Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

wtorek, 19 września 2017

Wielkie Urodzinowe Moczenie...

     W czasie Wielkiej Urodzinowej Wyprawy nie może zabraknąć Wielkiego Urodzinowej Moczenia...To fakt...
     Bo co lepiej regeneruje nadwątlone siły niż woda ??
Czekolada ??
     Czekolada też była (ale nic nie mówcie Misiowej Mamie)...
     W poniedziałek ruszyliśmy do Bukowiny na Termy...
     Mina Księciunia, kiedy przekroczył próg szatni, mówiła wszystko...
     Misie kochają wodę w basenie !! A ciepłą wodę w basenie kochają jeszcze bardziej...;o)
     Strefa dla dzieci urządzona jest w bukowiańskich Termach pomysłowo...
     Dzieciaki nie wchodzą w drogę "Fokom" lubiącym bąbelki i leżakującym leniwie na wodnych łóżkach...W strefie dla dzieci, rządzą dzieci...
Pisk, gwar, śmiech, chlapanie...
Czyli, dokładnie tak, jak powinno być...
     Są baseniki, w których trudno się utopić (chociaż jedno "podtopienie" Księciunio zaliczył), są zjeżdżalnie dopasowane do rozmiaru "Dziecka" (takie kilkudziesięciometrowe też są), są fontanny, bulgotki, a nawet "rwąca rzeka"...
     Królestwo Mokrego Misia !!
     Ale, że Księciunio to Duży Chłopak, więc poszedł z Babcią i Dziadziusiem do wielkich basenów, i do wielkiej rwącej rzeki...Nawet pływał pod wodospadami !!
Problem był tylko jeden...
     Księciunio chciał być jednocześnie wszędzie...
Niezła zaprawa dla Babci i Dziadka...
Ale Jego magiczny śmiech, odczarowywał nawet najbardziej srogie oblicza...
     Dziadziuś zjechał z największej zjeżdżalni, pobijając przy wiwatach "rekord Świata"...Potem zjeżdżał ze średniej zjeżdżalni, machając do Wnuka na każdym zakręcie...A potem pokonał "małą" zjeżdżalnię, powodując piękną fontannę na końcu...
     Wiwatom Księciunia końca nie było...
     Nawet usiłował namówić Babcię do pobijania dziadkowych rekordów, ale tym razem Babcia kategorycznie odmówiła...
     - Na taką zjeżdżalnię musisz jeszcze troszkę urosnąć...- i pokazała namalowany na ścianie wskaźnik, do którego Księciunio nawet na paluszkach nie sięgał...
     Pozostała zjeżdżalnia "słonik" i "latarnia morska"...
Wystarczyło...;o)
     Chociaż, kiedy minęły cztery godziny zabawy, Księciunio ze smutkiem opuszczał swoje mokre Królestwo...
     - Jeśli chciałbyś tu kiedyś wrócić, to musisz się na progu odwrócić i pomachać na pożegnanie...- wyszeptał do ucha Księciuniowi Dziadziuś...
     Księciunio natychmiast się zatrzymał, odwrócił się i zaczął energicznie machać rączką...Po chwili jednak, doszedł do wniosku, że jedna rączka to za mało...
     Widok Wnuka krzyczącego "papa" i machającego dwiema rączkami był poświadczeniem, że Dziadkowie miewają czasem dobre pomysły...;o)   

niedziela, 17 września 2017

Wielka Urodzinowa Wyprawa...Szukamy misia !!

     - W niedzielę możemy ruszyć do Doliny Kościeliskiej...- plan Wyprawy musiał być doprecyzowany...
     - To może dojdziemy do "Mroźnej" ?? - snuł plany Pan N.
     - Damy radę ?? - powątpiewałam...
     - Damy radę !! - poświadczył Ślubny, i to hasło było przewodnim przez całą Wielką Urodzinową Wyprawę...
Dolina powitała nas mgłami i wiatrem...
     - Kiepsko się zapowiada...- mruczałam pod nosem zawiązując Księciuniowi apaszkę pod szyją...
     A po kwadransie wiatr się uspokoił, mgły zeszły, słoneczko wyjrzała i zrobiło się po prostu PIĘKNIE !!
No cóż...
W Górach można się spodziewać wszystkiego...
     Nasz Mały Turysta dzielnie kroczył wydeptanym (żeby nie powiedzieć "zadeptanym") szlakiem Doliny Kościeliskiej i do Kapliczki właściwie było "nijak"...
Troszkę emocji wzbudziła stojąca przy drodze koparka...
A potem...
     Potem był popas na ściętych kłodach !!
Cudo nie popas !!
     Księciuniowi tak spodobało się buszowanie po ogromnych pniakach, że z trudem zmobilizowaliśmy Go do dalszej wędrówki...
     Drogowskaz...Mostek...I przestało być łatwo...
     Każdy kto wędrował do Mroźnej wie, że trasa łatwa nie jest...W końcu, to czarny szlak...
Ruszamy i...
     - Ja sam !! - komunikat Księciunia jest wyrazisty...
I klękajcie Narody !!
Duch w Rodzinie nie ginie !!
     Jak trzydzieści lat temu, tak teraz, Trzylatek zawładnął górskim szlakiem bezapelacyjnie...Pierworodny został Królem Beskidów...Czyżby "geny" się przebudziły ?? 
     Każdy głośno chwalił zapał Małego Wędrowca...Każdy chwalił Jego odwagę...Każdy chciał przybić "piąteczkę"...;o)
     Księciunio pęczniał z dumy !!
I dreptał...
     Troszkę na nóżkach...Troszkę na czworaka...I gadał, gadał, gadał...;o)
     Mijający nas Czterdziestolatek aż przystanął...
     - Ależ Ty dzielny jesteś !!
     - Tak !! - potwierdził Księciunio...
     - A wiesz co to jest ?? - zapytał Turysta, chcąc "błysnąć" przed Małolatem...
     - Carny ślak !! - odpowiedział Księciunio...
     - A wiesz co to znaczy ?? - dopytywał Facet...
     - To ślak dla Dorosłych i Dużych Dzieci, bo jest ślisko i bardzo, bardzo stromo !! - kontynuował Księciunio wykład, posapując z wysiłku...- A jak wyjdę na górę to zobaczę TAKI PIĘKNY WIDOK !! - i Księciunio przystanął,żeby zwizualizować piękno widoku szeroko rozpostartymi ramionkami...
Turysta zaniemówił...
     - Chłopie !! To Ty wszystko wiesz !! - podsumował konwersację...- Jeśli teraz tak wędrujesz po Tatrach, to za kilka lat zdobędziesz Koronę Himalajów !!
     Księciunio nie wszystko zrozumiał, ale wgramolił się na kolejny kamień i oświadczył...
     - Bo Babcia mnie asekuruje !! (Asekuracja- ulubione słówko Księciunia)...
     Dziadek robiący nam fotki z kolejnego "zakosu" aż pokładał się ze śmiechu, a Facet zawrócił ze szlaku i zażądał od Księciunia "przybicia piąteczki"...
To "przybijanie" przestało już bawić Księciunia...
Ileż można ??
Kolejnym Turystom odmówił...;o)
     Pod Jaskinią chwilkę się na Babcię boczył, bo kazała ubrać kurtkę i czapkę "na uszy", ale "muminki" szybko Mu przeszły...
     Ruszyliśmy "szukać misia"...
     Ta atrakcja nawet w Dziadkach wzbudzała emocje...Da radę ?? A jeśli się wystraszy ?? Jeśli oświadczy "nie dam rady" ??
Hmmm...
     Po wejściu mieliśmy już tylko jedną możliwość...Iść do przodu...
I Księciunio szedł...
Po krętych korytarzach...Po ciemku...Po stromych schodach...Po kałużach...
     - Dzieci płaczą !! - zakomunikował kiedy usłyszeliśmy donośny płacz z przodu...
     - Bo to małe Dzieci są...- poświadczyła Babcia...
     Śmiech Turystów idących za nami był zaprzeczeniem tego faktu...
     - Tutaj to ja się nie zmieszczę...- wymruczał Dziadek...
     - Babcia !! Dziadziuś się nie zmieści !! - zakomunikował Księciunio niewyraźnym tonem...
     - Zmieści się !! Patrz !! - i Babcia musiała się wykazać niezłym refleksem, bo Dziadziuś właśnie ruszył przez Jaskinię "na czworakach", więc Księciunio chciał zrobić dokładnie to samo...
     - My się zmieścimy !! - zdążyłam krzyknąć...
     - Damy radę !! - poświadczył Księciunio...
     I chociaż kilka razy proponowałam Turystom za nami "przepuszczenie", bo szliśmy bardzo wolniutko, nikt z nich nie chciał nas "porzucić...
     - W życiu !! Z Wami jest świetnie !!
     A kiedy zaczęło być nudnawo...Czyli, korytarz był szeroki, światło jasno świeciło, a na głowę nie kapało, Dziadziuś wrzasnął:
     - Miś !! Miś !! Tam !! Kitę misia widzę !!
W Księciunia wstąpił nowy duch...
W Turystów za nami też...
     Okazało się, że Ktoś odkrył gawrę misia, ktoś znalazł odcisk łapy w błocie, a jedna z Turystek to nawet się misia bała...
Płacz Dzieci, który słyszeliśmy cały czas, przestał być istotny...
     Księciunio dał radę !!
     Miał tylko odrobinę żalu, że z Jaskini schodzi się po schodkach, a nie po śliskich i bardzo, bardzo stromych kamieniach...
Niesmak odrobinę zniwelował kolejny popas urządzony nad strumieniem i koniki z dzwoneczkami...
     A jak trasa ??
No cóż...
     Księciunio, na własnych, trzyletnich (prawie) nóżkach przeszedł szlak do Jaskini Mroźnej, Jaskinię i drogę powrotną przez Dolinę Kościeliską !!
Każdy kto przeszedł tę drogę wie, że łatwo nie jest...
     Trzeba DAĆ RADĘ !! ;o)   

piątek, 15 września 2017

Wielka Urodzinowa Wyprawa...Pensjonat Kornelia...

     Wyszukiwanie Pensjonatów w necie, to jak "orka na ugorze"...Problem jest w tym, że wszyscy reklamują się tak samo, i trudno wyłuskać ziarno prawdy...
     Bywało już tak, że rezerwując pokój w zacisznym ustroniu, lądowaliśmy nad warsztatem samochodowym, a zamiast krystalicznego powietrza, otrzymywaliśmy wyziewy spali i smród olei samochodowych...W takim wypadku, nawet życzliwość Gospodarzy jest marną pociechą, że o widoku na Giewont nie wspomnę...
     Tym razem, przewertowaliśmy dosłownie wszystko...Włączając w to nawet komentarze Gości sprzed kilku lat..."Czujniki" nastawione na maksa i pełna koncentracja...
     Kiedy człowiek wybywa, żeby pobuszować w górach, to wychodzi o świcie, wraca w nocy i lokum, z miejsc komfortowych, musi posiadać jedynie wygodne łóżko...Kiedy rusza się na wyprawę z Trzylatkiem ??
     Lista naszych "życzeń" była długa...
     Chociaż nieodmiennie, pierwszą lokatę na tej liście miała "pogoda"...
     "Kornelia" leżała niedaleko drogi głównej, więc proces "błądzenia" mieliśmy ograniczony...
     Otoczenie zadbane, funkcjonalny parking na "tyłach", zadbany trawnik i boisko do siatkówki, zadaszone miejsce do grillowania (z oświetleniem), no i to, co wyrwało westchnienie zachwytu z Księciunia...
     Huśtawki (kilka), zjeżdżalnia i... trampolina !!
     A kiedy tuż za płotem przejechał pociąg...Klękajcie Narody !!
Lepszego miejsca dla Księciunia znaleźć Dziadek nie mógł !!
     Na powitanie Gospodarz usłyszał, że to nasz domek jest...Babci, Dziadka i Księciunia...Żeby nie było nieporozumień...;o)
     W pokoju Księciunio zaraz wybrał łóżko i tyle Go interesowało w temacie "lokum"...
     Interesowało Go, kiedy Dziadziuś zakomenderuje zejście na plac zabaw...
Ot, co...
     Nie było marudzenia przy jedzeniu, nie było marudzenia przy ubieraniu, nie było marudzenia przy myciu...Nawet "wpadek" z siku i kupką, nie było...
     Była trampolina i pociągi !!
     A kiedy na trampolinie zagościły Gryzaki...
Nie wiecie co to są Gryzaki ??
     Gryzaki pojawiają się na klatkach schodowych, kiedy Dzieci nie chcą wchodzić po schodach !! Gryzaki robią "uuuuu" i łapią za pupy...;o)
Na trampolinie Gryzaki też robią "uuuuu" i łapią przez siatkę !!
A czasem wchodzą pod trampolinę i łapią za nóżki !!
     Na trampolinie w "Kornelii" były dwa Gryzaki !!
     Dziadziuś... (ogólnodostępny, bo po kilku minutach wszystkie Dzieci wołały: "Dziadziuś !! Uuuuu !!") i Pan Gospodarz, który z pełnym poświęceniem wpełzł pod trampolinę i dzielnie uczestniczył w zabawie, w roli drugiego Gryzaka...
     Kiedy spodnie obu Gryzaków były już całkowicie ubłocone, a Dzieciaki z emocji z trudem łapały oddech, Babcia zarządziła "wyciszanie" emocji...Było huśtanie, zjeżdżanie i gra w piłkę nożną...
     Radosny śmiech był najlepszą wizytówką Pensjonatu...
     I najlepszym dowodem na to, że Dzieciaki nie potrzebują "wypaśnych" zabawek...Potrzebują naszej uwagi, i nasze czasu...Wtedy każda "wyprawa" jest Wielka, i każda jest Wspaniała...
     Dziadkowe spodnie Babcia wypierze...;o)      

środa, 13 września 2017

Wielka Urodzinowa Wyprawa !!

     Cóż mogą sprezentować Dziadkowie Wnukom na urodzinki ??
     Nam ten dylemat krążył po głowach od miesiąca, bo lubimy mieć "coś na pawlaczu" (jak twierdzi Dagusia)...
Ale co ??
     Pomysł właściwie był już od kilkunastu tygodni, ale jakoś nie do końca byliśmy przekonani...
     - A może by zorganizować Wielką Urodzinową Wyprawę ?? - rzuciłam nieśmiało...
     I właściwie nie doczekałam się odpowiedzi, bo Pan N. już szperał w necie, szukając godnego lokum...Zapytał tylko...
     - Kierunek już mamy ??
No cóż...
     Skoro Pierworodny był Dwuletnim Królem Beskidów, to może Tatry ??
     A że potrzebowaliśmy tym razem "błogosławieństwa" prawomocnych Rodzicieli, więc wybrana oferta musiała poczekać na ostateczną akceptację...
     Babcia naszykowała sobie odpowiedni długą przemowę argumentacyjną, Dziadziuś zajął Wnuka, żeby niepowołane uszka nie podsłuchiwały, i...
     Totalnie nas nasze Miśki zaskoczyły !!
     Cała babcina przemowa się zmarnowała !!
     Po pierwszym: " Chcieliśmy w ramach urodzinowego prezentu zabrać Księciunia w góry...", nastąpiło:
     - Świetny pomysł !! A dokładnie kiedy ?? - zapytał Tata Miś...
     - W sobotę ruszymy, wrócimy w środę... - odpowiedziałam, zaraz po tym jak mi szczęka wróciła na miejsce...
     - A możemy się dowiedzieć gdzie ?? Jeśli to nie tajemnica...- zapytała Mama Misiowa...
     - W Tatry...- wydukała Babcia...- Dokładne miejsce podamy, jak tylko wciśniemy ostateczny "enter"...
I tyle było w temacie...
     W sobotę Księciunio oczekiwał Dziadków ze spakowaną torbę, plecaczkiem, "kicią" (kocykiem z tygryskiem) i stertą książeczek na podłodze, które też miały jechać, ale się "nie zmieściły" (to jakby Babcia zapomniała wierszyków Pana Tuwima)...Ale Babcia nie zapomniała, więc Księciunio wybrał jedną książeczkę i mogliśmy ruszać...
     Pośpiech był wskazany, bo Księciunio już doczekać się nie mógł, a nóżki same dreptały w kierunku drzwi...
     Wielką Urodzinową Wyprawę czas zacząć !!
Kierunek: Biały Dunajec...
Lokum: Pensjonat "Kornelia"...
Uczestnicy Wyprawy: Księciunio, Dziadziuś, Babcia i "kicia"...
Termin: 9-12 września 2017 roku (żeby Księciunio zdążył wrócić na urodzinki domowe)...(Niestety, Dziadziuś musiał wcześniej wrócić do pracy, więc "ukradziono" nam jeden dzień)...
     Z drogi !!
     Ruszamy !!

piątek, 8 września 2017

I ja tam byłam...Sernik jadłam...Żurek piłam...

     Sala opustoszała...Goście mniej, czy bardziej chwiejnym krokiem ruszyli do domów...Orkiestra zbierała instrumenty...
Szóstka Młodych Ludzi siedziała pod ścianą...
     - Trzeba się brać za porządki, bo świt nas zastanie...- powiedziała Dziewczyna w białej sukience...
     Zastawa stołowa szybko znikała w zakamarkach kuchni, Matka Właściciela lokalu każdą kolejną dostawę kwitowała...
     - Bardzo Wam, Dzieci dziękuję...
     - Oj tam, oj tam...- odpowiadali ze śmiechem...
     Potem było składanie obrusów, które okazało się wyśmienitą zabawą...Potem był taniec z miotłami przy dźwiękach murmuranda...
W progu kuchni stał Właściciel z uśmiechem na twarzy...
     - Ja Was chyba zatrudnię na stałe...- skwitował...
     Po trzech kwadransach sala wyglądała tak, jakby nic się w niej nie działo od miesiąca...
     - No to fajrant...- podsumował porządki Chłopak o orzechowych oczach...
     - Weźmiecie garnki ?? - zapytała Matka Właściciela...
     No to zaczęli pakować siebie, i te garnki, do starej Skody Kuzyna...
Sześć Osób i rondle...Echhh...
Dziewczyna w białej sukience jechała z przodu, trzymając ogromny gar żurku...
Kuzyn z fantazją prowadził samochód, przemierzając parkowe alejki...
     - Zwolnij !! - wrzasnęła Dziewczyna w białej sukience...- Jak mnie schlapiesz tym żurkiem, to Cię zabiję !! A jak nie dam rady, to Wujek dokończy !!
Kuzyn poluzował nogę na pedale gazu, ale żurek i tak miał ogromną ochotę z tego gara wyskoczyć...
     - Nie będę objeżdżał połowy Miasta...- oświadczył w pewnym momencie Kuzyn...
I nim ktokolwiek się zorientował ruszył wprost przed siebie...
Dwupasmówka...Pas zieleni...
W samochodzie zabrzmiał zbiorowy krzyk...
     Nawet stateczny do tej pory bigos usiłował wyskoczyć z rondla...Resztki sernika na zimno zachybotały niebezpiecznie...
Dziewczyna w białej sukience zapobiegawczo uniosła gar z żurkiem...
     - Jesteś trupem...- wysyczała...
Z tylnej kanapy rozległ się zbiorowy śmiech...
     Sprawnie wypakowali samochód i najciszej jak się dało wgramolili się do mieszkania...
Za progiem powitało Ich radosne poszczekiwanie szczeniaczka...
     - Gdzie się kimniemy ?? - zapytał Kuzyn, rozglądając się niepewnie po podłodze usłanej śpiącymi Gośćmi...
     - Moja wersalka jest chyba wolna...- wyraziła nadzieję Dziewczyna w białej sukience...
Była...
     - Ale nas jest szóstka !! - zauważyła spostrzegawcza Kuzynka...
     - Siódemka...- sprostowała Dziewczyna w białej sukience...- Nie wyobrażam sobie, żeby Pimpek odpuścił spania ze mną...- wyjaśniła...
Poukładali pościel w poprzek i zaczęli układać się do snu...
     - Nie ma jak noc poślubna w siódemkę...- wymruczał Chłopak o orzechowych oczach...
I mimo starań, w pokoju zrobiło się bardzo wesoło...
Nawet Pimpuś, wtulony w brzuch swojej Pani radośnie zamerdał ogonem...
Tak było...
Trzydzieści trzy lata temu...

środa, 6 września 2017

Małgosi...

Niezapominajko, siedząca na chmurze,
przyjmij ode mnie te pachnące róże,
przyjmij wspomnienie, które mi się ciśnie,
dwa lata Cię nie ma, lecz ja ciągle myślę...


wtorek, 5 września 2017

O Gęsiarce z przypadku i niespodzioewanych odwiedzinach...

     Bytowanie w "Naszejwsi" powoduje ciągły kontakt z naturą...Pierwsze skrzypce grają oczywiście roślinki, ale na brak zwierzaków też narzekać nie możemy...Kur mamy całe stadko (od Sąsiada)...Do stadka zalicza się również kaczka...Piesy mamy "nienasze" na etacie...Ale bywają również zwierzęce niespodzianki...
     Siedzieliśmy sobie na ławeczce, kawusię poranną żeśmy pili, spoglądam na podjazd, a tam dwie jałóweczki właśnie do forsowania płotu się szykują...
Ale mnie poderwało !!
     Pan N. jeszcze nie wiedział co gonię, ale że stadło małżeńskie tworzymy zgodne, więc też ruszył...
     Krowiska spojrzały na nas małoprzytomnie, zady nam wystawiły i niespiesznie poczłapały drogą...
     Wypadamy na drogę, a tam całe stado krowich ogonów sobie spaceruje...
     No i kilku Sąsiadów, którzy nad żywiołem usiłują zapanować...
     Ledwieśmy na ławeczce przysiedli, żeby kawową konsumpcję kontynuować, patrzę w sad, a tam ścieżką krowa z cielakiem w dyrdy gna...Prosto do Różanecznika...
No to znowu ruszamy...
Tym razem w lewo...
     W życiu nie widziałam tak szybko biegnącej krowy...Mało wymionami po grzbiecie nie tłukła...
     My też poranną gimnastykę mogliśmy uznać za udaną...
A ile śmiechu przy tym było !!
     Kilka dni później wracaliśmy z targu...
Jeszcze jeden zakręt i pewnie zobaczymy psie mordy...
     - Uważaj !! Zwolnij !! - wykrzykuję, chociaż prędkość mamy żadną...
     Pan N. dociska hamulec i mijamy statecznie pasące się na poboczu prosiaczki...
Idealnie różowiutkie, z idealnie powykręcanymi ogonkami...
     - Tego w ZOO nie zobaczysz...- parskam śmiechem...
     - Ciekawe, kto nas tu jeszcze "napadnie"...- docieka Pan N. ...
Nie trzeba było długo czekać...
Kolejne dni, kolejny wypad na targowisko i...
     Lewie kilka metrów od Wrzosowiska, środkiem drogi maszerują gęsi...Tak jak gęsiom przystało, gęsiego...Tyle, że zajmują caluśką drogę i nie mają zamiaru ustąpić nam miejsca...Nie pomaga trąbienie...Nie pomaga podjeżdżanie do gęsich kuprów...Człapią wolniutko, jakby na niedzielnym spacerze były...
     No to Gordyjka musiała swoje poopsko ruszyć i ruchem pokierować...


     A co wówczas robił Szanowny Gordyjski Małżonek ??
     Czyżby wykorzystał gordyjskie starania i udrożnioną drogą przejechał ??
W życiu !!
     Pan N. widząc moją walkę z naturą, krztusząc się śmiechem, uwieczniał to na fotkach...
Ot co...
     Ja walczę z naturą (oporną do tego), a Ślubny ma radochę pierwsza klasa !!
     Ale resztki rozsądku Mu zostały, bo się zreflektował i ruszył, a gęsi spoglądały na nas z wyrzutem...


     W okolicy są jeszcze indyki, kozy i konie, ale te jeszcze z wizytą nie wpadły...;o)

niedziela, 3 września 2017

Busko Zdrój - niesanatoryjnie...

     W 1166 roku Rycerz Dzierżko ufundował miejsce pod Kościół i w tym właśnie roku datowana jest pierwsza wzmianka w bulli papieskiej...W 1287 roku Leszek Czarny nadał miejscowości prawa miejskie...A po wiekach, i tak każdy zna tą Miejscowość jako uzdrowisko...
     Busko Zdrój...
Maleńki znaczek na mapie Polski...
     Zagościliśmy tam całkiem przypadkowo, co w naszym przypadku jest raczej regułą, a nie ewenementem...Nie, nie jako Kuracjusze...Chociaż tych spotkaliśmy wielu...
Jedni byli na "wypasie", inni na uzdrawianiu...
     Na "wypasie" niewątpliwie była pewna Pani, której rozmowa z Koleżanką dotarła do moich uszu...
     "W zimie do sanatorium nie ma po co przyjeżdżać. W lecie to co innego."
     No cóż...Nie korzystałam z sanatoryjnych usług, więc pojęcie mam mgliste...Ale co stoi na przeszkodzie w zimowym uzdrawianiu, nie pojmuję...Wszak, jeśli człeka dopadnie boleść, to chyba wszystko mu jedno, kiedy przyjdzie ulga...Jak dla mnie, to czym szybciej, tym lepiej...
Różne bywają "zboczenia"...
     W każdym razie Busko zrobiło na mnie dobre wrażenie...
Odpowiednio wyciszone...


Odpowiednio ukwiecone i udrzewione...
     "Pchle targi", wystawy, koncerty...Wszystko co skołatane współczesną cywilizacją, można ukoić...
     W licznych kawiarenkach można się napić dobrej kawy, albo zjeść odpowiednich rozmiarów goferka...
Chociaż te goferki spowodowały u mnie napad "myślenicy"...
     Kawiarenki były pełne, Kuracjuszy można łatwo rozpoznać wśród Mieszkańców, schorzenia leczą tu głównie związane z narządami ruchu...To dlaczego ci Ludzie nie mają nad sobą litości ??
Przy stolikach 90% siedzących ma widoczną nadwagę...
Kąpiele i masaże czynią cuda, ale chyba tłuszczu nie odsysają...
W sanatorium racjonalne odżywianie, a potem goferek z bitą śmietaną ?? (I z owocami, żeby było zdrowo)...
Echhh...
No dobra...Czepiam się...
     W Parku Zdrojowym spotkaliśmy znajomego...

Dwa "Matołki" na jednym ujęciu...;o)
     A potem ruszyliśmy w dalszą drogę...Właściwie chcieliśmy ruszyć...
     Cieknąca z fontanny woda wyzwoliła w nas ogromną potrzebę...Potrzebę odnalezienia toalety...
Hmmm...
I tutaj odrobina dziegciu, w tej beczce miodu...Jakby się przez nieuwagę ktoś z Władz Buska Zdroju zabłąkał...
     Miejcie litość !!
     Drogowskazy do WC poustawiane w różnych miejscach, oznakowanie widoczne i czytelne...Tyle, że tłumy całe za tymi drogowskazami chodzą i skorzystać nie mogą...
     Sami błąkaliśmy się przez kilkanaście minut i gdyby nie dogłębne przedstawienie nam szlaku "klozetowego" przez jedną z Mieszkanek, to pewnie skorzystalibyśmy z przydrożnych krzaków...
Starsze Małżeństwo z goryczą wyznało...
     - Już trzeci raz tu jesteśmy, ale ten budynek wcale nam na toaletę nie wyglądał...
No cóż...
Wyobraźnia Ich zawiodła...
Wejście schowane, oznakowanie schowane...
Ciekawe ilu Kuracjuszy "nie zdążyło"...
     Ale warto...Na prawdę warto...
     Oczywiście, nie życzę Wam schorzeń, które wymagały by sanatoryjnego uzdrawiania, ale spacerek po deptaku przedni, Park cudny, wiewiórki oswojone...
     A jeśli byście mieli problem ze znalezieniem toalety, dzwońcie !! ;o)

piątek, 1 września 2017

Morfeusz byłby z nas dumny...

     Wrzosowisko wyzwala w nas tyle energii, że sami jesteśmy zaskoczeni jej rozmiarem...Właściwie, to z pracoholizmu zawodowego wpadliśmy w pracoholizm ogrodowy...
     Odpoczynek nigdy nie był naszą domeną...
     Nie "był", bo w tym roku sytuacja diametralnie się zmieniła...
     Już na lipcowym urlopie pozwoliliśmy sobie na odpoczynek, a nawet leniwe plażowanie...


Że o ciągłym użytkowaniu leżaków i misce z wodą nie wspomnę...
     Fakt...Zawdzięczamy to w głównej mierze Matce Naturze, która podciągnęła temperatury do rozmiarów kosmicznych i jakikolwiek wysiłek fizyczny wykluczyła...
     No to odpoczywaliśmy pod naszą ulubioną śliweczką, snując plany...Nasnuliśmy tego na potęgę !! ;o)
     A że do tej pory, traktowaliśmy pobyty na Wrzosowisku jako długotrwały biwak, więc i warunki panowały biwakowe...
     Tak spaliśmy...


     Wygody średnie...
Materac dmuchany, śpiwory, kołdry...Wybredni nie jesteśmy...
Aż którejś nocy obudziliśmy się na podłodze...
     No cóż...W założeniach materac miał wytrzymać rok, wybijały mu trzecie urodziny...Miał prawo...
     Pan N. namierzył "wyciek", odrobina kleju, trochę taśmy...Ale nasze zaufanie do materaca uszło razem z powietrzem...
     Może wybredni nie jesteśmy, ale nocowanie na deskach nie jest przyjemnym doznaniem...
No to machina ruszyła...
     Zakupiliśmy materacyki, które przybyły do nas tempem wręcz ekspresowym, i Pan N. mógł przystąpić do pracy twórczej...
     Najpierw było tak...


Potem było tak...


     A potem żeśmy zniknęli dla Świata, bo się okazało, że do pełni szczęścia na Wrzosowisku, to nam właśnie łóżka brakowało...
     "Orzeszek" z rangi domku narzędziowego awansował do rangi sypialni...
Łóżeczko, 160/200...
     Prawdziwa, drewniana rozpusta...
Zdjęcia nie pokazuję, żeby Wam ochota na noclegi nie przyszła...
     My w każdym razie, sypiamy teraz po dziesięć godzin, a i w dzień nie gardzimy małą drzemką...;o)
     Ponoć, człowiek jak śpi to się rozwija...
Rozwijamy się na potęgę !!
     A jak Wam jeszcze dodam, że wieczorami leżeliśmy sobie wygodnie i oglądaliśmy transmisję MŚ w lekkiej atletyce ??
Szczęki opadły ??
     Cywilizacja !! Postęp !! XXI wiek...;o)
No i nieustanna chęć na drzemkę...
     Morfeusz byłby z nas dumny...

niedziela, 27 sierpnia 2017

Miłość i lęk...Rozprawka o rodzicielstwie...

     Nie uczą go w szkołach...Właściwie, nigdzie go nie uczą...
"Instynkt ci podpowie"...
     I pewnego dnia człowiek staje się Rodzicem...
     Trzyma w ramionach małego człowieka, którego los zależy od "instynktu"...
     W koło słyszy: "małe dziecko, mały kłopot", i kiwa głową z politowaniem...
Czy może być jeszcze gorzej ??
     Nieprzespane noce, całodobowa krzątanina, wewnętrzny lęk, który się budzi zaraz po porodzie...
     Drobne radości, które się będzie pamiętało całe życie...
Pierwszy świadomy uśmiech, pierwszy krok, pierwsze słowo...
Pojawia się pierwsze poczucie dumy...
     Teraz już musi być lżej !!
Nie jest ??
Hmmm...
     Do lęku o bezpieczeństwo dochodzi lęk o wychowanie...
Nikt nie wskazuje drogi, nikt nie wypisze recepty...
Decyzje trzeba podejmować natychmiast...
Konsekwencje tych decyzji pozna się po latach...
"Błędy wychowawcze"...
     Rodzicielstwo nie jest słodyczą...
Miłość wypełnia nas bez reszty, a jednak musimy się nauczyć słowa "nie"...
Dzieci dojrzewają, dojrzewają również Rodzice...
     Do bezpieczeństwa i wychowania, dochodzi kształcenie...
Pierwsze sukcesy i pierwsze porażki...
Pierwsze bunty, "syfony" i konflikty...
Z każdym dniem uczymy się czegoś nowego...
Z nostalgią spoglądamy na Rodziców z małymi dziećmi...
"Małe dziecko, mały kłopot"...
Zaczynamy rozumieć...
     To nie miłość jest najważniejsza, ona jest "mimo wszystko", instynktowna, przypisana...
Przed nami jest znacznie trudniejsze zadanie...
     Kształtujemy człowieka...
Jaki będzie ??
O tym przekonamy się za kilka, czy kilkanaście lat...
     Dochodzi lęk o przyszłość...
     I chociaż często czyta się laurki dla rodzicielstwa, że takie piękne jest, że przepełnione miłością...
     Rodzicielstwo to lęk...
Lęk o dzisiaj, i lęk o jutro...
     Jak sobie to nasze "Dzieło" poradzi w życiu, jakie drogi wybierze, czym się będzie kierowało ??
     Drogowskazy, które otrzymało od nas przez te wszystkie lata, nie zawsze były przecież dobre...
     Ukształtowaliśmy człowieka...
     Z naszej miłości, z naszych lęków, i z naszych błędów wychowawczych...
Powrotu nie ma...Nikt nie da nam prawa do poprawki...
     Stajemy z boku i możemy obserwować...
Możemy poczuć dumę...Albo przerażenie...
I spokój...
Nic więcej zrobić nie możemy...
Nasza misja rodzicielska się skończyła...
Nie skończyła się jedynie ta instynktowna miłość, i ten lęk...
Miłość i lęk...
     To rodzicielskie dożywocie...

P.S. Miśkom...;o)

sobota, 26 sierpnia 2017

Po sąsiedzku...

     Właściwie to nie planowałam dzisiaj wpisu, ale plany są ponoć po to, żeby je zmieniać...Tym razem spowodowane to zostało nie przez los, a przez zaprzyjaźnioną Blogerkę...
     Tak naszą radość zaprezentowała Maradag...


     Piękna jest Twoja prezentacja Ciociu-Babciu Dagusiu...;o)

piątek, 25 sierpnia 2017

Ufff...

24.08.2017
Wielkie Przybycie Princeski !!!


Nasze Dziewczyny czują się dobrze, nasze Chłopaki czują się dobrze, a my jesteśmy najszczęśliwszymi Dziadkami na Świecie !! ;o)

wtorek, 22 sierpnia 2017

Taki duecik...

     Odkąd zmieniliśmy trasę dojazdu na Wrzosowisko (nowa jest zdecydowanie "szybsza"), mijamy po drodze stację paliw o nic nie mówiącej nazwie...
     - Musimy tam kiedyś zatankować...- oświadczył Pan N.
Czemu nie ??
Stacja "po drodze", ceny mają przyzwoite, otoczenie przyjemne...
Z koncernami paliwowymi ślubu żeśmy nie brali...
I nadszedł ten "wiekopojmny dzień"...
     Pan N. zatankował, a ja poczłapałam uiścić należność...
     Siedzi sobie Pan za blatem, minę ma "zwisa mi to", a zamiast "dzień dobry" burczy mi kwotę do zapłaty, jakbym Mu Ojca harmonią zabiła...
Podaję banknot (nie specjalnie zawyżony) i słyszę burczenie...
     - Siedemnaście groszy...
Orzesz...ko
     Ślepa jestem jak ten nasz kret, to zanim wyłuskam te 17 groszy, wieki miną...
     Kolejki nie ma (tylko ja i Pan), to przynajmniej szukanie odbębnię bezstresowo...
     Siedem groszy odkryłam od razu, ale 10 jakby diabeł ogonem nakrył...
     Pan nawet poopska z krzesełka nie ruszył, siedzi i bębni paluchami po blacie...
     Pewnie, żeby mnie w tym szukaniu wesprzeć i zmotywować...
Ale cierpliwości wiele nie miał...
     - No ?! - słyszę w końcu...
Ło Matko i Córko...
     Toż cała operacja trwa ledwie minutkę...
Jest !!
     Kładę na blacie te nieszczęsne siedemnaście groszy...I w gratisie ozdabiam twarz uśmiechem numer trzy...
     Pan zgarnia drobniaki, otwiera szufladę, w której ma całe rządki poukładanych monet i rzuca mi na blat resztę...Rzuca !!
     Uśmiech numer trzy umiera śmiercią tragiczną...
     Ale stoję i czekam, bo przecież mam otrzymać paragon...
     Pan z widoczną niechęcią wklepuje dane na kasę i kładzie świstek na balacie...
     - Ma !!
Hmmm...No mam...
     Grzecznie powiedziałam "do widzenia", chociaż już wtedy nie przewidywałam kolejnej wizyty i z ulgą zamknęłam drzwi "naguska"...
     - Nigdy więcej !! - komunikat dla Ślubnego...

     Kilka dni później, przepakowywałam właśnie nasze wrzosowiskowe manele...
     Dzwoni domofon...Kurier..."Bo kogoś tam nie ma w domu"...
A niech tam...
     Otworzyłam i wróciłam do przerwanych czynności...
     Dzwonek do drzwi...
Ki czort ??
     - Sąsiadka powiedziała, że mam tutaj zostawić przesyłkę...
     - Bardzo mi przykro, ale nie przyjmę tej przesyłki, bo wyjeżdżam i nie mam możliwości oddania Sąsiadce... - wyjaśniam sytuację...
     Pani kurierka minę ma jakby właśnie skończyła konsumpcję cytryny...
     - Sąsiadka kazała zostawić tutaj !! - wrzasnęła nagle, aż się we mnie obudziły wszystkie lęki z dzieciństwa...
     - Nie przyjmę przesyłki...- rozpoczynam mój wywód...
     - Dzwoniłam i tak kazała !! - kategorycznie przerywa mi Pani...
A ja nieodmiennie powtarzam...
     - Nie będzie mnie, więc nie przyjmę...
Pani odwraca się nagle, telefon do ucha przykłada i informuje...
     - Sąsiadka odmówiła przyjęcia przesyłki, ponoć jej nie będzie...Co teraz ??
I sądząc po kierunku, ruszyła do kolejnych sąsiadów...
Nim się przekonała, że nikogo nie ma w domu, zamknęłam drzwi...
     Nie było "dzień dobry", "przepraszam", "proszę", "dziękuję", "do widzenia"...
     Tak, jakby nagle te słowa zniknęły z naszego słownika...
Że może trafiłam na ich gorsze dni ??
Nie sądzę...
     Ludzie posiadający kulturę osobistą pamiętają o niej nawet w te najtrudniejsze z dni...
     To byli "poganie"...
     I nie o stare religie mi chodzi, ale o pewnego Pana (od nazwiska), który był właśnie zawsze w takim nastroju (miałam wątpliwą przyjemność z Nim pracować)...Jego osobista kultura zawsze "zostawała" w domu...

P.S. Oczekiwania na WPP dzień piąty...;o)

niedziela, 20 sierpnia 2017

Cywilizowanie chaosu, czyli o drewnotwórczości Ślubnego...

     Ten plan powstał dawno temu...Bardzo dawno...
     Właściwie, kiedy powstawał, to Wrzosowisko nie było jeszcze Wrzosowiskiem...Chociaż decyzja o jego zakupie właśnie zapadła...
     Był szalony rok rocznic i jubileuszy (2014), a my zagościliśmy na urokliwej, chorwackiej ziemi...Malowniczy Pensjonat i ona...
     Skrupulatnie zapisywaliśmy w pamięci wszystkie detale, które nas zauroczyły...
Po dwóch latach rozpoczęliśmy budowanie "czegoś" z niczego...
     Najpierw zamówiliśmy drewno w zaprzyjaźnionym Tartaku (tylko takie, którego wymiar pasuje do "naguska"), potem zamówiliśmy drewno w Tartaku mniej zaprzyjaźnionym (to już większe elementy) i Pan N. przystąpił do pracy twórczej...
     Zagroda dla źrebaków...
No dobra...Nie do końca...
Ale Partenonu z tego też nie będzie...
     Od czegoś jednak trzeba zacząć...


Przymierzanie, docinanie, szlifowanie, skręcanie...
     I blacik wyszedł pierwsza klasa !!
Tyle, że trochę mu do całości brakuje...
Pewnie kolejnego dnia "potu i łez"...
     No to proszę bardzo...


     Coś wam to przypomina ??
Wiem, wiem...Pytanie jest podchwytliwe...;o)
     Ale może kolejny element troszkę rozjaśni...


     Mieszkańcy Naszejwsi pewnie określają to jako "dziwactwa miastowych"...
     Filip ma nam za złe, że barykadujemy się przed jego odwiedzinami...
     A my organizujemy sobie letnią kuchnie i warsztat...
Powoli, bo to czasochłonne zajęcie...
Będzie kolejny stół roboczy, będzie wodne przyłącze...
To właśnie urzekło nas w Chorwacji...
     Letnia kuchnia...
     Miejsce, gdzie można sobie zorganizować pracę w czasie upałów...A nie przeczę...Upały w Orzeszku dają się we znaki..."Piątki" z przodu na termometrze jeszcze nie widziałam, ale 49 już było...Kataklizm !!
     Będzie miejsce na uporządkowanie ogrodowego chaosu, na zmywanie, na przygotowywanie posiłków, no i na prace "twórcze" Pana N. ...
     A gdyby zagościł na Wrzosowisku Ten Najważniejszy, to można Go mieć na oku, bo za plecami jest piaskownica...;o)
     A że cywilizowanie Wrzosowiska ogromnie się nam spodobało, więc kolejny plan czeka na realizację...Postanowiliśmy zadbać odrobinę o nasze wygody...No cóż...Ponoć Człowiek to stworzenie egoistyczne...

P.S.1...Filip i Misiek mają się nieźle...Młody wrócił...Opowiedziałam Filipowi ilu ma Przyjaciół, może nie wszystko zrozumiał, ale wyglądał na przeszczęśliwego...;o)

P.S.2... Oczekiwania na WPP dzień trzeci...:o) 

czwartek, 17 sierpnia 2017

Rozpychające się dobro...

     Stosowano go w medycynie greckiej, arabskiej, czy hinduskiej, w wielu krajach stosowany jest do dzisiaj, jako niezastąpiona przyprawa do sosów i mięs, na równi z szafranem i kurkumą (zawiera barwnik), u nas wraca do łask...
     Już w zeszłym roku zainteresował mnie swoimi niesamowitymi zdolnościami, ale miejscówka jaką mu zaoferowałam okazała się nieodpowiednia...Wyrósł maleńki, skromnie zakwitł i tyle go widzieli...
     W tym roku postawiłam na stanowiska bardziej "cywilizowane"...
Dostał kawałek kwietnika...


     Gdzie rozpycha się bez pardonu i uciska niemiłosiernie maciejkę i kocimiętkę (ta bidulka jest na prawdę biedna)...
     Dostał też "wolny wybieg" w towarzystwie słoneczników...


Przy okazji strzeże warzywniak przed nieproszonymi gośćmi...
     Nagietek...
     Pewnie już rozpoznaliście pomarańczowe łepetynki, które wielu z nas kojarzą się z dzieciństwem...


     Babcia miała w ogródku ?? Kwitły na rabatce ??
     Nie mogło być inaczej, bo nagietek to bardzo "mądra" roślinka, a Babcie swój rozumek mają...
     Kwiaty nagietka zawierają: sterole, karetonoidy, saponiny, flawonoidy, związki śluzowe, kwasy organiczne, sole mineralne (głównie magnez) i witaminę C ...
     Płatki nagietka to samo dobro...
     Okłady działają bakteriobójczo, przeciwzapalnie i grzybobójczo...Przyspieszają gojenie ran i mają zbawienny wpływ na regenerację naskórka...Świetnie wpływają na zmęczone oczy, a nawet stany zapalne spojówek...
Spożywanie płatków nagietka to wsparcie dla wątroby, dróg moczowych, a nawet odporności organizmu...
     Pomijam oczywiście fakt, że pięknie wygląda w ogródku...

P.S. Oczekiwanie na WPP !! :o) 

wtorek, 15 sierpnia 2017

Psi urlop...

     - Jak chcesz to wezmę kilka dni urlopu...- oświadczył Pan N. niespodziewanie...
     Czy chcę ??
     Niespodziewany urlop w sierpniu jest jak Gwiazdka drugi raz w roku !!
Nie skorzystać ??
Grzech !!
Grzech ciężki !!
     No to skorzystaliśmy zaraz po tym, jak została przeanalizowana przez nas prognoza pogody...(Ze zdjęciami satelitarnymi komórek burzowych włącznie)...
     Poranek był piękny...Humorki, jak to na niespodziewanym urlopku, wyśmienite...Wysiadamy z "Naguska" na Wrzosowisku i zonk...
     Burza pierwszej klasy...
     Tyle, że nie na niebiosach pioruny szalały, a za płotem...
     Sąsiad (Młody), ewidentnie "nadużył" i prowadził jednoosobową wojnę z całym Światem...A właściwie, ze skromnym stadkiem kur, jedną kaczką i dwoma psami...
     Wrzaski, wulgaryzmy, kopanie drzwi, rzucanie miskami i wszystkim co mu w ręce wpadło...
To, co wyprawiał, trudne jest do opisania...
     - Pięknie się nam urlop zaczyna...- wydusiłam z siebie...
     Obserwując uważnie sąsiednią posesję (trudno było przewidzieć rozwój wypadków), zajęliśmy się swoimi sprawami...
     Wystraszone stado kur pogdakiwało w chaszczach, spanikowana kaczka wydobywała z siebie kwakanie, jak wówczas kiedy lis porwał jej towarzyszkę (na naszych oczach), psów nie było słychać, i to niepokoiło nas najbardziej...
     Trzyma je w domu ?? Żeby mieć "godnych" przeciwników ??
     A może są zapięte przy budach, żeby łatwiej było w nie trafić rzucanymi przedmiotami ??
     Po kilku godzinach chyba oprzytomniał...
     Wyszedł przed ganek i zaczął skakać na skakance...
Dziwne ??
Nas już chyba niewiele zdziwi w Jego zachowaniu...
     Na moje oko, Jego rozwój intelektualny zatrzymał się na poziomie dziewięciolatka...
     Zaraz potem na Wrzosowisku pojawił się Filip...Płaczący i rozżalony...No i głodny...
     Przy podjeździe miejsce zajął Misiek...Niepewny i wystraszony...
Serducha się nam "kroiły w plasterki"...
     Na drugi dzień Młody oprzytomniał całkiem, a nawet zabrał się do pracy...Coś tam uprzątał...Coś tam podkosił...
     Na trzeci dzień, Młody zniknął...
     Takie "zniknięcia" ma w repertuarze, więc nie zrobiło to na nas wrażenia...Czasem znikał bo szedł popracować w lesie...Czasem znikał na "degustacjach"...
Następnego dnia zapytałam Pana N.:
     - Widziałeś dzisiaj Młodego ??
     - Nie...- odpowiedział Ślubny...
I wtedy mnie tknęło...
     - Słuchaj, a może On pojechał do tej swojej Rodziny ??
To był znany nam "rytuał"...
     W lipcu Rodzinka zjeżdżała się na urodziny Młodego, a w sierpniu Młody znikał na kilka dni, odwiedzając ponoć matkę...
Dotychczas było to normalne...
     Młody wyjeżdżał, a Dziadek zostawał, zajmował się zwierzakami...Siostry Dziadka odwiedzały Go wtedy częściej, przywożąc "wałówkę", Szwagier przyjeżdżał rąbać drzewo i pomagać w cięższych pracach...
     Wyszło na to, że Młody miał ten rytuał tak wpisany w mózgowie, że po prostu zabrał się i pojechał...
     Kury z kaczką błąkały się samopas (czyniąc niezłe spustoszenie na polu ogórków Sąsiada)...Psy po tej karczemnej awanturze przeniosły się z bytowaniem do nas...Filip oficjalnie, jak na rezydenta przystało...Misiek znalazł sobie azyl w leszczynie, z której widział, ale był "niewidzialny"...
     Nasz urlop miał całkiem psi wymiar...

Filip i jego miseczka, z którą spaceruje po Wrzosowisku...
  Tak sytuacja wyglądała po awanturze Młodego...

Filip najbezpieczniej się czuł leżąc na mojej nodze...
Rano budził mnie taki widok...

Radość z jaką byliśmy codziennie rano witani, jest nie do opisania...
A potem było coraz gorzej...

Dwa "nienasze" psy...
No dobra...Przyznam się...
     Od dwóch lat zastanawialiśmy się jak ulżyć Filipowi...To podwórzowy kundelek, który nie wie co to Weterynarz, mycie, dezynfekcja, że o wyczesywaniu nie wspomnę...Pchły mają go na wyłączność...
     W grę nie wchodziło żadne "psinanie", bo jakikolwiek przedmiot w naszych rękach powoduje u Filipa napad paniki...O kąpieli to już całkiem możemy zapomnieć...
W tym roku Pana N. olśniła myśl przednia !!
     Naszykował odpowiednią miksturkę (nie podaję składu, bo kotom jej skład szkodzi, a nie chcę mieć na sumieniu jakiegoś "sierściucha"), a Gordyjka ubrała rękawicę gumową, wylewała sobie na nią ową miksturę i zawzięcie drapała piesa, gdzie tylko pozwolił...(Gordyjce pozwala na wiele)...
Efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania !!
     Po dwóch godzinach od zabiegu, Filip po raz pierwszy od trzech lat zasnął tak, że chrapał !!
Chyba się psisko pierwszy raz w życiu wyspało...
No i są jeszcze dwa skutki uboczne...
     Po pierwsze, Pan N. może drapać Filipa, a nawet jest do tego przymuszany podsuwanym pyszczkiem...(Psisko chyba uznało, że tym drapaniem zabijamy pchły)...
     Po drugie, Filip zasypia natychmiast jak się tylko położy...Wszytko jedno gdzie...


     Najbardziej lubi drzemki pod stolikiem (bo może się przytrafić jakieś drapanko, albo jakiś dobry kąsek), a ta czerwonawa "piaskownica" zyskała kolejne zastosowanie (oprócz moczenia gordyjskich nóg)...Ta piaskownica, to psia miska z wodą...;o)
     Ale i Misiek poczuł się bezpieczniej po kilku dniach...


I wylazł z tej "swojej" leszczyny...
     - Po śmierci Cezarego mieliśmy już nie mieć psa...- wymruczał Pan N. drapiąc Filipa po grzbiecie...
Hmmm...
Właściwie dotrzymaliśmy słowa...
Psa nie mamy...
Teraz każde z nas ma po jednym...
     A co z Młodym ?? - zapytacie...
Nie wiemy...
     Nasz urlop się skończył...Młody nie wrócił...
     Nalaliśmy do "piaskownicy" dodatkowe wiadro wody, żeby psy z pragnienia nie padły (Misiek też się nauczył z niej korzystać)...Cały dzień paśliśmy je na zapas...Przed naszym wyjazdem dostały jeszcze mięsny "bonus"...


     A potem im tłumaczyłam, że muszą jakoś przetrwać te kilka dni...


     Trudno było patrzeć we wsteczne lusterka...
     "Nienaszepsy" siedziały na podjeździe skulone i nieszczęśliwe...Filipowi opadły uszy (ewidentna u niego oznaka rozpaczy)...Gardło miałam ściśnięte...
     Opisuję Wam tę historię i tak sobie myślę...
     Lepiej żeby Młody wrócił ?? Czy lepiej, żeby pozostał tam gdzie jest ??
Sama nie wiem...

P.S. Do WPP pozostało 2 dni...