Według Galla Anonima Bolesław Krzywousty zmienił ową Miejscowość w pustynię, grabiąc Ją doszczętnie...
A potem ??
Potem było w kratkę...
Taki historyczny "misz-masz"...
W 1329 roku rządy rozpoczęli Krzyżacy...W 1410 roku Polacy...A to był lennem Polski...To znowu przyłączono Go do Królestwa Polskiego...By po dwudziestu latach trafił pod władzę Brandenburgii...
Traktat Wersalski pozostawił Go w granicach Niemiec...
Do Polski powrócił po II Wojnie Światowej...Doszczętnie prawie zniszczony i wyludniony...A Jego nowi Mieszkańcy pochodzili głównie z Kresów Wschodnich...I awansem z Kresowiaków stali się Kaszubami...
Bytów...
Malownicze Miasteczko na Pojezierzu Bytowskim...
Kiedy ruszamy w plener, pierwszą naszą czynnością jest wyznaczenie punktów, które chcemy odwiedzić, zobaczyć, czy zwiedzić...
Bytów otwierał listę tegorocznych "atrakcji"...
To jest Miasteczko "po naszemu"...
Klimatyczny Ryneczek...Krzyżacki Zamek...I ten spokój...
A żeby dopieścić nas jako Turystów, Bytów zafundował nam "Dni" Miasta...
Były oficjalne przemówienia, były popisy Orkiestry, były regionalne tańce...
Było znacznie więcej, ale nasz czas był znacznie okrojony i na wieczorne szaleństwa nie bardzo mogliśmy sobie pozwolić...
Ale i tak Bytów pozostawił nam bardzo miłe wspomnienia...
Najpierw zaprosił nas do Krzyżackiego Zamku...
Potem pochwalił się pięknym krajobrazem...
I przepięknymi ekspozycjami muzealnymi, od których po prostu nie mogłam oderwać oczu...
To dopiero piękna łąka...
Echhh...
Po smacznym obiadku w maleńkim Barze, gdzie serwowane potrawy (wyśmienite) i ceny (niziusieńkie) wprawiły nas w wyśmienite humorki, ruszyliśmy na dalszą włóczęgę...
Dwa światy...
Bardzo Ważni Goście
poniedziałek, 22 lipca 2013
niedziela, 21 lipca 2013
O Dywanie z frędzelkami i groźnym Władcy Sominie...
Do czego służy urlop ??
Urlop służy do wypoczynku...
Podobno...
Poniekąd...
Może dlatego nasz urlop zawsze nazywamy urlopkiem ??
Faktem jest, że na Leżakowców, czy promenadowych Pełzaczy się nie nadajemy...
7:30 Kawusia,
8:30 Rozruch na skakance,
9:00 Jazda na rowerze po zakupy,
11:00 Kajaczek,
16:00 Pływanie,
17:00 Koniki,
18:00 Tenis...
W tak zwanym "międzyczasie" drobne zajęcia domowe, toaleta, posiłki ewentualnie spacerek, bo przecież spacerkowanie nie jest wysiłkiem fizycznym ;o)
Kiedy Siora dostała na "gadule" nasz harmonogram zajęć, kategorycznie odmówiła udziału w takim urlopkowaniu...
Do dzisiaj zachodzę w głowę dlaczego...
No cóż...
Wolna kanapa się nie amortyzowała, a my urlopkowaliśmy się w najlepsze...
Po rozeznaniu pieszym postanowiliśmy sprawdzić terytorium wodne...
Jezioro Dywańskie...
Dlaczego Dywańskie ??
W pierwszej chwili nie mogłam pojąć co ma dywan do malowniczego akwenu...
Aż do chwili, kiedy nasze wiosła uderzyły w wodę...
Czy widzieliście kiedyś bardziej równomierne frędzelki ??
Tak, tak...
Dokładnie tak wygląda całe wybrzeże Jeziora Dywańskiego...
Idealnie równiutkie, jakby przycięte frędzelki...
Wygląda to niesamowicie...
Co jeszcze przemawia za prawidłowością owego nazewnictwa...??
Jezioro jest wyjątkowo spokojne, chociaż "wietrzne"...
Przyczyną owego niespotykanego zjawiska są prawdopodobnie otaczające Jezioro lasy i pofałdowania terenu...Ledwie muskana wiatrem woda...I świetne warunki dla Żeglarzy...Szczególnie tych "raczkujących"...
Jezioro Dywańskie ma po protu idealne warunki dla "niedzielnych" Żeglarzy i to obojętne jakim środkiem transportowym będą się poruszać...
Kajaczek ?? Proszę bardzo...
Żaglóweczka ?? Jak najbardziej...
Deseczka ?? Wybornie...
Rowerek wodny ?? Idealnie...
Bezpiecznie jak na dywanie...
Czy ta interpretacja nazwy jest prawidłowa ??
Nie mam pojęcia...
Tak sobie to wydumałam kręcąc łepetynką z zachwytem...
A kiedy opłynęliśmy już caluśkie Dywańskie nasze wiosła poniosły nas przez przepływ pod mostkiem w całkiem inną jeziorną Krainę...
Jezioro Somińskie...
Wytopiskowe jezioro o powierzchni 433,1 ha...
Pamiętacie moją opowieść o kujawskiej Pani z Jeziora ??
Na Somińskim niewątpliwie rządy sprawuje Władca potężny, chmurny i surowy...
Nie znajdziecie tutaj kwitnących ogrodów...Nie ujrzycie powabnych lilii ani słonecznych kaczeńców...
Zaraz za mostkiem ujrzeliśmy tabliczkę "ZAKAZ KĄPIELI" i przez myśl nam przemknęło, że Władca Somińskiego Jeziora nie lubi odwiedzin...
Nie lubi...
I chociaż na pierwszy rzut oka nie wydaje się mało życzliwym Gospodarzem to nieproszonych gość traktuje surowo...
Świadomość ogromu, dwudziestopięciometrowa głębia, prądy zmierzające w sobie tylko znanym kierunku i wiatr, który ciągle wieje w oczy...
Gdziekolwiek jesteś...
W którąkolwiek stronę odwrócisz kajak...
Wiatr wieje prosto w twarz...
Taki jest Władca Somin...
Przywitaliśmy się z Nim grzecznie, spojrzeliśmy na odległy horyzont, który był naszym celem i wróciliśmy na spokojne wody Dywańskiego...
Jeszcze nie tym razem Panie Sominie...
Jeszcze nie pora...
Urlop służy do wypoczynku...
Podobno...
Poniekąd...
Może dlatego nasz urlop zawsze nazywamy urlopkiem ??
Faktem jest, że na Leżakowców, czy promenadowych Pełzaczy się nie nadajemy...
7:30 Kawusia,
8:30 Rozruch na skakance,
9:00 Jazda na rowerze po zakupy,
11:00 Kajaczek,
16:00 Pływanie,
17:00 Koniki,
18:00 Tenis...
W tak zwanym "międzyczasie" drobne zajęcia domowe, toaleta, posiłki ewentualnie spacerek, bo przecież spacerkowanie nie jest wysiłkiem fizycznym ;o)
Kiedy Siora dostała na "gadule" nasz harmonogram zajęć, kategorycznie odmówiła udziału w takim urlopkowaniu...
Do dzisiaj zachodzę w głowę dlaczego...
No cóż...
Wolna kanapa się nie amortyzowała, a my urlopkowaliśmy się w najlepsze...
Po rozeznaniu pieszym postanowiliśmy sprawdzić terytorium wodne...
Jezioro Dywańskie...
Dlaczego Dywańskie ??
W pierwszej chwili nie mogłam pojąć co ma dywan do malowniczego akwenu...
Aż do chwili, kiedy nasze wiosła uderzyły w wodę...
Czy widzieliście kiedyś bardziej równomierne frędzelki ??
Tak, tak...
Dokładnie tak wygląda całe wybrzeże Jeziora Dywańskiego...
Idealnie równiutkie, jakby przycięte frędzelki...
Wygląda to niesamowicie...
Co jeszcze przemawia za prawidłowością owego nazewnictwa...??
Jezioro jest wyjątkowo spokojne, chociaż "wietrzne"...
Przyczyną owego niespotykanego zjawiska są prawdopodobnie otaczające Jezioro lasy i pofałdowania terenu...Ledwie muskana wiatrem woda...I świetne warunki dla Żeglarzy...Szczególnie tych "raczkujących"...
Jezioro Dywańskie ma po protu idealne warunki dla "niedzielnych" Żeglarzy i to obojętne jakim środkiem transportowym będą się poruszać...
Kajaczek ?? Proszę bardzo...
Żaglóweczka ?? Jak najbardziej...
Deseczka ?? Wybornie...
Rowerek wodny ?? Idealnie...
Bezpiecznie jak na dywanie...
Czy ta interpretacja nazwy jest prawidłowa ??
Nie mam pojęcia...
Tak sobie to wydumałam kręcąc łepetynką z zachwytem...
A kiedy opłynęliśmy już caluśkie Dywańskie nasze wiosła poniosły nas przez przepływ pod mostkiem w całkiem inną jeziorną Krainę...
Jezioro Somińskie...
Wytopiskowe jezioro o powierzchni 433,1 ha...
Pamiętacie moją opowieść o kujawskiej Pani z Jeziora ??
Na Somińskim niewątpliwie rządy sprawuje Władca potężny, chmurny i surowy...
Nie znajdziecie tutaj kwitnących ogrodów...Nie ujrzycie powabnych lilii ani słonecznych kaczeńców...
Zaraz za mostkiem ujrzeliśmy tabliczkę "ZAKAZ KĄPIELI" i przez myśl nam przemknęło, że Władca Somińskiego Jeziora nie lubi odwiedzin...
Nie lubi...
I chociaż na pierwszy rzut oka nie wydaje się mało życzliwym Gospodarzem to nieproszonych gość traktuje surowo...
Świadomość ogromu, dwudziestopięciometrowa głębia, prądy zmierzające w sobie tylko znanym kierunku i wiatr, który ciągle wieje w oczy...
Gdziekolwiek jesteś...
W którąkolwiek stronę odwrócisz kajak...
Wiatr wieje prosto w twarz...
Taki jest Władca Somin...
Przywitaliśmy się z Nim grzecznie, spojrzeliśmy na odległy horyzont, który był naszym celem i wróciliśmy na spokojne wody Dywańskiego...
Jeszcze nie tym razem Panie Sominie...
Jeszcze nie pora...
sobota, 20 lipca 2013
"Kaszubski Bór"... nasza nowa miłość :o)
Przyszedł czas, żeby zdradzić najbardziej tajemniczą z tajemnic, czyli gdzie znaleźliśmy kolejny kawałek Raju...
Tak, tak...
Znaleźliśmy i zostaliśmy owym Rajem opętani...
Opętani zupełnie...
Kiedy w styczniu rezerwowałam "nasz" domek, nawet nie przypuszczałam, że Kaszuby tak nas omotają...
Robiły z nami co chciały...
Zaczęły tak bardzo nami rządzić, że było nam żal czasu na sen i posiłki...
To dopiero miłość od pierwszego wejrzenia...
Pewna nie jestem, ale chyba nawet czuliśmy motylki w żołądkach...
W każdym razie wsiąknęliśmy totalnie...
Wieś letniskowa Sominy na Pojezierzu Bytowskim...Do 8 maja 1945 roku graniczna miejscowość niemiecka...Dzisiaj niczym Perełka lśni nad brzegiem Jeziora Somińskiego...
Jeden sklep...
Jeden Bar...
Maleńki drewniany Kościółek z 1824 roku...
Cisza...Cisza...Cisza...
Czasem miałam wrażenie, że słyszę jak motyle rozkładają skrzydła...
Kilka Gospodarstw Agroturystycznych...
Dwa Ośrodki Kempingowe...
Ośrodek "Kaszubski Bór" malowniczo położony nad Jeziorem Dywańskim wśród sosnowego lasu...
Poranek rozpoczynaliśmy od wysłuchania koncertu na ptasie trele...Ależ to byli Śpiewacy !! Wykonawców było tylu, że nie sposób było rozpoznać, kto które partie owego wokalu wykonuje...
A potem pierwsze spojrzenie w okno i dusza się radowała...
Zaglądający przez okienko "Nagusek" wyglądał na równie zadowolonego...Niewiele miał zajęć...Stał i wypoczywał po długiej podróży...
Poranna kawusia...Oczywiście w pozycji klasycznego lenia...I czas się wynurzyć...
Krok przez próg i...
Jeziorko mrugało do nas zalotnie...
Nogi same niosły nad brzeg...
Chwilka wyciszenia i można zacząć planowanie zajęć na cały dzień...A to nie było łatwym zadaniem...O nie...
Doba była zbyt krótka...
Sił było zbyt mało...
A ciągle pozostawało coś do zrobienia...Coś gnało nas do przodu niewyobrażalną siłą...Siłą piękna...
Wieczorkiem ledwie żywi spoglądaliśmy na "nasz" domek...
I wpełzaliśmy pod kołderki...
Przed snem uśmiechaliśmy się na myśl o czekającym nas porannym koncercie, który zaserwuje nam Matka Natura i o magicznych miejscach, które przyjdzie nam odkryć...
Co robiliśmy przez całe dnie ??
Masę wspaniały rzeczy...
Ale o tym to już następnym razem...:o)
Tak, tak...
Znaleźliśmy i zostaliśmy owym Rajem opętani...
Opętani zupełnie...
Kiedy w styczniu rezerwowałam "nasz" domek, nawet nie przypuszczałam, że Kaszuby tak nas omotają...
Robiły z nami co chciały...
Zaczęły tak bardzo nami rządzić, że było nam żal czasu na sen i posiłki...
To dopiero miłość od pierwszego wejrzenia...
Pewna nie jestem, ale chyba nawet czuliśmy motylki w żołądkach...
W każdym razie wsiąknęliśmy totalnie...
Wieś letniskowa Sominy na Pojezierzu Bytowskim...Do 8 maja 1945 roku graniczna miejscowość niemiecka...Dzisiaj niczym Perełka lśni nad brzegiem Jeziora Somińskiego...
Jeden sklep...
Jeden Bar...
Maleńki drewniany Kościółek z 1824 roku...
Cisza...Cisza...Cisza...
Czasem miałam wrażenie, że słyszę jak motyle rozkładają skrzydła...
Kilka Gospodarstw Agroturystycznych...
Dwa Ośrodki Kempingowe...
Ośrodek "Kaszubski Bór" malowniczo położony nad Jeziorem Dywańskim wśród sosnowego lasu...
Poranek rozpoczynaliśmy od wysłuchania koncertu na ptasie trele...Ależ to byli Śpiewacy !! Wykonawców było tylu, że nie sposób było rozpoznać, kto które partie owego wokalu wykonuje...
A potem pierwsze spojrzenie w okno i dusza się radowała...
Zaglądający przez okienko "Nagusek" wyglądał na równie zadowolonego...Niewiele miał zajęć...Stał i wypoczywał po długiej podróży...
Poranna kawusia...Oczywiście w pozycji klasycznego lenia...I czas się wynurzyć...
Krok przez próg i...
Jeziorko mrugało do nas zalotnie...
Nogi same niosły nad brzeg...
Chwilka wyciszenia i można zacząć planowanie zajęć na cały dzień...A to nie było łatwym zadaniem...O nie...
Doba była zbyt krótka...
Sił było zbyt mało...
A ciągle pozostawało coś do zrobienia...Coś gnało nas do przodu niewyobrażalną siłą...Siłą piękna...
Wieczorkiem ledwie żywi spoglądaliśmy na "nasz" domek...
I wpełzaliśmy pod kołderki...
Przed snem uśmiechaliśmy się na myśl o czekającym nas porannym koncercie, który zaserwuje nam Matka Natura i o magicznych miejscach, które przyjdzie nam odkryć...
Co robiliśmy przez całe dnie ??
Masę wspaniały rzeczy...
Ale o tym to już następnym razem...:o)
piątek, 19 lipca 2013
Tajemnicza tajemnica, czyli gdzie podziały się koniki ??
No to czas na rekonesans…
Do „przechodzenia” mamy kilka hektarów, więc nie ma co się
obijać…Buciki do „dreptania” na nóżki i w drogę…
Las przywoływał nas swoim tajemniczym szmaragdem, no i
mieliśmy poważną tajemnicę do wyjaśnienia…
Mijana Stadnina świeciła pustkami…
Ani jednego „kopytka”…
Cisza i spokój…
Tylko zagubione bąki krążyły na padoku…
Mijana Stadnina świeciła pustkami…
Ani jednego „kopytka”…
Cisza i spokój…
Tylko zagubione bąki krążyły na padoku…
To akurat odpowiednie dla nas zadanie…
Ruszyliśmy po śladach…
Najpierw odkryliśmy …
Kotka...
Kotka, że tak powiem rezydenta…
Hmmm…
Co prawda kotek ma cztery nóżki, ale nijak nie przypomina
konika, i poza Witią, który onegdaj ujeżdżał pewnego kota z centralnej Polski,
nikt się na podobny wyczyn nie porwał…
Trzeba szukać dalej…
Kolejne czworonożne stworzenie też nie bardzo się nadawało
do ujeżdżania…
Chociaż, jeśli wzięli byśmy pod uwagę liczebność owych
żaboli, to można by było zrobić z nich całkiem niezły zaprzęg…
Ale konisiów dalej nie widać…
To nie będzie proste zadanie…
Błądząc po lesie znaleźliśmy lokum…
I bazę gastronomiczną…
I w końcu…
Ufff…
Znaleźliśmy !! Wszystkie !!
Pan N. zinwentaryzował koniki, skrupulatnie pomierzył ich
rozmiary i w końcu rzucił …
- W sumie to one takie duże nie są…Możesz spróbować…W sumie
to może i ja spróbuję…
Moje gromkie „Huurrrraaa” słychać było w całej okolicy…
A popołudniu poznaliśmy naszego nowego kolegę…
Przedstawiam Wam Mango…
Mango to konik z charakterkiem, a dokładniej mówiąc z charakterkiem osioła i lesera...
Wystarczy spojrzeć mu w oczy i już wiadomo...
Wystarczy spojrzeć mu w oczy i już wiadomo...
Mango już o świcie był zmęczony...Zmęczony nicnierobieniem...Siodłany Mango to był obraz nędzy i rozpaczy, znęcania się nad zwierzętami i kilku innych paragrafów...Na padoku nigdy nie wykonał jednego ruchu ponad konieczność, jednego kroku ponad normę...
Ale w końcu coś robić musiał...
No to został naszym rumakiem...:o)
Tak ujeżdżał go Pan N.
A tak ujeżdżałam go ja…
No i przepadliśmy z kretesem...
Tym razem nasz urlopek nie będzie pod znakiem wiosła, rowerowego koła, czy tenisowej rakiety...Tym razem będzie to urlopek pod znakiem podkowy...:o)
czwartek, 18 lipca 2013
Początek, czyli jak poznajemy Dobrego Ducha...
No to ruszamy…:o)
Noc ciemna, Osiedle spowite mrokiem, panująca cisza aż wibruje w uszach…
Echhh…
Noc ciemna, Osiedle spowite mrokiem, panująca cisza aż wibruje w uszach…
Echhh…
Torebki i torebeczki zapakowane, „Kaśka” już cel podróży ma
wprowadzony i miarowym głosem pogania: „Skręć w lewo”…
Uśmiechy na twarzach i w drogę…
Uśmiechy na twarzach i w drogę…
Lekko nie było…
Pogoda jakby uwzięła się, żeby nas uśpić, co kawałek „Nagusek” chrzczony jest mżawką…Każdy promień słońca witamy z radością…
Pogoda jakby uwzięła się, żeby nas uśpić, co kawałek „Nagusek” chrzczony jest mżawką…Każdy promień słońca witamy z radością…
Nie ma co…Zaczyna się nieciekawie…
Kiedy pobudka jest o 3-ciej w nocy to nawet przy korzystnym biometrze i pięknej pogodzie jest trudno, a nam ciągle radyjko mruczało, że "przelotne opady i mżawkę można spotkać na obszarze całego Kraju" …
Kiedy pobudka jest o 3-ciej w nocy to nawet przy korzystnym biometrze i pięknej pogodzie jest trudno, a nam ciągle radyjko mruczało, że "przelotne opady i mżawkę można spotkać na obszarze całego Kraju" …
Orzesz...(ko)...
Czyżby Niebiosa nie wiedziały, że właśnie zaczynamy urlopek ??
Dopiero przejazd przez Łódź podniósł nam lekko ciśnienie…
Horror komunikacyjny…
Dwa razy do roku można to jakoś przeżyć, ale żeby tak codziennie ??
Biedni Ci Łodzianie…
Drogi niczym szwajcarski ser, objazdy objazdów, reorganizacje ruchu…Istny kataklizm…
Czyżby Niebiosa nie wiedziały, że właśnie zaczynamy urlopek ??
Dopiero przejazd przez Łódź podniósł nam lekko ciśnienie…
Horror komunikacyjny…
Dwa razy do roku można to jakoś przeżyć, ale żeby tak codziennie ??
Biedni Ci Łodzianie…
Drogi niczym szwajcarski ser, objazdy objazdów, reorganizacje ruchu…Istny kataklizm…
Dodatkowo humor nam zważył fakt, iż właśnie przestał istnieć
Lokal, w którym tradycyjnie przy wyjazdach na Północ piliśmy kawusię…Pozostała
sterta kamieni i kilka ścian…
Następnym punktem „newralgicznym” miał być Toruń…
Z reguły dobijamy do Niego w godzinach komunikacyjnego szczytu, jesteśmy już nieźle umęczeni podróżą, a na dodatek w tym właśnie miejscu przestaje nadawać radio…
Z reguły dobijamy do Niego w godzinach komunikacyjnego szczytu, jesteśmy już nieźle umęczeni podróżą, a na dodatek w tym właśnie miejscu przestaje nadawać radio…
Echhh…
Tym razem jednak, Toruń miło nas zaskoczył…
Radyjko nadawało (i to nie „jedynie słuszną” stację), adrenalina rozszerzyła nam oczęta, a w promocji dostaliśmy nawet troszkę „błękitka” i kilka słonecznych promyczków…
Radyjko nadawało (i to nie „jedynie słuszną” stację), adrenalina rozszerzyła nam oczęta, a w promocji dostaliśmy nawet troszkę „błękitka” i kilka słonecznych promyczków…
Udało się nawet zrobić kilka fotek…
Chociaż upolowanie toruńskiej Starówki „bez filarów” łatwym nie był…
Chociaż upolowanie toruńskiej Starówki „bez filarów” łatwym nie był…
Teraz to już mieliśmy przed sobą drogę „plenerową” i
malowniczą, czyli pola i lasy…
Ośrodek tonął w wilgotnych szarościach…
Widok „naszego” domku wyzwolił w nas instynkty zabójcze…
Pourywane uchwyty, zepsuta lodówka, uszkodzony telewizor…
Cóż za wandale zasiedlały owo lokum ??
Domki tyle co przechodziły remonty…
Cóż za wandale zasiedlały owo lokum ??
Domki tyle co przechodziły remonty…
Ewidentnie ktoś przyjechał się wyżyć na cudzej własności…
Rozgoryczeni poszliśmy do Recepcji…
Pani Mariola (przesympatyczna Istota, z którą konferowałam
telefonicznie i mailowo już od stycznia) pospisywała wszystkie nasze „gorzkie
żale” i wykonała jeden telefon…
Telefon do Osoby szczególnej…Do Pana Seweryna…
My poszliśmy coś szamać, bo urlopowy kataklizm potęgował jeszcze głód…
Kiedy wróciliśmy do domku poustawiane już było wyposażenie
zewnętrzne, czyli stoliczek i ławeczki, z rozpędu dostaliśmy nawet dwa leżaki,
a Brygada Naprawcza pojawiła się po kilku minutach…
Pan Seweryn wysłuchał, pooglądał i w pół godziny mieliśmy
nową lodóweczkę, telewizorek, a uchwyty zostały solidnie przymocowane do ścian…
Mogliśmy zacząć urlopowanie…
Pan Seweryn okazał się być najważniejszą Personą naszego Ośrodka i Człowiekiem niezastąpionym...
Wiedział wszystko, umiał wszystko i był Dobrym Duchem...
Pan Seweryn okazał się być najważniejszą Personą naszego Ośrodka i Człowiekiem niezastąpionym...
Wiedział wszystko, umiał wszystko i był Dobrym Duchem...
wtorek, 16 lipca 2013
Zaczarowany koniec Świata...
Leżę sobie leniwie i obmyślam, czym też Wasze myśli zająć...
Tyle wrażeń...
Tyle miejsc...
Tylu Ludzi...
Od czego zacząć ??
Hmmm...
Od początku ?? - mówicie...
No fakt...
Takie było założenie...
Nawet necik został zabezpieczony, żeby kontaktu ze Światem nie tracić...
Kontakt był...Nie powiem...
Tyle, że ani sił, ani czasu nie wystarczało...
To był bardzo pracowity urlopik...
Bardzo...Bardzo...
Ale, że Gordyjki to z reguły bardzo przewrotne stworzenia, więc zaczniemy od końca...
A koniec naszego urlopku był niesamowity...
Kiedy pod koniec zeszłego roku zamówiłam portrety u pewnej Pani, nawet nie przypuszczałam, że nasza znajomość tak się przekształci...
Musiałam Ją poznać...
Musiałam na własne oczy zobaczyć dłonie, który zaklęły na papierze nasze dzieciństwo...
Po prostu musiałam...
Pan N. polubił Joasię zaraz po tym jak ochłonął po wręczonej niespodziance...
Joasia stała się naszą Przyjaciółką awansem...
Przecież znała nas "od dziecka"...;o)
Urlopowa podróż na północ miała nam w tym pomóc...
Byliśmy tak podekscytowani owym faktem, że odległość pomiędzy miejscem naszego wypoczynku, a siedzibą Joasi sprawdziliśmy dopiero dwie doby przed wyjazdem...
Ło Matko i Córko...
Ależ ta nasza Matka Polska ogromna jest...
Po przeliczeniu kilometrów i dwóch telefonach plany zostały sprecyzowane...
Joasię nawiedzamy w drodze powrotnej...
Będziemy wracać zygzakiem ogromnym, ale na pohybel...
Jak mus to mus...
A mus mieliśmy ogromny...
W niedzielę pożegnaliśmy gościnny Ośrodek i rezydentów...
Żeby nie pozostawiać po sobie przykrych wspomnień użyliśmy oczywiście "załącznika", który przyjęty został życzliwie...
No i w drogę...
Ciągle zachwycał nas "płaski" horyzont...
Droga była tak malownicza, że nasze zachwyty zagłuszały dźwięki z radyjka...
Ale prawdziwe cuda dopiero na nas czekały...
Malowniczy ryneczek...
Przepięknie utrzymany Park...
No i mój Ulubieniec...
Ale to wszystko było mniej istotne, niż cel naszej podróży...
Mało nam się łebki nie pourywały, kiedy poszukiwaliśmy w tłumie znanej nam tylko ze zdjęć Postaci...
- Szukaj gromady Dzieci ... - podpowiadałam Panu N.
- W tym tłumie ?? - sceptycznie zauważył Ślubny...
- Tam gdzie Dzieci, tam Joasia !! - potwierdziłam...
Ale sprawa prostą nie była...
Wokół nas krążyły tłumy Mieszkańców i Turystów...
W końcu dotarliśmy pod ogrodzenie Kawiarenki w Parku...
Gdzież można malować Muławę...??
I wtedy spostrzegłam, że stoimy w miejscu "przestępstwa"...
Tego się nie spodziewałam...
Na parkanie przygotowane ze styropianu sylwetki Muław, a przy każdej grono pochłoniętych malowaniem Postaci...
Wiek dowolny...
Płeć dowolna...
Zaangażowanie ogromne...
A wśród tego grona Zapaleńców Ona...
Nasza granatowa Muława...
Przez chwile staliśmy przed wejściem i przyglądaliśmy się Joasi...
Wiem, wiem...
Nie jest to zbyt grzeczne zachowanie...
Ale zobaczyć Joasię przy pracy to piękny widok...
A potem nastąpiło powitanie...
Tak jakbyśmy się znały od lat...
Pierwszy uśmiech Joasi...
Pierwsze przymrużenie oczek...
Pierwszy uścisk zaczarowanych rąk...
A potem Joasia porwała nas na koniec Świata...
Bo gdzie jak nie na końcu Świata mieszkają Zaczarowani Ludzie ??
Bo Joasia jest zaczarowana...
Andrzej też...
Zaczarowani Ludzie...
Zaczarowany koniec Świata...
Nawet pies był zaczarowany...
Mimo mikrych rozmiarów potrafił powalić mnie na łopatki...Dopominając się głaskania...
Niestety czas na końcu Świata też jest zaczarowany...
Biegnie dużo szybciej niż w normalnym Świecie...
Przyszedł czas pożegnać zaczarowaną Joasię i zaczarowanego Andrzeja...
Echhh...
Tyle wrażeń...
Tyle miejsc...
Tylu Ludzi...
Od czego zacząć ??
Hmmm...
Od początku ?? - mówicie...
No fakt...
Takie było założenie...
Nawet necik został zabezpieczony, żeby kontaktu ze Światem nie tracić...
Kontakt był...Nie powiem...
Tyle, że ani sił, ani czasu nie wystarczało...
To był bardzo pracowity urlopik...
Bardzo...Bardzo...
Ale, że Gordyjki to z reguły bardzo przewrotne stworzenia, więc zaczniemy od końca...
A koniec naszego urlopku był niesamowity...
Kiedy pod koniec zeszłego roku zamówiłam portrety u pewnej Pani, nawet nie przypuszczałam, że nasza znajomość tak się przekształci...
Musiałam Ją poznać...
Musiałam na własne oczy zobaczyć dłonie, który zaklęły na papierze nasze dzieciństwo...
Po prostu musiałam...
Pan N. polubił Joasię zaraz po tym jak ochłonął po wręczonej niespodziance...
Joasia stała się naszą Przyjaciółką awansem...
Przecież znała nas "od dziecka"...;o)
Urlopowa podróż na północ miała nam w tym pomóc...
Byliśmy tak podekscytowani owym faktem, że odległość pomiędzy miejscem naszego wypoczynku, a siedzibą Joasi sprawdziliśmy dopiero dwie doby przed wyjazdem...
Ło Matko i Córko...
Ależ ta nasza Matka Polska ogromna jest...
Po przeliczeniu kilometrów i dwóch telefonach plany zostały sprecyzowane...
Joasię nawiedzamy w drodze powrotnej...
Będziemy wracać zygzakiem ogromnym, ale na pohybel...
Jak mus to mus...
A mus mieliśmy ogromny...
W niedzielę pożegnaliśmy gościnny Ośrodek i rezydentów...
Żeby nie pozostawiać po sobie przykrych wspomnień użyliśmy oczywiście "załącznika", który przyjęty został życzliwie...
No i w drogę...
Ciągle zachwycał nas "płaski" horyzont...
Droga była tak malownicza, że nasze zachwyty zagłuszały dźwięki z radyjka...
Ale prawdziwe cuda dopiero na nas czekały...
Malowniczy ryneczek...
Przepięknie utrzymany Park...
No i mój Ulubieniec...
Ale to wszystko było mniej istotne, niż cel naszej podróży...
Mało nam się łebki nie pourywały, kiedy poszukiwaliśmy w tłumie znanej nam tylko ze zdjęć Postaci...
- Szukaj gromady Dzieci ... - podpowiadałam Panu N.
- W tym tłumie ?? - sceptycznie zauważył Ślubny...
- Tam gdzie Dzieci, tam Joasia !! - potwierdziłam...
Ale sprawa prostą nie była...
Wokół nas krążyły tłumy Mieszkańców i Turystów...
W końcu dotarliśmy pod ogrodzenie Kawiarenki w Parku...
Gdzież można malować Muławę...??
I wtedy spostrzegłam, że stoimy w miejscu "przestępstwa"...
Tego się nie spodziewałam...
Na parkanie przygotowane ze styropianu sylwetki Muław, a przy każdej grono pochłoniętych malowaniem Postaci...
Wiek dowolny...
Płeć dowolna...
Zaangażowanie ogromne...
A wśród tego grona Zapaleńców Ona...
Nasza granatowa Muława...
Przez chwile staliśmy przed wejściem i przyglądaliśmy się Joasi...
Wiem, wiem...
Nie jest to zbyt grzeczne zachowanie...
Ale zobaczyć Joasię przy pracy to piękny widok...
A potem nastąpiło powitanie...
Tak jakbyśmy się znały od lat...
Pierwszy uśmiech Joasi...
Pierwsze przymrużenie oczek...
Pierwszy uścisk zaczarowanych rąk...
A potem Joasia porwała nas na koniec Świata...
Bo gdzie jak nie na końcu Świata mieszkają Zaczarowani Ludzie ??
Bo Joasia jest zaczarowana...
Andrzej też...
Zaczarowani Ludzie...
Zaczarowany koniec Świata...
Nawet pies był zaczarowany...
Mimo mikrych rozmiarów potrafił powalić mnie na łopatki...Dopominając się głaskania...
Niestety czas na końcu Świata też jest zaczarowany...
Biegnie dużo szybciej niż w normalnym Świecie...
Przyszedł czas pożegnać zaczarowaną Joasię i zaczarowanego Andrzeja...
Echhh...
Subskrybuj:
Posty (Atom)



.jpg)







































