Katastrofa...Prawdziwa katastrofa...
Jak dogadać się z własnym kręgosłupem, nawet wyjątkowo urodziwym ??
Perspektywa wielogodzinnej jazdy samochodem do domu wydawała mi się koszmarem...
Pan N. z pełnym poświęceniem dreptał przy mnie wytrwale, smarował plecy miksturami, których woń pokonała by nawet mamuta i co chwilkę pytał...
- Zelżało troszkę ??
"Troszka" to taka dziwna jednostka miary...Czasem jest, a czasem jej nie ma...Ale ogólnie stara się być taka mniej zauważalna...
- Troszkę...Tak... - odpowiadałam...
Ale urlopowych rozrywek przyszedł kres...
Niczym stateczna matrona człapałam niespiesznie...Koniec z kajaczkiem...Koniec z konikami...Koniec z tenisem...Rowerki smutno spoglądały na mnie ze stojaków...
Pozostało człapanie...
Człapałam więc uparcie...
A to na pomościk...
A to do koników...
To znowu nad Jeziorko...
By wieczorkiem odwiedzać kucyki drepczące po wybiegach prawie tak spiesznie jak ja...
Wacek (bo tak na imię miał ten kucyś), był tego dnia wyjątkowo zdenerwowany...
Wszystkie jego "dziewczyny" zostały wyprowadzone na łąkę, a on został samotny...
Nawet marchewka nie była w stanie ukoić jego udręczonej, kucykowej duszyczki...
W końcu ukrył się w samotni i spoglądał na nas spod grzywy...
Odwiedzaliśmy również zaprzyjaźnioną rodzinkę...
A przy karmieniu łabądków...
Dyskutowaliśmy o tym, jak wielkie wrażenie zrobiła na nas działalność Panów Leśników...
To prawda...Ludzie w zielonych mundurach zrobili na nas kolosalne wrażenie...
W czasie "Dni Bytowa" mieli na prawdę co świętować...
Tak zadbanych lasów jak na Kaszubach jeszcze nie widzieliśmy !!
Każde Nadleśnictwo świetnie oznakowane, wyręby przemyślane, szkółek ogrom prawdziwy...I porządek...Porządek tak nieziemsko "nieleśny", że podziw musi wzbudzać w każdym Turyście...
Kiedy wróciliśmy do domu, nasi Znajomi zaczęli nam zadawać pytania...
Jedno z nich powtarzało się w każdym przypadku...
Jacy są Kaszubi ??
Jacy są ??
Nie mam pojęcia...Nawet nie wiem czy któraś z naszych ścieżek skrzyżowała się z rodowitym Kaszubem...
W pierwszej chwili chciałam odpowiadać, że mają dwie ręce, dwie nogi i łepetynkę...
Ale przecież nie o to chodziło...
Z historii i literatury wiemy, że to surowi Ludzie o spracowanych dłoniach i zafrasowanych obliczach...
Ale jacy są współcześni Kaszubi ??
Spotkaliśmy na naszych szlakach pewnego Pana zajętego pracą, który na nasze "dzień dobry" spojrzał na nas z niedowierzanie, potem uśmiechnął się nieznacznie i odpowiedział: "dzień dobry"...A potem długo patrzył w naszą stronę, kiedy odjeżdżaliśmy wiejską dróżką...
Spotkaliśmy Panią Sprzedawczynię, która przy trzeciej naszej wizycie w Sklepie z uśmiechem zapytała:
- Pani zawsze chce prawdziwe masełko...Może spróbuje Pani naszego...
Do dzisiaj żałuję, że nie mogłam tego masła kupić na zapas...
Cóż to było za masełko !!
Klękajcie Narody !!
Spotkaliśmy też wielu Ludzi robiących zakupy, śpieszących się do pracy, uprawiających swoje piaszczyste pola...
Bo Kaszubi lekko nie mają...Matka Ziemia Ich nie rozpieszcza...Gleba tu bardzo "kiepsiutka"...
Czym więc Kaszubi różnią się od nas ??
Niczym !!
Poza swoją kulturą, tradycją i językiem...
Ale czy dwujęzyczne nazwy na tablicach...
świadczą o czymkolwiek ??
Razi nas to ??
Przeszkadza ??
Co w takim razie z anglojęzycznymi zwrotami i słowami, których wszędzie jest masa ??
Bliżsi nam Anglicy, niż Kaszubi ??
Po trzykroć: NIE !!
W naszych sercach i Kaszuby i Kaszubi miejsce mają w samym środeczku...
Dokładnie tam, gdzie chowa się najpiękniejsze wspomnienia...
Dwa światy...
Bardzo Ważni Goście
niedziela, 4 sierpnia 2013
sobota, 3 sierpnia 2013
O Cencie wartym każdych pieniędzy i zgubionym rozumku...
Może dzisiejsza pogoda bardziej kusi lazurami jezior, spienionymi falami oceanów, albo "kałużami" miejskich basenów, ale co tam...
Jak wiecie nasz urlopek tegoroczny był pod znakiem konika, więc dzisiaj właśnie o konikach będzie...
Wspominkowo...
W kaszubskiej Stadninie nie przyznaliśmy się wcale do naszych dawnych kontaktów z konikami...
Ani ja nie wspomniałam o Kasztanku, którego kochałam dziecięcym serduchem i który mnie kochał...Głównie za podsuwane landrynki...
Nie wspomniałam również o wieloletniej traumie jaką właśnie na Kaszubach postanowiłam zwalczyć...
Właściwie bardziej "postanowiliśmy" zwalczyć, bo traumę ową mieliśmy zbiorową...Przez Kasztanka...
Pan N. też postanowił nie zwierzać się ze swoich dziecięcych wyczynów...
Byliśmy więc "Świeżynkami"...
Nasza Trenerka, przeurocza Ala przez dwa dni powtarzała nam w kółko...
"Postawa"..."Kolana"..."Łydki"..."Pięty"...
"Postawa"..."Kolana"..."Łydki"..."Pięty"...
Pod koniec drugiej lekcji doszło odliczanie...
"Raz"..."Dwa"..."Raz"..."Dwa"...
Tak rozpoczęliśmy anglezowanie, czyli rytmiczne unoszenie się na koniu, w rytm jego kroków...
Ło Matko i Córko...
Zaczęłam wątpić, że umiem liczyć do dwóch...
A urocza Ala kontynuowała...
"Raz"..."Dwa"...
Orzesz...(ko)...
Wtedy właśnie ukazałam Światu mój talent "ujeżdżacza"...
Kiedy już nijak utrafić nie mogłam w koński rytm, zażądałam kategorycznie...
- Koń stój !!
I...??
I wprawiłam ową komendą w osłupienie Obsługę stadniny i siebie na dodatek...
Koń stanął...
Ależ miałam radochę !!
Teraz to mi już jazda konna nie straszna...
"Koń stój" i po problemie...
Jeździłam tego dnia na Cencie...Koniku może mało urokliwym, ale o nieprzeciętnych przymiotach...
Wystarczyło dwa razy równiutko ruszyć biodrami, a Cent przechodził do kłusa...Uwielbiał biegać...
Pan N. dostał przepięknego ogiera, Wezyra...
Czarniawy...Piękna grzywa...Klata jak u "Kossaka"...
Przyznaję się bez bicia...Odrobinkę nawet zazdraszczałam takich cudności Panu N.
Po lekcji opowiadałam Ślubnemu o moim odkryciu...
- Ależ miałaś szczęście !! - oświadczył Pan N. - ten Wezyr to taki leń jak Mango !! Nic mu się nie chciało !! Kroku bez widoku bacika nie zrobił...
W tym momencie doszło do nas, że sukces jeźdźca jest w sporym stopniu uzależniony od konia...
- Jutro chcę na Cencie !! - kategorycznie zażądał Pan N.
To się porobiło...
Jak nic szykowała nam się jazda w tandemie...
A może mają dwa "centy"...??
Nie mieli...
Ale mieli inną gwiazdę...Temidę...
Klaczkę, na którą były "zapisy"...
Podobnie jak Cent, zawsze miała ochotę biegać...
Pan N. dostał więc, upragnionego Centa...
A ja dosiadłam Temidy...
Ależ ona płynęła...
Nawet podświadome "odliczanie" nie było potrzebne...
Anglezowanie "wychodziło" samo...
Dwa kółka w "korytarzu"...
Nagle ciało przeszył mi niewyobrażalny ból, przed oczami zawirowały czarne płatki, z ust padła komenda "koń stój" i osunęłam się z siodła ledwie przytomna...
Kręgosłup kategorycznie powiedział "NIE" wakacyjnym rozrywkom...
Gdzie Gordyjka miała rozumek ??
Pewnie uleciał gdzieś z wiatrem...
Jak wiecie nasz urlopek tegoroczny był pod znakiem konika, więc dzisiaj właśnie o konikach będzie...
Wspominkowo...
W kaszubskiej Stadninie nie przyznaliśmy się wcale do naszych dawnych kontaktów z konikami...
Ani ja nie wspomniałam o Kasztanku, którego kochałam dziecięcym serduchem i który mnie kochał...Głównie za podsuwane landrynki...
Nie wspomniałam również o wieloletniej traumie jaką właśnie na Kaszubach postanowiłam zwalczyć...
Właściwie bardziej "postanowiliśmy" zwalczyć, bo traumę ową mieliśmy zbiorową...Przez Kasztanka...
Pan N. też postanowił nie zwierzać się ze swoich dziecięcych wyczynów...
Byliśmy więc "Świeżynkami"...
Nasza Trenerka, przeurocza Ala przez dwa dni powtarzała nam w kółko...
"Postawa"..."Kolana"..."Łydki"..."Pięty"...
"Postawa"..."Kolana"..."Łydki"..."Pięty"...
Pod koniec drugiej lekcji doszło odliczanie...
"Raz"..."Dwa"..."Raz"..."Dwa"...
Tak rozpoczęliśmy anglezowanie, czyli rytmiczne unoszenie się na koniu, w rytm jego kroków...
Ło Matko i Córko...
Zaczęłam wątpić, że umiem liczyć do dwóch...
A urocza Ala kontynuowała...
"Raz"..."Dwa"...
Orzesz...(ko)...
Wtedy właśnie ukazałam Światu mój talent "ujeżdżacza"...
Kiedy już nijak utrafić nie mogłam w koński rytm, zażądałam kategorycznie...
- Koń stój !!
I...??
I wprawiłam ową komendą w osłupienie Obsługę stadniny i siebie na dodatek...
Koń stanął...
Ależ miałam radochę !!
Teraz to mi już jazda konna nie straszna...
"Koń stój" i po problemie...
Jeździłam tego dnia na Cencie...Koniku może mało urokliwym, ale o nieprzeciętnych przymiotach...
Wystarczyło dwa razy równiutko ruszyć biodrami, a Cent przechodził do kłusa...Uwielbiał biegać...
Pan N. dostał przepięknego ogiera, Wezyra...
Czarniawy...Piękna grzywa...Klata jak u "Kossaka"...
Przyznaję się bez bicia...Odrobinkę nawet zazdraszczałam takich cudności Panu N.
Po lekcji opowiadałam Ślubnemu o moim odkryciu...
- Ależ miałaś szczęście !! - oświadczył Pan N. - ten Wezyr to taki leń jak Mango !! Nic mu się nie chciało !! Kroku bez widoku bacika nie zrobił...
W tym momencie doszło do nas, że sukces jeźdźca jest w sporym stopniu uzależniony od konia...
- Jutro chcę na Cencie !! - kategorycznie zażądał Pan N.
To się porobiło...
Jak nic szykowała nam się jazda w tandemie...
A może mają dwa "centy"...??
Nie mieli...
Ale mieli inną gwiazdę...Temidę...
Klaczkę, na którą były "zapisy"...
Podobnie jak Cent, zawsze miała ochotę biegać...
Pan N. dostał więc, upragnionego Centa...
A ja dosiadłam Temidy...
Ależ ona płynęła...
Nawet podświadome "odliczanie" nie było potrzebne...
Anglezowanie "wychodziło" samo...
Dwa kółka w "korytarzu"...
Nagle ciało przeszył mi niewyobrażalny ból, przed oczami zawirowały czarne płatki, z ust padła komenda "koń stój" i osunęłam się z siodła ledwie przytomna...
Kręgosłup kategorycznie powiedział "NIE" wakacyjnym rozrywkom...
Gdzie Gordyjka miała rozumek ??
Pewnie uleciał gdzieś z wiatrem...
piątek, 2 sierpnia 2013
Pacjencie lecz się sam, czyli o terapii przez komplementy...
Na wiosnę zdecydowałam, że czas najwyższy przeprowadzić przegląd okresowy i zacząć poważną walkę z "bolkami", blokadami i innymi dolegliwościami, które mnie dopadły w sposób okrutny i podstępny...
Mój "Antygamoń" medyczny, czyli Kardiolog osobisty, stwierdził...
- Idź Dziewczyno do Rodzinnego, niech Ci da skierowania do Ortopedy i Neurologa...Tak dalej się męczyć to grzech...
No to poszłam...
Rodzinnego też mam takiego z gatunku "kumatych", więc skierowania powypisywał,perspektywy diagnostyczne określił, a że realia naszej Służby Chorej zna, więc w promocji dostałam kilka recept "na przetrwanie"...
Wizyta u Ortopedy skończyła się stwierdzeniem: " ortopedycznie jest wszystko ok"...
Pan Doktor był na tyle uprzejmy, ze mi na odchodnym skierowanie na zabiegi dał...Mimo tego "ok"...
Na wizytę neurologiczną miałam czekać do końca lipca...
No to czekałam...
Tydzień temu ubrałam się ładnie, całą dokumentację pozbierałam i do Neurologa "pobieżałam", a właściwie pojechałam, wieziona przez Pana N.
W okienku otrzymałam informację, iż Pani Doktor dzisiaj nie ma...
Pół roku czekania...
Dzwonili, ale nie odebrałam...
No fakt, jedno nieodebrane połączenie miałam...
Hmmm...Jedno połączenie za pół roku czekania...
Na pohybel...
Dostałam nowy termin...
Na dzisiaj...
Zastanowiło mnie to ogromnie...
Skoro terminy są na pół roku, to jakim cudem Pacjenci z zeszłego tygodnia zostaną przyjęci dzisiaj ??
Dobę Pani Doktor wydłuży, czy na ochotnika w Ośrodku nocować będzie ??
Cuda...Prawdziwe cuda...
No to dzisiaj znowu ubrałam się ładnie, papierzyska już miałam spakowane, więc pikuś...No i mnie Ślubny w dal wiezie...
Kolejka ze dwadzieścia sztuk...
Wiek raczej "późne rokoko"...
- Ze dwie godziny poczekamy...- posępnie stwierdził Pan N.
- Pewnie tak... - potwierdziłam...
Ale po chwili zaczęliśmy się przyglądać drzwiom gabinetu z zainteresowaniem...
Wizyta każdego z Pacjentów trwała w porywach 3-5 minut...
- Recepta i spadówa... - wymruczał Pan N.
- Może to stali Pacjenci ?? - wyraziłam nadzieję...
Czekałam ledwie pół godziny na swoją kolejkę...
- Co Pani dolega ??- zapytała Pani Doktor...
Opis dolegliwości 30 sekund...Pani Doktor w tym czasie dokonywała wpisów w kartę...
- Proszę o badania...
Przeglądanie badań 30 sekund...
- Tak ładnego kręgosłupa nie widziałam ze trzy miesiące...- usłyszałam po oględzinach...
Przez chwilę zastanawiałam się, czy mam podziękować za komplement, bo w życiu nikt się moim kręgosłupem nie zachwycał...Wręcz przeciwnie...Od dziecka z owym kręgosłupem coś było nie tak, więc widocznie tak na starość pięknieje...Niczym wino...
- Proszę się położyć...Zbadamy... - i Pani Doktor już stała przy leżance...
Rzuciłam się na tą leżankę niczym torpeda, żeby pani Doktor kroku dotrzymać...Sandałki ściągałam w locie...
Badanie trwało 30 sekund...
Nim zdążyłam ogarnąć rzeczywistość Pani Doktor siedziała już przy biureczku i skrobała coś zapamiętale...
- Lek rozkurczowy na te bóle kręgosłupa, witaminki i skierowanie do Poradni Bólu...Do widzenia...
Oprzytomniałam na korytarzu...
Nawet przez chwilę miałam wyrzuty sumienia, że może się zbytnio w tym gabinecie guzdrałam...
Pan N. był chyba równie oszołomiony jak ja...
- Już ?? - zapytał...
- Na to wygląda... - wymruczałam, bo pewna nie byłam...
Spojrzałam z zainteresowaniem na sandałki, czy się w tych lotach zdążyły zapiąć, czy też nie, bo percepcja tego faktu nie ogarnęła...
Pół roku czekania, żeby mi Pani Doktor powiedziała, że jestem wiotka, świetnie wyglądam i mam piękny kręgosłup...
Ewidentnie Pani Doktor była zwolenniczką medycyny naturalnej...
Uzdrowienie przez komplementy...
W życiu o takiej terapii nie słyszałam, ale bardziej realistycznym wydał mi się wczorajszy reportaż o samouzdrowieniu się serca Pacjenta do przeszczepu...
Jak nic pozostaje nam samouzdrowienie...
Bo przecież Poradnia Bólu, przynajmniej wedle mojej wiedzy, przyczyn bólu mi nie wyleczy...Wyleczą objawy...
Orzesz...(ko)...
To i enigma kolejek w Przychodniach stała się dla mnie jasna...
Jak nic nasi Medycy się bezrobocia boją i zamiast leczyć choroby, to je tylko z wierzchu gładzą, żeby im za dużej krzywdy nie zrobić...
Recepta i spadówa... czwartek, 1 sierpnia 2013
Coś na "aby"...Koniec laby !!
Dusza łka jak opętana,
łza się ciśnie w smutne oczy...
Jedna myśl dręczy od rana,
jak Kasandry sen proroczy...
Już nie cieszy promyk Słońca,
już nie wabi błękit nieba,
ciągle jestem wzdychająca
i otuchy mi potrzeba !!
Co za licho mnie dopadło
i pomroką ściele duszę ??
Pewnie kilka Osób zgadło...
Już do pracy wracać muszę !!środa, 31 lipca 2013
"Posranki"..."Zasranki"...Czyli jak nas Kaszuby rozkochały...
Po co przejechaliśmy przez caluśką Polskę ??
No po co ??
Jedynie słuszna i prawidłowa odpowiedź:
Kajaczek !!
Przepiękne, kaszubskie trasy kajakowe były tym, co skusiło nas do goszczenia na kaszubskiej, gościnnej ziemi...
Po odpoczynku, zregenerowane nasze siły domagały się wysiłku...
Trasa Zbrzycy czekała...
Pan Seweryn przygotował dla nas kajaczek, my przygotowaliśmy plecaczek z prowiantem i niezbędnymi drobiazgami...
Tym razem Jezioro Dywańskie musnęliśmy ledwie wiosłami by najkrótszą drogą dostać się na Jezioro Somińskie...Tam czekała na nas Kraina tajemnicza i niezbadana, i Wyspy Kormoranów, do zwiedzenia których zachęcał nas Pan Seweryn...
Skoro On zachęcał, to zwiedzenie owych Wysp było obowiązkowe...
Władca Somin nie był dla nas łaskawy...
Ledwie minęliśmy przepływ, w kajak uderzyły spore fale i jasnym się stało, że nasza żegluga prostą nie będzie...
Pan N. usiłował ustawić kajak na Wyspy, Władca Somin robił wszystko, żebyśmy z wyprawy zrezygnowali...
Prądy ciągle znosiły nas to w lewo, to w prawo...
Wiatr bezlitośnie chłostał twarze...
Wysokie fale rozbijały się o burty kajaka i chlapały lodowatą wodą...
Jezioro mimo swego ogromu było puściusieńkie...
Kiedy minęliśmy cypel Władca Somin uderzył w nas ze wszystkich stron jednocześnie...
Kajak niebezpiecznie zachybotał...
Woda zalała mi ramiona...
"Na tyle Cię stać ??" - zapytałam w myślach Władcę Somińskiego Jeziora... - i tak nie odpuścimy...
Na horyzoncie ujrzeliśmy pierwszy cel wyprawy...
Wyspa jak Wyspa...W pierwszej chwili nie robi specjalnego wrażenia...
Chociaż...
Kiedy tylko zbliżyliśmy się na odpowiednią odległość ruszyły w naszą stronę chmary mew...
- Forpoczty nas witają...- rzucił Pan N. a ja ustawiłam komóreczkę...
- Będzie się działo...- poświadczyłam...
Nie zbliżając się zbytnio do Wyspy powoli zaczęliśmy ją opływać...
Mewy krążyły nad naszymi głowami monitorując czy mamy dobre zamiary...Przysiadały na wodzie wokół kajaka i przekrzywiały swoje ciekawskie łebki...
To czego strzegły było niesamowite...Dziesiątki kormoranich gniazd...Setki kormoranów...Prawdziwa ptasia symbioza...
Tylko drzewa od tej "symbiozy" umierały...
Kiedy tylko dziób naszego kajaka odwrócił się od Wyspy uspokojone mewy wróciły do swojego królestwa...
Przestaliśmy być intruzami...
Odgłosy ptasich wrzasków były coraz cichsze, a my podążaliśmy do kolejnego celu wyprawy...
Druga Wyspa Kormoranów wyglądała z oddali niesamowicie...Wśród zieleni wymarłe drzewa wyglądały upiornie...Jak stare cmentarzysko...
Cisza panująca na Jeziorze jeszcze potęgowała to "trupie" wrażenie...
Jeszcze jeden ruch wioseł i...
- Pan Seweryn miał rację...- wyszeptałam...
- Orzesz...(ko) - potwierdził Pan N. i zamarliśmy z wrażenia...
Widzieliście adaptację "Ptaków" Hitchcocka ??
To był "pikuś"...!!
Kiedy tylko minęliśmy nieoznakowaną granicę runęła na nas prawdziwa masa...
W powietrzu uniósł się przerażający skrzek tysięcy mewich gardeł...Niebo z błękitów zmieniło barwę na szaro-białą...Wśród rozwrzeszczanego tłumu prym wiodły kormorany...Ewidentni generałowie tej podniebnej armii...
Żeby ustalić kierunek kajaka musieliśmy do siebie wrzeszczeć...
- Nie odpuszczą !! - wrzasnęłam do Pana N.
- Chyba, że zlegniemy zimnymi trupami w szuwarach... - odwrzasnął Ślubny...
Przy wtórze mewich wrzasków opływaliśmy Wyspę powoli...Nie chcieliśmy drażnić mew zbyt energicznymi ruchami...
Nie na wiele to się przydało...
Ptaszyska były wściekłe !!
Niektóre osobniki przelatywały tak nisko nad kajakiem, że widzieliśmy malusieńkie pazurki na ich "paluchach"...
Druga strona Wyspy wyglądała jeszcze bardziej niesamowicie...
- To dopiero "Wysranki"... - podzieliłam się swoją myślą z Panem N. - Tatry niech się schowają...Prawdziwych "Wysranek" nie widziały... - dodałam...
W mewi wrzask wbił się śmiech Pana N.
- Nawet bardziej "Zasranki" niż "Wysranki"... - zmieniłam zdanie kiedy podpłynęliśmy bliżej...
- A tą pierwszą Wyspę jak nazwiesz ?? - dopytywał się Pan N.
- Tamta może być "Posranki"...To ledwie nocnik przy tym szambie... - i w ten sposób nadane zostały nowe nazwy Wyspom Kormoranów...
Żeby zrozumieć nasze odczucia lepiej zajrzyjcie do naszych nagrań...
https://app.box.com/s/f0jicturqtj4zcnri5nf
Po takich wrażeniach postanowiliśmy odrobinkę się wzmocnić...
Urządziliśmy sobie "Śniadanie na wodzie"...
Ależ smakowało...
Teraz mogliśmy ruszyć na poszukiwanie trzeciego celu...
Przepływu Zbrzycy...
Przepływy mają to do siebie, że wcale nie chcą być widoczne...
Nawet mapy bywają zawodne...
Ruszyliśmy więc wzdłuż nabrzeża, żeby owego przepływu nie przegapić...
Władca Somin jakby złagodniał...Tafla Jeziora uspokoiła się...Wiatr zelżał odrobinę...Woda nie chlustała nam w twarze...
Nawet Słoneczko skuszone tym niespodziewanym spokojem zaczęło swój balet na falach...
Ale Zbrzycy nie było...
Najpierw odkryliśmy "stojak na mewy"...
Potem...
- Żaba !! - znienacka oświadczył Pan N.
Widzieliście kiedyś żabę płynącą prawdziwym "klasykiem" w jeziornej toni ??
To niesamowity widok...
Zaczęłam więc lustrować wzrokiem taflę jeziora wyszukując zielonego mieszkańca...
Komóreczka była już gotowa do kliknięcia...
- Gdzie ?? - zapytałam w końcu, bo hektary Somińskiego wcale nie wyglądały na zasiedlone...
- Tu... - oświadczył Pan N. i nieprzerwanie pracował wiosłem...
- Tu to gdzie ?? - potrzebowałam doprecyzowania informacji...
- Idzie do Ciebie... - ze śmiechem stwierdził Ślubny...
Przez moment myślałam, że zaszkodził Mu nadmiar wrażeń...
I wtedy nasz pasażer na gapę się ujawnił...
Bidula całkiem "oczadziała"...
Na pierwszy rzut oka było widać, że z całej żabiej duszyczki chce do wody...
Podpłynęliśmy bliżej brzegu, żeby się bidula nie zamęczyła i wypuściłam ją za burtę...
Ależ śmigła !!
Precyzyjny "klasyk" był do pozazdroszczenia, a żabusia bez problemu odnalazła właściwy kierunek...
- Tylko uważaj na bociany !! - krzyknęłam do śladu na wodzie, bo po żabce ślad tylko pozostał...
- Tam...- rzucił wówczas komendę Pan N. i ruszyliśmy w szuwary w zatoczce...
To była dobra decyzja...
Po nocnych deszczach wody Zbrzycy nie wyglądały zbyt zachęcająco...
Za kolejnym zakolem Rzeki dotarliśmy do mostku, który ostatnio zwiedzaliśmy "wierzchem", na rowerkach...
Przyszła pora na kolejny odpoczynek...
To znaczy...
Mój kręgosłup zarządził popas...Z trudem wygramoliłam się z kajaka, a Pan N. spojrzał na mnie z niepokojem...
W którąkolwiek stronę zdecydowalibyśmy się ruszyć to było kilka godzin wiosłowania...
A pływać kajakiem nie wiosłując nie umiem...
Takie ze mnie uparte babsko...
Nasz popas miał jednak bardzo dobre strony...
Okazało się, że jest to zarejestrowany oficjalnie punkt spływowy i oprócz przystosowanego nabrzeża posiada tablicę informacyjną z dokładnymi danymi...
Uffff...
Wiemy gdzie jesteśmy !!
Czerwona "kropeczka" na mapie to my...
Ledwie 1/8 trasy...
Całość szlaku kajakowego Zbrzycą to prawie 90-siąt kilometrów, ale spływy to z reguły droga "w jedną stronę"...
My musieliśmy wrócić...
Ale Zbrzyca kusiła nas niemiłosiernie...
Może kiedyś się uda ??
Po kilku minutach odpoczynku, drobnej gimnastyce i dogłębnym zbadaniu trasy na mapie, ruszyliśmy dalej...
Ostatni...Nieplanowany punkt podróży...
Jezioro Kruszyńskie...
Ogromne...Ciche...Piękne...
Tajemniczy horyzont kusił do dalszej podróży...
Posiedzieliśmy chwilkę sycąc dusze tym nieziemskim widokiem i zarządziliśmy odwrót...
Tym razem musimy odpuścić...
Chociaż kusi...Bardzo...
Nie oglądając się za siebie skierowaliśmy kajak w drogę powrotną...
Zbrzyca powitała nas zdziwiona...
Z tej strony wyglądała całkiem inaczej...Jakby pytała:
- Wracacie ??
I chyba w szoku była okrutnym, bo ledwie wpłynęliśmy w Jej kanał ukazała nam widok nieziemski...
Nieludzkim wydało się nam pływanie "w jedną stronę"...
Zostawić takie widoki za plecami ??
Matka Natura bywa przewrotna...
Przy mostu spotkaliśmy pierwszych Kajakarzy...Dwie Pary w średnim wieku, z dwoma bernardynami...
Widok psich olbrzymów zrobił na nas wrażenie...
- Dzień dobry... - krzyknęliśmy radośnie...
- Dzień dobry...- odpowiedzieli nam zgodnie...
- Wspaniałych macie wioślarzy !! - zagadnęłam...
- Wioślarzy ?? Im się nawet siku nie chce iść zrobić... - odpowiedział nam jeden z Panów...
A psiaki leżały "rozwalone" przy kajakach i nic sobie nie robiły z tej krytyki...
- A Ty mówiłaś, że pływanie z jamnikiem to ekstremalne ryzyko...- przypomniał mi Pan N.
Fakt, kiedy mijaliśmy onegdaj na Kujawach, kajak zasiedlony przez pewną Parę i jamnika, wyraziłam swoje wątpliwości...
No cóż...Nie jestem zwolenniczką zmuszania zwierząt do posiadania hobby...
Kajak i bernardyn ??
Samo w sobie brzmiało dziwnie...
Nasza podróż dobiegała końca...
Przy Wyspie "Posranka" mewy jeszcze raz pokazały nam swoją siłę...
Tym razem nie my byliśmy przeciwnikami...
Z lasu w stronę Wyspy ruszył jastrząb...Pewnie marzyła mu się jajeczniczka z kormoranich lub mewich jaj...
Mewy ruszyły do ataku natychmiast...
Zaatakowany jastrząb, okrążony ze wszystkich stron, nawet nie miał jak się bronić...
A maleńkie mewy atakowały bez pardonu...
Nic sobie nie robiły z faktu, że to jastrząb jest drapieżnikiem...
Walka trwała dosłownie sekundy...
Nawet nie zdążyliśmy sięgnąć po aparaty...
Jastrząb pokiereszowany przez rozsierdzone mewy uciekał w panice do lasu...Z jego skrzydeł zwisały powyrywane pióra...
Mewy krzykiem ogłosiły zwycięstwo...
Władca Somin wcale nie spokorniał , więc nasze ramiona nieźle odczuły starcie z jego "złym nastrojem"...
Z przyjemnością wpłynęliśmy na spokojne wody Jeziora Dywańskiego...
- I jak ?? - zapytał nas Pan Seweryn, ledwie zdążyliśmy wciągnąć kajak na brzeg...
- Zarąbiście !! - odpowiedzieliśmy zgodnie...- Kruszyńskie zaliczone...
- Tak szybko ?? - w głosie naszego Bosmana usłyszeliśmy uznanie... - a Wyspy ?? - dopytywał...
- Niesamowite !! Jedna od dzisiaj nazywa się "Posranka", a druga "Zasranka"...- zakomunikowałam...
Śmiech Pana Seweryna zadźwięczał na kąpielisku...
- Pięknie !! - zaakceptował...
Wieczorkiem czekało na nas ognisko na jeziorem...
- Ło Matko i Córko !! Toż my mamy ledwie cztery malusie kiełbaski... - wyjęczałam zobaczywszy skrupulatnie ułożony przez Pana Seweryna stos drewna...
- Do rana...Jak nic będziemy je palić do rana...- potwierdził moje spostrzeżenie Pan N.
Więc to nie był omam wzrokowy...
Wszytko było tak przygotowane, że wystarczyło dotknąć stos zapałką i mieliśmy swoje upragnione ognisko...
Pozostało nabić kiełbaski i rozpocząć przygotowania do kolacji...
Ależ to było pyszne !!
Najlepsza kiełbaska Świata !!
A potem siedzieliśmy sobie na ławeczce, przy ognisku i patrzyliśmy na jezioro...
Mrok powoli zapadał rozmazując przeciwległy brzeg...Ptaki powoli cichły układając się do snu...Ognisko radośnie rozbłyskało iskierkami...
Nie czuliśmy zmęczenia...
Było tak...Hmmm...
No po co ??
Jedynie słuszna i prawidłowa odpowiedź:
Kajaczek !!
Przepiękne, kaszubskie trasy kajakowe były tym, co skusiło nas do goszczenia na kaszubskiej, gościnnej ziemi...
Po odpoczynku, zregenerowane nasze siły domagały się wysiłku...
Trasa Zbrzycy czekała...
Pan Seweryn przygotował dla nas kajaczek, my przygotowaliśmy plecaczek z prowiantem i niezbędnymi drobiazgami...
Tym razem Jezioro Dywańskie musnęliśmy ledwie wiosłami by najkrótszą drogą dostać się na Jezioro Somińskie...Tam czekała na nas Kraina tajemnicza i niezbadana, i Wyspy Kormoranów, do zwiedzenia których zachęcał nas Pan Seweryn...
Skoro On zachęcał, to zwiedzenie owych Wysp było obowiązkowe...
Władca Somin nie był dla nas łaskawy...
Ledwie minęliśmy przepływ, w kajak uderzyły spore fale i jasnym się stało, że nasza żegluga prostą nie będzie...
Pan N. usiłował ustawić kajak na Wyspy, Władca Somin robił wszystko, żebyśmy z wyprawy zrezygnowali...
Prądy ciągle znosiły nas to w lewo, to w prawo...
Wiatr bezlitośnie chłostał twarze...
Wysokie fale rozbijały się o burty kajaka i chlapały lodowatą wodą...
Jezioro mimo swego ogromu było puściusieńkie...
Kiedy minęliśmy cypel Władca Somin uderzył w nas ze wszystkich stron jednocześnie...
Kajak niebezpiecznie zachybotał...
Woda zalała mi ramiona...
"Na tyle Cię stać ??" - zapytałam w myślach Władcę Somińskiego Jeziora... - i tak nie odpuścimy...
Na horyzoncie ujrzeliśmy pierwszy cel wyprawy...
Wyspa jak Wyspa...W pierwszej chwili nie robi specjalnego wrażenia...
Chociaż...
Kiedy tylko zbliżyliśmy się na odpowiednią odległość ruszyły w naszą stronę chmary mew...
- Forpoczty nas witają...- rzucił Pan N. a ja ustawiłam komóreczkę...
- Będzie się działo...- poświadczyłam...
Nie zbliżając się zbytnio do Wyspy powoli zaczęliśmy ją opływać...
Mewy krążyły nad naszymi głowami monitorując czy mamy dobre zamiary...Przysiadały na wodzie wokół kajaka i przekrzywiały swoje ciekawskie łebki...
To czego strzegły było niesamowite...Dziesiątki kormoranich gniazd...Setki kormoranów...Prawdziwa ptasia symbioza...
Tylko drzewa od tej "symbiozy" umierały...
Kiedy tylko dziób naszego kajaka odwrócił się od Wyspy uspokojone mewy wróciły do swojego królestwa...
Przestaliśmy być intruzami...
Odgłosy ptasich wrzasków były coraz cichsze, a my podążaliśmy do kolejnego celu wyprawy...
Druga Wyspa Kormoranów wyglądała z oddali niesamowicie...Wśród zieleni wymarłe drzewa wyglądały upiornie...Jak stare cmentarzysko...
Cisza panująca na Jeziorze jeszcze potęgowała to "trupie" wrażenie...
Jeszcze jeden ruch wioseł i...
- Pan Seweryn miał rację...- wyszeptałam...
- Orzesz...(ko) - potwierdził Pan N. i zamarliśmy z wrażenia...
Widzieliście adaptację "Ptaków" Hitchcocka ??
To był "pikuś"...!!
Kiedy tylko minęliśmy nieoznakowaną granicę runęła na nas prawdziwa masa...
W powietrzu uniósł się przerażający skrzek tysięcy mewich gardeł...Niebo z błękitów zmieniło barwę na szaro-białą...Wśród rozwrzeszczanego tłumu prym wiodły kormorany...Ewidentni generałowie tej podniebnej armii...
Żeby ustalić kierunek kajaka musieliśmy do siebie wrzeszczeć...
- Nie odpuszczą !! - wrzasnęłam do Pana N.
- Chyba, że zlegniemy zimnymi trupami w szuwarach... - odwrzasnął Ślubny...
Przy wtórze mewich wrzasków opływaliśmy Wyspę powoli...Nie chcieliśmy drażnić mew zbyt energicznymi ruchami...
Nie na wiele to się przydało...
Ptaszyska były wściekłe !!
Niektóre osobniki przelatywały tak nisko nad kajakiem, że widzieliśmy malusieńkie pazurki na ich "paluchach"...
Druga strona Wyspy wyglądała jeszcze bardziej niesamowicie...
- To dopiero "Wysranki"... - podzieliłam się swoją myślą z Panem N. - Tatry niech się schowają...Prawdziwych "Wysranek" nie widziały... - dodałam...
W mewi wrzask wbił się śmiech Pana N.
- Nawet bardziej "Zasranki" niż "Wysranki"... - zmieniłam zdanie kiedy podpłynęliśmy bliżej...
- A tą pierwszą Wyspę jak nazwiesz ?? - dopytywał się Pan N.
- Tamta może być "Posranki"...To ledwie nocnik przy tym szambie... - i w ten sposób nadane zostały nowe nazwy Wyspom Kormoranów...
Żeby zrozumieć nasze odczucia lepiej zajrzyjcie do naszych nagrań...
https://app.box.com/s/f0jicturqtj4zcnri5nf
Po takich wrażeniach postanowiliśmy odrobinkę się wzmocnić...
Urządziliśmy sobie "Śniadanie na wodzie"...
Ależ smakowało...
Teraz mogliśmy ruszyć na poszukiwanie trzeciego celu...
Przepływu Zbrzycy...
Przepływy mają to do siebie, że wcale nie chcą być widoczne...
Nawet mapy bywają zawodne...
Ruszyliśmy więc wzdłuż nabrzeża, żeby owego przepływu nie przegapić...
Władca Somin jakby złagodniał...Tafla Jeziora uspokoiła się...Wiatr zelżał odrobinę...Woda nie chlustała nam w twarze...
Nawet Słoneczko skuszone tym niespodziewanym spokojem zaczęło swój balet na falach...
Ale Zbrzycy nie było...
Najpierw odkryliśmy "stojak na mewy"...
Potem...
- Żaba !! - znienacka oświadczył Pan N.
Widzieliście kiedyś żabę płynącą prawdziwym "klasykiem" w jeziornej toni ??
To niesamowity widok...
Zaczęłam więc lustrować wzrokiem taflę jeziora wyszukując zielonego mieszkańca...
Komóreczka była już gotowa do kliknięcia...
- Gdzie ?? - zapytałam w końcu, bo hektary Somińskiego wcale nie wyglądały na zasiedlone...
- Tu... - oświadczył Pan N. i nieprzerwanie pracował wiosłem...
- Tu to gdzie ?? - potrzebowałam doprecyzowania informacji...
- Idzie do Ciebie... - ze śmiechem stwierdził Ślubny...
Przez moment myślałam, że zaszkodził Mu nadmiar wrażeń...
I wtedy nasz pasażer na gapę się ujawnił...
Bidula całkiem "oczadziała"...
Na pierwszy rzut oka było widać, że z całej żabiej duszyczki chce do wody...
Podpłynęliśmy bliżej brzegu, żeby się bidula nie zamęczyła i wypuściłam ją za burtę...
Ależ śmigła !!
Precyzyjny "klasyk" był do pozazdroszczenia, a żabusia bez problemu odnalazła właściwy kierunek...
- Tylko uważaj na bociany !! - krzyknęłam do śladu na wodzie, bo po żabce ślad tylko pozostał...
- Tam...- rzucił wówczas komendę Pan N. i ruszyliśmy w szuwary w zatoczce...
To była dobra decyzja...
Po nocnych deszczach wody Zbrzycy nie wyglądały zbyt zachęcająco...
Za kolejnym zakolem Rzeki dotarliśmy do mostku, który ostatnio zwiedzaliśmy "wierzchem", na rowerkach...
Przyszła pora na kolejny odpoczynek...
To znaczy...
Mój kręgosłup zarządził popas...Z trudem wygramoliłam się z kajaka, a Pan N. spojrzał na mnie z niepokojem...
W którąkolwiek stronę zdecydowalibyśmy się ruszyć to było kilka godzin wiosłowania...
A pływać kajakiem nie wiosłując nie umiem...
Takie ze mnie uparte babsko...
Nasz popas miał jednak bardzo dobre strony...
Okazało się, że jest to zarejestrowany oficjalnie punkt spływowy i oprócz przystosowanego nabrzeża posiada tablicę informacyjną z dokładnymi danymi...
Uffff...
Wiemy gdzie jesteśmy !!
Czerwona "kropeczka" na mapie to my...
Ledwie 1/8 trasy...
Całość szlaku kajakowego Zbrzycą to prawie 90-siąt kilometrów, ale spływy to z reguły droga "w jedną stronę"...
My musieliśmy wrócić...
Ale Zbrzyca kusiła nas niemiłosiernie...
Może kiedyś się uda ??
Po kilku minutach odpoczynku, drobnej gimnastyce i dogłębnym zbadaniu trasy na mapie, ruszyliśmy dalej...
Ostatni...Nieplanowany punkt podróży...
Jezioro Kruszyńskie...
Ogromne...Ciche...Piękne...
Tajemniczy horyzont kusił do dalszej podróży...
Posiedzieliśmy chwilkę sycąc dusze tym nieziemskim widokiem i zarządziliśmy odwrót...
Tym razem musimy odpuścić...
Chociaż kusi...Bardzo...
Nie oglądając się za siebie skierowaliśmy kajak w drogę powrotną...
Zbrzyca powitała nas zdziwiona...
Z tej strony wyglądała całkiem inaczej...Jakby pytała:
- Wracacie ??
I chyba w szoku była okrutnym, bo ledwie wpłynęliśmy w Jej kanał ukazała nam widok nieziemski...
Nieludzkim wydało się nam pływanie "w jedną stronę"...
Zostawić takie widoki za plecami ??
Matka Natura bywa przewrotna...
Przy mostu spotkaliśmy pierwszych Kajakarzy...Dwie Pary w średnim wieku, z dwoma bernardynami...
Widok psich olbrzymów zrobił na nas wrażenie...
- Dzień dobry... - krzyknęliśmy radośnie...
- Dzień dobry...- odpowiedzieli nam zgodnie...
- Wspaniałych macie wioślarzy !! - zagadnęłam...
- Wioślarzy ?? Im się nawet siku nie chce iść zrobić... - odpowiedział nam jeden z Panów...
A psiaki leżały "rozwalone" przy kajakach i nic sobie nie robiły z tej krytyki...
- A Ty mówiłaś, że pływanie z jamnikiem to ekstremalne ryzyko...- przypomniał mi Pan N.
Fakt, kiedy mijaliśmy onegdaj na Kujawach, kajak zasiedlony przez pewną Parę i jamnika, wyraziłam swoje wątpliwości...
No cóż...Nie jestem zwolenniczką zmuszania zwierząt do posiadania hobby...
Kajak i bernardyn ??
Samo w sobie brzmiało dziwnie...
Nasza podróż dobiegała końca...
Przy Wyspie "Posranka" mewy jeszcze raz pokazały nam swoją siłę...
Tym razem nie my byliśmy przeciwnikami...
Z lasu w stronę Wyspy ruszył jastrząb...Pewnie marzyła mu się jajeczniczka z kormoranich lub mewich jaj...
Mewy ruszyły do ataku natychmiast...
Zaatakowany jastrząb, okrążony ze wszystkich stron, nawet nie miał jak się bronić...
A maleńkie mewy atakowały bez pardonu...
Nic sobie nie robiły z faktu, że to jastrząb jest drapieżnikiem...
Walka trwała dosłownie sekundy...
Nawet nie zdążyliśmy sięgnąć po aparaty...
Jastrząb pokiereszowany przez rozsierdzone mewy uciekał w panice do lasu...Z jego skrzydeł zwisały powyrywane pióra...
Mewy krzykiem ogłosiły zwycięstwo...
Władca Somin wcale nie spokorniał , więc nasze ramiona nieźle odczuły starcie z jego "złym nastrojem"...
Z przyjemnością wpłynęliśmy na spokojne wody Jeziora Dywańskiego...
- I jak ?? - zapytał nas Pan Seweryn, ledwie zdążyliśmy wciągnąć kajak na brzeg...
- Zarąbiście !! - odpowiedzieliśmy zgodnie...- Kruszyńskie zaliczone...
- Tak szybko ?? - w głosie naszego Bosmana usłyszeliśmy uznanie... - a Wyspy ?? - dopytywał...
- Niesamowite !! Jedna od dzisiaj nazywa się "Posranka", a druga "Zasranka"...- zakomunikowałam...
Śmiech Pana Seweryna zadźwięczał na kąpielisku...
- Pięknie !! - zaakceptował...
Wieczorkiem czekało na nas ognisko na jeziorem...
- Ło Matko i Córko !! Toż my mamy ledwie cztery malusie kiełbaski... - wyjęczałam zobaczywszy skrupulatnie ułożony przez Pana Seweryna stos drewna...
- Do rana...Jak nic będziemy je palić do rana...- potwierdził moje spostrzeżenie Pan N.
Więc to nie był omam wzrokowy...
Wszytko było tak przygotowane, że wystarczyło dotknąć stos zapałką i mieliśmy swoje upragnione ognisko...
Pozostało nabić kiełbaski i rozpocząć przygotowania do kolacji...
Ależ to było pyszne !!
Najlepsza kiełbaska Świata !!
A potem siedzieliśmy sobie na ławeczce, przy ognisku i patrzyliśmy na jezioro...
Mrok powoli zapadał rozmazując przeciwległy brzeg...Ptaki powoli cichły układając się do snu...Ognisko radośnie rozbłyskało iskierkami...
Nie czuliśmy zmęczenia...
Było tak...Hmmm...
wtorek, 30 lipca 2013
Magiczny "Dzień Lenia"...
Po gdańskich wrażeniach musieliśmy odrobinę odpocząć...
Przed oczami mieliśmy jeszcze barwne wspomnieniowe projekcje...W głowach kłębiły się setki myśli związanych z wycieczką...W nosach czuliśmy jeszcze zapach siarki...
Wyciszony Ośrodek był idealnym miejscem na poukładanie doznań...
Postanowiliśmy urządzić sobie "Dzień Lenia".
Drzemki...Leżakowanie...Podjadanie...
Czyli urlopowa normalka...
Podobno...
Leniowanie szło nam całkiem nieźle...
Chociaż zabawnym było, że Obsługa Ośrodka przyglądała się nam z zainteresowaniem...
- Nie przyjdziecie dzisiaj na koniki ?? - pytała nasza Instruktorka z niedowierzaniem...
- Dzisiaj nie...- odpowiadaliśmy zgodnie...
- Nie rezerwujemy dzisiaj kortu ?? - pytała Pani Mariola nazywana przeze mnie czasem Marzeną ;o)
- Dzisiaj odpuszczamy...- kręciliśmy głowami...
Kiedy jednak na pytanie Bosmana (Pana Seweryna), czy potrzebujemy kajaczek, odpowiedzieliśmy, że na jutro owszem, ale dzisiaj nie...
Pan Bosman spojrzał na nas z troską...
Chyba podejrzewał jakieś objawy chorobowe...
No cóż...
W sumie rzeczywiście było to jak na nas nienaturalne...
Wieczorkiem poczłapaliśmy niespiesznie do Recepcji poprosić o przygotowanie ogniska na jutrzejszy wieczór...
Pani Mariola wykonała oczywiście natychmiast telefon do Pana Seweryna i odetchnęła z widoczną ulgą...
Chorzy nie byliśmy...
- A dzisiaj mamy tańce przy przebojach z lat 80-tych... - mimowolnie rzuciła w trakcie rozmowy... - może zajrzycie Państwo ??
- Tańce ?? - zapytaliśmy dla potwierdzenia i spojrzeliśmy na siebie...
Czyżby nasz "Dzień Lenia" miał się skończyć przy rytmicznych dźwiękach ??
W sumie...
Właściwie mieliśmy co świętować...
To była Pierwsza Rocznica Ślubu naszych Dzieciaków, więc tańce były w sam raz...
Mieliśmy tą Rocznicę świętować z Dzieciakami...Ich łóżka stały wolne...Mieli urlopowy szlaban...
No cóż...
I tak bywa...
Ale poświętowanie za Nich byłoby chyba w sam raz...??
Tańczyliście kiedyś przy blasku świec i gwiazd ??
Tańczyliście kiedyś nad brzegiem jeziora ??
Nasz "Dzień Lenia" miał magiczne zakończenie...
Przed oczami mieliśmy jeszcze barwne wspomnieniowe projekcje...W głowach kłębiły się setki myśli związanych z wycieczką...W nosach czuliśmy jeszcze zapach siarki...
Wyciszony Ośrodek był idealnym miejscem na poukładanie doznań...
Postanowiliśmy urządzić sobie "Dzień Lenia".
Drzemki...Leżakowanie...Podjadanie...
Czyli urlopowa normalka...
Podobno...
Leniowanie szło nam całkiem nieźle...
Chociaż zabawnym było, że Obsługa Ośrodka przyglądała się nam z zainteresowaniem...
- Nie przyjdziecie dzisiaj na koniki ?? - pytała nasza Instruktorka z niedowierzaniem...
- Dzisiaj nie...- odpowiadaliśmy zgodnie...
- Nie rezerwujemy dzisiaj kortu ?? - pytała Pani Mariola nazywana przeze mnie czasem Marzeną ;o)
- Dzisiaj odpuszczamy...- kręciliśmy głowami...
Kiedy jednak na pytanie Bosmana (Pana Seweryna), czy potrzebujemy kajaczek, odpowiedzieliśmy, że na jutro owszem, ale dzisiaj nie...
Pan Bosman spojrzał na nas z troską...
Chyba podejrzewał jakieś objawy chorobowe...
No cóż...
W sumie rzeczywiście było to jak na nas nienaturalne...
Wieczorkiem poczłapaliśmy niespiesznie do Recepcji poprosić o przygotowanie ogniska na jutrzejszy wieczór...
Pani Mariola wykonała oczywiście natychmiast telefon do Pana Seweryna i odetchnęła z widoczną ulgą...
Chorzy nie byliśmy...
- A dzisiaj mamy tańce przy przebojach z lat 80-tych... - mimowolnie rzuciła w trakcie rozmowy... - może zajrzycie Państwo ??
- Tańce ?? - zapytaliśmy dla potwierdzenia i spojrzeliśmy na siebie...
Czyżby nasz "Dzień Lenia" miał się skończyć przy rytmicznych dźwiękach ??
W sumie...
Właściwie mieliśmy co świętować...
To była Pierwsza Rocznica Ślubu naszych Dzieciaków, więc tańce były w sam raz...
Mieliśmy tą Rocznicę świętować z Dzieciakami...Ich łóżka stały wolne...Mieli urlopowy szlaban...
No cóż...
I tak bywa...
Ale poświętowanie za Nich byłoby chyba w sam raz...??
Tańczyliście kiedyś przy blasku świec i gwiazd ??
Tańczyliście kiedyś nad brzegiem jeziora ??
Nasz "Dzień Lenia" miał magiczne zakończenie...
poniedziałek, 29 lipca 2013
Pożegnanie Gdańska, czyli bój to jest nasz ostatni...
Chociaż muzyka ponoć łagodzi obyczaje, a muzyka słuchana przy piciu czekolady w szczególność, my nie zamierzaliśmy się dać "wyłagodzić" tak zupełnie...
Przed nami była jeszcze jedna Bitwa, a wszak wiadomo, że Żołnierz łagodnym być nie może...
No to dawaliśmy się "wygładzić" odrobinkę z wierzchu, a w środeczku duch bojowy w nas rozkwitał...
- Ruszamy ?? - zapytał Pan N.
- Ruszamy... - potwierdziłam i co prawda z niechęcią, ale oderwałam poopę od fotela...
Przed nami był "bój ostatni"...
Bitwa Morska na Motławie...
Przy nabrzeżu zacumowane były już różnorakie Jednostki, Załogi prezentowały się cudnie, a my szukaliśmy strategicznej pozycji...
Tym razem bardzo brakowało nam podpowiedzi Pana Promowego...
Nabrzeże co prawda szerokie, ale każdy centymetr był już obsadzony...
Przycupnęliśmy więc na samym Zakolu Motławy i oczekiwaliśmy na pierwszy wystrzał...
Grupa Garnizon Danzig miała zaprezentować nam, po raz pierwszy w Polsce, starcie morskie pomiędzy okrętami: gdańskim, rosyjskim i szwedzkim...
Rzecz się miała na początku XVIII wieku, kiedy Europa była świadkiem Wielkiej Wojny Północnej, więc i okręty prezentowały się pięknie i Obsady miały zgodne z wymogami epoki stroje...
W potyczce udział brały dwa stuletnie żaglowce: "Palsa" i "Wespe", oraz replika "Libava"...
Wojnę ową toczyły ze sobą: Królestwo Danii i Norwegii, Rosja, Saksonia, Prusy i Hanower z jednej strony, a szwedzka potęga z drugiej...
Gdzie było miejsce Polski ??
Jako, że konflikt miał miejsce w latach 1700-1721 to Polska była wówczas Rzeczpospolitą Obojga Narodów i jako taka, ponoć była neutralna...
Hahahahahah...Koń by się uśmiał...
Polska neutralna ??
Nie może być !! - jakby to Pawlak podsumował...
Spora część walk nie tylko, że rozgrywała się na terytorium owej Rzeczypospolitej, to jeszcze na Jej koszt...
Wiadomo wszak, że jak jest "zadyma" to bez Polaków odbyć się nie może...
I o dziwo...Byliśmy wówczas po tej samej stronie co Rosjanie !!
Cuda !! Prawdziwe cuda...
Rekonstrukcja przedstawiała się godnie, chociaż wyobraźni przeszkadzały odrobinę współczesne Jednostki...
Przeszkadzała również w odbiorze owego Widowiska pewna Rodzinka usytuowana tuż za naszymi plecami...
Jeśli macie ochotę na pełne zgłębienie owego Przedstawienia to zapraszam...
https://app.box.com/s/quqp1anr61si4cn75xb3
Dla tych co nie obejrzą nadmienię, że owa Rodzinka, składająca się z czwórki dorosłych, nieźle wstawionych Osób i dwóch Małoletnich, skutecznie przeszkadzała przez cały czas...
To co wygadywali i wyprawiali godnym było pomsty z Niebios...
Podobno jak się ktoś "burakiem" urodzi to "burakiem" umrze...
Wracajmy jednak do walki...
Gdańszczanie dzielnie bronili nabrzeża, nasze Okręty (niby rosyjski i gdański) ostrzeliwały Szwedów okrutnie, wysłani na szwedzki Okręt Celnicy ledwie uszli z życiem...
Chociaż tego pewna do końca nie jestem, bo dwóch z nich wylądowało w Motławie, a ponoć kontakt cielesny z ową rzeką może się skończyć różnie...
Zapaleńcy...Prawdziwi Zapaleńcy...
Jak miło pomyśleć, że są Ludzie, którym się chce...
I nie o wpadaniu do wody mówię...
W rekonstrukcjach brało udział około stu Uczestników...Poświęcali na to swój czas, swoje zaangażowanie i ukryć się nie da, że wkładali w to również swoje pieniążki...
Przygotowanie okrętu, czy umundurowania to nie są drobne kwoty...
Dziękujemy Wam za to pięknie !!
I wierzcie, że piękniej dziękować już nie umiemy...;o)
I dziękujemy Baltic Sail, że umożliwiono nam podziwianie tego wszystkiego...
Niestety...Na nas już pora...
Na pożegnanie Gdańska, Matka Natura pięknie udekorowała niebo...
A my ruszyliśmy w stronę zachodzącego Słońca...
Jak na prawdziwych Wojowników przystało...
Przed nami była jeszcze jedna Bitwa, a wszak wiadomo, że Żołnierz łagodnym być nie może...
No to dawaliśmy się "wygładzić" odrobinkę z wierzchu, a w środeczku duch bojowy w nas rozkwitał...
- Ruszamy ?? - zapytał Pan N.
- Ruszamy... - potwierdziłam i co prawda z niechęcią, ale oderwałam poopę od fotela...
Przed nami był "bój ostatni"...
Bitwa Morska na Motławie...
Przy nabrzeżu zacumowane były już różnorakie Jednostki, Załogi prezentowały się cudnie, a my szukaliśmy strategicznej pozycji...
Tym razem bardzo brakowało nam podpowiedzi Pana Promowego...
Nabrzeże co prawda szerokie, ale każdy centymetr był już obsadzony...
Przycupnęliśmy więc na samym Zakolu Motławy i oczekiwaliśmy na pierwszy wystrzał...
Grupa Garnizon Danzig miała zaprezentować nam, po raz pierwszy w Polsce, starcie morskie pomiędzy okrętami: gdańskim, rosyjskim i szwedzkim...
Rzecz się miała na początku XVIII wieku, kiedy Europa była świadkiem Wielkiej Wojny Północnej, więc i okręty prezentowały się pięknie i Obsady miały zgodne z wymogami epoki stroje...
W potyczce udział brały dwa stuletnie żaglowce: "Palsa" i "Wespe", oraz replika "Libava"...
Wojnę ową toczyły ze sobą: Królestwo Danii i Norwegii, Rosja, Saksonia, Prusy i Hanower z jednej strony, a szwedzka potęga z drugiej...
Gdzie było miejsce Polski ??
Jako, że konflikt miał miejsce w latach 1700-1721 to Polska była wówczas Rzeczpospolitą Obojga Narodów i jako taka, ponoć była neutralna...
Hahahahahah...Koń by się uśmiał...
Polska neutralna ??
Nie może być !! - jakby to Pawlak podsumował...
Spora część walk nie tylko, że rozgrywała się na terytorium owej Rzeczypospolitej, to jeszcze na Jej koszt...
Wiadomo wszak, że jak jest "zadyma" to bez Polaków odbyć się nie może...
I o dziwo...Byliśmy wówczas po tej samej stronie co Rosjanie !!
Cuda !! Prawdziwe cuda...
Rekonstrukcja przedstawiała się godnie, chociaż wyobraźni przeszkadzały odrobinę współczesne Jednostki...
Przeszkadzała również w odbiorze owego Widowiska pewna Rodzinka usytuowana tuż za naszymi plecami...
Jeśli macie ochotę na pełne zgłębienie owego Przedstawienia to zapraszam...
https://app.box.com/s/quqp1anr61si4cn75xb3
Dla tych co nie obejrzą nadmienię, że owa Rodzinka, składająca się z czwórki dorosłych, nieźle wstawionych Osób i dwóch Małoletnich, skutecznie przeszkadzała przez cały czas...
To co wygadywali i wyprawiali godnym było pomsty z Niebios...
Podobno jak się ktoś "burakiem" urodzi to "burakiem" umrze...
Wracajmy jednak do walki...
Gdańszczanie dzielnie bronili nabrzeża, nasze Okręty (niby rosyjski i gdański) ostrzeliwały Szwedów okrutnie, wysłani na szwedzki Okręt Celnicy ledwie uszli z życiem...
Chociaż tego pewna do końca nie jestem, bo dwóch z nich wylądowało w Motławie, a ponoć kontakt cielesny z ową rzeką może się skończyć różnie...
Zapaleńcy...Prawdziwi Zapaleńcy...
Jak miło pomyśleć, że są Ludzie, którym się chce...
I nie o wpadaniu do wody mówię...
W rekonstrukcjach brało udział około stu Uczestników...Poświęcali na to swój czas, swoje zaangażowanie i ukryć się nie da, że wkładali w to również swoje pieniążki...
Przygotowanie okrętu, czy umundurowania to nie są drobne kwoty...
Dziękujemy Wam za to pięknie !!
I wierzcie, że piękniej dziękować już nie umiemy...;o)
I dziękujemy Baltic Sail, że umożliwiono nam podziwianie tego wszystkiego...
Niestety...Na nas już pora...
Na pożegnanie Gdańska, Matka Natura pięknie udekorowała niebo...
A my ruszyliśmy w stronę zachodzącego Słońca...
Jak na prawdziwych Wojowników przystało...
Subskrybuj:
Posty (Atom)












.jpg)






















