Z reguły staram się nie krytykować i nie ganić, bo jak to mawiali mądrzy Ludzie "raz to i Księdzu wolno"...
Ale tym razem moja półgóralska krew zawrzała, bo zaistniała sytuacja to wielokrotna recydywa ...
Czekamy na przesyłkę...
Zamówienie zrealizowane w piątek, więc nie ma co kopii kruszyć...Szczególnie, ze otrzymałam informację od Dostawcy, że dostawa zrealizowana będzie w ciągu dwóch dni roboczych...
Skoro nie przyszła w poniedziałek to przyjdzie we wtorek...Do dwóch liczyć umiem...
Tyle, że...
No właśnie...
Kiedy zobaczyłam, że Dostawcą tej przesyłki jest DHL coś mnie tknęło i kliknęłam: "sprawdzam"...
A tam, czarno na białym, że Pan Kurier był wczoraj i mnie nie zastał...
Orzesz...(ko)...
Jak to nie zastał ??
To co ja się...teleportowałam ?? I to nieświadomie ??
Jakim cudem Pan Kurier nie zastał mnie "w miejscu zamieszkania" koło południa, skoro przesyłka adresowana jest do Firmy, a w tej waruję niczym Cerber od 10-tej do 17-tej ??
Pewnie by mi to ciśnienia aż tak nie podniosło, gdyby nie fakt, iż sytuacja taka jest którąś tam z rzędu...
Po jakie licho wklepują w system takie herezje ??
A jeśli rzeczywiście DHL posiadł już wiedzę o teleportacji i są to jakieś skromne próby rozszerzenia zakresu świadczonych usług ??
I za kilka miesięcy będzie można telefonicznie zamówić " Chcę na kawę do Cioci w Gdańsku"...Ziuuutttt...I już człek sobie kawusię z Ciocią z Gdańska żłopie...
Co prawda Cioci w Gdańsku nie mam, ale jest kilka fajnych adresów gdzie bym tej kawusi popróbowała...;o)
Gorzej, jeśli owe usługi będą świadczone w innym zakresie...Pan Kurier ma coś pilnego do załatwienia, albo chce z Żonką na kanapie posiedzieć i wtedy zrobić "ziuuuttt" wszystkim potencjalnym Klientom...
W system wbije, że mu Klienci z domów wybyli zbiorowo i już Luzak pełną gębą...
Aż strach się bać !!
"Walnie" mnie taki Kurier gdzieś w okolice Słupska, w kapciach i papilotach, i będzie Człek dreptał przez caluśką Polskę mizernie odziany...
A może On Bidulek jakąś wadę wzroku ma i widzi tylko sklepy wielkogabarytowe ??
Eeee...Chyba nie, bo by się przecież na pierwszym drzewie roztrzaskał...
W każdym razie sytuacja jest dziwna...
Byłam, ale jakoby mnie nie było...
I teraz się zastanawiam...
Bo może ja powinnam się ukarać za samowolne opuszczenie stanowiska pracy ??
Ło Matko i Córko...
Jak nic kazamaty mi się należą...
Ale poważnie rzecz biorąc...
Niby nic...
Jedno małe kłamstewko...
Mój Klient będzie czekał na towar kilka dni dłużej (podobno przesyłka wyjdzie jutro)...
Ja będę czekać na należność kilka dni dłużej...
Mój Dostawca będzie czekał na należność kilka dni dłużej...
Pikuś...
P.S. Właśnie nastąpiło "szczęśliwe rozwiązanie"...I to wcale nie DHL mnie teleportował tylko Dostawca adresy pomylił :o) Przynajmniej tym razem ;o) Pozdrowienia dla Szefostwa, Kierownictwa i Pana Kuriera, bo się wszyscy (o dziwo, moją przesyłką przejęli)...:o) Dziękuję...
Dwa światy...
Bardzo Ważni Goście
wtorek, 28 stycznia 2014
poniedziałek, 27 stycznia 2014
Lwica Egiptu, czyli jak z Królowej zrobić dziwkę...
Przy ilości moich "bzików" poległby nawet najlepszy Psychiatra...
No cóż...
Skoro wyleczyć się nie da, trzeba jakoś z tymi "bzikami" żyć...
A niektóre, nie powiem...To "bziki" wiekowe"...
Jeden z nich ma na imię Kleopatra...Kleopatra VII...Pieszczotliwie zwana przeze mnie Klepcią...
Pilnie śledzę wszelkie odkrycia archeologiczne związane z tą tajemniczą postacią...Z pilnością uczennicy wczytuje się w publikacje na Jej temat...
Bo Klepcia to Persona...Persona, przez bardzo duże "P"...
Kiedy więc tworzyłam listę prezentów choinkowych, a w oczęta wpadła ta publikacja, pożądałam jej ogromnie...
Kleopatra ??
Biografia ??
Nazwisko Stacy Schiff nic mi nie mówiło...
Ale przecież Zdobywczyni "Pulitzera" powinna umieć pisać...
No i wsiąkłam...
Nie powiem, żeby początek był łatwy...
Styl pisania Pani Schiff jakoś nie przypadł mi do gustu...
Ale z każdą stroną było coraz łatwiej...
W końcu w tym okresie historycznym czuję się jak "u siebie"...
I czekałam naiwnie na owe biograficzne zapisy...
No dobra...
Przecież wiedziałam, że biografii Kleopatry napisać się nie da...
Autorka posługując się długą listą bibliograficzną usiłuje po prostu uporządkować znane nam informacje o Klepci...
Tyle, że z trzystu stron publikacji może pięćdziesiąt to Kleopatra...
Dwieście to Antoniusz do spółki z Oktawianem, a reszta to Cezar i inni "święci" epoki...
Skąd więc ambicje, żeby mianować ową książkę mianem "biografii"...??
Chwyt marketingowy ??
Możliwe, bo publikacja ma już drugie wydanie w naszym Kraju, więc sporo Osób się na ową przynętę złapało...
Jak dla mnie Kleopatry w "Kleopatrze" jest tyle co kot napłakał...
Fakt, że o Królowej Egiptu nie jest łatwo pisać...Rzymianie zadbali, aby niewiele pozostało z Jej potęgi...Nawet nie wiemy jak wyglądała...
Dlaczego tak bardzo fascynuje mnie ta Postać ??
Właśnie dlatego, że znamy tylko jedną stronę medalu...Stronę przedstawianą w sposób wyrachowany i perfidny...Znamy Ją jako "królewską ladacznicę", "nieczystą córę Ptolemeusza", czy "egipską dziwkę"...
A przecież odbudowała potęgę Egiptu, doprowadziła swój Kraj do bogactw, których zazdrościli Jej wszyscy, wprowadziła reformy o jakich rzymscy Przywódcy mogli jedynie marzyć, była wykształcona, światła i inteligentna...
I kiedy dokonywała tego wszystkiego nie była statecznym "Mędrcem ze wschodu", ale bardzo młodą Kobietą...
Że wymordowała swoją Rodzinę ??
Takie standardy panowały wówczas...Albo mordujesz, albo będziesz zamordowany...
Że szukała wpływowych Kochanków ??
Bo potrzebowała politycznego wsparcia, a Rzym był dla Niej największym zagrożeniem...
Ezop w swoich Bajkach napisał przypowieść o lwie i Człowieku:
"Wiele rzeźb przedstawia ludzi zabijających lwy, ale gdyby to lwy były rzeźbiarzami, wyglądało by to zapewne inaczej"...
Trudno się nie zgodzić z ową teorią...
Rzymianie już swoje powiedzieli...
Kleopatra milczy...
Głos Pani Schiff niewiele zmienił...
No cóż...
Skoro wyleczyć się nie da, trzeba jakoś z tymi "bzikami" żyć...
A niektóre, nie powiem...To "bziki" wiekowe"...
Jeden z nich ma na imię Kleopatra...Kleopatra VII...Pieszczotliwie zwana przeze mnie Klepcią...
Pilnie śledzę wszelkie odkrycia archeologiczne związane z tą tajemniczą postacią...Z pilnością uczennicy wczytuje się w publikacje na Jej temat...
Bo Klepcia to Persona...Persona, przez bardzo duże "P"...
Kiedy więc tworzyłam listę prezentów choinkowych, a w oczęta wpadła ta publikacja, pożądałam jej ogromnie...
Kleopatra ??
Biografia ??
Nazwisko Stacy Schiff nic mi nie mówiło...
Ale przecież Zdobywczyni "Pulitzera" powinna umieć pisać...
No i wsiąkłam...
Nie powiem, żeby początek był łatwy...
Styl pisania Pani Schiff jakoś nie przypadł mi do gustu...
Ale z każdą stroną było coraz łatwiej...
W końcu w tym okresie historycznym czuję się jak "u siebie"...
I czekałam naiwnie na owe biograficzne zapisy...
No dobra...
Przecież wiedziałam, że biografii Kleopatry napisać się nie da...
Autorka posługując się długą listą bibliograficzną usiłuje po prostu uporządkować znane nam informacje o Klepci...
Tyle, że z trzystu stron publikacji może pięćdziesiąt to Kleopatra...
Dwieście to Antoniusz do spółki z Oktawianem, a reszta to Cezar i inni "święci" epoki...
Skąd więc ambicje, żeby mianować ową książkę mianem "biografii"...??
Chwyt marketingowy ??
Możliwe, bo publikacja ma już drugie wydanie w naszym Kraju, więc sporo Osób się na ową przynętę złapało...
Jak dla mnie Kleopatry w "Kleopatrze" jest tyle co kot napłakał...
Fakt, że o Królowej Egiptu nie jest łatwo pisać...Rzymianie zadbali, aby niewiele pozostało z Jej potęgi...Nawet nie wiemy jak wyglądała...
Dlaczego tak bardzo fascynuje mnie ta Postać ??
Właśnie dlatego, że znamy tylko jedną stronę medalu...Stronę przedstawianą w sposób wyrachowany i perfidny...Znamy Ją jako "królewską ladacznicę", "nieczystą córę Ptolemeusza", czy "egipską dziwkę"...
A przecież odbudowała potęgę Egiptu, doprowadziła swój Kraj do bogactw, których zazdrościli Jej wszyscy, wprowadziła reformy o jakich rzymscy Przywódcy mogli jedynie marzyć, była wykształcona, światła i inteligentna...
I kiedy dokonywała tego wszystkiego nie była statecznym "Mędrcem ze wschodu", ale bardzo młodą Kobietą...
Że wymordowała swoją Rodzinę ??
Takie standardy panowały wówczas...Albo mordujesz, albo będziesz zamordowany...
Że szukała wpływowych Kochanków ??
Bo potrzebowała politycznego wsparcia, a Rzym był dla Niej największym zagrożeniem...
Ezop w swoich Bajkach napisał przypowieść o lwie i Człowieku:
"Wiele rzeźb przedstawia ludzi zabijających lwy, ale gdyby to lwy były rzeźbiarzami, wyglądało by to zapewne inaczej"...
Trudno się nie zgodzić z ową teorią...
Rzymianie już swoje powiedzieli...
Kleopatra milczy...
Głos Pani Schiff niewiele zmienił...
niedziela, 26 stycznia 2014
Niedziela na lodzie, czyli o lodowiskowych Piratach...
- Jakby coś to będziemy w niedzielę w Krakowie...- komunikowałam Pierworodnemu kilka dni temu...
- Aha !!-przyjął komunikat Pierworodny...- A co planujecie ?? - dopytywał...
- Lodowisko Cracovii...- oznajmiłam...
- O której ?? - precyzował...- Bo wieczorem mam trening...
- O 13-tej mogło by być...- zastanawiałam się głośno...
- Idealnie...Będziemy...- oznajmił Pierworodny...
No cóż...Niewiele potrzebujemy zachęt...Działa to w obie strony...
Hasło "lodowisko" działa bez pudła...
Było cudnie...Chociaż tłoczno...
Nawet nie przypuszczałam ilu Ludzi jeździ, albo chce się nauczyć jeździć...
Prawdziwe tłumy...
Wiek bywa różny...Od kilku lat do kilku razy dziesięć...
Nawet "Starszaków" grono spore...
Jedni niepewnie drobią kroczki wpatrzeni w taflę...Inni przesuwają się trzymając bandy...
Maluszki uczą jeżdżąc przy "chodzikach"...
Kilka Par trzymających się za ręce...Kilku "szalejących" Młodzieńców...
Na każdej tafli właściwie jest tak samo...
Uwielbiam ten gwar...Ten chłód na twarzy...Szum ostrzy...I pęd..
A dzisiaj jeszcze doszła jedna przyjemność...Obecność Miśków...
Potem na lodowisku pojawili się Piraci z Zaścianka...
Pierworodny z Panem N. złapali Synową za ręce i ruszyli pędem przez taflę...
Aż Bidulka zaczerwieniła się z wrażenia...
Było wspaniale...
A potem kawusia u Młodych i pierwsza, wstępna narada przed "szalonym" wypadem...
Przed nami jeszcze przynajmniej ze sto takich narad...
Echhh...
Byle do maja...;o)
- Aha !!-przyjął komunikat Pierworodny...- A co planujecie ?? - dopytywał...
- Lodowisko Cracovii...- oznajmiłam...
- O której ?? - precyzował...- Bo wieczorem mam trening...
- O 13-tej mogło by być...- zastanawiałam się głośno...
- Idealnie...Będziemy...- oznajmił Pierworodny...
No cóż...Niewiele potrzebujemy zachęt...Działa to w obie strony...
Hasło "lodowisko" działa bez pudła...
Było cudnie...Chociaż tłoczno...
Nawet nie przypuszczałam ilu Ludzi jeździ, albo chce się nauczyć jeździć...
Prawdziwe tłumy...
Wiek bywa różny...Od kilku lat do kilku razy dziesięć...
Nawet "Starszaków" grono spore...
Jedni niepewnie drobią kroczki wpatrzeni w taflę...Inni przesuwają się trzymając bandy...
Maluszki uczą jeżdżąc przy "chodzikach"...
Kilka Par trzymających się za ręce...Kilku "szalejących" Młodzieńców...
Na każdej tafli właściwie jest tak samo...
Uwielbiam ten gwar...Ten chłód na twarzy...Szum ostrzy...I pęd..
A dzisiaj jeszcze doszła jedna przyjemność...Obecność Miśków...
Potem na lodowisku pojawili się Piraci z Zaścianka...
Pierworodny z Panem N. złapali Synową za ręce i ruszyli pędem przez taflę...
Aż Bidulka zaczerwieniła się z wrażenia...
Było wspaniale...
A potem kawusia u Młodych i pierwsza, wstępna narada przed "szalonym" wypadem...
Przed nami jeszcze przynajmniej ze sto takich narad...
Echhh...
Byle do maja...;o)
sobota, 25 stycznia 2014
Dziobanina po "kaszubsku"...
No to się przyznam...Pewnie, że się przyznam...A co !!
Odkąd wróciliśmy z naszej kaszubskiej włóczęgi ciągle miałam przed oczami piękne, kolorowe, radosne...Kaszubskie hafty...
Ależ mnie wzięło...
Przy milionie pomysłów jakie roiły się w mojej makówce ten ciągle zajmował pierwszą lokatę...
A kiedy już każda z szarych komórek przeanalizowała wszystkie "za" i "przeciw" wyciągnęłam spod łóżka moje magiczne pudełko...
Dziobałam...Dziobałam...Dziobałam...
I marzyłam, ze uda mi się skończyć przed Świętami Bożego Narodzenia...
Czy ja już Wam mówiłam, że nie wszystkie marzenia się spełniają ??
No cóż...
Tym razem moje marzenie miało drobny poślizg...Miesiąc...
I moja interpretacja kaszubskich haftów ujrzała światło dzienne...
Cóż to jest ?? - zapytacie...
Hmmm...
To muszę zacząć od początku...
Nie wiem jak jest w innych regionach naszego Kraju, ale u nas panuje zwyczaj, że kiedy Pan Młody wychodzi z domu rodzinnego, to Starszy Drużba oprócz zapasu napitków taszczy kosz pełen cukierków...To takie zadośćuczynienie dla "Nietrunkowych"...
To i na pożegnaniu Pierworodnego nie mogło zabraknąć owych słodkości...
A zapakowane były w sporych rozmiarów koszyczek...
Kiedy nabywaliśmy go drogą kupna, nie miał jeszcze swojego ostatecznego przeznaczenia...Przeznaczenie "urodziło się" trochę później...
Koszyczek odzyskał swój prozaiczny wygląd...
I leżakował oczekując natchnienia...
Natchnienie spłynęło od Górali...
Wracaliśmy z jednego z naszych wypadów i jakoś ścieżki nasze skrzyżowały się z pewnym Marketem, w którym sprzedają wyroby drewniane po nieprzyzwoicie niskich cenach...
Wałeczki...Deseczki...Mątewki...Chochelki...Szufelki...
Aż Gordyjce dech zaparło na widok takiego dobra...
A że marzy się bidulce "regionalna kuchnia" o bliżej nieokreślonym regionie, ale taka po "ichniemu" (cokolwiek to znaczy), więc rzuciła się niczym Harpia i nabyła owych wyrobów góralskich ilości nieprzyzwoite, płacąc żywą gotówką 24, 21 złotego...
No i wszystko zaczęło nabierać wyrazu...
Trzeba było jedynie czasu...
I połączyłam na gordyjskim blacie Północ z Południem...Kaszubów z Góralami...
Hej !!
Odkąd wróciliśmy z naszej kaszubskiej włóczęgi ciągle miałam przed oczami piękne, kolorowe, radosne...Kaszubskie hafty...
Ależ mnie wzięło...
Przy milionie pomysłów jakie roiły się w mojej makówce ten ciągle zajmował pierwszą lokatę...
A kiedy już każda z szarych komórek przeanalizowała wszystkie "za" i "przeciw" wyciągnęłam spod łóżka moje magiczne pudełko...
Dziobałam...Dziobałam...Dziobałam...
I marzyłam, ze uda mi się skończyć przed Świętami Bożego Narodzenia...
Czy ja już Wam mówiłam, że nie wszystkie marzenia się spełniają ??
No cóż...
Tym razem moje marzenie miało drobny poślizg...Miesiąc...
I moja interpretacja kaszubskich haftów ujrzała światło dzienne...
Cóż to jest ?? - zapytacie...
Hmmm...
To muszę zacząć od początku...
Nie wiem jak jest w innych regionach naszego Kraju, ale u nas panuje zwyczaj, że kiedy Pan Młody wychodzi z domu rodzinnego, to Starszy Drużba oprócz zapasu napitków taszczy kosz pełen cukierków...To takie zadośćuczynienie dla "Nietrunkowych"...
To i na pożegnaniu Pierworodnego nie mogło zabraknąć owych słodkości...
A zapakowane były w sporych rozmiarów koszyczek...
Kiedy nabywaliśmy go drogą kupna, nie miał jeszcze swojego ostatecznego przeznaczenia...Przeznaczenie "urodziło się" trochę później...
Koszyczek odzyskał swój prozaiczny wygląd...
I leżakował oczekując natchnienia...
Natchnienie spłynęło od Górali...
Wracaliśmy z jednego z naszych wypadów i jakoś ścieżki nasze skrzyżowały się z pewnym Marketem, w którym sprzedają wyroby drewniane po nieprzyzwoicie niskich cenach...
Wałeczki...Deseczki...Mątewki...Chochelki...Szufelki...
Aż Gordyjce dech zaparło na widok takiego dobra...
A że marzy się bidulce "regionalna kuchnia" o bliżej nieokreślonym regionie, ale taka po "ichniemu" (cokolwiek to znaczy), więc rzuciła się niczym Harpia i nabyła owych wyrobów góralskich ilości nieprzyzwoite, płacąc żywą gotówką 24, 21 złotego...
No i wszystko zaczęło nabierać wyrazu...
Trzeba było jedynie czasu...
I połączyłam na gordyjskim blacie Północ z Południem...Kaszubów z Góralami...
Hej !!
piątek, 24 stycznia 2014
TVP, czyli przymusu nie ma...
TVP szykuje nam od kwietnia zmiany ramówki...
Szczerze mówiąc przyzwyczaiłam się już do tego, ze jeśli jakiś program "da" się oglądać, to Prezesi zamieniają go na jakąś "papkę"...
Tym razem pod prezesowski skalpel trafią: Panorama i Jeden z Dziesięciu...
Trafili z tym "skalpelem" idealnie...
"Panorama" jest jedynym programem informacyjnym jaki z racji godzin pracy mogę oglądać...
Teleturniej "Jeden z Dziesięciu" to jedna z moich nielicznych w TVP perełek...
Lubię Klimat tego Teleturnieju, wielką sympatią darzę Pana Sznuka...
Tadeusz Sznuk to jedna z niewielu telewizyjnych Postaci mająca osobowość i wrodzoną kulturę...
No cóż...
Bywa...
Karawana idzie dalej...
W zamian otrzymamy pewnie jakieś archaiczne dzieła filmowe, albo krzykliwą publicystykę, w której ktoś komuś będzie "wtykał" ile wlezie...A może jakiś serial rodem z mydlarni ??
Wszytko jedno co to będzie...
Korzystam z usług TVP2 tylko w tych dwóch przypadkach, więc mogę odwyknąć...
"Niech żyją tępogłowi"...Chciało by się zakrzyknąć...
Ale tak jakoś głos w gardle staje...
Abonament mamy płacić w ramach obywatelskiego obowiązku...TV oglądać nie musimy...
Szczerze mówiąc przyzwyczaiłam się już do tego, ze jeśli jakiś program "da" się oglądać, to Prezesi zamieniają go na jakąś "papkę"...
Tym razem pod prezesowski skalpel trafią: Panorama i Jeden z Dziesięciu...
Trafili z tym "skalpelem" idealnie...
"Panorama" jest jedynym programem informacyjnym jaki z racji godzin pracy mogę oglądać...
Teleturniej "Jeden z Dziesięciu" to jedna z moich nielicznych w TVP perełek...
Lubię Klimat tego Teleturnieju, wielką sympatią darzę Pana Sznuka...
Tadeusz Sznuk to jedna z niewielu telewizyjnych Postaci mająca osobowość i wrodzoną kulturę...
No cóż...
Bywa...
Karawana idzie dalej...
W zamian otrzymamy pewnie jakieś archaiczne dzieła filmowe, albo krzykliwą publicystykę, w której ktoś komuś będzie "wtykał" ile wlezie...A może jakiś serial rodem z mydlarni ??
Wszytko jedno co to będzie...
Korzystam z usług TVP2 tylko w tych dwóch przypadkach, więc mogę odwyknąć...
"Niech żyją tępogłowi"...Chciało by się zakrzyknąć...
Ale tak jakoś głos w gardle staje...
Abonament mamy płacić w ramach obywatelskiego obowiązku...TV oglądać nie musimy...
czwartek, 23 stycznia 2014
Jedno "no właśnie" i mamy "przechlapane"...
Dzień zapowiadał się kiepsko...Noc miałam z gatunku "pilnuje chałupy"...Poranek był wietrzny i deszczowy...Jak tu cieszyć się sobotą ??
Na dodatek jakaś taka była "niepozbierana"...
Zgryzot dołożyła lustrowana lodówka...
Orzesz...(ko)...
Coś musimy jeść...
Nie ma opcji...Trzeba się ruszyć na jakieś łowy...
Ekspresowa lista zakupów...Buty na nogi...I w przelocie zerknięcie w lustro...
Ziemiste odbicie sarkastycznie prychnęło...
"Cudności" !!
W osiedlowym sklepiku tłoku nie było...Kilka Osób...
Kiedy przekroczyłam próg do moich uszu dotarła perora jednej z moich "Sąsiadek"...
- Bo jak deklaracje podpisywali to wszyscy, że będą segregować !! A jak przyszło co do czego, to w workach jeden bałagan widać !! Każdy widzi !! I kto za to będzie płacił ?? A jak się zapytać to Oni segregują !!
Przemawiająca Kobieta blokowała dojście do lady, a reszta Klientek pokornie czekała aż skończy swój wykład i zakończy zakupy...
W milczeniu ruszyłam do regałów i zbierałam potrzebny mi towar...
Poglądy owej Niewiasty wcale mnie nie interesowały, bo mam o Niej wyrobione zdanie...
Kiedy Dzieci chodziły do szkoły posiadała niezawodne recepty wychowawcze, a cała reszta Rodziców to była zgraja tumanów...Nauczycielki z reguły były tępe i nieżyciowe...
Kiedy Dzieci dorosły Pani z nudów zaczęła monitorować życie sąsiedzkie i całe dnie przesiadywała w oknie...Do każdego ludzkiego zachowania umiała dołożyć "ideologię"...
A potem została najlepszym hodowcą psów...Lepszego w całym Kosmosie nie ma...O swoich "wychowawczych" sukcesach uwielbia informować...Szczególnie o siódmej rano w sobotę, jak wszyscy "odsypiają" tydzień pracy...Wrzeszczy na całą ulicę...
Na dźwięk Jej nazwiska wszystkich "wstrząsa"...
Od lipca zeszłego roku została "specjalistą" od spraw odpadów...
O śmieciach wie wszystko...
Nabyła z resztą kilka koszy na śmieci, w promocji, żeby segregacja przebiegała rzetelnie...
O tym fakcie też informowała publicznie...
Tym razem Jej przemowa przeniosła się na forum sklepowe...Pewnie zmarzła przed blokiem...
- Bo "oni" nie mają pojęcia o segregacji !! W każdym worku to widać !! I jeszcze komentują, że inni zawinili !! Bo najgorzej widzieć źdźbło w cudzym oku, a w swoim kłody nie zauważyć !!
- No właśnie... - usłyszałam i z niedowierzaniem dotarło do mojej świadomości, że to mój osobisty głos...
Ło Matko i Córko...
Się porobiło...
Pozostali Klienci i Pani Ekspedientka ryknęli zbiorowym śmiechem...
Pani "Sąsiadka- Pouczeniaczka" spojrzała na mnie wzrokiem bazyliszka...
Mam przechlapane...
Że też mi tego ozora nie wyrwali zaraz po urodzeniu...
Nie czekając na ewentualny mord z rąk rozsierdzonej Niewiasty, podeszłam do lady, ominęłam Ją "na zawietrznej" i zaczęłam wypakowywać koszyk...
Pani Ekspedientka jeszcze nie opanowała wesołości...
Jedno "no właśnie" i pewnie będziemy mieć z Panem N. cały letni sezon z głowy...Nie odpuszczą, dokąd nas na jakiejś "zbrodni" nie przyłapią...
Bo Pani "Sąsiadka" posiada "Druga Połowę"...
Pan "Sąsiad" całymi dniami siedzi w oknie przy uchylonych roletach i monitoruje sytuację...Ona w jednym oknie...On w drugim oknie...
Ich wiedza o Mieszkańcach jest potężna...
Na dodatek jakaś taka była "niepozbierana"...
Zgryzot dołożyła lustrowana lodówka...
Orzesz...(ko)...
Coś musimy jeść...
Nie ma opcji...Trzeba się ruszyć na jakieś łowy...
Ekspresowa lista zakupów...Buty na nogi...I w przelocie zerknięcie w lustro...
Ziemiste odbicie sarkastycznie prychnęło...
"Cudności" !!
W osiedlowym sklepiku tłoku nie było...Kilka Osób...
Kiedy przekroczyłam próg do moich uszu dotarła perora jednej z moich "Sąsiadek"...
- Bo jak deklaracje podpisywali to wszyscy, że będą segregować !! A jak przyszło co do czego, to w workach jeden bałagan widać !! Każdy widzi !! I kto za to będzie płacił ?? A jak się zapytać to Oni segregują !!
Przemawiająca Kobieta blokowała dojście do lady, a reszta Klientek pokornie czekała aż skończy swój wykład i zakończy zakupy...
W milczeniu ruszyłam do regałów i zbierałam potrzebny mi towar...
Poglądy owej Niewiasty wcale mnie nie interesowały, bo mam o Niej wyrobione zdanie...
Kiedy Dzieci chodziły do szkoły posiadała niezawodne recepty wychowawcze, a cała reszta Rodziców to była zgraja tumanów...Nauczycielki z reguły były tępe i nieżyciowe...
Kiedy Dzieci dorosły Pani z nudów zaczęła monitorować życie sąsiedzkie i całe dnie przesiadywała w oknie...Do każdego ludzkiego zachowania umiała dołożyć "ideologię"...
A potem została najlepszym hodowcą psów...Lepszego w całym Kosmosie nie ma...O swoich "wychowawczych" sukcesach uwielbia informować...Szczególnie o siódmej rano w sobotę, jak wszyscy "odsypiają" tydzień pracy...Wrzeszczy na całą ulicę...
Na dźwięk Jej nazwiska wszystkich "wstrząsa"...
Od lipca zeszłego roku została "specjalistą" od spraw odpadów...
O śmieciach wie wszystko...
Nabyła z resztą kilka koszy na śmieci, w promocji, żeby segregacja przebiegała rzetelnie...
O tym fakcie też informowała publicznie...
Tym razem Jej przemowa przeniosła się na forum sklepowe...Pewnie zmarzła przed blokiem...
- Bo "oni" nie mają pojęcia o segregacji !! W każdym worku to widać !! I jeszcze komentują, że inni zawinili !! Bo najgorzej widzieć źdźbło w cudzym oku, a w swoim kłody nie zauważyć !!
- No właśnie... - usłyszałam i z niedowierzaniem dotarło do mojej świadomości, że to mój osobisty głos...
Ło Matko i Córko...
Się porobiło...
Pozostali Klienci i Pani Ekspedientka ryknęli zbiorowym śmiechem...
Pani "Sąsiadka- Pouczeniaczka" spojrzała na mnie wzrokiem bazyliszka...
Mam przechlapane...
Że też mi tego ozora nie wyrwali zaraz po urodzeniu...
Nie czekając na ewentualny mord z rąk rozsierdzonej Niewiasty, podeszłam do lady, ominęłam Ją "na zawietrznej" i zaczęłam wypakowywać koszyk...
Pani Ekspedientka jeszcze nie opanowała wesołości...
Jedno "no właśnie" i pewnie będziemy mieć z Panem N. cały letni sezon z głowy...Nie odpuszczą, dokąd nas na jakiejś "zbrodni" nie przyłapią...
Bo Pani "Sąsiadka" posiada "Druga Połowę"...
Pan "Sąsiad" całymi dniami siedzi w oknie przy uchylonych roletach i monitoruje sytuację...Ona w jednym oknie...On w drugim oknie...
Ich wiedza o Mieszkańcach jest potężna...
środa, 22 stycznia 2014
Studnie moich Przodków, czyli jak wygrać ten nierówny pojedynek ??
- Mogę iść z Tobą Dziadku ?? - zapytałam, chociaż wiedziałam, że samo pytanie jest herezją...
- Ze mną ?? Do lasu ?? - zapytał zaskoczony Dziadek...
- Uhhmmm...- poświadczyłam...
- A po co ?? - zaskoczenie malowało się na pooranej zmarszczkami twarzy...
- Pomagać !! - oświadczyłam kategorycznie...
Dziadka zamurowało...
Po pierwsze primo, Dziadek zawsze pracował indywidualnie...Po drugie primo, jako Mieszczuch o pracy "przy drzewie" nie miałam pojęcia...Po trzecie primo, byłam "babą"...
Dziadek pokiwał siwiuteńką głową nad moimi fanaberiami i o dziwo usłyszałam...
- Chodź...
Droga bukowym zboczem upłynęła na słuchaniu lasu...Dziadek w lesie nigdy nie gadał bez potrzeby...Dziadek w ogóle nie gadał bez potrzeby...Poza lasem też...
Lubiłam te Jego "milczanki"...
Sama też jakoś tak lubiłam "pomilczeć"...
W wąwozie ustawione były dwie "kobyłki", czyli drewniane stojaki, a na nich leżakował sporych rozmiarów buczek, który miał za kilka kwadransów zamienić się w stempel do studni...
Na dziadkowym ramieniu spoczywał potężny topór, który był chyba jedynym sprzętem chowanym przed nami z ogromną pieczołowitością...Schowek znali tylko Dziadek i Wujek...
Ja wywijałam strugiem do odkorowania...
Dziadek przeżegnał się z powagą, żeby praca szła dobrze i rozpoczęliśmy robotę...
Ja ściągałam korę...Dziadek ociosywał pniak...
Szur...Szur...Trach !! Szur...Szur...Trach !!
Bardzo rytmicznie nam to wychodziło, a delikatny uśmiech na dziadkowej twarzy świadczył o tym, że jak na Mieszczucha i Babę na dodatek, radzę sobie całkiem nieźle...
- Dobrze Ci idzie... - wymruczał Dziadek przerywając na moment wywijanie toporem...
Aż mi duszyczka z radości zapiała...Pochwała od Dziadka !!
W to mi chyba nikt nie uwierzy...
A może Dziadek zaśpiewa ?? Już tak dawno nie słyszałam Jego pięknego śpiewu...
Ale Dziadek był daleki od śpiewania...
Robota szła nam nieźle...Po kilku kwadransach odwróciliśmy pniak na drugą stronę...
Jeśli utrzymamy takie tempo, to do wieczora będą gotowe wszystkie stemple !!
Ależ się wszyscy zdziwią !!
"Jeszcze tylko muszę wyciąć ten sęk i będzie już gładziutko"... - pomyślałam i mocniej pociągnęłam strugiem...
I w tym właśnie momencie Dziadek wymierzył toporem dokładnie w tego samego sęczka...
Ostrze wylądowało na środkowym palcu mojej lewej ręki...
Być może Dziadek w ostatniej chwili zrozumiał co się dzieje...Być może przyhamował pęd topora...Być może w palec uderzył tylko skraj ostrza...
Nie rozważaliśmy tego...
Dziadek zbladł niczym papier, a ja ukryłam palec w prawej dłoni i nie chciałam Mu go pokazać...
- Nic się nie stało Dziadku !! - przekonywałam...- Ledwie draśnięte !! Pójdę tylko sobie to zawiązać...
Z zaciśniętej pięści spływała strużka krwi...
- Dasz radę wrócić ?? - upewniał się zdenerwowany Dziadek...
- Jasne !! Na prawdę nic się takiego nie stało...- uspakajałam...
Póki Dziadek mógł mnie widzieć między drzewami szłam powoli, żeby się nie domyślił...Kiedy gąszcz drzew skrył mnie przed Jego oczami ruszyłam pędem pod górę...
Jakoś podświadomie wiedziałam, że każda sekunda jest istotna...
Cała pięść pełna była krwi...Na ścieżce pozostawała krwawa smuga...
Nawet nie usiłowałam zajrzeć do środka...
Wpadłam na ganek...
Drzwi zamknięte...
Odszukałam ukryty klucz...
W domu nalałam wody do miski, wrzuciłam kilka kostek lodu...
Wszystko robiłam jedną ręką...
Zanurzyłam lewą dłoń i dopiero teraz spojrzałam na palec...
Orzesz...(ko)...
Tego to ja już przed Rodzicami nie ukryję...
Palec trzaśnięty potężnie...
Tak właściwie to się trzyma tylko siłą przyzwyczajenia...
Wyciągnęłam apteczkę...Znalazłam dwa małe drewienka...I zrobiłam sobie opatrunek...
Kiedy zawiązywałam ostatni węzełek na bandażu do kuchni weszła Kuzynka...
- Co się stało ?? - zapytała widząc w całej kuchni krwawe plamy...
- Musisz mi pomóc...- czułam, że za chwilę "odpłynę"...
- Co ?? - dopytywała Kuzynka...
- Plecak...Lewa kieszeń...Cardiamid z coffeiną...Trzydzieści kropel...Łyżeczka wody...Czekoladka...- i po kilku chwilach zaczęłam odzyskiwać kontakt z rzeczywistością, a nad sobą zauważyłam przerażoną twarz Kuzynki...
- Nic się nie stało...- uspakajałam Ją cicho...- Omdlenia to moja specjalność...
- I co teraz ?? - dopytywała...
- Muszę tu uprzątnąć...Ty wracaj do Cioteczki...Nie będziesz musiała kłamać...- kalkulowałam...
Uprzątnęłam kuchnię...Umyłam wejściowe drzwi...Schowałam apteczkę...A kiedy moja twarz wróciła do naturalnych kolorów poszłam uspokoić Dziadka...
Palec trzymał się tylko na wewnętrznych ścięgnach, ale o tym to On wcale nie musiał wiedzieć...
Od tego dnia w wielkiej konspiracji podkradałam z apteczki środki opatrunkowe i chodziłam jedynie w ciuchach z kieszeniami, żeby ukryć "szynę" i bandaże...
W pojedynku, Ja kontra studnia, było 0:2 dla studni...
- Ze mną ?? Do lasu ?? - zapytał zaskoczony Dziadek...
- Uhhmmm...- poświadczyłam...
- A po co ?? - zaskoczenie malowało się na pooranej zmarszczkami twarzy...
- Pomagać !! - oświadczyłam kategorycznie...
Dziadka zamurowało...
Po pierwsze primo, Dziadek zawsze pracował indywidualnie...Po drugie primo, jako Mieszczuch o pracy "przy drzewie" nie miałam pojęcia...Po trzecie primo, byłam "babą"...
Dziadek pokiwał siwiuteńką głową nad moimi fanaberiami i o dziwo usłyszałam...
- Chodź...
Droga bukowym zboczem upłynęła na słuchaniu lasu...Dziadek w lesie nigdy nie gadał bez potrzeby...Dziadek w ogóle nie gadał bez potrzeby...Poza lasem też...
Lubiłam te Jego "milczanki"...
Sama też jakoś tak lubiłam "pomilczeć"...
W wąwozie ustawione były dwie "kobyłki", czyli drewniane stojaki, a na nich leżakował sporych rozmiarów buczek, który miał za kilka kwadransów zamienić się w stempel do studni...
Na dziadkowym ramieniu spoczywał potężny topór, który był chyba jedynym sprzętem chowanym przed nami z ogromną pieczołowitością...Schowek znali tylko Dziadek i Wujek...
Ja wywijałam strugiem do odkorowania...
Dziadek przeżegnał się z powagą, żeby praca szła dobrze i rozpoczęliśmy robotę...
Ja ściągałam korę...Dziadek ociosywał pniak...
Szur...Szur...Trach !! Szur...Szur...Trach !!
Bardzo rytmicznie nam to wychodziło, a delikatny uśmiech na dziadkowej twarzy świadczył o tym, że jak na Mieszczucha i Babę na dodatek, radzę sobie całkiem nieźle...
- Dobrze Ci idzie... - wymruczał Dziadek przerywając na moment wywijanie toporem...
Aż mi duszyczka z radości zapiała...Pochwała od Dziadka !!
W to mi chyba nikt nie uwierzy...
A może Dziadek zaśpiewa ?? Już tak dawno nie słyszałam Jego pięknego śpiewu...
Ale Dziadek był daleki od śpiewania...
Robota szła nam nieźle...Po kilku kwadransach odwróciliśmy pniak na drugą stronę...
Jeśli utrzymamy takie tempo, to do wieczora będą gotowe wszystkie stemple !!
Ależ się wszyscy zdziwią !!
"Jeszcze tylko muszę wyciąć ten sęk i będzie już gładziutko"... - pomyślałam i mocniej pociągnęłam strugiem...
I w tym właśnie momencie Dziadek wymierzył toporem dokładnie w tego samego sęczka...
Ostrze wylądowało na środkowym palcu mojej lewej ręki...
Być może Dziadek w ostatniej chwili zrozumiał co się dzieje...Być może przyhamował pęd topora...Być może w palec uderzył tylko skraj ostrza...
Nie rozważaliśmy tego...
Dziadek zbladł niczym papier, a ja ukryłam palec w prawej dłoni i nie chciałam Mu go pokazać...
- Nic się nie stało Dziadku !! - przekonywałam...- Ledwie draśnięte !! Pójdę tylko sobie to zawiązać...
Z zaciśniętej pięści spływała strużka krwi...
- Dasz radę wrócić ?? - upewniał się zdenerwowany Dziadek...
- Jasne !! Na prawdę nic się takiego nie stało...- uspakajałam...
Póki Dziadek mógł mnie widzieć między drzewami szłam powoli, żeby się nie domyślił...Kiedy gąszcz drzew skrył mnie przed Jego oczami ruszyłam pędem pod górę...
Jakoś podświadomie wiedziałam, że każda sekunda jest istotna...
Cała pięść pełna była krwi...Na ścieżce pozostawała krwawa smuga...
Nawet nie usiłowałam zajrzeć do środka...
Wpadłam na ganek...
Drzwi zamknięte...
Odszukałam ukryty klucz...
W domu nalałam wody do miski, wrzuciłam kilka kostek lodu...
Wszystko robiłam jedną ręką...
Zanurzyłam lewą dłoń i dopiero teraz spojrzałam na palec...
Orzesz...(ko)...
Tego to ja już przed Rodzicami nie ukryję...
Palec trzaśnięty potężnie...
Tak właściwie to się trzyma tylko siłą przyzwyczajenia...
Wyciągnęłam apteczkę...Znalazłam dwa małe drewienka...I zrobiłam sobie opatrunek...
Kiedy zawiązywałam ostatni węzełek na bandażu do kuchni weszła Kuzynka...
- Co się stało ?? - zapytała widząc w całej kuchni krwawe plamy...
- Musisz mi pomóc...- czułam, że za chwilę "odpłynę"...
- Co ?? - dopytywała Kuzynka...
- Plecak...Lewa kieszeń...Cardiamid z coffeiną...Trzydzieści kropel...Łyżeczka wody...Czekoladka...- i po kilku chwilach zaczęłam odzyskiwać kontakt z rzeczywistością, a nad sobą zauważyłam przerażoną twarz Kuzynki...
- Nic się nie stało...- uspakajałam Ją cicho...- Omdlenia to moja specjalność...
- I co teraz ?? - dopytywała...
- Muszę tu uprzątnąć...Ty wracaj do Cioteczki...Nie będziesz musiała kłamać...- kalkulowałam...
Uprzątnęłam kuchnię...Umyłam wejściowe drzwi...Schowałam apteczkę...A kiedy moja twarz wróciła do naturalnych kolorów poszłam uspokoić Dziadka...
Palec trzymał się tylko na wewnętrznych ścięgnach, ale o tym to On wcale nie musiał wiedzieć...
Od tego dnia w wielkiej konspiracji podkradałam z apteczki środki opatrunkowe i chodziłam jedynie w ciuchach z kieszeniami, żeby ukryć "szynę" i bandaże...
W pojedynku, Ja kontra studnia, było 0:2 dla studni...
Subskrybuj:
Posty (Atom)

.jpg)






