Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

piątek, 4 października 2013

Jesienna kumulacja...

     Ten jesienny chłód chyba spowodował, że jakoś mniej mam czasu...Fakt, że skumulowało się trochę urzędowego błądzenia, papiery też jakoś same się obrobić nie chcą, a na dodatek w mojej ulubionej grze udostępniono kilka fajnych bajerów...Hmmm...
Teraz wypadało by dodać, że na dodatek dostałam jesiennej "śpicy" i wstając rano z łóżka już marzę kiedy do niego wrócę...
Taki syndrom "misia"...
     Od dzisiaj jednak musiałam znaleźć w harmonogramie jeszcze kilka wolnych chwilek...
W naszym domciu zamieszkał nowy lokator...Łajtek...
Stworzenie ogromnie absorbujące...
     Czy zostanie z nami na dłużej ??
Tego jeszcze nie wiem, bo musimy się dopasować...Albo będziemy duetem albo nie...Zobaczymy...
     Tak więc, upraszam pokornie o dyspensę i wyrozumiałość...
     Jak tylko ogarnę rzeczywistość to wszystko z detalami opowiem...
     Trzymajcie kciuki...;o)

czwartek, 3 października 2013

Dzień Ptysia :o)


Wszyscy wiedzą nie od dzisiaj,
że gustuję bardzo w Ptysiach,
i łakomstwa tego siła
zawsze mocno we mnie tkwiła...
Niech więc Ptyś - Gordyjki Chwat
w zdrowiu żyje wiele lat
i niech Dusza w Nim rozkwita,
ta młodzieńcza, niespożyta !!
Wiele życzeń przesłać chcę...
Najlepszego !!! Panie N. :o)

wtorek, 1 października 2013

Cienie z dzieciństwa, czyli o "zajawkach"...

     Smaki dzieciństwa mają to do siebie, że dręczą Człeka całe życie i mimo wielu prób nigdy nie udaje się ich odtworzyć...
Smak jajecznicy na masełku...
Pierwsze truskawki prosto z grządki...
"Wodzianka" Dziadka Stefana...
Echhh...
Można by wymieniać w nieskończoność...
Ale już dawno ich nie ma...
     Oprócz smaków zniknęło jeszcze coś...
     Cienie z dzieciństwa...
     Delikatnie muskające nas wspomnienia, których pewni nigdy nie będziemy...
Czy zdarzyło się to na prawdę ?? 
Czy byliśmy świadkami owych wydarzeń ?? 
Czy może są to wspomnienia zaczerpnięte z opowieści ??
Podobno Człowiek nie pamięta wspomnień z wczesnego dzieciństwa...
Podobno...
     A jeśli nasza podświadomość zapisała te obrazy i nikt nie mógł nam ich opowiedzieć ??
To anomalia czy wspomnienia ??
     Od zawsze mam przed oczami pewne obrazy, obrazy widziane z perspektywy dziecka, dziecka bardzo małego...
     Stoję w łóżeczku, trzymam się drewnianej, brązowej listwy i podryguję zabawnie...Sprawia mi to ogromną przyjemność...Nie widzę ani sprawujących opiekę Rodziców, ani pomieszczenia...
Pamiętam jedynie wypełniającą mnie bezgranicznie radość i smak tynku...
Buzię mam wypchaną wydrapanym ze ściany tynkiem...
Dokładnie pamiętam nawet układ tych dziur...
Podobno nawet obrywałam za te dewastacje naszego lokum...
Ale tego moja szanowna mózgownica we wspomnieniach nie zapisała...
     Co jeszcze błąka mi się po makówce ??
     Pies...
Nie żeby w całości, ale cień psa...Mojego pierwszego psa...
Miał na imię Nero...
Był białym kundlem, na dodatek mało urodziwym...(Nero nie doczekał czasów, z których wspomnienia są bardziej usystematyzowane)...
I właśnie ten biały cień błąka mi się po czerepie...
     Otwierają się drzwi, wbiega biała zjawa, smaruje mi po twarzy wilgotnym jęzorem i znika...
W sumie to chyba ten jęzor pamiętam najlepiej...
Pies występuje bardziej w roli jęzorowego "nosiciela"...
     To takie "zajawki" z przeszłości...
     Przecież nikt mi nie opowiadał gdzie drapałam w ścianę, jaki kształt miały dziury po tych wykopaliskach, ani jak smakowały owe "delicje"...
Nikt też nie mógł mi przekazać obrazu psiego zwidu i jęzorowego "chlapnięcia"...
     I ta radość rozsadzająca małego Człowieczka...
     Najradośniejsza z radości jakie w życiu kiedykolwiek odczuwałam...

poniedziałek, 30 września 2013

Życie pisze niesamowite scenariusze...

     Każdy wie, że kiedy zbliża się jesień czyhają na Człeka wszelkiego gatunku depresje, albo inne "niehumory"...Każdy wie, więc i Gordyjka powinna widzieć...Poniekąd...
     A może Gordyjka po prostu bardzo ufa swojemu genetycznemu optymizmowi ??
Hmmm...
To teraz już wie, że nawet optymizm ma swoje granice...
     Obejrzałam ostatnio "Oszukane"...
Wiem, wiem...Całe wieki minęły od Premiery...
Ale jakoś tak się złożyło, że "Oszukane" mi umknęły...Umknęły, albo po prostu unikałam ich jak "diabeł święconej wody" ??
I przepadło...Obejrzałam...
     Co prawda oznak oparzeń na "diablej" skórce nie mam, ale mi się te "Oszukane" nieźle dały we znaki...
     Film zbiera różne recenzje...
     Jedni wychwalają go pod niebiosa i polecają zapamiętale...Drudzy odradzają inwestycję finansową w owo dzieło i "psy wieszają" na wszystkim co z owym dziełem jest związane...Od scenariusza począwszy, na grze aktorskiej skończywszy...
     Ja się za recenzje nie biorę...
     "Oszukane" to nie jest jakaś tam opowieść o grupie Ludzi, to prawdziwa historia, która mogła się przytrafić każdej z Matek...
I ja właśnie tak ją odebrałam...
     Przez dziewięćdziesiąt minut projekcji usiłowałam wczuć się "w rolę"...Znaleźć w sobie odczucia i emocje, które zbliżyły by mnie do tej sytuacji...
Scenariusz, dialogi, gra aktorska toczyły się obok...
Podświadomość podsuwała tylko jedno...
To wydarzyło się na prawdę...
Gdzieś obok Ciebie żyją Kobiety, które musiały zmierzyć się z tym problemem...Gdzieś są Dziewczyny, których życie z dnia na dzień się zmieniło...
Poznały prawdę i już nic nie było takie samo...
     Czy Człowiek może sobie z tym emocjonalnie poradzić ??
Musi...
     Bohaterki filmu jakoś sobie z tym poradziły...Realni Bohaterowie też...
A we mnie pozostała zadra...
     Podświadomość podsuwa mi ciągle obraz moich dzieci z pierwszych dni po narodzinach...
     Czy umiała bym uporządkować taki chaos ??
     Jak poradzić sobie z tak ogromną miłością ??
     Jak żyć codziennością, gdy cały dotychczasowy Świat runął ??
Niewyobrażalne...
Po prostu niewyobrażalne...
 

piątek, 27 września 2013

O urzędowych wizytacjach, czyli "jeśli pracujesz, pracuj dobrze"...

     Od czasu do czasu każdego dopadają tak zwane "wizyty urzędowe"...Ani to miłe, ani przyjemne...
Ale jak mus to mus...
Ruszyliśmy więc dzisiaj ogarnąć kilka "urzędów"...
     Tak się złożyło, że zaczęliśmy od banku i na banku żeśmy skończyli...Takie z nas "nababy" finansowe...;o) 
Środków nam od tego bytowania co prawda na koncie nie przybyło, ale doświadczeń życiowych i owszem...
     Zaczęliśmy od wizytacji  pewnego małego oddziału bankowego w Zaścianku...
     Miło, przytulnie, a za biurkami roześmiane twarze Pań z obsługi...I nasza ulubiona Pani Ania...
     Za co lubimy Panią Anię ??
     Za życzliwy uśmiech, za niewyobrażalną cierpliwość, za zaangażowanie, za solidność, za uczciwość, za...
     No dobra...Nadmienię, że Pani Ania jest Człowiekiem, żebyście nie pomyśleli, że miewamy jakieś kontakty z siłami nieziemskimi...
Nasz Bankowy Anioł Stróż wyznaje staroświecką zasadę...
     "Jeśli pracujesz, pracuj dobrze"...
To taki "Anioł" na wymarciu...
Jak onegdaj mamuty...
     Kwadrans jaki spędziliśmy w owym przybytku wprawił nas w wyśmienite humory...
A humor był nam potrzebny...
     Naszą "urzędową pielgrzymkę" mieliśmy zakończyć w rodzinnym Mieście, które wyzwala w nas moc emocji...Emocji niestety negatywnych...
     Czym się to objawia ??
     Małomównością...Marnymi nastrojami...I tym, że wjeżdżamy i wyjeżdżamy najkrótszymi z możliwych dróg...
Trasę obmyślamy skrupulatnie i nie marnujemy nawet sekundy...
Dzisiaj było jeszcze gorzej...
     Mieliśmy wizytować przybytek, w którym byliśmy jeden jedyny raz i było to wydarzenie traumatyczne, a spotkana tam Niewiasta jest przez nas ciągle wspominana...
Chociaż raczej powinnam napisać "wypominana"...
     Tak nieżyczliwego, odpychającego i niesympatycznego Egzemplarza Urzędnika bankowego spotkaliśmy jeden raz...
Właśnie w rodzinnym Mieście...
Ruszyliśmy na powtórkę tej traumy...
     Piękny, nowoczesny budynek, za "grube" miliony...
     Chrom...Szkło...Marmury...
     A w środku marazm, opieszałość, i skwaszone oblicza...
Brrrr...
     Weszliśmy do odpowiedniego gabinetu i zonk...
     Za biureczkiem siedzi Mężczyzna...
Ufff...
     Może nie jest to postać porywająca, bo był taki bardziej "bezpłciowy", ale przynajmniej nie był odpychający...
     Przez chwilkę mieliśmy nawet nadzieję, że urzędowa włóczęga zakończy się bezboleśnie, kiedy Pan oświadczył, że opłatę należy wnieść w kasie...
Niby "pikuś"...
     Trzy kasy otwarte...W każdej kasie dwie Urzędniczki...Jesteśmy pierwsi w kolejce...
I tyle dobrych wiadomości...
     Panie zajęte są wymianą nowinek, rozkosznie się przy tym bawią, obsługa przeciąga się w nieskończoność...
Z niedowierzaniem przyglądamy się temu...
Ki czort ??
     Może to jakiś "strajk włoski" i Panie w czasie obsługi "liczą włoski" na czerepach Klientów ??
     No to kaplica, bo mam dosyć bujną fryzurę...
     W końcu jedna z Pań kiwa na nas dłonią wymownie...
     Podaję "kwit", dokonuję wpłaty, pieczątka...I kiedy chcę zadać pytanie to już nie mam komu, bo Panienka odwraca się do nas "zadnią częścią" i świergoli radośnie z Koleżanką...
     - Zapytamy na górze...- uspakaja mnie Pan N., bo mnie już jęzor świerzbi...
     Pan "z góry" przygotował w tym czasie komplet dokumentów, przy okazji pewnie przeczytał całą gazetę, a sądząc po okruszkach na krawacie, zdążył również zjeść śniadanie...
     Takie zakrzywienie czasoprzestrzeni...
     Kilka podpisów i jesteśmy wolni...
     Przy drzwiach wyjściowych Pani z informacji żegna nas z uśmiechem "do widzenia"...
     A my jak na komendę rzucamy w przestrzeń...
     - Niedoczekanie !!
Prawie biegiem pokonaliśmy parking i ruszyliśmy "z kopyta"...
Najkrótszą drogą...
Na widok zbliżających się "pagórków" powracają nam na twarze uśmiechy...
Byle do Zaścianka...

czwartek, 26 września 2013

Zołzowata Zołza, czyli jak zauroczyć Kumpla...

     Któż z nas nie siedział kiedyś przed lustrem, z wypiekami na twarzy i z "motylkami" w żołądku, i nie szykował się na tą jedną jedyną, niezapomnianą chwilę ?? 
     W takim dniu każdy włosek we fryzurze musi być na swoim miejscu, każda kreska makijażu postawiona musi być perfekcyjnie, a fałdka na sukience jest wręcz ujmą "na honorze"...
Randka...
Ot, takie niby zwykłe spotkanie...
     Co prawda Świat się zmienia, ale obserwując Młodzież, to jedno pozostaje aksjomatem...Staranie, żeby wypaść jak najlepiej... 
     Bywa jednak, że owa randka nie jest tym wymarzonym spotkaniem, a "randkowicz" odbiega od ideału...Co wtedy ??

     Dawno, dawno temu...Kiedy gordyjskiej głowy nie barwiły jeszcze włosy w kolorze popiołu, a jej buziulka wolna była od zmarszczek, w gronie jej znajomych przebywał pewien Młodzieniec...
Można by nawet powiedzieć, że Młodzieniec urodziwy, a już na pewno twierdzić można, że dbający o swą urodę w stopniu, jak na owe standardy, ponad przeciętnym...
Chłopak był sympatyczny i miły, więc ogólnie w towarzystwie lubiany...Może bardzo skromny i nieśmiały, ale przecież to nie jest wadą...
Ów Chłopak lubił przebywać w towarzystwie Gordyjki...
Może dlatego, że zawsze miała swoje zdanie, a może dlatego, że uparta była jako ten Kłapouchy...A może po prostu dlatego, że pomysły miewała nieziemskie i lubił w tym uczestniczyć...
W każdym razie Chłopak spędzał w Jej towarzystwie każdą wolną chwilę, a jej to nie przeszkadzało...Nie przeszkadzało...Poniekąd...
     Stan posiadania tak oddanego Kumpla nie przeszkadzał Gordyjce aż do dnia, w którym usłyszała od Rodziców, że jest On świetnym kandydatem na męża, a gordyjski Tata na każdym miejscu okazywał Chłopakowi swoją sympatię...
Orzesz...(ko)...
Mąż ?? Narzeczony ??
W życiu !!
Kumpel i owszem...I tyle w temacie...
     Ośmielony dowodami sympatii Rodziców, Chłopak zdobył się na odwagę i zaprosił Gordyjkę do kina...
Dukał to swoje zaproszenie strasznie...Zdenerwowany był okrutnie...Raz czerwieniał...Raz bladł...Ale wydukał...
W Gordyjkę jakby piorun trzasnął...
Do kina ??
Ło Matko i Córko...
Niedoczekanie !!
     Gordyjka stworzeniem była dziwnym...Każdy Chłopak był kumplem, ale żeby ot tak, do kina ?? We dwoje ??
     Pewnie gdyby nie marudzenie Rodziców w życiu by nie poszła...Ale Rodzice "dziurę w brzuchu wiercili", a Gordyjka dziurawego brzucha mieć nie chciała...
     Chłopak na spotkanie przyszedł jakby Go w fotoshopie obrobili...
A Gordyjka ??
     Założyło dziewczę stare dżinsowe ogrodniczki, obszerną czerwoną bluzę, na to wdziała włochaty kubraczek z jakiegoś dzikiego zwierza, włosy splotła w dwa warkocze i kokardki czerwone wywiązała...A żeby "zemsty" za "nakazaną randkę" dopełnić wdziała szpilki...Chociaż sam stan ich posiadania napawał ją wstrętem...
I kiedy przed lustrem stanęła to widok w zwierciadle nawet ją zaskoczył...
W życiu by z kimś tak udekorowanym z domu nie wyszła...
Rodzice też oniemieli...
     Ojciec coś tam pomruczał pod nosem o babskim rozumie...Mama z przerażeniem w oczach zwiała do kuchni...
Chłopak na to zjawisko ani słówkiem się nie odezwał, poczerwieniał tylko na twarzy i uniósł wzrok...
Uniósł, bo Go Gordyjka teraz o głowę prawie przewyższała...
     Oboje to wspólne wyjście do kina jakoś przeżyli...
     Kiedy po latach siedzieli sobie towarzysko, Chłopak niespodziewanie powrócił do tych wydarzeń...
     - Pamiętasz jak zaprosiłem Cię do kina ??
     - Pewnie, że pamiętam... - odpowiedziała Gordyjka...
     - Hmmm...Fakt...Trudno zapomnieć...Poszłaś wtedy "po bandzie"... - stwierdził Chłopak i zaczerwienił się jak zawsze...
     - Ale zrozumiałeś...- zaczepnie stwierdziła dziewuszka...
     - O tak !! Chyba całe miasto zrozumiało... - przytaknął Chłopak i oboje się roześmiali...
     Tak to jest między Kumplami...;o) 

środa, 25 września 2013

O angielskim "Pożeraczu" i polędwiczkach z kurkami...

     Postanowiłam utworzyć jeszcze jeden dział w królestwie Gordyjki..."Zaczarowany kociołek"...To tam Gordyjka upchnie swoje "przepisy"...
     Nie to żebym się miała za wyjątkowo uzdolnioną kucharkę...Czasem coś mi się udaje...A czasem nie...Ale niektóre z "moich" przepisów mają bardzo fajne historyjki...Tak na deserek...

     Jakiś czas temu świętowaliśmy urodziny Pana N. Czasu na świętowanie mieliśmy wówczas tyle co "kot napłakał", więc miało być krótko, szybko, ale z fasonem...
     Zaprosiłam Ślubnego do pewnego przybytku gastronomicznego w Krakowie, a w owym świętowaniu towarzyszył nam Pierworodny...
     Wystrój owej Knajpki był elegancki, a wyróżniało ją z "tłumu" to, iż podłoga jest tam przezroczysta i widać historyczne podziemia...Zasieliśmy jak wielu innych Gości, zamówienie złożyliśmy jak trzeba...
Chociaż tu może mała dygresja...
Kelner wyglądał na zaskoczonego naszą...Polszczyzną...
Wszystkie stoliki były zajęte, ale tylko przy jednym siedzieli Polacy, czyli my...
     Pan N. zamówił jakiś kawał mięsiwa, który przeszedł jego wyobrażenie o "kawale mięsiwa"...Młody w ramach eksperymentu zamówił jakieś delicje ze szpinakiem i wyszedł z Knajpki głody...A ja zamówiłam polędwiczki z kurkami i lanymi kluseczkami... Owe polędwiczki będą dzisiaj bohaterkami wpisu...
Ale to za chwilkę...
"Główniejszym" bohaterem będzie pewien Anglik...
     Siedział przy sąsiednim stoliku i wzbudzał ogromne zainteresowanie...
     Na przystawkę zamówił "tatara", którego przy stoliku przygotowywał mu Kucharz...Kucharz siekał mięsko wymachując malowniczo tasakiem, doprawiał, mieszał, czarował i co chwilkę dawał Anglikowi próbki swojej twórczości na maleńkiej łyżeczce...Spektakl trwał dobry kwadrans, a cała Restauracja obserwowała Kucharza z zapartym tchem...
W końcu Anglik pochwycił sztućce i zaczął pałaszować...
Porcja była godna...Żeby nie powiedzieć ogromna...
     Ledwie talerzyk opustoszał Kelner przyniósł zupkę cebulową z grzankami(zapach był tak intensywny, że wątpliwości co do zawartości "miseczki" nikt nie miał)...
Anglik nie "pękał"...
Zmienił widelec na łyżkę i kontynuował batalię...
Śmignął tą zupinkę w momencie...
     Na stoliku pojawił się ogromny befsztyk...Ogromny !! I misa pełna warzyw...
     - Facet pęknie...- wymruczał Pan N. siedzący na wprost "głodomora"...
     - To niewiarygodne...- nie mogłam wyjść z podziwu...
     - Studentowi by na tydzień wystarczyło...- praktycznie zauważył Młody...
A Anglik pałaszował...
My dotarliśmy ledwie do połowy naszych porcji...
Kiedy na widelec został wbity przez Niego ostatni kęs, Kelner wkroczył z kolejnym daniem...
Orzesz...(ko)...
Tego to ja nawet nie rozpoznałam z wyglądu...Wiem jedynie że było mięsiste...
     Kiedy ja kończyłam swoje polędwiczki, przed Anglikiem pojawił się ogromny kawał ciasta i lody...
Od samego patrzenia człek by się nasycił...
     - Ciekawe gdzie się to w Nim mieści... - zauważył Pan N.
     - Fakt...Rozmiary to On ma raczej skromne...- potwierdziłam...
     - Ja Go rozumiem...- rozpoczął swój wywód Młody...- w Anglii to jedzenie jest raczej przeciętne, więc Facet przylatuje raz w tygodniu i żre na zapas...
     Ryknęliśmy śmiechem, a Pan Kelner spojrzał na nas z wyrzutem...
     Z tego wypadu pozostała nam anegdota o jedzącym na zapas Angliku i przepis na polędwiczki...

Polędwiczki z kurkami i lanymi kluseczkami:

- Mięso pokroić w plastry, delikatnie "zbić" i obsmażyć z obu stron.
- Przełożyć do rondelka umożliwiającego duszenie mięsa. Przyprawić solą i pieprzem.
- Cebulę pokroić w kostkę i zeszklić, dodać opłukane i pokrojone kurki. Doprawić "Vegetą" lub innym "Warzywkiem", i czarnym mielonym pieprzem. Dusić w małej ilości wody.
- Uduszone mięso odstawić.
- Lane kluseczki robimy klasycznie (jajo, mąka, odrobina wody, szczypta soli). Ciasto musi być odrobinę bardziej gęste niż takie do zup.Kluseczki muszą być bardziej "mięsiste".
- Kiedy kurki są już miękkie uzupełniamy wodę i wlewamy do nich kluseczki, gotujemy kilka minut.
Dodajemy dwie łyżki kwaśnej śmietany i energicznie mieszamy zawartość rondla.
Powstaje gęsta konsystencja sosu.
- Do rondla przekładamy uduszone polędwiczki i podgrzewamy przez kwadrans (na małym ogniu, żeby nam się kluseczki nie przypaliły)...

Proporcje na dwie porcje (romantyczna kolacja): 1 szt polędwicy wieprzowej, 10 dkg kurek

Teraz pozostaje jedynie przygotować sztućce i dobry apetyt...Smacznego :o)

P.S. Zdjęcia nie będzie, bo pożarliśmy zanim sięgnęłam po komóreczkę...;o)