Każdy Skazaniec zostaje w końcu ułaskawiony...Ufff...Co prawda, tym razem miałam jechać tylko na miesiąc, ale lepsze to niż być Wyrzutkiem...
Pojechałam, zobaczyłam i dusza moja załkała...
To ma być dom ??
A gdzie urok ?? Gdzie charakter ??
Lipa a nie dom !!
Po serdecznych powitaniach, Cioteczka (Święta Kobieta) zapytała...
- A gdzie chcecie spać ??
I tutaj genetyka dała o sobie znać...
- W starym domu !! - wrzasnęliśmy jednocześnie głosem wielkim...Ja i Ojciec...
Mamciś, Mieszczuch pełną gębą aż zamarła na tą "ohydę", a Cioteczka (Święta Kobieta) przysiadła z wrażenia...
- Ale tam nic nie ma... - zaczęła nas zniechęcać...- I nie posprzątane...I pościeli brak...
- Słoma jest ?? - zapytał Ojciec...
- Nooo...Jest...- dukała Ciocia (Święta Kobieta)...
- A sianko ?? - sprawdzałam...
- Też jest...- mruczała Cioteczka (Święta Kobieta)...
- No to śpimy w starym domu !! - podjął decyzję Ojciec...
- Ja z Wami... - usłyszeliśmy deklarację Dziadka zza pleców...
- My też !! - chóralnie ogłosiło Kuzynostwo...
- Zdurnieliście zbiorowo...- podsumowała nas Cioteczka (Święta Kobieta) i ruszyła kompletować koce, kołdry i podusie...
W ramach "akcji letniej" Rodzinka przeniosła się tam gdzie pomieszkiwały Bieszczadzkie Anioły...
Po latach zrozumiałam to przebiegłe postępowanie Rodziciela...
On nas usunął !! Usunął na nasze żądanie !!
Przy nowym domu kopano właśnie studnię, a że jej głębokość była już znaczna, postanowił usunąć jedyne zagrożenie jakie dla owej studni istniało...Mnie !!
Tego ojcowskiego podstępu nie zauważyłam, ciesząc się noclegami w opuszczonej chałupce...
No cóż...
Bywają jednak piękne, długie, wakacyjne dni...A tych Rodziciele nasi nie byli w stanie kontrolować całkowicie...
Przygotowując "wykopaliska" studzienne Dziadkowie nabyli wcześniej ogromne, okrągłe betony, zwane cembrowinami i pięknie je poukładali przy jednej ze ścian nowego domu...
Wyglądało to jak "domek z kart", tyle że otworki miało okrągłe...
Buszowaliśmy w tych "kręgach" urządzając w nich coraz to nowe siedziby...A to "baza"...A to "bunkier"...A to "schron"...Nawet posiłki staraliśmy się jadać w owych "betonach"...
Aż przyszedł dzień, w którym nasza wyobraźnia znowu nas poniosła...
Poniosła, że tak powiem...Dosłownie !!
Zasiedlaliśmy właśnie strych nowego domu, który był jedynym poza piwnicą miejscem przez nas tolerowanym...
Zabawa była przednia...
I nagle jeden z Kuzynów wymruczał...
- Ależ postawili te betony !! Nawet usiąść na parapecie nie można !!
Gorzka przygana przywołała nas do okna w trybie pilnym...
- Fajnie !! - zauważyłam głaskając wystający ponad parapet "beton"...
- Głupia !! - zganił mnie Kuzyn... - Co tu masz fajnego ?? - powątpiewał...
Określony tak dosadnie poziom mojego intelektu, wcale mnie nie zraził...Ruszyłam biegiem po schodach...
Reszta Stada ruszyła za mną...
Stanęłam naprzeciw poukładanych betonów...
- Ja głupia ?? Sam głupi jesteś !! Spójrz jaki piękny szczyt !! Jak w Tatrach !! Tylko się wspinać !! - wykrzykiwałam z entuzjazmem...
Kuzynostwo patrzyło jak oczarowane...
"Szczyt" rzeczywiści wyglądał pięknie, a jego wierzchołek wznosił się aż do okna na strychu...
- Kiedy wyjeżdżają twoi Rodzice ?? - zapytał Kuzyn...
- Jutro... - wyszeptałam...
- Pojutrze Nasi jadą na targ... - również szeptem odpowiedział Kuzyn...
- A Babcia i Dziadek ?? - zapytała Kuzynka...
- Babcia po obiedzie śpi...Dziadek ma jakieś szczepki w sadzie robić...- dzieliliśmy się zasłyszanymi informacjami...
Naszych planów nie ośmieliliśmy się nawet wyszeptać...
Mieliśmy dwa dni na przygotowanie naszej "górskiej" przygody...
Do komina zostały przywiązane liny mające nam służyć jako zabezpieczenia...W stodole leżały schowane stare powleczki napakowane sianem...
Kuzynowie wyszperali jakieś stare rękawice...Kuzynka szperała za zimowymi czapkami...
To miała być najprawdziwsza górska ekspedycja...
Kiedy Wujostwo zniknęło za zakrętem...Sen Babci skontrowaliśmy przez uchylone okno...A gwizdanie oddalającego się Dziadka wtopiło się w ptasie trele...Ekipa ruszyła zdobywać "Górę"...
Liny zostały przerzucone przez otwarte okno...U podnóży poukładaliśmy powleczki z sianem...
Rękawice...Czapki...I bose nogi...
Bosa noga najlepiej trzyma się betonu !!
Wdrapywaliśmy się pojedynczo...Potem skok przez okno na strychu...I na koniec kolejki...
Ależ to była zabawa !!
Żeby nie okazało się, iż umiemy tylko "włazić", zmieniliśmy kierunek...
Strych...Okno...Zejście po betonach...
W tą stronę też było idealnie...
W ciągu godziny ilość "Taterników" się podwoiła...
Śmigaliśmy po tych "betonach" niczym kozice...
Aż w końcu jedna z lin przywiązanych do komina puściła...
Wisiałam wówczas miedzy trzecim, a drugim poziomem...Jedną nogę miałam zaczepioną o cembrowinę...Druga szukała oparcia "poziom" niżej...Rękami trzymałam ową linę...
Mój Anioł Stróż musi mieć rzeczywiście świetny refleks...
Kiedy poczułam ten dziwny "luz" w dłoniach, odruchowo złapałam się brzegu "betonu"...Obie nogi zawisły w niebycie szukając wsparcia...Wisiałam tak i dyndałam, a Kuzyni ruszyli pędem po drabinę...
Ale dałam radę...
Uspokoiłam dyndanie i powoli oparłam bose stopy na krawędzi ...Teraz mogłam się "odbić" i skoczyć na "materace"...
Wstałam, otrzepałam się i...Już miałam biec na strych...
- Ale będzie granda !! - usłyszałam przerażony głos Kuzynki...
Jej równie przerażone oczy patrzyły na moje nogi...
Orzesz...(ko)...
Jedna z moich chudzielcowatych kończyn była caluśka zakrwawiona...Od uda aż po kostkę...
W pięć minut podwórko opustoszało...
Przez dwa tygodnie chodziłam tylko i wyłącznie w spodniach...Głęboka szrama biegnąca od połowy uda do połowy łydki przez kilka lat była widoczna...
Ale się nie wydało !!
Jedynie Babcia miała ogromne pretensje, że nawet do Kościoła nie chcę założyć sukienki...
Ale, że podobno uparta byłam po Dziadku, więc i tym razem wina była po Jego stronie...
A studnia ??
Studnia po raz pierwszy została okupiona moją krwią...
Po raz pierwszy...
Ale nie ostatni...
Dwa światy...
Bardzo Ważni Goście
wtorek, 21 stycznia 2014
poniedziałek, 20 stycznia 2014
Studnie moich Przodków cz. II, czyli o budowlanej konkurencji...
Jak wygląda budowa domu ??
Mnie nie pytajcie...
Po pierwszym sezonie, tak zwanym "przygotowawczym", w czasie którego gromadzono materiały budowlane, zostałam z placu budowy usunięta w trybie pilnym...
Dlaczego ??
Hmmm...
Przez niezrozumienie !!
Ale od początku...
Po bolesnym dla "Nielotów" okresie "wylewania fundamentów", który to okres charakteryzował się ciągłym: "idźcie stąd", "nie wchodźcie", "nie ruszajcie" i.t.p., nastąpił chwalebny okres "dostawy budulca"...
Na placu budowy pojawiały się pojazdy z cegłami, pustakami, deskami i innymi ogromnie interesującymi rzeczami...
Nasza obecność stała się pożądaną...
To co dla Dorosłych było udręką i ciężką pracą, nam przynosiło ogrom zabawy...
Wyładowywaliście kiedyś ciężarówkę pełną cegieł...??
Cudo, a nie robota !!
Ustawieni rządkiem podawaliśmy sobie owe cegły, pokrzykując radośnie...
To dopiero gratka...
Wprost nie mogliśmy się doczekać kolejnego transportu...
I wtedy właśnie zadano nam okrutny cios...
- To już ostatni kurs... - usłyszałam rozmowę Kierowcy z Ciocią (Świętą Kobietą)...
Ostatni ?? Koniec zabawy ??
Orzesz...(ko)...
Wieczorem, kiedy Dorośli zajęli się swoimi sprawami, postanowiliśmy kontynuować nasze "dzieło"...
Niczym "Cichociemni" ruszyliśmy w naszą misję...
Misję budowlaną...
Po naradzie przeprowadzonej w ogromnej tajemnicy, postanowiliśmy wybudować najpiękniejszy zamek na Świecie...
Zamek, na widok którego wszyscy oniemieją z zachwytu...
I to, zdradzę Wam od razu, udało się nam perfekcyjnie...
Oniemieli wszyscy !!
Czy z zachwytu ??
Gromada rodzinna Dzieciaków liczyła sobie sztuk kilka, zasilona miejscowymi Towarzyszami urastała do rangi Batalionu...
Jak skrzykiwaliśmy się na takie akcje ??
Nie mam pojęcia...
Jedno jest pewne...
Tam gdzie była szansa na świetną zabawę pojawiali się wszyscy, jak za dotknięciem tajemniczej różdżki...Bez maili i komórek...
Pięknie poukładane słupki cegieł i pustaków zamieniły się w kilka godzin, w baszty, korytarze, ganki i tajemne komnaty, a co bardziej rezolutni budowali również stoły, ławki i szafy...
Nasz "Zamek" posiadła również pięknych rozmiarów kuchnię, bo przecież każdy szanujący się Władca musi czasem coś zjeść...
- Nawet lochy wyszły nam przez przypadek !! - zauważył nagle jeden z Kuzynów...
Rzeczywiści...
Budowlę wznosiliśmy na wylewce parteru, więc zejście do piwnicy idealnie synchronizowało z resztą naszej budowli...
Pozostało "Zamek" zasiedlić...
I pewnie zabawa trwała by w najlepsze do białego rana, gdyby nie bolesny fakt, iż w nocy bywa ciemno...
Niewyobrażalnie dumni z siebie ruszyliśmy na spoczynek, głośno komentując fakt spodziewanych o świcie zachwytów...
- I kto to teraz posprząta !! - obudził mnie wrzask dochodzący na strych z kuchni dziadków... - Wszystkie cegły rozwłóczone po całej budowie !! Pustaki się poniewierają !! Ludzie stoją i na robotę czekają !! Kto tą dniówkę zapłaci ??
We wrzaski Wujka, pełniącego funkcję Majstra, wbijało się delikatne, szeptane, mruczenie Mamciaśki i Cioci (Świętej Kobiety)...
Poczułam szarpanie za ramię...
- Wujek chce z Tobą porozmawiać... - stwierdził mało radośnie Ojciec...
Hmmm...
Ze mną ??
Przecież ja nie mam nic wspólnego z tym "rozwłóczeniem" i "poniewieraniem"...Przecież my pięknie pobudowaliśmy "Zamek" i o żadnym "rozwłóczeniu" mowy być nie może...
- Ooooo !! - wrzasnął na mój widok Wujaszek... - Teraz się Waćpanna przebierzesz w galoty i migusiem sprzątać ten bajzel !! I żeby mi cegły w słupkach stały po obiedzie !! I zabieraj z sobą tą Bandę wyrodną !!
Ło Matko i Córko...
Niby z Wujka Budowlaniec, a wcale się na dobrej robocie nie zna...Fakt, że pewnie "Zamku" żadnego jeszcze nie budował, bo On nic tylko domy, i domy...Ale fachowość konstrukcji powinien przynajmniej docenić...
Wieść o naszej budowli lotem błyskawicy przebiegła przez Wieś, a że Mieszkańcy swoje Dzieci znali na wylot, więc w ciągu kwadransa na placu budowy pojawili się wszyscy "Winowajcy"...
Niektórzy prowadzeni sposobem "za ucho"...
To było okrutne doznanie krzywd !!
Taki piękny "Zamek" !!
Echhh...
Współpracę "w stadzie" mieliśmy opracowaną w sposób ponadprzeciętny...Szybko ustawiły się szeregi...I nasza budowla znikała z prędkością światła...Jeden słupek gotowy...Drugi słupek gotowy...Wujaszek przyglądał się nam z zainteresowaniem, a po dwóch godzinach zaczął wołać na śniadanie...
Jeść ??
Nie ma opcji...
Tak urażone ambicje apetytu nie mają !!
Kiedy ostatnie pustaki zostały ułożone, a wylewka pięknie zamieciona miotełkami zrobionymi z gałęzi, Dorośli rozpoczęli swoje przyziemne budowanie domu, a my ruszyliśmy w las "lizać" rany spowodowane brakiem zrozumienia...
Do domu wróciliśmy o zmroku...
Na kuchennym stole czekało na nas wielkie pudło czekoladek...
"Za dobrą robotę"...- tak pisało na pudełku...
Hmmm...
Czyli co ??
Czyżby jednak Wujek docenił nasze budowlane zdolności ??
Wolałam nie pytać...
Fakt jest fakt, iż przez kolejne dwa lata wakacje spędzałam na koloniach...
Wygnanie takie...
Może jednak Wujek obawiał się konkurencji ??
Mnie nie pytajcie...
Po pierwszym sezonie, tak zwanym "przygotowawczym", w czasie którego gromadzono materiały budowlane, zostałam z placu budowy usunięta w trybie pilnym...
Dlaczego ??
Hmmm...
Przez niezrozumienie !!
Ale od początku...
Po bolesnym dla "Nielotów" okresie "wylewania fundamentów", który to okres charakteryzował się ciągłym: "idźcie stąd", "nie wchodźcie", "nie ruszajcie" i.t.p., nastąpił chwalebny okres "dostawy budulca"...
Na placu budowy pojawiały się pojazdy z cegłami, pustakami, deskami i innymi ogromnie interesującymi rzeczami...
Nasza obecność stała się pożądaną...
To co dla Dorosłych było udręką i ciężką pracą, nam przynosiło ogrom zabawy...
Wyładowywaliście kiedyś ciężarówkę pełną cegieł...??
Cudo, a nie robota !!
Ustawieni rządkiem podawaliśmy sobie owe cegły, pokrzykując radośnie...
To dopiero gratka...
Wprost nie mogliśmy się doczekać kolejnego transportu...
I wtedy właśnie zadano nam okrutny cios...
- To już ostatni kurs... - usłyszałam rozmowę Kierowcy z Ciocią (Świętą Kobietą)...
Ostatni ?? Koniec zabawy ??
Orzesz...(ko)...
Wieczorem, kiedy Dorośli zajęli się swoimi sprawami, postanowiliśmy kontynuować nasze "dzieło"...
Niczym "Cichociemni" ruszyliśmy w naszą misję...
Misję budowlaną...
Po naradzie przeprowadzonej w ogromnej tajemnicy, postanowiliśmy wybudować najpiękniejszy zamek na Świecie...
Zamek, na widok którego wszyscy oniemieją z zachwytu...
I to, zdradzę Wam od razu, udało się nam perfekcyjnie...
Oniemieli wszyscy !!
Czy z zachwytu ??
Gromada rodzinna Dzieciaków liczyła sobie sztuk kilka, zasilona miejscowymi Towarzyszami urastała do rangi Batalionu...
Jak skrzykiwaliśmy się na takie akcje ??
Nie mam pojęcia...
Jedno jest pewne...
Tam gdzie była szansa na świetną zabawę pojawiali się wszyscy, jak za dotknięciem tajemniczej różdżki...Bez maili i komórek...
Pięknie poukładane słupki cegieł i pustaków zamieniły się w kilka godzin, w baszty, korytarze, ganki i tajemne komnaty, a co bardziej rezolutni budowali również stoły, ławki i szafy...
Nasz "Zamek" posiadła również pięknych rozmiarów kuchnię, bo przecież każdy szanujący się Władca musi czasem coś zjeść...
- Nawet lochy wyszły nam przez przypadek !! - zauważył nagle jeden z Kuzynów...
Rzeczywiści...
Budowlę wznosiliśmy na wylewce parteru, więc zejście do piwnicy idealnie synchronizowało z resztą naszej budowli...
Pozostało "Zamek" zasiedlić...
I pewnie zabawa trwała by w najlepsze do białego rana, gdyby nie bolesny fakt, iż w nocy bywa ciemno...
Niewyobrażalnie dumni z siebie ruszyliśmy na spoczynek, głośno komentując fakt spodziewanych o świcie zachwytów...
- I kto to teraz posprząta !! - obudził mnie wrzask dochodzący na strych z kuchni dziadków... - Wszystkie cegły rozwłóczone po całej budowie !! Pustaki się poniewierają !! Ludzie stoją i na robotę czekają !! Kto tą dniówkę zapłaci ??
We wrzaski Wujka, pełniącego funkcję Majstra, wbijało się delikatne, szeptane, mruczenie Mamciaśki i Cioci (Świętej Kobiety)...
Poczułam szarpanie za ramię...
- Wujek chce z Tobą porozmawiać... - stwierdził mało radośnie Ojciec...
Hmmm...
Ze mną ??
Przecież ja nie mam nic wspólnego z tym "rozwłóczeniem" i "poniewieraniem"...Przecież my pięknie pobudowaliśmy "Zamek" i o żadnym "rozwłóczeniu" mowy być nie może...
- Ooooo !! - wrzasnął na mój widok Wujaszek... - Teraz się Waćpanna przebierzesz w galoty i migusiem sprzątać ten bajzel !! I żeby mi cegły w słupkach stały po obiedzie !! I zabieraj z sobą tą Bandę wyrodną !!
Ło Matko i Córko...
Niby z Wujka Budowlaniec, a wcale się na dobrej robocie nie zna...Fakt, że pewnie "Zamku" żadnego jeszcze nie budował, bo On nic tylko domy, i domy...Ale fachowość konstrukcji powinien przynajmniej docenić...
Wieść o naszej budowli lotem błyskawicy przebiegła przez Wieś, a że Mieszkańcy swoje Dzieci znali na wylot, więc w ciągu kwadransa na placu budowy pojawili się wszyscy "Winowajcy"...
Niektórzy prowadzeni sposobem "za ucho"...
To było okrutne doznanie krzywd !!
Taki piękny "Zamek" !!
Echhh...
Współpracę "w stadzie" mieliśmy opracowaną w sposób ponadprzeciętny...Szybko ustawiły się szeregi...I nasza budowla znikała z prędkością światła...Jeden słupek gotowy...Drugi słupek gotowy...Wujaszek przyglądał się nam z zainteresowaniem, a po dwóch godzinach zaczął wołać na śniadanie...
Jeść ??
Nie ma opcji...
Tak urażone ambicje apetytu nie mają !!
Kiedy ostatnie pustaki zostały ułożone, a wylewka pięknie zamieciona miotełkami zrobionymi z gałęzi, Dorośli rozpoczęli swoje przyziemne budowanie domu, a my ruszyliśmy w las "lizać" rany spowodowane brakiem zrozumienia...
Do domu wróciliśmy o zmroku...
Na kuchennym stole czekało na nas wielkie pudło czekoladek...
"Za dobrą robotę"...- tak pisało na pudełku...
Hmmm...
Czyli co ??
Czyżby jednak Wujek docenił nasze budowlane zdolności ??
Wolałam nie pytać...
Fakt jest fakt, iż przez kolejne dwa lata wakacje spędzałam na koloniach...
Wygnanie takie...
Może jednak Wujek obawiał się konkurencji ??
niedziela, 19 stycznia 2014
Studnie moich Przodków...cz. I
Moje bieszczadzkie wakacje, z czasów dzieciństwa, łączą się nieodmiennie ze studniami...
Nie to, żebym w tych studniach znajdywała jakieś skarby zamierzchłe...
Co to to nie...
Ze studniami odkąd pamiętam był problem...Ot co...
A że moje osobiste losy jakoś się tak z tymi studniami związały, to nie wypada nawet, żebym pominęła je milczeniem...
"Stary dom" moich Dziadków stał na malowniczym pagórku otoczony pięknym lasem z trzech stron...Czwarta strona to była cywilizacja, czyli droga...No i Sąsiedzi...
Jedyni, jakich moich Dziadkowie przez lata mieli na stanie...
Był więc malowniczy, drewniany dom kryty strzechą, był piękny sad pielęgnowany przez Bieszczadzkiego Dziadka, piękny ogród pielęgnowany przez Bieszczadzką Babcię, był piwnica, której widok zapierał mi dech w piersiach ( ta ziemianka przysypana kamieniami zawsze wywoływała u mnie instynkty zdobywcy), był nawet najpiękniejszy krzak jaśminu jaki w życiu widziałam...Nie było jedynie studni...
Ci co w Bieszczadach bywali, wiedzą, iż woda na tych terenach jest problemem...Cieki podziemne są rzadkością, a jeśli już się na taki trafi to głębokość jest "zabójcza"...
Dziadkowie korzystali więc ze studni leśnej...
Problem owej studni polegał na tym, iż leżała trzysta metrów od domu, przy leśnej ścieżce, a nad nią rosły najpiękniejsze buki w okolicy...
Każde wyjście "po wodę" to była ekspedycja prawie godzinna...Nie licząc trudu dźwigania...
Najpierw trzeba było oczyścić wodę z opadłych liści...
Bieszczadzka Babcia targała tą wodę przez wiele lat, aż w końcu postawiła Dziadkowi ultimatum...
Albo nowa studnia, albo umrze z pragnienia...
To było chyba jedyne kategoryczne żądanie, jakie kiedykolwiek padło z usta Babci...
Dziadek potraktował problem poważnie, bo już na drugi dzień po podwórku krążył "Różdżkarz"...
Dla mniej wtajemniczonych przybliżę ową postać...
"Różdżkarze" to byli tacy czarodzieje, którzy "czuli" wodę przy pomocy różdżki...Widełek osikowych (podobno najlepiej "czuje" wodę osika)...
Ich usługi były płatne, a do najlepszych ustawiały się długie kolejki...
Najlepsi miewali stuprocentową ilość "trafień"...
Różdżkarz ruszył na poszukiwania, a za nim caluśka prawie Rodzina, patrząca mu na ręce, to znaczy na różdżkę, z nadzieją...
"Czarodziej" szukał...
Ale albo Jego czary nie działały, albo się różdżka zepsuła, bo ani drgnęła...
Po godzinie uwaga Zgromadzonych była już znacznie rozproszona...Po dwóch godzinach Różdżkarz oświadczył, że w promieniu dwustu metrów od domu wody nie posiadamy...
Orzesz...(ko)...
Dziadkowi groziła śmierć "z wysuszenia"...
Babcia ze "złym spojrzeniem" ruszyła z nosidłami do lasu...
Dziadek jak Dziadek, ale "gadzina" pić musi...
Po kilku dniach oczekiwania pojawił się na podwórku inny "Czarodziej"...
Rozpoczęło się kolejne poszukiwanie...
I klękajcie Narody !!
Ledwie Facet postawił kilka kroków, różdżka zaczęła "majtać" jak szalona...To już nie był zwykły ciek...To musiała być Niagara !!
A żeby szczęście babcine dopełnić, ów zdrój upragniony przechodził przez caluśkie podwórze...Tuż tuż obok domu...
W Dziadku obudziła się nowa nadzieja, i odkładając wszelkie czynności przystąpił do kopania...
Metr...Dwa...Pięć...Dziesięć...
Każda "łopata" przybliżała Go do szczęścia rodzinnego...
O każdym poranku Babcia biegła do studni zobaczyć, czy nie pokazał się czasem upragniony płyn...
A potem brała nosidła i ruszała do leśnej studni...
Wakacje się skończyły...Pomocnikom dziadkowym skończyły się urlopy...A wody jak nie było, tak nie ma...
W głąb studni prowadziła już sporych rozmiarów drabina...
Dziadek był gotów kopać choćby do jądra Ziemi...
Kolejne wakacje upłynęły wszystkim ponownie pod hasłem: studnia...
I ponownie Babcia, każdy swój dzień rozpoczynała od "spacerów" do lasu z nosidłami...
Po dwóch latach...
- Tato...A co się stało ze studnią ?? - zapytał mój Ojciec po przyjeździe...
Dziadek burknął coś, że musi "zadać koniowi" i zwiał do stajni...Babcia jakoś energiczniej przestawiała garnki na piecu...
- Mamo ?? - dociekał Ojciec dalej...
- Zasypana...- wymruczała Babcia...
- Jak to zasypana ?? Tyle pracy !! - oburzenie Ojca było zrozumiałe, bo leczył odciski długo po urlopie...
- Zasypana i już !! Nie będę z trupiej studni wody pić !! - kategorycznie obwieściła Babcia...
W kuchni zapanowała cisza, bo zanosiło się na jakieś sensacyjne nowiny...
- Jeszcze jesienią, Dziadek nie zasunął klapy po robocie i do studni wpadł kot...- zaczęła swoją opowieść Babcia...- nic z biedaka nie zostało...Teraz nie dość, że trzeba wodę nosić, to jeszcze myszy będę łapać w wolnej chwili...
I chociaż moment był ku temu mało odpowiedni wszyscy wybuchnęli śmiechem...Babcia w roli łowcy myszy podobała się nam ogromnie...
No cóż...Różdżkarz pewnie miał kiepski dzień, albo kaca, że mu się tak ta różdżka w rękach telepała...
Dziadkowie postanowili jednak nie dawać za wygraną...
Nie ma wody wokół domu ??
Trzeba więc wybudować nowy dom...
Nie to, żebym w tych studniach znajdywała jakieś skarby zamierzchłe...
Co to to nie...
Ze studniami odkąd pamiętam był problem...Ot co...
A że moje osobiste losy jakoś się tak z tymi studniami związały, to nie wypada nawet, żebym pominęła je milczeniem...
"Stary dom" moich Dziadków stał na malowniczym pagórku otoczony pięknym lasem z trzech stron...Czwarta strona to była cywilizacja, czyli droga...No i Sąsiedzi...
Jedyni, jakich moich Dziadkowie przez lata mieli na stanie...
Był więc malowniczy, drewniany dom kryty strzechą, był piękny sad pielęgnowany przez Bieszczadzkiego Dziadka, piękny ogród pielęgnowany przez Bieszczadzką Babcię, był piwnica, której widok zapierał mi dech w piersiach ( ta ziemianka przysypana kamieniami zawsze wywoływała u mnie instynkty zdobywcy), był nawet najpiękniejszy krzak jaśminu jaki w życiu widziałam...Nie było jedynie studni...
Ci co w Bieszczadach bywali, wiedzą, iż woda na tych terenach jest problemem...Cieki podziemne są rzadkością, a jeśli już się na taki trafi to głębokość jest "zabójcza"...
Dziadkowie korzystali więc ze studni leśnej...
Problem owej studni polegał na tym, iż leżała trzysta metrów od domu, przy leśnej ścieżce, a nad nią rosły najpiękniejsze buki w okolicy...
Każde wyjście "po wodę" to była ekspedycja prawie godzinna...Nie licząc trudu dźwigania...
Najpierw trzeba było oczyścić wodę z opadłych liści...
Bieszczadzka Babcia targała tą wodę przez wiele lat, aż w końcu postawiła Dziadkowi ultimatum...
Albo nowa studnia, albo umrze z pragnienia...
To było chyba jedyne kategoryczne żądanie, jakie kiedykolwiek padło z usta Babci...
Dziadek potraktował problem poważnie, bo już na drugi dzień po podwórku krążył "Różdżkarz"...
Dla mniej wtajemniczonych przybliżę ową postać...
"Różdżkarze" to byli tacy czarodzieje, którzy "czuli" wodę przy pomocy różdżki...Widełek osikowych (podobno najlepiej "czuje" wodę osika)...
Ich usługi były płatne, a do najlepszych ustawiały się długie kolejki...
Najlepsi miewali stuprocentową ilość "trafień"...
Różdżkarz ruszył na poszukiwania, a za nim caluśka prawie Rodzina, patrząca mu na ręce, to znaczy na różdżkę, z nadzieją...
"Czarodziej" szukał...
Ale albo Jego czary nie działały, albo się różdżka zepsuła, bo ani drgnęła...
Po godzinie uwaga Zgromadzonych była już znacznie rozproszona...Po dwóch godzinach Różdżkarz oświadczył, że w promieniu dwustu metrów od domu wody nie posiadamy...
Orzesz...(ko)...
Dziadkowi groziła śmierć "z wysuszenia"...
Babcia ze "złym spojrzeniem" ruszyła z nosidłami do lasu...
Dziadek jak Dziadek, ale "gadzina" pić musi...
Po kilku dniach oczekiwania pojawił się na podwórku inny "Czarodziej"...
Rozpoczęło się kolejne poszukiwanie...
I klękajcie Narody !!
Ledwie Facet postawił kilka kroków, różdżka zaczęła "majtać" jak szalona...To już nie był zwykły ciek...To musiała być Niagara !!
A żeby szczęście babcine dopełnić, ów zdrój upragniony przechodził przez caluśkie podwórze...Tuż tuż obok domu...
W Dziadku obudziła się nowa nadzieja, i odkładając wszelkie czynności przystąpił do kopania...
Metr...Dwa...Pięć...Dziesięć...
Każda "łopata" przybliżała Go do szczęścia rodzinnego...
O każdym poranku Babcia biegła do studni zobaczyć, czy nie pokazał się czasem upragniony płyn...
A potem brała nosidła i ruszała do leśnej studni...
Wakacje się skończyły...Pomocnikom dziadkowym skończyły się urlopy...A wody jak nie było, tak nie ma...
W głąb studni prowadziła już sporych rozmiarów drabina...
Dziadek był gotów kopać choćby do jądra Ziemi...
Kolejne wakacje upłynęły wszystkim ponownie pod hasłem: studnia...
I ponownie Babcia, każdy swój dzień rozpoczynała od "spacerów" do lasu z nosidłami...
Po dwóch latach...
- Tato...A co się stało ze studnią ?? - zapytał mój Ojciec po przyjeździe...
Dziadek burknął coś, że musi "zadać koniowi" i zwiał do stajni...Babcia jakoś energiczniej przestawiała garnki na piecu...
- Mamo ?? - dociekał Ojciec dalej...
- Zasypana...- wymruczała Babcia...
- Jak to zasypana ?? Tyle pracy !! - oburzenie Ojca było zrozumiałe, bo leczył odciski długo po urlopie...
- Zasypana i już !! Nie będę z trupiej studni wody pić !! - kategorycznie obwieściła Babcia...
W kuchni zapanowała cisza, bo zanosiło się na jakieś sensacyjne nowiny...
- Jeszcze jesienią, Dziadek nie zasunął klapy po robocie i do studni wpadł kot...- zaczęła swoją opowieść Babcia...- nic z biedaka nie zostało...Teraz nie dość, że trzeba wodę nosić, to jeszcze myszy będę łapać w wolnej chwili...
I chociaż moment był ku temu mało odpowiedni wszyscy wybuchnęli śmiechem...Babcia w roli łowcy myszy podobała się nam ogromnie...
No cóż...Różdżkarz pewnie miał kiepski dzień, albo kaca, że mu się tak ta różdżka w rękach telepała...
Dziadkowie postanowili jednak nie dawać za wygraną...
Nie ma wody wokół domu ??
Trzeba więc wybudować nowy dom...
sobota, 18 stycznia 2014
Nie jest źle...
Uchucha...Uchucha...Nasza zima sobie poszła...:o)
Uwielbiam zimę w takim wydaniu !!
Po prostu nacieszyć się nie mogę spoglądając na kartkę w kalendarzu i widok za oknem...
Zaścianek z reguły bardzo w czasie zimy obrywa...A to rekordowe mrozy...A to śnieżyce rodem z Alaski...W 2000-nym roku przeżyłam nawet areszt domowy spowodowany obfitością opadów...Nie tylko ja...Nawet pługi wirnikowe wówczas nie dawały sobie rady i trzeba je było z zasp odkopywać...
Echhh...
A w tym roku ??
Luzik...
Łopaty do śniegu się nie amortyzują...Czapki uszatki zazdrośnie spoglądają z szuflady...
Łopaty to mogą się przydać jak jeszcze większy wysyp nastąpi...
Z czapki uszatki można ostatecznie zrobić jakieś gniazdko dla ptaszków...Bo ptaszki nieźle sobie radzą...Ani na temperatury, ani na brak karmy narzekać nie mogą...
Zima cudności...
I jakoś mi wcale nie jest z tym źle...:o)
Uwielbiam zimę w takim wydaniu !!
Po prostu nacieszyć się nie mogę spoglądając na kartkę w kalendarzu i widok za oknem...
Zaścianek z reguły bardzo w czasie zimy obrywa...A to rekordowe mrozy...A to śnieżyce rodem z Alaski...W 2000-nym roku przeżyłam nawet areszt domowy spowodowany obfitością opadów...Nie tylko ja...Nawet pługi wirnikowe wówczas nie dawały sobie rady i trzeba je było z zasp odkopywać...
Echhh...
A w tym roku ??
Luzik...
Łopaty do śniegu się nie amortyzują...Czapki uszatki zazdrośnie spoglądają z szuflady...
Łopaty to mogą się przydać jak jeszcze większy wysyp nastąpi...
Z czapki uszatki można ostatecznie zrobić jakieś gniazdko dla ptaszków...Bo ptaszki nieźle sobie radzą...Ani na temperatury, ani na brak karmy narzekać nie mogą...
Zima cudności...
I jakoś mi wcale nie jest z tym źle...:o)
piątek, 17 stycznia 2014
"Lepiej być nie może"...
Może ??
Nie może...
"Lepiej być nie może" jest perfekcyjne...
Nie powiem, żeby ten film był moim "numerem jeden", ale jeśli jest nadawany, chętnie oglądam go ponownie...
Pozytywna fabuła...Historia bez udziwnień...Gra aktorska najwyższych lotów...
Wczoraj też z przyjemnością obejrzałam miłosną historię "Średniaków"...
Obejrzałam, chociaż już o dziewiętnastej zapowiadałam "okupację" sypialni...
Echhh...
Może i jestem odrobinę niewyspana, ale na samo wspomnienie filmowych scen uśmiecham się mimowolnie...
Wczoraj jednak skoncentrowałam się tylko na jednym z Bohaterów...
To, że film i Aktorzy zgarnęli multum nagród, z Oscarami włącznie, wcale mnie nie dziwi...Dziwi mnie to, że nigdzie nie znalazłam wzmianki o nagrodzie dla owego Bohatera...
Jest idealny !!
Choć jak widać, niedoceniony...
Przecież to On odkrywa szlachetność charakteru głównej Postaci...On rozkręca pierwsze sceny filmu...On w końcu, wywołuje pierwsze uśmiechy...
No i, skoro ma to być film o miłości, to On ukazuje nam miłość bezgraniczną, bezinteresowną i rozkwitłą z nagła...Bez względu na przeszkody...I bekon...
Verdell !!
Pies idealny...:o)
Niedoceniony bohater "Lepiej być nie może"...
Postanowiłam Go docenić !!
Niestety filmowych nagród dla czworonożnych Aktorów "Fido" w sieci nie znalazłam, więc Verdell otrzymuje...
Tytuł "Złotego Czarusia"...:o) Nad graficzną oprawą nagrody muszę popracować...;o)
Nie może...
"Lepiej być nie może" jest perfekcyjne...
Nie powiem, żeby ten film był moim "numerem jeden", ale jeśli jest nadawany, chętnie oglądam go ponownie...
Pozytywna fabuła...Historia bez udziwnień...Gra aktorska najwyższych lotów...
Wczoraj też z przyjemnością obejrzałam miłosną historię "Średniaków"...
Obejrzałam, chociaż już o dziewiętnastej zapowiadałam "okupację" sypialni...
Echhh...
Może i jestem odrobinę niewyspana, ale na samo wspomnienie filmowych scen uśmiecham się mimowolnie...
Wczoraj jednak skoncentrowałam się tylko na jednym z Bohaterów...
To, że film i Aktorzy zgarnęli multum nagród, z Oscarami włącznie, wcale mnie nie dziwi...Dziwi mnie to, że nigdzie nie znalazłam wzmianki o nagrodzie dla owego Bohatera...
Jest idealny !!
Choć jak widać, niedoceniony...
Przecież to On odkrywa szlachetność charakteru głównej Postaci...On rozkręca pierwsze sceny filmu...On w końcu, wywołuje pierwsze uśmiechy...
No i, skoro ma to być film o miłości, to On ukazuje nam miłość bezgraniczną, bezinteresowną i rozkwitłą z nagła...Bez względu na przeszkody...I bekon...
Verdell !!
Pies idealny...:o)
Niedoceniony bohater "Lepiej być nie może"...
Postanowiłam Go docenić !!
Niestety filmowych nagród dla czworonożnych Aktorów "Fido" w sieci nie znalazłam, więc Verdell otrzymuje...
Tytuł "Złotego Czarusia"...:o) Nad graficzną oprawą nagrody muszę popracować...;o)
czwartek, 16 stycznia 2014
"Kumaci" śpią za darmochę...
Odwiedził mnie pewien młody Człowiek...Chudzinka lat kilku...Dokładnie mówiąc, Uczeń klasy drugiej...Pewnie by nie było nic dziwnego w owych odwiedzinach, gdyby nie fakt, iż ów młody Człowiek taszczył pod pachą pokaźnych rozmiarów teczkę, wypchaną po brzegi dokumentami...
- Poproszę ksero... - sprecyzował potrzebę, a ja z ciekawością zerknęłam na owe dokumenty...
Hmmm...
Buziak mi się roześmiał na ów widok...
- Bierzesz udział w konkursie matematycznym ?? - zapytałam...
- Tak... - odpowiedział smutno Chłopak...
- Nie lubisz matematyki ?? - usiłowałam dociec przyczyny smutku...
- Lubię...Ale tyle nauki... - westchnął Dzieciaczek...
- Na konkursy zawsze trzeba sporo się namęczyć... - pokiwałam głową ze zrozumieniem...- Ale pewnie jesteś najlepszy w Klasie ?? - próbowałam poprawić Mu humor...
- Jestem...Umiem tabliczkę mnożenia do stu...I dzielić w pamięci do stu...I dodawanie w słupku...I odejmowanie...- wyliczane umiejętności robiły na mnie wrażenie...
- To pewnie zostaniesz Matematykiem, albo Informatykiem... - kontynuowałam rozmowę ...
- Piłkarzem... - oświadczył mój Klient...
- Piłkarzem ?? - zapytałam ze zdziwieniem... - Hmmm...Piłkarzowi matematyka tez jest potrzebna...- stwierdziłam...
- No jasne !! - entuzjastycznie podchwycił Chłopiec... - Trzeba pieniądze liczyć !! Czy Pani wie, że najlepsi zarabiają 36 tysięcy złotych na godzinę ?? Nawet wtedy jak śpią... - otrzymałam wyjaśnienia...
Ło Matko i Córko...
Szczęka mi opadła do kolan...
Twarz Chłopaka emanowała podziwem dla posiadanych informacji...
No cóż...
Na miejscu Pani od matematyki też bym Go chyba na ten konkurs wysłała...
A tak swoją drogą...
Niby taki człek "kumaty" a za darmochę śpi...
- Poproszę ksero... - sprecyzował potrzebę, a ja z ciekawością zerknęłam na owe dokumenty...
Hmmm...
Buziak mi się roześmiał na ów widok...
- Bierzesz udział w konkursie matematycznym ?? - zapytałam...
- Tak... - odpowiedział smutno Chłopak...
- Nie lubisz matematyki ?? - usiłowałam dociec przyczyny smutku...
- Lubię...Ale tyle nauki... - westchnął Dzieciaczek...
- Na konkursy zawsze trzeba sporo się namęczyć... - pokiwałam głową ze zrozumieniem...- Ale pewnie jesteś najlepszy w Klasie ?? - próbowałam poprawić Mu humor...
- Jestem...Umiem tabliczkę mnożenia do stu...I dzielić w pamięci do stu...I dodawanie w słupku...I odejmowanie...- wyliczane umiejętności robiły na mnie wrażenie...
- To pewnie zostaniesz Matematykiem, albo Informatykiem... - kontynuowałam rozmowę ...
- Piłkarzem... - oświadczył mój Klient...
- Piłkarzem ?? - zapytałam ze zdziwieniem... - Hmmm...Piłkarzowi matematyka tez jest potrzebna...- stwierdziłam...
- No jasne !! - entuzjastycznie podchwycił Chłopiec... - Trzeba pieniądze liczyć !! Czy Pani wie, że najlepsi zarabiają 36 tysięcy złotych na godzinę ?? Nawet wtedy jak śpią... - otrzymałam wyjaśnienia...
Ło Matko i Córko...
Szczęka mi opadła do kolan...
Twarz Chłopaka emanowała podziwem dla posiadanych informacji...
No cóż...
Na miejscu Pani od matematyki też bym Go chyba na ten konkurs wysłała...
A tak swoją drogą...
Niby taki człek "kumaty" a za darmochę śpi...
środa, 15 stycznia 2014
Rozmowa z przyszłości...
- Babciu...A co grała "Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy" ?? - zapyta mnie kiedyś pewien młody Człowiek...
- Najpiękniejszą muzykę na Świecie...Muzykę miłości i współczucia... - odpowiem...
- A na czym Oni grali ?? - zapyta dociekliwe Stworzenie...
- Na ludzkich sercach... - odpowiem...
- Opowiedz Babciu o tej muzyce... - poprosi...
- Wiele lat temu, kiedy ja jeszcze byłam młoda, a Twoi Rodzice mieli po kilka lat, pewien Człowiek postanowił pomóc chorym Dzieciom...Zebrał kilku, równie jak On szalonych Ludzi i zaczęli przygotowywać pierwszy występ owej Orkiestry...Kiedy po latach Ktoś Go zapytał, czy spodziewał się takiej muzyki, ze wzruszeniem wyznawał, że nie...Poruszył miliony serc...Miliony Ludzi ruszyło z pomocą...Miliony dawały skromne datki do puszek...A potem te pieniążki przeznaczali na zakup urządzeń dla szpitali...Ratowali życie...
- Ty też pomagałaś Babciu ??
- Nie...Ja nie...Chociaż...Czasem Wolontariusze potrzebowali transportu, albo kanapek, albo herbaty, albo ogrzać się troszkę...Orkiestra zawsze grała w zimie, więc czasem trudno było wytrzymać kilka godzin na mrozie...Wtedy nasz dom rozbrzmiewał śmiechem i muzyką...Stosy kanapek znikały z prędkością światła...Miło było patrzeć jaką radość sprawia wszystkich uczestnictwo w Orkiestrze...A wieczorem wszyscy wsiadali w autokary i ruszali "na światełko"...
- A co to ??
- W dużych Miastach organizowane były koncerty, występy, pokazy fajerwerków...To był taki blask bijący w niebo z rozpalonych serc...Twój Tata co roku brał udział w Orkiestrze...I Mama...I Ciocia...Miliony Ludzi na całym Świecie pomagało...
- To dlaczego Orkiestra już nie gra ??
- Widzisz Kochanie...Tam gdzie pojawiają się pieniądze, tam z reguły pojawia się zło...Ludzie zaczynają niszczyć nawet najpiękniejsze plany...Czasem z zazdrości, że to nie Oni są bohaterami...Czasem po prostu dlatego, żeby zniszczyć...
- Ale Was były Miliony !!
- Tak Kochanie...Miliony...Ale, żeby te Miliony obudzić, żeby otworzyły swoje serca, potrzeba jednego Człowieka...Takiego, który rozpali iskrę...Potem Miliony rozpalają Świat miłością...Ale jeśli tą "iskrę" ktoś przydusi, ugasi...Wówczas miłość tli się w każdym z nas osobno i Orkiestra nie zagra...Takim Człowiekiem był Jurek Owsiak...
- Był dobrym Człowiekiem ??
- Nie wiem Kochanie...Może jak każdy z nas...Troszkę dobrym...Troszkę złym...Ale był Iskrą...
Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała przeprowadzić takiej rozmowy...Bo jakiekolwiek mamy poglądy...Jakąkolwiek wyznajemy Religię...Ludzkie serca emanują miłością bez względu na zasobność portfela...A kilkulatek zbierający datki do puszki wierzy w dobro...Jeśli zniszczymy i to...
- Najpiękniejszą muzykę na Świecie...Muzykę miłości i współczucia... - odpowiem...
- A na czym Oni grali ?? - zapyta dociekliwe Stworzenie...
- Na ludzkich sercach... - odpowiem...
- Opowiedz Babciu o tej muzyce... - poprosi...
- Wiele lat temu, kiedy ja jeszcze byłam młoda, a Twoi Rodzice mieli po kilka lat, pewien Człowiek postanowił pomóc chorym Dzieciom...Zebrał kilku, równie jak On szalonych Ludzi i zaczęli przygotowywać pierwszy występ owej Orkiestry...Kiedy po latach Ktoś Go zapytał, czy spodziewał się takiej muzyki, ze wzruszeniem wyznawał, że nie...Poruszył miliony serc...Miliony Ludzi ruszyło z pomocą...Miliony dawały skromne datki do puszek...A potem te pieniążki przeznaczali na zakup urządzeń dla szpitali...Ratowali życie...
- Ty też pomagałaś Babciu ??
- Nie...Ja nie...Chociaż...Czasem Wolontariusze potrzebowali transportu, albo kanapek, albo herbaty, albo ogrzać się troszkę...Orkiestra zawsze grała w zimie, więc czasem trudno było wytrzymać kilka godzin na mrozie...Wtedy nasz dom rozbrzmiewał śmiechem i muzyką...Stosy kanapek znikały z prędkością światła...Miło było patrzeć jaką radość sprawia wszystkich uczestnictwo w Orkiestrze...A wieczorem wszyscy wsiadali w autokary i ruszali "na światełko"...
- A co to ??
- W dużych Miastach organizowane były koncerty, występy, pokazy fajerwerków...To był taki blask bijący w niebo z rozpalonych serc...Twój Tata co roku brał udział w Orkiestrze...I Mama...I Ciocia...Miliony Ludzi na całym Świecie pomagało...
- To dlaczego Orkiestra już nie gra ??
- Widzisz Kochanie...Tam gdzie pojawiają się pieniądze, tam z reguły pojawia się zło...Ludzie zaczynają niszczyć nawet najpiękniejsze plany...Czasem z zazdrości, że to nie Oni są bohaterami...Czasem po prostu dlatego, żeby zniszczyć...
- Ale Was były Miliony !!
- Tak Kochanie...Miliony...Ale, żeby te Miliony obudzić, żeby otworzyły swoje serca, potrzeba jednego Człowieka...Takiego, który rozpali iskrę...Potem Miliony rozpalają Świat miłością...Ale jeśli tą "iskrę" ktoś przydusi, ugasi...Wówczas miłość tli się w każdym z nas osobno i Orkiestra nie zagra...Takim Człowiekiem był Jurek Owsiak...
- Był dobrym Człowiekiem ??
- Nie wiem Kochanie...Może jak każdy z nas...Troszkę dobrym...Troszkę złym...Ale był Iskrą...
Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała przeprowadzić takiej rozmowy...Bo jakiekolwiek mamy poglądy...Jakąkolwiek wyznajemy Religię...Ludzkie serca emanują miłością bez względu na zasobność portfela...A kilkulatek zbierający datki do puszki wierzy w dobro...Jeśli zniszczymy i to...
Subskrybuj:
Posty (Atom)


.jpg)