Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

sobota, 10 grudnia 2016

Świąteczne porządki...

Wiadro, szmata, pot na plecach
i zadarta w górę kieca.
Zapach płynu, spryskiwaczy,
bo nie może być inaczej.
Mycie, pranie, prasowanie,
układanie też na stanie,
w głowie się przebija myśl:
Czego ja nie zrobię dziś ??
Ręce mdleją, krzyż wysiada,
twarz z wysiłku całkiem blada.
Pozostały dwa tygodnie,
gdy rozsiądę się wygodnie
i gdy w głowie myśl zaświta,
myśl doprawdy znakomita...
Taka co w człowieku tkwi:
"Tyle starań dla dwóch dni ??"

czwartek, 8 grudnia 2016

Po prostu, DZIĘKUJĘ...

     Wczoraj minęło pięć lat mojego bytowania na Bloggerze...Pięć lat klepania literek...
     Nawet nie mogę napisać, że to rocznica blogowania, bo przecież zaczynałam w sierpniu 2010 roku na WP, i to tam stawiałam pierwsze kroki...
Blogger dał mi wyciszenie...
Tutaj znalazłam "swoje" klimaty...
No i, dowiedziałam się, że na "medialną bestię" to ja się nie nadaję, chociaż do dzisiaj uśmiecham się na wspomnienie sms-ów jakie dostawałam od Przyjaciół...
     "Znowu jesteś na głównej"...
Echhh...
Nie miałam pojęcia, że takie są konsekwencje blogowania na "platformach"...
Upublicznianie...
Fakt...Mój błąd...
     Dlaczego ??
     Bo nigdy nie czytywałam blogów i nie interesowałam się jakie bywają blogowania konsekwencje...
Podobno człowiek całe życie się uczy...(A głupi umiera...)
     Azyl znalazłam na Bloggerze...
     Azyl i Przyjaciół, z którymi nie rozstaję się od lat...
     Tak, tak...O Was piszę moi drodzy Czytacze...
     O Ludwiczku, który wirtualnie towarzyszy mi już od lat dziesięciu (pisywaliśmy wówczas "durnowate" lepiuchy na Interii)...
     O Jadwiniach, Joasi, Helence i Notce, które nie opuściły mojego wirtualnego Świata po przenosinach...
     I o wszystkich, których poznałam właśnie tutaj...
     Niektórych znam osobiście i "namacalnie", niektórych całkiem wirtualnie, a niektórych wcale, bo będąc moimi Czytaczami nie zostawiają nawet komentarza...
     W sumie, to powinnam napisać, że to Wasze święto, bo przecież bez Was już dawno Gordyjka odeszła by w niebyt...
Pisanie dla samej siebie to trochę kiepski interes...
     Dziękuję Wam więc za to, że jesteście...
     Dziękuję za liczbę odwiedzin, która ciągle wprawia mnie w zadziwienie...
     Dziękuję za komentarze, którymi się ze mną dzielicie...
     I dziękuję Wam za Wasze blogi, z których mogę poznać Was bliżej...
Po prostu, DZIĘKUJĘ...


wtorek, 6 grudnia 2016

Przerywnik optyczny...

     Dzisiaj nie będzie psiej opowieści, żebyście trochę odpoczęli od czarodziejskiego psa...Dzisiaj będą zajęcia praktyczne, czyli co majstruje Gordyjka, jak ją "zły" omota...
A wierzcie na słowo, mój "zły" nie próżnuje...
Ten omotał mnie już kilka miesięcy temu...
     - Gdzie jest Ewelka ?? - zapytałam Pierworodnego wypełzając z sypialni w czasie naszego włoskiego urlopowania...
     - Poszła na polowanie...- odpowiedział Syn i łobuzersko mrugnął okiem...
Aha !!
Synowa uwielbia zbierać muszelki...
Po prostu, uwielbia...
Gdyby nie ograniczenia "bagażnikowe" narzucone przez Jej Ślubnego, oszabrowała by całe wybrzeże...
Wróciła obładowana nieprzyzwoicie...
     - Dla Mamy też zebrałam !! - krzyknęła entuzjastycznie, żeby się Pierworodny nie pieklił o nadbagaż...
     Przecież się nie będzie pieklił o muszelki dla Mamuni ??
No to sprytnie wybrnęła Dziewczyna...
A mnie opętała wizja przedpokoju wyklejonego muszelkami...
     Gdzie ja upchnę taki urobek ??
I wtedy właśnie mój "zły" zachichotał...
     - Upchniesz, upchniesz...
No cóż...
     Poświęcenie Synowej na darmo iść nie mogło (trzeba było wstać o świcie, bo o 6:00 sprzątano plażę specjalnym ratrakiem)...
     Po powrocie muszelki czekały na swoją kolej, a wyobraźnia gordyjska pracowała na najwyższych obrotach...
     - Nie pamiętasz czasem...- zagaiłam nieśmiało Pana N. - Gdzie my możemy mieć akwarium ??
     Wyzwanie było potężne, bo owo naczynie było użytkowane przez nas wieki temu, kiedy posiadaliśmy kilka rybek (dokładnie tych, co to je Pierworodny chlebem z dżemem nakarmił, a rybki chlebka "nie lubieły")...
     - Pamiętam...- zadziwił mnie Pan N.
I się zaczęło...
     Szklane naczyńko przemówiło do mnie dziewiczą powierzchnią...


     W ruch poszły farby witrażowe i wykałaczki (jak na Kurę Domową Grzebiącą przystało dziobałam tymi wykałaczkami zawzięcie)...


     Kilka wieczorów później weneckie nabrzeże było gotowe...
Ale, ale...
     Przecież było jeszcze Murano, Burano i Torcello !!
No to jazda !!


Murano naprężyło się malowniczym grzbietem rumaka...
Torcello miały symbolizować muszle, jako wiekowe "skorupy"...


Wenecję podkreśliła gondola, którą nam Dzieciaki sprezentowały po pierwszym pobycie na włoskiej ziemi...


Koronkowa wstążka zwieńczyła "dzieło"...Jest i Burano...
Cały urlop w jednym miejscu...


Moja Italia...

niedziela, 4 grudnia 2016

Psie opowieści: Jak zostałem czarodziejem...cz.2


     Tak się tym wszystkim zmęczyłem, że kiedy Mama gasiła światło, to ja już spałem w koszyczku, zwinięty w kłębuszek. Miło jest przytulać się do takiej mięciutkiej kołderki. Bardzo miło…
  
     A kiedy już mocno zasnąłem, z ciemności wybiegł Boss z tymi swoimi ogromnymi zębiskami, i z ogromnym, oślinionym pyskiem, i chciał mnie capnąć, i miętosić, i podrzucać. Strasznie płakałem! Strasznie…I przebierałem chudziutkimi łapeczkami, żeby uciec pod kanapę, ale kanapa zaczęła przede mną uciekać!
Nie zdążę! Capnie mnie!
Wtedy poczułem na grzbiecie dłoń Mamy…
     - Ciiii…Psinko…Ciii…To tylko zły sen… - wyszeptała.
I Boss zniknął!
     Moja nowa Mama jest silniejsza od Bossa i wcale się nie boi oślinionego pyska!
Ja kiedyś też taki będę…
Muszę tylko się wyspać…
     A może jutro już będę miał imię?
     Nie miałem.
     Było jutro, i jutro po jutrze, a moja Rodzina nie mogła się zdecydować, jak będę miał na imię. Ciągle byłem „psiakiem”.
Już nawet przybiegałem, kiedy ktoś zawołał „psiak”.
     Przestałem bać się Bossa, już nie uciekałem przez sen, nie płakałem ze strachu. Przez całe dnie mogłem bawić się z Misiem i Żabolkiem, mogłem biegać za piłeczką, a Mama z Tata wyprowadzali mnie na spacerki, co dwie godziny.
Bardzo się starałem, żeby mnie nie oddali do Pana Właściciela, chociaż trochę tęskniłem za moją mamusią. 
Nie mogłem tylko zmusić się do picia tego białego, które Mama nalewała mi do miseczki. To bardzo dziwnie pachniało!
Podwijałem wtedy ogonek pod brzuszek i wycofywałem się tyłem z kuchni, żeby czasem to białe nie wyskoczyło na mnie z miseczki.
Fuj!
Ohyda!
Wtedy Mama brała mnie na kolana i tłumaczyła, że jestem jeszcze bardzo małym szczeniaczkiem, a małe szczeniaczki potrzebują mleczka, żeby im kostki rosły, i żeby ząbki były mocne, i żeby powyrywana sierść odrastała.
     -Chociaż spróbuj… - prosiła i podtykała mi pod nos palec umoczony w tym białym mleku.
Brr…
     Próbowałem wytłumaczyć Mamie, że to mleczko dziwnie pachnie, i że takie jest białe, i że niech mi może naleje innego zdrowego mleczka, ale Mama mnie nie rozumiała.
Dziwne te dwunogi.
Taki mały szczeniaczek jak ja rozumie wszystko, co mówią, a takie duże dwunogi i nie rozumieją nic.
     Właściwie to z tym mlekiem było coś dziwnego. Tata pił, Misiu pił, ale ani Mama, ani Żabolek nie piły. To może to mleczko muszą pić tylko chłopcy?
A przecież ja nie jestem chłopcem, ja jestem pieskiem!
Może pieski po prostu mleczka nie lubią?
Za to bardzo lubią śnieg! Chociaż śnieg też jest biały.
Nawet nie wiedziałem, że może być coś tak fajnego.
     Poszliśmy na spacerek całą moją Rodziną. Tata, Mama, Miś, Żabolek i Czaruś.
Tak, tak…
Czaruś to ja!
     Dostałem swoje imię: Czaruś, bo podobno jestem czarujący i zaczarowałem całą moją Rodzinę.
Czaruś…
Ładnie! Dużo ładniej niż Boss!
Ale wracajmy do śniegowego spaceru.
     Wychodzimy, a tam całe podwórko białe! Najpierw myślałem, że może to Mama wylała moje mleczko i tak się biało zrobiło, ale to białe wcale nie pachniało mleczkiem. Trochę bałem się iść na ten spacerek.
     Tata delikatnie pociągał za smyczkę, więc w końcu stanąłem na łapkach i zrobiłem kilka kroczków. Wtedy mi się ten śnieg jeszcze nie podobał, bo strasznie marzły mi łapki, ale kiedy Misiu i Żabolek zaczęli skakać i biegać, to i mnie się zaczęło podobać. 
Bardzo wszystkich rozśmieszałem, bo nie umiałem chodzić po tym białym śniegu, a moje nóżki były zbyt krótkie, żeby tak skakać jak Miś i Żabolek. Jak tylko podskoczyłem, to wpadałem w ten śnieg i nawet ogonka nie było widać. Dobrze, że Tata mocno trzymał smyczkę!
Mama mnie z tej białej dziury wyciągała i otrzepywała, ale jak tylko mnie stawiała to ja znowu robiłem „hyc” i już mnie nie było.
To była ekstra zabawa!
Nic jednak nie jest takie fajne jak piłeczki ze śniegu, które robił Misiek.
Robił taką piłeczkę, a potem rzucał do Mamy, do Taty i do Żabolka, ale oni wcale ich nie łapali! Oni uciekali przed tymi piłeczkami i strasznie się śmiali. A potem już wszyscy robili piłeczki, a ja je łapałem!
Bardzo lubię śniegowe piłeczki, chociaż one znikają zaraz po tym jak je złapię. Trzeba mieć duży zapas tych piłeczek, żeby się zabawa nie skończyła.
     Nasza się skończyła, jak Mama krzyknęła, że już wszyscy jesteśmy wystarczający mokrzy. 
     A przecież można się otrzepać?
     Ale Mama miała rację. Wszyscy już byliśmy bardzo zmęczenie. Mama wciągała na schody Misia, a Tata wniósł mnie i Żabolka.
     Dobrze, że Tata miał siły za troje, za siebie, za Żabolka i za Czarusia!

piątek, 2 grudnia 2016

Psie opowieści: Jak zostałem czarodziejem...


     - No to idziemy na zakupy! – powiedział dwunóg z gołym pyszczkiem – psiak potrzebuje wyprawki.
Ojej!
Nawet nie wiedziałem, że potrzebuję wyprawki!
Ale właściwie…
Co to jest wyprawka?
Dowiedziałem się po kilku minutach.
     Dwa dwunogi i ja poszliśmy do takiego sklepu, w którym jest wszystko dla piesków. Dostałem niebieską obróżkę, niebieską smyczkę, dwie miseczki, piękny koszyk z podusią i jedzenie dla szczeniaczków. Pan sprzedawca namawiał jeszcze dwunoga, żeby kupił mi witaminy, ale dwunóg powiedział, że przed wizytą u lekarza nie wolno brać witamin. Ha!
Nawet nie wiedziałem…
     Muszę się szybko dowiedzieć, co to są te witaminy, żebym nie wziął przez przypadek, bo pewnie dwunogi by się gniewały.
     Po zakupach dwunogi pozwoliły mi nawet przejść kilka kroków samodzielnie, bo miałem już obróżkę i smycz. Obróżka mi trochę spadała, bo nie było moich rozmiarów, ale dwunogi obiecały, że w domu zrobią mi dodatkowy otworek.
Jeszcze jeden?
Gdzie ten dwunóg mi chce ten otworek zrobić? W brzuszku?
     Ale mimo to dzielnie maszerowałem. Maszerowałem jeden kroczek do przodu, a dwa w tył. Piękne to było maszerowanie!
     - Zrób siku…- namawiali mnie – żeby nie było niespodzianki w rękawie! – i śmiali się do mnie.
     Nie zrobię!
Przecież kałużę zrobiłem w worku Pana Właściciela!
     Próbowałem nawet to wszystko wytłumaczyć, i te powyrywane kłaczki, i ten mokry ogonek, ale dwunogi nic nie rozumiały, pomyślały, że chcę iść na ręce.
A przecież mówiłem wyraźnie: Piii…Piii…Piii
     Ale na rękach u dwunoga też jest miło. Nawet bardzo miło.
Tak miło, że obudziłem się, kiedy wchodziliśmy do jakiegoś domu.
     Dwunóg z sierścią na pyszczku postawił moją wyprawkę na podłodze, a ten drugi powiedział:
     - Spotkaliśmy z Tatą Świętego Mikołaja! Bardzo przeprasza, że nie zdąży odwiedzić was w tym roku, ale sanie mu się zepsuły i wszędzie musi dojść na piechotę. Prosił, żeby wam przekazać prezent…
I wtedy właśnie, zaczęli rozwijać ręcznik, a ja mogłem wreszcie zobaczyć te Dzieci.
     To były małe dwunogi!
     Dziwnie chodzą, też nie mają ogonków i obydwa nie miały sierści na pyszczkach.
Tyle, że dużo głośniej krzyczą…
Te krzyczały bardzo głośno!
     Krzyczały, skakały, śmiały się i tańczyły, a duże dwunogi robiły dokładnie to samo.
Może w tym domu tak trzeba robić?
     No to i ja zacząłem biegać, skakać i kręcić się w kółko, chociaż w głowie zaczęły mi migać ściany, jak po młynku Bossa. A kiedy Dzieci trochę przycichły, zawołałem z całej siły:
     - Hau!
I wszyscy znowu zaczęli się śmiać, i tańczyć, i podskakiwać.
Nigdy jeszcze nie słyszałem, żeby się ktoś tyle śmiał!
     Byłem już bardzo zmęczony tym podskakiwaniem, bo małe szczeniaczki mają dużo mniej siły niż dwunogi, nawet takie małe jak te, więc zwinąłem się w kłębuszek i zasnąłem na środku pokoju.
     - Trzeba go urządzić! – zdecydował duży dwunóg bez sierści na pyszczku.
     No i zaczęli mnie „urządzać”. Mój koszyczek stanął koło drzwi do pokoju, miseczki w kuchni, a smyczka z obróżką zawisły na specjalnym haczyku koło kluczy. Dzieci przyniosły mi nawet zabawki, takie kolorowe i piszczące.
     Potem zabrali mnie do łazienki, wsadzili do wanny i wykąpali.
Kąpaliście się kiedyś?
To jest straszne!
     Woda nalewa się do uszu, mydliny wchodzą do oczu, nawet ogonek jest mokry, a na dodatek, pachnie się jakoś tak nie po psiemu.
Nie lubię kąpieli!
Nie lubię Bossa, aut i kąpieli.
     Ale lubię wycieranie po kąpaniu. Wielki, kudłaty ręcznik i ogromne czochranie. A duży dwunóg bez sierści na pyszczku umie czochrać wspaniale!
Muszę przekonać dwunogi, żeby przestali mnie kąpać, ale żeby mnie wycierali.
     Teraz przyszła pora na obiadek.
     Nie musiałem się czołgać do miseczki. Nie musiałem się chować pod meblami. Obiadek pachniał pięknie i cały był mój, chociaż Dzieci siedziały i czekały, czy coś zostawię. Nie zostawiłem!
     - Jesteś bardzo grzecznym pieskiem! – powiedział duży dwunóg bez sierści, a duży dwunóg z sierścią na pyszczku zapiął mi obróżkę, która teraz pasowała idealnie!
     Bo ten otworek, który mieli mi zrobić, to nie był w brzuszku, tylko w obróżce!
     Poszliśmy z dużym dwunogiem na spacer.
     W pierwszej chwili to się wystraszyłem, że znowu wrócę do Pana Właściciela i buldoga Bossa, ale dwunóg wcale nie chciał mnie oddać Panu Właścicielowi.
     Szedłem na mój pierwszy spacerek i byłem bardzo dumny. Miałem piękną, dopasowaną, niebieską obróżkę i niebieską smyczkę, a duży dwunóg bez sierści na pyszczku przed wyjściem powiedział, że w niebieskim mi do pyszczka. Nie wiem, co to znaczy, ale mnie też się podoba.
     Kiedy wróciliśmy z tego spaceru, to czekała na mnie jeszcze jedna niespodzianka. Na podłodze, koło mojego koszyka, leżała najpiękniejsza w świecie, różowa piłeczka.
Była taka piękna, że aż przysiadłem z wrażenia!
Ta piłeczka, była dużo piękniejsza, niż ta, którą miał Boss…
No i Boss nie miał Dzieci, a ja miałem!
     A Dzieci wcale nie są buldogami! Dzieci są do zabawy!
     Można się z nimi ganiać, przewracać, grać w piłeczkę, albo tarmosić kapcia…Można wszystko!
I Dzieci mają imiona.
     Dziecko-Pan nazywało się Misiek, chociaż wcale nie przypominało niedźwiadka, było duże (jak dla mnie), chude i strasznie szybko biegało, a Dziecko-Pani to była Żabolek, i też wcale nie przypominało żabki, tylko małą dziewczynkę, z dwoma warkoczykami. Żabolek nie biegał tak szybko, i nie rzucał piłeczki tak daleko jak Misiek, ale miał bardzo ładne kapciuszki, za którymi lubiłem biegać.
Pani to była Mama (mam nową Mamę !!), a Pan to był Tata.
Wieczorem Pani, to znaczy Mama, zabrała mnie na spacerek po nowym domku i tłumaczyła mi dokładnie, gdzie pieski mogą wchodzić, a gdzie nie wolno. Właściwie wszędzie było wolno, poza pokojem Misia i Żabolka.
W ich pokoju mieszkała alergia na psią sierść.
To pewnie też odmiana jakiegoś buldoga.
     Dziwne tylko, że Mama i Tata, nie wygonili tej alergii z pokoju Misia i Żabolka. Może też się jej boją, jak ja Bossa?
Taka alergia na psią sierść to musi mieć ogromne zębiska…
     Kiedy już wszystko pozwiedzałem, pooglądałem i obwąchałem, Tata ogłosił, że przed snem, wszyscy mają się zastanowić jak będę miał na imię.
     Ha! Będę miał imię!
Może Boss?
Boss to fajne imię dla psa! Przecież nie każdy Boss musi być buldogiem…
     Ja na przykład, jestem „mieszańcem miniaturki brodacza monachijskiego, ostatnim z miotu, mało udanym”. Tak powiedział Pan Właściciel, w tym pokoju ze śliskim blatem. Podobno też, mam być niezbyt duży, ale dzielny.
Ciekawe, co to wszystko znaczy?
     Tak się tym wszystkim zmęczyłem, że kiedy Mama gasiła światło, to ja już spałem w koszyczku, zwinięty w kłębuszek. Miło jest przytulać się do takiej mięciutkiej kołderki. Bardzo miło…

cdn...chyba...;o)

środa, 30 listopada 2016

Ogonkiem bazgrane...


     Koniec podróży trochę mnie zabolał. Worek wylądował na jakiejś twardej powierzchni, to i ja na niej wylądowałem. Wtedy worek się rozchylił…


     Zobaczyłem bardzo długi blat, a na końcu tego blatu stały dwie wyciągnięte ręce i bardzo uśmiechnięta twarz.

Bardzo chciałem, żeby te ręce mnie przytuliły !!

Bardzo…

     Ruszyłem, więc w stronę tej uśmiechniętej twarzy najszybciej jak umiałem. Moje króciutkie łapki przebierały z całych sił, ale wcale nie biegłem. Blat był bardzo śliski. Jak tylko próbowałem zrobić krok, to łapki mi się rozjeżdżały i lądowałem pyszczkiem na blacie. Ale próbowałem !!

Raz…Dwa…Pięć…

A twarz na końcu blatu śmiała się coraz bardziej…

     - Pomóż !! – zapiszczałem.

Pomogła…

Podeszła bliżej i wzięła mnie na ręce.

     - On jest śliczny…- powiedziała.

Kto ?? Ja ??

     I wtedy sobie przypomniałem co mówiła mama. Że to są dwunogi. Pan Gospodarz i Pani Gospodyni też byli dwunogami.         Dwunogi dziwnie chodzą i wcale nie mają ogonków, i sierść mają tylko na łebkach, albo na łebkach i pyszczkach. I że są takie dwunogi, które są piesolubne. I że takie piesolubne dwunogi są słodkie.

     Może to jest właśnie taki dwunóg ?

Spróbowałem…

     Maznąłem tego roześmianego dwunoga jęzorkiem po pyszczku.

Nie był słodki.

     To chyba jednak nie jest taki dwunóg, chociaż trochę się zgadza. Chodzi dziwnie, nie ma ogonka, a na łebku ma sierść. Pyszczek był goły.

Ale chyba nie jest piesolubny, bo wcale słodki nie b

W smaku jest dziwny…

     - Weźmy go. Dzieci będą zachwycone…- powiedział uśmiechnięty dwunóg do tego drugiego, który miał trochę sierści na pyszczku, i zaczęli mnie owijać w taki mięciutki, pachnący ręcznik.

     Gdzie on chce mnie brać ? Co to są dzieci ?

     Ale ten drugi dwunóg miał dziwną minę. Przyglądał mi się bardzo i kręcił głową.

     - To mieszaniec sznaucera, miniaturki – opowiadał Pan Gospodarz – trochę mało udany i życie miał ciężkie ostatnio, bo mamy w domu buldoga. Ale sierść odrośnie. To może być całkiem ładny kundelek !

     Ładny kundelek ? Mieszaniec ?

     Co ten Pan Gospodarz jeszcze wymyśli ?

     - Teraz kiepsko wygląda, bo się posikał w bagażniku – kontynuował Pan Gospodarz – chyba ze strachu. Nigdy nie jechał autem.

     Autem ? W bagażniku ?

Nic nie rozumiałem…

O tym nic mi mama nie opowiadała. Opowiadała o dwunogach, że ogonków nie mają…

     To jak się cieszą takie dwunogi ?

Strasznie dużo różnych rzeczy mam do przemyślenia…

     Wtulę się w tego dwunoga to mi się będzie lepiej myślało. Łebek położę mu na ramieniu. Oczka na chwilę przymknę, bo strasznie mi się zmęczyły. I ten ręcznik taki mięciutki…

     - On ma dopiero dziesięć tygodni, więc nie przechodził jeszcze szczepień – głos Pana Gospodarza robił się taki daleki i cichy.

     Ten dwunóg bardzo ładnie pachnie – pomyślałem, i zasnąłem.

poniedziałek, 28 listopada 2016

Antidotum na "pawia"...;o)

     To co się dzieje wkoło nas zaczyna być po prostu niestrawne...Nawet nalewka z zielonego orzecha nie jest w stanie zapobiec tej niestrawności...
     Totalny brak motywacji do działania...Od pogody począwszy, a na sytuacji politycznej skończywszy...
     "Paw egzystencjonalny"...Bleee...
     Może więc, trzeba sprawić moim Czytaczom azyl, żeby znaleźli chwilkę wytchnienia ??
Spróbuję...
Kiedyś się udało...
     Przedstawię Wam dzisiaj, a być może "od dzisiaj" pewnego czworonoga, który swoją wielką miłością zapisał wiele kart w historii naszego życia...



Ogonkiem bazgrane

     Jak co rano obudził mnie smakowity zapach dolatujący z kuchni.

     - Mniammm…- wyrwało mi się z pyszczka, a mama pacnęła mnie łapą między uszy.

     - Hau !! Hau !!Najpierw mycie – wyszczekała i zaczęła wylizywać moje kłaczki. Jęzor mamy zamaszyście chlapał po moim grzbiecie, a ja z niecierpliwością usiłowałem rozpoznać kuchenne zapachy.

To musiało być coś wspaniałego !! Tylko wspaniałości pachną tak pięknie !!

     - Mamuś…- wyskamlałem.

     - Cicho !! – strofowała mnie mama.

     Co ta mama tak wylizuje ?? Przecież nie byłem na podwórku, nie taplałem się w kałuży, nawet nie zrobiłem siku w pudełku. Przedtem, i owszem, zdarzało mi się czasem, ale wtedy mieszkało nas w pudełku więcej. Teraz zostałem ja i mama.

     Pan Gospodarz mówi, że to dlatego, że jestem najbardziej skundlony i najmniej przypominam mamę – ciekawe co to znaczy.

     Ale fakt, moje rodzeństwo już od kilku tygodni mieszka w innych domach. Zostałem sam…

No może nie całkiem sam…

     Jest Pan Gospodarz i Pani Gospodyni (która umie pięknie pachnieć w kuchni), jest mama i jest Boss, chociaż co do Bossa, to wolałbym, żeby go nie było.

     Boss to buldog Pana Gospodarza, jest ogromny i bardzo zły. To przez Boss moja sierść jest cała pokudlona i powyrywana. Boss lubi się mną bawić…

Tak, tak…

Dobrze czytacie…

Boss nie bawi się ze mną, tylko mną !!

     Czasem podrzuca mnie aż pod sufit, czasem ciągnie za mój cieniutki ogonek, czasem trąca mnie wielkimi łapami…Tak bawi się Boss.

     Mnie wcale nie podobają się te zabawy, i mojej mamie też się nie podobają, ale ten paskudny buldog nic sobie nie robi z naszego „niepodobania”.

     - Możesz już iść – wyszeptała mi do ucha mama – tylko uważaj na Bossa !! – ostrzegła.

     - Będę uważał – odpowiedziałem, gramoląc się z pudełka.

     Droga do kuchni była prosta. Wzdłuż kanapy, obok fotela, potem stolik na trzech nogach, mały dywanik ze śmiesznymi frędzelkami i Boss…

     - Ojej !! Boss !!  -zdążyłem zapiszczeć i już leciałem pod sufit.

     W sumie, to takie latanie jest fajne, gdyby nie to, że potem trzeba spaść. Spadanie wcale nie jest fajne. Ani takie, kiedy ląduje się na podłodze, ani takie, kiedy Boss łapie mnie w locie.

     - Mamo !! Hau !! – wrzasnąłem ile sił, ale Boss tylko się roześmiał.

     No tak, mama to miniaturka sznaucera…Zagrożenie dla Bossa żadne !!

     Kiedy rozpłaszczyłem się na podłodze buldog machnął łapą i wylądowałem pod fotelem.

     Ufff…Można chwilkę odpocząć, można polizać bolącą łapkę, można zapiszczeć z żalu…

     - Piii…Mamo !! Piii…

     Ale mama nawet nie wyjrzała z pudełka, a wstrętny pysk buldoga zbliżał się do mojego azylu bardzo niebezpiecznie.

     Jak on to robi, że wkłada ten wielki pysk do takiego małego schowania ??

     Byłem już całkiem wciśnięty do ściany i aż się trząsłem na samą myśl ogromnych kłów Bossa, kiedy do pokoju weszła Pani Gospodyni.

     - Ratunku !! – zapiszczałem z całych sił – Piii !!

     Uratowała mnie w ostatniej chwili. Paszcza Bossa już była przy moim pyszczku.

     - Oj, chudziaku…- Pani Gospodyni wzięła mnie na ręce – Lekkiego życia to ty nie masz z tym olbrzymem…

A ja się wypłakiwałem w pachnący jedzeniem fartuch Pani Gospodyni.

     I właściwie tak zaczynał się każdy mój dzień, tak się zaczynał, tak się toczył i tak się kończył. Boss był wszędzie, zawsze mnie wytropił i ciągle się mną bawił. Jakbym był pluszowym misiem, którego można tłamsić do woli, a jego nie boli nic. Nic a nic.

     Mnie boli !!

     Boli grzbiet z powyrywanymi kudełkami, boli pupa i łapki od upadków spod sufitu, bolą ponadgryzane uszy, i nawet ogonek czasem mnie boli…Ale ogonek boli mnie od merdania.

Bo ja bardzo lubię merdać moim małym, chudziutkim ogonkiem…

Ciągle biegam i merdam. Merdam i podskakuję. Podskakuję i gonię ogonek. I znowu nim merdam.

     Szczeniaczki już tak mają, że chcą się bawić. Tylko, że ja nie mam z kim się bawić. Pan Gospodarz ciągle pracuje, Pani Gospodyni też jest zawsze zajęta, mama wychodzi z koszyka tylko na spacery, a Boss…

Już wiecie jak Boss lubi się bawić.

     Kiedy kończyłem swoje śniadanie do domu wrócił Pan Gospodarz. Wrócił całkiem niespodziewanie, bo powinien być tam, gdzie pachnie zwierzętami, a Pani Gospodyni nazywa to „sklepem”.

Wrócił, złapał mnie za grzbiet i zapakował do worka…

     -Ojej !! Piii !! Mamo !! – krzyczałem ile sił, ale Pan Gospodarz worka nie wypuszczał. Nawet nie zdążyłem zjeść wszystkiego z miseczki !!

Potem wrzucił mnie do jakiegoś pojemnika. A ten pojemnik zaczął się ruszać. Trzęsło, telepało, śmierdziało…

To było nawet gorsze od lotów pod sufit !!

     - Ja chcę do mamy !! – piszczałem głośno – Nie chcę być w worku !!

Bardzo się bałem…

Tak bardzo się bałem, że z tego strachu zrobiłem siku.

Turlałem się po tym pojemniku we wszystkie strony, do przodu, do tyłu, w bok. Raz leżałem grzbietem do góry, a raz do góry brzuszkiem.

I tak bardzo śmierdziało !!

Aż przestało…

     Nagle zapanowała cisza…Pojemnik się otworzył, zapachniało spacerem, a Pan Gospodarz bardzo niezadowolony zajrzał do worka.

     - Musiałeś się teraz zlać ?!

Musiałem…

Bałem się i siku samo poleciało…Piii…Piii…

     Ale Pan Gospodarz wcale mnie nie słuchał. Złapał worek i zaczął mną huśtać. Prawie tak mocno jak Boss.

     - Proszę wejść do sklepu, przywiozłem go – powiedział nagle Pan Gospodarz, a ja poczułem zapach zwierząt, którym zawsze pachniał wracając do domu.

     Koniec podróży trochę mnie zabolał. Worek wylądował na jakiejś twardej powierzchni, to i ja na niej wylądowałem. Wtedy worek się rozchylił…

cdn...chyba...;o)