Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

wtorek, 23 maja 2017

Walcem do Europy...

     Noc mieliśmy kiepską, pewnie fronty niżowe buszowały w okolicy, bo niczym zając pod miedzą budziłam się co kilka minut, a Pan N. wstał "bladym świtem" (a właściwie to nawet przed świtem)...
     - To będzie "ciekawy dzień"...-zauważyłam z sarkazmem...
No cóż...
Nie ma to jak jechać na Wrzosowisko po nieprzespanej nocy...
     Po drodze wstąpiliśmy "do tartaku" i załadowaliśmy "naguska" trocinami, kupiliśmy paliwo do kosy, bo chwaściory upominały się o ścięcie i układaliśmy plan robót...
     Ostatni zakręt...Bażant na spacerze...Bocian na śniadaniu...I...
Ło Matko i Córko !!
     Potężne TIR-y budowlane, spychacz, walec...
Ruch jak w Rzymie, albo na Marszałkowskiej w godzinach szczytu...
     A gdzie nasza cisza, spokój i ptasie chóry ??
Nawet "nie nasze psy" nie bardzo wiedziały jak się zachować...
To się porobiło...
     Nasz koniec Świata wchodzi do Europy...


A może wjeżdża ??
Cokolwiek robi, mamy mieszane uczucia...
     Cywilizacja stanęła na naszym progu, a my nie bardzo chętnie otwieramy jej drzwi...
     Mieszkańcy "Naszejwsi" radośni i podekscytowani...Sołtys dumny, że po kilku latach walki wygrał "z systemem"...A my patrzymy jak metr po metrze znika "święty spokój"...
     Słoneczko przygrzewało delikatnie...Herbatka, jak zawsze na Wrzosowisku, smakowała wybornie...
     - Wiesz, są też dobre strony...- zauważył nieśmiało Pan N.
     - Nie będzie się tak kurzyć ?? - zapytałam, bo w myślach układałam właśnie "listę dobrodziejstw"...
     - To też...Ale wiesz, że my sobie tak siedzimy, herbatkę pijemy, a wartość Wrzosowiska radykalnie rośnie ?? - dokończył Ślubny...
Ha !!
Fakt...
Ale moja wyobraźnia podsuwała mi całkiem inne obrazy...
     Sznur aut pędzący bez opamiętania po równiutkim asfalcie...Tłumy rowerzystów, którzy do tej pory zawracali, bo "koniec drogi"...Pieszych Wędrowców, którzy wstępują bez ograniczeń na okoliczne pola celem "spróbowania" truskawek, czy ogórków "prosto z krzaczka"...
Echhh...
Cywilizacja...

niedziela, 21 maja 2017

"Pajac" jest piękny !!

     To był ostatni, normalny postój...
     Belgijska "granica"...Stacja paliw...Bar szybkiej obsługi...
Miałam w kieszeni ostatnie drobne...
Kupiłam ciastko z budyniem...
I wierzcie, albo nie wierzcie...
     W życiu lepszego ciastka nie jadłam !! Chociaż w kategorii "ciastkarskiej" wybredna jestem...
Było idealne !!
Idealnie delikatne...Idealnie słodkie...Po prostu, ciastko ideał...
Od czternastu lat to ciastko wspominam i szukam jakiejś namiastki...
Nawet najlepsi Cukiernicy wymiękają...
     Takie ciastko zasługuje na Oscara !!
Ale potem było tylko gorzej...
     Pan Wojtek, który w rzeczywistości miał na imię Jacek (zapisałam na samym końcu "sprawozdania" w albumie), spieszył się na pociąg i Kierowcy cisnęli całą noc bez postoju...
Ja wyłam z rozpaczy...
     Wyłam cichutko i starałam się nie szturchać Pana N., bo czekała nas jeszcze podróż do Zaścianka...
     Był nawet moment, że modliłam się, żebyśmy "gumę" złapali, bo ból wszystkiego świdrował mnie na wylot...Głowa przestała myśleć...
Ból...Ból...Ból...
Liczenie mijanych wiatraków...
Ból...Ból...Ból...
     Gdybym wtedy wiedziała, że chodzi o pociąg, to byśmy tego Jacka zabrali po drodze do Krakusowa...Kłopot żaden...
     Ale tego dowiedziałam się wysiadając pod "Pajacem" w Wawce...
Boże Jedyny...
Ależ ten "Pajac" piękny był !!
Stałam i nacieszyć się nim nie mogła, bo przeżyłam ten koszmar...
     A że ponoć Kobieta rodzi się złośliwa, więc kiedy jeden z Kierowców zdradził mi sekret tej szaleńczej jazdy, wysyczałam...
     - Z nami byłby w domu dwie godziny wcześniej...
     I wierzcie na słowo, mina Kierowcy była wspaniałym zadośćuczynieniem...Jakoś mi boleści przeszły...
     Odebraliśmy "Dropsa" z parkingu, zapakowaliśmy bagaże i ruszyliśmy do domu...Ale po drodze zatrzymaliśmy się "na schabowego z kapuchą"...
     Bo czym uczcić szczęśliwy powrót ?? Tylko schabowym...Albo pierogami...;o)
     22 lipca na Wieży Eiffla wybuchł pożar...
Mówili, że to było zwarcie w instalacji anten...
Ja tam wiem swoje...
     Ze wstydu się paliło !! Że się nam ten Paryż średnio podobał...Ot co !! ;o) 

piątek, 19 maja 2017

Wszystkie drogi prowadzą do domu...

     Na samą myśl o drodze powrotnej cierpła mi skóra na...Hmmm...No wiecie...
Prawie doba koszmaru...
Tyle, że tym razem, droga z atrakcjami...
     Wracać mieliśmy przez Brukselę...
A niech tam...
     I jakie wrażenia z politycznej Stolicy Europy ??
Korki, korki, korki...
Gdybym była kierowcą naszego autokaru to by mnie szlaczek nagły trafił...;o)
Nie byłam, a i tak mnie trafiało...
     Była oczywiście wizyta u "siusiającego chłopca", było głaskanie posągu bezdomnego (ma to ponoć przynosić szczęście, więc Władze Miasta nie muszą go czyścić, bo jest wypolerowany), był pokłon oddany Don Kichotowi i oczywiście fotki z wszędobylskimi "krowami"...
Szczególnie jedną mam nietuzinkową...
     Kiedy ja ustawiałam się do zdjęcia, a Pan N. trzymał palec na przycisku, pojawili się dwaj Panowie...


     A że moc neta jest nieogarniona, to może znajdą się właściciele tych sympatycznych twarzy...;o)
     Byli bardzo radośni, a psikus wprawił Ich w wyśmienite humory (nas też)...
     Jako były Kolejarz mam też fotkę na tle Dworca Głównego, bo ogromnie mnie korciło, żeby środek lokomocji zmienić...;o)
     Ale naszym głównym celem było...Wysłać kartkę z Brukseli Dzieciakom...
Ruszyliśmy na "polowanie"...
Skoro w Paryżu się udało ??
     Przy okazji zamierzaliśmy oczywiście, nabyć drogą kupna belgijską czekoladę, w ilościach dostępnych dla naszego budżetu...;o)
     Kiedy minęliśmy Rynek ze znanym Ratuszem, Pan N. oznajmił...
     - Tu jest tak szaro jak w Będzinie...(dla niewtajemniczonych, to Miasto Zagłębia Dąbrowskiego)...
     Samo skojarzenie spowodowało znaczny wzrost naszych endorfin...
To my już prawie w domu !!
Z Będzina to mamy rzut beretem !!
     Znaleźliśmy samoobsługowy sklepik, żeby już szarych komórek nie męczyć i jednym ruchem wybraliśmy kartki i słodycze...
     - Jestem ciekawa, jak my się dogadamy, że znaczek pocztowy chcemy...- wymruczałam do Pana N. "prawieszeptem"...
     - Najlepiej po polsku...- usłyszałam odpowiedź...Sprzedawcy !!
Klękajcie Narody !!
     Po kiego czorta ma się Polak języków uczyć, skoro gdzie się nie ruszy, tam rodzimą gwarę słyszy...
I to prawie Krajan był, bo z Katowic...
     Kartki żeśmy kupili, znaczki żeśmy kupili, a słodycze kazał nam iść kupić do sklepu "na przeciw", bo tam w lepszej cenie mają i więcej sztuk w pudełku...
Gadaliśmy dobry kwadrans, bo Mu się niezła kolejka ustawiła...
Poczłapaliśmy po słodycze...
Zakupy odbyły się prawie bezstresowo...(Trudno było dokonać wyboru, w tym królestwie czekolady)...
     Pozostało wysłać kartki...
Czyli ?? Szukamy poczty, albo skrzynki na listy...
     I tu się okazało, że tygodniowy wysiłek na wzrok nam się rzucił...
Nigdzie nic...
     Godzina zbiórki się zbliża, a my z kartkami w garści błądzimy po "Będzinie"...Tyle, że wiemy gdzie w Będzinie jest poczta...A tutaj "lipa"...
     Postanowiliśmy zasięgnąć języka, czyli zapytać Panią z kiosku...
     Po francusku, nie przeszło...Po angielsku, nie przeszło...Na migi, nie przeszło...Pan N. spróbował rosyjskiego, ale oczy Pani z kiosku zrobiły się przerażająco duże...
     Może Oni listy sami roznoszą ??
     I kiedy nadzieja już nas opuszczała i niczym wieże babel przemawialiśmy wszystkimi dostępnymi nam "narzeczami" jednocześnie, Pani z kiosku oprzytomniała, i ręką wskazała kierunek...
     Staliśmy dosłownie pięć metrów od skrzynki na listy...
     Jakim cudem nie zauważyliśmy jej do tej pory ??
     Bo właśnie tam, pewien jegomość, nieznanej nam narodowości, załatwiał potrzebę fizjologiczną...
     Tłumy Turystów maszerowały obok...Tłumy Przechodniów przelewały się chodnikiem...A Pan sobie "lał na murek"...Ot, kultura...
     Zgrabnie omijając pozostawioną przez Pana kałużę, wrzuciliśmy kartki...
Ufff...
Normalnie, jak w Rambo III - pot i łzy...
     Bruksela pożegnała nas podobnie jak powitała...Korkami...
     Ale tuż przy belgijskiej granicy czekała na mnie niespodziewana niespodzianka...

środa, 17 maja 2017

Vive la France !!

     - Ostrzegam !! - Pan Wojtek przemawiał z powagą...- Spotykamy się w tym miejscu za cztery godziny i ani minuty dłużej !! Spóźnialscy pójdą do Polski piechotą...Proszę zabrać paszporty i zapisać numer do Konsulatu, bo nie żartuję...
     Wiedziałam, że po poprzednim wieczorze sympatia do Uczestników wycieczki znacznie się Panu Wojtkowi skurczyła...
Ruszyliśmy przed siebie...
     Być w Paryżu 14-go lipca to niezły bonus...
     We wszystkich uliczkach stacjonowały paradne oddziały...Pięknie to wyglądało...


     Pierwszy raz w życiu widziałam wtedy czołgi z ochraniaczami do asfaltu...;o)
     Z lekkim przerażeniem zobaczyłam oddział konny, bo wyobraźnia podsunęła mi obraz, ilu Turystów będzie musiało przejść tą uliczką, żeby "usunąć" pozostałości po koniach...A może jednak ktoś to posprząta ??
Nie moja brocha...Mnie już tu nie będzie...
     To moje pożegnanie z Paryżem...
Pięknie mnie żegna...
W pełnej gali...Z orkiestrami...Nawet pan Prezydent macha mi na pożegnanie...
To się postarali...;o)
     Pan N. pomaga mi "zawisnąć" na latarni i widzę wszystko...
     Nad głowami przelatują samoloty i śmigłowce...Zamiast obłoków widać barwy francuskiej flagi...


I tłumy uśmiechniętych Ludzi...
     Kiedy przechodzimy koło "Wojsk Napoleońskich" jeden z koni ma nieodpartą ochotę się ze mną przywitać...Żołnierz mu pozwala, a ja gładzę podsunięty do głaskania łeb...
Biegniemy kupić jeszcze kilka drobnych pamiątek...
A ja nagle dostrzegam stragan z owocami...
     - Zostań i pilnuj Przewodnika !! Muszę zniknąć na moment !! - szepczę do Ślubnego, bo pora zbiórki zbliża się nieubłaganie...
     Ruszam biegiem...Kolejka do straganu jest niewyobrażalna...
     Składam ręce jak do modlitwy i szepczę "pardon"...
     A potem bardzo łamaną francuszczyzną żebrzę o sprzedanie mi dwóch brzoskwiń bez kolejki...
Jakim cudem Sprzedawca mnie zrozumiał ??
Nie mam pojęcia...
     W każdym razie, jak dobiegałam do Pana N. to jeszcze słyszałam "Vive la Pologne"...
Chyba zrobiłam na Francuzach wrażenie...
     Pan N. wyglądał na bardzo zdenerwowanego, mimo, że miałam jeszcze dwie minuty...
     Ale kiedy wsiedliśmy do autokaru i podałam Mu brzoskwinię, a On ją ugryzł...
Hmmm...
     Kiedy je zobaczyłam na rogu tej uliczki, byłam przekonana, że będą właśnie takie...W Polsce takich nie było i nie będzie...Słodziutkie, ociekające sokiem, z cieniusieńką skórką...
Pamiętam je z Węgier...
Francuskie były takie same...
Jakby się ugryzało Słońce...
     I taki niech będzie smak Paryża...

czwartek, 11 maja 2017

Nocne życie Paryża...

     Jednym z punktów programu naszej wycieczki był "Francuski Wieczór"...Oficjalne wyjście do "knajpy" na kolację przy muzyce...
No cóż...
     Kieckę odpowiednią zabrałam, taką co to wystarczy strzepnąć i już wyprasowana, Pan N. wąsa przyczesał i już byliśmy gotowi...
Knajpka dwupoziomowa...
Na parterze bawili się Niemcy...
To znaczy, wszyscy usiłowali ich zabawiać, a Oni łaskawie na to przyzwalali...Atmosfera była raczej jak na stypie...
Nas usadzono w piwnicach...
     Wiadomo...Polak groszem nie śmierdzi, to na sute napiwki nie ma co liczyć...
Podano zupę cebulową...
     No dobra...Zupy cebulowej nie lubię...Taki wyrodek jestem...Ale że wtedy "w gastronomii" pracowałam, więc dla spokoju sumienia łyżkę zamoczyłam...
Hmmm...
     Jakby mi Kucharz takie coś zmajstrował to by chyba rzeczy pozbierać nie zdążył...
     Hitem wieczoru miały być ślimaki z masłem czosnkowym...
     Ślimaki jako dziecko wcinałam, na urodzinach "światowego" Kolegi (to znaczy, Jego Tata był światowy), więc jakieś pojęcie miałam...
To co nam zaserwowano...
No cóż...
Nie mnie dyskutować ze ślimakami...
Bo mnie to one na całkiem martwe nie wyglądały...
     Pan N. z wdzięcznością przyjął darowiznę w postaci zupy cebulowej i ślimaków...Bidulek przez cały pobyt głodny chodził, bo między posiłkami były przerwy dwunastogodzinne, a dokarmiania nie było jak zorganizować (zwijałam pieczywo ze śniadania, ale na dwie gęby to niewiele tego było)...
     Do kolacji podano wino...
     Kto był to wie, że do kolacji podaje się "sikacza" w sporych karafkach, i że płyn ten nie służy bynajmniej do upijania...
     I wtedy właśnie, dowiedziałam się dlaczego Polaków w Świecie nie lubią...A przynajmniej, za co mogą nas nie lubić...
     Wino było bez ograniczeń...
     Pusta karafka - pełna karafka...Takie było zadanie Kelnerów...
     Kiedy my dopijaliśmy pierwszy kieliszek...Pan N. "pod ślimaka", a ja "pod bagietkę", nasi Współtowarzysze zaczęli wylewać ciecze jakie posiadali w plecakach (podlewali kwiatki - nie jestem pewna, czy one sztuczne nie były) i napełniali wszelkie naczynia owym "darmowym sikaczem"...
Kelnerzy wynosili i wnosili karafki z prędkością światła...
     Kiedy usłyszeliśmy szuranie krzeseł na górze, zagościł w piwnicach Akordeonista...
     "Na bezrybiu i rak ryba"...
     Może i groszem nie śmierdzimy, ale po tych kilku karafkach, może się i nam portfele rozmiękczą...
Nieźle grali...
     Pomruczałam sobie kilka znanych piosenek...Pobujałam się na krzesełku...A Kelnerzy dalej śmigali z karafkami...
     Ileż można ??
     Po pół godzinie Pan Akordeonista się zorientował, że co miał zarobić to już zarobił i nie wyciśnie nawet eurocenta...Więc się zmył, jak na prawdziwego Francuza przystało, po angielsku...
My też zwialiśmy...
     Towarzystwo miało już tak w czubie, że przykro było patrzeć i słuchać...
     Nasz Przewodnik siedział na parapecie i czekał...
     - Wychodzicie ?? - zapytał z nadzieją w głosie...
     - My tak, ale tam ma Pan całą zgraję trzeźwych inaczej...- odpowiedziałam...
Minę miał nietęgą...
     A my poszliśmy sobie na wieczorno-nocny spacerek uliczkami Paryża...
Ależ On był teraz uroczy...
     Latarnie mrugały złotym światłem...Dolatywały delikatne dźwięki akordeonu...Bruk odpowiadał echem naszych kroków...Pachniało rosą...
Tak...
Niewątpliwie, w takim Paryżu można się zakochać...
(Tyle, że wtedy trzeba się koniecznie przytulać do Kogoś kogo się kocha...)
     Kiedy po pół godzinie wróciliśmy pod drzwi "knajpki" nasz Przewodnik bezskutecznie usiłował wyciągnąć Towarzystwo z piwnic...
Nie przemawiały już żadne argumenty...
Pili już swoje "zlewane" zapasy...
     - Musimy jechać, bo nam godzin braknie na tachografie !! - wymruczał Pan Wojtek...
Ło Matko i Córko...
     Co ja się wiecznie nad tymi tachografami nasiedziałam, żeby mi się minuty z kilometrami zgodziły !! Aż mi w oczach pociemniało...(Bo się zawodowo i tym zajmowałam)...
     Krew półgóralska zawrzała...
Ale jak zgraję pijusów wyciągnąć z piwnicy ??
Najlepiej po dobrowoli...
     "Zły" mi na ramieniu chichotał...
Zeszłam na dół i wrzasnęłam...
     - Na Pigolaka mamy jechać, a Wy przy pustych flaszkach siedzicie !!
I ruszyli Rodacy z okrzykiem "na Pigolaka"...
     Trochę nam wstyd było maszerować przez ten Paryż, ale cel uświęca środki...
     Sama nastroje podsycałam, żeby się Towarzystwo lekko otrzeźwiło i krok marszowy stosowało, bo się niejednemu prawa noga z lewą myliła...
     Pan Wojtek wyraził mi dozgonna wdzięczność, a Pan Kierowca włączył nagrzewnicę, żeby się Towarzystwo ululało, zanim ogarnie, że kierunek obraliśmy do Pigolaka przeciwny...
     Przez kilka minut słychać było jeszcze pojedyncze, wojownicze okrzyki, a potem w autokarze zapanowała cisza...Prawie cisza...Bractwo "sikacza" pochrapywało...
     A ja żegnałam mój nocny Paryż...
     Kolorowy...Roziskrzony...Tajemniczy...
     To co było w nim najpiękniejsze zabiorę ze sobą...  

wtorek, 9 maja 2017

Paryż do góry nogami...

     Ja jechałam do Paryża dla Luwru...
A Pan N. ??
No cóż...
     Logicznym się wydaje, że Pan N. jechał do Paryża dla mnie...;o)
Ale...
     Było coś, co roziskrzało oczęta mojego Ślubnego bardzo...Bardzo, bardzo !!
Disneyland Paris...
     A skoro On dla mnie ścierpiał podróż, muzealny maraton, a nawet hotelową przeprowadzkę...
Mnie pozostało w rewanżu siąść na kolejkę górską...
Ot, wot...
     A że pierwiastek dziecięcy mamy oboje rozwinięty na poziomie ponadprzeciętnym, więc zaliczyliśmy wszystkie "łódeczki", "huśtaweczki", "ciuchcie"...Byliśmy w "Krainie sierotki Marysi",


 i w "Krainie Alladyna",


 i w "Krainie Piratów"...I zaliczyliśmy wszystkie kolejki górskie...
Ło Matko i Córko...
Do dzisiaj nie wiem jakim cudem...
     Niestety nie mam zdjęcia z Kubusiem Puchatkiem...
Rozważałam...Pragnęłam...Ale nie mam...
Do kolejki wpuszczano Obywateli do 120 cm wzrostu...
     A potem poszliśmy do sklepu, żeby nabyć stosowne pamiątki  dla naszych Nielotów...
Wydaliśmy fortunę !!
31,90...
     Tłumaczył nas jedynie fakt, że przez ostatnich kilka godzin zwisaliśmy głównie głowami w dół...
     Ale to było fajne miejsce...
Głównie dlatego, że mieliśmy luzy...Chodziliśmy gdzie chcieliśmy...Odpoczywaliśmy kiedy chcieliśmy...No i...
Sprzęt w Disneylandzie obsługiwali głównie Polacy...:o)
Kiedy tylko odzywaliśmy się w ojczystym języku, zaraz był dialog...
     - A Wy skąd ??
     - Z Zaścianka...
     - A ja z Krakowa !! Pozdrówcie "Zygmunta" !!
A potem był okrzyk...
     - Jadą nasi !!
I w tłumie pojawiały się machające dłonie...
Fajne to było...
     Nawet Myszka Miki mówiła po polsku, ale Wam nie zacytuję...;o) Bo Ją musiał ktoś bardzo zdenerwować...
     Mimo obaw jakie miałam na samo wspomnienie "Parku rozrywki", wychodziliśmy z niego totalnie wyluzowani, uśmiechnięci i szczęśliwi...
     W autokarze sprawdziliśmy mapę...Byliśmy wszędzie !!


Sama sobie zazdroszczę tamtej kondycji...;o)

sobota, 6 maja 2017

Pamięci nie da się wymusić...

     Kiedy półtora roku temu naszym Krajem wstrząsały niezmierne emocje, a Ci co oderwani zostali od "koryta" nijak nie mogli pojąć przyczyny (do dzisiaj jej nie pojmują), starałam się studzić emocje...
     Po kiego "czorta" emocjonować się czymś, co w założeniu i tak nie ma sensu ??
     Przez prawie trzydzieści lat manipulowano nami, wszystkimi znanymi metodami...
     I ze stoickim wręcz spokojem, czekałam...
     No może nie całkiem ze stoickim spokojem, bo jak słyszałam brednie na temat "świetnych czasów pod rządami PO" to mi się krew półgóralska burzyła...
     "Świetność" owych rządów stawiam na półce razem z "kulturą stanu wojennego"...
Takie same bzdury...
     Skoro jednak, nasza rodzima demokracja polega na tym, że decydują Ci, którzy do urn nie idą...
C`est la vie...
Niech się "prawica" wykaże...
     Pan Prezydent jakoś z gruntu mi w "oko nie wpadł", bo widać nie w moim typie jest...Ale jak już pewnie niektórzy zauważyli, mnie w "prezydenckie gusta" trudno trafić...
     Nieodmiennie uważam, że jak do tej pory, najlepszym "Prezydentem" była Pani Jola Kwaśniewska...
Nie dość, że przeholowała przez dwie kadencje Męża, to i Narodowi wielkiej krzywdy nie było...
Ale to moje osobiste zdanie...
     Co do "rządów" już takiego szczęścia Rzeczpospolita nie miała...
     Albo "teatrzyk kukiełkowy" w rodzaju "nu pagadi", albo z tej drugiej strony...Ale żadnej bajki nie znam...
     W każdym razie, teraz miało być po polsku...
A niech tam...
Wiadomo, że "nowa miotła" zaczyna po swojemu...
     Ogłoszono program 500+...
     Krytykować nie będę, bo wiadomo jak wygląda (albo nie wygląda) nasza demografia...
Na łeb i szyję spadamy w przepaść...
Nie przemawiają do mnie argumenty, że Rodzice nie do końca wydają pieniądze w słusznej sprawie...Większość (przynajmniej w Zaścianku), nieźle sobie z tym radzi, a ilość "pogłowia" wzrosła...
Czy, zadziałało...
     Hasła, że Kobiety rezygnują z pracy dla owych pięciu stówek jest durnowata...
     Skoro jedna z "Ministrek" oświadczyła publicznie, że za sześć tysięcy to tylko złodziej pracuje, więc teoretycznie mają rację...Po kiego pracować za tysiaka, skoro za "nie pracowanie" pięćset wpadnie ?? A od złodziei nie zwyzywają...
Żeby te sześć koła ogarnąć z zasiłku, to by trzeba było abonament na bociana mieć...
     Potem zwrócono nam wiek emerytalny...
Ha!!
To dopiero zagwozdka ekonomiczna...
     Kształcić Młodzież, żeby siedziała na bezrobociu, albo pracowała na zmywaku w UE i jednocześnie podnosić wiek emerytalny...
     To może Ich wcale nie kształćmy !! Kasa z edukacji w budżecie zostanie...Na zmywak fakultety nie są potrzebne...
Tego się rozumem ogarnąć nie da...
     Ale mój "stoicki spokój" wiedział, że wcześniej, czy później, Władza rezon odzyska i zacznie się zachowywać tak, jak każda poprzednia...
     Zacznie się obsadzanie stołków "swojakami", bez względu na wiedzę i umiejętności...
     Że "Smoleńskie Wieczory" pod Pałacem nabiorą rozpędu...Że Pan M., skrzętnie ukrywany przez całą kampanię, wypełznie na powierzchnię i zacznie "kąsać"...Że prawdziwą władzę posiadać będzie jedynie Pan K. ...Że...
Ło Matko i Córko...
     Pomniki "Smoleńskie" powinny powstać w każdym Mieście ??
Szybko to poszło...
     Nie przeczę, że PO dało "pupy" na całej linii oddając śledztwo Rosjanom, nie przeczę, że ilość kłamstw jakimi raczyli nas Pani K. i Pan T. jest przytłaczająca, ale...
     Pomniki w każdym Mieście ??
Już to kiedyś przerabialiśmy...
Historia kółeczko zatoczyła...
     Jaki koniec wróżę tym "pomnikom" ??
Ot, wot...
Wymyślać nie muszę...
Ale o opamiętanie proszę...
     Strata Bliskich, to wielka strata...Czasem latami trudno się z nią pogodzić...
Wymuszać pamięć ??
No cóż...
     Jeśli ta "wymuszona pamięć" ma trwać cztery lata ??
Dłuższa nie będzie, jeśli się nie opamiętają...
     Można "nagiąć" wyobraźnię do życia, ale życia do wyobraźni "nagiąć" się nie da...Żyłam...Widziałam...
     Historia może zatoczyć koło, ale nie da się jej napisać od nowa...
     Kilka lat temu dałam słowo, że mimo ogromnej miłości do Wawelu, nie pójdę tam, dokąd nasze Wnuki nie urosną...Wtedy je zabiorę na wycieczkę "przez wieki"...Oprowadzę po kryptach...Opowiem o Bohaterach, o Wieszczach, o Wodzach...O Jadwidze, Jagielle, Zygmuncie Starym, Sobieskim...Może zacytuję Mickiewicza, Słowackiego, albo Norwida...Wspomnę Poniatowskiego, Kościuszkę, Sikorskiego...Dam bukiecik Marszałkowi...
I wystarczy...
Słowa dotrzymuję...


9 września 2011 roku powstała taka rymcioklepka:

Ku pamięci.

Przy tablicy „ku pamięci”
Nikt z reguły się nie kręci,
Nikt nie czyta liter wzniosłych
Od jesieni aż do wiosny.
Nikt nie składa tam wiązanek
Czy to wieczór czy poranek.
Wisi sobie i zachwyca
„ku pamięci” ta tablica...
Kto ją wzniósł już nikt nie pomny,
Pomysł to z reguły płonny
I niczemu nie służący
Taki „wytwór” niszczejący
Brak idei, brak przesłania,
Poza jedną funkcją…stania.
Ktoś tablicę tą wystawił,
Proboszcz ją pobłogosławił,
Przemówiono nad nią dumnie,
Straż trzymano jak przy trumnie.
Jednak pamięć nie zanika…

Teraz na nią piesek sika…

czwartek, 4 maja 2017

Galopem przez Paryż, czyli co komu pachnie...

     Luwr tłukł mi się po głowie nieprzerwanie...A oni ( to znaczy Organizatorzy) zabrali mnie na wycieczkę do...Muzeum Perfum !!
Ło Matko i Córko !!
Prawie czterdziestostopniowy upał i perfumy...
     Poczułam się jak w XVII wieku, kiedy to zamiast wody i mydła używano pachnideł...
Orzesz...(ko)...
Wytrzymałam 10 minut...To znaczy tyle, ile trwała trasa "techniczna"...
     - Jak Cię proszę...Chodźmy stąd !! - wyszeptałam konspiracyjnie do Pana N.
Wymruczał coś jakby...
     - Dzięki Ci Boże za rozsądną Żonę...
Ale mogę się mylić...;o)
Słodkawy smrodek pachnideł zwiał razem z nami...
     Woniałam chyba ze cztery godziny, mimo, że nie dałam się spryskać żadnym specyfikiem...
Przy autokarze stała gromada samotnych Panów i ja...
     Po godzinie Panie zaczęły opuszczać "śmierdzący" przybytek...Każda dzierżyła w dłoniach przynajmniej jeden flakonik "cudności"...
     - Może też sobie kupisz ?? - zapytał mnie Ślubny...
     - A chcesz obudzić potwora ?? - zapytałam, stosując spopielające spojrzenie...
     Z wdzięcznością przyjęłam fakt, że Pan Kierowca wzmógł działanie klimatyzacji i udawało mi się oddychać tlenem, a nie wyziewami z fiołków i róż (testerki były w gratisie, więc każda z Pań pachniała wszystkimi "woniami")...
     W ramach wietrzenia, Pan Wojtek zabrał nas na Wieżę Eiffla...
I tutaj ponownie poznaliśmy walory "Dobrego Przewodnika"...
Kolejka do wind była na jakieś cztery godziny czekania...
     W pierwszej chwili żałowałam, że mamy jechać windą, bo Panie jeszcze nie całkiem "wywietrzały", ale Przewodnik mnie uspokoił, że nawet na bezdechu dam radę...Po czym zniknął !!
Jak można zgubić ponad dwumetrowego Przewodnika ??
Można !!
     I ręczę Wam słowem, że jeśli się sam nie odnajdzie, to może w tym "zgubieniu" trwać wieki...
     Pan Wojtek odnalazł się po kilku minutach...
Przeliczył nas skrupulatnie, po czym oświadczył...
     - Zwartą grupą do przodu !!
I tyle nas w ogonku widzieli...
     Okazało się, że jedną z wind obsługuje, kto ?? Wiadomo !! Rodak !!
     A Pan Wojtek, przez czysty przypadeczek ma do niego numer komórki...
Wieży nie ma co opisywać...Jaka jest, każdy wie...
Kupa żelastwa...
Aż dziwne, że jej jeszcze od dołu złomiarze nie napoczęli...
U nas by już pewnie same drewniane podesty zostały...;o)
     Widok jak to widok...
     Paryż jak to Paryż...
Ale złażenie z Wieży ??
     Cud malina, lepszych ni ma !!
     Ależ mieliśmy frajdę ścigając się z windami !!
     Na dole to mieliśmy nieodpartą ochotę wbiec na górę, ale nas Pan Wojtek przystopował...
Obiecał mi Moulin Rouge i Łuk Triumfalny...
Korupcja zadziałała...
     Kiedy jednak Przewodnik spuścił nas z oka...
Ruszyliśmy galopem przed siebie !!
W końcu byliśmy mistrzami sprintu w szkole...;o)
     Upał prawie czterdzieści stopni...Droga pod górę...Tłum jak w niedzielę po sumie...A my gnamy trzymając się za ręce...
Dokąd ??
Do "aniołów" !!
Nie możemy być "w środku", to chociaż z daleka ...
     Stary gmach Francuskiej Opery Narodowej...I jej "anioły"...


     Pan N. zrobił mi to zdjęcie prawie leżąc na środku skrzyżowania (ku uciesze Francuzów)...Strasznie wysoko te "anioły" usiadły...;o)
     Byliśmy umęczeni, spoceni i niezmiernie szczęśliwi...
I zdążyliśmy dwie minuty przed czasem wrócić do autokaru !!
     Ten fragment Paryża bardzo mi się podobał...;o)
A potem był wieczorny rejs po Sekwanie...
     Nawet mnie bardzo nie muliło, bo Pan N. wynalazł dla nas cudne miejsce "na powietrzu"...
     Nie dość, że wszystko widziałam, to jeszcze lekki wiaterek poczułam w żaglach...Tfu, tfu, tfu...We włosach...A nawet założyłam płócienną koszulę z długimi rękawami !!
Co prawda, obsługa chciała nas eksmitować kilkukrotnie, ale udawaliśmy ślepych i głuchych na wszystkie "gwary" Świata...
No dobra...
     Paryż wieczorem jest piękny...
Bozia by mnie pokarała, jakbym powiedziała, że nie... 

wtorek, 2 maja 2017

Luwr...Ostrze i kielich...

"Pod starą Roslin Święty Graal czeka.
Zdobny największych mistrzów dziełami.
Ostrze i kielich pilnują wieka.
Nad nim niebo usiane gwiazdami."

     Kiedy przekraczałam progi Luwru "Kod Leonarda da Vinci" nie był jeszcze wydany w Polsce, chociaż w Stanach był numerem 1 od kilku miesięcy...
Ale i bez tej książki, Luwr zrobił na mnie kolosalne wrażenie...
Rzut oka na stojącą Nike, i przestałam istnieć...
Chłonęłam...
     To co przeżyłam przez te kilka godzin, przenosząc się "z epoki do epoki" nie byłam w stanie opisać słowami...Dzisiaj też nie jestem w stanie...
Cóż Luwr ??
     Zbiorowisko dzieł sztuki zrabowanych przez wieki wszystkim Narodom Świata...
Od starożytnych sarkofagów począwszy, a na współczesnych "płótnach" skończywszy...
Ale Luwr...
Tak...
     To jedyne miejsce w Paryżu, do którego wróciłabym bez zastanowienia...To miejsce, gdzie mogłabym spędzić "tydzień w Paryżu" o chlebie i wodzie...To miejsce, gdzie mogłabym po prostu siedzieć i patrzeć...
     Nie, nie wgapiałam się w podobiznę "Panny Lizy"...Powiem więcej...Zerknęłam na tłumy zafascynowanych Azjatów i pokiwałam głową z politowaniem...
     Tyle piękna mają wokół i nie zauważają...
Płótno przy płótnie...Rama przy ramie...
     Poczułam tak niewyobrażalne szczęście, że wstrzymałam oddech...
Dlaczego tak polubiłam książkę Pana Browna ??
     Bo za każdym razem odczuwam mały okruch tego szczęścia...
     Oglądam film i czuję zapach pasty do podłóg, słyszę szmer rozmów, echo stawianych kroków, widzę rozświetlone kandelabry...
Za każdym razem jestem w Luwrze...
Nawet bez swoich podziemnych tajemnic jest wspaniały...
     I to właśnie dzięki Luwrowi, "mój" Paryż stał się piękny...

niedziela, 30 kwietnia 2017

Przed świętowaniem...

     Kolejny wyjazd stał pod znakiem zapytania...A właściwie pod znakiem jednego pytania...Leje, czy nie leje ??
Echhh...
     Nieźle sobie z nami ten kwiecień poczynał...
     Sadownicy już na alarm biją, że czereśnie będą w tym roku rarytasem (nasze też okup zapłaciły i piękne kwiecie opadło bez zapylenia)...
     Rolnicy z troską wypisaną na twarzach monitorują swoje zagony i trudno Im pałać optymizmem...
A my ponownie westchnęliśmy z ulgą...
     "Jak to dobrze, że Wrzosowisko nie jest naszym źródłem utrzymania"...
     Ale jest pępkiem naszego Świata...;o)
     No to skończyło się na tym, że mimo mało optymistycznych prognoz, pocięliśmy na północ...
Na pohybel !!
     Pan N. postanowił kończyć to...


     Nie podjęliście wyzwania, czym może być owa dziura w powłoce Matki Ziemi, więc wyjaśniam...
     Każdy "pępek" ma swój pępek, więc...


     To jest piaskownica !!
:o)
Dla Księciunia, rzecz jasna...
     A że tym razem droga na Wrzosowisko lekko nam się "wygła", więc front robót znowu się znowelizował...
     Najpierw ustawiliśmy to...


     Troszkę mało widoczne te kwietniczki, ale niestety musimy jeszcze zabezpieczać wszystko przed kurami Sąsiada...
     Za to, ten kwietniczek jest bezpieczny...


Za zabezpieczenie wystarczyły bambusowe tyczki...
     I trzymamy kciuki, żeby posiane roślinki wyrosły zdrowo i obficie (kocimiętka, maciejka, nagietek i groszki)...
A potem...
No cóż...
     Przed nami taki natłok Świąt różnorakich, że bez śladu pozostać to na Wrzosowisku nie mogło...
     Wlazła baba na drabinę (choć to niepolityczne), na dachu chwilkę posiedziała (wyjątkowo bez widowni) i mamy...


     Orzeszek w barwach narodowych...
     Niestety, wiatr nie chciał z nami współpracować w czasie sesji zdjęciowej, i lekko nam flaga "oklapła"...Ale przy wietrze prezentuje się pięknie...Słowo !!
     Pan N. wysprzątał jeszcze ścieżkę, żeby "dla oka" było przyzwoicie...


I trzeba się zbierać do domeczku...
     Hola hola !!
     A my ??


No tak...
     Bez dobrowolnej darowizny nie godzi się opuszczać przyjaciół...
     Szczególnie tak wiernych...


Wiecie, że one tak cały dzień ??
     Przybiegają z radosnym powitaniem zanim Pan N. zgasi silnik, a potem tak siedzą i czekają...Wystarczy, że sobie przysiądziemy na ławeczce i już siedzą koło nas...Nawet jak się bawią, to zerkają czy patrzymy...
     Misiek dalej nieufny (chociaż postępy w okazywaniu serdeczności robi niebywałe), a Filip...Filip jest po prostu niesamowity !!
     Teraz nauczył się dopominania o pieszczoty, i wcale nie ma skrupułów, żeby się tą umiejętnością popisywać...
     Może w tym roku spróbujemy zabawy z piłką ??
Hmmm...
Zobaczymy...;o)

piątek, 28 kwietnia 2017

Prawdziwa, totalna głupawka...

Tadammmm !!
     Pierwsze w tym roku fanfary !!
Bo pierwsze w tym roku "przegięcie"...
     To fanfary "ku głupocie", albo "głupawce", która mnie na Wrzosowisku dopada i powoduje, że po kilku (czy kilkunastu) godzinach wsiadam do "naguska" bez sił...
     Głupawka totalna !!
Tłumaczyć mnie może jedynie...
Hmmm...
No dobra...
Na "głupawkę" wytłumaczenia nie ma...
     Ale od początku...
Plan mieliśmy rozsądny...
     1. Jedziemy po wióry.
     2. Rozglądamy się za obrzeżami.
     3. Zwiedzamy pobliską betoniarnię.
     4. Rozpoczynamy pracę.
     Pan N. miał skończyć "podłogę" w warsztacie i ewentualnie rozpocząć kolejne wykopy.
     Ja miałam zabezpieczyć lawendę wiórami i kontynuować pielenie truskawek.
Uwieńczeniem miała być "kwietniówka", czyli grill...
Chichichi...
Zaśmiał się Dobry Bóg...
     I tyle z naszych planów było...
     W tartaku się okazało, że właśnie przygotowano nasze zamówienie...
4 belki, 20 słupków i 50 półwałków...
     A że czekaliśmy na owe produkty ponad trzy tygodnie ( i już nadzieja w nas umierała), to rachuneczek uregulowaliśmy natychmiast i przystąpiliśmy do pakowania towaru w "naguska"...
We dwójkę !! Żeby niedomówień nie było...
     Nadzieja nabrała ochoty do życia i przysiadła dyskretnie w kącie bagażnika (jedynym wolnym)...
     Żeby się Wam wyobraźnia od wysiłku nie zatarła dodam, że od miesiąca nie posiadamy w "nagusku" tylnej kanapy...
     Po załadunku, kiedy ostatnie krople potu już nam na pupy spłynęła, Pan N. zauważył...
     - To się nam wióry już nie zmieszczą !!
Punkt pierwszy mojego planu zległ bladym trupem pod stertą drewna...
     Za obrzeżami rozglądaliśmy się bez przekonania, bo wiadomo było, że już nawet jednej sztuki nie wciśniemy, w betoniarni umarł pomysł na blaty w warsztacie z "przelotek kolejowych", bo nigdzie w okolicy ich nie produkują, a miało być tanio i praktycznie...
Pozostało zabrać się do pracy...
     - Trzeba by to drzewo do "Orzeszka" zapakować, bo w sadzie nie wyschnie i nijak tego nie obrobię...- zauważył nieśmiało Ślubny...
Sugestia wydawała mi się słuszna w założeniu...
No to się moje pielenie truskawek poszło bujać...
     Żeby złożyć drzewo w "Orzeszku", trzeba było zrobić miejsce, a skoro ma się robić miejsce, to można przy okazji przygotować domek do ewentualnego, wiosennego bytowania...Bo po kiego robić dwa razy tą samą robotę ??
     - To Ty sobie "dziabaj" tą podłogę w warsztacie, a ja zacznę ogarniać orzeszkową rzeczywistość...
     Po dwóch godzinach miejsce na drzewo było przygotowane, a Pan N. skończył "podłogę...
     - Może mi się uda dzisiaj te "wykopki" zrobić...-marzył na głos Ślubny...
     - To sobie kop, przecież drewno omiotę...Robota żadna...- "pobłogosławiłam" mężowskie zapędy...
     No to wypakowaliśmy "naguska" sterty żeśmy przygotowali, przy omiataniu belek Pan N. mi pomógł, bo każda ważyła niewiele mniej niż ja...I zaczęłam "omiatanie" indywidualne reszty drewnianego dobytku...
Robota żadna...
Po godzinie stertka była równiutko poukładana, a ja postanowiłam kontynuować porządki...
Część narzędziowa "Orzeszka" nabierała cywilizowanego wyglądu...
     - Kwietniówki to sobie dzisiaj nie zrobimy...- zauważył Pan N. spoglądając smętnie na szarzyznę burzowych chmur...
     - Nie ma opcji...- potwierdziłam...- Grilla by nam porwało...
No to zjedliśmy posiłek mniej plenerowy...
I wróciliśmy do pracy...
     Pan N. dalej kopał...
     A ja dalej sprzątałam "Orzeszka"...
     Trochę mi się już kolanka uginały, ale zrzuciłam to na burzową zmianę ciśnienia...W biodrach łupało, ale przecież od takiej ilości przysiadów łupać powinno...
     Pan N. zawołał mnie na podziwianie...

  
Pięknie Mu to wyszło !!
     Podłoga równiusieńka, a i dołek niczego sobie...Ciekawe, czy skojarzycie, co to może być...;o)
     Ja się pochwalić nie miałam czym, bo wiosennych porządków nie zakończyłam...
No chyba, że tym...


     Dzień wcześniej pieliłam "kwietniki" i mnie taki pomysł "naszedł" na stanowisko dla róży okrywowej...Róża maleńka, to i stanowisko jeszcze w rozmiarach mini, ale z możliwościami...
     Troszkę kolorków już w ogródku jest...


     Wracajmy do głupawki...
     Na drugi dzień Pan N. pojechał do pracy...
     Nie wiem jak tego dokonał, bo ja do łazienki ledwie doczłapałam...
Bolało mnie wszystko...
     Kawusię sobie zrobiłam, kompa odpaliłam, zdążyłam wrzucić dwa komentarze do blogów i taki "lot" zaliczyłam, że cudem na krześle usiedziałam...
Przy drugim postanowiłam się spoziomować...
     Coś jest na rzeczy...
     No to "rzutem na taśmę" poczłapałam po kropelki i wodę...Komórkę położyłam w zasięgu ręki...Mierzę ciśnienie...
70/50
Ło Matko i Córko !!
To już prawie jak zanik czynności życiowych !!
Zaliczam "lot" za "lotem"...
     Wlewam kropelki "na oko", bo przed oczami wiruje rój czarnych maziajów...I koncentrując się bardzo (bardzo!!) wysyłam sms-ka do Ślubnego...
     "Długo jeszcze ?" (Pan N. jest na szkoleniu, więc godzina powrotu jest mi nieznana.)
     Sms-ek jest podstępny !!
Na działanie kropli potrzebuję godziny...
     Leżę sobie...Na jednej ręce aparat do ciśnienia...W drugiej komórka, jakby "pukawka" zaczęła szwankować to trzeba SOS wysłać...W uszach stetoskop...
I czekam na buczenie "neonówek"...
     To taki dźwięk, który od zawsze towarzyszy moim omdleniom...Jak się zaczynają i jak się kończą...
A potem jest mi katastrofalnie zimno...
Czekam...
     Pan N. przyjeżdża w momencie kiedy zaczyna mnie trząść "febra"...
     Ale to już jestem "na chodzie"...;o)
Nawet obiadek zmajstrowałam...Ledwie, bo ledwie...Ale coś jeść musimy...
     Założenie, że Pan N. jest w podobnej formie było słuszne...
Leżymy sobie poobiednio na kanapach...
     - Ludziom to z reguły potrzebny jest dozór, żeby pracowali uczciwie...- zauważam...
     - No...- przyświadcza Ślubny, żeby mi wątku nie zakłócać...
     - Nam to by się przydał taki dozór, żeby nas pilnował od pracowania...- kończę myśl...
     Wybuchamy śmiechem, chociaż nawet na śmiech siły mamy znikome...
I to jest prawdziwa, totalna głupawka !!

środa, 26 kwietnia 2017

Wersalu nie będzie...

Hmmm...
     Tak onegdaj powiedział jeden z naszych Posłów...Świeć Panie nad Jego duszą...Bo może nie jedno miał na sumieniu, ale prawdę walił prosto w oczy, a łgać nie umiał...
     Wersal jednak będzie...
     No bo po co jechać do Paryża, jeśli się w królewskiej rezydencji nie zagości ??
Niepolityczne by to z naszej strony było...
No to jazda !!
     Czy ja Wam już wspomniałam, że lipiec 2003 roku został ogłoszony najgorętszym od stu lat ?? Nie ?? No to wspominam...
     Termometry łaskawie z rozpędu mijały kreskę 30, i dobijały do 40...W cieniu było 36...
Ekstra temperatury na zwiedzanie...
     Logicznym się więc wydaje, że pokochałam nasz autokar...A wielką sympatią darzyłam Kierowców. którzy włączali klimatyzację przed naszym przybyciem...
Opatentowaliśmy z Panem N. pewien wynalazek...
Na zwiedzanie braliśmy małe butelki wody (wtedy jeszcze butelka z wodą nie była śmiercionośnym narzędziem terrorystycznym), a w kieszeniach siedzeń pozostawialiśmy zapasy płynne, które się podczas naszej nieobecności chłodziły...
Przemówił przez nas "geniusz" !!
Po dwóch dniach nasz autokar wyglądał jak "cysterna"...W każdej kieszeni leżakowały 2-3 spore butle...Że też nie opatentowaliśmy tego na czas...
     Ale wracajmy do Wersalu...
     Tłum oczekujący przed wejściem lekko ochłodził panujący upał...
"Patelnia" podjazdu...Około siedmiu autokarów...Zwiedzanie "gęsiego"...
     Może lepiej ten Wersal zwiedzać zewnętrznie ??
Nie doceniłam Pana Wojtka...
     Okazało się, że jednym z Przewodników (licencjonowanych) na wersalskich salonach jest Polak, a na dodatek serdeczny Druh Pana Wojtka...
Jeden i Drugi świetnie znali panujące tutaj obyczaje i poinformowali...
     - Jeśli chcecie zwiedzić całość, to czekamy w ogonku 4,5 godziny, jeśli ominiemy dwa korytarze, to wchodzimy natychmiast...
Ło Matko i Córko !!
Wersal spod lady !!
     I gęsiego, jak jacyś przemytnicy, śmignęliśmy koło oczekujących Niemców, Czechów i Azjatów, do bocznych drzwi, które uchylił konspiracyjnie nasz nowy Opiekun...
     - Wierzcie mi na słowo, że w tamtych dwóch korytarzach nie ma nic innego, niż zobaczycie tutaj...- zapewniał...- A jeśli przygotowujecie się na widoki zbliżone do Wawelu, Zamku Królewskiego, albo chociaż Pieskowej Skały, to się zresetujcie...Aż jestem ciekaw Waszych min...
Fakt...
To była "mina"...
     Jedyną przestrzenią, którą można nazwać "królewską", jest Sala Lustrzana...Okna (na park), lustra i kryształowe żyrandole...Piękna przestrzeń...
     W 2003 roku można ją było wynająć po promocyjnej cenie...100 000 eurkoków...
     - To niewiele nam brakuje...- wyszeptał mi do ucha Pan N.
     - Nooo...99 950 , bo nie wiem czy bilon przyjmują...- odszeptałam...I ryknęliśmy śmiechem, chociaż atmosfera była raczej "lustrzana"...
     A potem były wąziutkie korytarze...Całe kilometry wąziutkich korytarzy...Setki komnat...Jedna podobna do drugiej...
Szczerze Wam wyznam...
     Administratora - Konserwatora - Kustosza Wersalu, to ja bym za j*j* powiesiła na latarni...Jeśli takowe posiada...
     Mam historycznego "fioła", po różnych zabytkowych przybytkach się plątałam, ale w życiu nie widziałam tak spartaczonych ekspozycji...Jakby specjalnie chciał Turystów zniechęcić...
     Jedyną Osobą, która się po skończonym zwiedzaniu uśmiechała, był nasz Przewodnik (ten wersalski)...
     - Duch w Narodzie nie ginie !! - radośnie oświadczył i wyznał...- Ja to muszę oglądać po kilka razy dziennie...
     W ramach wdzięczności i zrozumienia, złożyliśmy Mu zbiorowe kondolencje...A pewna Psorka z Polibudy Warszawskiej zaoferowała pomoc w znalezieniu pracy w Wilanowie...
Czy ten Paryż oczadział, żeby mnie tak dołować ??
Gdzie te moje doznania estetyczne ?? Gdzie kołatanie serducha z uniesień ??
Póki co, wracamy do autokaru napić się idealnie zimnej wody !!