Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gordyjkowe bajdurki.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gordyjkowe bajdurki.... Pokaż wszystkie posty

środa, 3 sierpnia 2022

O złej Volvie, Barbarzyńcach i Dzielnej Ekipie...

     Nie tak dawno temu...Za lasami...Za górami...Rozeszła się wieść, że jeden z Zamków zaatakowali okrutni Barbarzyńcy...Prawdziwi Wikingowie !!

     Musieli się okrutnie natrudzić, bo Zamek leży wiele, bardzo wiele kilometrów od Morza, ale atak to atak, i trzeba mu dać odpór...

     Księciunio i Princeska długo nie myśleli...Wikingowie to Wikingowie !! Nawet na piechotę...;o)

Trzeba zorganizować wyprawę i Barbarzyńców przegonić...

     Zaraz po drugim śniadaniu ruszyła Pierwsza Wielka Wyprawa przeciw Barbarzyńcom...Księciunio...Princeska...Dziadziuś...Babcia...Książę Lucky pozostał w Zaścianku bronić rezydencji (i wyspać się w spokoju)...

     Widok jaki zastali na miejscu mroził krew w żyłach...Wszędzie barbarzyńskie namioty...Wokół sami Wikingowie...

Ten Pan to też Wiking, tylko w kamuflażu...;o)

Trzeba sprawdzić jakie szkody poczynili Okrutnicy na Zamku...


     Zamek wyglądał nieźle, a liczebność Obrońców rosła z minuty na minutę, bo Panie w kasie dwoiły się i troiły (najliczniej prezentowała się kolejka przed kasą)...;o)
     Księciunio i Princeska sprawdzili każdy zakamarek Zamku, wdrapali się na wszystkie podesty, zajrzeli do każdej dziury, a nawet spróbowali, czy dyby się nie zepsuły...Pozostało jeszcze sprawdzić, czy Nieprzyjaciel jakiejś zasadzki nie szykuje, i czy do Zamku nie zbliżają się kolejni Wikingowie...
     Najpierw sprawdzała Princeska...


     Potem sprawę zbadał Księciunio...


     Jesteśmy bezpieczni !!
     Wystarczy wygonić Barbarzyńców z Zamku i odetchniemy z ulgą...
     Nagle...Wśród wyciszonych rozmów i świstu wiatru dało się słyszeć złowieszczy odgłos...Miarowy...Jednostajny...Jakby ktoś w oddali na bębenku grał...
     A to kiszki Księciunia i Princeski marsza grały !! Takie były głodne !!
     Koniecznie przed ostatecznym starciem kiszki trzeba nakarmić...;o)
Tośmy innych Obrońców na straży pozostawili (a ich liczebność dowodziła, że Wikingowie nie mają szans) i ruszyliśmy na podbój jednej z Restauracji (pozdrawiamy Panią Kelnerkę, którą apetyt naszych Wnuków wprawił w wyśmienity humor)...;o)
     Z obiadu pozostały...


     Zniknęła zupka, zniknęło drugie danie, wielki dzbanek lemoniady, a nawet wielgachne lody na deser...(Babci udało się schować maleńki kąsek dla Księcia Luckiego, żeby z wyprawy z pustymi rękami nie wracać)...;o)
     Czas na bezpośrednie starcie !!
     Ale po drodze Volva (skandynawska wieszczka) rzuciła na nas czary i zamiast na Zamek trafiliśmy...

Księciunio uwięziony...

Przymusowa praca...

Mecz z Babcią...

Tkanie pajęczyny...

120-ty kurs na karuzeli...

Abonament na autka (Księciunio kończył i zaczynał jednocześnie)...

     Do Krainy Magicznych Tortur !!
     Volva to bardzo niebezpieczna istota !!
Babcia z Dziadkiem usiłowali ze wszystkich sił wyrwać Księciunia i Princeskę ze złego czary...;o)
I kiedy już tracili nadzieję...

Ależ Babcię korciło...;o)

Bo Kraina Magicznych Tortur odkrywała coraz mroczniejsze pułapki (ta siatka jest genialna !!)...
Babci i Dziadkowi pomogła nasza mała Bohaterka - Princeska...
     - Siku !! - rozległo się po lasach i polach...
     Złe moce czmychnęły gdzie pieprz rośnie...Babcia z Princeską czmychnęły za najbliższy krzaczek...I Dzielna Ekipa mogła wrócić do walki...


     Tyle że, Wikingom znudziło się czekanie na nas...Z nudów zaczęli walczyć między sobą, a bitewne okrzyki rozbrzmiewały po całej okolicy...
Pewnie jak się zmęczą to topory popakują, namioty zwiną i do siebie wrócą...
Teraz już wiedzą, że nie z byle kim mają do czynienia, i że my Ogrodzieńca nie oddamy !!
     Choćby nas nawet Volva lodami kusiła...;o)

sobota, 27 sierpnia 2016

Taka jest prawda !!

Czy jest ktoś, kto nie zna tych uszu ??


Ktoś, kto nie zna tych oczu ??


Kto nie rozpoznaje tego nosa ??


Kogo nie rozczula ten uśmiech ??


No tak...Myszka Miki pełną gębą...


     Każdy też pewnie zna historię, jak to Pan Disney stracił prawa do królika Oswalda i stworzył tego przemiłego gryzonia...Jak podkładał własny głos pod porywające dialogi...A nawet, jak to Miki otrzymał swoje imię od Pani Lilian, która stwierdziła, że nadane przez autora imię Mortimer, jest zbyt dziewczęce...
     I chociaż nie ma przesłanek, że historia Mikiego została przekłamana, bo nawet stateczna Wikipedia podaje ją w pełnym zakresie, to powiem Wam szczerze...
Historia Mikiego to lipa !!
A właściwie bulwa...
     Myszka Miki powstała na Wrzosowisku i to wcale nie Pan Disney ją stworzył, ale Matka Natura !! I to Jej należy się Oscar !!
     Skąd wiem ??
Bo mam dowód !!
Dowód namacalny, niezaprzeczalny i bulwiasty !!
Ot co...


poniedziałek, 4 stycznia 2016

Bajeczka o Nieśpiącej Królewnie...

     Każdy zna bajeczkę o Śpiącej Królewnie, o Królewnie Śnieżce i o Królowej Śniegu, ale czy słyszeliście kiedyś o Nieśpiącej Królewnie ??
   
     Za lasami, za górami i za siedmioma jeziorami, mieszkała sobie dziewczyna...Urody była przeciętnej, i rozumu przeciętnego, i gdyby nie to, że bardzo lubiła bazgrać na blogu, to pewnie byłaby przeciętna aż do bólu...
Żyła więc sobie przeciętnie...Ale bez bólu...;o)
     Pewnego dnia, a właściwie wieczora, dziewczyna przebrała się we flanelową piżamkę i położyła się w swoim, prawie królewskim łożu...
Czas na sen...
     Ale leży sobie dziewczyna...Leży...A sen jakoś przyjść nie chce...
Przeleżała tak godzinę...
     Jeden bok...Drugi bok...Trzeci bok...
O przepraszam ! Dziewczyna ma tylko dwa boki...
No to znowu na pierwszy bok...
Cisza już wkoło...Spokój...
A sen nie przychodzi...
Tak się bidulka przez całą noc przemęczyła...
Zasnęła, kiedy świt już do okien zaglądał...
     Na drugi dzień, postanowiła, że już ani kawusi pić nie będzie popołudniowej, ani filmów o ciężkiej tematyce nie obejrzy, żeby jej się po głowie nic nie plątało...
     Wieczorkiem znowu się w piżamkę przebrała i podusię poprawiła...
Dzisiaj musi się udać !
     O drugiej w nocy, umęczona już podrygiwaniem w łożu, poszła docierpieć bezsenność na kanapie...
     Ułożyła się, książkę otworzyła, ale zanim okulary na nos włożyła, słyszy że jej Książę z sypialni człapie...
     - Herbatki się napijemy ?? - pyta Książę...
     - A pewnie ! Herbatka o drugiej w nocy smakuje najlepiej...-odpowiada dziewczyna...
     Po tygodniu takiego nocnego błądzenia, dziewczyna już ledwie żyje...Oczy ma podkrążone, w głowie zamęt, a na ustach zamiast uśmiechu - ziewanie...
     Jej Książę też kiepsko wygląda...
A sen jak nie przychodził, tak drogi do ich sypialni znaleźć nie może...
     Może się biedak tych sylwestrowych fajerwerków wystraszył ??
     A może przymarzł gdzieś na bezdrożach ??
     Nie pomaga dodrzemywanie w dzień, bo czasu na nic więcej nie ma...
     Nie pomaga dzielne siedzenie bez drzemek, bo wtedy ani robota nie idzie, ani ochoty na życie nie ma...
     Więc siedzi biedna, Nieśpiąca Królewna i nasłuchuje, czy sen na korytarzu nie tupie...

piątek, 23 stycznia 2015

Z pamiętnika chomika...Zakończenie...

     Dzień zapowiadał się jak każdy inny do tej pory...Marcheweczka pachniała...Karuzelka czekała...Tylko jakoś tak cicho było...
Nochale powinny już sterczeć przy pawlaczu, a nie było nawet Gulinki...
Czyżbym coś przegapił ??
     Zjadłem...Napiłem się...Umyłem się...Pokręciłem się w karuzeli...
Ale jakieś to wszystko było ciche i nijakie...
     Może trzeba tych nochali poszukać ??
Zacząłem powoli przesuwać zabawki do ściany pawlacza...
Ależ to była robota !!
Nim konstrukcja została zbudowana, ze trzy razy przysnąłem w trocinach...
Wszędzie panowała cisza...
     Obszedłem cały pokój...
     Zajrzałem do przedpokoju...
Po nochalach ani śladu...
     Czyżby mnie porzuciły ??
I co teraz ze mną będzie ??
Kto mi przyniesie świeżej marcheweczki ??
     I wtedy sobie przypomniałem, że Mama nochal zawsze wynosi marcheweczkę z tego małego pokoju...
Powoli skradałem się przy ścianie...
Kto to wie, co czyha tam na mnie ??
Nic nie czyhało...
Ani nochali...Ani marcheweczki...
Ale pachniało ładnie...
     Zacząłem obchód po nowym terytorium...Ciasno tam było...Zakamarkowato...
     Zamierzałem właśnie zawrócić za szafkami, kiedy nagle usłyszałem straszliwy trzask i coś przygniotło mnie do podłogi...
Aż mi w oczach pociemniało...
Ałaaaa !!
Zabolało...
Bardzo...
     Przez chwilę próbowałem się wydostać, ale moje łapeczki nie mogły wbić się w podłogę...Nie miałem siły się wyszarpnąć...Coś trzymało mnie za pupę...
Ałaaaa !!
Cisza...
     Puść mnie !! - wrzeszczałem resztką sił do tego trzymacza...
Nie puszczał...
W oczach znowu mi pociemniało...
     Zbudził mnie hałas w przedpokoju...
Nochale !! Moje nochale wracają !!
     Tata nochal zaraz mnie oswobodzi...Mama nochal da marcheweczkę...Gulinka z Jarcysiem znowu będą do mnie przemawiać...
A ja pokręcę się w karuzelce...
     - Nie ma Tuptusia !! - usłyszałem znajomy głos nochala Gulinki...
     - Jak to nie ma ?? - pytał  nochal Mama...- przecież pawlacz był zabezpieczony...
     "Tu jestem !!" - wrzasnąłem...
     "Tutaj"...
Ale nochale mnie chyba nie słyszały...
A jeśli wcale mnie nie znajdą...??
Znowu mi w oczach pociemniało...
     - Jest !! - usłyszałem Mamę nochala... - stolnica go przytrzasnęła...
A potem powiedziała coś bardzo dziwnego...
     - Oj głupiutki Tuptusiu...Coś ty narobił ?? - i wzięła mnie delikatnie w dłonie...W dłonie bez rękawic...
Coś mną wstrząsnęło...Jakiś dreszcz...Ból przeszył mnie na wylot...
     "Ratuj !! Mamo nochalu..." - wyszeptałem...
Ale Mama nie słyszała...
Trzymała mnie w tych dłoniach i patrzyła na mnie bardzo smutnymi oczami...
     "Może ją też coś boli" - pomyślałem...
     - Mały, głupiutki Tuptusiu... - powtarzała Mama nochal... - swobody ci się zachciało...
To była swoboda ??
     "Nie chcę swobody !! Nie chcę !! Ratuj mnie!!" - powtarzałem...
Ale Mama nochal tylko delikatnie głaskała mnie palcem między uszkami...
     - Mamusiu...- usłyszałem głos nochala Gulinki...
     - On umiera, Kochanie...Nic nie poradzę...Ma przetrącony kręgosłup...- mówiła Mama nochal...
     "Umiera ?? Kto ??" - chciałem zapytać...
     Ale wtedy poczułem coś mokrego, co spadło na mój pyszczek...Mokrego i słonego...
Coś znowu mną wstrząsnęło...Zabolało bardzo...
I zrobiło się cicho...I ciepło...I ciemno...
I już nic mnie nie bolało...
Umarłem...

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Z pamiętnika chomika...cz.IV

     Dopiero po kilku dniach pojąłem, że Tuptuś to ja...
Nochale mnie tak nazywały...
     Nie pojawił się żaden przeciwnik, z którym musiałbym toczyć boje na śmierć i życie...
     Cała klatka była moja...Moja i małego nochala, który sterczał przy niej całymi dniami...
Nocami pewnie też by sterczał, gdyby wielki nochal nie wyganiał go spać...
     Mały nochal miał na imię Gulinka...A wielki Mama...
Mama służyła do karmienia...
To bardzo użyteczny nochal...
     Był jeszcze jeden wielki nochal, Tata...
Tata też jest użyteczny...Chociaż to akurat nie bardzo mi się podoba...
Tata służy do łapania mnie jak zwieję z klatki...
No nie powiem...Zdarza mi się to dosyć często...
Wówczas Tata zakłada rękawice, woła mniejszego nochala Jarcysia, i polują na mnie we dwóch...
Wiem, że to niesprawiedliwe...Ale nochale już tak mają...
We dwóch na jednego, malutkiego chomiczka...
Jak im nie wstyd ??
     Że zwiewam ??
No cóż...
     W nocy często mi się zdarza , że się nudzę...Mały nochal idzie spać...W klatce robi się ciemno...
Wszystkie zabawki znam już na pamięć...
Więc zwiewam...
Podsuwam sobie różne przedmioty do ściany klatki i wspinam się na szczyt...
Czasem zdążę wrócić...
Czasem nie...
No i właśnie wtedy nochale urządzają polowanie na Tuptusia...
Czyli na mnie...
     W sumie to ja nawet lubię te polowania...
Wszyscy się śmieją, piszczą i biegają za mną...Tata z Jarcysiem rzucają się na podłogę i machają rękami...
Przednia zabawa...
Bardzo męcząca, ale przednia...
Kiedy już się bardzo zmęczę, to daję się złapać...
Wtedy delikatnie wkładają mnie do klatki, a Mama szykuje mi pokrojone warzywka...I świeżą wodę...
A Gulinka siada przy klatce i przemawia...
"Że to brzydko tak uciekać"... "Że niebezpiecznie"..."Że mam być grzecznym chomiczkiem"...
     Przecież jestem grzeczny !!
     Właściwie to te nochale wcale nie są takie złe...
I klatkę mam sporą...I karuzelę...
Mama na klatkę mówi "pawlacz"...
     Pawlacz ?? Ciekawe co to znaczy...
No i jeszcze nie wiem co to jest ta swoboda...
Może to jakaś część tego pawlacza ??
     Szkoda, że nochale nie mówią po chomiczemu...
Bo nie mówią...
Nic a nic...
Czasem próbuję do nich zagadać, ale one ani w ząb...
Gapią się tylko...
     A niech się gapią...
  

sobota, 17 stycznia 2015

Z pamiętnika chomika...cz.III

     Nie wyrobię z tymi nochalami...Normalnie...Nie wyrobię...
Nawet nie wiem czy je lubię, czy nie...
Lubić nochale ??
     Karuzelę oddali mi zaraz na drugi dzień...Nie mam pojęcia do czego była im potrzebna w nocy, ale teraz kręciła się jeszcze lżej...No i nie wydawała z siebie tego piii, piii, piii...
Może to o to chodziło nochalom ??
To "piii" sobie zabrali ??
A niech biorą...Mnie do niczego nie potrzebne...
     Dostałem świeżą dostawę ziarenek, i marcheweczkę, i coś niemarchewkowe...Nawet wodę wymienili mi na świeżutką...
No i nie sterczały przy szklanej klatce...
Przynajmniej trzy nie sterczały...
Czwarty, ten najmniejszy sterczał całymi dniami...
Nawet nie mogłem podrapać się między uszkami, żeby nie wrzeszczał radośnie...
A co jest śmiesznego w drapaniu się w uszy ??
Dziwne te nochale...
     Po kilku dniach nastąpiło coś niespodziewanego...
     Zniknęła karuzela...Zniknęły pojemniczki z ziarenkami i wodą...Nie dostałem świeżej marcheweczki...
     Czyżby zbliżał się mój kres ??
Nochale coś kombinują !!
     Nagle zobaczyłem dwie, wielgachne rękawice, które zbliżały się do mnie z każdą sekundą...
Zatracenie !!
     Próbowałem ukryć się między trocinami, ale łapy nochali wygrzebały mnie na wierzch...
Złapały delikatnie i przeniosły do ogromnej skrzyni...
Przeogromnej !!
     - Będziesz miał więcej swobody...- powiedział nochal...
     Już chciałem wrzasnąć: "do mnie mówisz nochalu ??"", kiedy dotarł do mnie sens...
     "Więcej swobody"...
Co to jest ta swoboda ??
Może to jakaś nowa karuzelka ??
     Stara stała na środku...Były moje kubeczki...I masę innych, fajnych rzeczy, w których mogłem buszować...Schowki...Podesty...Jaskinie...
To wszystko moje ??
     Siadłem na środku trochę zagubiony...
Nochale siedziały koło mojej klatki i patrzyły rozradowane...
     - Teraz będziesz wszystko widzieć...- powiedział jeden z nochali do tego najmniejszego... - ale pamiętaj, że nie wolno Tuptusia dotykać !! Ma bardzo ostre ząbki, a jest jeszcze bardzo dziki...
Tuptuś ??
     A cóż to takiego znowu jest  ??
     Czyżby ta klatka wcale nie była moja, tylko tego Tuptusia ??
     To bardzo niebezpieczne, skoro on na dodatek jest taki dziki i umie gryźć...
     Zapobiegawczo porwałem kilka kawałków tego niemarchewkowego i schowałem się w trocinach za karuzelą...
Trzeba przeczekać...Nie ma co...
     A jeśli ten Tuptuś mnie zaatakuje ??
     Jeśli to chomik, to jakieś szanse mam, ale jeśli to na przykład nochal ?? Albo taka świnka morska ??
     Świnki morskie są jeszcze gorsze od nochali !!
Przeczekam...Prześpię...Zbiorę siły...
Wiedziałem, że w tym wszystkim jest jakaś pułapka !!
     Nochale w reszcie odkryły przyłbicę...
Będę musiał walczyć !! Walczyć o przetrwanie...
Chomik bojowy...
Ale najpierw zjem to niemarchewkowe...
Dobre jest takie...Mniammmm...

wtorek, 13 stycznia 2015

Z pamiętnika chomika...cz.II

     Kiedy otworzyłem oczy, wkoło panowały mrok i cisza...Żaden wścibski nochal nie spoglądał na mnie zza szyby...
Gdzieś z mroku wydobywało się miarowe "chhhrrrrr", ale dźwięk nie zbliżał się do klatki, więc mogłem spokojnie rozpocząć rekonesans...
Dziarsko ruszyłem w kierunku marchewkowej sterty...
Nic nie ubyło !!
Widocznie nochale nie gustują jednak w marchewce...Ani w ziarenkach...
     Skubnąłem co nie co...Zanurzyłem pyszczek w świeżutkiej wodzie...I postanowiłem, mimo wszystko troszkę zapasów schować na później...
Kto to wie, co jeszcze wymyślą nochale ??
Pracowałem wytrwale...Napychałem wole ziarenkami, marchewką i tym czymś niemarchewkowym, i taszczyłem to wszystko do mojego schowka...Tam zakopywałem głęboko...
Bardzo się zmęczyłem...
Do tego, cały byłym oblepiony trocinami...
Czas na toaletę !!
     Myć się mogłem koło kubeczka z wodą, bo miejsca tam było akurat...Ale gdzie załatwić potrzeby ??
Przecież nie będę z siebie robił widowiska na samym środku...
Ruszyłem na rozeznanie...
Miejsce przy gnieździe odpadało, bo przecież to takie niehigieniczne !! Spiżarnię wykluczyłem natychmiast...Jadalnię miałem prawie na środku, więc to też odpadało...
     Czyżby ta klatka wcale nie była taka duża ??
Wzdłuż ścianki ruszyłem w stronę karuzeli...
Tutaj było jakby luźniej...
Może zmieści się w kącie pupa małego chomiczka ??
Przymierzyłem...
Było idealnie...
Nochale nie będą mnie widzieć zza huśtawki, a spiżarnię i jadalnię mam w przeciwległych kątach...
Uffff...
     Teraz mogę wreszcie wypróbować tą karuzelę...
     Najpierw spróbowałem nieśmiało, bo wiadomo, że z karuzelami różnie bywa...
Podobno nochale myślą, że takie kręcenie karuzelą to jest prosta sprawa !!
Ciekawe jakby ich do karuzeli wsadzić, to czy by umieli tak szybciutko łapkami przebierać...
Hihihihi...
Nochale w karuzeli...
Aż się popłakałem z radochy...
Ostrożnie zacząłem przebierać łapkami...
Dobrze się kręci...
Spróbowałem szybciej...I szybciej...I szybciej...
I nagle oślepił mnie blask...
     - Chyba oszaleję z tym gryzoniem...- usłyszałem nad klatką...
     Jeden z nochali stał nade mną i przyglądał się zmarszczony...
Przegapiłem !!
     Dobrze, że zdążyłem schować zapasy, bo nochal wyglądał na zdenerwowanego...
     - Musisz wyciszyć tą karuzelę, bo do końca życia nie zasnę...- mruczał nochal...
Wyciszyć ??
     A co ja ?? Wyciszarka jestem ?? Przecież karuzela jest od kręcenia, a nie od wyciszania !!
Niech sobie ten nochal mówi co chce !!
     Ale profilaktycznie zwiałem do gniazda...
Po chwili znowu panowały ciemności...
Echhh...
Z tymi nochalami...
Ruszyłem w stronę karuzeli...
     Cudnie było, tak kręcić nią w ciemnościach...Czuć ten wiatr między uszkami...
Ale karuzelki nie było !!
Nochal zabrał mi karuzelkę !!
Wiedziałem, że tak będzie...
Dobrze, że tą marchewkę schowałem...

niedziela, 11 stycznia 2015

Z pamiętnika chomika...cz.I

     Życie w sklepie nie było takie złe...Co prawda, w klatce bywało przyciasno, kiedy przychodziła nowa dostawa, a karuzelę okupował ciągle ten gruby drań z szarymi uszami, ale ogólnie było "ok"...
     Co kilka dni zjawiały się jakieś wielgachne stwory i z nosami przy kratach przyglądały się nam z zainteresowaniem...Ależ miałem ochotę dziabnąć w te kinole !!
     Czasem, któryś z kumpli był wyszarpywany z legowiska i lądował w słoiku...
Stwory wrzeszczały wtedy okropnie, a na nas spadał blady strach...
Jeszcze się nie zdarzyło, żeby któryś z tego słoika wrócił...
     Ja miałem farta...
     Już chyba ze cztery dostawy temu zasiedliłem klatkę...Większy staż miał tylko ten zbój z szarymi uszami...
     Ale i na mnie przyszła kryska...
Przyszli w czwórkę...
Cztery potężne stwory...
Cztery kinole do dziabnięcia przy kratach...
Pora nie była najlepsza, bo właśnie zgłodniałem, i siedziałem w kącie wcinając zsuszoną marchewkę...
Kinole mnie zaskoczyły na widoku...
     Przez chwilę próbowałem udawać kratę od klatki, ale marnie mi to wychodziło z pełnymi wolami...Wole napchane tą durną marchewką, wystawały z kamuflażu...
     - Tego mamusiu !! - zawołał jeden z kinoli...
     - Tego !! - potwierdził drugi kinol...
Wiedziałem, że wyrok zapadł...
Wyląduję w słoiku...
     Zanim mnie z tej klatki wyszarpali, spojrzałem tęsknie na stertę marchewki, na wystające z wiórów nosy kumpli i na drania z szarymi uszami...
Udawał, że śpi...
Zbój !!
Rękawica zbliżała się nieubłaganie...
Między kratami widziałem szkło słoika...
Po mnie...
     Aż mi się w głowie zakręciło, tak mnie ta rękawica ścisnęła...
Zęby same wysunęły się do dziabania...
Lipa...Poczułem tylko jakieś kłaki w pyszczku...
Wieko się zatrzasnęło...A właściwie się zakręciło...
     Poszedłem na zatracenie...
Nie szedłem długo...No dobra, nie nieśli mnie długo...
     Po kilku minutach, wieko odkręcił jeden z kinoli i włożył słoik do szklanej klatki...
Może nie należę do najodważniejszych chomików, bo całym sobą przylgnąłem do dna słoika...
     Niech no tylko wsadzą tu te swoje nochale !!
Ale nie wsadzili...
Siedzieli koło szklanej klatki i czekali...
Czekali, a z tej klatki rozchodził się taki piękny zapach świeżych trocin, i marchewki, i jeszcze czegoś co pięknie pachniało...
A w kącie stała karuzela...
Pusta !!
Żaden zbój z szarymi uszami się w niej nie kręcił...
Pułapka ??
Ja wyjdę, a kinole mnie dorwą ??
Hmmm...
Zawsze mogę się schować w słoiku !!
Spróbowałem...
     - Wychodzi !! - wrzasnął jeden z kinoli...
     - Ciiiii... - zaszemrał większy kinol...
Zatrzymałem się z łapką w powietrzu...
     Czy te nochale nie mają nic innego do roboty, tylko będą tak stać i się gapić ??
     Może przeczekać ??
Ale ten zapach...
Cudny jest...
     A jak wsadzą drugiego chomika, i ten mi zeżre wszystko ?? Albo wrócą się po tego drania z szarymi uszami, żeby się pokręcił na karuzeli ??
Ładna ta karuzela...
Pusta...
     Postawiłem łapkę na brzegu słoika... 
     Nochale milczały...Ale widziałem że gapią się na mnie cały czas...
Ależ mięciutkie były te trociny !!
A jakie świeżutkie !!
     Tu gdzieś musi być pułapka !!
Powolutku stawiałem łapki...
Nawet nie wiem jak ta marchewka znalazła mi się w pyszczku...
Oooo...To nie była jakaś tam kilkudniowa marchew !! O nie !!
Na tej to nawet soczek jeszcze połyskiwał...Słodziutka taka...
     A potem obwąchałem to coś niemarchewkowe...
     Do ścierania zębów to się nie nadawało, ale w smaku było wyborne...
     Zacząłem się napychać, bo przecież nochale mogły zabrać to wszystko za moment...Schowam w wole to nie znajdą...Aha !!
Napychałem...Napychałem...Napychałem...
A sterta wcale nie ubywała...
Na dodatek zauważyłem, że obok, w małym pojemniczku leżały jeszcze ziarenka...
Jak ja to wszystko upchnę ??
Może by kopczyk zrobić ??
     Schowam pod trocinami to mi nochale nie zabiorą...
A jeśli nochale, też żrą nasionka i marchewkę ?? I to pachnące, niemarchewkowe ??
Trzeba spróbować...
     Rozejrzałem się po szklanej klatce...
Ależ tu miejsca !!
Ale, ale...Gdzie słoik ??
Nochale słoik wyciągnęły !!
O masz...
Teraz to już po mnie...
     Wole ciążyły mi bardzo...Oczka jakoś tak same się zamykały...
Muszę znaleźć schronienie !!
Przecież nie mogę spać na widoku !!
Poczłapałem do kąta szklanej klatki i zacząłem kopcować trociny...
Tu mnie nie znajdą...
Trociny są najlepsze na gniazdo...
A takie świeżutkie, pachnące trociny w szczególności...
     Z żalem spojrzałem na stertę marchewki...
Na zmarnowanie...
Nochale tylko czekają, żebym zasnął...
Ale tak mi ciężko...
     Aaa...Chomiczki dwa...

środa, 19 listopada 2014

O Czarcie Paskudniku i pewnym Nawałce...

     Nie tak dawno temu, i nie tak daleko stąd, było sobie Królestwo, w którym żyli bardzo waleczni Ludzie. 
Nie straszne Im były ani niedostatek, ani niedola...
Czym bardziej byli ciemiężeni, tym bardziej walczyli...
     Mieli jednak jedną pasję, której poddawali się bez reszty...Tą pasją była gra w piłkę kopaną...
     Ową miłość przekazywał ojciec synowi, dziadek wnukowi, a zdarzali się też i tacy, co ją z mlekiem matki wysysali...
     W Królestwie panować mogła bieda, Królestwo trafić mogło w niewolę, ale Drużyna piłki kopanej wygrywać powinna mimo wszystko...
     Właśnie to Królestwo upatrzył sobie na swoją siedzibę Czart Paskudnik...
     Zaczął mamić owych ludzi bogactwami ogromnymi, dobrobytem szatańskim, byle tylko o sobie zapomnieli i w jego władanie poszli...
A że mamona już nie jedno Królestwo do zagłady przyprowadziła, więc i tutaj posiane przez Czarta Paskudnika ziarno szybko wzrastać zaczęło...
I pewnie całe Królestwo na zatracenie by poszło, gdyby nie fakt, iż się Czartowi okrutnie nie podobało, że Naród ów na stadiony piłkarskie chodził, swoich kopaczy dopingował, i przyzwyczajeń nie zmieniał nawet dla mamony...
Czuł bies przebrzydły, że na stadionach władzy nie ma...
     W złości wielkiej, iskrami spod kopyt błysnął, ogniem piekielnym zionął i przekleństwo rzucił...
     
     "Nigdy już zwycięstwem cieszyć się nie będziecie !! Miłość wasza na ugór padnie i chwastem wyrośnie !! A ziemia wasza nigdy piłkarza nie urodzi !!"

     A że przekleństwa szatańskie moc mają okrutną, więc i owo przekleństwo wkrótce się spełniło...
     Drużyna owego Królestwa przegrywać zaczęła wszystko !!
Mało tego...Nawet jak grali na swoim terenie, to jakby piłkarzom nieczyste siły nogi powiązały...
Ani piłki utrzymać nie mogli, ani dryblować, że o strzeleniu bramki nie wspomnę...
Naród cały wpadł w rozpacz...
     Zebrała się Rada Starszych, żeby pomysłu szukać jak czar odwrócić...
     - Może zmienimy Głównego Szamana ?? - zapytał jeden z Mędrców...
     Głowami pokiwali, wodą gardła przepłukali, a że lepszej rady nie było, więc zmienili Szamana...
Efektu jednak nie było...
     No to Rada zebrała się raz drugi...
Podumali, pogadali i znowu ktoś rzucił cicho...
     - Może trzeba zmienić Szamana ??
Hmmm...
Jak uradzili tak zrobili...
     Ale i tym razem przekleństwo szatańskie było silniejsze...
     A co dziwnym się wydawało, że jak tylko któryś z piłkarzy poza granice Królestwa wyjeżdżał, to się w nim z nagła talenty budziły !! I piłka go słuchała...I dryblingi wychodziły...A niektórzy bramkę za bramką strzelali...
Rada Starszych pojęła, że odczarowanie uroku łatwym nie będzie...
     - To może wybudujmy nowe stadiony ?? Może jak nowe powstaną, trawę świeżą posiejemy, to urok moc straci ?? - rzucił ktoś nieśmiało...
No to pobudowali...
     Piękne obiekty...Nowoczesne...Nawet Czartowi Paskudnikowi oko zbielało ze zdziwienia, że tak budować umieją...
     Ale rzuconego przekleństwa nie odwrócili...
     Stadiony były wspaniałe...Kibiców tłumy wrzeszczały z trybun słowa wsparcia...
     A piłkarze jak w amoku po świeżej trawce się ciskali bez składu i ładu...
Widać było, że już i Rada Starszych rozwiązania nie znajdzie...
     - Może czas Radę zmienić ?? - zapytał ktoś na obradach...
     Naród caluśki poparł ów pomysł, bo widocznym się stało, że niczego owe mądre głowy nie wymyślą odkrywczego...
     No to Radę zmieniono...
     - Trzeba takiego Szamana znaleźć, który już jakiś urok odczynił !! - postanowiono...
Wypróbowano jednego, wypróbowano drugie...I nic...
Nowe stadiony opustoszały...
Czart ręce zacierał z uciechy...
     - Tu nie pomogą takie zmiany !! - postanowiła Rada w końcu... - Tu trzeba wichru jakiegoś, co by rozwiał tą szatańską moc !! Nawałnicy nam trzeba, żeby owo zaklęcie zmyła...
Zadumali się członkowie Rady Starszych...Głowami z wysiłku kiwali...
     - Skąd my nawałnicę na zawołanie znajdziemy ??
I nagle, z końca sali odezwał się głos cichutki...
     - Nawałnicy może i nie mamy...Mamy Nawałkę...Wystarczy ??
Hmmm...
     Tak właśnie Pan Nawałka został Głównym Szamanem...

     Nie mam pojęcia jakich zaklęć użył...Rozumem nie ogarniam jakie mikstury zastosował...I aż boję się uwierzyć, że szatański urok odczynił...
     Bo że odczynił to widać było przez całą jesień...
     Byle Mu termin przydatności do spożycia z wiosną nie upłynął...     

sobota, 4 stycznia 2014

Zimą Królewienką być trudno, czyli "zdobywamy" Zamek w Ogrodzieńcu...

     Nie tak dawno temu, za górami, za lasami, dwie nadobne Królewienki postanowiły znaleźć dla siebie siedzibę...
A że były to wyjątkowo roztropne Królewienki , z mało zasobnymi trzosami, postanowiły zasiedlić zamek już stojący od wieków, który do tej pory swoich Królewienek nie miał...
     Królewienki wszelkie, a te w szczególności duszyczki mają takie bardziej pacyfistyczne, to w celach zdobycznych wzięły ze sobą Rycerza o wielu przymiotach i odwadze sięgającej kosmosowi...
     Ruszyli ku swemu celowi...
     Królewienki z niecierpliwością ogromną swego przyszłego zamczyska wyglądały...
     Rycerz znany jako Pan N. z Zaścianka, powoził karocą...
     Jechali przez bory ciemne...Jechali przez pogórki strzeliste...Jechali przez drogi kręte...
     Aż dojechali...
     Pan N. zaparkował karocę, a Królewienki niczym dwie łanie pognały włości swe przyszłe podziwiać...

     Podziwiały...Podziwiały...Podziwiały...
     A że dwa dni wcześniej poświętowały znacznie, więc o mało, że nie przegapiły wielkich rozmiarów obwieszczenia, iż owe przez nie umiłowane zamczysko, właśnie na sezon zimowy zostało zamknięte...
     Rycerz Pan N. spojrzał z niedowierzaniem na owo obwieszczenie...
     Spojrzał na zawiedzione minki swoich Królewienek...
     I podjął wyzwanie !!
     Nie będzie nam tu żadne obwieszczenie planów posylwestrowych marnować !!
     - Chcecie Waćpanny owego Zamczyska ?? - zapytał...
     - Chcemy !! - odpowiedziały zgodnie Królewienki...
     - No to ruszamy zdobyć niezdobyte !! - obwieścił i w kąt się zaszył, żeby strategię zdobywczą obmyślić...
A Królewienki ruszyły swoje Zamczysko poznawać...
     Królewienka Liluśka wybierała takie raczej ukryte zakamarki, wpełzając z ogromnym zainteresowaniem w każdą, nawet najmniejszą szparę...
     Królewienka Gordyjka szukała dla siebie miejsc bardziej, że tak powiem cywilizowanych...
Ale stan owej budowli pozostawiał wiele do życzenia...


     Jak przetrwać w skromnych progach (bo sufitów to ów Zamek raczej nie posiada) zbliżającą się, ciężką zimę ??
     Królewienka Liluśka bardzo starała się znaleźć dla siebie jakieś godne miejsce...
     Rycerz, Pan N. z Zaścianka, gotów był pomocą służyć w owym trudnym zadaniu...
     Ale cieplej się im biednym od tego nie robiło...
     Spojrzały Królewienki ze smutkiem na swoje Zamczysko...
Spojrzały na malownicze skały...
"Niedźwiedzia"...
"Sfinksa" i "Lalkę"...
     I postanowiły, że nawet nie wypada, żeby takie nadobne Królewienki w "niedokończonym" Zamku królowały...
     Pożegnały się więc grzecznie ze swymi Poddanymi...
I tęsknie na mury umiłowane spoglądając...
Do swojego lokum w Zaścianku powróciły...

P.S. W największym z Orlich Gniazd, Zamku w Ogrodzieńcu, miały zaszczyt Was gościć: Królewienka Liluśka, Królewienka Gordyjka i Rycerz Pan N. z Zaścianka...;o)

środa, 23 października 2013

Jak to z pewnymi niespodziankami było...

     Za morzami, za lasami, za siedmioma wzgórzami...A może całkiem niedaleko...Mieszkała sobie pewna rodzina...
     Była Matka, z oczami pięknymi jak gwiazdy...Był Ojciec, o surowym obliczu...I czworo dzieci, radosnych i rozbrykanych...
Bardzo się kochali...
     Kiedy zbliżało się święto Matki dzieci postanowiły, że podarują Mamie coś pięknego...A że pieniążków nie miały, więc postanowiły, że każde z nich zrobi Mamie prezent samodzielnie...
W domu zapanowała tajemnicza cisza...
Dzieciaczki pochowały się po kątach i wymyślały niespodziankę...
A kiedy już wymyśliły, to cisza zapanowała jeszcze większa, bo każde przystąpiło do wytężonej pracy...
     Po kilku dniach dom rozdźwięczał radosnym śmiechem...
     Najstarsza córcia skończyła swoją pracę...






Rodzeństwo z przejęciem podziwiało jej pracę...
     - Piękne !! - zakrzyknęli zgodnie na widok wycinanki...
     A kiedy emocje opadły, wróciły do swoich prac...
     Nazajutrz swoją pracę skończyła druga córcia...





     - Piękne !! - zakrzyknęło rodzeństwo i długo przyglądało się wspaniałemu bukietowi...
     Ale czas uciekał, a nie wszystkie niespodzianki były gotowe...
Dzieciaczki wróciły do pracy...
Wieczorem w radosnym domu rozległo się trzecie ...
     - Ufff !!
Kolejna niespodzianka była gotowa...




     - Mniam !! - zakrzyknęło rodzeństwo...
     - Ależ to smakowity prezent... - pochwaliła pracę najstarsza siostra...
     - A Ty ?? - zapytała najmłodszą siostrzyczkę...
     - Jesce nie mam... - wyznała najmłodsza siostrzyczka, zachlipała cichutko...I ruszyła do swoje kącika...
     - Spiesz się !! - zganiła ją najstarsza siostra...- To jutro !!
     Kiedy popołudniu Rodzice wrócili do domu dzieci rzuciły się do Mamy z życzeniami i niespodziankami...
Ależ pięknie się zrobiło...
Wzruszenie aż wycisnęło łzy szczęścia z tych maminych oczu jak gwiazdy...
     - A Ty nic nie masz dla Mamy ?? - zapytał Ojciec stojącą w kąciku najmłodszą córeczkę...
     Dziewczynka zawstydziła się bardzo...Buziaczek wygiął się w podkówkę...Oczka się zmrużyły...I zachlipała cichutko...
     - Się spsuło... - i wręczyła Mamie zachlapany kartonik...




     
     - Ależ piękne !! - zakrzyknęła Mama...
     - Piękne !! - potwierdziła cała rodzinka...
Ojciec przyglądał się pracom swoich dzieci w milczeniu...
     - Trzeba jakoś uczcić takie piękne prezenty... - stwierdził poważnie...
Mama z aprobatą kiwała głową...
     - Podzielę rok na cztery części i będziecie go malować...Dobrze ?? - zapytał swoje dzieci...
     - Dobrze Ojcze Czasie !! - dzieciaczki zgodziły się z entuzjazmem...
     - Co myślisz o moim pomyśle Matko Ziemio ?? - zapytał z radosnym uśmiechem swoją Żonę...
     - To wyśmienity pomysł !! - zgodziła się Matka Ziemia...- Niech wszyscy podziwiają jak piękne dzieła umiecie zrobić...
     Dzieciaczki przytuliły się do Matki...I Zima, o włosach srebrzystych jak sople lodu...I Wiosna, z oczami jak bławatki...I Lato z ustami jak dojrzałe wiśnie...I zawstydzona Jesień, w wybrudzonym farbkami fartuszku...
 

piątek, 26 lipca 2013

Podróż w czasie, czyli o lekkim historii "nagięciu"...

     Dawno, dawno temu...Kiedy na wybrzeżu panowali Rycerze spod znaku Krzyża, uwadze Ich nie uszło, że cypel wiślany idealnie nadaje się na warownię...
Może określenie "warownia" dzisiaj jest trochę na wyrost, bo nomen omen wybudowali ją z drewna, ale od czegoś losy Twierdzy Wisłoujście rozpocząć się musiały...
Mieli "nosa" krzyżaccy Wojowie...
     Ledwie ową budowlę ukończyli, a już swoją przydatność udowodniła...Legła przy tym w gruzy (raczej w kupkę popiołu i okopconych desek), ale już nikt się nie zastanawiał czy Warownię odbudowywać...
     W 1482 roku na miejscu drewnianych "baraków" powstała murowana, ceglana Wieża...
A że Naród niemiecki znany jest z praktyczności, więc wieża owa nie tylko miała strzec ujścia Wisły, ale również zainstalowano tam latarnię...
To przy owej Wieżycy z latarnią z czasem powstała Twierdza prawdziwa...
     Przez wieki Obsada Twierdzy na brak zajęć narzekać nie mogła...
     W 1577 roku oblegał ją Batory, w 1627 ostrzeliwała szwedzką flotę (w czasie bitwy pod Oliwą), w 1734 atakowały ją wojska rosyjsko-saskie, w 1793 swoich sił próbowali Prusacy...
Nawet Napoleon w 1807roku spróbował swoich sił...
     Niszczona i odbudowywana stanowi dzisiaj wyjątkowo ciekawy obiekt militarny...
     Zmieniały się epoki...Zmieniały się style architektoniczne...Zmieniała się więc i Twierdza...
Pozostały z niej tylko fundamenty będące swoistą, budowlaną ciekawostką...
     Twierdza zbudowana jest na drewnianych, zatopionych w wodzie skrzyniach, zwanych kaszycami...
Samotną Wieżycę, z czasem otoczono ceglanym wieńcem, dobudowano mieszkania dla Oficerów i Żołnierzy, cztery bastiony, a nawet fosę zasilaną wodą z Martwej Wisły...
Bo z czasem Twierdza zaczęła oddalać się od Morza i Ujścia...
Ot takie prawo przyrody...
Co Wisła przynosiła w swych wodach, pozostawiała dokładnie właśnie tutaj...

     Przetrwała wiele zawieruch wojennych i historycznych zawirowań...
Zniszczyli nam Ją dopiero Sąsiedzi...
Czego Hitlerowcy nie zmogli, Armia Czerwona dokończyła...
     Ale wracajmy do czasów świetność, bo dla nich przecież Gordyjka i Pan N. wlekli się przez caluśką Ojczyznę prawie...
     Zgodnie z sugestiami Pana Promowego zajęliśmy strategiczną pozycję "przy banerku", czapeczki założyliśmy posłusznie i oczekiwaliśmy na pierwszą komendę...
Wszak dopuścić nie możemy, żeby Brytyjczycy wywieźli z Gdańska napoleońskie zdobycze i wielgachne skrzynie pełne kruszców i drogocennych klejnotów...
Nie z nami takie numery !! O nie !!
Nawet przebranie się za Holendrów, do których jak widać zawsze mieliśmy słabość, nawet jak jeszcze o rynkach pracy nikt nie miał pojęcia, nie na wiele się zda...
     Tym razem Wisłoujścia strzeże nie tylko nasza Twierdza, ale i Gordyjka z Panem N., że o tłumach Turystów nie wspomnę...

Tłok panował okrutny, i to nie tylko na nabrzeżu...

Nawet trochę większe jednostki chciały się do walki przyłączyć...

Ale moje serducho zadrgało dopiero, kiedy ujrzałam to cacuszko...

     - Ja taką chcę !! - skierowałam zapotrzebowanie do mojego życiowego Sponsora...
     Pan N. spojrzał na mnie takim wzrokiem, że zaraz sprawdziłam czy mam czapeczkę przeciwsłoneczną na łepetynce...
     - Chorobę morską masz... - realistycznie do mojej zachcianki podszedł Ślubny...
     - W takiej łódce mogę rzygać...- podsumowałam i tęsknie spoglądałam za oddalającą się "motoróweczką"...
     Ledwie przeszła mi ochota na wymioty kanał został oczyszczony z "intruzów" i pojawili się Holendrzy...
To znaczy Brytyjczycy w holenderskiej skórze...
I się zaczęło...

     Galera brytyjska atakowała Twierdzę zapamiętale...Twierdza odpowiadała ogniem...Trudno było nadążyć z wykonywaniem zdjęć...W powietrzu unosił się zapach siarki...Dym "gryzł" w oczy...


     Aż w końcu pojawiła się Ona...Nasza Galera, która miała wspomóc Twierdzę w Jej nierównym pojedynku...Teraz rozpoczął się prawdziwy balet na wodzie...Kapitanowie wiedzieli doskonale jak ustawić swe Okręty, aby serca Widzów zadrgały...

     Brytyjczycy byli bez szans...Ale chcieli zakończyć walkę z honorem...Wywiesili więc swoją Banderę...
Niestety Twierdza również poniosła straty...

Widownia oszołomiona ilością doznań zaczęła klaskać...
     Nikt jakoś nie przejmował się faktem, że do dzisiaj nie wyjaśniono zagadki napoleońskich skarbów...
Czy Cesarz zabrał je z Gdańska do Paryża ?? 
Czy może zniknęły z gdańskiego skarbca w jakiś innych okolicznościach ?? 
A może Brytyjczykom udało się je ukraść i po starciu z Twierdzą zatopili cały ten skarb w Wiśle ??
     Tego się pewnie nigdy nie dowiemy...
     Nie dowiemy się również czy taka potyczka w ogóle miała miejsce...
     Ale jeśli chcecie obejrzeć sobie obronę Twierdzy Wisłoujście dokładniej, to zapraszam...

https://app.box.com/s/e6234w5fmkloiw1oo99h

https://app.box.com/s/6nwgkj40t8g6bbo2an0y

     Nagrania oryginalne z domowej kolekcji...;o)