Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

piątek, 21 czerwca 2013

Rybki chlebka nie lubieją...:o)

     Długo się zastanawiałam jak wepchnąć ową opowiastkę na bloga, bo bohaterki owej opowiastki ani nie są kudłate, ani nie szczekają, a ich ogonki, owszem, dyndają, ale w całkiem innym celu niż taka na przykład psia, czy kocia kita...
Ale, że taki właśnie incydent miał miejsce, a pogoda jest idealna na takie opowiastki, więc dzisiaj z topieli wynurzą się rybki akwariowe...
Domownikami naszymi owe rybki zostały jako erzac...
     Pimpuś zginął śmiercią tragiczną, Pierworodny cierpiał męki okrutne, więc postanowiliśmy maleńkie serduszko utulić...
Sierściuchy odpadały, bo w perspektywie mieliśmy przeprowadzkę, a ja zaliczałam właśnie ciążę zagrożoną...
Po kilkutygodniowych namysłach padło na rybki...
     Pojęcie o hodowli miałam mgliste...To znaczy...Wiedziałam, że rybki to stworzenia wodne, i że należy je karmić jakimiś tam "paściami"...
Nawet na akwarium kasy żeśmy nie mieli...
Rybki zamieszkały w bardzo gustownym, szklanym wazonie w kształcie kuli i rozpoczęły bytowanie razem z nami...
     Młody pokochał rybeńki od pierwszego widzenia...
Dzień rozpoczynał przy "akwarium" i przy "akwarium" kończył...Coraz rzadziej pytał o Pimpusia...
Rybkom otoczenie również służyło, bo i przybrały słusznie na wadze, i nawet się potomstwa doczekały...
Fakt, że zaraz je zeżarły, ale potomstwo było...
Pierworodnemu wciskaliśmy kit, że wypuściliśmy je do rzeki bo się w "akwarium" strasznie ciasno zrobiło...
Echhh...
Pewnego dnia budzę się rano, a Młody stoi przy "akwarium", łepetynkę przekrzywia i mruczy...
     - Nie lubieją rybki ...Nie lubieją...
Hmmm...
Podeszłam cichutko, a w wazonie pływają rybeńki...Obie brzuszkami do góry...
     - Co się stało Misiaczku ?? - pytam Pierworodnego...
     - Głodne były rybki...Ale chlebka nie lubieją...- wyznało mi Dziecię...
No cóż...
Stało się jasnym, że Młody się na dietetyka nie bardzo nadawał...
Nakarmił bidule chlebem ze smalcem i jak sam się boleśnie przekonał...Rybki chleba ze smalcem nie lubieją...
     Rybki zostały uroczyście pochowane w ogrodzie naszej Gospodyni, a wazon wylądował na pawlaczu...
     Po kilku latach temat domowego zwierzaka stał się w naszym Stadle newralgicznym...
Pierworodny miał obiecanego psa, jak tylko Jego Siostra od ziemi odrośnie...
Siostra postanowiła plany zmodyfikować i urodziła się alergikiem...
Według zaleceń mogliśmy hodować owieczkę...Albo kozę...
Celebrytami nie jesteśmy, Świata zadziwiać nie musimy, więc znowu padło na rybki...
Tym razem podeszliśmy do problemu profesjonalnie...
     Zakupiliśmy niewielkie akwarium, kilka elementów podstawowego wyposażenia i rybki sztuk dwie, płci przeciwnej...
Ależ to była radocha !! Szczególnie, że akwarium stanęło na miejscu honorowym w dziecięcym pokoiku...
Pierworodny wziął na siebie obowiązki hodowcy, Córcia w obowiązku miała rybki zabawiać swoim towarzystwem i zachwycać się nieustannie...
Oboje wywiązywali się z obowiązków należycie...
Pewnego dnia  wchodzi Córcia do naszego pokoju i komunikuje...
     - Mamuś !! Rybki są chore !! Chodź !!
Wchodzę do pokoiku, rybeńki pływają w akwarium brzuszkami do góry, a Córcia oczekuje ode mnie natychmiastowej reanimacji...
Orzesz...(ko)...
Robił ktoś sztuczne oddychanie rybkom ??
Ja robiłam...
A masażyk sreducha ??
Mam zaliczony...
Ale rybeńki po tych wszystkich zabiegach jakoś nie wykazywały się chęciami do współpracy...
     - Rybki umarły Kochanie...-  wydusiłam z siebie...
     - Całkiem ?? - zapytała Córcia...
     - Całkowicie... - potwierdziłam...
A pełniąc przy okazji funkcję domowego Patologa rozszyfrowałam przyczynę owych zgonów...
     - Dlaczego nie zjadłaś chlebka ?? - pytam Córci...
     - Rybkom dałam... -wyznał smutny głosik...
Rodzinne...Jak rany !! Rodzinne uśmiercanie rybek...
Młoda nakarmiła rybki chlebem...Tym razem był to chleb z dżemem truskawkowym...
Jak nic geny zadziałały...
     Oczywiście odbył się godny pochówek w pobliskim lesie, a ja przyrzekłam sobie, że dokąd oboje nie ochłoną, zwierzaków w domu nie będzie...
     Do dnia, w którym odkryłam na parapecie w dziecięcym pokoiku hodowlę mrówek założoną przez Pierworodnego...
     Mrówki wyprosiłam natychmiast i pognałam do najbliższego sklepu zoologicznego po...rybki ;o)

czwartek, 20 czerwca 2013

O Mlecznym Zawiszy przez Biedronkę pokonanym...

     Pewnie nie było to Jej zamierzeniem, ale "Pani od mleka" wpisała się na stałe w pejzaż naszego Osiedla...
Szczuplutka Kobietka gnająca na swoim rowerku bez względu na porę roku, bez względu na pogodę...
Ona, Jej rowerek i masa torebek porozwieszanych na bagażniku, kierownicy i siodełku...
Bywały ulewy, które przysłowiowego "psa" by z domu nie wygoniły, bywały śnieżyce i zawieruchy, które paraliżowały nawet pługi śnieżne...
A "Pani od mleka" zawsze jakoś do swoich Odbiorców docierała...
     Żeby być Odbiorcą trzeba było mieć farta...
     Ja nie miałam...
     Kiedykolwiek pytałam o możliwość zakupy swojskich wiktuałów, "Pani od mleka" odpowiadała:
     - Przykro mi, ale mam już komplet...
Hmmm...Przykro to mogło być mnie...Trzeba było obyć się smakiem, albo poszukać innego źródełka mleczka prosto od krowy, śmietanki, serka, albo jajeczek od prawdziwych kur błądzących ( nie mylić z tymi grzebiącymi)...
I tak mijały lata...
     Rynek się zmieniał, na Osiedlu powstało kilka bardzo szacownych placówek handlowych, ale "Pani od mleka" kursowała kilka razy w tygodniu...
Jak Zawisza Czarny...
A może powinno być Zawisza Biały...??
Ostatnio odwiedziła mnie w sklepie...
     - Rozwozi Pani swoje skarby...?? - zapytałam, bo przed sklepikiem zaparkowała swój rowerek...
     - Już niedługo... - odpowiedziała i Jej oczy posmutniały... - Do końca roku wożę, a później koniec...Wszystko sprzedaję...
     - To przykre... - odpowiedziałam... - Takie jedzenie to prawdziwy skarb...
     - Skarb ?? - zapytała "Pani od mleka" z widoczną goryczą... - Jaki skarb ?? Teraz Ludzie do Biedronki gnają...Tamto mleko krową nie śmierdzi...Śmietanka w kartonie...Jaja w wytłoczce...
     - Z chemią w gratisie... - dokończyłam...
"Pani od mleka" spojrzała na mnie z zainteresowaniem...
     - Z chemią...Święta racja...Ale Ludziom nie przegada... - i "Pani od mleka" smutno pokiwała głową...
     - Moda taka...Minie jak każda... - podsumowałam...
     - Synowa powiedziała, że przyjdzie mieszkać jak się bydląt pozbędę...- wyrzuciła z siebie "Pani od mleka"... - Dom mamy piękny...Piętrowy...I pusty stoi...Ale bydlątka sprzedać trzeba...Może chociaż kurki zostaną...Bo wie Pani, Młodych to teraz tylko interesuje ile działek mamy budowlanych, ile lasu...Krowie ogony to już nie są w modzie...
     - Przy "ogonach" trzeba się naskakać, a przy działkach budowlanych nie...- odpowiedziałam...
     - Ale przecież te działki to właśnie z tych "ogonów" są...Z czego mają być jak nie z roboty ??
No cóż...
Na to pytanie nie znalazła Gordyjka odpowiedzi...
Bo, że Młodzi chcą wygodnie, to nie ma się co dziwić...
Ale przecież to gospodarstwo to całe życie tej Kobiety...
I Osiedle pewnie będzie smutniejsze bez "Pani od mleka"...

środa, 19 czerwca 2013

Listek figowy to za mało...;o)

     "Nie mam się w co ubrać"...
     Która z Pań nie wypowiedziała tego magicznego zwrotu chociaż raz...??
     Który z Panów nie był Adresatem owego stwierdzenia...??
     Łapki w górę !!
Lasu rąk nie widzę...
Możecie już opuścić łapki...
Wyjąteczki...
     Ten zwrot jest bardziej znany w Świecie niż szekspirowskie "Być, albo nie być..."
     "Nie mam się w co ubrać"...A szafa pęka w "szwach"...
     Żebyście sobie nie myśleli, że się Gordyjka za poradnictwo modowe bierze !!
W żadnym wypadku...!!
Ja po prostu lubię to stwierdzenie...:o)
     Pan N. wypowiada je z taką satysfakcją, tak mięciuśko...Mniammm...
     Bo u nas w Stadle to właśnie Pan N. jest specjalistą od "nie mam się w co ubrać"...
Otwiera szafę i robi taką nieszczęśliwie-szczęśliwą minkę...
Echhh...
     Przeprowadzany od kilkunastu miesięcy proces "odmładzania" przynosi wyśmienite efekty, ale jak każde działanie, ma to również drugą stronę...
Paski do spodni domagają się ciągle nowych otworków, spodnie układają się pod paskiem w "piękną" falbankę, a koszulki zwisają rysując linię ramion w okolicach łokcia...
Pan N. wygląda w tej garderobie jakby pożyczył jej od dużo starszego, i sporo większego brata...
I wtedy właśnie pojawia się owo: "nie mam się w co ubrać"...
Pychotka...:o)
"Lajkuję" to dwiema łapkami !!
Jak można nie lubić tego zwrotu ??
Nie można !!
Że Żona ciągle tak mówi ??
     Mili Panowie...Przypomnijcie sobie to magiczne uczucie kiedy po raz pierwszy podjeżdżacie na parking nowym samochodem...
Tą satysfakcję...
Tą dumę...
I te zawistne spojrzenia Sąsiadów...
To jest właśnie to uczucie !!
     Nowy ciuch Waszej Pani powoduje dokładnie ten sam przypływ endorfin i adrenalinki...
     Pełnia szczęścia...:o) 


wtorek, 18 czerwca 2013

Boska dieta Łakomczucha...:o)

     Kiedy trzy lata temu Pierworodny zaproponował nam te badania, nasz sceptycyzm sięgał Zenitu...Chociaż ciekawość, nie powiem, obudziła się w nas nieziemska...
Kilka dni spędzonych w sieci i stanowisko zostało uzgodnione...
Na pierwszy ogień idzie Pan N.
Nie to, żebym Ślubnego skazywała na "ścięcie"...
Po prostu, Pan N. pracuje w warunkach, które w moim mniemaniu, pustoszą Jego organizm...
Chemia...Chemia...Chemia...
Z wielką niecierpliwością czekałam na wyniki...
Będzie ten mój Ślubny świecił w nocy, czy nie...??
Interesowała mnie głównie jedna tabela: PIERWIASTKI TOKSYCZNE...
Nie będzie świecił...
Uffff...
Ale gospodarka pierwiastkowa organizmu Pana N. nie przedstawiała się najlepiej...
Zaczęliśmy drążyć temat...
     Po trzech latach Pan N. ma wyniki badań jak Młodzieniaszek...
Zniknęło wiele dolegliwości, z którymi walczył od lat...
A sam twierdzi, że czuje się lepiej niż dwadzieścia lat temu...
Echhh...
No i, schudł...Ze 102 kg zszedł do 86kg, bez żadnych drakońskich diet i męczarni...
     Wyrównanie minerałów, drobne zmiany żywieniowe i mam Ślubnego Nówka Sztuka...
     Miesiąc temu osobista nasza Synowa dokonała postrzyżyn i moje włosie powędrowało w Świat...
Niedawno dostałam wyniki...


Szczycić się nie mam czym, bo kiepściutko to wygląda...
Już sobie wyobrażam miny Laborantów, jak ową "szczecinę" badali...
Jak nic dziwny stwór...:o)


     Sporo pracy przede mną, żeby doprowadzić się do ładu...
Ale najbardziej podobała mi się przykładowa dieta dołączona do badań...
Nie dość, że mam wcinać dosłownie wszystko co lubię, to w bonusie dostałam zalecenia żarcia czekolady...:o)
     Boska ta Dieta...:o)


P.S. Fajnie się czyta książkę o sobie...;o)
   

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Opolska "Perełka"...

     Tak się jakoś złożyło, że zapuściłam wczoraj oko na Opole...
     Nie zdarza mi się to często, więc anomalię ową należy chyba skomentować...
Nie to, żebym była w opozycji do polskiej piosenki, ale prezentowana tam twórczość jakoś mija się z moim poczuciem muzycznej estetyki...
Kabaretony i owszem, bo dobrego żartu nigdy dosyć, ale jeśli chodzi o piosenki, to najlepiej brzmi opolska Publiczność...
Ale w końcu, na 50-siątkę można się poświęcić...
No to oko zapuściłam...
     Na Estradzie całe Konstelacje...
     Nazwiska takie, że jakby w Amfiteatrze prąd wyłączyli, to i tak od blasku owych Gwiazd było by jaśniutko...
To nie byli jacyś tam Celebryci jednego sezonu...
Siedziałam sobie, słuchałam i uśmiechałam się z nostalgią...
"Opole" to całe moje życie...
Z zadumy wyrwał mnie energiczny głos...
Ulubione dźwięki rozlały się w duszy...
I aż wstrzymałam oddech...
Była dobra !! Na prawdę dobra !!
     Natalia Niemen śpiewała "Dziwny jest ten Świat" Ojca...
On to śpiewał z nostalgią, zadziwieniem...
Ona zaśpiewała z pasją...
Oboje wiedzieli o co im chodzi...
Dawno nie słyszałam tak dobrej interpretacji, a raczej prezentacji Niemena...
A "Dziwny Świat" już niejednego wokalnego Zapaleńca ustawił w szeregu...
Okazało się, że Pan Niemen pozostawił nam oprócz swojej nietuzinkowej Twórczości Kogoś, Kto umie nam ją przekazać...
Tylko, czy Jego przesłanie trafi dalej niż "w ucho"...??

                                          "Przyszedł już czas,
                                           najwyższy czas,
                                           nienawiść zniszczyć w sobie."

Jakoś przez tyle lat nie trafiło...

niedziela, 16 czerwca 2013

Las jaki jest, każdy wie...

     Jak wiecie częściej bywamy na spacerku pod "Wafelkiem" niż w lesie oddalonym od naszego lokum o przysłowiowy "rzut beretem"...
To chyba znak naszych "zagonionych" czasów, że niedzielne spacerki odeszły w zapomnienie...
     Kiedy Dzieciaki były młodsze (nie wiem czy wiecie, ale Dzieci starzeją się znacznie szybciej niż Ich Rodzice), spacerki rodzinne były na porządku dziennym...
     Potem na przymusowe spacerki wyprowadzał nas Cezary (kiedy Dzieciaki wybyły z gniazda w celach edukacyjnych)...
     A teraz...
     Teraz to sąsiadujący z Osiedlem las widzimy z balkonu...A na spacer pod "Wafelka"...
Wczoraj Pan N. zarządził wietrzenie...
Orzesz...(ko)...
     Najpierw chciałam zaprotestować gorąco, bo i sterty papierzysk na obrobienie czekały, i sobotni obrządek jeszcze był nie ruszony, a co najbardziej ów bunt powodowało, w sypialce czekały rozłożone witrażówki...
Echhh...
Ale zapas lasu...Delikatny poszum drzew...Ptasie trele...
No i poszliśmy delektować się owym, że tak powiem, łonem natury...
     Ledwie pierwsze kroki na leśnej ścieżynce, a tu autochtoni na powitanie wyszli...Tyle, że zamiast chlebem i solą, chrupanymi właśnie szyszeczkami nas witają...






     Żebyście oczków nie wypatrywali nadaremno to Wam owego autochtona strzałeczką zaznaczyłam...
     Skąd wiem, że to "on" ??
     Uzgodniliśmy płeć owego "Baśka", żeby parytety zachować...No bo niby "fiefiórka" sama w sobie już owo równouprawnienie łamie formę żeńską reprezentując, a przecież trudno pominąć wpływ "fiefiórków" w zachowanie gatunku...
No to to jest "Basiek"...
I zaraz się okazało, że słusznie żeśmy ów wkład męskiej populacji "fiefiórów" podkreślili, bo ledwie kilka kroków i już wkład "panów" był widoczny...
Może ledwie (widoczny), ale jednak...
Na gałązeczkach cieniusich leżakowała sobie...




Maleńka...Rudzieńka..."Fiefióreczka"...
Cudności...:o)
Leżakowała sobie i wcinała szyszunię...Aż jej się kitka trzęsła...
I chociaż staraliśmy się nawet "nie oddychać", w pewnym momencie...





I tyle widowiska...
Chociaż przyznać muszę, że w "fiefiórki" to nam w tym roku obrodziło...
Może z czasem i zajączki wrócą, wygnane kiedyś ze swojego terytorium przez "cywilizację"...
Bo o sarenkach to nawet marzyć nie śmiem...
Ale bywało...
     Kiedy Dzieciaki były małe to nasz las był prawdziwą kopalnią wiedzy...
     Potem stał się "kopalnią piasku"...(Do remontów...)
     Potem "kopalnią pomysłów" dla osiedlowych Kilkulatków...
     A teraz, po latach zaczyna żyć własnym życiem...
Pachnącym...Szeleszczącym...Rozśpiewanym...

sobota, 15 czerwca 2013

Wspomnienie pewnego uśmiechu...

     Justysia została naszą Sąsiadką w wieku kilku lat...
     Urocza Dziewuszka, którą charakteryzowały dwie rzeczy...
     Po pierwsze nigdy się nie spieszyła...
     Widział Ktoś Kilkulatka, który człapie sobie dostojnie zamiast podskakiwać, albo truchtać ?? 
Justysia właśnie tak dostojnie człapała...
Powiedzmy, że w drodze do Szkoły było by to całkiem zrozumiałe, albo na obiadek do domu, ale na podwórko ?? 
W życiu nie widziałam takiej "Anomalii"...
A Justyśka tak miała...
Człap...Człap...Człap...
Jakby właśnie w tym rejonie Wszechświata czas się zatrzymał...
     Po drugie Justysia zawsze uśmiechała się całą sobą...
     Jej poważna zazwyczaj twarzyczka umiała się rozjaśnić w tak niewyobrażalny sposób, że zwykłe "dzień dobry" nabierało jakiegoś innego wymiaru...
Dokładała ten swój uśmiech do każdego słowa w gratisie...
     Minęło ponad dwadzieścia lat...
     W czwartek wieczorną ciszę przerwały bardzo skoczne rytmy...
     Uśmiechnęłam się do siebie, chociaż z reguły taka muzyka mnie irytuje...
     Przed oczami zobaczyłam kilkuletnią Dziewuszkę człapiącą niespiesznie po schodach...
Uśmiechnęła się do mnie, tak jak tylko Ona potrafiła i wyszeptała...
     "Już czas"...
     "Czas"... - potwierdziłam...
     Śmiech młodych Ludzi rozbrzmiewał echem na całej ulicy...
     W piątek wieczorem nasza klatka schodowa, z reguły cicha i senna, "ożyła"  radosnymi głosami Sąsiadów...
Kokardeczki...Szpileczki...Różyczki...
Tak...Tak...
Nadszedł czas dekorowania korytarza...
Justysia wychodzi za mąż...
Kolejny nasz Ptak wyfruwa z gniazda...
     Obyś Justysiu zawsze miała na twarzy ten promienny, niepowtarzalny uśmiech i obyś nigdy nie musiała się spieszyć...










     Wszystkiego Dobrego Justysiu...