Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

środa, 12 czerwca 2019

Wszystko jest cacy...

     Ja wiem, że większości moich Czytaczy ta rozrywka jest obca ( co świadczy o niewątpliwej inteligencji Osób tu zaglądających), ale doszłam ostatnio do bardzo odkrywczych wniosków...
     Powszechnie wiadomo, że nasza Służba Zdrowia (czytaj: "chora służba") jest mało wydolna (delikatnie mówiąc) i od przynajmniej trzydziestu lat boryka się z systemowymi trudnościami...
     NFZ (czyli, kolejny twór do wyprowadzania pieniędzy), ogłasza co kilka lat jakieś odkrywcze rozwiązanie, ale "kołderka jest za krótka", czyli z "próżnego i Salomon nie naleje"...
     I kiedy pewnego dnia wgapiałam się tępo w TV, przesuwając w palcach kordonek (bo właśnie mnie dopadła wena twórcza), olśniła mnie myśl tak prosta, jak "konstrukcja druta"...
To się dzieje !!
Znaleźli rozwiązanie !!
Bez fanfar i ogłaszania kolejnej reformy...Bez błysku fleszy i wywiadów...
     Znaleźli rozwiązanie na nasze problemy zdrowotne (a przynajmniej na ich część), skrócili kolejki do specjalistów i...To wszytko bez nakładów finansowych...Mało, że bez...Wszystko w cenie abonamentu...;o)
Jak to działa ??
     Na apatię, depresję, stany lękowe, a nawet autyzm, zalecałabym oglądanie wiadomości na TVP !!
     Takiego ładunku pozytywnej energii nie przyniesie Wam żaden specjalista, żadna terapia...Wszystko jest tak piękne, tak malownicze, tak radosne, że żadna depresja tego nie wytrzyma...
     W celach prozdrowotnych powtarzają najbardziej optymistyczne informacje po kilka razy, dla utrwalenia...
Terapię można stosować od bladego świtu, aż po ciemną noc, więc nie ma potrzeby dopasowywania terminów...
     A że zdrowie psychiczne w Narodzie ma się ostatnio coraz gorzej, to dla równowagi znaleziono również rozwiązanie dla Osób z przeciwnego "bieguna"...
     Na nadmierne stany euforyczne, nadpobudliwość, a nawet ADHD zalecałabym oglądanie informacji na TVN !!
     Dawka złych wieści, dramatycznych wydarzeń i przysłowiowej "czarnej du.." jest tak porażająca, że każdego "nerwusa" sprowadzą na ziemię...
     Mechanizm przekazów jest właściwie prosty...To taka "kocia technika"...
     Jeśli na TVP pokazane jest coś, co można uznać za sukces, TVN bierze tego samego newsa i odwraca "kota ogonem"...
     Przekop mierzei: TVP - sukces logistyczny; TVN - katastrofa ekologiczna.
     500+: TVP - przyrost naturalny i więcej pieniędzy w obiegu; TVN - brak rąk do pracy i przekupstwo polityczne.
     Marsze prorodzinne: TVP - obrona wartości rodzinnych; TVN - atak narodowców.
Można wyliczać w nieskończoność, bo w Kraju wiele się dzieje...
     "Normalnych" (jeśli tacy jeszcze przetrwali) będzie ta retoryka mierziła, ale...
     No cóż...Ta terapia nie jest dla "Normalnych"...
     System ten jest o tyle uniwersalny, że jeśli nawet przesadzi się z terapią "optymistyczną" na TVP, to można w kilka sekund przełączyć się na TVN, bez konieczności rezerwowania terminów...
I to wszystko w cenie abonamentu !!
     Zapytacie co z Polsatem ??
     Na Polsacie idą w tym czasie reklamy...;o)
     Tam z reguły idą reklamy...Można by nawet powiedzieć, że to takie reklamowe "perpetuum mobile"...
Ale i to, po dłuższym zastanowieniu, można uznać za terapeutyczne...
     Polsat ćwiczy w Widzach, dawno zapomnianą cnotę, cnotę cierpliwości...;o)
     Nadawcy przejęli ciężki trud terapeutyczny...Właściwie "po angielsku"...
     NFZ odetchnął z ulgą, bo spory problem zszedł był mu z głowy...
     Kolejki w przychodniach zdrowia psychicznego się co prawda nie zmniejszyły, ale pacjentów nie przybywa w zastraszającym tempie...
     Czyli, że TVP ma rację ??
Wszystko jest cacy ??

sobota, 8 czerwca 2019

O tym, jak Księciunio stracił taczkę...

     Od marca Księciunio cierpi...
     Zeszłoroczna, przychylna aura sprawiła, że Księciunio już od marca oczekiwał "otwarcia sezonu" na Wrzosowisku...
Nie pomogły smutne spojrzenia...
Nie pomogło nieśmiało szeptane:
     - Wyprawy dawno nie było Babciu...
Echhh...
     Planowana na kwiecień "ekspedycja płotowa" też skończyła się fiaskiem...
Księciunio rozchorował się kilka dni przed planowanym terminem...
I sama nie wiem, czy bardziej cierpiał przez chorobę, czy przez fakt, że nie może jechać...
     Nawet "Wielka Wyprawa Wrocławska" nie skończyła się jak trzeba...Chociaż był już maj...
Jakby Matka Natura brała odwet za zeszły rok...
     Dopiero pod koniec miesiąca prognozy zaczęły "przemawiać ludzkim głosem"...
Szybki telefon do Misiowych Rodziców...
Jest akceptacja !!
Ale, że Meteorologom jakoś ostatnio, mało wierzymy, więc komunikat głosił...
     - Zapraszamy Cię do Zaścianka...
Bardzo się ucieszył...;o)
Ale kiedy na drugi dzień ruszyliśmy "naguskiem", a trasa była jakoś tak znana...
Aż bał się uwierzyć !!
Ale kiedy uwierzył...
Popłakał się ze szczęścia !!
Babcię z tego wszystkiego też pokapało...
     Wnuk nam na Wrzosowisku rozkwitł...Oczy się błyszczały...Policzki płonęły...Wszędzie zaglądał...Wszystko sprawdzał...Gospodarz !!
     A po kilku godzinach czekała kolejna niespodzianka...
Przyjechał Misiowy Tata i Princeska...
I się zaczęło...


     Tak Wnuki pomagały Dziadziowi budować "świątynię dumania"...;o)
     Potem przyszła pora na rozpakowanie samochodu...


     Trzeba przymierzyć taczki i poczekać, może z tej dużej "coś" spadnie...;o)
Oooo !! Spadło !!


A potem w drogę...

CBA - Czasem Bywam Aniołkiem...;o)

     Oczywiście, biegiem...;o)
     Rośnie nam druga Pomocnica !!
Ale gdzie jest Księciunio ?!
     Księciunio dostał od Dziadzia drewniane ścinki i komplet prawdziwych narzędzi (z wiertarką włącznie)...Siadł na środku piaskownicy i konstruował, budował, wiercił, skręcał...
     Był tak tym pochłonięty, że nawet nie zauważył co robimy...
To byłby Piękny Dzień, gdyby nie pożegnanie...
Księciunio był w rozpaczy !!
A my razem z Nim...


P.S. Princeskę udało się nam "rozładować" do zera...;o) Dwie godziny przed wyjazdem zaczęła robić "papa" i posyłać całuski, a na widok łóżka radośnie się uśmiechała...;o)

środa, 5 czerwca 2019

Powiedz wszystkim...

Przewrotne ??
No cóż...
     Skoro Polska od kilku tygodni żyje tym, o czym większość wiedziała od lat i nic z tym nie robiła...
     Widocznie bez medialnego przekazu, bez wizualizacji, nasza wyobraźnia nie ogarnia takiej ohydy...
Nie, nie będę wypowiadać się na temat filmu...Z prostej przyczyny...
Nie oglądałam i nie zamierzam się wgłębiać w to dzieło...
     Jestem antyklerykałem...Od lat...
     Właściwie, to sama nie wiem od jak dawna...
     I chociaż nie byłam molestowana przez księży ( a przyznawanie się do tego jest teraz na niewyobrażalnym topie), mam swoje powody, żeby tę grupę społeczną omijać szerokim łukiem...

     Byłam kilku, a może kilkunastoletnim dziecięciem, kiedy posiadłam wiedzę, że proboszcz jednej z parafii korzysta namiętnie i systematycznie z usług prostytutki...
Nie miałam pojęcia o znaczeniu tego przekazu...
     Ot, dorośli gaworzyli sobie przy kawie, dzieciak słuchał, rozumki zostały zebrane...
     Dowiedziałam się nawet, pod jakim adresem owa pani pomieszkuje i w jakie dni przyjmuje nobliwego klienta...

     Facet jak facet, ma swoje potrzeby...A każda kobieta wie, że sukienka przed utratą cnoty nie ochroni...

Jakiś czas później pozyskałam kolejną wiedzę...
     Jako dziecię pomieszkiwałam na dziesiątym piętrze...Nasze mieszkanie było drugie w kolejności kolędowania, jeśli ksiądz rozpoczynał "nawiedzanie" od góry...To zonk...
     Jeśli tak właśnie było, to kolęda kończyła się na naszym mieszkaniu, a ministranci targali zalanego w "trupa" księdza na plebanię...
     Ojciec proponował kieliszeczek "księżycówki"...
     Kończyło się na butelce, albo dwóch, i tarmoszeniu "pasterza" do windy...

     Można by uznać, że wina była obopólna...Jeden częstował...Drugi nie odmawiał...Dobrali się...

     Potem miałam rok "zawiasów" w lekcjach religii...Odbywały się one wówczas jeszcze w salkach katechetycznych przy Kościołach...Jako "szkoły średnie" awansowaliśmy na pięterko i otrzymaliśmy katechetę księdza...
     Na lekcje religii przynosił "Trybunę Ludu" (było kiedyś coś takiego) i czytywał nam ją przez godzinę...Na lekcjach religii...
     W moim domu ową gazetę kupowało się tylko wtedy, kiedy był deficyt papieru toaletowego, i służyła zgoła do innych celów...
     Po dwóch miesiącach (co świadczy o mojej świętej cierpliwości) przestałam chodzić na te "lekcje"...Polityka otaczała mnie zewsząd i w Kościele szukałam azylu, a nie propagandy...
     Po roku wróciłam, zmienił się ksiądz, zmieniły się lekcje...Bywało, że dyskutowaliśmy zawzięcie o polityce...Był rok 80/81 ubiegłego wieku...Ale "Trybuna Ludu" odzyskała swoje miejsce w wychodku...

     Mawiają, że nadgorliwość bywa gorsza od faszyzmu...A pedagogami nie wszyscy się rodzą...

     Dobrnęłam do "religijnej matury"...No tak...Byłam rocznikiem, który pisał maturę z religii...Nawet temat pamiętam:
     "Rola Kościoła we współczesnym świecie"...
     Mój harmonogram zajęć był wówczas bardzo napięty, więc z tą moją "pracą" pognałam na plebanię w Wielki Piątek...
     Na korytarzu pachniało pieczonym mięsem...Mnie kiszki marsza grały, bo zawzięcie pościłam...
     Ksiądz otworzył mi drzwi mieszkania, zaprosił do środka i wrócił do stołu...
na stole stał talerz sporych rozmiarów, z malowniczym schaboszczakiem, ziemniaczkami i zasmażaną kapustą...
     Ten sam ksiądz, na wieczornym czuwaniu wygłosił piękną mowę nad "grobem" o umartwianiu i pokucie, o postach i jałmużnie...

     Słowa nic nie kosztują...Mówił do tłumów...Jego "post" widziało ledwie kilka osób...

     Ślubu udzielał nam pijany ksiądz...Przez całą przysięgę kręciłam głową to w lewo, to w prawo, usiłując ominąć wdechem jego wyziewy...Bez alkomatu można było stwierdzić, że wydycha przynajmniej ze dwa promile, a ja z kościoła wyszłam na niezłym gazie...

     W tej samej parafii chrzciliśmy Pierworodnego...Ustawieni w rzędzie przed ołtarzem, bo zebrało się nas dwanaście rodzin, oczekiwaliśmy na księdza...Spóźniał się...
No cóż...
Każdemu zdarza się spóźnić...
     Wszedł niepewnym krokiem i ruszył w stronę dzieci (to nie był ten "ślubny egzemplarz")...
     Na nieszczęście, miał przed sobą dwa stopnie, które w czasie mszy służyły za klęczniki, i walnął...
     Dobrze, że Pan N. stał na "zawietrznej" to ochronił swoimi plecami becik i naszego miesięcznego Synka...Refleks to On zawsze miał...
Ci co stali obok oberwali rykoszetem...

     Ot, ludzka słabość...Kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem...Toż ksiądz też człowiek...

     Potem była nowa parafia, nowy proboszcz...
Bardzo się zaangażował w życie swojej "trzódki"...
Już nie żyje, więc pominę milczeniem owo zaangażowanie...
     Ale mieliśmy wikarego, ponoć był cudnej urody (choć nie w moim typie, bo brodę miał bujną, a ja brodatych nie tolerowałam od zawsze) i ten właśnie wikary "zmalował" dzieło "pięknej" urody...
     Wdał się w romans z dzieciatą mężatką...
     Mąż wyjeżdżał w delegacje (dosyć regularnie), to się wikary zaangażował w "opiekę" nad jego żoną...
     Kiedy już całe osiedle huczało o tym fakcie, to i do męża-nieszczęśnika echa dotarły...
Postanowił iść na plebanię i z wikarym się rozmówić...
Poszedł, a i owszem...
Ale tam chętnych do rozmowy nie znalazł, proboszcz mu deską walnął w łeb, zanim się chłopisko zorientowało, a na Policji zgłosili czynną napaść owego zbója...
     Facet miał 1,7m wzrostu i jakieś 60 kilo wagi...
     Proboszcz 1,8m / 100kg...
     Wikary 1,9m / 90kg...
Napadł to i oberwał...
     Ale, że w małym ciele, wielki duch drzemie, to facet zrobił obdukcję...
     Miał "ryło" obite niemiłosiernie, nos złamany, stłuczoną wątrobę i nerki, i kilka żeber do zrośnięcia...
I to wszystko od jednego ciosu deską z tyłu ??
Cud zaliczony...
     Przez kolejny tydzień proboszcz wygłaszał płomienne mowy o przebaczaniu bliźniemu i o słabościach...Kółka różańcowe klepnęły kilka koronek w intencji "zgody w parafii"...A księża wycofali doniesienie, bo im znajomy prawnik tylko nad dowodami głową pokiwał...
     Wikarego przeniesiono do sąsiedniej parafii (gdzie po krótkim wyciszeniu też nawywijał, a potem dostał probostwo), procedury kościelne zostały zachowane...
     Rodzina się wyprowadziła, a potem rozpadła...Tak bywa...

     A potem, na własnej skórze się przekonałam, że ksiądz potrafi patrzeć w oczy, siedzieć przy jednym stole i kłamać...Potrafi manipulować i przeinaczać tak pokrętnie, że doszłam do wniosku, że w seminariach to musi być jakiś konkretny przedmiot, na którym tego uczą...

     Przez te wszystkie lata miałam w pamięci pewną rozmowę...

     Jako dziecko lubiłam chodzić (albo zostawać) po mszy i przyglądać się godzinami jak promienie zachodzącego Słońca igrają w witrażach...Nawet przez lata marzyłam o byciu witrażystką, bo wydawało mi się to magiczne...(Rodzice stwierdzili, że to nie zawód tylko fanaberia)...
     Pewnego dnia na mojej ławeczce przysiadł stary Ksiądz, Proboszcz naszej parafii...
     - Coś się stało ?? - zapytał...
     - Nie...Ja tylko na światełka patrzę...- odpowiedziałam...
     I zaczęliśmy rozmawiać o tych zaczarowanych światełkach, o Bogu, który bardziej kocha jeziora i góry, że "poczuć" mocniej można na spacerze w lesie i patrząc na deszcz za szybą, niż w najpiękniejszych nawet świątyniach...I o tym, że wiara nie polega na bezmyślnym klepaniu pacierzy, ale właśnie na takich ulotnych chwilach jak "moje światełka"...
     Już wtedy wiedziałam, że nasz Proboszcz jest wspaniałym człowiekiem...Latami walczył o kościół...Był tyle razy zamykany w areszcie, że chyba więcej czasu spędzał "na dołku" niż na plebanii...Wiedziałam, że obrywał pałką (i nie tylko)...Że kiedy nadchodził "czas walki" stawał pierwszy, a ludzie szli za nim...Że kiedy "aresztowano" nasz kościół (drzwi zablokowano łańcuchami), Proboszcz został w środku, a cała dzielnica zbiegła się na plac z pomocą...
Właśnie ten Człowiek ukształtował moją wiarę...
     Bóg nie potrzebuje pośredników...
     Bóg nie potrzebuje świątyń...
     To my ich potrzebujemy, my to tworzymy, my budujemy, my organizujemy...
My, Ludzie...
     Jak okrutny potrafi być człowiek ??
     To okrucieństwo jest niewyobrażalne !!
Ale krzywdzenie najsłabszych...No cóż...
Tego nie załatwi żadna spowiedź, klasztorna pokuta, czy boskie przebaczenie...Tego nie załatwią żadne paragrafy...
     Bydlakiem trzeba się urodzić...  

niedziela, 2 czerwca 2019

Maj - miesiącem tysiąca róż...

No dobra...
Może tysiąca jeszcze nie było, ale brakowało ledwie ciut, ciut...
Ale po kolei...
     Najpierw były imieninowe róże od Pana N. ...
     Osobiście wybrane i pokochane zaraz "od pierwszego wejrzenia"...


Biała, która nie lubi się fotografować, ale za to pięknie pachnie...


Czerwona, która dopiero mości sobie stanowisko...
     A że po imieninach jest zaraz Dzień Matki, więc róż przybyło...


Tym razem bez korzonków...;o)
Ale dzielnie trwają na wazonowym posterunku już tydzień, więc oko cieszą...
     Do darowizn różanych przyłączyło się Wrzosowisko...


To jest "Pączkowa"...Tak pachnie, że ją w całym sadzie czuć...


     A to "Dzikuska"...Właśnie zaczyna swój popis...Mam nadzieję, że poczeka na mnie z głównym występem...
     Maj był różany...
     Czerwiec pewnie też będzie, bo krzewy pięknie pąkami okryte...
Jaki jeszcze był maj ??
Właściwie, do luftu...


     Ale mimo zapowiedzi, Wrzosowisko uniknęło kataklizmów...Byliśmy dokładnie na granicy frontów...
     Po prawej burze, ulewy i wichury...Po lewej błękit i niemiłosierny skwar...My w środku...
     Praca na wyrywki...Chowanie narzędzi...Wyjmowanie narzędzi...Wychodzenie w pole...Bieg z pola...
     Gdyby nie te róże...
Echhh...;o)

piątek, 31 maja 2019

Nasza mała Krakowianka...

     Princeska nie jest typem "Dziewuszki falbaniastej", nie jest i już...Jej ulubione zabawki to drabina, sterta kamieni i droga przed siebie...
     Na widok Babci na drzewie, pożądała !!
Nie Babci, nie drzewa...Być właśnie tam...Na szczycie orzecha...
     Ale Babcie już tak mają, że widzą swoje Wnusie w kiecusiach...
Też tak mam...
No to się mi wylęgło...


     Sztywna haleczka z koronkową aplikacja...Rozmiar, hmmm...Dla porównania macie nakrętkę od deserku...Princesia ma 21 miesięcy...;o)


     Do haleczki pasuje czerwona spódniczka w różyczki...Rozmiar j/w...;o)


     No i serdaczek...
     Bardziej folkowy niż krakowski, bo jakiś rozsądek trzeba zachować...
     Waga wdzianka ma swoje ograniczenia...
Aksamit odpada, nadmiar cekinów odpada, bukiet wstążek odpada, nawet podszewka odpada...
Górny limit wyznaczony na 0,5 kg...


     Viktoria !! 497 g...
Lekko nie było...;o)
     Ale nawet jeśli folkowy, to dodatki muszą być...


     Wianuszek wiosenno-jesienny...Zrobiony z bawełnianej opaski...


     Wianuszek letni...Plastikowa opaska, materiał "spódniczkowy" i różyczki z atłasu...
     No i oczywiście...


     Nietłukące koraliki..."Miziate" w dotyku...
Ufff...
     Oczywiście, wszystko szyte bez przymiarki...;o)
     Ależ mi się "paliło", żeby efekt zobaczyć...


     Princeska "złapana" na komórkę Misiowej Mamy, nawet chwilkę pozowała...;o)
     Chociaż głównym zainteresowaniem cieszyły się cekiny, korale i letnia opaska (kwestie techniczne rozpracowywała cudnie)...
     Mina Babci mówi sama za siebie...;o)

wtorek, 28 maja 2019

O siedzawce, trzymaczce i rejsie w daleki Świat...

     Całą drogę Księciunio pilnował, żeby Dziadziuś czasem trasy nie pomylił...
     - Do Zaścianka Dziadziuś jedź !!
     Przyczynę tych komend rozumieliśmy bardzo dobrze...Księciunio, spragniony Zaścianka (czytaj: Wrzosowiska) bardzo obawiał się zmiany kierunku na "Misiowo"...
     Po przespaniu "dwóch nocek", obwieścił:
     - Ja Babciu, będę w Zaścianku spał kilka nocek, a potem zrobi się ciepło i pojedziemy na Wrzosowisko !!
Ło Matko i Córko...
Czy Pani Wiosna to słyszy ??
Domagamy się ciepełka !!
     Ale przed Babcią było wyzwanie nie lada...
     Przekazać Księciuniowi wiadomość, że dzisiaj "nockowanie" się skończy, zjemy obiadek i ruszamy do Misiowa...Bo tam, pewna mała Osóbka daje nieźle popalić Misiowym Rodzicom...
     Jeszcze nie ma pojęcia, że to tęsknota, nie umie sprecyzować kogo Jej brakuje, ale kiepsko śpi, kiepsko je, a bawić nie chce się wcale...Doroślaków ma dosyć !!
     Szczęście Wnuka za szczęście Wnuczki ??
     Rykoszet po przekazaniu informacji uderzył natychmiast...
     Księciunio obraził się na Dziadka, za "niewiadomoco" i oświadczył, że do Dziadka więcej nie przyjedzie...Ale że Chłopak z Niego rozsądny, od razu zakomunikował, że do Babci będzie przyjeżdżał bez ograniczeń...;o) Jak nic będzie Dyplomatą...;o)
     Na pożegnanie zadał Babci zagadkę:

     - Babciu...Mogę to białe w czarne kropeczki, co ma krótkie nóżki i trzymaczkę ??

     Babcia pobladła i uruchomiła wszystkie swoje szare komórki...
Co Autor miał na myśli ??
     Białe, pal sześć...Czarne kropeczki też jakoś ogarnę...Chociaż do głowy przychodziła mi tylko biedronka albinos...
Nawet krótkie nóżki się zgadzały...;o)
Ale gdzie biedronki mają "trzymaczkę" ??
     I dobrze, że się Babcia z tych wyżyn intelektu przeniosła w niższe sektory, za wzrokiem Wnuka powiodła i kropeczkowo-trzymaczkową bestię namierzyła...Bo mina Księciunia była już kiepskawa...


Białe...Czarne kropeczki...Krótkie nóżki...Trzymaczka...
     Babciny zydelek !!
     Był niezbędny, bo Księciunio właśnie wybudował żaglówkę i nie miał w niej siedzawki...;o)


     Księciunio rusza w rejs dookoła Świata !!
I teraz nie wiem...
Pakować się już, czy jeszcze nie...;o)

P.S. Princeska powitała Brata z taką radością i entuzjazmem, że rozmiękczyła nas zupełnie...Tak bardzo, że oczywiście nikt z nas nie zrobił nawet jednej foci...;o) Ale przed Księciuniem teraz ciężkie dni...Przypuszczamy, że Młoda nie puści Go samego nawet do toalety...;o)

sobota, 25 maja 2019

Polityczne radio...

Co masz ??
A dasz ??
Mnie, mnie, mnie !!
Ja mieć chcę !!
Daj mi krzyżyk !! Daj...
To będę mieć raj...
Nic nie robię...Nic nie umiem...
Ale, tylko ja rozumiem...
Daj...Daj...Daj...
To ci zmienię cały kraj...
Byłem w partiach stu,
to mogę i tu...
Skreśl mój krzyżyk !! Skreśl !!
W tym jest głębsza treść...
Jestem znakomity,
będę mieć profity...
Co masz dać, to daj,
a potem sp...(adaj)...
Teraz na krzyżyki pora,
PO-PiS dam ci po wyborach !!

czwartek, 23 maja 2019

WWW, czyli Wielką Wyprawę Wrocławską czas kończyć...cz.6

     Bagaże spakowane, "nagusek" kółeczkami przebiera, czas wracać...
Ale, ale...
Przecież mamy bilety na Panoramę Racławicką !!
     No to ruszamy ostatni raz do Wrocka...;o)
     Półgodzinne oczekiwanie na wejście, zaowocowało tym...


     Babci udało się wymknąć na kilka minut i zobaczyć Pomnik Ofiar Katynia w oryginale...Przejmujący...Wyrazisty...
A potem degustacjom wizualnym nie było końca...
     Mała Panorama podobała się Księciuniowi bardzo...Szczególnie, że Babcia paluchem pokazała, gdzie na tej "mapce" jest...Wrzosowisko !!


     Pan Kościuszko znacznie "urósł" w oczach Księciunia...;o)
     Podobali się też "żołnierze" poustawiani w gablotach, tylko szkoda, że nie można było ich dotykać...


     Ale Pan Styka z Panem Kossakiem...
No cóż...
Według Księciunia spisali się kiepsko...


     - " Babciu !! I to wszystko ??" - zapytał Księciunio...
     - " Wszystko Kochanie...To piękny obraz naszej historii " - wyjaśniała Babcia...
     - "A czy ja mogę wejść tam do środka ?? " - Wnuk był ewidentnie zdegustowany zachwytami Babci, stabilizacją oglądania i koniecznością zachowania ciszy...Nie wiem co bolało Go najbardziej...
     A potem zauważył to...


     Dokładniej mówiąc, opalone i roztrzaskane drzewo przy chałupie, i właśnie ten fragment był w Panoramie Racławickiej najważniejszy...
Prawdziwy Pacyfista...;o)
     Ale przetrwał te pół godziny zwiedzania, co prawda, na rękach u Dziadziusia, ale przetrwał...


Nam, podobała się ogromnie...


     Ogrom pracy i talentu !!
     Dbałość, o wydawałoby się, nieistotne szczegóły...
     I ekspozycja doskonale przygotowana...
     Teraz pozostało nam zaprosić Księciunia na kolejną wyprawę...Do Racławic...


     To było pół godziny Wrocławskiej Wyprawy dla Dziadków...
Teraz przyszedł czas na pożegnanie Wrocławia...
I Krasnoludków...;o)


     W sumie, znaleźliśmy ich prawie trzydzieści...Niezły wynik...Szczególnie, że niektóre ukrywają się całkiem nieźle...Na mapkach zarejestrowanych jest 212...Na dzień dzisiejszy jest ich 352 i ciągle ich przybywa...
     Niby Bożątka...Niby Maleństwa...Ale Wrocław wykorzystał wspaniale ten fragment historii...I jeśli nawet Turyści nie mają pojęcia dlaczego akurat Wrocław i Krasnoludki, to i tak przyjeżdżają ich szukać...
A potem...


     Drepczą na parkingi...Wsiadają do samochodów...Wracają do szarej rzeczywistości...
Ale pod nosami mruczą:


"Czy to bajka, czy nie bajka,
Myślcie sobie, jak tam chcecie.
A ja przecież wam powiadam:
Krasnoludki są na świecie."

     Maria Konopnicka też to wiedziała...;o)

poniedziałek, 20 maja 2019

WWW, czyli Wielka Wyprawa Wrocławska ?? cz. 5

Mawiają, że ludzkie drogi bywają kręte...
Bywają...
Bo nasza Wrocławska Wyprawa wcale wrocławska nie była...
Wrocław wyszedł nam przy okazji...;o)
     Celem numer jeden był Wolsztyn i Parada Parowozów, to "on" zdecydował nie tylko o kierunku, ale przede wszystkim o terminie...Parada odbywa się raz do roku i zjeżdżają na nią "Waryjaty" z całego Świata...
Nie mogło nas zabraknąć !!
I chociaż Impreza nie kleiła się nam od początku...
Ale, może właśnie od początku zacznę...
     Dotychczas Parada połączona była organizacyjnie z widowiskiem multimedialnym z lokomotywami w roli głównej...Dźwięk, światło i parowozy...Parada koło południa...Pokaz wieczorem (lasery lubią mrok)...
     Kiedy określiliśmy plany naszej Wyprawy, a pierwsze rezerwacje zostały klepnięte, to się okazało, że pokaz będzie 3-go, a Parada 4-go...
     Skonsultowałam rzecz z Organizatorką i nijak dylematu rozwiązać nie mogłam...
Lokum mieliśmy pod Wrockiem...
Parowozy pod Poznaniem...
Kursowanie dzień po dniu, popołudniowa Parada po nocnej imprezie ??
Nie, dla Kilkulatka...
Obstawiliśmy Paradę...
     Prognozy pogody były kiepskie...Dwie zapowiadały nam potężne deszcze...Jedna optymistycznie pokazywała przebłyski Słońca...
Rozsądek mówił NIE...Serducho pikało TAK...
     Tośmy pojechali...;o)


     A że impreza organizowana była przez PKP, więc ??
Spóźnienie było 20 minut !!
     Te dwadzieścia minut miało niestety spore konsekwencje, bo kiedy Parada się zaczęła, spora część Turystów zwijała się do domu...Przykre...
Dzieciaki miały dość czekania i wody...
Księciunio dzielnie to wszystko znosił, ale też w końcu oznajmił:
     - Babciu, strasznie mi zimno !!
Babcia w tym momencie miała już mokrą bieliznę...;o)
     Ale ruszyły...


Jedne "śpiewały", inne miały "focha", ale wszystkie były piękne !!
     Z tym, że największą atrakcją Parady Parowozów stał się nasz Wnuk...;o)
     Kiedy "ciufcie" ruszyły, wydał z siebie tak entuzjastyczny okrzyk zachwytu, podskakiwał i śmiał się w głos...Tłum zamiast na parowozy, patrzył na Księciunia...;o)
     Niestety, musieliśmy zwiewać...
     Ruszyliśmy w tych strugach deszczu w stronę parkingu...Na przejeździe się okazało, że nie zostaniemy przepuszczeni, bo Parada trwa...
     Biegiem pokonaliśmy kilkaset metrów do wiaduktu i ruszyliśmy w "nieznane", mając jedynie w głowach kompas i kierunek...
     To był sport ekstremalny...Niestety...
     Ale widok "naguska" bardzo nas podbudował...Parking był już właściwie pusty...Alejkami maszerowały zmoknięte Tłumy...A Babcia błogosławiła w duchu fakt, że kilka ciuszków w plecaku było suchych...;o)
     Księciunio dostał suche ubranka i "lizaka" dyżurnego ruchu na pamiątkę, a Babcia z Dziadkiem dostali dwie godziny zachwytów, jakie te "fufcie" były piękne...
Czyli ??
     Eskapada się udała !!
     Na pohybel deszczowi...;o)


piątek, 17 maja 2019

WWW, czyli Wielka Wyprawa Wrocławska...cz.4

     Plany planami, ale co robić 3-go Maja ??
Punkt pierwszy:
     Kolejkowo !!
I kolejny strzał w dziesiątkę...;o)
     Bilety zapobiegawczo zamówił Dziadziuś przez neta, zaraz po "klęsce racławickiej" i jechaliśmy na pewniaka...
Kolejka była spora...


Przynajmniej dwie godziny stania na przejmującym chłodzie...
Tą rozrywkę żeśmy sobie darowali...;o)
     A potem były same zachwyty, wzdychanie i snucie planów, jak namówić Misiowego Tatę na remont salonu i budowę "kolejkowa"...
Dlaczego ??
Oto przyczyna...


     Takie obrazy wydobywają zachwyty nawet z bardzo dorosłych i poważnych osobników...
     Po prostu piękno i precyzja (o dowcipie skierowanym do dorosłych nie wspomnę)...Pewnym jest jedno, ekspozycję trzeba oglądać bardzo uważnie...;o)
Pętelki po Kolejkowie zrobiliśmy dwie, zanim Księciunio ogłosił odwrót...
Wspaniałe miejsce dla Nielotów i Doroślaków też...
A że pikniki zaczęły się nam podobać, więc ruszyliśmy na kolejny...
     Piknik na Torze Wyścigów Konnych...


     Nie miałam okazji być w takim obiekcie (unikam hazardu jak diabeł święconej wody), ale robiło to wrażenie...Szczególnie, że tuż za bramą minęły nas galopujące koniki...
     We mnie dusza zapiszczała, a Księciunio kategorycznie odmówił jazdy na kucyku, spodziewając się takiego właśnie galopu...
     Dobrze, że była kolejka i mógł skonfrontować wyobrażenie z rzeczywistością, szczególnie, że już jeździł i bardzo Mu się podobało...
Zapobiegawczo Babcia asekurowała (mimo asekuracji Obsługi), a Dziadziuś szedł krok dalej, nakręcając wyczyny komórką...;o)
Okazało się, że kucyk wcale nie jest straszny, a po odbytej jeździe, Księciunio zapragnął jeździć częściej...;o)
     Potem było tak...


     Babcia załapała się na cukrową watę (wiwat Wnuki !!), a Księciunio upatrzył sobie balonik (nigdy o nic nie prosi, więc takie okazje wykorzystujemy od razu)...Różowy balonik w kształcie samolotu...
     Nie mam pojęcia jakimi torami idą dziecięce zachwyty, ale ten balonik zachwycił dwa razy...Raz Księciunia, który bawił się nim wspaniale...Drugi raz Princeskę, która na widok balonika, aż pisnęła z zachwytu (chociaż troszkę się go bała), a potem ruszyła galopem trzymając sznurek, a balonik Ją gonił...Jeden pisk zachwytu !!
Ale my ruszyliśmy odpoczywać...
     Następny dzień miał być ciężki, bardzo ciężki...

wtorek, 14 maja 2019

WWW, czyli Wielka Wyprawa Wrocławka...cz.3

Ten dzień zaczął się od dwóch klęsk...
     - Babciu, a my nie mamy flagi...- obwieścił Księciunio zmartwionym głosem zaraz po zajęciu miejsca w foteliku...
Zonk...
Babcia zapomniała flagi !!
A była przygotowana, czekała...
Echhhh...
     Druga klęska...


     Kościuszko pod Racławicami dał sobie radę, my "pod" Panoramą ponieśliśmy klęskę...
     Fakt, wiedziałam, że łatwo nie będzie, bo rezerwacje robi się ze sporym wyprzedzeniem...Liczyłam na farta...Przeliczyłam się...
     Humor poprawiła rezerwacja na niedzielę i Krasnoludek na koniku (na Krasnoludki zawsze można liczyć)...
Ale po klęskach, z reguły przychodzą sukcesy...
     Kiedy poszukiwaliśmy miejsca postojowego (chcieliśmy zdradzić parking "kaśki"), Dziadziusiowi wpadł w oko piknik pod Muzeum Narodowym...
     To mógł być sukces...
     Ale po euforii związanej ze zdobyciem biletów na Panoramę, Babci "pokiciały" się kierunki i wylądowaliśmy tutaj...


A nie...To kolejny Krasnoludek...;o)
Ale miejsce właściwe !!
     Nabrzeże Odry...Rzeka...Statki...Cała "wizytówka" Wrocławia przed oczami...
No to chlup !!


Chłopaki wskazywali Panu Kapitanowi drogę...


Babcia leżakuje...(Pod pledzikiem)...


Nasz Tygrysek też chwilami leżakował pod pledzikiem...;o)
     Było jak trzeba...
     Statek miał flagę...Słoneczko pięknie świeciło...Kawa była wyśmienita...Na brzegu stała kolejka do bramy ZOO...A my "zwiedzaliśmy" Wrocław oczami...;o)
     A po zacumowaniu udało się nam odnaleźć Piknik !!
I teraz to się dopiero zaczęła radocha...;o)
     Dwadzieścia lat w NATO i zamiast działań wojennych wszędzie słychać radosne okrzyki i śmiech dzieciarni...
     Żołnierze, Policjanci, Strażacy i Służba Więzienna urządzili Piknik...
Cudności wielkiej to był piknik...
     Księciunio najpierw troszkę się wstydził, ale kiedy załapał, że wystarczy wyciągnąć ręce do Żołnierzy, a Oni przetransportują go na "Langustę", czy "Leoparda", wykorzystywał to bez zahamowań, a wręcz domagał się "usługi"...
     A kiedy do zabawy włączył się Dziadziuś, Babcia awansowała na "pierwszego plecakowego" i "robiciela fotek"...

     Nie wiem jak Żołnierze ćwiczą swoją cierpliwość, ale jest ona ogromna...Równie wielka jak sprawność fizyczna, bo "przerzucili" tych Nielotów setki (Doroślakom też pomagali włazić)...
     A kiedy Pani Żołnierka pozwoliła Księciuniowi wziąć prawdziwy karabin do rąk (wiecie, taki z lunetą), a na dodatek pokazała gdzie patrzeć i jak patrzeć, obawiałam się, że to może być pierwsza miłość Księciunia, bo długo się na Panią Żołnierkę oglądał...
     Potem byli Strażacy...
     Tych to Księciunio kocha od urodzenia...;o)


     Ale siedzenie w wozie strażackim w hełmie strażackim, to był szczyt szczytów szczęścia...Nawet się Babcia trochę o majty bała, bo z takiego szczęścia to się mogło przytrafić nieszczęście, ale skoro jest się prawieŻołnierzem, prawieStrażakiem, a to dopiero połowa pikniku ??
     Nadszedł czas na Policjantów...
     Tego żeśmy się odrobinę obawiali, bo Księciunio czuje respekt straszny przed Policjantami i minę miał raczej niewyraźną...
     Do pierwszego stanowiska, na którym Pan Policjant pozwolił siąść za kierownicą radiowozu i ubrał Księciuniowi czapkę "drogówki"...
     Policjanci awansowali do grupy "Bardzo Fajni"...;o)
     A jak jeszcze pozwolono Księciuniowi włączyć syrenę !!
     Sam już teraz nie wie, czy chce być Żołnierzem, Strażakiem, czy Policjantem (bo motory Policjanci mieli najfajniejsze)...
Potem były roboty...
     Babcia spotkała znajomą...;o)


A Chłopaki przenieśli się do Służb Więziennych...
Co się o mało nie skończyło katastrofą, bo Ich załadowano tutaj...


     Nawet nie przypuszczałam, że wizyta w "więźniarce" może się tak podobać (szczególnie w "celi" dla niebezpiecznych)...
     Potem był mały sparing...

 
     Tarczy Księciunio wcale nie uniósł, a Dziadek uniósł i odstawił ze słowami:
"Ło Matko i Córko..."
     Ja skapitulowałam, spoglądając z podziwem na siedzące przy stoliku Kobiety (fakt, że gabaryty miały ździebełko większe niż ja)... 
     I już mieliśmy wychodzić, kiedy na naszej drodze stanął on...


     Podobał się Księciuniowi od pierwszego spojrzenia...Miał łapaczkę i gąsienice...Pulpit do obsługi był duży i miał kilka monitorów...Po prostu cudo !!
     Ale kiedy nagle ruszył w naszą stronę, Księciunio strategicznie przysunął się do Dziadka i "skurczył" się w sobie...Robot ewidentnie zmierzał do Księciunia...Mało, że jechał...Wyciągał do Księciunia "łapaczkę"...;o)
Podjechał na metr (Księciunio już był wbity w Dziadkowe nogi) i ramię wysięgnika ruszyło w stronę balonika, którego Księciunio przyciskał do piersi...;o)
Spojrzałam na Żołnierza, który obsługiwał sprzęt...Był skoncentrowany niesamowicie, jakby od tego zależało Jego życie...Jeden ruch Małolata i wycofałby sprzęt migusiem...;o)
Ale kapnęliśmy się o co chodzi...
Dziadziuś pomógł Księciuniowi podać balonika "robotowi" !!


     Wnuk był zachwycony, chociaż utrata balonika "od Żołnierzy" ewidentnie Go bolała...;o)
     "Robot" odrobinę się wycofał, a potem wrócił, oddał balonika i pięknie się nam ukłonił, a nawet pomachał na pożegnanie...


To była kropeczka na "i"...
     Księciunio piszczał z radości, podskakiwał jak przywiązany do gumki i ciągle gadał...Ilość zachwytów wypadała Mu z buzi, niczym naboje z karabinu maszynowego...
     I chyba tylko tej euforii mogę przypisać fakt, że w wojskowym namiocie, na wojskowym zydelku, Młody zjadł wojskową grochówkę !! (Jada tylko trzy zupy)...;o)
     Babcia załapała się na nasionka z Instytutu Wrocławskiego, i na książkę z przepisami regionalnymi...
     Niespieszny spacerek na parking i czas na odpoczynek...
Ale podziękowania się należą...
     I Muzeum Narodowemu, i Żołnierzom, i Strażakom, i Policjantom, i Służbom Więziennym...
     To był wspaniały Piknik !!
     Dziękujemy...:o)