ na formę naszych Zawodników, ale również znacznie podniesie formę Mieszkańców Zaścianka...I tą fizyczną...I tą finansową...Że o prestiżu nie wspomnę...
Mając nadzieję, na rozważenie mej gorącej prośby...
Pozostająca z nadzieją...

Gordyjka :o)

P.S. Jeśli moją epistołę będzie czytał któryś z Doradców Pana Premiera, to pokornie proszę o jej wydrukowanie i położenie w widocznym miejscu, na biurku Pana Premiera...Co by się w jakiejś "zamrażalce" nie zapodziała...

poniedziałek, 17 lutego 2014

Daj nam Boże więcej takich "porażek"...

     Od kilku dni jak wiecie obecna jestem tak bardziej cieleśnie, bo duszyczka podskakuje na wzgórzach wokół Soczi...
     Aż mi dech zapiera, kiedy pomyślę, że za kilka dni ta pożywka się zakończy, a Igrzyska przejdą do historii...
    Nic nie wyzwala tak pięknych emocji jak rywalizacja sportowa...
Przynajmniej u tych, którzy wiedzą jak wiele wysiłku owa rywalizacja wymaga...
     Nie będę piać hymnów pochwalnych o naszych Medalistach...
     Właściwie miałam póki co o Igrzyskach nie pisać, ale...
No właśnie...
     Przed chwilą zakończyła się rywalizacja drużynowa w skokach i weszłam nieopatrznie na komentarze pod jednym z reportaży...
I tak mną zabulgotało, że się paluchy same na klawiaturze układają...
     Zajęliśmy najlepsze w historii miejsce...
     Nasi Reprezentanci nie odstawali od światowej czołówki...
     Liczyliśmy się wśród potęg narciarskich...
A komentarze to jad, gorycz i epitety...
Jesteśmy wredni...
Po prostu wredni...
Z każdego sukcesu umiemy zrobić porażkę...
     Kamil się kaja...Janek płacze...Maciek zamilkł...A Piotrek...Echh...Tego to już chyba zlinczują zaraz po lądowaniu...
     Zamiast radosnych gratulacji, wyrzuty i pretensje...
Jesteśmy wredni...
     A jeśli już nie będzie żadnego medalu ??
     Czy to umniejszy wartość tych zdobytych ??
     Wysiłek Justyny, Kamila i Zbyszka okaże się mniejszy ??
     Staniemy za nimi murem, czy będziemy wypominać nieudolność ??
Jestem wściekła !!
Jest mi wstyd...
     Chłopaki !! Byliście wspaniali !! Zrobiliście wszystko na co dzisiaj było Was stać !!
     Kamil nie musi być perfekcyjny w każdym skoku, tylko dlatego, że jest podwójnym Mistrzem Olimpijskim...
     Janek nie powinien dzisiaj ocierać żadnych innych łez poza łzami dumy ze swojego startu...
     Maciek powinien stanąć z podniesioną głową i tym swoim nieśmiałym uśmiechem...
     A drugi skok Piotrka był po prostu świetny...
     Czwarte miejsce Drużyny na Zimowych Igrzyskach...
Porażka ??
Daj nam Boże więcej takich "porażek"... 

niedziela, 16 lutego 2014

Walentynkowe świętowanie, czyli cośmy zmalowali...

     No to czas na grafomanię...Chociaż nie powiem, jedno oko i ucho nastawione na "odbiór"...
Igrzyska pochłonęły nas zupełnie...Echhh...
Ale ten temat będzie chyba zasługiwał na osobne bazgranie...
     Dzisiaj będą informacje "z frontu", czyli o tym cośmy zmalowali przez ostatnie dni...
     Świętowanie walentynkowe rozpoczęliśmy jak wiecie od wizyty u Zębologa...Żeby sprawiedliwości dziejowej stało się zadość fotelem podzieliliśmy się z Panem N. sprawiedliwie...
To chyba jest to, o czym mówi przysięga małżeńska...
"Na dobre i na złe"...
      Po tak rozpoczętym świętowaniu pozostało nam tylko dzieło owo kontynuować, a że nasza najfajniejsza Szefowa dała nam wolny dzień, więc ruszyliśmy "na Urzędy"...
Odkładane od kilku tygodni sprawy miały doczekać się szczęśliwego końca...
I nie powiem...
     Walentynki to świetny dzień na urzędowe "załawienia"...
     Urzędnicy jacyś tacy uśmiechnięci i spolegliwi...Nawet Pani "na zastępstwie", mimo wstępnej dezaprobaty ruszyła "swoją szanowną" z krzesełka...
Sukces !! 
Sto procent realizacji...
I niewątpliwa satysfakcja...
Przynajmniej na kilka tygodni mamy spokój...Ufff...
     Potem był walentynkowy spacerek i walentynkowa kawusia...Kawusia dodam niespodziankowa...
Do piątku byliśmy przekonani, że najlepsze "latte" podają na Rynku w Mławie...
No i niespodzianka !! 
Dokładnie tak jak w przysłowiu...Cudze chwalicie, swego nie znacie...
Zaścianek cudnie nas zaskoczył...
To była bardzo niespodziewana niespodzianka...
Szczególnie, że "latte" miało bardzo sympatyczne towarzystwo...Szarlotkę i serniczek na ciepło z lodami...
Być łasuchem to nie łakomstwo, to stan ducha...;o)
     Ale prawdziwe świętowanie nastąpiło dopiero w sobotę, czyli ruszyliśmy na łyżewki...
Kiedy Zbysiu Bródka zdobywał dla nas złoty medal, my wspieraliśmy Go z całych sił krążąc po naszym ulubionym lodowisku...
Ewidentnie "panczeny" to praca zbiorowa...;o)
     Tyle, że tym razem nasze "łyżewkowanie" miało wpływ nie tylko na ilość zdobytych przez naszą Reprezentację medali, ale również na rozwój poezji...
Pan N. popełnił rymcioklepkę...

Lód w Katowicach, nie w ciemię bity,
Szkrab mały na lodzie nie został ubity,
Fajnie się jeździło,
za szybko skończyło,
ran ciętych nie ma,
a reszta to ściema...

     A że poezja wymaga ponoć interpretacji, więc ośmielę się donieść, iż Pan N. poświęcił swoje szanowne cztery litery, aby ratować pewnego Szkrabka od upadku...
Dzisiaj przy każdym ruchu dodaje sobie otuchy stwierdzając...

"Ale Szkrabek cały"...;o)

czwartek, 13 lutego 2014

Każde wypełnienie powoduje ubytek...;o)

     Jeszcze przed chwilą siedziałam w pięknym, nowoczesnym gabinecie, a nasz "etatowy" Doktor Pawełek z uśmiechem się ze mną droczył...
     - Ja bym leczył...
     - A ja chcę wyrwać...
     - Lepiej leczyć...
     - A ja chcę wyrwać...
     - Ale on całkiem nieźle wygląda...
     - A ja chcę wyrwać...
     - Jak tam Pani chce... - spojrzał na mnie Pawełek...- Ale gorsze ratowałem...On chyba Panią lubi...
     Orzesz...(ko)...
     Po kiego wybrałam sobie Dentystę, który zna się na zębowych uczuciach ??
Pawełek postanowił zaatakować moją "ekonomiczną" naturę...
     - Finansowo wyjdzie Pani na to samo, a w promocji ząb zostanie...
Ło Matko i Córko...
     - Znieczulonko damy...Wyczyścimy...Uzupełnimy..Będzie jak nowiutki... - zachwalał Pawełek...
By Cię "Czorcie"...
     - No dobra...Leczymy...
     I nim zdążyłam się usadowić, Pawełek już był gotów do pracy...Pewnie bał się, że w ostatniej chwili zmienię zdanie...
     Zamknęłam oczy i mimowolnie się uśmiechnęłam...Chociaż moja wyobraźnia podsunęła mi taki oto obraz...





A teraz...
     Leżałam sobie wygodnie na mięciutkim foteliku...Zamiast warczącej machiny, wiertełko delikatnie brzęczało, a w ustach zamiast kłębiącej się ligniny, posapywał leniwie ssak...
Echhh...
     Kiedy otwierałam oczy, widziałam uśmiechniętą twarz Doktora Pawełka...
     W czasie zabiegu nie zabawia mnie "dysputą"...Wie, że nie lubię "gadanych" wizyt...
     "Przed"...Owszem...
     "Po"...Z przyjemnością...
Ale w trakcie zabiegu zmykam "do wyobraźni"...
     - Gdzie dzisiaj byliśmy ?? - zapytał Pawełek kończąc zabieg...
     - U Dentysty w mojej "podstawówce"...- odpowiedziałam...
Pawełek uśmiechnął się szelmowsko...
No cóż...Jego wówczas jeszcze na Świecie nie było...
     Ząb rzeczywiście wygląda jak nowy...
     Nawet ubytek w portfelu nie boli...;o)

wtorek, 11 lutego 2014

Scenariusz do mydlanej opery...

     Serduszka na prawo...Serduszka na lewo...Czyli widomy znak, że za kilka dni zagoszczą Walentynki...
I chociaż owo Święto ma tyluż Zwolenników co Przeciwników, to 14 lutego jest "sercowy"...
Sama skorzystałam z tej okazji, bo cóż to szkodzi poświętować ?? 
     Przeciwnicy "sercomanii" zaraz będą przytaczać, że Walenty to był taki Święty od chorób psychicznych i innych epilepsji, że asymilujemy kolejne "obce" Święto...
No cóż...To wszystko prawda...
A kiedy spojrzy się na podobizny Świętego Walentego to również zrozumiałym się staje powiedzenie, że "miłość bywa ślepa"...
Hmmm...
Urodziwy to On raczej nie był...
Ale serducho miał dobre...
     Święty Walenty żył sobie w Cesarstwie Rzymskim, kiedy owym cesarstwem rządził mało sympatyczny Klaudiusz II Gocki...
Ani się ten Władca specjalnie w historii nie zapisał, ani bohaterem szczególnym nie był, ale jeden z jego edyktów spowodował, iż imię Walentego zapisało się w historii Świata...
Cesarz Klaudiusz postanowił, iż w jego Cesarstwie nie wolno się żenić mężczyznom między 18-37 rokiem życia...
Czymże panowie tak Klaudiuszowi podpadli ??
Niczym...
W tym wieku obowiązywała służba wojskowa, a żołnierz żonaty był znacznie mniej skłonny do czynów heroicznych...
Rozsądku Klaudiuszowi odmówić nie można...
Ale przecież nawet w III wieku krew wodą nie była, a na wezwanie miłości człek głuchym być nie mógł...
I tutaj właśnie wkracza Walenty...
Wówczas jeszcze nie taki święty...
     Ów Kapłan dostojny hurtem udzielał ślubów właśnie owym "cesarskim wyrzutkom"...
Na pohybel...
     Służby wywiadowcze też już wówczas nieźle działały, więc czyny Walentego zaraz zostały Cesarzowi przedstawione...
     Rach ciach i zamknęli Biedaka w lochach...

     Siedział sobie Bidulek w tej celi, siedział...A że towarzystwo miał ograniczone, więc często rozmawiał z Córką swojego strażnika...
No i od słowa do słowa...Gadka szmatka...
I ziiiuuuutttt...
Walenty zabujał się totalnie...
Panienka też się zabujała, bo na szczęście Walentego niewidoma była, więc Jej mógł każdą ciemnotę o swojej urodzie wcisnąć...
I pewnie by sobie tak romansowali to pierwszego kursu dzikiego bociana na południe, gdyby nie to, że znowu znalazł się jakiś "życzliwy" i o amorach Walentego, Cesarzowi doniósł...
Walenty został skazany na śmierć...
     Koniec ??
A gdzieżby...
     Przeddzień egzekucji Zakochany Chłopak napisał do swej Oblubienicy list...Zapewne był to list miłosny...Chociaż niestety dowodów na to nie osiadam...W każdym razie list był...
Jedno jest pewne...
     Ową epistołę Autor podpisał..."Od Twojego Walentego"...
Ot co !!
     A żeby smaczku dopełnić to zgładzono Biedaka 14-go lutego 269 roku...
     I tak czcimy corocznie owo dzieło piśmiennicze przez Walentego wyprodukowane i mord okrutny na Nim wykonany...
     Jak nic scenariusz do mydlanej opery...

niedziela, 9 lutego 2014

Na haczyku, czyli powrót do źródeł...

     "Baba Jaga" nie była wzorem Babć...Nie przytulała...Nie dopieszczała...A Jej "preferencje płci" często wywoływały u mnie dziecięcy smutek...
     Miała jednak wiele talentów, których nie dostaje się od Matki Natury awansem...
     "Baba Jaga" była świetną Krawcową...Robiła masowo odzież na drutach, co dawało utrzymanie licznej Rodzinie przez cały okres wojenny i powojenny...No i przede wszystkim, robiła piękne firany i serwetki na szydełku...
     Krawiecki dar "Baba Jagi" opłakałam niejednokrotnie będąc jedyną dziewczynką w Rodzinie, na której to dziewczynce "Baba Jaga" prezentowała swoje zdolności...
     Talent "Baby Jagi" do robienia na drutach opłakiwała za to moja Mamciaśka, która od najmłodszych lat była zobowiązana do robienia "ściągaczy"...
Z resztą...
"Ściągacze" nie rozróżniały płci, więc robili je również moi Wujkowie i Dziadzio Stefan...
     Kiedy "Baba Jaga" robiła serwetki, czy firany w domu obowiązywał septyczny porządek i idealna cisza...
     Dokładając fakt, iż "Baba Jaga" pracowała zawodowo w zakładzie produkującym papę, to przyznam szczerze, że była pierwszym przypadkiem Pracoholika, z którym miałam do czynienie...
     Niestety...Z Jej pięknych dzieł przetrwała tylko jedna, skromna serweteczka, która jest prawie moją równolatką...






     Mamciaśka odziedziczyła talenty hurtem...
     Najmilszym dla Niej wypoczynkiem było szycie, dzierganie, haftowanie...
     Ależ to było użyteczne w czasach, kiedy byliśmy "Królestwem Octu"...
Ale ja nie o tym...
     Wśród wielu zgryzot "Baba Jagi", poza tą najważniejszą, że jestem dziewczynką, była kolejna...Skoro już złośliwie urodziłam się dziewczynką to dlaczego nie zachowuję się jak na dziewczynkę przystało...
Fakt...W tym względzie byłam opornikiem...
     Nie dość, że zamiast kiecek wybierałam "obszarpany dres", to na dodatek wolałam wrzucać węgiel do komórki, niż robić ściągacze...
Wyrodek...
     Mamciaś, chyba po traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa, wcale mnie nie namawiała...
     Może to była najlepsza metoda na takiego opornika...??
     Jedno jest pewne...Teraz już "Baba Jaga" marudzić by nie musiała...
     Po piętnastu latach "odwyku przymusowego" wzięłam do ręki szydełko...
Eksperymentalnie...
Może nie do końca eksperyment wyszedł, ale cieszy, bo mój...