Pamiętacie moje zachwyty na olejem kokosowym ??
Nic się nie zmieniło...Ten kiepsko wyglądający w słoiku tłuszcz, zawojował nasze serca (żołądki) na całego...
Korzystam z niego również w celach kosmetycznych, ale że Matka Natura urody mi poskąpiła, więc i olej kokosowy cudu nie zrobi...;o)
Tym razem będzie jednak o innym tłuszczyku...
Na "tapetę" się wepchał olej palmowy...
Elaboratu nie będzie, bo hymny pochwalne wypisuję z reguły dla produktów pozytywnych, a olej palmowy podpadł mi "po całości"...
Wredny jest i już...
I pewnie wcale bym mu literek nie poświęcała, gdyby nie fakt, że ma on poniekąd pewien wpływ na nasze życie kuchenne...
Ale od początku...
Olej palmowy jest we wszystkim...Totalnie we wszystkim...I pewnie wcale nie chciał być dla człowieka złośliwy, bo Matka Natura z reguły nie czyni nic na przekór człowiekowi, gdyby nie fakt, że sam człowiek robi sobie na przekór...
Wiadomo, że jak się w czymś umiar zachowuje, to nijak nie szkodzi, a wręcz przeciwnie...To pewnie i olej palmowy ma tak samo...
Ale człowiek wie lepiej...
No to zaczęto go dodawać totalnie do wszystkiego...Od produktów dla dzieci zaczynając, na makaronach kończąc, a po drodze wtłoczono go również do wszelkiej maści tłuszczy zwierzęcych...
Po co tłuszczom zwierzęcym olej palmowy ?? No cóż...Jest po prostu taniutki jak barszcz, więc produkcja czegokolwiek zaczyna przynosić lepsze zyski...
Na każdej etykiecie, na której znajduje się zapis: tłuszcze roślinne, należy to przełożyć na język człowieczy i czytać: "olej palmowy"... Taki rebusik...
I to co miało pewnie całkiem inne zastosowanie przez Matkę Naturę przewidywane, teraz wtłaczamy sobie w organizm bez opamiętania...
Że zalega nam w żyłach ??
Że zachodzi w reakcję z dobroczynnym wapniem ??
Że powoduje choroby wieńcowe, wzrost poziomu cholesterolu, czy awans do grupy ryzyka zawałowego ??
Pryszczyk !!
Każdy z Producentów zachowuje restrykcyjne normy, więc sumienie ma czyste...
A że my "żremy" bez opamiętania, to przecież nie jest wina Producenta...
Weźmy taką kanapkę z żółtym serem...
W pieczywie norma tłuszczu zachowana...
W maśle norma tłuszczu zachowana...
W żółtym serze norma tłuszczu zachowana...
Nie wiem po kiego w maśle i żółtym serze ten olej palmowy, ale niech mu będzie...
Czyli mamy trzy razy normę...
A jaka jest norma przyswojenia przez organizm człowieka ??
Nijaka...
Ten olej się nie rozpuszcza, nie trawi, nie wydala...
On sobie lubi leżakować...
Póki co najbardziej lubi leżakować w Amerykanach, bo to Oni zaczęli go stosować na taką skalę...
Pomijam już fakt, że pod plantacje wycina się zbiorowo "płuca Ziemi" w Ameryce Południowej...
Mnie po prostu zastanawia fakt jak daleko może się posunąć to szaleństwo...
Wróćmy jednak do pozytywnych aspektów oleju palmowego...
Ci co mają troszkę więcej latek pamiętają, że w czasie (tfu tfu) "Komuny", jak szczęście człowiekowi dopisało, to mógł w "spożywczaku" nabyć masło w białym papierku, lub w złotku...
Nie cofam się z premedytacją do czasów naszych Babć, żebyście sobie nie poślinili klawiatury...
Masło w papierku miało bardzo krótki termin przydatności do spożycia, po tygodniu było właściwie do wywalenia, jeśli się ktoś zapomniał i nie schował na czas w lodówce...
Pisało na nim "śmietankowe"...(Dziwne, bo przecież każdy wie, że inne być nie może)...
To w sreberku było łatwiejsze do "okiełznania"...
Na tym już o śmietanie nie wspominano...
Że teraz też to "śmietankowe" można kupić ??
Zapomnijcie !!
Serwowane teraz masła mają w sobie wiele fajnych składników, ale śmietany to się tam spodziewać nie należy...
Prawdziwe mleko, pozostawione nawet w lodówce przez kilka dni, kwaśnieje...
Prawdziwa śmietana (zbierana z prawdziwego mleka), pozostawiona nawet w lodówce przez kilka dni, kwaśnieje...
Prawdziwe masło (zrobione z prawdziwej śmietany), po tygodniu po prostu jest tłuszczem zepsutym...
No to jakim cudem mamy mleko o terminie przydatności do użycia trzy tygodnie ?? Śmietanę, która może leżakować miesiąc ?? Masło, które jest zdatne do spożycia nawet trzy miesiące ??
Żremy chemię !! Chemię i ten "cudowny" eliksir, zwany olejem palmowym...Ta "bestia" nie jełczeje...
Kiedy przeprowadziliśmy "badania" dogłębne...Czyli wyczytaliśmy wszystkie "za" i "przeciw" olejowi palmowemu, poszliśmy na rekonesans do "markietu" i z zainteresowaniem godnym klasyki literatury, pochłonęliśmy setki "etykiet"...Z ukierunkowaniem na datę przydatności i skład produktu...
Czupryny nam się z lekka "podźwigły", więc musieliśmy zaprzestać tej lektury, żeby nam kłaczki nie powypadały z rozpaczy...
Od dwóch miesięcy robimy masło w domu...
Filozofia żadna...
Śmietana kremówka 30%, mikser, szmatka do wyciskania i kwadrans roboty...
Masło smakuje idealnie...Ma idealną konsystencję...Pachnie masłem...A po tygodniu jełczeje...
W promocji dostajemy dwa kubeczki maślanki, którą wypijamy prosto spod miksera...
Po trzech dniach w lodówce maślanka kwaśnieje...
Fakt...Śmietanę kupujemy w sklepie, więc jakąś "chemię" spożywamy...
Ale spróbujcie...Warto !!
Każdy z naszych Znajomych, który zrobił takie masełko raz, nie wraca już do paczkowanych "mazideł"...
A jajeczniczka na takim masełku !! Palce lizać !! Prawie jak u Babci...;o)
Dwa światy...
Bardzo Ważni Goście
czwartek, 14 kwietnia 2016
wtorek, 12 kwietnia 2016
Produkcja złota...;o)
Po białym dywanie...
Kroczą "młode panie"...
Ptaki marsza grają,
z drzew się przyglądając...
Podgląda ciekawie...
Panny ukwiecone,
w srebrzystej koronie...
Zapach słodki nęci,
owoców w pamięci...
Biel się w złoto zmieni,
z nastaniem jesieni...;o)
Kroczą "młode panie"...
z drzew się przyglądając...
Wiatr szeleści w trawie...
Panny ukwiecone,
w srebrzystej koronie...
Zapach słodki nęci,
owoców w pamięci...
Biel się w złoto zmieni,
z nastaniem jesieni...;o)
niedziela, 10 kwietnia 2016
Życzliwość umarła już dawno...
Kilka tygodni temu w Zaścianku była "awaria" wody...Poważna "awaria" bo nawet w TV Zaścianek pokazali...
Nas obeszło to trochę bokiem, bo akurat bytowaliśmy u Księciunia...
O fakcie powiadomił nas Teleekspres...
Powinno Centrum Zarządzania Kryzysowego, ale sms-ek dotarł dwie godziny po komunikacie z TV...
No cóż...
Gdyby to było trzęsienie ziemi, albo inna trąba powietrzna, to na sprzątanie zdążylibyśmy akurat...
W oko cyklonu nikt nie lubi zaglądać (poza wyjątkami)...
I właściwie nie było by co opisywać, gdyby nie kolejne doniesienia medialne...
"W Markecie" ludzie się pobili na stoisku z wodą"...
"W sklepie młodzieniec wyrwał zgrzewkę wody mineralnej staruszce, a szarpanina spowodowała u staruszki drobne urazy"...
Od zamknięcia zaworów minęło ledwie kilka godzin...
A że "awarię" usunięto szybko, więc na drugi dzień była tylko wspomnieniem...
Przynajmniej ja odłożyłam ją ad acta...
Wchodzę do pobliskiego "Jarzyniaka"...
- Gdzie macie klamkę ?? - pytam zdziwiona, bo drzwi wyglądają jakby uczestniczyły w bitwie pod Stalingradem...
- Klienci urwali !! - oświadcza Sprzedawczyni...- Armagedon przeszłam...- i rozpoczęła swoją opowieść...
Woda z półek zniknęła natychmiast, więc ściągnęłam Szefa, żeby jechał gdzieś do Hurtowni...Kolejka rosła w oczach...W środku nie było czym oddychać...Na zewnątrz był tłum...
Jak Szef podjechał z wodą, to się wszyscy na Niego rzucili...Mało Go nie stratowali !! O wypakowaniu samochodu nawet pomarzyć nie było można, bo to groziło wyrwaniem drzwi od bagażnika!! No to Szef chciał podjechać od zaplecza, ale wtedy się wszyscy na maskę rzucili i grozili, że szyby powybijają...Ja to się ze strachu za regałami schowałam...W końcu pozwolili wnieść tą wodę, bo Szef zagroził, że sklep zamknie...Ale wtedy zaczęli szturmować środek...Cały ten tłum chciał wejść, a tu już pełno było...Ci w środku drzwi trzymali, a ci na zewnątrz drzwi ciągnęli...Metalowe drzwi wykrzywili !! Klamkę urwali !! Nawet między sobą się szarpali...
Spoglądałam na Sprzedawczynię i wyobrażałam sobie to wszystko...
Horror...
- A wie Pani co było najgorsze ?? Ja tych ludzi od dziecka znam...Poważni...Stateczni...Szanowałam ich...Teraz to mi nawet wstyd mówić "dzień dobry"...Prawdziwe oblicze z nich wyszło !! Ciężarną by zadusili...Staruszkę by zdeptali...Dzieciaka by skopali...Nawet najbliższemu sąsiadowi oczy by wydrapali za butelkę wody...Normalnie mnie wstyd...
Mnie też się zrobiło niewyraźnie na duszy...
Aż tak ??
Kilka godzin "bez wody" i w ludziach budzi się bestia ??
To jak by postąpili w obliczu prawdziwego zagrożenia ??
Mordowali by bez opamiętania ??
Właściciel naprawił drzwi...Założono nową klamkę...W Mediach pokazują teraz inne "Zaścianki"...
A we mnie kołacze się przerażająca myśl...
Przegapiłam kiedy umierała życzliwość ludzka...
Nas obeszło to trochę bokiem, bo akurat bytowaliśmy u Księciunia...
O fakcie powiadomił nas Teleekspres...
Powinno Centrum Zarządzania Kryzysowego, ale sms-ek dotarł dwie godziny po komunikacie z TV...
No cóż...
Gdyby to było trzęsienie ziemi, albo inna trąba powietrzna, to na sprzątanie zdążylibyśmy akurat...
W oko cyklonu nikt nie lubi zaglądać (poza wyjątkami)...
I właściwie nie było by co opisywać, gdyby nie kolejne doniesienia medialne...
"W Markecie" ludzie się pobili na stoisku z wodą"...
"W sklepie młodzieniec wyrwał zgrzewkę wody mineralnej staruszce, a szarpanina spowodowała u staruszki drobne urazy"...
Od zamknięcia zaworów minęło ledwie kilka godzin...
A że "awarię" usunięto szybko, więc na drugi dzień była tylko wspomnieniem...
Przynajmniej ja odłożyłam ją ad acta...
Wchodzę do pobliskiego "Jarzyniaka"...
- Gdzie macie klamkę ?? - pytam zdziwiona, bo drzwi wyglądają jakby uczestniczyły w bitwie pod Stalingradem...
- Klienci urwali !! - oświadcza Sprzedawczyni...- Armagedon przeszłam...- i rozpoczęła swoją opowieść...
Woda z półek zniknęła natychmiast, więc ściągnęłam Szefa, żeby jechał gdzieś do Hurtowni...Kolejka rosła w oczach...W środku nie było czym oddychać...Na zewnątrz był tłum...
Jak Szef podjechał z wodą, to się wszyscy na Niego rzucili...Mało Go nie stratowali !! O wypakowaniu samochodu nawet pomarzyć nie było można, bo to groziło wyrwaniem drzwi od bagażnika!! No to Szef chciał podjechać od zaplecza, ale wtedy się wszyscy na maskę rzucili i grozili, że szyby powybijają...Ja to się ze strachu za regałami schowałam...W końcu pozwolili wnieść tą wodę, bo Szef zagroził, że sklep zamknie...Ale wtedy zaczęli szturmować środek...Cały ten tłum chciał wejść, a tu już pełno było...Ci w środku drzwi trzymali, a ci na zewnątrz drzwi ciągnęli...Metalowe drzwi wykrzywili !! Klamkę urwali !! Nawet między sobą się szarpali...
Spoglądałam na Sprzedawczynię i wyobrażałam sobie to wszystko...
Horror...
- A wie Pani co było najgorsze ?? Ja tych ludzi od dziecka znam...Poważni...Stateczni...Szanowałam ich...Teraz to mi nawet wstyd mówić "dzień dobry"...Prawdziwe oblicze z nich wyszło !! Ciężarną by zadusili...Staruszkę by zdeptali...Dzieciaka by skopali...Nawet najbliższemu sąsiadowi oczy by wydrapali za butelkę wody...Normalnie mnie wstyd...
Mnie też się zrobiło niewyraźnie na duszy...
Aż tak ??
Kilka godzin "bez wody" i w ludziach budzi się bestia ??
To jak by postąpili w obliczu prawdziwego zagrożenia ??
Mordowali by bez opamiętania ??
Właściciel naprawił drzwi...Założono nową klamkę...W Mediach pokazują teraz inne "Zaścianki"...
A we mnie kołacze się przerażająca myśl...
Przegapiłam kiedy umierała życzliwość ludzka...
sobota, 9 kwietnia 2016
Trzy dni maratonu...
Nasze buszowanie po Wrzosowisku rozpoczyna się planowaniem "na sucho", czyli...Ustaleniem faz Księżyca, sprawdzeniem prognozy pogody i oczywiście, wypisaniem urlopu przez Pana N. .
Lekko nie jest...
Księżyc nam w opozycji nie staje, ale z tymi prognozami to na prawdę różnie bywa, szczególnie, że plany wyjazdowe ustalamy czasem z dwumiesięcznym wyprzedzeniem...
Tym razem, Matka Natura postanowiła nas dopieścić...A właściwie, to nawet z tym dopieszczaniem przesadziła...
Dwadzieścia cztery stopnie ciepła na początku kwietnia ??
Ufff...Jak gorąco !!
Południowe zbocze dało nam nieźle popalić...
Żeby nie powiedzieć, że paliło nas żywym ogniem upału...
W zeszłym roku o tej porze...
Echhh...
No to biegusiem na zagony !!
Powoli realizujemy plan, skrupulatnie obmyślony w długie zimowe wieczory...
Bywając na Wrzosowisku czasowo, nie wygramy z chwaściorami inaczej niż podstępem, trzeba więc przygotować na chwaściory pułapkę...
Usypujemy redliny, a pomiędzy nimi układamy "ścieżki" z agrowłókniny...Pracochłonne, wiem, ale jest szansa, że jakoś ten żywioł Matki Natury ogarniemy...
W zeszłym roku wygrała...Zachwaściła nam tak skutecznie warzywny zagon, że poza marchewką i kapustą pekińską poległo wszystko...A kapustę pekińską zeżarły zające !!
No to "zatrudniliśmy" pajęczycę Teklę...
I zagony oplecione zostały pajęczą nicią ze sznurka do snopowiązałek...;o)
Wygląda to dosyć malowniczo...
A "Tekla" postanowiła wesprzeć zagony siłą woli i doraźną medytacją...
Jakby się okazało, że ta cała galeria nie da rady...
Lekko nie jest...
Księżyc nam w opozycji nie staje, ale z tymi prognozami to na prawdę różnie bywa, szczególnie, że plany wyjazdowe ustalamy czasem z dwumiesięcznym wyprzedzeniem...
Tym razem, Matka Natura postanowiła nas dopieścić...A właściwie, to nawet z tym dopieszczaniem przesadziła...
Dwadzieścia cztery stopnie ciepła na początku kwietnia ??
Ufff...Jak gorąco !!
Południowe zbocze dało nam nieźle popalić...
Żeby nie powiedzieć, że paliło nas żywym ogniem upału...
W zeszłym roku o tej porze...
Echhh...
No to biegusiem na zagony !!
![]() | ||
| Pan N. walczy z chwaściorami tak... |
Bywając na Wrzosowisku czasowo, nie wygramy z chwaściorami inaczej niż podstępem, trzeba więc przygotować na chwaściory pułapkę...
Usypujemy redliny, a pomiędzy nimi układamy "ścieżki" z agrowłókniny...Pracochłonne, wiem, ale jest szansa, że jakoś ten żywioł Matki Natury ogarniemy...
W zeszłym roku wygrała...Zachwaściła nam tak skutecznie warzywny zagon, że poza marchewką i kapustą pekińską poległo wszystko...A kapustę pekińską zeżarły zające !!
No to "zatrudniliśmy" pajęczycę Teklę...
I zagony oplecione zostały pajęczą nicią ze sznurka do snopowiązałek...;o)
Wygląda to dosyć malowniczo...
A "Tekla" postanowiła wesprzeć zagony siłą woli i doraźną medytacją...
Jakby się okazało, że ta cała galeria nie da rady...
No i jeszcze jeden "eksperyment"...
Szklarenki z plastikowych butelek...
To takie wsparcie logistyczne, żebyśmy się na tych arach nie pogubili całkiem...Zobaczymy na ile zdadzą egzamin...
Dla odmiany te butelki, które "wiszą" na słupkach, to zapora "przeciw kretowa"...Dudni to i tłucze się strasznie, więc powinno dać kretowi do "myślenia"...
Problem mamy tylko jeden...
Spożywamy napoi znacznie mniej niż nasze wrzosowiskowe zapotrzebowanie...;o)
czwartek, 7 kwietnia 2016
Dla marchewki...
Pot po pupsku ciurkiem spływa,
dusza we mnie ledwie żywa,
kolan zgrzyt przerywa ciszę,
już skowronka gorzej słyszę.
W biodra wpadło pudło szpilek,
trzeba usiąść choć na chwilę.
Dłonie cierpną na motyce,
mocniej to ja jej nie chwycę,
z nosa cieknie pot: kap, kap,
profil mi co nie co zbladł.
Krzyż zachrzęścił stertą kości,
i ból w barkach już zagościł,
wzrok mętnieje od wysiłku,
czasu szkoda mi na "siku".
W głowie zawrót za zawrotem...
Kop !! Nie marudź !! Siądziesz potem...
I choć ze mnie człek nie krzepki,
niedziela, 3 kwietnia 2016
Niezła szkoła...
Jak wygląda życie po trzęsieniu ziemi ??
Ruiny i zgliszcza...
Tak przez pierwszy kwartał wyglądało nasze życie rodzinne...
Gdyby były wówczas kwalifikacje olimpijskie z lekkiej atletyki, to przeszłabym je bez problemu, nawet w gumiakach...Wszędzie biegiem...
Na lodówce zagościł harmonogram życia rodzinnego...Nawet wyjścia z psem rozpisane były "na role"...
Wszystko robiłam "prestissimo"...A jak już mi się wydawało, że szybciej się nie da, to trzeba było przygotować strój na występ Córci, albo kostium na jasełka dla Pierworodnego...Wtedy włączałam "doppio movimento"...
Wakacji wyglądałam bardziej niż nasze Dzieciaki...
Najgorzej wychodził mi jednak kontakt bezpośredni z Artystami...
Genetycznie zaprogramowana na organizatora, do tego z zaszczepioną punktualnością, w Szkole Muzycznej waliłam łbem w ścianę "artyzmu"...
Tam nawet Sekretariat działał artystycznie...Godziny urzędowania to było dzieło abstrakcyjne...Fantazja Pani Sekretarki przechodziła najśmielsze oczekiwania...A ja z reguły toczyłam walki nierówne z klamką (nigdy nie wisiała żadna kartka z informacją, więc otwieranie drzwi było jak loteria) i niemocą ogarnięcia tego żywiołu...
Harmonogramy obowiązywały Uczniów, Ich Rodziców...I wystarczy...
Spóźnienie o pół godziny nie mieściło się w konwencji spóźnień...To był lekki poślizg, kwitowany jedynie uśmiechem...
Odwołanie zajęć ?? No cóż...
Kiedy Uczeń chorował to oznaczało lekceważenie (mimo powiadomienia Szkoły), komplikacje, brak czasu na realizację programu...
Kiedy zajęcia odwoływał w ostatniej chwili Profesor, był to wymóg Jego artystycznego zawodu...
Kiedy Profesorem stawał się Członek prestiżowej Orkiestry (a dostąpiliśmy tego zaszczytu), wszystkie te czynniki należało podnieść do potęgi (najlepiej n-tej)...
Oczekiwania też były spotęgowane...
Rodzice mieli tylko dwa wyjścia...
Albo to rzucić w cholerę, albo łgać...
Porzucenie edukacji odpadało...
No to łgaliśmy na potęgę...A właściwie to ja łgałam...
- Ile Córka ćwiczyła ??
- Cztery godziny !! (Przecież się nie przyznam, że właśnie spadł pierwszy śnieg i Córcia lepiła bałwana z koleżankami)...
- Na wakacjach grała ??
- Codziennie !! (Z wyłączeniem tego miesiąca kiedy była na obozie harcerskim, za który Pan Profesor by nas zadusił bez zastanowienia)...
- Sportów żadnych mam nadzieję nie uprawia ??
- Absolutnie !! (Poza lekką atletyką, siatkówką i pływaniem)...
- Trzeba ćwiczyć !! Ćwiczyć !! Ćwiczyć !!
- Nieustannie !! (Z krótką chwilą przerwy, bo przecież wczoraj były w szkole Andrzejki)...
Lawirowałam...Przez sześć lat lawirowałam...
A Profesor przykręcał "śrubę" tak skutecznie, że po pierwszych trzech latach Córcia przestała z miłością spoglądać na swoje skrzypeczki, a my żyliśmy w dwóch wymiarach...Prawdziwym i łganym...
Wtedy to już zakrzywiałam czasoprzestrzeń, bo od roku pracowałam zawodowo...
No cóż...
Ale Bestyjka miała talent (od razu powiem, że po Panu N., bo ja to z gatunku "słoniowatych" jestem)...
Sąsiadki często podsłuchiwały pod drzwiami jak gra...
Ja na każdym koncercie wyłam jak bobrzyca...
To co innym przychodziło po godzinach ćwiczeń, Ona grała z marszu...
Profesor miał rację na tym egzaminie...
Szkoda, że nie wtrącił, że prawdziwy egzamin jest dopiero przed nami...
Pan N. się śmiał, że świadectwo ukończenia Szkoły Muzycznej powinnam dostać ja, a nie Córcia...
Fakt...Przeszłam niezłą szkołę...Muzyczną również...
Dzień "wręczania dyplomów" powitałyśmy obie z ulgą...Tylko do dzisiaj nie wiem, która z nas cieszyła się bardziej...;o)
Uprzedzę Wasze pytania...
Córcia Skrzypaczką nie została, na propozycję Profesora złożenia papierów do szkoły średniej, zbladła niczym pergamin, i nawet końcówki Jej blond fryzurki wrzeszczały : NIE !!
Ale kiedy po ośmiu latach poprosiła o skrzypce, nie wahaliśmy się ani minuty...
Widocznie gdzieś ta "miłość" siedziała ukryta...
Ruiny i zgliszcza...
Tak przez pierwszy kwartał wyglądało nasze życie rodzinne...
Gdyby były wówczas kwalifikacje olimpijskie z lekkiej atletyki, to przeszłabym je bez problemu, nawet w gumiakach...Wszędzie biegiem...
Na lodówce zagościł harmonogram życia rodzinnego...Nawet wyjścia z psem rozpisane były "na role"...
Wszystko robiłam "prestissimo"...A jak już mi się wydawało, że szybciej się nie da, to trzeba było przygotować strój na występ Córci, albo kostium na jasełka dla Pierworodnego...Wtedy włączałam "doppio movimento"...
Wakacji wyglądałam bardziej niż nasze Dzieciaki...
Najgorzej wychodził mi jednak kontakt bezpośredni z Artystami...
Genetycznie zaprogramowana na organizatora, do tego z zaszczepioną punktualnością, w Szkole Muzycznej waliłam łbem w ścianę "artyzmu"...
Tam nawet Sekretariat działał artystycznie...Godziny urzędowania to było dzieło abstrakcyjne...Fantazja Pani Sekretarki przechodziła najśmielsze oczekiwania...A ja z reguły toczyłam walki nierówne z klamką (nigdy nie wisiała żadna kartka z informacją, więc otwieranie drzwi było jak loteria) i niemocą ogarnięcia tego żywiołu...
Harmonogramy obowiązywały Uczniów, Ich Rodziców...I wystarczy...
Spóźnienie o pół godziny nie mieściło się w konwencji spóźnień...To był lekki poślizg, kwitowany jedynie uśmiechem...
Odwołanie zajęć ?? No cóż...
Kiedy Uczeń chorował to oznaczało lekceważenie (mimo powiadomienia Szkoły), komplikacje, brak czasu na realizację programu...
Kiedy zajęcia odwoływał w ostatniej chwili Profesor, był to wymóg Jego artystycznego zawodu...
Kiedy Profesorem stawał się Członek prestiżowej Orkiestry (a dostąpiliśmy tego zaszczytu), wszystkie te czynniki należało podnieść do potęgi (najlepiej n-tej)...
Oczekiwania też były spotęgowane...
Rodzice mieli tylko dwa wyjścia...
Albo to rzucić w cholerę, albo łgać...
Porzucenie edukacji odpadało...
No to łgaliśmy na potęgę...A właściwie to ja łgałam...
- Ile Córka ćwiczyła ??
- Cztery godziny !! (Przecież się nie przyznam, że właśnie spadł pierwszy śnieg i Córcia lepiła bałwana z koleżankami)...
- Na wakacjach grała ??
- Codziennie !! (Z wyłączeniem tego miesiąca kiedy była na obozie harcerskim, za który Pan Profesor by nas zadusił bez zastanowienia)...
- Sportów żadnych mam nadzieję nie uprawia ??
- Absolutnie !! (Poza lekką atletyką, siatkówką i pływaniem)...
- Trzeba ćwiczyć !! Ćwiczyć !! Ćwiczyć !!
- Nieustannie !! (Z krótką chwilą przerwy, bo przecież wczoraj były w szkole Andrzejki)...
Lawirowałam...Przez sześć lat lawirowałam...
A Profesor przykręcał "śrubę" tak skutecznie, że po pierwszych trzech latach Córcia przestała z miłością spoglądać na swoje skrzypeczki, a my żyliśmy w dwóch wymiarach...Prawdziwym i łganym...
Wtedy to już zakrzywiałam czasoprzestrzeń, bo od roku pracowałam zawodowo...
No cóż...
Ale Bestyjka miała talent (od razu powiem, że po Panu N., bo ja to z gatunku "słoniowatych" jestem)...
Sąsiadki często podsłuchiwały pod drzwiami jak gra...
Ja na każdym koncercie wyłam jak bobrzyca...
To co innym przychodziło po godzinach ćwiczeń, Ona grała z marszu...
Profesor miał rację na tym egzaminie...
Szkoda, że nie wtrącił, że prawdziwy egzamin jest dopiero przed nami...
Pan N. się śmiał, że świadectwo ukończenia Szkoły Muzycznej powinnam dostać ja, a nie Córcia...
Fakt...Przeszłam niezłą szkołę...Muzyczną również...
Dzień "wręczania dyplomów" powitałyśmy obie z ulgą...Tylko do dzisiaj nie wiem, która z nas cieszyła się bardziej...;o)
Uprzedzę Wasze pytania...
Córcia Skrzypaczką nie została, na propozycję Profesora złożenia papierów do szkoły średniej, zbladła niczym pergamin, i nawet końcówki Jej blond fryzurki wrzeszczały : NIE !!
Ale kiedy po ośmiu latach poprosiła o skrzypce, nie wahaliśmy się ani minuty...
Widocznie gdzieś ta "miłość" siedziała ukryta...
piątek, 1 kwietnia 2016
Ćwiarteczki...
Początek roku szkolnego w Szkole Muzycznej to było dla nas prawdziwe trzęsienie ziemi...Nikt się go nie spodziewa i nie wie jakie będą konsekwencje...Entuzjazm okazywała tylko Córcia...
Echhh...
Czy są rzeczy, których Rodzice nie zrobią dla entuzjazmu Dziecka ??
Uroczystość była skromna, ale oczywiście muzyczna...Kilka akordów fortepianu...Krótki występ szkolnego chóru...Powitanie Uczniów...
- Na tablicy wiszą informacje o podziale klas i planie zajęć...Proszę się zapoznać...- informuje Dyrekcja...
No to ruszamy...
Za drzwiami auli przestaje obowiązywać etykieta...Nawet taka "bazarowa"...
Tłumy cisną się do tablicy, a co bardziej wyrywne jednostki używają nawet łokci i kolan...
Może tą tablicę Dyrekcja chowa po kwadransie ??
Pierworodny proponuje, że pójdzie przodem i będzie szczypał (na propozycją stosowania ciosów karate wyrażamy kategoryczny, rodzicielski sprzeciw)...Pan N. odruchowo bierze Córcię na ręce, żeby Jej przy okazji nie zadeptano...Ja mam dziwne odczucie, że do tego nie pasujemy...
- Proszę do gabinetu...Musimy porozmawiać...- słyszę sympatyczny głos Dyrektorki...
Tłum się przed Nią rozstępuje, a my kroczymy niczym orszak weselny...
Ufff...
- No i co ?? Skrzypce ?? - pyta nas w gabinecie Dyrektorka...
- Nie mamy skrzypiec, a na zakup nas nie stać...Pianino też nam się raczej w mieszkaniu nie zmieści...Mogą być organy ?? - wyrzucam z siebie, bo analizy przeprowadzone w domu dawały jasny wynik...
- Organy ?? Wykluczone !! - oburzenie aż kipi w głosie Dyrektorki...- Organy to nie instrument !! - dodaje...
Orzesz...(ko)
I w tym właśnie momencie wchodzi do gabinetu postawny, starszy Pan...
- To mój Mąż...- przedstawia Dyrektorka...- Jeśli się zdecydujecie na skrzypce, będzie uczył Waszą Córkę...Mąż ma przywilej wybierania sobie uczniów...- precyzuje...
Ło Matko i Córko...
Starszy Pan nawet na nas nie spogląda, podchodzi do Córci...
- Pokaż rączki...
Ogląda długo...Przymierza coś...Zgina...Prostuje...
- Bardzo drobniutka jesteś...- mówi po chwili...- To będą ćwiarteczki !!
- Idealnie !! - odpowiada Dyrektorka...- Na magazynie mamy jedne ćwiarteczki !! Trzeba tylko wymieć struny i kupić kalafonię...
My jesteśmy niewidzialni...
Córcia znowu ma wypieki...My mamy mętlik w głowach...
Niech będą skrzypeczki...
Choćby to ćwiarteczki były...
Może takie ćwiarteczki mniej będą fałszować ??
Po wyjściu z gabinetu możemy przeczytać komunikaty z tablicy, korytarz jest prawie pusty...
- Jezusie...- wypsnęło mi się nieopatrznie...- Jak ja to wszystko ogarnę ??
Córcia ma zajęcia cztery razy w tygodniu...Po dwie godziny...Szkoła Muzyczna na drugim końcu Zaścianka...Dzieciaki chodzą do szkoły...Pan N. pracuje na zmiany...Pierworodny trenuje karate i uczy się angielskiego...Jeszcze gimnastyka korekcyjna i basen...No i pies...
Zostają wrotki albo teleportacja...
Spojrzałam na Córcię...
Stała na końcu korytarza i z całych sił przytulała futerał z tymi "ćwiarteczkami"...
Wieczorem w domu, pięknie pościeliła dodatkowy jasieczek i spała razem z tymi ćwiarteczkami, przytulona do strun...
Niech będą wrotki...
Wszystko mi jedno...
Może to jest właśnie to co pokocha na całe życie??
cdn...
Echhh...
Czy są rzeczy, których Rodzice nie zrobią dla entuzjazmu Dziecka ??
Uroczystość była skromna, ale oczywiście muzyczna...Kilka akordów fortepianu...Krótki występ szkolnego chóru...Powitanie Uczniów...
- Na tablicy wiszą informacje o podziale klas i planie zajęć...Proszę się zapoznać...- informuje Dyrekcja...
No to ruszamy...
Za drzwiami auli przestaje obowiązywać etykieta...Nawet taka "bazarowa"...
Tłumy cisną się do tablicy, a co bardziej wyrywne jednostki używają nawet łokci i kolan...
Może tą tablicę Dyrekcja chowa po kwadransie ??
Pierworodny proponuje, że pójdzie przodem i będzie szczypał (na propozycją stosowania ciosów karate wyrażamy kategoryczny, rodzicielski sprzeciw)...Pan N. odruchowo bierze Córcię na ręce, żeby Jej przy okazji nie zadeptano...Ja mam dziwne odczucie, że do tego nie pasujemy...
- Proszę do gabinetu...Musimy porozmawiać...- słyszę sympatyczny głos Dyrektorki...
Tłum się przed Nią rozstępuje, a my kroczymy niczym orszak weselny...
Ufff...
- No i co ?? Skrzypce ?? - pyta nas w gabinecie Dyrektorka...
- Nie mamy skrzypiec, a na zakup nas nie stać...Pianino też nam się raczej w mieszkaniu nie zmieści...Mogą być organy ?? - wyrzucam z siebie, bo analizy przeprowadzone w domu dawały jasny wynik...
- Organy ?? Wykluczone !! - oburzenie aż kipi w głosie Dyrektorki...- Organy to nie instrument !! - dodaje...
Orzesz...(ko)
I w tym właśnie momencie wchodzi do gabinetu postawny, starszy Pan...
- To mój Mąż...- przedstawia Dyrektorka...- Jeśli się zdecydujecie na skrzypce, będzie uczył Waszą Córkę...Mąż ma przywilej wybierania sobie uczniów...- precyzuje...
Ło Matko i Córko...
Starszy Pan nawet na nas nie spogląda, podchodzi do Córci...
- Pokaż rączki...
Ogląda długo...Przymierza coś...Zgina...Prostuje...
- Bardzo drobniutka jesteś...- mówi po chwili...- To będą ćwiarteczki !!
- Idealnie !! - odpowiada Dyrektorka...- Na magazynie mamy jedne ćwiarteczki !! Trzeba tylko wymieć struny i kupić kalafonię...
My jesteśmy niewidzialni...
Córcia znowu ma wypieki...My mamy mętlik w głowach...
Niech będą skrzypeczki...
Choćby to ćwiarteczki były...
Może takie ćwiarteczki mniej będą fałszować ??
Po wyjściu z gabinetu możemy przeczytać komunikaty z tablicy, korytarz jest prawie pusty...
- Jezusie...- wypsnęło mi się nieopatrznie...- Jak ja to wszystko ogarnę ??
Córcia ma zajęcia cztery razy w tygodniu...Po dwie godziny...Szkoła Muzyczna na drugim końcu Zaścianka...Dzieciaki chodzą do szkoły...Pan N. pracuje na zmiany...Pierworodny trenuje karate i uczy się angielskiego...Jeszcze gimnastyka korekcyjna i basen...No i pies...
Zostają wrotki albo teleportacja...
Spojrzałam na Córcię...
Stała na końcu korytarza i z całych sił przytulała futerał z tymi "ćwiarteczkami"...
Wieczorem w domu, pięknie pościeliła dodatkowy jasieczek i spała razem z tymi ćwiarteczkami, przytulona do strun...
Niech będą wrotki...
Wszystko mi jedno...
Może to jest właśnie to co pokocha na całe życie??
cdn...
Subskrybuj:
Posty (Atom)















