Jak wiecie, nie jesteśmy zwolennikami wycinania drzew...Każde przyłożenie piły, to działanie nieodwracalne, przynajmniej przez kilkadziesiąt lat...Ale kiedy wichury złamały naszą potężną gruszę, a jej pień wraz z koroną na kilkanaście centymetrów minął się z zabudowaniami Sąsiada...No cóż...Przestaliśmy spać spokojnie...To powód naszych bezsennych nocy...
Ulubiony orzech Księciunia (Princeska dołączyła do grona wielbicieli zaraz po zainstalowaniu "łapek")...Idealnie nachylony do wspinaczek naszych Nielotów...
I idealnie nachylony, żeby walnąć na sąsiednią posesję...Tu już by farta nie było...
Kiedy był młodym drzewem, można było jeszcze skorygować kierunek nachylenia, ale pozostawiono go samego sobie...Rósł...Potężniał...Był ogromny i rodził jak szalony...A cień w upalne dni ?? Cudowny !!
Serca bolały...
Przeliczyliśmy wszystkie możliwe kąty upadania i...
Pierwszy raz wykazaliśmy się rozsądkiem...Orzecha ścięli Fachowcy...My przyglądaliśmy się ze ścieżki, a nasze kręgosłupy śpiewały pieśń pochwalną dla naszej mądrości...;o)
Uprzątaliśmy gałęzie i pniaki przez długi czas...Stosowaliśmy techniki różne (po kiego te orzechy są takie ciężkie ??)...I z niepokojem spoglądaliśmy na...
Pozostał karcz...
Pan N. walczył z nim dzielnie...Podkopywał...Odcinał odnogi...Wypłukiwał ziemię...I znowu podkopywał...
Przez cały sezon słyszałam komunikat...
"- Jak my go wywleczemy z tej dziury ??"
No właśnie...Jak ??
Wczoraj Pan N. ponownie ogłosił walkę z karczem...
Piła...Siekiera...Cisza...Piła...Siekiera...
Pan N. człapie do Młodego Sadu (zabezpieczałam drzewka na zimę)...Twarz rozpalona...Oczy błyszczą...Usta ułożone w radosny uśmiech...
Nim wyartykułował zdanie, już wiedziałam...
- Udało się !! Puścił !! Teraz musisz mi pomóc...Trzeba go z tej dziury wytoczyć...
Daleko do karcza nie miałam, ale jak mantrę powtarzałam...
"Boziu moja kochana, daj mi to przeżyć..."
Orzech włoski to jedno z twardszych i cięższych drzew jakie występują w naszym Kraju...To ponoć 700kg na metr sześcienny...
Pan N. w stanie euforycznym po ewidentnym sukcesie...Gordyjka - 50 kilo żywej wagi...Lucky - w wiecznej gotowości do pomagania...
I nasza bajka, którą powtarzamy zawsze, kiedy sił już nie ma wcale...
"Był sobie Chłop, pies i Baba...Takie "gupie" we troje"...
Karcz waży na pewno więcej niż nasza Trójka...
Do pokonania dwa metry, w tym metr przewyższenia...
Pan N. (Kierownik całej imprezy) zaparł się w dole i ruszył " bydlaka"...Gordyjka uzbrojona w "służbową" deskę, miała sztamować "bydlaka" po uniesieniu i przesunięciu...Pięćdziesiąt kilo kontra 130-150...Betka...;o)
Majtałam tą deską jak skrzypek smyczkiem...Z lewej...Z prawej...Z lewej...
A Pan N. walczył z ciężarem (dwukrotnie cięższym niż On)...
Lucky był Inspektorem Nadzoru (dzięki Bozi, że nam się pod nogi nie wpychał z pomocą)...
Kiedy karcz wylądował na wyznaczonym miejscu, padłam obok niego, a Ślubny zapytał...
- Przynieść wody ??
Wody ??
Ja się składałam głównie z wody i żelatyny...;o)
Każdy nerw trząsł się jak galareta...
W głowie zamęt...W uszach dudnienie...Przed oczami czarne maziaje...
To ja...Gupia Baba...
Ale kiedy spojrzałam w twarz Pana N. ...Echhh...Szczęście ma wiele wymiarów...To szczęście miało wymiar orzechowego karcza...;o)
Jak mi faza minęła, Ślubny mnie spionizował, a Lucky przystąpił do dogłębnej analizy korzenia...Pilnował go, jak największy skarb...Może istniało zagrożenie, że to karczycho wskoczy do dziury ??
Na krótki odpoczynek dał się jednak namówić...
A my, analizowaliśmy, czym zasklepić pozostałości w ziemi...Padło na ogień...
Ja wróciłam do Młodego Sadu...
Pan N. rozpalił w "kraterze" mały "wulkan"...
Na "służbowych" deseczkach umieściliśmy poopy i przy ognisku piliśmy kawusię...
Uffff...
Karcz leżał obok...
A nam się ryje cieszyły...
Był sobie Chłop, pies i Baba...;o)















