Kilka tygodni temu w czasie "nawiedzin" Pierworodny wyciągnął z plecaka książkę...
- Pewnie Ci się spodoba...- i nie komentując nic więcej położył ją na regale...
Słowo drukowane przyswajam w każdej ilości, więc protestów nie wnosiłam...
Z babskiej ciekawości zapytałam...
- Skąd masz ??
- Dostaliśmy na prezent ślubny...- oświeciła mnie Synowa...
Echhh...Żeby to teraz człek za mąż wychodził to by zaraz zamiast "wiechci" o książki poprosił...Moja wyobraźnia już ustawiała kolejny książkowy regał...
Wieczorem książka poczłapała ze mną do sypialki...Pierwsza strona i...
Mimo bardzo późnej pory wysłałam Młodemu "buźkę"...
"Wiedziałem"- przyszła odpowiedź...
Ktoś mi piękny prezent zrobił na ten ślub Młodych...
"Fale wojny" Stevena Pressfielda...
To że mam totalnego "hopla" na puncie historii, szczególnie tej starożytnej wiadome jest prawie wszystkim, ale że z tych starożytność najbliżsi memu sercu są Spartanie...??
Uwielbiam Spartan...
Kocham ich miłością ogromną i platoniczną...Bo moje ścieżki jeszcze o Spartę nie zahaczyły...
Może dlatego, żeby marzeń nie rozwiewać, żeby moja Sparta była taka właśnie jak jest...
Starożytna i dziewicza...
Już w czasach szkolnych nie mogłam pojąć dlaczego wtłacza się nam do głów "demokrację ateńską", skorumpowaną, zakłamaną i bezgranicznie niesprawiedliwą...A pomija się ledwie kilkoma linijkami tekstu coś tak nieziemskiego jak spartańskie prawo (jasne i zwięzłe, obowiązujące każdego bez wyjątku), prostotę życia (spartańskie warunki do dzisiaj sławione jako ekstremalnie skromne) i niewyobrażalne wręcz morale narodowe, podporządkowane w każdym względzie interesowi Państwa...
W dzisiejszych czasach brzmi to wręcz jak herezja...
Ale nawet Współcześni doceniali Spartan...
To tam wysyłano Chłopców w celach edukacyjnych...Tam szkolono dowódców...Strategie spartańskie przenoszono na wszystkie pola bitewne...
Ukazane w "Falach wojny" Postacie (książka ma charakter biograficzny oparty na wspomnieniach) to prawdziwy Panteon, chociaż niewątpliwie główną postacią jest Alkibiades (de facto Ateńczyk)...
Ale Książka aż "ocieka" Spartą...
Spartą w zestawieniu z Atenami...
I to jest właśnie wspaniałe...
Może w końcu ktoś zauważy, że ucząc Młodzież demokracji na ateńskich wzorcach, uczy zakłamania, kombinatorstwa, donosów, zbrodni i całego tego "błota" z jakim mamy do czynienia codziennie...
Dwa światy...
Bardzo Ważni Goście
środa, 14 sierpnia 2013
wtorek, 13 sierpnia 2013
Nękanie Małolata, czyli o bezsilności Rodziców...
Jak wiecie z marketów preferujemy te z artykułami budowlanymi, ale i nam czasem zdarza się zabłądzić do przybytków bardziej "przyziemnych"...
Robimy to z reguły "przy okazji", cel mamy skrzętnie określony, a w markecie poruszamy się według zasady "najkrótszą drogą do regału"...
Kiepscy z nas klienci...
Fakt...
Kiedy ostatnio zabłąkaliśmy się do takiego właśnie przybytku "zakupowych rozkoszy" miał miejsce incydent, który, chociaż nas bezpośrednio nie dotyczył, zapadł nam w pamięć na długo...
Przemierzaliśmy właśnie "sprintem" kolejną alejkę, gdy do naszych uszu dotarł dźwięk...Dźwięk tak donośny i wibrujący w uszach, że aż przystanęliśmy z wrażenia...
Płakało dziecko...
Płakało ??
Powiedziałam bym raczej, że darło się nieziemsko, a skowyt, który wydobywało z siebie miał już nutę chrypnięcia...
- Jak nic obdzierają dzieciaka ze skóry...- stwierdził Pan N.
- Obdzierają i solą posypują... - dodałam, bo z samego "obdzierania" to by takiego wrzasku nie było...
Kiedy dotarliśmy do "krzyżówki", naszym oczom ukazał się widok, który "wmurował" nas w podłogę...
Dzieciak lat może sześciu, czerwony na twarzy, że mało nie wybuchnął, zaryczany, uśliniony, zasmarkany, stał między regałami...
Właściwie nie stał...
On się miotał...Rękami machał...Złożonymi w piąstki dłońmi usiłował trafić w Ojca, albo Matkę...Krótkie nóżki na przemian kopały...
Po krótkiej chwili obserwacji jasnym się stało, że "wrogiem nr 1" jest Ojciec...
Rodzice mieli "na oko" po 35-36 lat...
Ojciec z pokorą przyjmował ciosy Małolata...
Jego twarz płonęła wstydem i konsternacją...
Jedyne działanie jakie podjął, to było odsunięcie się od Dzieciaka o krok...
Milczał...
W sumie, milczeniu Ojca się nie dziwiłam, bo we wrzasku Nielota mówienie i tak było by to bezcelowe...
Matka przysiadła na posadzce i usiłowała przytulić Dzieciaka...
Matczyne ramiona usiłowały "spacyfikować" okazywaną agresję...
Bezskutecznie...
Dzieciak nieprzerwanie wrzeszczał...Rodzice ewidentnie czekali aż opadnie z sił...Ludzie przystawali i przyglądali się owej scence rodzajowej...
- A mówiłam, że chodzenie z dzieciakami po marketach powinni uznać za sport ekstremalny...- wymruczałam bardziej do siebie niż do Pana N.
Moje mruczenie i tak by się przez wytwarzane decybele nie przebiło...
Wróciliśmy do przerwanych zakupów, pozostawiając ową Rodzinkę sobie...
Wiedzieliśmy, że Rodzice są bez szans...
Jak mają zdyscyplinować Nielota w amoku ??
Czułym szeptem ??
Serdecznym uściskiem ??
No chyba, że skapitulują całkiem i wrócą do regału z zabawkami...
Wśród "Gapiów" znalazło się kilka Osób z obsługi...
W odróżnieniu od współczujących spojrzeń Klientów, Ich wzrok był wymowny...
Albo wrócą do "zabawek", albo...
W dłoniach trzymali telefony, a ja miałam dziwne wrażenie, że jeśli problem przez Rodziców nie zostanie natychmiast rozwiązany, to zadzwonią...
Albo zgłoszą zakłócanie porządku...
Albo ...
Nękanie Małolata ??
Robimy to z reguły "przy okazji", cel mamy skrzętnie określony, a w markecie poruszamy się według zasady "najkrótszą drogą do regału"...
Kiepscy z nas klienci...
Fakt...
Kiedy ostatnio zabłąkaliśmy się do takiego właśnie przybytku "zakupowych rozkoszy" miał miejsce incydent, który, chociaż nas bezpośrednio nie dotyczył, zapadł nam w pamięć na długo...
Przemierzaliśmy właśnie "sprintem" kolejną alejkę, gdy do naszych uszu dotarł dźwięk...Dźwięk tak donośny i wibrujący w uszach, że aż przystanęliśmy z wrażenia...
Płakało dziecko...
Płakało ??
Powiedziałam bym raczej, że darło się nieziemsko, a skowyt, który wydobywało z siebie miał już nutę chrypnięcia...
- Jak nic obdzierają dzieciaka ze skóry...- stwierdził Pan N.
- Obdzierają i solą posypują... - dodałam, bo z samego "obdzierania" to by takiego wrzasku nie było...
Kiedy dotarliśmy do "krzyżówki", naszym oczom ukazał się widok, który "wmurował" nas w podłogę...
Dzieciak lat może sześciu, czerwony na twarzy, że mało nie wybuchnął, zaryczany, uśliniony, zasmarkany, stał między regałami...
Właściwie nie stał...
On się miotał...Rękami machał...Złożonymi w piąstki dłońmi usiłował trafić w Ojca, albo Matkę...Krótkie nóżki na przemian kopały...
Po krótkiej chwili obserwacji jasnym się stało, że "wrogiem nr 1" jest Ojciec...
Rodzice mieli "na oko" po 35-36 lat...
Ojciec z pokorą przyjmował ciosy Małolata...
Jego twarz płonęła wstydem i konsternacją...
Jedyne działanie jakie podjął, to było odsunięcie się od Dzieciaka o krok...
Milczał...
W sumie, milczeniu Ojca się nie dziwiłam, bo we wrzasku Nielota mówienie i tak było by to bezcelowe...
Matka przysiadła na posadzce i usiłowała przytulić Dzieciaka...
Matczyne ramiona usiłowały "spacyfikować" okazywaną agresję...
Bezskutecznie...
Dzieciak nieprzerwanie wrzeszczał...Rodzice ewidentnie czekali aż opadnie z sił...Ludzie przystawali i przyglądali się owej scence rodzajowej...
- A mówiłam, że chodzenie z dzieciakami po marketach powinni uznać za sport ekstremalny...- wymruczałam bardziej do siebie niż do Pana N.
Moje mruczenie i tak by się przez wytwarzane decybele nie przebiło...
Wróciliśmy do przerwanych zakupów, pozostawiając ową Rodzinkę sobie...
Wiedzieliśmy, że Rodzice są bez szans...
Jak mają zdyscyplinować Nielota w amoku ??
Czułym szeptem ??
Serdecznym uściskiem ??
No chyba, że skapitulują całkiem i wrócą do regału z zabawkami...
Wśród "Gapiów" znalazło się kilka Osób z obsługi...
W odróżnieniu od współczujących spojrzeń Klientów, Ich wzrok był wymowny...
Albo wrócą do "zabawek", albo...
W dłoniach trzymali telefony, a ja miałam dziwne wrażenie, że jeśli problem przez Rodziców nie zostanie natychmiast rozwiązany, to zadzwonią...
Albo zgłoszą zakłócanie porządku...
Albo ...
Nękanie Małolata ??
poniedziałek, 12 sierpnia 2013
"Nie-Samotne Drzewo"...
Biedna ta skołatana gordyjska duszyczka...A to papierzyska drze bez opamiętania, żeby śmieciową normę wyrobić, a to siedzi przy klawiaturce i niczym świstak dziobie kody na kasę fiskalną...
Ale się dziewczyna zaparła...
No cóż...
Skoro postanowiła, że nie odda na ministerialne fanaberie czegoś co budowali z Panem N. przez kilkanaście lat...
Hmmm...
Zobaczymy...
Rozumy ministerialne nieprzeniknione, a rozszerzającą się biurokrację ktoś przecież finansować musi...
Pewnie nie jedno jeszcze wyzwanie gordyjski czerep czeka...
Kiedy jednak dusza już przelewa się z czary i nijak zapanować nad emocjami nie można, skołowanej duszyczce trzeba dać wytchnienie...
A każdy wie, że gdzie jak gdzie, ale wytchnienia szukać trzeba w lesie...
No to Gordyjka postanowiła stacjonarnie owo wytchnienie sobie sprawić...
Las w naturze ma co prawda kilka kroków od domu, ale na to i sił, i czasu trzeba, więc...
Skoro Mahomet nie może do góry...
Od kilku miesięcy strasznie Gordyjkę "kręciło" to wyzwanie...
Chodziła...Dumała...Ścianie się przyglądała...
Aż w końcu...
Pewnego wieczoru wzięła do ręki węgiel i zaczęła nieporadnie kreślić pierwsze kreski...
Ogrom ściany odrobinę ją przerażał...Kłębiące się "pod kopułą" obrazy raz migały wyraźnie, to znowu okrywały się mgiełką...
Sama siebie pytała...
"Dasz radę ??"...
Ale z każdą kreską, z niebytu zieloności wyłaniało się ono...
"Nie-Samotne Drzewo"...
I po kilku dniach w sypialce pojawiło się...Jeszcze surowe...Uparte...
Drzewo z gatunku tych, co to byle wiaterkowi się nie poddają...
Może nie kusi urokiem...
Może zbyt siermiężne...
Przyjdzie jednak dzień, w którym drzewo przybierze dokładnie taką formę, jaka w gordyjskiej duszy drzemie...
Nie-Samotną...
Ale się dziewczyna zaparła...
No cóż...
Skoro postanowiła, że nie odda na ministerialne fanaberie czegoś co budowali z Panem N. przez kilkanaście lat...
Hmmm...
Zobaczymy...
Rozumy ministerialne nieprzeniknione, a rozszerzającą się biurokrację ktoś przecież finansować musi...
Pewnie nie jedno jeszcze wyzwanie gordyjski czerep czeka...
Kiedy jednak dusza już przelewa się z czary i nijak zapanować nad emocjami nie można, skołowanej duszyczce trzeba dać wytchnienie...
A każdy wie, że gdzie jak gdzie, ale wytchnienia szukać trzeba w lesie...
No to Gordyjka postanowiła stacjonarnie owo wytchnienie sobie sprawić...
Las w naturze ma co prawda kilka kroków od domu, ale na to i sił, i czasu trzeba, więc...
Skoro Mahomet nie może do góry...
Od kilku miesięcy strasznie Gordyjkę "kręciło" to wyzwanie...
Chodziła...Dumała...Ścianie się przyglądała...
Aż w końcu...
Pewnego wieczoru wzięła do ręki węgiel i zaczęła nieporadnie kreślić pierwsze kreski...
Ogrom ściany odrobinę ją przerażał...Kłębiące się "pod kopułą" obrazy raz migały wyraźnie, to znowu okrywały się mgiełką...
Sama siebie pytała...
"Dasz radę ??"...
Ale z każdą kreską, z niebytu zieloności wyłaniało się ono...
"Nie-Samotne Drzewo"...
I po kilku dniach w sypialce pojawiło się...Jeszcze surowe...Uparte...
Drzewo z gatunku tych, co to byle wiaterkowi się nie poddają...
Może nie kusi urokiem...
Może zbyt siermiężne...
Przyjdzie jednak dzień, w którym drzewo przybierze dokładnie taką formę, jaka w gordyjskiej duszy drzemie...
Nie-Samotną...
niedziela, 11 sierpnia 2013
"Strzał w kolano", czyli jak powiększyć dziurę budżetową...
Kiedy ogłaszałam publicznie, że Pani Ministra Mucha jest moją najbardziej "lubianą" Ministrą, nawet mi do łepetynki nie przyszło, że taki ferment moje uczucia wywołają...Żeby to jeszcze ferment był lokalny, albo powiedzmy regionalny, to pikuś...
Moje "lubienie" Ministry Muchy wywołało fermentację odgórną, czyli na samej szczycie "drabiny" albo "łańcucha pokarmowego", jak kto woli...
Musi, że w Rządzie bardzo Im zależy, żeby mi tematów na bloga nie brakowało...
Pamiętacie jak Pan Premier trzy lata temu ogłosił, że my "Zielona Wyspa" jesteśmy, żeby nas od Irlandii nie przezywać, a owe "zieloności" główną zasługą są małych i średnich przedsiębiorstw ??
Ja pamiętam doskonale...
Tym razem Pan premier mówił prawdę...
Przemysłu to my już właściwie nie mamy, bo co się dało za bezcen "obcy kapitał" zgarnął i produkcję do Azji przeniósł...
W sektorze paliwowym siedzą głównie obce Koncerny odkąd Pan Z. wykrył, że każdy posiadacz stacji paliw w Polsce to mafiozo...
Handel opiera się głównie na hipermarketach serwujących Klientom żywność tak nafaszerowaną chemią, że producenci rozważają likwidację oświetlenia w lodówkach...
W bankach już niedługo trzeba będzie znać przynajmniej dwa języki, żeby konto założyć...
Rolnicy niebawem będą na krowich zadach kody kreskowe przyklejać, bo opcja kwadratowych pomidorów i prostych bananów nie przeszła...
Lipa...Prawdziwa lipa...
Pozostało więc Panu Premierowi małe i średnie przedsiębiorstwa pochwalić, bo a nuż się rozmyślą i wyjadą do Anglii na zmywak...
No to pochwalił, uczcił i premierowskim uśmiechem obdarzył...
Z tym, że Pan Premier chyba swojego przemówienia z resztą Rządu nie uzgadniał, albo Bidulek nie ma wcale pojęcia co Jego Ministrowie w "rękawach" trzymają...
A szczerze powiem...
Przy Ministrach Pana Premiera, Wielki Szu to jest Cienias i Lebiega !!
I to poniekąd jest właśnie gordyjskim problemem...
Nijak już ogarnąć nie umiem, który z owych uzdolnionych Twórców naszego życia gospodarczego i społecznego na moje uczucia zasługuje najbardziej...
Czy Ministra, która "poniekąd" i "ponoć" zna się na sporcie ??
Czy Minister, który miał nam autostrady pobudować, ale postanowił zająć się problemem "względności czasu" i namiętnie zbiera czasomierze ??
Czy Minister, który ma chronić środowisko, a póki co stworzył machinę biurokratyczną i procedury, których już chyba nawet Jego rozum nie ogarnia ??
Czy Minister "od pustej kasy", najbliższy memu sercu od kilku dni ??
Wiecie co wymyślił ów Człek, mający się za Geniusza Ekonomii ??
Od 1 października każdy paragon z kasy fiskalnej oprócz napisu, że jest paragonem fiskalnym ma posiadać jeszcze kilka bardzo ważnych informacji...
Musi być mianowicie, możliwość wbicia na kasę fiskalną numeru NIP Nabywcy, czyli Klienta...
Po co ??
Pojęcia nie mam, bo jak Firma zakupy robi to głównie na Faktury VAT, a "Kowalski" już nawet owego NIP-u nie otrzymuje...
Ale co tam...
Ministerstwo Pustej Kasy wie lepiej...
Prawdziwą jednak perełką jest wymóg, aby na paragonach fiskalnych znalazł się dokładny opis sprzedawanego produktu...
Kupisz w Zieleniaku papryczkę różnokolorową to na paragoniku będzie: 20dkg papryki żółtej, 20dkg papryki zielonej, 20dkg papryki czerwonej, a jak w sprzedaży jest jeszcze papryka słodka, ostra i bardzo ostra, to w rozbiciu na kolorystykę i walory smakowe...
Ile będą trwały zakupy "na sałatkę jarzynową" tego w Ustawie nie uwzględniono...
Od kasy odchodzić będziemy z paragonami na metry...Pięć metrów średnie zakupy...Dziesięć metrów zakupy niedzielne...
Podobno ma to przynieść korzyść...
Jeszcze nie wpadłam na to jaką...
Chyba, że zamiast prasy będziemy sobie te paragony czytywać do porannej kawy...
Ale problem czytelnictwa w Polsce to inna "brocha", a problem z kasami też jest całkiem inny...
Wszystkie małe i średnie Przedsiębiorstwa, zobligowane przepisami do rejestracji sprzedaży na kasach fiskalnych kupowały urządzenia dedykowane dla tych usług, czy handlu...
Po kiego czorta mieli inwestować w rozbudowane urządzenie skoro ich sprzedaż obejmuje powiedzmy tysiąc pozycji ??
A nie ukrywajmy...
Zakup kasy fiskalnej to nie jest marnych kilka złotych...
No i teraz zonk !!
Jak wprowadzić owo "pełne nazewnictwo" w kasach, które nie mają takich możliwości technicznych ??
Ministerstwo Pustej Kasy wie !!
Należy kupić nową kasę fiskalną !!
Mimo, że ta "stara" pracuje poprawnie, mimo iż pamięć fiskalna wystarczy jeszcze na kilka lat...
Ciągniecie gospodarkę ??
Nie daliście Ojczyzny w kryzysie utopić ??
To nie ma to tamto !!
Czas Was wykończyć !!
To się nazywa "dbałość o interes społeczny", określany również przez Pana Premiera "wolnością gospodarczą"...
To będzie piękna wolność...
Pracujący na granicy rentowności mali i średni Przedsiębiorcy bardzo dobrze umieją liczyć...
Liczyć tylko i wyłącznie na Siebie...
Pozamykają to co jeszcze walczy z marketami, korporacjami i holdingami, i zaczną żyć...
Żyć na koszt Państwa...
Czy Pan Minister od Pustej Kasy ujął owe straty w swoich kalkulacjach ??
Jeśli nie, to coś mi się zdaje, że będzie to kolejny "strzał w kolano", czyli dziurawienie Budżetu...
Moje "lubienie" Ministry Muchy wywołało fermentację odgórną, czyli na samej szczycie "drabiny" albo "łańcucha pokarmowego", jak kto woli...
Musi, że w Rządzie bardzo Im zależy, żeby mi tematów na bloga nie brakowało...
Pamiętacie jak Pan Premier trzy lata temu ogłosił, że my "Zielona Wyspa" jesteśmy, żeby nas od Irlandii nie przezywać, a owe "zieloności" główną zasługą są małych i średnich przedsiębiorstw ??
Ja pamiętam doskonale...
Tym razem Pan premier mówił prawdę...
Przemysłu to my już właściwie nie mamy, bo co się dało za bezcen "obcy kapitał" zgarnął i produkcję do Azji przeniósł...
W sektorze paliwowym siedzą głównie obce Koncerny odkąd Pan Z. wykrył, że każdy posiadacz stacji paliw w Polsce to mafiozo...
Handel opiera się głównie na hipermarketach serwujących Klientom żywność tak nafaszerowaną chemią, że producenci rozważają likwidację oświetlenia w lodówkach...
W bankach już niedługo trzeba będzie znać przynajmniej dwa języki, żeby konto założyć...
Rolnicy niebawem będą na krowich zadach kody kreskowe przyklejać, bo opcja kwadratowych pomidorów i prostych bananów nie przeszła...
Lipa...Prawdziwa lipa...
Pozostało więc Panu Premierowi małe i średnie przedsiębiorstwa pochwalić, bo a nuż się rozmyślą i wyjadą do Anglii na zmywak...
No to pochwalił, uczcił i premierowskim uśmiechem obdarzył...
Z tym, że Pan Premier chyba swojego przemówienia z resztą Rządu nie uzgadniał, albo Bidulek nie ma wcale pojęcia co Jego Ministrowie w "rękawach" trzymają...
A szczerze powiem...
Przy Ministrach Pana Premiera, Wielki Szu to jest Cienias i Lebiega !!
I to poniekąd jest właśnie gordyjskim problemem...
Nijak już ogarnąć nie umiem, który z owych uzdolnionych Twórców naszego życia gospodarczego i społecznego na moje uczucia zasługuje najbardziej...
Czy Ministra, która "poniekąd" i "ponoć" zna się na sporcie ??
Czy Minister, który miał nam autostrady pobudować, ale postanowił zająć się problemem "względności czasu" i namiętnie zbiera czasomierze ??
Czy Minister, który ma chronić środowisko, a póki co stworzył machinę biurokratyczną i procedury, których już chyba nawet Jego rozum nie ogarnia ??
Czy Minister "od pustej kasy", najbliższy memu sercu od kilku dni ??
Wiecie co wymyślił ów Człek, mający się za Geniusza Ekonomii ??
Od 1 października każdy paragon z kasy fiskalnej oprócz napisu, że jest paragonem fiskalnym ma posiadać jeszcze kilka bardzo ważnych informacji...
Musi być mianowicie, możliwość wbicia na kasę fiskalną numeru NIP Nabywcy, czyli Klienta...
Po co ??
Pojęcia nie mam, bo jak Firma zakupy robi to głównie na Faktury VAT, a "Kowalski" już nawet owego NIP-u nie otrzymuje...
Ale co tam...
Ministerstwo Pustej Kasy wie lepiej...
Prawdziwą jednak perełką jest wymóg, aby na paragonach fiskalnych znalazł się dokładny opis sprzedawanego produktu...
Kupisz w Zieleniaku papryczkę różnokolorową to na paragoniku będzie: 20dkg papryki żółtej, 20dkg papryki zielonej, 20dkg papryki czerwonej, a jak w sprzedaży jest jeszcze papryka słodka, ostra i bardzo ostra, to w rozbiciu na kolorystykę i walory smakowe...
Ile będą trwały zakupy "na sałatkę jarzynową" tego w Ustawie nie uwzględniono...
Od kasy odchodzić będziemy z paragonami na metry...Pięć metrów średnie zakupy...Dziesięć metrów zakupy niedzielne...
Podobno ma to przynieść korzyść...
Jeszcze nie wpadłam na to jaką...
Chyba, że zamiast prasy będziemy sobie te paragony czytywać do porannej kawy...
Ale problem czytelnictwa w Polsce to inna "brocha", a problem z kasami też jest całkiem inny...
Wszystkie małe i średnie Przedsiębiorstwa, zobligowane przepisami do rejestracji sprzedaży na kasach fiskalnych kupowały urządzenia dedykowane dla tych usług, czy handlu...
Po kiego czorta mieli inwestować w rozbudowane urządzenie skoro ich sprzedaż obejmuje powiedzmy tysiąc pozycji ??
A nie ukrywajmy...
Zakup kasy fiskalnej to nie jest marnych kilka złotych...
No i teraz zonk !!
Jak wprowadzić owo "pełne nazewnictwo" w kasach, które nie mają takich możliwości technicznych ??
Ministerstwo Pustej Kasy wie !!
Należy kupić nową kasę fiskalną !!
Mimo, że ta "stara" pracuje poprawnie, mimo iż pamięć fiskalna wystarczy jeszcze na kilka lat...
Ciągniecie gospodarkę ??
Nie daliście Ojczyzny w kryzysie utopić ??
To nie ma to tamto !!
Czas Was wykończyć !!
To się nazywa "dbałość o interes społeczny", określany również przez Pana Premiera "wolnością gospodarczą"...
To będzie piękna wolność...
Pracujący na granicy rentowności mali i średni Przedsiębiorcy bardzo dobrze umieją liczyć...
Liczyć tylko i wyłącznie na Siebie...
Pozamykają to co jeszcze walczy z marketami, korporacjami i holdingami, i zaczną żyć...
Żyć na koszt Państwa...
Czy Pan Minister od Pustej Kasy ujął owe straty w swoich kalkulacjach ??
Jeśli nie, to coś mi się zdaje, że będzie to kolejny "strzał w kolano", czyli dziurawienie Budżetu...
piątek, 9 sierpnia 2013
Jak wyrzucać pieniądze do śmieci...
Siedziała sobie Gordyjka cichutko, w kąciku, na malusim zydelku i tarmosiła jakieś papierzyska...
Jedne karteluszki targała na maleńkie kawałeczki, inne karteluszki mięła w łapkach...
Cały pokoik wypełniał dziwaczny, papierzany szelest...
Szu...Szu...Szu...
Szur...Szur...Szur...
Mieszkający w pokoiku Krasnoludek nie wytrzymał...Najpierw wyglądał ze swojej norki ciekawie, aż w końcu zebrał się na odwagę i podszedł bliżej...
- Co Ty robisz Gordyjko ?? - zapytał i przekrzywił łepetynkę odzianą w czerwoną czapeczkę...
- Śmieci produkuję... - wyznała Gordyjka nie przerywając nawet swojego "szurania"...
- Jak to produkujesz ?? Śmieci ?? - z niedowierzaniem dopytywał Krasnoludek...
- Normalnie produkuję...Targam...Drę...Tarmoszę...- wyjaśniła Gordyjka...
- Ale po co ?? - dociekał Krasnalek...
- Bo mam okrutny tych śmieci niedobór...- odpowiedziała Gordyjka...
Krasnalek aż z wrażenia przysiadł na podłodze obok ogromnej sterty natarmoszonych przez Gordyjkę śmieci...
"Jak nic Gordyjce ostatnie upały zaszkodziły" - pomyślał Krasnolud...- "Zawsze taka racjonalna, rozsądna...Coś się musiało naszej Gordyjce stać"...
- Dobrze się czujesz ?? - zapytał, bo go ta sytuacja zaczęła ogromnie niepokoić...
- Bardzo dobrze...- odpowiedziała Gordyjka...- jeszcze ze 300 litrów śmieci naprodukuję i będę mogła sobie odpocząć...
Krasnoludek aż się za łepetynkę w czerwonej czapeczce złapał...
- Ty mi tu zaraz mów dlaczego te śmieci produkujesz !! - zażądał zdenerwowany...
- Normę taką mam... - odpowiedziała zajęta dziewczyna...
- Nic nie rozumiem...- wyznał Krasnal...
- To tak jak ja... - odpowiedziała Gordyjka...- O Ustawie śmieciowej słyszałeś ?? - zapytała...
- Słyszałem... - odpowiedział Krasnalek... - ale tam raczej pisze o tym jak się śmieci pozbyć, a nie że trzeba je na gwałt produkować... - dodał...
- Ha !! - zakrzyknęła Gordyjka gromko...- w tym cały wic !!
Krasnal zbaraniał całkowicie...
- Zawsze się miałem za myślące stworzenie, ale teraz to ja już nic nie kapuję... - wyznał Krasnal z pokorą...
- Jak mi pomożesz w tej śmieciowej produkcji to zaraz Ci wszystko opowiem... - odrzekła Gordyjka i zapakowała do worka kolejną porcję śmieci...
Krasnal ochoczo przystał na propozycję, przysiadł na podłodze koło gordyjskiego zydelka i zaczął tarmosić papierzyska...
- W tej śmieciowej Ustawie jest zapis taki, że jak umowę na wywóz jakaś Firma podpisuje to płaci nie od ilości wytworzonych śmieci, nie od ilości zatrudnionych ludzi, nie od rodzaju działalności, tylko od metrażu lokalu, w którym pracuje...- zaczęła swoje wyjaśnienia Gordyjka...- jak w takim lokalu siedzi na przykład Wróżka i przepowiada przyszłość z kryształowej kuli, albo z fusów, to zapłaci za śmieci tyle samo co bar szybkiej obsługi wydający posiłki na plastykowych talerzykach...Wróżka za cały dzień wyrzuci do kubełka trochę fusów po herbacie, a bar kilka worków zużytych naczyń...
- Jak to tyle samo ?? - zapytał Krasnolud zdziwiony...
- Nooo...Tak to mądrze obmyślili jak Ustawę pisali...Ryczał to się nazywa...Masz metraż - masz śmieci...- odpowiedziała Gordyjka...
- A jak nie masz tych śmieci ?? - zapytał całkiem skołowany Krasnoludek...
- Jak nie masz to produkujesz... - odrzekła Gordyjka i uśmiechnęła się smutno...- przecież w końcu za nie płacisz...
- Durnowate to jakieś...- wyznał po zastanowieniu Krasnal...
- Durnowate...- potwierdziła Gordyjka...
- Dużo musimy jeszcze tych śmieci naprodukować ?? - zapytał Krasnoludek...
- Jakieś 300 litrów...- oceniła na oko Gordyjka...
- To może ja po Rodzinę zadzwonię ?? - zapytał uczynny Krasnalek i z czerwonego kubraczka wyciągnął malusią komóreczkę...
- Zadzwoń !! W życiu nie wyprodukujemy z Panem N. tyle odpadów...I powiedz Rodzinie, że to będzie stała praca...- podpowiadała Gordyjka zawiązując pierwszy z worków... - w tym miesiącu jeszcze nam trzech brakuje...- dodała i smutno pokiwała głową...
Jedne karteluszki targała na maleńkie kawałeczki, inne karteluszki mięła w łapkach...
Cały pokoik wypełniał dziwaczny, papierzany szelest...
Szu...Szu...Szu...
Szur...Szur...Szur...
Mieszkający w pokoiku Krasnoludek nie wytrzymał...Najpierw wyglądał ze swojej norki ciekawie, aż w końcu zebrał się na odwagę i podszedł bliżej...
- Co Ty robisz Gordyjko ?? - zapytał i przekrzywił łepetynkę odzianą w czerwoną czapeczkę...
- Śmieci produkuję... - wyznała Gordyjka nie przerywając nawet swojego "szurania"...
- Jak to produkujesz ?? Śmieci ?? - z niedowierzaniem dopytywał Krasnoludek...
- Normalnie produkuję...Targam...Drę...Tarmoszę...- wyjaśniła Gordyjka...
- Ale po co ?? - dociekał Krasnalek...
- Bo mam okrutny tych śmieci niedobór...- odpowiedziała Gordyjka...
Krasnalek aż z wrażenia przysiadł na podłodze obok ogromnej sterty natarmoszonych przez Gordyjkę śmieci...
"Jak nic Gordyjce ostatnie upały zaszkodziły" - pomyślał Krasnolud...- "Zawsze taka racjonalna, rozsądna...Coś się musiało naszej Gordyjce stać"...
- Dobrze się czujesz ?? - zapytał, bo go ta sytuacja zaczęła ogromnie niepokoić...
- Bardzo dobrze...- odpowiedziała Gordyjka...- jeszcze ze 300 litrów śmieci naprodukuję i będę mogła sobie odpocząć...
Krasnoludek aż się za łepetynkę w czerwonej czapeczce złapał...
- Ty mi tu zaraz mów dlaczego te śmieci produkujesz !! - zażądał zdenerwowany...
- Normę taką mam... - odpowiedziała zajęta dziewczyna...
- Nic nie rozumiem...- wyznał Krasnal...
- To tak jak ja... - odpowiedziała Gordyjka...- O Ustawie śmieciowej słyszałeś ?? - zapytała...
- Słyszałem... - odpowiedział Krasnalek... - ale tam raczej pisze o tym jak się śmieci pozbyć, a nie że trzeba je na gwałt produkować... - dodał...
- Ha !! - zakrzyknęła Gordyjka gromko...- w tym cały wic !!
Krasnal zbaraniał całkowicie...
- Zawsze się miałem za myślące stworzenie, ale teraz to ja już nic nie kapuję... - wyznał Krasnal z pokorą...
- Jak mi pomożesz w tej śmieciowej produkcji to zaraz Ci wszystko opowiem... - odrzekła Gordyjka i zapakowała do worka kolejną porcję śmieci...
Krasnal ochoczo przystał na propozycję, przysiadł na podłodze koło gordyjskiego zydelka i zaczął tarmosić papierzyska...
- W tej śmieciowej Ustawie jest zapis taki, że jak umowę na wywóz jakaś Firma podpisuje to płaci nie od ilości wytworzonych śmieci, nie od ilości zatrudnionych ludzi, nie od rodzaju działalności, tylko od metrażu lokalu, w którym pracuje...- zaczęła swoje wyjaśnienia Gordyjka...- jak w takim lokalu siedzi na przykład Wróżka i przepowiada przyszłość z kryształowej kuli, albo z fusów, to zapłaci za śmieci tyle samo co bar szybkiej obsługi wydający posiłki na plastykowych talerzykach...Wróżka za cały dzień wyrzuci do kubełka trochę fusów po herbacie, a bar kilka worków zużytych naczyń...
- Jak to tyle samo ?? - zapytał Krasnolud zdziwiony...
- Nooo...Tak to mądrze obmyślili jak Ustawę pisali...Ryczał to się nazywa...Masz metraż - masz śmieci...- odpowiedziała Gordyjka...
- A jak nie masz tych śmieci ?? - zapytał całkiem skołowany Krasnoludek...
- Jak nie masz to produkujesz... - odrzekła Gordyjka i uśmiechnęła się smutno...- przecież w końcu za nie płacisz...
- Durnowate to jakieś...- wyznał po zastanowieniu Krasnal...
- Durnowate...- potwierdziła Gordyjka...
- Dużo musimy jeszcze tych śmieci naprodukować ?? - zapytał Krasnoludek...
- Jakieś 300 litrów...- oceniła na oko Gordyjka...
- To może ja po Rodzinę zadzwonię ?? - zapytał uczynny Krasnalek i z czerwonego kubraczka wyciągnął malusią komóreczkę...
- Zadzwoń !! W życiu nie wyprodukujemy z Panem N. tyle odpadów...I powiedz Rodzinie, że to będzie stała praca...- podpowiadała Gordyjka zawiązując pierwszy z worków... - w tym miesiącu jeszcze nam trzech brakuje...- dodała i smutno pokiwała głową...
wtorek, 6 sierpnia 2013
Nie całkiem leniwe leżakowanie na kanapie...
O urlopie było...
O ogródku było...
Hmmm...
To teraz przyszła kolej na zajęcia bardziej stabilne, żeby nie powiedzieć stacjonarne...
Nie wiem jak Wy, ale ja jak tylko usadzę "szanowną" na kanapie, to aż mnie kręci...
Jak tak siedzieć i nic ??
Nijak nie umiem...
Poopa na kanapę - łapki do pracy...Ot co !!
No i od tego leniwego kanapowania nasza ściana zyskała nową ozdóbkę...
Pół roku Gordyjka pływała haftowanym kajakiem w samotności...
Pół roku !!
I w końcu zyskała towarzystwo...
Pan N. dołączył do swej połowicy...
I teraz mogą sobie buszować po bezkresnych wodach jeziorka razem...Tak jak buszują tym prawdziwym kajaczkiem...
A Gordyjka co ??
Gordyjka już kombinuje w co teraz łapki "wsadzić"...;o)
O ogródku było...
Hmmm...
To teraz przyszła kolej na zajęcia bardziej stabilne, żeby nie powiedzieć stacjonarne...
Nie wiem jak Wy, ale ja jak tylko usadzę "szanowną" na kanapie, to aż mnie kręci...
Jak tak siedzieć i nic ??
Nijak nie umiem...
Poopa na kanapę - łapki do pracy...Ot co !!
No i od tego leniwego kanapowania nasza ściana zyskała nową ozdóbkę...
Pół roku Gordyjka pływała haftowanym kajakiem w samotności...
Pół roku !!
I w końcu zyskała towarzystwo...
Pan N. dołączył do swej połowicy...
I teraz mogą sobie buszować po bezkresnych wodach jeziorka razem...Tak jak buszują tym prawdziwym kajaczkiem...
A Gordyjka co ??
Gordyjka już kombinuje w co teraz łapki "wsadzić"...;o)
poniedziałek, 5 sierpnia 2013
Zielone królestwo, czyli historia pewnego ogródka...
Ten rok był wyjątkowy...
Zima jakoś nie spieszyła się z odejściem, śnieg jeszcze w kwietniu zalegał szaro-burymi płatami, a ziemia niczym zbroja trudną była do przebicia...
Z coraz większą niecierpliwością spoglądałam na prognozy pogody...
I z coraz większym rozczarowaniem zerkałam na zakupione nasionka...
Czyżby w tym roku mój balkonowy ogródek, czyli ogródkowy balkonik, miał świecić pustymi ścianami...??
Jak żyć bez zielonego ??
Niepodobna...
Rozłożyłam więc swój ogródkowy interes w pokoju i nie bacząc na długoterminowe prognozy rozpoczęłam zasiewy...
Na pohybel !!
Ogródek zamieszkał w pokoju...
Dobrze mu było...Cieplutko...Żadna zima nie była mu straszną...
A kiedy wiosna nieśmiało zaczęła pukać w okna, ogródek stał się wędrownikiem...
Rano maszerował na balkonik...
A wieczorami wracał pod ławeczkę...
Roślinki szybko zrozumiały, że są kochane jak żadne inne i szybciutko wystawiły z doniczek swoje maleńkie listeczki...
- Jesteśmy !! Jesteśmy !! - wołały wesoło maleńkie maciejki...
- Ech...Wy moje mikrusy... - szeptałam do roślinek czule...
Ale roślinki wcale takimi mikrusami nie były...Z dnia na dzień przybywało listeczków...Jakby Matka Natura chciała nadgonić stracony czas...
A potem skrzyneczki rozjarzyły się kolorkami...
Ale największą radość sprawił niepozorny, żółty kwiatuszek...Maleńki prymus...Pomidorek :o)
Przed wyjazdem na Kaszuby pozabezpieczaliśmy roślinki jak tylko się dało, wygłosiłam porywające przemówienie na co mają uważać i jak mają strzec swych zieloności, spojrzałam na nie z troską i pozostawiłam same...
Wyrodna ze mnie ogrodniczka...
Kiedy w czasie urlopku usłyszałam o niesamowitych burzach i gradobiciach wiedziałam, że powrót do domu przyjemnym nie będzie...
Jak nic zmarnieje moje zielone królestwo...
I miałam rację...
Mało się nie poryczałam na widok balkonowej ruiny...
Maciejka wysuszona na wiór...
Pomidorki ledwie się skrzyneczek trzymały...
A słoneczniki...
Ło Matko i Córko...
Wszystkie biedaki połamane...
Kiedy pierwsza rozpacz mi przeszła złapałam za sekator i konewkę...Aaaa...No i taśmę klejącą...
I ruszyłam moim roślinkom z odsieczą...
Słoneczniki pooklejałam taśmą niczym gipsem i powiązałam niczym temblakiem...Pomidorki dostały bardzo gustowne drabinki bambusowe...Uschnięte części powycinałam...Wody nie oszczędzałam...
I kiedy brudna jak nieboskie stworzenie i umęczona słusznie siadłam na progu balkonu, mój ogródeczek zaszemrał...
- Walczyłem ile mogłem...Spójrz co mam dla ciebie...
Pomidorek !! Prawdziwy pomidorek !! Prymus mój ukochany !!
Przez kilka dni żyłam w niepewności, czy moje zieloności przetrwają...
Przetrwały !!
I wymizerowana maciejka rozpachniła się pięknie, i słoneczniki mimo złamań zebrały się do życia i za kilka dni zakwitną słoneczną kaskadą...Kaskadą, bo każdy z nich ma przynajmniej po trzy ogromne pąki...Kocimiętka zebrała nadwątlone siły i puszcza świeżutkie pędy...
A pomidorki...
Pomidorki osypały się kwieciem...
I zielonymi perełkami...
Moje zielone królestwo ma najpiękniejsze klejnoty na Świecie...
Najpiękniejsze i bardzo waleczne...;o)
Zima jakoś nie spieszyła się z odejściem, śnieg jeszcze w kwietniu zalegał szaro-burymi płatami, a ziemia niczym zbroja trudną była do przebicia...
Z coraz większą niecierpliwością spoglądałam na prognozy pogody...
I z coraz większym rozczarowaniem zerkałam na zakupione nasionka...
Czyżby w tym roku mój balkonowy ogródek, czyli ogródkowy balkonik, miał świecić pustymi ścianami...??
Jak żyć bez zielonego ??
Niepodobna...
Rozłożyłam więc swój ogródkowy interes w pokoju i nie bacząc na długoterminowe prognozy rozpoczęłam zasiewy...
Na pohybel !!
Ogródek zamieszkał w pokoju...
Dobrze mu było...Cieplutko...Żadna zima nie była mu straszną...
A kiedy wiosna nieśmiało zaczęła pukać w okna, ogródek stał się wędrownikiem...
Rano maszerował na balkonik...
A wieczorami wracał pod ławeczkę...
Roślinki szybko zrozumiały, że są kochane jak żadne inne i szybciutko wystawiły z doniczek swoje maleńkie listeczki...
- Jesteśmy !! Jesteśmy !! - wołały wesoło maleńkie maciejki...
- Ech...Wy moje mikrusy... - szeptałam do roślinek czule...
Ale roślinki wcale takimi mikrusami nie były...Z dnia na dzień przybywało listeczków...Jakby Matka Natura chciała nadgonić stracony czas...
A potem skrzyneczki rozjarzyły się kolorkami...
Ale największą radość sprawił niepozorny, żółty kwiatuszek...Maleńki prymus...Pomidorek :o)
Przed wyjazdem na Kaszuby pozabezpieczaliśmy roślinki jak tylko się dało, wygłosiłam porywające przemówienie na co mają uważać i jak mają strzec swych zieloności, spojrzałam na nie z troską i pozostawiłam same...
Wyrodna ze mnie ogrodniczka...
Kiedy w czasie urlopku usłyszałam o niesamowitych burzach i gradobiciach wiedziałam, że powrót do domu przyjemnym nie będzie...
Jak nic zmarnieje moje zielone królestwo...
I miałam rację...
Mało się nie poryczałam na widok balkonowej ruiny...
Maciejka wysuszona na wiór...
Pomidorki ledwie się skrzyneczek trzymały...
A słoneczniki...
Ło Matko i Córko...
Wszystkie biedaki połamane...
Kiedy pierwsza rozpacz mi przeszła złapałam za sekator i konewkę...Aaaa...No i taśmę klejącą...
I ruszyłam moim roślinkom z odsieczą...
Słoneczniki pooklejałam taśmą niczym gipsem i powiązałam niczym temblakiem...Pomidorki dostały bardzo gustowne drabinki bambusowe...Uschnięte części powycinałam...Wody nie oszczędzałam...
I kiedy brudna jak nieboskie stworzenie i umęczona słusznie siadłam na progu balkonu, mój ogródeczek zaszemrał...
- Walczyłem ile mogłem...Spójrz co mam dla ciebie...
Pomidorek !! Prawdziwy pomidorek !! Prymus mój ukochany !!
Przez kilka dni żyłam w niepewności, czy moje zieloności przetrwają...
Przetrwały !!
I wymizerowana maciejka rozpachniła się pięknie, i słoneczniki mimo złamań zebrały się do życia i za kilka dni zakwitną słoneczną kaskadą...Kaskadą, bo każdy z nich ma przynajmniej po trzy ogromne pąki...Kocimiętka zebrała nadwątlone siły i puszcza świeżutkie pędy...
A pomidorki...
Pomidorki osypały się kwieciem...
I zielonymi perełkami...
Moje zielone królestwo ma najpiękniejsze klejnoty na Świecie...
Najpiękniejsze i bardzo waleczne...;o)
Subskrybuj:
Posty (Atom)












.jpg)
.jpg)


