Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

niedziela, 28 lipca 2013

Szanty o smaku czekolady...

     Mogliśmy ruszać dalej...Mogliśmy...Ale pochłonięta ilość strawy powodowała, że bardziej poprawnym stwierdzeniem było by...
Mogliśmy toczyć się dalej...Albo...
Mogliśmy pełznąć...
Zadowolone brzuszki dopominały się kanapy...W trybie pilnym...
Echhh...Poleżeć tak sobie z godzinkę...
Ale lekko nie ma...
Nasz harmonogram nie przewidywał leżakowania...
      Potoczyliśmy się więc brzegiem Motławy, żeby podelektować się widoczkami i rozchodzić odrobinę owe kotleciska...

     Przez cały czas miałam dziwne wrażenie, że jestem obserwowana...
     Jako zagorzała czytelniczka literatury kryminalnej zaczęłam stosować znaną taktykę szpiegowską i co kilka kroków oglądałam się za siebie...
W nieprzebranym Tłumie miało to liche zastosowanie...
I nagle spojrzałam w niebo...
Orzesz...(ko)...
     - Śledzą nas... - wyszeptałam do Pana N.
     Ślubny namiętnie oglądający "Kryminalne Zagadki" nie zadawał zbędnych pytań tylko podążył za moim spojrzeniem...
     - O masz go... - potwierdził moje spostrzeżenie...
To już nie były przelewki...
Byliśmy inwigilowani !!
     Dopiero po chwili zauważyliśmy, że nasz "śledź" jest obiektem zainteresowania turystycznych tłumów wokół nas...

     To dopiero gratka !! 
     W życiu nie widziałam Drona, a Drona tak malowniczo migającego kolorowymi światełkami to mogłam sobie tylko w TV pooglądać...
Ależ on wzbudzał emocje !!
     Starsi Podziwiacze z zainteresowaniem obserwowali jego poczynania, a Młodsi...
Młodsi wrzeszczeli bez opamiętania ku uciesze swoich opiekunów...
A Dronek popisywał się przed Widownią...

     - Już pora... - zakomunikował Ślubny i ruszyliśmy na Targ Rybny...
     Dokładnie w to miejsce, w którym zaparkować nas chciała "Kaśka"...
     Za kilka minut miał rozpocząć się koncert "Szanty pod Żurawiem"...
Tak, tak...
     Odkąd dostaliśmy szantowego "bzika" mieliśmy owych pieśni wysłuchać po raz pierwszy tam gdzie ich dom...Nad samym brzegiem Morza...


    Na początku było nam trochę dziwnie, bo nie "Rotunda", bo nie tłumy, bo dźwięk rozchodził się nad Motławę zamiast dźwięczeć w duszy, ale kiedy rozejrzeliśmy się po ławeczka poczuliśmy się jak w Krakowie...
Tuż obok siedział Mistrz Jerzy Porębski...
    Kiedy zabrzmiały pierwsze dźwięki i uśmiechy wypełzły na twarze, Mistrz sięgnął do futerału i wyciągnął swoją, podobno najdroższą w Polsce, trąbkę...
Wyciągnął, pogładził czule i zaczął grać...
Nie na estradzie...Tuż obok nas...Na widowni...
     Niedługo trwał ów niespodziewany koncert, bo występujący właśnie Zespół szybciutko zgarną Pana Jerzego do siebie...

A potem, to już każdy grał na tym co "złapał"...

Atmosfera się rozluźniała...
Widownia zaczęła podśpiewywać półgębkiem...
     - Mogę Cię zaprosić na czekoladę... - wyszeptał mi do ucha Pan N.
     - Możesz...- odszepnęłam i puściłam perskie oko...
Pić czekoladę na gorąco i słuchać szant...
Takiej rozpusty to ja się nie spodziewałam...;o)

sobota, 27 lipca 2013

O złotym ryżu i dobrym "Duszku", czyli zwiedzamy Gdańsk...

     Kurz bitewny rozpływał się powoli w powietrzu...Wody Martwej Wisły uspakajały się wolniutko...Żołnierze mogli zaznać odpoczynku przy zupce jarzynowej...A my...
My ruszyliśmy w dalszą podróż, bo atrakcji tego dnia Gdańsk przygotował nam znacznie więcej...
Kierunek Starówka...
     Mijana "Arena" nie zrobiła na nas najlepszego wrażenia..."Krążek" i owszem, prezentuje się ładnie, ale otoczenie wygląda raczej jak plac budowy, a nie reprezentacyjne miejsce Gdańska...
Kiepsko...
Jeśli nas pamięć nie myli, to rok temu wyglądało to dokładnie tak samo...

No cóż...
Póki co na kolejne EURO się nie zanosi, więc i pośpiech zbyteczny...
    "Kaśka" dopasowała nam idealne miejsce parkingowe (chociaż w pierwszej chwili chciała nas ulokować na estradzie na Targu Rybnym), oczka odpoczęły już odrobinę od bitewnej zadymy, więc można zacząć się delektować...
     Jaki jest Gdańsk ??
Przede wszystkim zatłoczony...
Ale wśród tej "ludzkiej masy" można dostrzec Jego urok...
A uroku Gdańskowi odmówić nie można...

Magiczne uliczki...

Kolorowe kamieniczki...

To, czego na urlopie nie powinnam zauważać, czyli Dom Ekonomistów...

I nadzy faceci na horyzoncie...Czyli "Neptun" w całej okazałości...
Mało się nam łepetynki nie pourywały...
     Właściwie moglibyśmy coś wszamać, bo zwiedzanie z pustym brzuszkiem to kiepska rozrywka...Zaczęliśmy zaglądać do restauracji i barów...
     Ło Matko i Córko...
     Toż na zupę pomidorową z ryżem za 14 złotych to przeciętnego Mieszkańca naszej Planety raczej nie stać...
Cóż to muszą być za wspaniałe pomidory na taką zupinę !! Jak nic jakiś szczególny szczep, albo gatunek...
A ryż ?? 
Złoty chyba...
     - Nie wiem jak Ty, ale ja ryzykować nie będę...- oświadczyłam Panu N. - żołądek mam raczej pospolity i może takich frykasów nie przyjąć...
     - A widziałaś cenę kotleta ?? - dopytywał Ślubny...
     - Świńska była...- odpowiedziałam i ruszyliśmy dalej...
     Nasze uszy wyłowiły z ogólnie panującego zgiełku, miłe dźwięki...
Po chwili znaleźliśmy Winowajców...

     Zrobiło się nam miło na duszyczkach, a uśmiechnięte twarze młodych Ludzi sprawiały przyjemność nie tylko nam, w bramie panował niezły tłok...
Czy byli perfekcyjni ?? 
Nie...
Ale gra sprawiała im radość...Z resztą...
Trudno oczekiwać perfekcji jeśli Wykonawcy siedzieli na rybacki krzesełkach, albo koszach na śmieci, a wokół panował wakacyjny rwetes...
     Ale były i standardy światowe, znane operetkowe szlagiery i odrobina muzyki "bardzo poważnej"...
Czyli dla każdego "coś"...
Wszyscy uśmiechali się życzliwie...
I to jest właśnie tajemnica muzyki...
     Kiedy Muzycy ogłosili przerwę ruszyliśmy dalej...

Nasze brzuszki podchwyciły skoczne nuty...
Ale ceny posiłków przy Motławie, chociaż wydawało się nam to niemożliwe, były jeszcze wyższe...
    - Musimy gdzieś odsapnąć odrobinę... - stwierdziłam i uciekliśmy jakąś boczną bramą z tych tłumów...
     Uliczka była bardzo klimatyczna, wyciszona i poza nami spacerowała nią tylko jedna para...
Ufff...
     - Już wiem dlaczego... - oświadczył Pan N. i wskazał mi dłonią nazwę ulicy...
Świętego Ducha...
No tak...
Grzesznicy tutaj pewnie nie zaglądają...
     W jednej z kamieniczek urządzony był bar...A właściwie Pub, bo szyld głosił nazwę "Pub Duszek"...
Maleństwo takie...
Na pianinie poprzypinane pozwy sądowe...
     W sumie, nie oczekiwaliśmy niczego szczególnego, bo ani wystrój, ani wygląd nie zachęcał do odwiedzin, ale był wolny stoliczek na tarasiku (to nie zdrobnienie tylko określenie rozmiaru), dwa krzesełka, parasol i popielniczka (!!)...
A przede wszystkim ceny w Menu zostały zaakceptowane przez nasz portfel z radością...
Moja poopa z przyjemnością zajęła miejsce na krzesełku...
Ufff...
Mogłam już zjeść cokolwiek...
     Kiedy Kelner przyniósł naszą upragnioną, pomidorową zupkę patrzyłam w talerz z niedowierzaniem...
Poprzecierane, świeże pomidorki bez skórki i lane kluseczki...
4 złote porcja...
     - Aż jestem ciekawy kotleta...- skwitował nasze zdziwienie Pan N. i pałaszował pyszniutką zupkę z przyjemnością...
Do naszych uszu dobiegały odgłosy kuchennej krzątaniny...
     - Jeśli to co słyszę nie jest omamem dźwiękowym to właśnie je tłuką...- odpowiedziałam zajęta wyławianiem kluseczków...
Miałam rację...
Zamówione drugie danie to był ogromny talerz żarcia (jedzeniem tego nazwać nie było można)...
Fura ziemniaczków z koperkiem...Fura sałatek różnorakich...I on...Ogromniasty kotlet schabowy...
     - To już chyba nie jest Gdańsk !! - stwierdził Pan N. i zaatakował kotleta...
     - Mogłam poprosić o połówkę porcji... - żałośnie skwitowałam możliwości mojego żołądka...
     - Wstydu nie rób !! - zdyscyplinował mnie Ślubny...
Ale było rzeczą niemożliwą, żebym tą porcję w sobie upchała...
Rachunek za obiad był pysznym "deserem"...
     Pub powinien nosić nazwę "Dobry Duszek"...
Mogliśmy ruszać dalej...





 

piątek, 26 lipca 2013

Podróż w czasie, czyli o lekkim historii "nagięciu"...

     Dawno, dawno temu...Kiedy na wybrzeżu panowali Rycerze spod znaku Krzyża, uwadze Ich nie uszło, że cypel wiślany idealnie nadaje się na warownię...
Może określenie "warownia" dzisiaj jest trochę na wyrost, bo nomen omen wybudowali ją z drewna, ale od czegoś losy Twierdzy Wisłoujście rozpocząć się musiały...
Mieli "nosa" krzyżaccy Wojowie...
     Ledwie ową budowlę ukończyli, a już swoją przydatność udowodniła...Legła przy tym w gruzy (raczej w kupkę popiołu i okopconych desek), ale już nikt się nie zastanawiał czy Warownię odbudowywać...
     W 1482 roku na miejscu drewnianych "baraków" powstała murowana, ceglana Wieża...
A że Naród niemiecki znany jest z praktyczności, więc wieża owa nie tylko miała strzec ujścia Wisły, ale również zainstalowano tam latarnię...
To przy owej Wieżycy z latarnią z czasem powstała Twierdza prawdziwa...
     Przez wieki Obsada Twierdzy na brak zajęć narzekać nie mogła...
     W 1577 roku oblegał ją Batory, w 1627 ostrzeliwała szwedzką flotę (w czasie bitwy pod Oliwą), w 1734 atakowały ją wojska rosyjsko-saskie, w 1793 swoich sił próbowali Prusacy...
Nawet Napoleon w 1807roku spróbował swoich sił...
     Niszczona i odbudowywana stanowi dzisiaj wyjątkowo ciekawy obiekt militarny...
     Zmieniały się epoki...Zmieniały się style architektoniczne...Zmieniała się więc i Twierdza...
Pozostały z niej tylko fundamenty będące swoistą, budowlaną ciekawostką...
     Twierdza zbudowana jest na drewnianych, zatopionych w wodzie skrzyniach, zwanych kaszycami...
Samotną Wieżycę, z czasem otoczono ceglanym wieńcem, dobudowano mieszkania dla Oficerów i Żołnierzy, cztery bastiony, a nawet fosę zasilaną wodą z Martwej Wisły...
Bo z czasem Twierdza zaczęła oddalać się od Morza i Ujścia...
Ot takie prawo przyrody...
Co Wisła przynosiła w swych wodach, pozostawiała dokładnie właśnie tutaj...

     Przetrwała wiele zawieruch wojennych i historycznych zawirowań...
Zniszczyli nam Ją dopiero Sąsiedzi...
Czego Hitlerowcy nie zmogli, Armia Czerwona dokończyła...
     Ale wracajmy do czasów świetność, bo dla nich przecież Gordyjka i Pan N. wlekli się przez caluśką Ojczyznę prawie...
     Zgodnie z sugestiami Pana Promowego zajęliśmy strategiczną pozycję "przy banerku", czapeczki założyliśmy posłusznie i oczekiwaliśmy na pierwszą komendę...
Wszak dopuścić nie możemy, żeby Brytyjczycy wywieźli z Gdańska napoleońskie zdobycze i wielgachne skrzynie pełne kruszców i drogocennych klejnotów...
Nie z nami takie numery !! O nie !!
Nawet przebranie się za Holendrów, do których jak widać zawsze mieliśmy słabość, nawet jak jeszcze o rynkach pracy nikt nie miał pojęcia, nie na wiele się zda...
     Tym razem Wisłoujścia strzeże nie tylko nasza Twierdza, ale i Gordyjka z Panem N., że o tłumach Turystów nie wspomnę...

Tłok panował okrutny, i to nie tylko na nabrzeżu...

Nawet trochę większe jednostki chciały się do walki przyłączyć...

Ale moje serducho zadrgało dopiero, kiedy ujrzałam to cacuszko...

     - Ja taką chcę !! - skierowałam zapotrzebowanie do mojego życiowego Sponsora...
     Pan N. spojrzał na mnie takim wzrokiem, że zaraz sprawdziłam czy mam czapeczkę przeciwsłoneczną na łepetynce...
     - Chorobę morską masz... - realistycznie do mojej zachcianki podszedł Ślubny...
     - W takiej łódce mogę rzygać...- podsumowałam i tęsknie spoglądałam za oddalającą się "motoróweczką"...
     Ledwie przeszła mi ochota na wymioty kanał został oczyszczony z "intruzów" i pojawili się Holendrzy...
To znaczy Brytyjczycy w holenderskiej skórze...
I się zaczęło...

     Galera brytyjska atakowała Twierdzę zapamiętale...Twierdza odpowiadała ogniem...Trudno było nadążyć z wykonywaniem zdjęć...W powietrzu unosił się zapach siarki...Dym "gryzł" w oczy...


     Aż w końcu pojawiła się Ona...Nasza Galera, która miała wspomóc Twierdzę w Jej nierównym pojedynku...Teraz rozpoczął się prawdziwy balet na wodzie...Kapitanowie wiedzieli doskonale jak ustawić swe Okręty, aby serca Widzów zadrgały...

     Brytyjczycy byli bez szans...Ale chcieli zakończyć walkę z honorem...Wywiesili więc swoją Banderę...
Niestety Twierdza również poniosła straty...

Widownia oszołomiona ilością doznań zaczęła klaskać...
     Nikt jakoś nie przejmował się faktem, że do dzisiaj nie wyjaśniono zagadki napoleońskich skarbów...
Czy Cesarz zabrał je z Gdańska do Paryża ?? 
Czy może zniknęły z gdańskiego skarbca w jakiś innych okolicznościach ?? 
A może Brytyjczykom udało się je ukraść i po starciu z Twierdzą zatopili cały ten skarb w Wiśle ??
     Tego się pewnie nigdy nie dowiemy...
     Nie dowiemy się również czy taka potyczka w ogóle miała miejsce...
     Ale jeśli chcecie obejrzeć sobie obronę Twierdzy Wisłoujście dokładniej, to zapraszam...

https://app.box.com/s/e6234w5fmkloiw1oo99h

https://app.box.com/s/6nwgkj40t8g6bbo2an0y

     Nagrania oryginalne z domowej kolekcji...;o)





czwartek, 25 lipca 2013

O "Perle Bałtyku" i Ciachu nad Ciachami...

     Nasza misja "znaleźć źródło kawusi" wcale nie była taka łatwa, jakby się to mogło wydawać...
Nowy Port to albo zakłady pracy, albo blokowiska...
Pomarzyć można o malowniczych kafejkach, czy choćby barach szybkiej obsługi...
Na litość boską...
Czy Gdańszczanie kawusi nie piją ??
     Jak na dwóch dzielnych Wiarusów przystało dreptaliśmy raźno rozglądając się z ciekawością...Tych szlaków stopy nasze jeszcze nie deptały...
W myślach błogosławiliśmy fakt, iż przy Wisłoujściu zameldowaliśmy się znacznie przed czasem...
Szliśmy...Szliśmy...Szliśmy...
I nagle przed naszymi oczami pojawił się drogowskaz...






Ło Matko i Córko...
To my aż do Sztokholmu musimy na tą kawusię zadreptać...??
O nie !!
Wrodzony patriotyzm obudził się w nas natychmiast...
"Obcej" kawie mówimy kategoryczne NIE !!
I ignorując owe "drogowskazanie" ruszyliśmy ścieżkami Autochtonów...
Przez torowiska, chaszcze i krzaczory...
Skoro ktoś te ścieżki wydeptał to muszą one gdzieś nas zaprowadzić...
     Zaprowadziły...





     W sumie urząd to urząd...Kawusię pewnie serwują ??
     Nie czekając na zaproszenie postanowiliśmy zwiedzić Latarnię...
Wszak to właśnie z tej Latarni oddano pierwsze strzały na Westerplatte...Nie godzi się być tak blisko i ją zlekceważyć...
     Latarnia zrewanżowała się nam szczodrze...
Najpierw ukazała to co ma najpiękniejszego...





Najpierw był taki raczej mało romantyczny widok na Port...




Potem już było trochę romantyczniej...




Potem rozważaliśmy kwestie techniczne...
I tak mnie to zwiedzanie Latarni zafascynowało, że nawet przez chwilę rozważałam czy nie zostać czasem Latarniczką...




Niestety wakatów nie mieli...
     Ruszyliśmy więc w drogę powrotną, to znaczy tak bardziej do przyziemienia...




     Spojrzałam przez owo okno i zaświtała mi pewna myśl...
     - Niemcy tej wojny wygrać nie mogli... - stwierdziłam do Pana N.
Ślubny spojrzał na mnie ze zdziwieniem...
     - Spójrz !! To okno totalnie nie nadaje się do oddania pierwszego strzału !! To na następnym podeście było by świetne... - podzieliłam się swoimi obserwacjami...  - Nawet okna wybrać nie umieli...
     - Może to i lepiej ?? - Pan N. rzucił pytanie retoryczne w Kosmos...
     - Pewnie, że lepiej...- nie mogłam powstrzymać się od odpowiedzi... - ja Im tego nie powiem... - obiecałam...
     Niestety nawet z poziomu widokowego nie odkryliśmy żadnego przybytku "kawoźródlanego"...
Chociaż nadzieją napawał nas fakt, iż przy Latarni rozwieszony był banerek z zaproszeniem na kawę, domowe ciasta i inne smakołyki...
     - Włączę "Kaśkę"...- stwierdził Pan N. - skoro jest adres to nas przecież doprowadzi...
     Ale nim grzecznie posłuchaliśmy naszego GPS-a, nasze oczy wchłaniały otaczające nas, piękne widoki...







     Zdyscyplinował nas dopiero widok Galery wracającej z rejsu...





     - Musimy się pospieszyć...- poganiał mnie Ślubny...- bo albo w bój ruszymy bez kawusi, albo będą walczyć bez nas...
     Obydwa te rozwiązania nie przypadły mi do gustu...
     Ale "Kaśka" się spisała, chociaż uparcie namawiała nas do "nawrotów" przy każdym "zakazie ruchu"...Pewnie bidulka nie zauważyła, że kółek nie posiadamy...
     Wśród gąszczy uliczek i blokowiskowej plątaniny wyszperała dla nas Perłę prawdziwą...





     To co w owej niepozornej Kawiarence zaserwowała nam Pani Właścicielka zasługiwało na wszelakie laury jakimi honoruje się gastronomię...
Kawa w słusznej ilości i mocy...
A do tego Ciacho !! 
Ciacho przez duże "C", bo o takim wypieku nie godzi się pisać małymi literkami !! 
     "Perła Bałtyku" w pełni zasługuje na swoją szczytną nazwę...
     A Panią Właścicielkę pozdrawiamy serdecznie :o) I przyrzekamy solennie, że jak nas tylko nasz "szlajak" do Nowego Portu zawiedzie, to spotkamy się ponownie...
     I pewnie znowu nie będziemy w stanie stwierdzić, które z serwowanych przez Panią ciast było lepsze...:o)

środa, 24 lipca 2013

Bez zupki jarzynowej i kawy, nie ma żadnego zwycięstwa...

     Kiedy dotarła do nas wieść, że Gdańsk jest zagrożony, nie zastanawialiśmy się długo...
Przecież nie możemy leżakować na urlopie, kiedy jedno z piękniejszych Miast narażone jest na pirackie ataki i grabież okrutną...
W szczególności, że jedno z zagrożeń dotyczyło naszych Przyjaciół pomieszkujących w Miastach nad Wisłą i ukochanego przez nas Krakowa...
     Bladym świtem zapakowaliśmy więc trochę suchego prowiantu, broń ręczną, w której zapobiegawczo wyczyściliśmy karty pamięci (żeby się zmieściła większa ilość "Jeńców"), osiodłaliśmy naszego "rumaka" i ruszyliśmy szlakiem na północ...
Tam, gdzie kierowały się tłumy prawdziwe, by bronić naszego "okna na Świat"...
     Do Twierdzy Wisłoujście...
     Gdańsk znaliśmy "wyśmienicie"...To znaczy...Byliśmy w nim raz, jakieś dwadzieścia lat temu...
     Poruszaliśmy się wówczas komunikacją miejską i w związku z tym zwiedziliśmy jedynie edukacyjnie Westerplatte...
Dzięki życzliwości Pana Kierowcy autobusu miejskiego nie zostaliśmy na owym Westerplatte do dzisiaj...
     Tym razem korzystaliśmy z naszego rumaka "Naguska" wspieranego przez "Kaśkę"...
Ależ oni się spisali !!
"Kaśka" doprowadziła nas perfekcyjnie na miejsce...
     Można nawet powiedzieć, że była odrobinę nadgorliwa, bo doprowadziła nas do Twierdzy Wisłoujście dokładnie tam, gdzie Turystom owego dnia przebywać nie było wolno...






     Dzięki owemu sprytnemu "Kaśki" wybiegowi byliśmy świadkiem jak się nasi Wojownicy do walki przygotowują...





     Już widzę jak Wasza wyobraźnia pracuję...Jak oczami duszy widzicie skrzynie materiałów wybuchowych i innej broni siecznej targanej przez Żołnierzy do Twierdzy...
     Lipa !!
     Chłopaki i owszem, targali kosze ogromne...Ale zawartość owych koszy nic z bitwą wspólnego nie miała, poniekąd...
Ziemniaczki, marchewka, dorodne pory...
Wszak wiadomo, że głodny Żołnierz to zły Żołnierz...
Chłopaki wnosili wiktuały na zupkę jarzynową...
Mało tego...
Gordyjka została na ową zupkę zaproszona !!
     Nie skorzystałam...Fakt...Bo zupki jarzynowej nie lubię...Ale sympatię gordyjską zyskali nasi Żołnierze awansem...;o)
     A Twierdzę Wisłoujście uważam za zdobytą...





     Przynajmniej przez Gordyjkę...:o)
     Uzyskawszy informacje gdzie też ulokować się nam należy, ruszyliśmy w dalszą podróż...





     "Nagusek" zajął miejsce na promie...
To miał być jego dziewiczy rejs...
     Ledwie Pan N. przekręcił kluczyk w stacyjce pojawił się Pan Promowy...
     - Państwo na bitwę ?? - zapytał z uśmiechem...
     - Oczywiście... - przyznaliśmy zgodnie, bo widać było, że jest naszym Sprzymierzeńcem...
     - A czapeczki macie...?? - zapytał Pan Promowy z troską...
     - Mamy !! - potwierdziliśmy stan posiadania...
     - A picie macie ?? - dopytywał dalej Opiekun naszej przeprawy...
     - Mamy...- pokiwaliśmy głowami, bo jakże ruszać w bój bez napitku...
     - No to jesteście przygotowani... - potwierdził stan naszej gotowości bojowej Pan Promowy i dodał... - siądźcie sobie tam, koło tego banera...To najlepsze miejsce...Wszystko będziecie mieć jak na dłoni...
Pożegnał się z uśmiechem, a my byliśmy okrutnie wzruszeni Jego troską...
     Ruszyliśmy w drogę...





     "Nagusek" dzielnie to przetrzymał, a po kilku minutach zajął miejsce parkingowe w samym centrum wydarzeń...





     A my udaliśmy się na rekonesans, bo bitwa na nieznany terenie to nie jest betka...
Teren trzeba znać !!
     Dla niepoznaki ( gdybyśmy zostali poddani inwigilacji Wroga) głośno oświadczyliśmy, że ruszamy na poszukiwanie "kawy"...
     Kawa do zwycięstwa jest równie niezbędna jak amunicja...

wtorek, 23 lipca 2013

W Peplinie jabłuszka smakują najlepiej...

     Poranek budził się w błękitach, a nas zaczęło nosić...
     - Robimy coś ?? - zapytał Pan N.
     - Musimy jechać po chlebusia...- studziłam zapał Ślubnego.
     - To może na rowerki ?? - Pan N. nie kapitulował.
     - Na rowerki możemy...Czemu nie ?? - a że nikt nam nie podpowiedział, dlaczego nasza eskapada rowerowa jest niemożliwa, więc zapakowaliśmy trochę wody, wafelki kakaowe, jabłuszko...I w drogę...
     Łąki wokół nas od pierwszego dnia kusiły nieodpartym urokiem...
     W niedalekim sklepie wykonaliśmy czynności niezbędne do życia, czyli nabyliśmy pieczywo, i Pan N. zapytał...
     - A teraz gdzie ??
     - Możemy zobaczyć Sominki...- rzuciłam bez zastanowienia... - tak słodko się nazywają...
     Moja mózgownica nie ogarniała jeszcze, że od dwóch lat nie jeździłam na rowerze, a zastałe mięśnie i obolały kręgosłup potrzebują treningu...
     Pan N. ruszył z kopyta, a ja ruszyłam...Hmmm...Z kopytkiem ??
     Trasa naszej wycieczki biegła brzegiem Jeziora Somińskiego...Chociaż to, że jechaliśmy "brzegiem" jest znacznym nadużyciem...
Wjeżdżaliśmy w każdą malowniczą dróżkę...Przyciągała nas każda malownicza kępa drzew...I nim okiełznaliśmy nasze zapędy, mieliśmy już w "noga" kilka nadprogramowych kilometrów...
Ale jak się oprzeć...??


     W pewnym momencie z jednej z posesji wybiegł pocieszny, mały Kundelek i ruszył galopkiem za moim rowerem...
Pan N. kręcący znacznie energiczniej był kilkadziesiąt metrów dalej, a Kundelek niczym torpeda gnał na złamanie karku...
Orzesz...(ko)...
Z narzędzi obronnych miałam na nosie okulary przeciwsłoneczne...
No to przywaliłam w pedały z tych moich chudych nóżek i przyspieszyłam znacznie leniwe pedałowanie...
     - Nie dam się ugryźć !! - rzuciłam w stronę pędzącego Kundelka...
     Nie mam pojęcia co pomyślał sobie Kundelek, ale faktem jest, że (chociaż wydawało mi się to niemożliwe) jeszcze przyspieszył swój galop...
Ło Matko i Córko...
Zginę pożarta przez kaszubskiego Kundelka...
Nie ma to tamto...Takiego tempa to ja nie wytrzymam długo...Niech żre...
Kundelek dopadł roweru z prędkością światła, wyrównał bieg i...
Uradowany zaczął machać ogonem i spoglądać na mnie roześmianym pyskiem...
     - Co to za pies ?? - zapytał Pan N. oczekujący mojego "dojechania"...
     - Autochton...Chyba mu się nudziło na podwórku... - odpowiedziałam, bo Psina wcale nie wykazywała oznak agresji...
     Kundelek obwąchał Pana N., obejrzał sobie Go dokładnie, po czym przysiadł koło mnie...
     - Mamy pieska ?? - zapytał Pan N. dla ścisłości...
     - Może mu się znudzi ?? - zapytałam bardziej Kundelka niż Ślubnego...
Ale Psisko ewidentnie zachwyciło się moją jazdą...


     Po czym jak z nagła się pojawił, tak nagle stanął, zrobił krok do przodu, krok do tyłu i przysiadł niepocieszony...
To ewidentnie była granica kundelkowych możliwości (albo włości) i na przekroczenie owej granicy Kundelek paszportu nie posiadał...
Ufff...
     Pan N. postanowił, iż kuratelę nad swoją Połowicą wzmoże, bo pozostawianie mnie samopas groziło znacznym przyrostem pogłowia w naszym małżeńskim stadle...
     Polegało to głównie na krążeniu...


Ile mój Ślubny trzasnął kilometrów w tej promocji, wolę nie liczyć...
Ale, że "kopyto" ma niezłe to fakt...


     Ten drewniany mostek nad rzeką Zbrzycą obejrzeliśmy sobie "dogłębnie"...Na rowerkach...A kilka dni później przepływaliśmy pod nim kajaczkiem...Za każdym razem bolały mnie inne części ciała ;o)
     Ale wracajmy na rowerowy szlak...
     Za mostkiem ciągnęła się piękna łąka, na której pasło się spore stado krów...
Ponieważ moją rowerową opieszałość powodowała nie tylko słabsza kondycja fizyczna, ale i chęć uwiecznienia wszystkiego dla Potomnych, więc ujrzawszy malowniczy widok sięgnęłam po telefon...


     Moim celem oczywiście był bocian, który właśnie pałaszował żabki, ale kiedy ujrzałam tą modelkę z pierwszego planu zrobiło mi się żal gadziny...
     - Pięknie pozujesz Czarnulko...-odezwałam się do niej czule...- ale masz troszkę zmierzwioną grzywkę...
     W życiu nie wiedziałam, że umiem gadać po krowiemu !!


Czarnulka przystąpiła do poprawy "fryzury"...
To się nazywa Modelka !!
Biesiadujący bociek to przy niej lipa !!
Tak się śmiałam, że mało nie zaliczyłam "przyziemienia"...:o)
Zdyscyplinowana przez Pana N. ruszyłam dalej...
I...
I zobaczyłam ją...


     To jest moja chatka !! 
     No nie żeby akurat ta była moja, bo ta moją nie jest, ale taką dokładnie chatkę pożądam mieć !! 
Pożądam i pragnę...
I posiadać nie będę, bo ta chatka to jest takie moje marzenie bez procesu realizacji...
Takie marzenie na zapas, jakby mi się wszystkie inne marzenia zrealizowały...
Wtedy sobie spożytkuję marzenie o chatce...:o)
     Powzdychałam, poochałam, poachałam i pojechałam...
     Wrażenie chatki jeszcze mnie trzymało, kiedy spotkaliśmy dwa wygłodniałe żurawie...


     Malusie są, bo jeszcze sobie nie podjadły, ale widok głodomorów spowodował, że i nasze żołądki przypomniały sobie o brakach do przerobu...
     A moja poopa przypomniała mi przy okazji, że rowerowe siodełko to nie fotel przy biureczku...
     No to popas...
     Czy wiecie, że jabłuszko i kakaowe wafelki najlepiej smakują w Peplinie ??
Miód w gębie !! A po brodzie soczek się leje...
Ależ to były delicje !!

 
     W owym to właśnie Peplinie zamarzyła mi się teleportacja...
Zamknąć oczka i znaleźć się na werandzie "naszego" domku...
Parę razy nawet spróbowałam przenieść się siłą woli, ale nijak mi to nie wychodziło...
Poopsko bolało, kolanka "się trzęśli", a przed nami było jeszcze kilka kilometrów pedałowania...
Myśli, że tych kilometrów jest kilkanaście nawet nie dopuszczałam do świadomości...
Postanowiłam, że od tej chwili nie wjeżdżam na żadne górki...
Mogę jeździć po "prostym", albo leserować "z górki", ale "pod górkę" ani huhu !!
     No i zaczęła się nasza droga przez mękę...


     Pan N. zinwentaryzował w tym czasie chyba wszystkie okoliczne lasy...
Ale dotarłam...
Ledwie żywa...Obolała...Ale dotarłam...
A jakiego przyspieszenia dostałam na widok naszego Ośrodka !!
     Miałam telefon zapchany zdjęciami, w "kopytkach" około 24 kilometry i zero rozumu...;o)