- A może pojedziemy zobaczyć krakowskie podziemia ?? - zapytał Pan N. i już wiedziałam, że Jego "Szwędak" nie zapadł w zimowy sen...
- Hmmm... - zastanawiałam się nad wycieczką, bo wizja wieczornego Krakowa kusiła niezmiernie...
Rezerwacja biletów przez necika, "Nagusek" jednostajnie mruczy z zadowolenia i już parkujemy pod gmaszyskiem Biblioteki Jagiellońskiej...
Jak ja lubię wieczorne spacerki po Krakowie !!
Do Sukiennic docieramy przed czasem (ostatnie wejście do Podziemi 18:45) i możemy zacząć buszować w "starożytnościach"...
- Z plecakiem nie wolno !! - słyszę nagle, kiedy szperam za schowanymi w portfelu biletami...
Spoglądam zdziwiona na Pana z ochrony (bo chyba był to Pan z ochrony), a mój plecaczek wzdycha euforycznie...
"Słyszałaś !! Nazwał mnie plecakiem !!"
- Słucham ?? - ignoruję entuzjazm plecaczka i spoglądam z zainteresowaniem na Pana z ochrony...
- Z plecakiem nie wolno !! - odburkuje mi Pan z ochrony z miną taką jakbym przed chwilą zamordowała Mu Matkę...
- Z tym ?? - dopytuję, bo moja percepcja nie może przyswoić komunikatu...
- Z plecakiem nie wolno !! - powtarza jak mantrę Pan z ochrony...
Z niedowierzaniem spoglądam na mój plecaczek (rozmiar 20*20), noszony przeze mnie jak torebka na jednym ramieniu, na Pana z ochrony i na równie zdziwionego jak ja Pana N.
- A z tym mogę ?? - pyta dla ścisłości Pan N. machając swoją saszetką rozmiarem zbliżoną do mojego "plecaka"...
Pan z ochrony rzuca pobieżnym spojrzeniem na saszetkę i komunikuje...
- To nie plecak !! - jest to dla nas odkrywcze...
- Z plecakiem nie wolno !! - Pan z ochrony kontynuuje swój monodram...
- Można go zostawić w sejfie... - uzyskuję informację po kilku minutach przyglądania się plecaczkowi...
Przed oczami pojawia mi się zawartość (jak życie w godzinie zgonu) i kiwam głową...
- Nie zostawię...- komunikuję Panu z ochrony...
Moje zaufanie do publicznych sejfów jest w znacznej mierze ograniczone, a zaufanie do Pracowników ochrony w takich miejscach ograniczone jest jeszcze bardziej...
Pozostało nam jedynie opuścić historyczny przybytek...
Gdy nagle...
- A jeśli zrobię z niego torebkę ?? - zapytałam Pana z ochrony...
- Z torebką można...Z plecakiem nie wolno !! - usłyszałam...
Jednym ruchem przeciągnęłam pasek "plecaka" i przewiesiłam przez ramię...
- Tak dobrze ?? - zapytałam...
- To nie plecak...- usłyszałam aprobatę moich poczynań i kolona się pode mną ugięły...
Orzesz...(ko)...
Szczerze przyznam...
Dusza we mnie wrzała...
Panu N. też niewiele brakowało do wybuchu...
Pan z ochrony był napastliwy i nieuprzejmy, żeby nie nazwać rzeczy po imieniu...Arogancją...
Wyjaśnień, w czym zawinił biedny plecaczek nie otrzymałam...
Takie zarządzenie...
Hmmm...
Zwiedziłam wiele historycznych przybytków, i to nie tylko w naszym Kraju, ale nigdzie się nie spotkałam z taką ignorancją...
Turysta z reguły porusza się z plecakiem, więc...??
Nawet względy bezpieczeństwa nie mogą być brane pod uwagę, bo w podziemiach spotkałam kilkadziesiąt osób z ogromnymi "torbiszczami", w których mogli schować przynajmniej trzy miny przeciwczołgowe...
Zagrożeniem krakowskich podziemi, w takim razie, pozostaje "plecak"...Sam w sobie...
A niech tam...
Wracajmy do chluby Krakowa...
Podziemia...
Może to i chluba, ale na nas zrobił ów przybytek kiepskie wrażenie...
Cała ekspozycja nafaszerowana chromem, szkłem i pleksą, zatraca jakoś klimat wykopalisk...
A najbardziej "bije w oczy" podłoga...
Może łatwa w utrzymaniu czystości (płytki), ale jakoś ogromnie nie współgra z otoczeniem...
Z podziemi zrobiono kolejne Muzeum...
Wszędzie monitory i tumult wyświetlanych filmików...
Gdzie miejsce na refleksję ?? Na wyciszenie ??
Szczerz mówiąc...
Brak klimatu...
Z ulgą przyjęliśmy fakt, iż nie czekaliśmy kilku godzin, aby zwiedzić owo podziemie w czasie "Nocy Muzeów"...
Co nam utkwi w pamięci poza grubiaństwem Pana z ochrony ??
Poczet naszych Władców "z niespodzianką"...
A poza tym wszystko jak wszędzie...
Szkoda...
Dwa światy...
Bardzo Ważni Goście
sobota, 9 listopada 2013
piątek, 8 listopada 2013
Sześciolatki...
Mleko się rozlało,
nie ma mamy, taty.
Choć lat mamy mało,
czas nam w kazamaty.
Pakujmy tornistry,
kapcie czas pakować,
tak chciały Ministry,
nie ma co pomstować.
Że bawić się chcemy ?
Że strach nam bez mamy ?
Koniec głupiej tremy.
Naukę zaczynamy !
Czas prać nam umysły,
tresować jak małpy.
Czyś jest umysł ścisły,
czy bardziej otwarty.
Bez lalki, bez misia,
będzie los tułaczy,
lecz jedno już wiemy...
Milion...Nic nie znaczy !
nie ma mamy, taty.
Choć lat mamy mało,
czas nam w kazamaty.
Pakujmy tornistry,
kapcie czas pakować,
tak chciały Ministry,
nie ma co pomstować.
Że bawić się chcemy ?
Że strach nam bez mamy ?
Koniec głupiej tremy.
Naukę zaczynamy !
Czas prać nam umysły,
tresować jak małpy.
Czyś jest umysł ścisły,
czy bardziej otwarty.
Bez lalki, bez misia,
będzie los tułaczy,
lecz jedno już wiemy...
Milion...Nic nie znaczy !
czwartek, 7 listopada 2013
Do "Piekła" Dantego z Panem Brownem...
Przez kilka dni leżała na stoliku i nawet jej nie rozpakowałam...
Premedytacja taka...
W niedzielę nie wytrzymałam...
Pogładziłam purpurową okładkę (na zdjęciu barwna obwoluta, zwana prze mnie "podkoszulkiem") i...
"Lasciate ogni speranza, voi ch`entrate"...
Tak właśnie powinnam zakrzyknąć...
"Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją"...
No to się pożegnałam...
Wkroczyłam "z cichego świata w światy wiecznie drżące, w nową dziedzinę, nieśmiertelnie ciemną"...
Poetyka Dantego i analityka Browna...
Rzecz idealna na długie, nudne, jesienne wieczory...
W sumie...Nie tylko na wieczory...
Mnie Pan Brown po prostu oczarował (jak zawsze)...
Uwielbiam Jego styl pisania...Lekki...Prosty...Bez literackiego "wymądrzania"...
A przy tym...
Pan Brown ma niewątpliwy dar do gmatwania fabuły i osadzania jej w nierealnych realiach...
Gdziekolwiek podążamy za Bohaterem to czujemy powiewy wiatru, zapach morza, słoneczne światło wpadające przez witraże...I mimo, iż wędrówka nasza jest męcząca przy lekturze odpoczywamy...
Z tym, że Pan Brown lubi "coś" pozostawić po sobie...
Jakąś drobinkę, która zapada w pamięć...
Przesłanie, które "musimy" przeanalizować...
Jakiś obraz, który "tkwi" przed oczami...
A kiedy czyta się ostatnie zdanie, Człek już tęskni...
Jak się rozkochać w Paryżu, Rzymie, czy Florencji ??
Przeczytać Browna...
Jak przetrwać jesienne szarości ??
Przeczytać Browna...
Jak przetrwać do kolejnej premiery Jego książki ??
Inferno...
Prawdziwe piekło niedoczekania...
Premedytacja taka...
W niedzielę nie wytrzymałam...
Pogładziłam purpurową okładkę (na zdjęciu barwna obwoluta, zwana prze mnie "podkoszulkiem") i...
"Lasciate ogni speranza, voi ch`entrate"...
Tak właśnie powinnam zakrzyknąć...
"Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją"...
No to się pożegnałam...
Wkroczyłam "z cichego świata w światy wiecznie drżące, w nową dziedzinę, nieśmiertelnie ciemną"...
Poetyka Dantego i analityka Browna...
Rzecz idealna na długie, nudne, jesienne wieczory...
W sumie...Nie tylko na wieczory...
Mnie Pan Brown po prostu oczarował (jak zawsze)...
Uwielbiam Jego styl pisania...Lekki...Prosty...Bez literackiego "wymądrzania"...
A przy tym...
Pan Brown ma niewątpliwy dar do gmatwania fabuły i osadzania jej w nierealnych realiach...
Gdziekolwiek podążamy za Bohaterem to czujemy powiewy wiatru, zapach morza, słoneczne światło wpadające przez witraże...I mimo, iż wędrówka nasza jest męcząca przy lekturze odpoczywamy...
Z tym, że Pan Brown lubi "coś" pozostawić po sobie...
Jakąś drobinkę, która zapada w pamięć...
Przesłanie, które "musimy" przeanalizować...
Jakiś obraz, który "tkwi" przed oczami...
A kiedy czyta się ostatnie zdanie, Człek już tęskni...
Jak się rozkochać w Paryżu, Rzymie, czy Florencji ??
Przeczytać Browna...
Jak przetrwać jesienne szarości ??
Przeczytać Browna...
Jak przetrwać do kolejnej premiery Jego książki ??
Inferno...
Prawdziwe piekło niedoczekania...
wtorek, 5 listopada 2013
Jak zostałam przemynikiem cz. IV i ostatnia...
Nasza wakacyjna przygoda zbliżała się do końca, a ja z każdą chwilą miałam coraz większy dylemat...W końcu poszłam do naszego "Bossa"...
- Szefie...Ile forintów mogę przewieźć przez granicę ?? - zapytałam...
- Dwa tysiące dwieście...Jakoś tak...- odpowiedział...
- To mam problem...- wyznałam...
- Co się stało ??- zapytał Szefuncio...
Kiedy podałam Mu wymiar posiadanej gotówki to aż sobie Biedaczyna usiadł...
- Musisz iść na zakupy !! - zdecydował...
Musiałam...Fakt...Z pieniędzy, które wręczyła mi Mamciaś, wydałam niewiele...Doszły do tego nominały za tekstylia sprzedane przez Kolegę i dosyć pokaźna kwota wręczona "ku pamięci" przez wzruszonych Węgrów...
Zakupy...Brrrr...
Błąkająca się po ulicach nastolatka, nie znająca języka mogła stworzyć dodatkowe kłopoty, dostałam do obstawy trzech pełnoletnich Opiekunów...Koleżankę jako "Ciało doradcze" i dwóch Kolegów jako "siłę fizyczną"...
Zanosiło się na mega zakupy...
Kiedy Kierownik zobaczył efekt, mało zawału nie dostał...
- Jak Ty to wszystko przewieziesz ??
Hmmm...
Ten drobny szczegół jakoś mi dotychczas umknął...
Miałam do przekroczenia dwie granice i...
Piętnaście lat (czyli mogłam przewieźć dwa kilogramy wyrobów czekoladowych i maskotki)...
Po inwentaryzacji stan mojego posiadania był następujący...
Dwie ogromne torby podróżne...
Plecak...
Torba podręczna typu "jamnik" (starsze Jednostki wiedzą co to było)...
I siedem reklamówek...
Zawartość owych bagaży mroziła krew w żyłach całej Kadrze...
Torby oczywiście kupiłam, żeby ten cały majdan zapakować...
Żebyście widzieli jak wyglądało przenoszenie tego dobytku z autokarów do pociągu...Jedna torba...Biegiem do autokaru...Druga torba...Biegiem do autokaru...Plecak...I tak w koło...
Miodzio..
W pociągu upychaliśmy to jak się tylko dało...Na półki...Na wieszaki...Na siedzenia...Pod siedzenia...
I ruszyliśmy do domu...
Jako jednostka genetycznie uwarunkowana natychmiastowym zasypianiem przy równomiernym kołysaniu, zasnęłam natychmiast i spałam zwinięta w rogali w kąciku przedziału...
Obudziło mnie jakieś zamieszanie i głos mówiący piękną, poprawną polszczyzną...
- Proszę pościągać te torby...Dziecka nie budźcie...
A kiedy usiłowałam podnieść głowę, Kolega wcisnął mi ją ponownie w siedzisko...
- Leż !! - wymruczał...
No to znowu zasnęłam...
Kłócić się nie będę...
Obudziłam się niczym skowroneczek kiedy dojeżdżaliśmy do Katowic...
W przedziale panował minorowy nastrój...
- Co się stało ??- zapytałam...
- Wszystko nam zabrali...- wymruczał Kolega, który z takim zaangażowaniem handlował moimi ręcznikami...
Spojrzałam odruchowo na moje "torebki"...
Stały na półce tak samo wypchane jak przedtem...
Sięgnęłam pod siedzenie...
Reklamówki były na swoim miejscu...
Ki czort ??
- Twoich nie ruszyli...- wyjaśnił mi Kolega...- kazali Dziecka nie budzić...
I cały przedział zarechotał zgodnym śmiechem...
Orzesz...(ko)...
Poprawiłam lekko przekrzywione warkocze...Usadziłam na kolanach Zoltana, czyli sporych rozmiarów pluszowego psiaka, którego kupiłam sobie na pamiątkę i spojrzałam na rozradowane twarze Kolegów...
- Masz farta Mała...Masz farta...- powtarzał Kolega...
Kiedy dotarłam do domu ledwie żywa od dźwigania tych "bambetli", Rodziców jeszcze nie było...Wyszperałam z bagaży jakąś paszę i napoje...Zjadłam i zasnęłam...W całym pokoju porozkładane były torby, torebki i reklamówki...Masę dobra...
Zasypiałam z uśmiechem na twarzy wtulona w Zoltana...
I wtedy właśnie usłyszałam...
- Najświętsza Panienko !! - wrzasnęła Mamciaś...
- Boże...- wyszeptał Ojciec...
P.S. Po owej przygodzie pozostały mi wspaniałe wspomnienia, ogromna sympatia dla Węgrów i psiak Zoltan...
- Szefie...Ile forintów mogę przewieźć przez granicę ?? - zapytałam...
- Dwa tysiące dwieście...Jakoś tak...- odpowiedział...
- To mam problem...- wyznałam...
- Co się stało ??- zapytał Szefuncio...
Kiedy podałam Mu wymiar posiadanej gotówki to aż sobie Biedaczyna usiadł...
- Musisz iść na zakupy !! - zdecydował...
Musiałam...Fakt...Z pieniędzy, które wręczyła mi Mamciaś, wydałam niewiele...Doszły do tego nominały za tekstylia sprzedane przez Kolegę i dosyć pokaźna kwota wręczona "ku pamięci" przez wzruszonych Węgrów...
Zakupy...Brrrr...
Błąkająca się po ulicach nastolatka, nie znająca języka mogła stworzyć dodatkowe kłopoty, dostałam do obstawy trzech pełnoletnich Opiekunów...Koleżankę jako "Ciało doradcze" i dwóch Kolegów jako "siłę fizyczną"...
Zanosiło się na mega zakupy...
Kiedy Kierownik zobaczył efekt, mało zawału nie dostał...
- Jak Ty to wszystko przewieziesz ??
Hmmm...
Ten drobny szczegół jakoś mi dotychczas umknął...
Miałam do przekroczenia dwie granice i...
Piętnaście lat (czyli mogłam przewieźć dwa kilogramy wyrobów czekoladowych i maskotki)...
Po inwentaryzacji stan mojego posiadania był następujący...
Dwie ogromne torby podróżne...
Plecak...
Torba podręczna typu "jamnik" (starsze Jednostki wiedzą co to było)...
I siedem reklamówek...
Zawartość owych bagaży mroziła krew w żyłach całej Kadrze...
Torby oczywiście kupiłam, żeby ten cały majdan zapakować...
Żebyście widzieli jak wyglądało przenoszenie tego dobytku z autokarów do pociągu...Jedna torba...Biegiem do autokaru...Druga torba...Biegiem do autokaru...Plecak...I tak w koło...
Miodzio..
W pociągu upychaliśmy to jak się tylko dało...Na półki...Na wieszaki...Na siedzenia...Pod siedzenia...
I ruszyliśmy do domu...
Jako jednostka genetycznie uwarunkowana natychmiastowym zasypianiem przy równomiernym kołysaniu, zasnęłam natychmiast i spałam zwinięta w rogali w kąciku przedziału...
Obudziło mnie jakieś zamieszanie i głos mówiący piękną, poprawną polszczyzną...
- Proszę pościągać te torby...Dziecka nie budźcie...
A kiedy usiłowałam podnieść głowę, Kolega wcisnął mi ją ponownie w siedzisko...
- Leż !! - wymruczał...
No to znowu zasnęłam...
Kłócić się nie będę...
Obudziłam się niczym skowroneczek kiedy dojeżdżaliśmy do Katowic...
W przedziale panował minorowy nastrój...
- Co się stało ??- zapytałam...
- Wszystko nam zabrali...- wymruczał Kolega, który z takim zaangażowaniem handlował moimi ręcznikami...
Spojrzałam odruchowo na moje "torebki"...
Stały na półce tak samo wypchane jak przedtem...
Sięgnęłam pod siedzenie...
Reklamówki były na swoim miejscu...
Ki czort ??
- Twoich nie ruszyli...- wyjaśnił mi Kolega...- kazali Dziecka nie budzić...
I cały przedział zarechotał zgodnym śmiechem...
Orzesz...(ko)...
Poprawiłam lekko przekrzywione warkocze...Usadziłam na kolanach Zoltana, czyli sporych rozmiarów pluszowego psiaka, którego kupiłam sobie na pamiątkę i spojrzałam na rozradowane twarze Kolegów...
- Masz farta Mała...Masz farta...- powtarzał Kolega...
Kiedy dotarłam do domu ledwie żywa od dźwigania tych "bambetli", Rodziców jeszcze nie było...Wyszperałam z bagaży jakąś paszę i napoje...Zjadłam i zasnęłam...W całym pokoju porozkładane były torby, torebki i reklamówki...Masę dobra...
Zasypiałam z uśmiechem na twarzy wtulona w Zoltana...
I wtedy właśnie usłyszałam...
- Najświętsza Panienko !! - wrzasnęła Mamciaś...
- Boże...- wyszeptał Ojciec...
P.S. Po owej przygodzie pozostały mi wspaniałe wspomnienia, ogromna sympatia dla Węgrów i psiak Zoltan...
poniedziałek, 4 listopada 2013
Jak zostałam przemytnikiem cz.III
Kiedy zaraz po przyjeździe do Hajduszoboszlo rozpakowywałam bagaże, zauważyłam, że w jednej z kieszonek plecaka mam ukryty woreczek z plakietkami "Solidarność"...
Widok maleńkiej biało-czerwonej flagi wywołał mimowolny uśmiech...
Czy zdawałam sobie sprawę z tego co zrobiłam ??
Po części...
W Polsce wiedziałam...
W Polsce złapana z takim "pakietem" mogłam liczyć tylko na długie nogi i niezłą "czasówkę"...
Na Węgrzech ??
Uśmiechnęłam się do tej naszej flagi jeszcze raz i schowałam woreczek na samym dnie plecaka...
Leżały sobie tam bezpieczne, aż do wycieczki do Budapesztu...
Po wizycie na Wzgórzu Gellerta nastąpił najbardziej niespodziewany przez nas obrót akcji...Ale, że już kiedyś o tym pisałam...
http://gordyjka.bloog.pl/id,330478128,title,Marzenia-o-drugiej-Polsce,index.html
Tyle, że...
Rozdałam wówczas wszystkie posiadane w plecaku plakietki, bo widok wzruszenia na twarzach Węgrów i mnie się udzielił...
A Oni trzymali te plakietki w dłoniach jak największy skarb...
Nie zdążyłam jeszcze zrobić kroku przez próg owego baru, kiedy jeden z Węgrów złapał mnie za rękę...
Kiwnął na resztę Towarzystwa i zrobiło się straszne zamieszanie...
Każdy wpychał mi do dłoni banknoty...
- Masz sobie kupić coś dobrego !! - przetłumaczył mi Nauczyciel...- Na pamiątkę...I powiedz, że Oni...
Nie dowiedziałam się "co Oni", bo wzruszenie odebrało Nauczycielowi głos...
Po kilku gorących protestach z mojej strony, w końcu skapitulowałam...
- Powiem...- przyrzekłam...
Wyszłam trzymając w dłoniach spore pliki banknotów...
- No to teraz jesteś przestępcą międzynarodowym...- obwieścił nasz Przewodnik...
Orzesz...(ko)...
Długo nie mogłam wyjść z szoku jaki spowodowało niespodziewane spotkanie...
W drodze do Ośrodka siedziałam milcząca...
Wszystkim nam jakoś tak było niewyraźnie...
cdn...
Widok maleńkiej biało-czerwonej flagi wywołał mimowolny uśmiech...
Czy zdawałam sobie sprawę z tego co zrobiłam ??
Po części...
W Polsce wiedziałam...
W Polsce złapana z takim "pakietem" mogłam liczyć tylko na długie nogi i niezłą "czasówkę"...
Na Węgrzech ??
Uśmiechnęłam się do tej naszej flagi jeszcze raz i schowałam woreczek na samym dnie plecaka...
Leżały sobie tam bezpieczne, aż do wycieczki do Budapesztu...
Po wizycie na Wzgórzu Gellerta nastąpił najbardziej niespodziewany przez nas obrót akcji...Ale, że już kiedyś o tym pisałam...
http://gordyjka.bloog.pl/id,330478128,title,Marzenia-o-drugiej-Polsce,index.html
Tyle, że...
Rozdałam wówczas wszystkie posiadane w plecaku plakietki, bo widok wzruszenia na twarzach Węgrów i mnie się udzielił...
A Oni trzymali te plakietki w dłoniach jak największy skarb...
Nie zdążyłam jeszcze zrobić kroku przez próg owego baru, kiedy jeden z Węgrów złapał mnie za rękę...
Kiwnął na resztę Towarzystwa i zrobiło się straszne zamieszanie...
Każdy wpychał mi do dłoni banknoty...
- Masz sobie kupić coś dobrego !! - przetłumaczył mi Nauczyciel...- Na pamiątkę...I powiedz, że Oni...
Nie dowiedziałam się "co Oni", bo wzruszenie odebrało Nauczycielowi głos...
Po kilku gorących protestach z mojej strony, w końcu skapitulowałam...
- Powiem...- przyrzekłam...
Wyszłam trzymając w dłoniach spore pliki banknotów...
- No to teraz jesteś przestępcą międzynarodowym...- obwieścił nasz Przewodnik...
Orzesz...(ko)...
Długo nie mogłam wyjść z szoku jaki spowodowało niespodziewane spotkanie...
W drodze do Ośrodka siedziałam milcząca...
Wszystkim nam jakoś tak było niewyraźnie...
cdn...
niedziela, 3 listopada 2013
Jak zostałam przemytnikiem cz.II
Z tym obozem młodzieżowym na Węgrzech to była w ogóle skomplikowana sprawa...
Kiedy ziemia skuta była jeszcze styczniowymi mrozami Mamciaś zapytała w czasie kolacji...
- A może byś na obóz pojechała...Taki zwykły...Z Młodzieżą...
- Mogę jechać...- wymruczałam wgryzając się w kanapkę...
- Na Węgry...- dodała Mamciaś...
I w domu rozpętał się Armagedon...
W Ojca jakby grom z jasnego nieba trafił...
- Na Węgry ?! Oszalałaś !! Ona ma piętnaście lat !! Gdzie Ty Ją chcesz wysłać ?? Z kim ?? - słowotok Rodziciela zawierał również mniej cenzuralne słowa...
Mamciaś przybrała kamienny wyraz twarzy, świadczący o tym, że nawet najgorsze wulgaryzmy nie zrobią na Niej wrażenia...
Ja zamarłam z kanapką w dłoni...
Ojciec wrzeszczał...
Wrzeszczał tak chyba z godzinę, bo herbata wystygła zupełnie...
Mimo kilku miesięcy awantur o ten wyjazd, Mamciaś dopięła swego...
Wyrobiła mi tymczasowy dowód (niezbędny do wyjazdu), zgromadziła wszystkie niezbędne dokumenty i zaświadczenia, i mimo moich sprzeciwów skompletowała garderobę "na zagranicę"...
Ruszyłam w szeroki Świat...
W sumie było mi wszystko jedno, czy wakacje spędzę na Węgrzech, czy w Pcimiu Górnym (nie obrażając Pcimia), ale zrobienie Ojcu na przekór ogromnie mi się podobało...
Naszą bazą było Hajduszoboszlo...
Kto nie był, niech żałuje...
Ale nie o urokach tego Miasta pisać miałam, a o moim "przestępczym" procederze...
Nasz Ośrodek położony był na obrzeżach Miasta i miał jedną, jak dla mnie egzotyczną rzecz...
Umywalnia była na świeżym powietrzu...
Niezbyt wysoki murek, a na nim zamontowany ciąg umywalek...Mycie zębów to była taka publiczna manifestacją umiłowania higieny...
W czasie owego "mycia zębów" podeszła do mnie Kobieta i oświadczyła...
- Kupie...- obrazowo szarpiąc mój ręcznik...
Jako osobnik w Świecie nie bywały zrobiłam minę klasycznego gamonia i przytuliłam ręcznik do piersi...
- Kupie...- powtórzyła Kobieta...
Orzesz...(ko)...
Przyjdzie mi chyba stoczyć wojnę polsko-węgierką o zachowanie w dobytku owego ręcznika...
Z błaganiem w oczach spojrzałam na myjącego się obok starszego Kolegę...
Akurat spojrzenie na "starszego Kolegę" trudne nie było, bo zgodnie z przewidywaniami Ojca, na obozie byłam najmłodsza...
Chłopak w lot pojął moje cierpienie...
- Ile ?? - zapytał...
A ja już całkowicie zbaraniałam...
Będą handlować moim ręcznikiem !!
Kobieta wymieniła kwotę (niestety nie pamiętam)...Kolega podbił stawkę...Kobieta się zastanawiała i obmacywała mi ten ręcznik wręcz nieprzyzwoicie...
W końcu wyszperała z kieszeni banknot i mi podała...
- Bierz !! - pogonił mnie Kolega... - to bardzo dobra cena za mały ręcznik...
Ło Matko i Córko...
Kobieta bardzo zadowolona składała ręcznik i upychała do niesionego wiaderka...
Stałam jak sparaliżowana trzymając w jednej dłoni szczoteczkę do zębów, a w drugiej świadectwo mojej zdrady wobec osobistego ręcznika...
- Masz tego więcej ??- zapytał Kolega...
- Czego ??- nie pojmowałam pytania...
- No...Ręczników !! Masz jeszcze jakieś ?? Bo ja już wszystkie opchnąłem...- wyznał...
- Mam jeszcze trzy...- inwentaryzowałam w pamięci moje bagaże...
- To pohandlujemy...- z widoczną radością oświadczył Kolega i podał mi kawałek papierowego ręcznika, żebym się mogła wytrzeć...
Proceder powtarzał się codziennie...
Kobieta pojawiała się natychmiast, jak tylko nałożyłam pastę na szczoteczkę...
Kolega wykazywał się prawdziwym talentem handlowym...
Sprzedał wszystkie moje ręczniki, łącznie z takim maleńkim-podróżnym, sprzedał trzy moje kretonowe spódniczki szyte przez Mamę, sprzedał sukienki, które Mama mimo moich sprzeciwów wcisnęła w bagaż, a na dodatek sprzedał również dwie powleczki na jasiek i spałam przez ostatnie dni na gołym wsypie...
I wszystko działo się w owej publicznej łazience...
Mój portfel pęczniał w oczach, bo wytargowane przez Kolegę kwoty wcale skromnymi nie były...
Ale prawdziwego "cudu" ekonomicznego dokonałam przez całkowity przypadek w Budapeszcie...
cdn...
Kiedy ziemia skuta była jeszcze styczniowymi mrozami Mamciaś zapytała w czasie kolacji...
- A może byś na obóz pojechała...Taki zwykły...Z Młodzieżą...
- Mogę jechać...- wymruczałam wgryzając się w kanapkę...
- Na Węgry...- dodała Mamciaś...
I w domu rozpętał się Armagedon...
W Ojca jakby grom z jasnego nieba trafił...
- Na Węgry ?! Oszalałaś !! Ona ma piętnaście lat !! Gdzie Ty Ją chcesz wysłać ?? Z kim ?? - słowotok Rodziciela zawierał również mniej cenzuralne słowa...
Mamciaś przybrała kamienny wyraz twarzy, świadczący o tym, że nawet najgorsze wulgaryzmy nie zrobią na Niej wrażenia...
Ja zamarłam z kanapką w dłoni...
Ojciec wrzeszczał...
Wrzeszczał tak chyba z godzinę, bo herbata wystygła zupełnie...
Mimo kilku miesięcy awantur o ten wyjazd, Mamciaś dopięła swego...
Wyrobiła mi tymczasowy dowód (niezbędny do wyjazdu), zgromadziła wszystkie niezbędne dokumenty i zaświadczenia, i mimo moich sprzeciwów skompletowała garderobę "na zagranicę"...
Ruszyłam w szeroki Świat...
W sumie było mi wszystko jedno, czy wakacje spędzę na Węgrzech, czy w Pcimiu Górnym (nie obrażając Pcimia), ale zrobienie Ojcu na przekór ogromnie mi się podobało...
Naszą bazą było Hajduszoboszlo...
Kto nie był, niech żałuje...
Ale nie o urokach tego Miasta pisać miałam, a o moim "przestępczym" procederze...
Nasz Ośrodek położony był na obrzeżach Miasta i miał jedną, jak dla mnie egzotyczną rzecz...
Umywalnia była na świeżym powietrzu...
Niezbyt wysoki murek, a na nim zamontowany ciąg umywalek...Mycie zębów to była taka publiczna manifestacją umiłowania higieny...
W czasie owego "mycia zębów" podeszła do mnie Kobieta i oświadczyła...
- Kupie...- obrazowo szarpiąc mój ręcznik...
Jako osobnik w Świecie nie bywały zrobiłam minę klasycznego gamonia i przytuliłam ręcznik do piersi...
- Kupie...- powtórzyła Kobieta...
Orzesz...(ko)...
Przyjdzie mi chyba stoczyć wojnę polsko-węgierką o zachowanie w dobytku owego ręcznika...
Z błaganiem w oczach spojrzałam na myjącego się obok starszego Kolegę...
Akurat spojrzenie na "starszego Kolegę" trudne nie było, bo zgodnie z przewidywaniami Ojca, na obozie byłam najmłodsza...
Chłopak w lot pojął moje cierpienie...
- Ile ?? - zapytał...
A ja już całkowicie zbaraniałam...
Będą handlować moim ręcznikiem !!
Kobieta wymieniła kwotę (niestety nie pamiętam)...Kolega podbił stawkę...Kobieta się zastanawiała i obmacywała mi ten ręcznik wręcz nieprzyzwoicie...
W końcu wyszperała z kieszeni banknot i mi podała...
- Bierz !! - pogonił mnie Kolega... - to bardzo dobra cena za mały ręcznik...
Ło Matko i Córko...
Kobieta bardzo zadowolona składała ręcznik i upychała do niesionego wiaderka...
Stałam jak sparaliżowana trzymając w jednej dłoni szczoteczkę do zębów, a w drugiej świadectwo mojej zdrady wobec osobistego ręcznika...
- Masz tego więcej ??- zapytał Kolega...
- Czego ??- nie pojmowałam pytania...
- No...Ręczników !! Masz jeszcze jakieś ?? Bo ja już wszystkie opchnąłem...- wyznał...
- Mam jeszcze trzy...- inwentaryzowałam w pamięci moje bagaże...
- To pohandlujemy...- z widoczną radością oświadczył Kolega i podał mi kawałek papierowego ręcznika, żebym się mogła wytrzeć...
Proceder powtarzał się codziennie...
Kobieta pojawiała się natychmiast, jak tylko nałożyłam pastę na szczoteczkę...
Kolega wykazywał się prawdziwym talentem handlowym...
Sprzedał wszystkie moje ręczniki, łącznie z takim maleńkim-podróżnym, sprzedał trzy moje kretonowe spódniczki szyte przez Mamę, sprzedał sukienki, które Mama mimo moich sprzeciwów wcisnęła w bagaż, a na dodatek sprzedał również dwie powleczki na jasiek i spałam przez ostatnie dni na gołym wsypie...
I wszystko działo się w owej publicznej łazience...
Mój portfel pęczniał w oczach, bo wytargowane przez Kolegę kwoty wcale skromnymi nie były...
Ale prawdziwego "cudu" ekonomicznego dokonałam przez całkowity przypadek w Budapeszcie...
cdn...
piątek, 1 listopada 2013
Inne spojrzenie na Dzień Wszystkich Świętych...
Wyjątkowo ruszyliśmy na cmentarze w południe...Pan N. po nocnej zmianie musiał się odrobinkę zdrzemnąć...
Jechaliśmy niespiesznie, bo pośpiech w tym Tłumie nie jest wskazany...
Setki samochodów na trasie...
Setki samochodów na parkingach...
Tysiące Ludzi...
Podobno ten Dzień wywołuje w nas zadumę...
Fakt...
Kilku zadumanych Kierowców minęliśmy po drodze...Takich bardziej nieobecnych duchem...
Wszędzie nerwy, mruczane wulgaryzmy, machanie kończynami...
Po co ??
Echhh...
I jakoś tak zaczęliśmy rozmawiać o pracy Policji...
Nie wiem jak u Was, ale na cmentarzach, które my odwiedzaliśmy w tym roku Policji było niewyobrażalnie dużo...
Posterunki na parkingach...
Posterunki na skrzyżowania...
Posterunki na drogach dojazdowych...
I przyznam, że tak sprawnie jak w tym roku jeszcze nie było...
Ale opowiem Wam o pewnym incydencie...
Pod jednym z cmentarzy dwóch Policjantów organizowało ruch...Jeden zajmował się płynnym ruchem Pieszych, Drugi Zmotoryzowanych...
Mimo ogromnego ruchu wyglądało to imponująco i widać było, że Panowie świetnie się rozumieją...
W pewnym momencie Policjant "od Zmotoryzowanych" wstrzymał ruch, a Policjant "od Pieszych" wskazał przejście...
I kiedy na pasach był spory tłumek, jeden z Kierowców ruszył przez pasy i mało nie zaparkował w "tylnej części" Policjanta...
Policjant podszedł i zwrócił uwagę Prowadzącego, że stwarza zagrożenie dla Pieszych...
I co robi Kierujący na to ??
- Niech Pan na mnie nie krzyczy !!
- Ja nie krzyczę, ja mam taki głos... - odpowiedział Policjant... - ale skoro to Panu przeszkadza to bardzo proszę zjechać w tą boczną uliczkę...
I Policjant sięgnął po bloczek z mandatami...
A wystarczyło po prostu powiedzieć "przepraszam"...
Jedno słowo...
Wiemy bo też zaparkowaliśmy sobie dzisiaj z fantazją i Pan Policjant był zmuszony wysiąść z radiowozu, żeby nas zdyscyplinować...
Policjanci dzisiaj nie mieli Święta...
To najtrudniejszy w roku dzień Ich pracy...
Robią wszystko abyśmy świecili znicze, a nie żeby nam je świecono...
Policjanci i Kierowcy autobusów mają w Dzień Wszystkich Świętych "przechlapane"...
P.S. Przy okazji pozdrawiam serdecznie Pana Policjanta z Zaścianka, który tak pięknie machał do nas "łapkami"...;o)
Na przekór...
Jechaliśmy niespiesznie, bo pośpiech w tym Tłumie nie jest wskazany...
Setki samochodów na trasie...
Setki samochodów na parkingach...
Tysiące Ludzi...
Podobno ten Dzień wywołuje w nas zadumę...
Fakt...
Kilku zadumanych Kierowców minęliśmy po drodze...Takich bardziej nieobecnych duchem...
Wszędzie nerwy, mruczane wulgaryzmy, machanie kończynami...
Po co ??
Echhh...
I jakoś tak zaczęliśmy rozmawiać o pracy Policji...
Nie wiem jak u Was, ale na cmentarzach, które my odwiedzaliśmy w tym roku Policji było niewyobrażalnie dużo...
Posterunki na parkingach...
Posterunki na skrzyżowania...
Posterunki na drogach dojazdowych...
I przyznam, że tak sprawnie jak w tym roku jeszcze nie było...
Ale opowiem Wam o pewnym incydencie...
Pod jednym z cmentarzy dwóch Policjantów organizowało ruch...Jeden zajmował się płynnym ruchem Pieszych, Drugi Zmotoryzowanych...
Mimo ogromnego ruchu wyglądało to imponująco i widać było, że Panowie świetnie się rozumieją...
W pewnym momencie Policjant "od Zmotoryzowanych" wstrzymał ruch, a Policjant "od Pieszych" wskazał przejście...
I kiedy na pasach był spory tłumek, jeden z Kierowców ruszył przez pasy i mało nie zaparkował w "tylnej części" Policjanta...
Policjant podszedł i zwrócił uwagę Prowadzącego, że stwarza zagrożenie dla Pieszych...
I co robi Kierujący na to ??
- Niech Pan na mnie nie krzyczy !!
- Ja nie krzyczę, ja mam taki głos... - odpowiedział Policjant... - ale skoro to Panu przeszkadza to bardzo proszę zjechać w tą boczną uliczkę...
I Policjant sięgnął po bloczek z mandatami...
A wystarczyło po prostu powiedzieć "przepraszam"...
Jedno słowo...
Wiemy bo też zaparkowaliśmy sobie dzisiaj z fantazją i Pan Policjant był zmuszony wysiąść z radiowozu, żeby nas zdyscyplinować...
Policjanci dzisiaj nie mieli Święta...
To najtrudniejszy w roku dzień Ich pracy...
Robią wszystko abyśmy świecili znicze, a nie żeby nam je świecono...
Policjanci i Kierowcy autobusów mają w Dzień Wszystkich Świętych "przechlapane"...
P.S. Przy okazji pozdrawiam serdecznie Pana Policjanta z Zaścianka, który tak pięknie machał do nas "łapkami"...;o)
Na przekór...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpg)