Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

wtorek, 11 września 2012

Odwiedziny szpaczka

Siedzi szpaczek na parapecie,
po szpaczkowemu coś plecie...
Gapi się na mnie przez szybę,
dziwi się i ja się dziwię...

Łebek pociesznie przekrzywia,
i szyjka szpaczka jest krzywa,
i łapeczki krzywo stoją,
a oczka...nic się nie boją.

Patrzę na szpaczka zza szyby,
jak sterczy tak cały krzywy,
dziobek zdziwiony otwiera,
na mnie zza szyby spoziera.

Ciepło mi jakoś na duszy,
gdy małe skrzydełka puszy,
do lotu się szpak sposobi...
Wtem, sprężył się...kupę zrobił.

niedziela, 9 września 2012

Zaczarowane chwile w czarodziejskiej dolinie...

"Już kocham cię tyle lat,
na przemian w mroku i w śpiewie,
może to już jest osiem lat,
a może dziewięć - nie wiem.
Splątało się, zmierzchło - gdzie ty, a gdzie ja,
już nie wiem - i myślę w pół drogi,
że tyś jest rewolta i klęska, i mgła,
a ja to twe rzęsy i loki."

                               K.I.Gałczyński







                                                                          "Kochanie, moje kochanie,
                                                  dobranoc, już jesteś senna -
                                                  i widzę twój sen na ścianie,
                                                  i noc jest taka wiosenna!
                                                                  Jedyna moja na świecie,
                                                                  jakże wysławię twe imię?
                                                                  Ty jesteś mi wodą w lecie
                                                                  i rękawicami w zimie.
                                                   Tyś szczęście moje wiosenne,
                                                   zimowe, latowe, jesienne -
                                                   lecz powiedz mi na dobranoc,
                                                   wyszeptaj przez usta senne:
                                                                 za cóż to taka zapłata,
                                                                 ten raj przy Tobie tak błogi?...
                                                                 Tyś jesteś światłem świata
                                                                 i pieśnią mojej drogi."






        
"Pyłem księżycowym być na twoich stopach,
wiatrem przy twej wstążce, mlekiem w twoim kubku,
papierosem w ustach, ścieżką pośród chabrów,
ławką gdzie spoczywasz, książką, którą czytasz.

Przeszyć cię jak nitką, otoczyć jak przestwór,
być porami roku dla twych drogich oczu
i ogniem w kominku, i dachem co chroni
przed deszczem."





                                            "Pokochałem ciebie w noc błękitna,
                                            w noc grającą, w noc bezkresna.
                                            Jak od lamp, od serc było widno,
                                            gdyś westchnęła, kiedym westchnął.

                                            Pokochałem ciebie i boso,
                                            i w koronie, i o świcie, i nocą.

                                            Jeśli tedy kiedyś mi powiesz:
                                            Po coś, miły, tak bardzo pokochał?
                                            Powiem: Spytaj się wiatru w dąbrowie,
                                            czemu nagle upadnie z wysoka
                                            i obleci całą dąbrowę,
                                            szuka, szuka: gdzie jagody głogowe?"      


"We śnie jestes moja i pierwsza,
we śnie jestem pierwszy dla ciebie.
Rozmawiamy o kwiatach i wierszach,
psach na ziemi i ptakach na niebie.

We śnie w lasach są jasne polany,
spokój złoty i niesłychany,
pocałunki zielone jak paproć.

Albo jesteś egipska królowa,
jak miód słodka i mądra jak sowa,
a ja jestem dla ciebie jak światło. 





                                     - Powiedz mi jak mnie kochasz.
                                     - Powiem.
                                     - Więc?
                                     - Kocham cie w słońcu. I przy blasku świec.
                                       Kocham cię w kapeluszu i w berecie.
                                       W wielkim wietrze na szosie, i na koncercie.
                                       W bzach i w brzozach, i w malinach, i w klonach.
                                       I gdy śpisz. I gdy pracujesz skupiona.
                                       I gdy jajko roztłukujesz ładnie -
                                       nawet wtedy, gdy ci łyżka spadnie.
                                       W taksówce. I w samochodzie. Bez wyjątku.
                                       I na końcu ulicy. I na początku.
                                       I gdy włosy grzebieniem rozdzielisz.
                                       W niebezpieczeństwie. I na karuzeli.
                                       W morzu. W górach. W kaloszach. I boso.
                                       Dzisiaj. Wczoraj. I jutro. Dniem i nocą.
                                       I wiosną, kiedy jaskółka przylata.





                                    

     - A latem jak mnie kochasz?
     - Jak treść lata.
     - A jesienią, gdy chmurki i humorki?
     - Nawet wtedy, gdy gubisz parasolki.
     - A gdy zima posrebrzy ramy okien?
     - Zimą kocham cię jak wesoły ogień.
       Blisko przy twoim sercu. Koło niego.
       A za oknami śnieg. Wrony na śniegu.








P.S. Z serdecznymi podziękowaniami dla Mistrza Gałczyńskiego i wszystkich Przyjaciół, którzy przysłali ogrom życzeń dla Nowożeńców :o)



         

sobota, 8 września 2012

Poetycko, muzycznie, romantycznie...czyli jak złapałam anginę :o)

     Kiedy na pytanie Znajomej "co słychać?" streściłam pokrótce wydarzenia ostatnich tygodni, Znajoma rzuciła:
     - Wy to się weźcie przeprowadźcie do tego Krakowa...
     Hmmm...
     Niegłupia myśl, tyle że taka bardziej mało realna...
     Kraków kochamy, to fakt, ale przecież naszym miejsce na Ziemi lata temu stał się Zaścianek...
A to, że nas tak do Krakowa ciągnie ?? 
No cóż...
Zgiełk uliczek Stare Miasta, baczne spojrzenie Adasia na Rynku Głównym, wieczorny spacer nad Wisełką w stronę pięknie oświetlonego "Wafelka"...
Miło odwiedzać "nasze miejsca" i miło wracać do Zaścianka...
Takie to nasze uczuciowe zamotanie...
     W poniedziałek, kiedy Młodzi właśnie przysłali SMS-ka o szczęśliwym dotarciu do celu podróży poślubnej, my byliśmy w połowie drogi do...Krakowa. Nieważne, że po pracy byliśmy trochę zmęczeni, nieważne że w domciu pozostało jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, Kraków nas wezwał do natychmiastowego przybycia...
Tym razem ten Kraków poetycko-muzyczny...
     W kinie Kijów miał się odbyć koncert, na którym obecność uznaliśmy za obowiązkową, i który miał być apogeum rocznicowego świętowania...


     Świętowaliśmy nie tylko my, ale również główny bohater owego Koncertu...Pan Richard Feliks Styła.

http://www.youtube.com/watch?v=LCaFwrSp3c0&feature=relmfu 

     Koncerty w "Kijowie" mają specyficzną atmosferę i klimacik jakiego nie spotkałam w żadnej innej sali, Widzowie z reguły świetnie się na nich bawią, a Twórcy mają z Widzami bezpośredni kontakt, nawiązując swobodny dialog. Pan Styła kontakt nawiązał po pierwszych kilku słowach, a Jego wrażliwość artystyczna dawała się odczuć w każdym wystąpieniu...A jak się mawia, "jaki Gospodarz tacy Goście"...A Gości Pan Styła miał przednich...

- Elżbieta Adamiak

http://www.youtube.com/watch?v=3nQylRnlqrE 

- Katarzyna Cygan

http://www.youtube.com/watch?v=BVvVGZMdBxQ 

- Basia Stępniak Wilk

http://www.youtube.com/watch?v=0uuYicF9eUg 

- Adam Ziemianin

http://www.ziemianin.art.pl/index-wiersze.htm 

"Wyszliśmy piękni dla siebie
I tacy zadziwieni
Nasze serca gorące
Bić równo zaczęły
Jakby same tylko były na Ziemi"


- Andrzej Poniedzielski

http://www.youtube.com/watch?v=rbHQSPeyy7g 

- Szymon Zychowicz

http://www.youtube.com/watch?v=--oO8XTk21U 

- Marcin Daniec

http://www.youtube.com/watch?v=PI13BMS9PJo 

- Tomasz Wachnowski

http://www.youtube.com/watch?v=WPVPa9kSrkM 

- Wacław Juszczyszyn

http://www.youtube.com/watch?v=guumhm0NP4g 

- Wojciech Jarociński

http://www.youtube.com/watch?v=MtPE-7H_V_w 

- Grzegorz Bukała

http://www.youtube.com/watch?v=A5cc-yBIIe0&feature=related

- Jerzy Filar

http://www.youtube.com/watch?v=euZnnrEHS5E

- Paweł Dróżdż

- Agata Rymanowicz

http://www.youtube.com/watch?v=lRmKb5TpTpE 

- Tadeusz Krok & Agata Rymanowicz (ogromnie się nam Pani Agata podobała ;o))

http://www.youtube.com/watch?v=Yq_m50oyy0w 

- Andrzej Sikorowski (to tak odrobinę z przekory ;o))

http://www.youtube.com/watch?v=DjJuKbnXGkI

- Jan Budziaszek

     Po takiej dawce poezji, muzyki i romantyzmu pozostało tylko...


pójść na nocny spacer nad Wisełkę...

     Czego niewątpliwym dowodem jest rozkwitająca pięknie angina Waszej Gordyjki...Apsiiik :o)

 

środa, 5 września 2012

Takie sobie świętowanie...

     W piątek Młodzi mieli rozpocząć przygotowania do podróży poślubnej, a my mieliśmy podjąć ostateczną decyzję, w którym zakątku Kraju świętować zamierzamy rocznicę ślubu...
Wyzwania były spore...
I na wyzwaniach się skończyło...
     Młodzi przygotowań nawet nie rozpoczęli, bo Synowa wróciła późnym wieczorem z delegacji i ducha w sobie ledwie czuła, a my jakoś wcale nie mieliśmy polotu do wymyślania świętowania, widząc podający za oknami deszcz...
Po naradzie plemiennej postanowiliśmy sobotę przeznaczyć na zakupy...
To akurat było rozwiązaniem rozsądnym, bo i Młodym się parę drobiazgów na wyjazd przyda i my parę rzeczy mamy w "pamięci"...
     Odwieźliśmy więc "dropsika" do znachora, bo ma w międzyczasie przejść drobny remoncik i ruszyliśmy na podbój marketów...
Młodzi jakoś wcale nie przejawiali ochoty porzucania naszego towarzystwa, mimo, że czasu na przygotowania mieli coraz mniej...
No cóż...
W sumie wiemy, że fajni jesteśmy ;o), ale rozsądek musiał wziąć górę...
Odstawiliśmy Młodych pod domek, nie zdradzając Im naszych dalszych wędrówkowych planów...
A plany były, że ho ho...
     Najpierw poszliśmy nakarmić ciałka (tutaj powinnam opisać pewną pizzę serwowaną w jednym z krakowskich marketów, ale że mam dzisiaj bardzo łaskawe usposobienie, a w słowniku języka polskiego nie znalazła odpowiednich porównań, więc napiszę tylko, że pizza owa była zbrodnią nad owym szlachetnym pokarmem), tym razem do "paszodajni" sprawdzonej, uzupełniliśmy zakupki i ruszyliśmy do kina...
     W założeniach miało być to dzieło mało ambitne i bardzo rozrywkowe..."Niezniszczalni 2"...
     Od razu się przyznam, że lubię kino akcji, żeby nie było, że się matrona pacha, a nie wie gdzie...
W "Niezniszczalnych" grają wszak wszyscy "bohaterowie" owego kina, których przez lata podziwiałam na małym i dużym ekranie...  


     Strzelanka, efekty, zadyma na całego, dowcipne teksty i podteksty,  i coś czego się po tym filmie nie spodziewałam...
     Przesłanie...
     Może owo przesłanie jest skierowane do wąskiego grona widzów, ale jest...
     Przesłanie mijającego czasu...
     Twarze "Bohaterów", jak to mawia Andrzej Poniedzielski, nie są już nawet poorane zmarszczkami...to szkody górnicze...
     Sylwetki noszą jeszcze ślady treningów i dbałości o "masę mięśniową", ale teraz okrywa je raczej świetnie dobrana, maskująca "defekty" odzież...
     Szybkość działania maskuje strategia taka bardziej...spacerowa...
     A w tym wszystkim dowcip i ogromny dystans do siebie...
Oni nie ukrywają, że mają już swoje latka i młodsi nie będą...Nie tworzą legendy "dla pokoleń"...
Po prostu byli "legendami", a teraz świetnie się tym bawią...
Przy okazji bawi się również widz...
     Jedno jest pewne, że jeśli śmiech to zdrowie, to ja wyszłam z kina dużo zdrowsza, niż weszłam...A śmieć się przestałam dopiero w połowie drogi do Zaścianka...
     Jeśli więc potrzebujecie dobrej zabawy i znacie tych Panów z poprzednich "wcieleń" (każda scena to odniesienie do przeszłości) to polecam wizytę w kinie...
Niech Wam idzie na zdrowie...:o)



niedziela, 2 września 2012

O sile persfazji i radosnym kul rzucaniu...

     Lubię różne wyzwania, ale przyznać się muszę, że wizyta w Kręgielni wyzwalała u mnie dziwne odczucia...
Może dlatego, że pokazywany w mediach ich obraz, to z reguły miejsce spotkań młodych Ludzi...
Gwar, alkohol i bite bez opamiętania rekordy...
No cóż, kiedyś trzeba wyobrażenie skonfrontować z rzeczywistością...
     Gwar rzeczywiście panował niezły, bo i muzyczka sączyła się w tle i gra wyzwalała niezłe emocje...
     Przy stolikach siedziała rzeczywiście w większości Młodzież...
     No i faktem jest, że największe "branie" miało w barku piwo...
Ale...
     Ale nie było tam żadnych wrzasków, a Grający odnosili się do siebie z widoczną sympatią, pożyczali sobie kule, ustępowali sobie siedzących miejsc jeśli była potrzeba, a wyjątkowo udane rzuty były nagradzane uśmiechami i oklaskami nawet przy sąsiednich stolikach...
     Młodzieży było sporo, ale były również stoliki "wielopokoleniowe", przy których zasiadali gracze od kilku do kilkudziesięciu lat...
     Piwo miało "branie", ale każdy sączył je po łyczku, a spora część zadowalała się owocowymi sokami...
     Dostaliśmy wymagane przepisami buciki i rozpoczęłam pierwszą w życiu partię "kręgli", a właściwie "bowlinga"...
     Młody pokazał jak wkładać palce, żebym od razu nie wylądowała na urazówce i pełna animuszu ruszyłam do stanowiska z kulami...
Ło Matko i Córko !! 
Ogłupieli chyba do reszty...
Jak ja mam takie cudactwo podnieść trzema palcami ?? 
A już wywijać tym przepisowo to ani myślę...
Złapałam kulę w dwie ręce i ruszyłam na tor...
     - Mamo !! Najlepiej zrób dwutakt i noga za siebie !! - podpowiadał Synalek...
     - Ja Ci zaraz zrobię dwutakt... - pomyślałam sobie i tarabaniłam tą kulę posapując lekko...Przy samym torze wsadziłam paluchy w te nieszczęsne otworki i ...
Nie ma to tamto...
Jakaś "klapka" mi się chyba otworzyła, bo rzut wyszedł całkiem zgrabny, a kula ku mojemu zaskoczeniu zaczęła się toczyć w wymaganym kierunku...
Żeby czasem nie zapeszyć, lekko przymknęłam oczy i czekałam na wynik końcowy...
Trafiłam !! 
Orzesz...(ko)...!! 
Trafiłam...!! 
     Nie to żebym zaraz trzasnęła "strika", bo przewróciło się ledwie sześć kręgli, ale sam fakt, że nie walnęłam w boczne korytko wydawał mi się sukcesem...
Pierwsze koty za płoty...Pierwsze, bo drugich nie było...
Hmmm...
Właściwie były, tyle, że farta miałam nieziemskiego i kiedy walnęłam tym ciężarnym "dziadostwem" opadł mechanizm blokujący kręgle i...tor się zablokował, a na moim koncie pojawił się magiczny wynik "10"...
Objęłam prowadzenie :o) 
Ależ to było przyjemne uczucie...
Nie powiem, żeby to było sprawiedliwe...Ale przyjemne było...
     Dzieciaki oczywiście od razu pobiegły do obsługi załatwić zmianę toru (!)...
     Kolejne rzuty bywały różne...Czasem trafiałam w boczne korytko, co wywoływało salwy śmiechu...Czasem trafiałam bardzo przyzwoicie, a nawet zrobiłam dwa "striki", co podbudowywało mnie ogromnie...
Graliśmy w piątkę, więc przez godzinną rundę rozegraliśmy tylko jeden mecz, ale było bardzo przyjemnie, ekscytująco i radośnie...
Widok matrony walczącej z kulą wyzwalał u wszystkich radosne uśmiechy...U matrony też...
Mecz wygrała Synowa...:o) 
Co prawda w ostatnim rzucie Syn miał spore szanse na wygraną, bo brakowało mu niewiele,ale kiedy Synowa rzuciła...
     -Jak wygrasz spisz na materacu...
Syn dziwnym trafem wcale nie trafił...
To się nazywa siła perswazji...;o)
     Różnice między Graczami wynosiły dwa - trzy punkty, więc wszyscy byli zadowoleni, a my postanowiliśmy wrócić do kręgielni jeszcze nie raz...
Muszę tylko potrenować podnoszenie ciężarów...;o) 

piątek, 31 sierpnia 2012

Muzyczna niedziela, bez muzyki...

     Obowiązki dopadły mnie tak okrutnie, że nijak siąść chwileczkę i literek kilka wrzucić...
Ot, życie...
A winna Wam jestem dokończenie niedzielnej opowieści...
Odwiedziny u Dzieciaków miały być bowiem zaczątkiem jedynie do ogromnie ekscytującego dnia...
     Nie ma co ukrywać, od roku czekaliśmy na ten dzień...
     Koncert Orkiestry Straussowskiej w Wieliczce...
     Muzyczne święto miało być tym przyjemniejsze, że Dzieciaki zgłosiły akces do uczestnictwa w owym wydarzeniu i z wielką ekscytacją oczekiwaliśmy na Ich wrażenia...
     Tak więc, słonik znalazł swoje zaszczytne miejsce na półeczce, herbatka została wypita (jako parapetówka) i ruszyliśmy w drogę...
Lękiem lekkim napawał nas fakt, iż koncert miał być plenerowy, a pogoda była bardziej niż kapryśna, była po prostu byle jaka...
Po lekkich perturbacjach odnaleźliśmy Zamek Żupny w Wieliczce, "nagusek" został zaparkowany jak należy i ruszyliśmy...
Złe przeczucia niestety zostały potwierdzone...
     Pogoda wykluczyła koncert w plenerze...Orkiestra przeniosła się do sal Muzeum, a tam miejsc jest mniej niż mało...
Sala nabita po brzegi...Krzesełka podostawiane gdzie się tylko dało...Publiczność siedziała nawet na schodkach...
Orzesz...(ko)...
Tyle kilometrów i lipa...
Młodzi siedli na dostawianej ławeczce w sąsiedniej sali...My stanęliśmy w przejściu między salami...
Pierwsze takty i już wiedzieliśmy, że z takiego delektowania się muzyką nic nie będzie...
No to trzeba zastosować plan awaryjny...
     Ze smutkiem opuściliśmy Zamek Żupny i ruszyliśmy do Krakowa...
     Tam czekał na nas koncert Trio akordeonowego...
     Pogoda ze wszystkich sił usiłowała nas zniechęcić do jakichkolwiek wojaży...Chmurzyska pełzły niziutko nad ziemią...Siąpawica wlewała się za kołnierze...
Echhh...
     Znaleźć koncert w necie to pikuś...
     Znaleźć odpowiednie krużganki w Krakowie !! To jest dopiero wyzwanie...
Informacja zerowa...
     W końcu udało się nam odkryć tajemnicze krużganki i informację, iż bilety można nabyć w punkcie informacyjnym...
Ło Matko i Córko...
Toż właśnie z owego "punktu" żeśmy przyczłapali...
Wracamy...
Kilka minut, bo Panienka z Informacji wykładała coś zapamiętale dwóm Anglikom i...zonk...
To nie ten punkt informacyjny, ten nam potrzebny jest tuż obok, ale właśnie skończył pracę dziesięć minut temu...
     Panienka widząc nasze ociekające wodą liczka próbowała nas pocieszyć...
     - Może niech Państwo spróbują po drugiej stronie ulicy, tam też jest punkt...
No to człapiemy...
     Kolejny punkt informacyjny, kolejna Panienka, kolejni Anglicy i...kolejna informacja, że to nie ten punkt, tamten pracuje do siedemnastej, więc jest już zamknięty, ale możemy poczekać do dwudziestej i może nas na ten koncert bez biletów wpuszczą...
Aha !! 
Już widzę jak siedzimy pod Kościołem przez prawie trzy godziny i deszczem ociekamy...A potem nas informują, że przecież mogliśmy sobie bileciki w punkcie informacyjnym nabyć...
Widać nie dane nam wcale muzyki "na żywca" zaznać...
Jakaś magiczna ta niedziela...Bezmuzyczna...
     Buziulki nam się lekko wykrzywiły, więc czas był najwyższy poziom endorfinek w organizmie podnieść...
Zakotwiczyliśmy w "Wedlu" i dopieszczaliśmy się czekoladką na gorąco...
Kilka łyków "czarodziejskiego płynu" i humorki wróciły do równowagi...
     - To co ?? - zapytał Młody...- kręgle ??
     - Kręgle !! - odpowiedzieliśmy zgodnie i muzyczna niedziela zmieniła charakter na niedzielę usportowioną...
     Ogromnie byłam ciekawa tych emocji, bo w kręgielki jeszcze nie miałam zaszczytu grać...
Ale o tym to już następnym razem...     

wtorek, 28 sierpnia 2012

Rodzicielski odwet...

     Tradycyjnie do rzeczy podchodząc wiadomo, że jak się kogoś nawiedza pierwszy raz w nowym mieszkaniu, to musowo wręczyć jakiś prezencik na to nowe pomieszkanie...
A tradycja rzecz święta...
     Nasi Młodzi po weselnej zadymie wpadli w życiowy kołowrotek w niezłym tempie...Jak na Młodych przystało urlopiku mają rozmiary skromne, więc wszystko cokolwiek trzeba było pozałatwiać przybrało format "przed pracą", albo "po pracy"...
Drobiazgi, pal sześć, ale ledwie nogi przestały Ich boleć po weselnych szaleństwach stanęli przed pierwszym poważnym wyborem...
Musieli poszukać sobie mieszkanka do wynajęcia, bo przecież w "studenckiej komunie" trudno o małżeńską stabilizację...
W niedzielę pojechaliśmy to owo lokum podziwiać...
     Ledwie próg żeśmy przekroczyli i owo "M" oczętami omietli, spojrzałam na Pana N. porozumiewawczo i przemowę rodzicielską zaczęłam...
     - Zgodnie z tradycją powinniśmy Wam teraz wręczyć coś na nowe mieszkanie...Powinno to być albo coś praktycznego, co jest wykluczone skoro nie wiedzieliśmy co już w majątku posiadacie...Albo coś roślinkowego, ale skoro wiemy że w zamierzeniach macie jeszcze kilka przeprowadzek i wojaży malowniczych, więc i to żeśmy wykluczyli, żeby Wam życiorysów nie komplikować...Albo coś co młode małżeństwo scali, więc jakieś zwierzątko...- i głos w tym momencie zawiesiłam delikatnie.
     Synowa moją przemowę przyjęła jak zawsze z malowniczymi dołeczkami na policzkach, uśmiechając się do mnie promieniście...
     Syn z każdym słowem bladł...Bladł, a w Jego oczach pojawiało się przerażenie...Wiedział, że Rodziców ma raczej z gatunku "nieobliczalnych" i nerwowo rozglądał się gdzie owego żywego stwora żeśmy ukryli...Twarz rozświetlało milion myśli jakie przelatywały mu przez głowę...
     - Postanowiliśmy więc, podarować Wam to... - i z fałd pelerynki wydobyłam małego słonika, z purpurową różyczką w trąbie, w trąbie oczywiście wywiniętej do góry...
     Mina Syna ??
     Bezcenna !!
     Słonik oczywiście zaraz znalazł swoje miejsce na półeczce, a Syn z widoczną ulgą zaczął uświadamiać Synową jakież to było zagrożenie...
     - To był taki mały rewanżyk Synku, za wiercenie nam dziury w brzuchach o psa...- przyznałam się szczerze...

     Mam nadzieję, że słonik spisze się świetnie i szczęście Im będzie towarzyszyło przez cały czas...