Kiedy śliwkowe truchło zległo drewnianym trupem, a adrenalina jeszcze nie opadła, przeprowadziliśmy krótki wywód "co dalej"...
Pooglądaliśmy zwłoki dokładnie, pochrząkaliśmy odpowiednio długo i...
Pan N. rozpoczął działanie...
Po kawie i dwóch pojemnikach paliwa, ze śliwy pozostało tyle...
I tyle...
Bo reszta, na gordyjskich nogach poszła tam...
Taka jest, jedynie słuszna, nasza koncepcja...Każde ścinane drzewo jest cięte na krążki, i będzie przeznaczone na wrzosowiskowy chodniczek...
Pełna koncepcja jest co prawda znacznie rozbudowana (żeby nie powiedzieć: rozbuchana), ale przyszedł czas na pierwszy zarys...
No i jest jeszcze jedna przyczyna tych działań natychmiastowych, nie mamy już gdzie tych krążków układać...
No to Pan N. cierpliwie kroi, a Gordyjka układa "puzelki"...
Przy okazji powstają zasieki "przeciw migracyjne"...
Ekologiczne, żeby się nam kudłate bractwo czasem nie poraniło...;o)
A kiedy już siły się nam ledwie tliły, a zegar odmierzył porę do zaściankowego powrotu, Pan N. zarządził, że ciąć będziemy "po drodze"...
No to szłam, łapkami machałam, która gałązka ma się rozstać z drewnianą matulą, a Ślubny "ziiiiut"...
Po pięciu minutach, wysprzątane Wrzosowisko, wyglądało jakby tajfun z orkanem urządzili sobie zawody...
Zwróćcie uwagę na "pniaczek widokowy", który ustawiliśmy (ha ha ha) na obrzeżach sadu...Cudnie będzie na nim przysiąść...;o)
Opamiętanie na nas przyszło, kiedy na drodze stanął orzech...
Już nawet nie mieliśmy sił, żeby go sznurkiem omotać, więc tylko inteligentnie żeśmy mu pokazali, w którym kierunku ma lecieć i gdzie upaść...
Orzechy są durne...Albo głuche...
W każdym razie ta niemota nic sobie z naszych wskazówek nie robiła i niczym ozdoba zawisł durak na śliwie...
Ło Matko i Córko...
Aleśmy się napocili, żeby niecnotę z tej śliwy ściągnąć !!
No i to możemy uznać za porażkę, bo orzech miał być częścią huśtawki, a przepołowiony wyląduje na ścieżce...
Na pohybel...
Może on chory był i się na huśtawkę nie nadawał ??
Tej wersji będziemy się trzymać !!
W każdym razie zabawa tajfuna z orkanem skończyła się tak...
A nam pozostało się przebrać, tęsknie rozejrzeć się po okolicy i ruszyć do domciu...
I jeszcze rzut oka na ogródeczek...
Dwa światy...
Bardzo Ważni Goście
wtorek, 8 marca 2016
niedziela, 6 marca 2016
"Waryjatem" trzeba się urodzić...
- Gdzie był Bóg ?? - słyszę często, od Ludzi, którzy opowiadają o jakiś traumatycznych przeżyciach, o swoich dramatycznych losach...Czasem i ja się nad tym zastanawiałam, ale przestałam...
Już wiem, czym zajęty jest Bóg, kiedy na Świecie dzieje się źle...
Bóg opiekuje się "Waryjatami"...
Jestem "Waryjatem" to wiem...
A że do życiowego towarzystwa mam drugiego "Waryjata", to ma Bozia co robić...
Kiedy tylko kręgosłupy przestały nas boleć od kilkugodzinnej jazdy w tą i z powrotem (znaczy się ze Stolicy), główki zaczęły kombinować, jak przetworzyć posiadaną po spotkaniu z Blogerami energię...No jak ??
Pojechać na Wrzosowisko !!
No to pojechaliśmy...
Niech nawet pogoda będzie w opozycji, niech kręgosłupy łupią...Obudzony w Wawce "szwędak" już nam nie da odpocząć, aż do jesieni...
Rozpoczęliśmy wrzosowiskowe bytowanie od czynności obowiązkowych, czyli od wysłuchania wszystkich żali Filipa i jego przyjaciół...Mało sobie biedak łapek nie połamał jak gnał na nasz widok z donośnym ujadaniem...Nawet wyprzedził Sabę, która ma dwa razy dłuższe nogi...Myszowaty też gnał. ale nie ośmielił się biec przez naszą działkę, więc stracił trochę dystansu do czołówki...
Szelest woreczka psiaki powitały z entuzjazmem, a potem wprawiły mnie w totalne zadziwienie...Stałam jak gapa, z rozdziawionym dziobem...
Psiaki grzecznie stanęły, każdy przy swojej kupce kości i pałaszowały bezkonfliktowo...Tego to na Wrzosowisku jeszcze nie było !!
A że na Wrzosowisku siedzieć z założonymi rękami się nie godzi, więc po obowiązkowej lustracji areału, postanowiliśmy poeksperymentować z rozsadami czarnego bzu...
Soczek z tych niedocenianych jagódek bardzo się w tym roku przydał, ale z jednego krzaczka zbiór był skromny, więc trzeba o rozszerzenie plantacji zadbać...
No to jazda !!
A że detalistami nigdy żeśmy nie byli, więc w szpaler poszło trzydzieści rozsad...
Krzaczorki dumnie stanęły w rzędzie, a nas duma rozpierała, że kolejny punkt wrzosowiskowej działalności możemy odhaczyć...
Pora na herbatkę...
Siedliśmy z kubeczkami na naszej ławeczce...Ptaszęta nieśmiało podśpiewywały...Ziemia pachniała wiosną...
Takie chwile warte są wszystkiego...
Ale jeśli miałby to być koniec naszej pracy, to pewnie sami uznalibyśmy się za leni...
Na ławeczce powstawał plan...Plan tak śmiały, że w pewnej chwili poczułam autentyczny strach...
W dwójkę ??
No cóż...
Szaleństwo ma swoje prawa...
Pan N. skrupulatnie wyłożył mi teorię, a ja z każdym zdaniem dostawałam większego amoku...
"Tu przywiążemy sznurek, i tu przywiążemy sznurek...Ty to pociągniesz...A ja będę podcinał"...
Jasne jak słoneczko...
Tyle, że plan musiał zostać skorygowany już na samym początku, bo drzewo które zostało wytypowane do "przywiązania" samo ledwie trzymało się ziemi...
No to niech będzie wiązanie na raz...
Co zamierzaliśmy zrobić ??
Zamierzaliśmy ściąć jedną z największych śliw !!
Źródło naszego zeszłorocznego niepokoju...
Było po niej widać, że kilka razy dostała piorunami, większość konarów była uschnięta, a w środku było gniazdo szerszeni...Biologiczna bomba zegarowa...
No to ruszamy...
Pan N. nacina, a ja wiszę na tych sznurkach jako balast...Kiepski balast, bo w zestawieniu ze swoimi pięćdziesięcioma kilogramami mam czterokrotnie cięższego przeciwnika (tak na oko)...
Już sobie wyobrażałam jak lecę w kosmos, niczym kojot w starciu ze strusiem, jeśli nie uda mi się przeciągnąć dźwigni w tym jednym jedynym momencie...
Ale to był pikuś...
Majstersztyk polegał na tym, że zgodnie z naszymi zachciankami, śliwa miała wylądować na jedynym bezpiecznym terenie, czyli na czterdziestu centymetrach, między pojemnikami na gnojówkę (te dwa plastikowe kosze), a tegorocznym kompostownikiem (ta czarna agrowłóknina)...
Waryjatami trzeba się urodzić...
Pan N. mozolnie nacina pień, ja dyndam w powietrzu, i nagle czuję, jak drzewo się poddaje...Nogi unoszą mi się w powietrzu...W dłonie wbijają się sznurki...Drę się jak opętaniec, bo już wiem, że nijak tego sznurka nie utrzymam...Pan N. nic nie słyszy, bo przecież piłą szleje...
Resztką mózgu jaka mi jeszcze została naciągam sznurki w obu dłoniach, wybijam się w górę i przy pomocy przyciągania ziemskiego ląduję na ziemi...
Czuję jakby drzewo się przechylać...
No to dawaj !! Jeszcze raz !!
Cały czas się drę, żeby się wstrzelić między te warkoty piły...
Poszło !!
No to jeszcze raz...
W tym momencie Pan N. uniósł głowę, ale to nie był dobry moment, bo właśnie dyndałam w powietrzu...
No to rzucił piłę, i gna do swojego Chudzielca, żeby wesprzeć te skromne kilogramy...
Nie zdążył...
Kolejne lądowanie sprawiło, że usłyszałam znajomy dźwięk...
Szuuurrrrr...
I śliwa majestatycznie osunęła się na ziemię...
Wyplątawszy się z tego sznurka, siadłam gdzie stałam...
Trzęsłam się jak galareta...Nawet jęzor mi się trząsł od tych wrzasków...
Z głowy, powoli ustępowała czarna maź...
- Głupsi już nie będziemy...- skwitowałam nasze działania...- Mam nadzieję...- dodałam zapobiegawczo...
- Ty spójrz !! - entuzjastycznie zachęcał mnie Ślubny...
A było na co...
Czy coś takiego może się zdarzyć ??
Idealne trafienie !!
Czterdzieści centymetrów...
Takie coś może się trafić tylko Waryjatom...Albo siostrzenicy Drwala...
Z czułością pomyślałam o Wujku, który był specjalistą od wycinek w Bieszczadach...
Bez Jego wsparcia "z góry" to bym już pewnie Mleczną Drogę zwiedzała...
Niebo czuwa nad takimi Szaleńcami jak my...
No bo skąd niby Pan N. wiedział, w którym momencie podcinać z której strony, i pod jakim kątem ??
A ja skąd wiedziałam kiedy luzować, a kiedy napinać te durne sznurki ??
Tego, to nawet Wujaszek Google nie powie...
Samo opowiadanie o tym zmęczyło mnie tak bardzo, że wybaczcie, ale dokończę opowieść o naszej przygodzie przy kolejnym wpisie...
Znowu zaczęło mnie trząść...;o)
Już wiem, czym zajęty jest Bóg, kiedy na Świecie dzieje się źle...
Bóg opiekuje się "Waryjatami"...
Jestem "Waryjatem" to wiem...
A że do życiowego towarzystwa mam drugiego "Waryjata", to ma Bozia co robić...
Kiedy tylko kręgosłupy przestały nas boleć od kilkugodzinnej jazdy w tą i z powrotem (znaczy się ze Stolicy), główki zaczęły kombinować, jak przetworzyć posiadaną po spotkaniu z Blogerami energię...No jak ??
Pojechać na Wrzosowisko !!
No to pojechaliśmy...
Niech nawet pogoda będzie w opozycji, niech kręgosłupy łupią...Obudzony w Wawce "szwędak" już nam nie da odpocząć, aż do jesieni...
Rozpoczęliśmy wrzosowiskowe bytowanie od czynności obowiązkowych, czyli od wysłuchania wszystkich żali Filipa i jego przyjaciół...Mało sobie biedak łapek nie połamał jak gnał na nasz widok z donośnym ujadaniem...Nawet wyprzedził Sabę, która ma dwa razy dłuższe nogi...Myszowaty też gnał. ale nie ośmielił się biec przez naszą działkę, więc stracił trochę dystansu do czołówki...
Szelest woreczka psiaki powitały z entuzjazmem, a potem wprawiły mnie w totalne zadziwienie...Stałam jak gapa, z rozdziawionym dziobem...
Psiaki grzecznie stanęły, każdy przy swojej kupce kości i pałaszowały bezkonfliktowo...Tego to na Wrzosowisku jeszcze nie było !!
![]() | |
| Psia stołówka. |
Soczek z tych niedocenianych jagódek bardzo się w tym roku przydał, ale z jednego krzaczka zbiór był skromny, więc trzeba o rozszerzenie plantacji zadbać...
No to jazda !!
A że detalistami nigdy żeśmy nie byli, więc w szpaler poszło trzydzieści rozsad...
Krzaczorki dumnie stanęły w rzędzie, a nas duma rozpierała, że kolejny punkt wrzosowiskowej działalności możemy odhaczyć...
Pora na herbatkę...
Siedliśmy z kubeczkami na naszej ławeczce...Ptaszęta nieśmiało podśpiewywały...Ziemia pachniała wiosną...
Takie chwile warte są wszystkiego...
Ale jeśli miałby to być koniec naszej pracy, to pewnie sami uznalibyśmy się za leni...
Na ławeczce powstawał plan...Plan tak śmiały, że w pewnej chwili poczułam autentyczny strach...
W dwójkę ??
No cóż...
Szaleństwo ma swoje prawa...
Pan N. skrupulatnie wyłożył mi teorię, a ja z każdym zdaniem dostawałam większego amoku...
"Tu przywiążemy sznurek, i tu przywiążemy sznurek...Ty to pociągniesz...A ja będę podcinał"...
Jasne jak słoneczko...
Tyle, że plan musiał zostać skorygowany już na samym początku, bo drzewo które zostało wytypowane do "przywiązania" samo ledwie trzymało się ziemi...
No to niech będzie wiązanie na raz...
Co zamierzaliśmy zrobić ??
Zamierzaliśmy ściąć jedną z największych śliw !!
Źródło naszego zeszłorocznego niepokoju...
Było po niej widać, że kilka razy dostała piorunami, większość konarów była uschnięta, a w środku było gniazdo szerszeni...Biologiczna bomba zegarowa...
No to ruszamy...
Pan N. nacina, a ja wiszę na tych sznurkach jako balast...Kiepski balast, bo w zestawieniu ze swoimi pięćdziesięcioma kilogramami mam czterokrotnie cięższego przeciwnika (tak na oko)...
Już sobie wyobrażałam jak lecę w kosmos, niczym kojot w starciu ze strusiem, jeśli nie uda mi się przeciągnąć dźwigni w tym jednym jedynym momencie...
Ale to był pikuś...
Majstersztyk polegał na tym, że zgodnie z naszymi zachciankami, śliwa miała wylądować na jedynym bezpiecznym terenie, czyli na czterdziestu centymetrach, między pojemnikami na gnojówkę (te dwa plastikowe kosze), a tegorocznym kompostownikiem (ta czarna agrowłóknina)...
Waryjatami trzeba się urodzić...
Pan N. mozolnie nacina pień, ja dyndam w powietrzu, i nagle czuję, jak drzewo się poddaje...Nogi unoszą mi się w powietrzu...W dłonie wbijają się sznurki...Drę się jak opętaniec, bo już wiem, że nijak tego sznurka nie utrzymam...Pan N. nic nie słyszy, bo przecież piłą szleje...
Resztką mózgu jaka mi jeszcze została naciągam sznurki w obu dłoniach, wybijam się w górę i przy pomocy przyciągania ziemskiego ląduję na ziemi...
Czuję jakby drzewo się przechylać...
No to dawaj !! Jeszcze raz !!
Cały czas się drę, żeby się wstrzelić między te warkoty piły...
Poszło !!
No to jeszcze raz...
W tym momencie Pan N. uniósł głowę, ale to nie był dobry moment, bo właśnie dyndałam w powietrzu...
No to rzucił piłę, i gna do swojego Chudzielca, żeby wesprzeć te skromne kilogramy...
Nie zdążył...
Kolejne lądowanie sprawiło, że usłyszałam znajomy dźwięk...
Szuuurrrrr...
I śliwa majestatycznie osunęła się na ziemię...
Wyplątawszy się z tego sznurka, siadłam gdzie stałam...
Trzęsłam się jak galareta...Nawet jęzor mi się trząsł od tych wrzasków...
Z głowy, powoli ustępowała czarna maź...
- Głupsi już nie będziemy...- skwitowałam nasze działania...- Mam nadzieję...- dodałam zapobiegawczo...
- Ty spójrz !! - entuzjastycznie zachęcał mnie Ślubny...
A było na co...
Czy coś takiego może się zdarzyć ??
Idealne trafienie !!
Czterdzieści centymetrów...
Takie coś może się trafić tylko Waryjatom...Albo siostrzenicy Drwala...
Z czułością pomyślałam o Wujku, który był specjalistą od wycinek w Bieszczadach...
Bez Jego wsparcia "z góry" to bym już pewnie Mleczną Drogę zwiedzała...
Niebo czuwa nad takimi Szaleńcami jak my...
No bo skąd niby Pan N. wiedział, w którym momencie podcinać z której strony, i pod jakim kątem ??
A ja skąd wiedziałam kiedy luzować, a kiedy napinać te durne sznurki ??
Tego, to nawet Wujaszek Google nie powie...
Samo opowiadanie o tym zmęczyło mnie tak bardzo, że wybaczcie, ale dokończę opowieść o naszej przygodzie przy kolejnym wpisie...
Znowu zaczęło mnie trząść...;o)
czwartek, 3 marca 2016
Odpowiedzialnych brak...
Pamiętacie zadymę z wypadkiem Pana N. ?? Tak, tak...Świeżutka sprawa...Z grudnia...I tak sobie pomyślałam, że pewnie sądzicie, iż perturbacje związane z tym wypadkiem dawno już mamy za sobą...
Figa !!
Chłopakom, dziękować Bozi, nic się nie stało, ale służby BHP dostały pomroki ciemnej (albo jasnej)...Robiły wszystko, żeby udowodnić, że wina leżała po stronie Pracowników...A wierzcie mi na słowo, postępowali bardzo nieładnie...
Po prawie miesiącu pewne było tylko jedno...Protokoły BHP można użyć jako papier toaletowy...Chociaż i na to nadawały się kiepsko, bo papier był twardy...;o)
Z niecierpliwością oczekiwaliśmy zakończenia procedur przez PIP i Policję...
Czarno to widziałam...
Ale od początku nie dawały nam spokoju pewne pytania, pewne sugestie, którymi był łaskaw podzielić się Inspektor PIP...Jedyny, który słuchał co do niego mówią Pracownicy...Jedyny, który zainteresował się stanem instalacji...Służby zakładowe od razu postawiły znak równości...
No i po ponad dwóch miesiącach Pan Inspektor zakończył pracę...
Jak w dobrym kryminale...Teraz emocje miały sięgnąć zenitu...
I lipa...
Cała dokumentacja poszła w teczkę "Tajne / Poufne"...Chłopaki pozostali z tymi durnymi protokołami BHP...
Tyle, że instalacja idzie do poprawy (przez przypadek ??), procedury idą do poprawy (przez przypadek ??), nawet zarządzenia technologiczne i stanowiskowe idą do poprawy (czysty przypadeczek !!)...
Nikt z wrzeszczących wówczas "Fachowców" jakoś nie może się zdobyć na jedno słowo: Przepraszam...
Ten wypadek będzie kosztował Zakład grube tysiące (mam nadzieję, że nie miliony), bo ktoś kiedyś zdecydował, że zakupiona zostanie instalacja z "niższej półki"...W ramach oszczędności...Bo mam nadzieję, że nie z głupoty...
Za wypadek odpowiedzialność określono od razu...Wina Pracowników (według Dozoru) była bezsporna...
Odpowiedzialnego za spowodowanie tego zagrożenia nie ma...
Ci, co najbardziej krzyczeli w dniu wypadku, teraz milczą, prawie niewidzialni...
Ale to jeszcze nie koniec...
Przed Chłopakami jeszcze policyjne przesłuchanie...Kiedy ??
Tego najstarsi Górale nie wiedzą, bo teraz Zakład będzie chciał wprowadzić te wszystkie PIPowskie zalecenia, żeby ktoś pod prokuraturę nie podpadł...
Chore to ...Durnowate...Ot, życie...
Figa !!
Chłopakom, dziękować Bozi, nic się nie stało, ale służby BHP dostały pomroki ciemnej (albo jasnej)...Robiły wszystko, żeby udowodnić, że wina leżała po stronie Pracowników...A wierzcie mi na słowo, postępowali bardzo nieładnie...
Po prawie miesiącu pewne było tylko jedno...Protokoły BHP można użyć jako papier toaletowy...Chociaż i na to nadawały się kiepsko, bo papier był twardy...;o)
Z niecierpliwością oczekiwaliśmy zakończenia procedur przez PIP i Policję...
Czarno to widziałam...
Ale od początku nie dawały nam spokoju pewne pytania, pewne sugestie, którymi był łaskaw podzielić się Inspektor PIP...Jedyny, który słuchał co do niego mówią Pracownicy...Jedyny, który zainteresował się stanem instalacji...Służby zakładowe od razu postawiły znak równości...
Wypadek = Wina = Pracownik
Nie pogadasz...No i po ponad dwóch miesiącach Pan Inspektor zakończył pracę...
Jak w dobrym kryminale...Teraz emocje miały sięgnąć zenitu...
I lipa...
Cała dokumentacja poszła w teczkę "Tajne / Poufne"...Chłopaki pozostali z tymi durnymi protokołami BHP...
Tyle, że instalacja idzie do poprawy (przez przypadek ??), procedury idą do poprawy (przez przypadek ??), nawet zarządzenia technologiczne i stanowiskowe idą do poprawy (czysty przypadeczek !!)...
Nikt z wrzeszczących wówczas "Fachowców" jakoś nie może się zdobyć na jedno słowo: Przepraszam...
Ten wypadek będzie kosztował Zakład grube tysiące (mam nadzieję, że nie miliony), bo ktoś kiedyś zdecydował, że zakupiona zostanie instalacja z "niższej półki"...W ramach oszczędności...Bo mam nadzieję, że nie z głupoty...
Za wypadek odpowiedzialność określono od razu...Wina Pracowników (według Dozoru) była bezsporna...
Odpowiedzialnego za spowodowanie tego zagrożenia nie ma...
Ci, co najbardziej krzyczeli w dniu wypadku, teraz milczą, prawie niewidzialni...
Ale to jeszcze nie koniec...
Przed Chłopakami jeszcze policyjne przesłuchanie...Kiedy ??
Tego najstarsi Górale nie wiedzą, bo teraz Zakład będzie chciał wprowadzić te wszystkie PIPowskie zalecenia, żeby ktoś pod prokuraturę nie podpadł...
Chore to ...Durnowate...Ot, życie...
środa, 2 marca 2016
Wszystko przez klimat...
Aromat porannej kawusi rozchodził się po naszym "M", oczęta otwierały się niespiesznie, czyli pora na poranną gazetkę (czytuję kilka, żeby mieć kontakt z rzeczywistością)...
Durnowatych artykułów nie ma co przytaczać, ale dwie "kawusiowe" perełki mi się trafiły...
Nie poleci kabarecik (tytuł autorski)...
Prezes TVP oświadcza, że w telewizji publicznej (uwielbiam to stwierdzenie-"publiczna") nie będą nadawane kabarety...
No cóż...
Jego cyrk...Jego hmmm ;o)
Ale tak dla przypomnienia donoszę Panu Prezesowi, że kabarety już onegdaj bywały niezłą bronią i wcale Ich w TV nie pokazywano...Chociaż to, co wówczas pokazywano, też było niezłym kabaretem...
W każdym razie śmiesznie nie będzie...
Kabarety schodzą do podziemia (wyobraźnia mnie poniosła i wyobraziłam sobie Pana Wójcika-Ani Mru Mru, wpełzającego do kanałów)...
Się porobiło...
Czekam na podatek od śmiechu...Bo uśmiech przy "dzień dobry" nie będzie chyba zakazany ??
No i druga perełeczka...Dla równowagi...
Tytułu sklecić nie dałam rady...
Na stole Parlamentu UE pojawiła się "zielona dyrektywa" dotycząca korzystania z urządzeń AGD dużej mocy...
W tym momencie łapczywie napiłam się kawy, bo może to być ostatnia...
Czytam...
Ufff...
Nie ostatnia...
Zaniechano głosowania, ponieważ mogłoby zostać źle przyjęte przez Brytyjczyków przed referendum...
Przynajmniej do brytyjskiego referendum czajnikowi wygnanie nie grozi, i mikrofalą będzie można przyszaleć...
Żeby uczcić fakt zaniechania jutro zrobię tosty !!
Alleluja !!
Ale przyznam się szczerze...
Sama nie wiem, czy się mam cieszyć, że nie tylko w naszym Kraju szaleństwo sięga Zenitu, czy siąść i płakać nad przyszłym losem Europy...
A może to Pani Bieńkowska przeniosła ten klimat ?? ;o)
Durnowatych artykułów nie ma co przytaczać, ale dwie "kawusiowe" perełki mi się trafiły...
Nie poleci kabarecik (tytuł autorski)...
Prezes TVP oświadcza, że w telewizji publicznej (uwielbiam to stwierdzenie-"publiczna") nie będą nadawane kabarety...
No cóż...
Jego cyrk...Jego hmmm ;o)
Ale tak dla przypomnienia donoszę Panu Prezesowi, że kabarety już onegdaj bywały niezłą bronią i wcale Ich w TV nie pokazywano...Chociaż to, co wówczas pokazywano, też było niezłym kabaretem...
W każdym razie śmiesznie nie będzie...
Kabarety schodzą do podziemia (wyobraźnia mnie poniosła i wyobraziłam sobie Pana Wójcika-Ani Mru Mru, wpełzającego do kanałów)...
Się porobiło...
Czekam na podatek od śmiechu...Bo uśmiech przy "dzień dobry" nie będzie chyba zakazany ??
No i druga perełeczka...Dla równowagi...
Tytułu sklecić nie dałam rady...
Na stole Parlamentu UE pojawiła się "zielona dyrektywa" dotycząca korzystania z urządzeń AGD dużej mocy...
W tym momencie łapczywie napiłam się kawy, bo może to być ostatnia...
Czytam...
Ufff...
Nie ostatnia...
Zaniechano głosowania, ponieważ mogłoby zostać źle przyjęte przez Brytyjczyków przed referendum...
Przynajmniej do brytyjskiego referendum czajnikowi wygnanie nie grozi, i mikrofalą będzie można przyszaleć...
Żeby uczcić fakt zaniechania jutro zrobię tosty !!
Alleluja !!
Ale przyznam się szczerze...
Sama nie wiem, czy się mam cieszyć, że nie tylko w naszym Kraju szaleństwo sięga Zenitu, czy siąść i płakać nad przyszłym losem Europy...
A może to Pani Bieńkowska przeniosła ten klimat ?? ;o)
wtorek, 1 marca 2016
Zemsta zza grobu...
Od kilku tygodni jednym z tematów w naszym Kraju jest rozpętany przez p. Kiszczakową dylemat: Kto jest Bolkiem ??
Ja nie jestem...
I chociaż to zapewnienie jednostronne, to przemawiają za mną dwa fakty...
Wylądowałabym w poprawczaku, a nie w areszcie, no i...Mam ponoć ładniejszy charakter pisma...
Dylemat pozostaje...
Czy poczuwam się do solidarności z Panem W. ??
Nie poczuwam się...
1. Wychowałam się w domu, w którym ówczesna "Solidarność" była świętością...Mój Ojciec nie jeden dzień spędził na strajkach, a blokada pewnego Kombinatu, po ogłoszeniu stanu wojennego, do dzisiaj mi się śni...Moja Matka spędziła na strajkach nie jeden dzień, wystawiając na niepewne nie tylko swoje stanowisko, ale i przyszłość Rodziny...Ja miałam wówczas naście lat i nosiłam w plecaku ulotki obok podręczników...Po kilku latach Ojciec mnie przeprosił za to, że zaufał Solidarności...Matka nie zdążyła...Ja wyrosłam ze złudzeń...
2. W moim środowisku nie rozmawiało się o pogodzie, nie martwiliśmy się czy wykupimy kartki, i co będzie jutro na obiad...Na spotkaniach przekazywaliśmy sobie wieści kogo aresztowano, kogo "spałowano", kto stracił pracę i to, jak się czuje Pani W. po kolejnym porodzie...Byli częścią Rodziny...Bo na wieść kolejnych narodzin w Waszej Rodzinie budziła się nadzieja...Ta radość, kiedy Panią Danutę wpuszczono z Noblem do Kraju...Tak było...
Byliśmy zwykłymi Ludźmi, którzy uwierzyli w utopię, że swoją determinacją mogą coś zmienić...To Solidarność dała tą nadzieję...Nie Pan W., Pan M., czy Pan K. ...Każdy był elementem tej wielkiej "Armii"...Jedni w pierwszym, drudzy w ostatnim szeregu...
3. Bycie wielkim to nie mniemanie o własnej wielkości...Ale podobno, jeśli coś będzie się powtarzało setki razy, to zyska się przesłanki prawdy...Pana W. wybrano na Przywódcę...I uwierzył...Nie to, żeby od razu...Kiedy przemawiał w czasie strajków i demonstracji jeszcze w to nie wierzył...Wierzył w Solidarność...W tych Ludzi, którzy Go słuchali, i którzy szli za tymi słowami, bo ktoś te słowa musiał wypowiadać...Ale kiedy Tłumy się rozeszły...Uwierzył...Uwierzył w swoją wielkość bez tego Tłumu...Wiara to ponoć nie grzech...Chociaż pycha jest grzechem...Zapomnienie to też przesłanka do grzechu...Jeśli jest się jednym z Milionów, nie wolno zapomnieć kim się było i kim się jest...Pan W. zapomniał w 2004 roku...
To moja subiektywna ocena Pana W. ...
Nie był "moim Prezydentem"...
Moim zdaniem nie nadawał się na Prezydenta, chociaż, szczerze mówiąc, do Prezydentów to my w ogóle szczęścia nie mamy...Ci co chcą, nadają się średnio...A Ci co by się nadawali, to nie chcą...Ot, zagwozdka...
Ale Pan W. był Symbolem, Kraj potrzebował Symbolu...Potrzebowaliśmy kropki nad "i"...
Tyle, że postawiony przez Pana W. znak interpunkcyjny nie był "kropką", był "przecinkiem"...Dlatego przez ponad dwadzieścia lat rozbudowujemy to jedno zdanie do granic absurdu:
Co dalej z tą Polską ?? I przecinek...Przecinek...Przecinek...
To już kolejne Pokolenie zadaje sobie to absurdalne pytanie...
Teraz na nas kolej, żeby przeprosić Dzieci za to, że uwierzyliśmy...
Ja przeprosiłam...
Nie wiem, czy Pan W. był Bolkiem...I właściwie guzik mnie to obchodzi, bo przez te dwadzieścia kilka lat zrobił wszystko, żeby zabić nadzieję, zniszczyć ideę, zdewaluować symbol...
Swoim zachowaniem...Swoimi wypowiedziami...
Dlatego nie poczuwam się do solidarności z Panem W. ...
Dlatego uważam, że Lotnisko w Gdańsku powinno nosić nazwę "Solidarności"...Nie NSZZ, nie organizacji, Solidarności tych, którzy bezinteresownie dzielili się chlebem w czasie strajków, tych którzy walczyli nie o coś, ale po coś, tych którzy marzyli...Nazwę tych Wszystkich, którzy poszli za słowami, którzy uwierzyli...Bo to Im się należy...
Tym bezimiennym Milionom...
Tak wygląda to z mojej perspektywy...
P.S. A co z teczką pani Kiszczakowej ?? No cóż...Pan Kiszczak głupi nie był, swoją Żonę znał, wiedział, że nawet przez moment się nie zastanowi nad tym co ma zrobić...Polisa już nie była potrzebna...Taka zemsta zza grobu...Musiał Pana W. bardzo nie lubić...;o)
Ja nie jestem...
I chociaż to zapewnienie jednostronne, to przemawiają za mną dwa fakty...
Wylądowałabym w poprawczaku, a nie w areszcie, no i...Mam ponoć ładniejszy charakter pisma...
Dylemat pozostaje...
Czy poczuwam się do solidarności z Panem W. ??
Nie poczuwam się...
1. Wychowałam się w domu, w którym ówczesna "Solidarność" była świętością...Mój Ojciec nie jeden dzień spędził na strajkach, a blokada pewnego Kombinatu, po ogłoszeniu stanu wojennego, do dzisiaj mi się śni...Moja Matka spędziła na strajkach nie jeden dzień, wystawiając na niepewne nie tylko swoje stanowisko, ale i przyszłość Rodziny...Ja miałam wówczas naście lat i nosiłam w plecaku ulotki obok podręczników...Po kilku latach Ojciec mnie przeprosił za to, że zaufał Solidarności...Matka nie zdążyła...Ja wyrosłam ze złudzeń...
2. W moim środowisku nie rozmawiało się o pogodzie, nie martwiliśmy się czy wykupimy kartki, i co będzie jutro na obiad...Na spotkaniach przekazywaliśmy sobie wieści kogo aresztowano, kogo "spałowano", kto stracił pracę i to, jak się czuje Pani W. po kolejnym porodzie...Byli częścią Rodziny...Bo na wieść kolejnych narodzin w Waszej Rodzinie budziła się nadzieja...Ta radość, kiedy Panią Danutę wpuszczono z Noblem do Kraju...Tak było...
Byliśmy zwykłymi Ludźmi, którzy uwierzyli w utopię, że swoją determinacją mogą coś zmienić...To Solidarność dała tą nadzieję...Nie Pan W., Pan M., czy Pan K. ...Każdy był elementem tej wielkiej "Armii"...Jedni w pierwszym, drudzy w ostatnim szeregu...
3. Bycie wielkim to nie mniemanie o własnej wielkości...Ale podobno, jeśli coś będzie się powtarzało setki razy, to zyska się przesłanki prawdy...Pana W. wybrano na Przywódcę...I uwierzył...Nie to, żeby od razu...Kiedy przemawiał w czasie strajków i demonstracji jeszcze w to nie wierzył...Wierzył w Solidarność...W tych Ludzi, którzy Go słuchali, i którzy szli za tymi słowami, bo ktoś te słowa musiał wypowiadać...Ale kiedy Tłumy się rozeszły...Uwierzył...Uwierzył w swoją wielkość bez tego Tłumu...Wiara to ponoć nie grzech...Chociaż pycha jest grzechem...Zapomnienie to też przesłanka do grzechu...Jeśli jest się jednym z Milionów, nie wolno zapomnieć kim się było i kim się jest...Pan W. zapomniał w 2004 roku...
To moja subiektywna ocena Pana W. ...
Nie był "moim Prezydentem"...
Moim zdaniem nie nadawał się na Prezydenta, chociaż, szczerze mówiąc, do Prezydentów to my w ogóle szczęścia nie mamy...Ci co chcą, nadają się średnio...A Ci co by się nadawali, to nie chcą...Ot, zagwozdka...
Ale Pan W. był Symbolem, Kraj potrzebował Symbolu...Potrzebowaliśmy kropki nad "i"...
Tyle, że postawiony przez Pana W. znak interpunkcyjny nie był "kropką", był "przecinkiem"...Dlatego przez ponad dwadzieścia lat rozbudowujemy to jedno zdanie do granic absurdu:
Co dalej z tą Polską ?? I przecinek...Przecinek...Przecinek...
To już kolejne Pokolenie zadaje sobie to absurdalne pytanie...
Teraz na nas kolej, żeby przeprosić Dzieci za to, że uwierzyliśmy...
Ja przeprosiłam...
Nie wiem, czy Pan W. był Bolkiem...I właściwie guzik mnie to obchodzi, bo przez te dwadzieścia kilka lat zrobił wszystko, żeby zabić nadzieję, zniszczyć ideę, zdewaluować symbol...
Swoim zachowaniem...Swoimi wypowiedziami...
Dlatego nie poczuwam się do solidarności z Panem W. ...
Dlatego uważam, że Lotnisko w Gdańsku powinno nosić nazwę "Solidarności"...Nie NSZZ, nie organizacji, Solidarności tych, którzy bezinteresownie dzielili się chlebem w czasie strajków, tych którzy walczyli nie o coś, ale po coś, tych którzy marzyli...Nazwę tych Wszystkich, którzy poszli za słowami, którzy uwierzyli...Bo to Im się należy...
Tym bezimiennym Milionom...
Tak wygląda to z mojej perspektywy...
P.S. A co z teczką pani Kiszczakowej ?? No cóż...Pan Kiszczak głupi nie był, swoją Żonę znał, wiedział, że nawet przez moment się nie zastanowi nad tym co ma zrobić...Polisa już nie była potrzebna...Taka zemsta zza grobu...Musiał Pana W. bardzo nie lubić...;o)
poniedziałek, 29 lutego 2016
Jak spotkanie, to tylko w Warszawie...;o)
Jesteście ciekawi jak było ??
Ja też byłam ciekawa...
Dreszczyk emocji towarzyszył mi przez kilka dni...
Przecież znamy się tylko wirtualnie, łączą nas umieszczane na blogach wpisy i komentarze umieszczane pod nimi...Może to i znajomość trwająca kilka lat, ale niepewność była...
Kim w rzeczywistości okażą się moi blogowi Przyjaciele ??
No to zaczynamy !!
Od czego ??
Wiadomo !! Od "Pajaca"...;o)
"Pajac" jaki jest, każdy wie !!
Warszawa też jest jak trzeba...Zatłoczona...Pospieszna...Zabiegana...Żyjąca pędem Stolicy...
Echhh...
Do czego wy się ludzie tak spieszycie ??
My wiadomo...Spieszymy się na spotkanie...;o)
"Złote Tarasy" czekają...A przesympatyczna Kelnerka z Wedla jeszcze nie wie, że czeka Ją dzisiaj nie lada wyzwanie...
Kilka kursów ruchomymi schodami (bo się Śwagrowi pomylił Wedel z Biklem) i wśród tłoku rozpoznaję...Kogo ??
Ludwiczka !!
Mogłam się założyć o skrzynkę szampana, że będzie pierwszy na naszym spotkaniu...Dlaczego ?? Bo Ludwiczek jest Perfekcjonistą !! Na blogu nawet jedna kropeczka nie może umknąć Jego kontroli...
No to słoik powideł śliwkowych ma już nowego Właściciela...
Obok Ludwiczka siedziała nieśmiała Blondyneczka o uroczym uśmiechu...
I chociaż nie miałam pojęcia kto to jest, serducho rozkwitło Stokrotkami !! Tylko Ona mogła mieć taki uśmiech...
A że Blogerzy to wyjątkowo punktualni Ludzie, więc w pięć minut w Wedlu zapanował chaos totalny, bo zaczęliśmy się "organizować"...Czyli wystrój i umeblowanie czekoladowego Przybytku poszło w ruch, a Kelnerzy z przerażeniem obserwowali, jak "podrowadzamy" kolejne krzesełka...
Ruch się zrobił jak na Marszałkowskiej...;o)
Ledwie zdążyłam uściskać Joasię (która patrzy tak, jakby człowieka malowała), a już trzymałam w objęciach Jadwinię (której urok osobisty sięga Zenitu !!)...I oczywiście Helenkę (Perłę w Koronie naszego spotkania )...
I wiecie co ??
Nagle się okazało, że przy stole siedzi Grono dobrych Znajomych, którzy ledwie co się rozstali, a teraz spotkali się, żeby kontynuować temat...
Ot, takie czary...
Nawet Pan N. skwitował to z uśmiechem...
- Ja Ich znam z twoich opowiadań !!
Magia...
Ale były też Niespodzianki...
Przy stole zasiadł z nami serdeczny Przyjaciel Ludwiczka, Pan Zbyszek Kurzyński (nieprzeciętny Satyryk i przesympatyczny Człowiek) oraz E.Spacja, reprezentantka Młodzieży w tym zacnym Gronie, a przy okazji Autorka trafnych komentarzy blogowych i Poetka...
Byliśmy w komplecie, żeby nie powiedzieć w "Nadkomplecie"...;o)
Pogaduchy...Śmiech...
Słodko w ustach, i słodko na duszy...
No i oczywiście dary...
Nie mogło się obyć bez wręczania tomików autorstwa Ludwiczka i Zbyszka...
Opatrzonych datowanymi dedykacjami...
Nie mogło również zabraknąć Wrzosowiska, czyli orzechów i dżemików śliwkowych...Żeby nasi Przyjaciele pamiętali o spotkaniu przynajmniej jeszcze jeden dzień...
I...
No i czas się pożegnać...Chyba Ojciec Czas specjalnie włączył jakiegoś przyspieszacza...
A Gordyjka i Pan N. musieli ruszać w drogę, żeby dotrzeć do Zaścianka przed północą...
Czyli...
Koniec przygody w Warszawie...
Teraz możecie zacząć zazdraszczać...;o)
Ja też byłam ciekawa...
Dreszczyk emocji towarzyszył mi przez kilka dni...
Przecież znamy się tylko wirtualnie, łączą nas umieszczane na blogach wpisy i komentarze umieszczane pod nimi...Może to i znajomość trwająca kilka lat, ale niepewność była...
Kim w rzeczywistości okażą się moi blogowi Przyjaciele ??
No to zaczynamy !!
Od czego ??
Wiadomo !! Od "Pajaca"...;o)
"Pajac" jaki jest, każdy wie !!
Warszawa też jest jak trzeba...Zatłoczona...Pospieszna...Zabiegana...Żyjąca pędem Stolicy...
Echhh...
Do czego wy się ludzie tak spieszycie ??
My wiadomo...Spieszymy się na spotkanie...;o)
"Złote Tarasy" czekają...A przesympatyczna Kelnerka z Wedla jeszcze nie wie, że czeka Ją dzisiaj nie lada wyzwanie...
Kilka kursów ruchomymi schodami (bo się Śwagrowi pomylił Wedel z Biklem) i wśród tłoku rozpoznaję...Kogo ??
Ludwiczka !!
Mogłam się założyć o skrzynkę szampana, że będzie pierwszy na naszym spotkaniu...Dlaczego ?? Bo Ludwiczek jest Perfekcjonistą !! Na blogu nawet jedna kropeczka nie może umknąć Jego kontroli...
No to słoik powideł śliwkowych ma już nowego Właściciela...
Obok Ludwiczka siedziała nieśmiała Blondyneczka o uroczym uśmiechu...
I chociaż nie miałam pojęcia kto to jest, serducho rozkwitło Stokrotkami !! Tylko Ona mogła mieć taki uśmiech...
A że Blogerzy to wyjątkowo punktualni Ludzie, więc w pięć minut w Wedlu zapanował chaos totalny, bo zaczęliśmy się "organizować"...Czyli wystrój i umeblowanie czekoladowego Przybytku poszło w ruch, a Kelnerzy z przerażeniem obserwowali, jak "podrowadzamy" kolejne krzesełka...
Ruch się zrobił jak na Marszałkowskiej...;o)
Ledwie zdążyłam uściskać Joasię (która patrzy tak, jakby człowieka malowała), a już trzymałam w objęciach Jadwinię (której urok osobisty sięga Zenitu !!)...I oczywiście Helenkę (Perłę w Koronie naszego spotkania )...
I wiecie co ??
Nagle się okazało, że przy stole siedzi Grono dobrych Znajomych, którzy ledwie co się rozstali, a teraz spotkali się, żeby kontynuować temat...
Ot, takie czary...
Nawet Pan N. skwitował to z uśmiechem...
- Ja Ich znam z twoich opowiadań !!
Magia...
Ale były też Niespodzianki...
Przy stole zasiadł z nami serdeczny Przyjaciel Ludwiczka, Pan Zbyszek Kurzyński (nieprzeciętny Satyryk i przesympatyczny Człowiek) oraz E.Spacja, reprezentantka Młodzieży w tym zacnym Gronie, a przy okazji Autorka trafnych komentarzy blogowych i Poetka...
Byliśmy w komplecie, żeby nie powiedzieć w "Nadkomplecie"...;o)
Pogaduchy...Śmiech...
Słodko w ustach, i słodko na duszy...
No i oczywiście dary...
Nie mogło się obyć bez wręczania tomików autorstwa Ludwiczka i Zbyszka...
Opatrzonych datowanymi dedykacjami...
Nie mogło również zabraknąć Wrzosowiska, czyli orzechów i dżemików śliwkowych...Żeby nasi Przyjaciele pamiętali o spotkaniu przynajmniej jeszcze jeden dzień...
I...
No i czas się pożegnać...Chyba Ojciec Czas specjalnie włączył jakiegoś przyspieszacza...
A Gordyjka i Pan N. musieli ruszać w drogę, żeby dotrzeć do Zaścianka przed północą...
Czyli...
Koniec przygody w Warszawie...
Teraz możecie zacząć zazdraszczać...;o)
środa, 24 lutego 2016
Spotkanie - Komunikat ostatni...
Ustalono co następuje:
Spotykamy się:
Spotykamy się:
28 luty 2016 rok (niedziela)
godzina: 16:00
Warszawa
Złote Tarasy
Wedel
Przy stole zasiądą :
JanToni
Helena
Stokrotka
Joasia R.
Jadwiga
Lilusia
Śwagier
Pan N.
Gordyjka
Jako, że słuchy mnie doszły, że chętni są również Przyjaciele naszych Przyjaciół, więc wyjaśniam...
W kupie siła !! Przyjaciele naszych Przyjaciół są naszymi Przyjaciółmi !! Braknie miejsca w Wedlu to się przeniesiemy na parking, albo pod "Pajaca"...;o) Nie z takimi przeszkodami Blogerzy sobie radzą...;o)
A że znamy się raczej wirtualnie, co może nie mieć przełożenia w realu, więc od dwóch dni dumam, co też może być znakiem rozpoznawczym...
I wydumałam...
Na stoliku będzie stał:
Słoik powideł śliwkowych !!
Coś totalnie gordyjskiego i wrzosowiskowego...
A że nie politycznie drzewo wieźć do lasu, a powidła do Zaścianka, więc pierwszy z Gości, który dotrze na spotkanie, owe powidła w darze (ze szczerego serducha) otrzyma...;o)
P.S. Gdyby Ktoś z Was chciał utrzymywać kontakt bezpośredni, to bardzo proszę o info na maila: gordyjka@gmail.com , wymienimy numery komórek...;o)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















