Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

wtorek, 17 stycznia 2017

Szkoda, że nie jestem stonogą...

     Nie będę owijać w bawełnę, i chwalić się też nie będę...
Stop !!
     Bawełna zostaje, a z tym "nie chwaleniem" to przesadzać nie ma co...Kto nie lubi się pochwalić ?? Chociaż tak odrobinkę ??
Uwaga !! Będę się chwalić...
     Ale mi zarąbista wiśniówka wyszła !! Klękajcie Narody !! (I to jeszcze przed degustacją...;o)
     Fakt, że ze mnie degustator raczej marny, i taki bardziej detaliczny, ale "wiśnióweczka" zawsze moje oczko przyciągała (że nie wspomnę o wiśniach z takiego trunku)...
     Kiedy więc, nasza wisienka padła, perfidnie przez nas przycięta, kiedy już słoiczki dżemów i kompotów zaległy w piwnicznych czeluściach, postanowiłam eksperyment przeprowadzić i zainwestować w nasze koncerny spirytusowe...;o)
     Przyznam się, że jak "wiśniówka" oko przyciągała, tak po pierwszym kieliszku smak odchodził...Kupne "Wiśniówki" podjeżdżały mi bimbrem...Brrrr
Wyzwanie ??
     Przepisy przeanalizowane, naczynie naszykowane, wiśnie zalane i czekam...
Czekam...Czekam...Czekam...Długo czekałam...
     Pierwsza degustacja, w październiku...Totalne fiasko...Ależ mi mordkę wykrzywiło...
Znowu czekam...
     Druga degustacja, w grudniu...A by cię...Czy te wiśniówki same z siebie tak samogonem jadą ??
     Od tego czekania to by mi chyba broda do pasa urosła, jakbym miała zarost na brodzie...
     W styczniu mieliśmy drobną okazję do "chrztu", bo nabyliśmy panele drogą kupna, a wiadomo, że takie zakupy na sucho nie przejdą (bo by się rozeschły)...
     Sceptycznie kieliszki napełniłam i niczym degustator rangi hurtowej dzioba zanurzam...
     Ło Matko i Córko !!
     Cudo !!
W ustach same wiśnie...A duszę grzeje...
Mina Ślubnego ??
Ależ się Chłopak nacmokał...A ile się nazachwycał...
A potem mi butelczynę schować kazał, bo takiego trunku nie godzi się marnować ku próżnicy...
Ha !!
     To mi się wiśnióweczka udała !! Przechwalić trudno !!
     A może by tak na drugą nóżkę ?? Bo mi się coś równowaga rozchwiała...
     Jakbym się długo na blogu nie odzywała, to znaczy, że się z Detalisty, w Hurtownika zmieniłam, i że degustuję zawzięcie, żeby się w smak lepiej wczuć...
     Właściwie to szkoda, że nie jestem stonogą...;o)

niedziela, 15 stycznia 2017

Wyposażenie DKG...;o)

     Lato tego roku było wyjątkowo piękne...Niebo pokrywały błękity...A w powietrzu unosił się zapach skoszonej trawy...Piękne lato...
     A może piękne było dlatego, że spędzaliśmy je po raz pierwszy wspólnie u Bieszczadzkich Dziadków ?? Nasze pierwsze wspólne wakacje z Pierworodnym...Echhh...
     I chociaż temat tego wpisy jest jak najbardziej przyziemny...Rozmarzyłam się...
Nawet czuję zapach tego lata...
     Pewnego dnia postanowiliśmy jechać na wycieczkę-zakupy do odległej o cztery kilometry Wsi...No cóż...Miejscowość, w której mieszkali Dziadkowie trudno było nawet nazwać Wsią (chociaż nią była)...Ale w niej zakupy robiło się w kiosku otwartym na godziny...
No to ruszyliśmy "w wielki Świat"...
     Poszaleć to tam właściwie nie było gdzie...Ośrodek zdrowia...Kościół...Restauracja "Zorza" (trzeba było wiele odwagi, żeby tam wejść) i trzy sklepy: spożywczy, przemysłowy i tekstylny...
     W sumie choćby ich było trzydzieści, to i tak nic by to nie zmieniało...W spożywczym był "ocet"...W tekstylnym pstrokata gremplina...A w przemysłowym...
     Weszłam i stanęłam jak wryta, co spowodowało to, iż Pan N. wrył się w moją rufę (nie zachował bezpiecznej odległości), a w tyle Pana N. zaparkował mój Ojciec...Karambol pierwszej klasy !!
     Rozmiar katastrofy do mnie nie docierał, bo wszystkie zmysły skoncentrowałam na sklepowej półce...
     Nigdy nie należałam do namiętnych zwolenniczek zakupów, więc mój bezruch dał do myślenia Facetom...
     - Stało się coś ?? - zapytał przytomnie Pan N. zaraz po tym jak rozplątał siatki, które dźwigał do spółki z Teściem...
     - Patrz !! - wydusiłam przez zaciśnięte gardło i zamaszyście wskazałam kierunek owego "patrzenia"...
     - Ooooo...- wydobyło się ze Ślubnego...
     Na półce stał robot kuchenny !! Najprawdziwszy !! Taki z mikserem i z misą obrotową !! Dokładnie taki, jaki pokazywali w TV, ale którego "na żywo" w życiu nie widziałam...
     - Piękny jest...- wymruczałam melancholijnie...
     - Fakt...Niczego mu nie brakuje...- potwierdził Pan N.
Sprzedawczyni przyglądała nam się z zainteresowaniem...
I nagle, zebrałam się na odwagę i nieśmiało poprosiłam...
     - Czy moglibyśmy obejrzeć tego robota ??
Sprzedawczyni bez mrugnięcia zaczęła wystawiać kolejne części...
     Oczami wyobraźni widziałam jak ucieram zupki Pierworodnemu, jak mieszam kaszki, jak miksuję owoce...A każde z tych marzeń wydobywało ze mnie gorzkie westchnienie...
Cena wystawiona na półce przyciągała moje oczy jak magnes...
     - To dla "Młodych Małżeństw" ?? - wydobyło się w końcu z Pana N.
     - Nie...- odpowiedziała zdziwiona Sprzedawczyni...
     - To pewnie jakaś reglamentacja ?? - dociekał dalej Ślubny...
     - Nie... - oczy Sprzedawczyni robiły się coraz większe...
     - To jak to cudo można kupić ?? - zdziwienie zaczęło nas zatykać...
     - No...Jak to jak ?? Za pieniądze ?? - odpowiadała Sprzedawczyni i zaczęła się nam przyglądać jak Kosmitom...
     - Tak normalnie ?? - zapytaliśmy jednocześnie...
     Kobieta tylko pokiwała głową, bo Jej pewnie głos odebrało ze zdziwienia...
Ależ te Mieszczuchy kombinują !!
     Po kwadransie wychodziłam ze sklepu przemysłowego taszcząc ogromne pudło z robotem kuchennym i prędzej padłabym trupem, niż oddała to pudło do taszczenia Chłopakom !!
     Moje szczęście było niewyobrażalne !!
     Jakim cudem, coś o co Ludzie się bili w naszym rodzinnym Mieście, a nabycie graniczyło z cudem jeśli nie miało się odpowiednich znajomości, tutaj stało sobie normalnie na półce i nie wywoływało żadnych emocji u Klientów ??
     Cud !! Najprawdziwszy cud !!
     Nieistotnym było, że w portfelu zostało nam tyle co na bilety powrotne do domu, że czekała nas podróż przez połowę Polski z Niemowlakiem, psem, gitarą, bagażami i ogromnym pudłem z robotem !! Nic nie było istotne...
     Miałam robota !!
Pokochałam go miłością wielką, jeszcze zanim był mój !!
     I ta miłość trwała przez trzydzieści lat !!
Nigdy nie zawiódł...
Przeżył dziesiątki upadków...Przeżył zalanie silnika koktailem...Przeżył nawet miksowanie wrzątku (chociaż dostał wtedy nieźle "po obudowie")...Ale nie zawiódł...
     Dwa lata temu "padł" kubek od miksera...Po prostu się rozsypał...Ze starości...
     Pan N. zaczął przebąkiwać, że chyba pora się rozejrzeć za nowym...
Udawałam, że nie słyszę...;o)
     Jak można wymienić "przyjaciela" ??
Te dwa lata to był czas na "przyswojenie faktów"...
     Dzieci maleńkich nie mamy, ale wrzosowiskowe przetwory wysoko stawiały poprzeczkę robotowi...Ciężko znosił tą harówkę...
Chyba czas ??
     No i Pan N. sprawił swojej Domowej Kurze Grzebiącej nowy sprzęt...


     Piękny jest...Nowocześnie skomplikowany,a właściwie prosty, jak budowa cepa...Ma tyle funkcji, że chyba otworzę przewód doktorancki... 
     Jak się nam będzie pracowało ??
     Przeprowadziłam dopiero pierwsze próby...
     Robienie masła to bajka...Wlewam, włączam i tyle...Koniec z przymusową gimnastyką nadgarstka...
     Koktail wyszedł mniamuśny (chociaż musiałam znacznie ograniczyć spożycie, żeby nie załapać kolejnej alergii)...
     Tartą marchewkę spartoliłam, ale błąd był raczej po mojej stronie...
Jakie mam uwagi ??
Póki co dwie...
     1. Misa jak na mój gust jest trochę zbyt krucha, chociaż o jej żywotności przekonam się z czasem.
     2. Między przykrywką a tarczami jest zbyt duża przestrzeń i warzywa "uciekają" (ale to może kwestia techniki "współpracy" operatora z urządzeniem)...
     Testy rozpoczęte !! Badania przeprowadzać będę skrupulatnie (Pan N. zakupił już zapas kefiru)...
     Może za trzydzieści lat opowiem Wam przypowieść o moim Berlingerze ??
Daj nam Boziu tyle zdrówka !! ;o)  

P.S. Dziękuję za zdjęcie Dystrybutorowi Berlingera :o)
       A mój "bieszczadzki przyjaciel" będzie teraz leżakował na zasłużonej emeryturce, jakby "cuś", to sobie jeszcze "pobrykamy" z koktailami...;o)

piątek, 13 stycznia 2017

Psie opowieści: Wakacje mogą być fajne...



     Moja Rodzina też chyba się za mną stęskniła, bo strasznie dużo razy mnie przytulali, nawet Żabolka mnie przytulała, a potem powiedzieli, że pojedziemy do Dziadka.


Pojedziemy? Czyli, że ja też pojadę?
     Trochę się zmartwiłem, że do tego Dziadka trzeba jechać, bo wcale nie miałem ochoty na podróż trzęsącym się, i śmierdzącym autem, ale przecież przyrzekłem sobie, że już nigdy nie puszczę mojej Rodziny bez pieska. Trudno…Niech mnie trzęsie! 
     Nie tylko podróż mnie niepokoiła. Nie miałem pojęcia, co to jest Dziadek…
A może to coś niebezpiecznego? I trzeba będzie bronić moją Rodzinę?

A może to taki weterynarz i da nam zastrzyki? Nie lubię zastrzyków!
     Ale moja Rodzina nie wyglądała na wystraszoną, a ja dostałem z tej okazji kaganiec.
Po co takiemu małemu pieskowi kaganiec?

To jest takie paskudztwo!
     Przez ten kaganiec nie można otworzyć pyszczka, nie można obszczekać nikogo, i wcale nie da się przez niego jeść. Kaganiec to taka klatka, przez którą pieski nie mogą się nawet oblizywać.  
To, po co jest kaganiec?

     - Musimy ci to założyć, bo pieskom nie wolno jeździć pociągami bez kagańców – powiedziała Mama.
     To ja wcale nie muszę jechać tym pociągiem! Ja mogę pobiegnąć! Moje łapki troszkę urosły i już nie trzeba mnie wnosić na schody! 
     Mama wcale mnie nie słuchała, a ja kręciłem głową we wszystkie strony, żeby mi się ten kaganiec zgubił. 
     Mam nadzieję, że mnie w tym kagańcu nie zobaczy Maks, albo Filip, bo obszczekają mnie strasznie, a ja będę musiał być cicho.
     Maks i Filip to moi koledzy z podwórka.

     Maks jest bardzo, ale to bardzo wielorasowy i mieszkał na moim podwórku zanim moja Rodzina mnie znalazła u Pana Właściciela. Ma krótkie nóżki, gruby brzuszek i jest cały biały jak mleko. Tylko tam gdzie ma łatki to nie jest biały. Maks się bardzo cieszy, kiedy mnie widzi, i bardzo głośno na mnie szczeka, a czasem udaje mu się wyrwać swojemu Panu i z tej radości mnie gryzie. Ja też gryzę Maksia. Wtedy wszyscy się bardzo denerwują i nas od siebie odciągają. Ale ja lubię Maksia. Tylko, żeby on nie siusiał pod moje drzewko, bo jak jest moje, to tylko ja mogę tam siusiać.

     Filip też jest moim kolegą, a Pan Filipa jest kolegą Misia, i oni bardzo chcieli, żebyśmy się zaprzyjaźnili. Filip też był prezentem pod choinkę, tak jak ja. Ten święty Mikołaj to musi mieć bardzo dużo piesków.

     Filip też był malutki, kiedy zamieszkał w nowym domu, tylko, że on był prawie rasowy, nie był ostatni z miotu, tak jak ja i jest cały rudy. Tylko, że potem strasznie szybko zaczął rosnąć i jego rodzina wypuściła go na ulicę. Filip mieszkał na podwórku.

     Z Filipem też obszczekiwaliśmy się zawsze, i też gryźliśmy się przy spotkaniach, ale Filip umiał rzucać mną tak jak Boss, więc wolałem na niego szczekać z balkonu, niż go spotykać.

     Udało się.

     Przeszedłem przez podwórko w tym kagańcu i nikt mnie nie widział.

Uff…

     A potem była podróż pociągiem! 
     Pociąg to jest takie bardzo duże auto, tylko trzęsie inaczej, robi: tudut…tudut…, ale można usiąść na podłodze i wcale się nie przewraca.      Pociągiem jeździ dużo ludzi i wszyscy mówią, że się jest ładnym i grzecznym pieskiem, tylko nie wolno wskakiwać na siedzenia. W pociągu też inaczej śmierdzi.
     Chciałem się położyć, ale przez ten kaganiec wcale nie mogłem ułożyć głowy i uwierało mnie w pyszczek, więc siedziałem oparty o nogę Mamy, a Mama drapała mnie za uszkiem.

Może powinienem polubić jeżdżenie pociągiem?

     Dziadka polubiłem od razu. Dziadek to taki pan, który przytula moje Dzieci i głaska mnie po karku. Nie podobało mi się tylko, że mieszka bardzo wysoko, i że trzeba jechać windą, w której było mi bardzo niedobrze, i że z jego balkonu nie widać piesków, tylko same ptaszki. Ale kiedy poszliśmy na spacer spotkałem wielu nowych kolegów, i mogłem sobie poszczekać do woli, bo kaganiec został w domu.

     A kiedy wieczorem wracaliśmy pociągiem, to przyszedł pan konduktor i pozwolił ściągnąć mi kaganiec, bo w całym wagonie jechała tylko moja Rodzina. Ten pan powiedział, że jestem bardzo miłym szczeniaczkiem. To bardzo fajny pan. 
     Miło jest jeździć z moją Rodziną pociągiem do Dziadka, ale wolę moje podwórko i mój las. Bo ja mieszkam blisko lasu. To takie miejsce, w którym pieski mają kłopot ze zrobieniem siku, bo jest bardzo dużo drzew i krzaczków. Ja miałem kłopot.

 Wszystkie drzewka pachniały pieskami i wcale nie mogłem się zdecydować, pod którym zrobić siku, a pod którym kupkę. Bardzo się denerwowałem i biegałem w kółko.


Potem biegłem szybko pod nasz dom i siku robiłem pod moim drzewkiem, żeby Maksio i Filip wiedzieli, że byłem na spacerku.

Ale w lesie można się bawić z Miśkiem w ganianego, albo z Żabolką w chowanego, albo z całą Rodziną grać w piłeczkę. A jak jest bardzo ciepło, to Mama zabiera do lasu kocyk, koszyk z jedzeniem i moje miseczki. Wtedy cały dzień się bawimy, a jak się zmęczę to idę na kocyk i przytulam się do Mamy.

     Po lesie można też jeździć na rowerach, chociaż to nie jest fajna zabawa dla piesków.
     Mama, Miś i Żabolka mają rowery, a dla mnie Tata przymocował koszyczek na rowerze Mamy. Ten pomysł nie podobał mi się od początku.
     No bo, po co jeździć na rowerze, jeśli ma się cztery łapki i można po lesie biegać?

Pierwszy wiosenny spacer (galop) Cezarego 1994r.
      Mama wsadziła mnie do tego koszyka i pojechaliśmy na wycieczkę. Było wygodnie, koszyczek był duży i mięciutki, ale kiedy tylko wjechaliśmy do lasu, i zobaczyłem te wszystkie samotne drzewka, to tak mi się ich żal zrobiło, że hyc!
I wylądowałem w wielkim krzaku jeżyn.

Nie wiedziałem, że jeżyny kłują!
     Mama próbowała mnie złapać za ogonek, kiedy wyskakiwałem, ale ten rower ją przewrócił i strasznie rozbił jej kolano, a że krzyknęła do mnie „siedź”, to się Żabolka obejrzała i jej rowerek też ją zrzucił. Tylko rower Misia był grzeczny. 
     Zrobiło się straszne zamieszanie, bo ja nie mogłem sam wyjść z tych jeżyn (łapały mnie za łapki), Mamie leciała krew z kolana, a Żabolka siedziała i płakała.
Wszystko przez rowery!
     Postanowiłem, że od dzisiaj będę chodził do lasu tylko na własnych łapkach, jak mnie już te jeżyny wypuszczą. 
     Bardzo wolno wracaliśmy do domu, bo Mamę bolała noga, ja miałem wbity w łapkę kolec, Żabolka ciągle płakała, a Misiu musiał prowadzić dwa rowery, swój i żabolkowy.

czwartek, 12 stycznia 2017

Noworoczne życzenie...

Wielka w Sejmie jest zadyma,
o to, kto mównicę trzyma,
a mnie taki naszedł rym,
Niech Was Wszystkich - 
siwy dym !!


P.S. Ani mi "na lewo", ani mi "na prawo",
       ale bycie Posłem, jest fajną zabawą...;o)

środa, 11 stycznia 2017

Psie opowieści: Wakacje z nianiami...


     Moje pierwsze wakacje wcale mi się nie spodobały. 
     Mama i Tata powiedzieli, że wyjazd nad morze, to nie jest rzecz odpowiednia dla szczeniaczka.
Fakt!

Ale nie pomyślałem, że moja Rodzina pojedzie nad to morze bez psa!
     Jak można zostawić pieska samego w domu?
Może nie do końca samego…
     Moja Rodzina się spakowała i pojechała nad morze, a ja zostałem w domu z nianiami. 
     Był Pan-niania, Pani-niania i Dziecko, ale dziecko nie było nianią, tylko takim całkiem malutkim dzidziusiem, który tylko leży i płacze. 
     Pan-niania miał wychodzić ze mną na spacerki, a Pani-niania miała mnie karmić, ja miałem być grzeczny.
Ale czy taki mały piesek jak ja, może być tak długo grzeczny?
     Już na drugi dzień zacząłem strasznie tęsknić za moją Rodziną, nie mogłem jeść, nie mogłem spać. Leżałem w przedpokoju z nosem przy drzwiach i płakałem. 
     Pan-niania to nawet chciał grać ze mną w piłeczkę, ale mu odebrałem i schowałem pod kanapą. To jest moja piłeczka. Moja, Misia i Taty.
Nie będzie nią grał jakiś Pan-niania!
     Pani-niania też była miła. W miseczkach zawsze była świeża woda i smakowite kąski, ale mnie wcale nie chciało się jeść, ani pić.
A jeśli moja Rodzina już do mnie nie wróci?

Jeśli już na zawsze będę musiał mieszkać z Panem-nianią i Panią-nianią? I z Dzieckiem, które nie umie się bawić i pachnie mlekiem?
     To byłoby straszne!
A może oddadzą mnie Panu Właścicielowi i znowu zamieszkam z buldogiem Bossem?
     Z każdym dniem byłem coraz słabszy i coraz smutniejszy. 
     Moja tęsknota była już tak ogromna, że wielki brodacz monachijski był przy niej jak szczeniaczek, nawet wątróbka nie smakowała mi wcale. 
     W nocy płakałem, ale Mama nie przychodziła mnie uspokoić, a Pan-niania krzyczał na mnie, że obudzę Dziecko.
To nie jest moje Dziecko!

Moje Dzieci gdzieś się zapodziały i nie mogę ich znaleźć!

I wtedy płakałem jeszcze głośniej…

Moje Dzieci to Żabolka i Miś!

Oddajcie moje Dzieci!

I oddali…
     Moja Rodzina wróciła niespodziewanie i wszyscy pachnieli spacerem.
Piękny był ten zapach!
     Tak bardzo się ucieszyłem, kiedy zobaczyłem ich przez szparę na balkonie, że wziąłem wielki rozpęd i ziuuut(!), chciałem skoczyć, ale Pani-niania złapała mnie w ostatniej chwili za ogonek.
Dobrze, że mi Mama nie pozwoliła tego ogonka obciąć!

A potem to już było wielkie przytulanie i wielkie cieszenie. Nawet się z tej wielkiej radości posiusiałem.

Ale nikt się na mnie nie gniewał…

I wtedy Mama wyciągnęła jakiś woreczek i wsypała zawartość do mojej miseczki.

     - To dla bardzo dzielnego pieska! – powiedziała.

Dla dzielnego?

Ja wcale nie byłem dzielny! Ja byłem w rozpaczy! Ja płakałem za wami!

     Ale miseczka pachniała tak pięknie, że nie zdążyłem tego wszystkiego Mamie powiedzieć.

Moja miseczka pachniała wędzonymi szprotkami…

Mniam!

Mama też pachniała wędzonymi szprotkami.

Pięknie pachniała!

     A najważniejsze jest to, że Mama wygoniła Pana-nianię, Panią-nianię i obce Dziecko.

I dobrze. Nie będą mi już więcej chować mojej Rodziny!

Z resztą, teraz to ja ich już przypilnuję!

Idą do łazienki – ja z nimi.

Idą na balkon – ja z nimi.

Mam tylko problem, kiedy każdy idzie gdzie indziej, ale wtedy siadam na środku przedpokoju i już mam wszystkich na oku.

Więcej mi nie znikną!

     Moja Rodzina też chyba się za mną stęskniła, bo strasznie dużo razy mnie przytulali, nawet Żabolka mnie przytulała, a potem powiedzieli, że pojedziemy do Dziadka.

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Sypiam z diabłem...

Że będzie erotycznie ??
Bynajmniej...
     Sypiam z "diabłem" w przenośni absolutnej , chociaż w kontakcie bezpośrednim...I nie z całym osobnikiem, tylko z jego pazurami...
     Od kilku tygodni przeprowadzamy z Panem N. eksperyment pod tytułem "diabelski pazur" (czasem występuje jako "czarci pazur")...
     Ta afrykańska roślinka zwana wśród Botaników hakoroślą rozesłaną, od wieków służyła pomocą w różnych stanach niemocy...A skoro nowoczesna medycyna w wielu przypadkach diagnozę stawia w formie "w tym wieku już tak jest", to może warto zerknąć co w "kociołku" miewali afrykańscy Szamani ??
     Jaka była przyczyna naszego zainteresowania ??
     No cóż...Zdiagnozować to można jako "starość nie radość"...Ale chodziło nam głównie o niemiłosierne bóle kostno-stawowe, do których przyczyniło się Wrzosowisko...A skoro sezon za nami (i przed nami), więc się jakoś do "kupy" pozbierać musimy...
     Na pierwszy ogień poszedł żel z czarcim pazurem...
     Nabyty drogą kupna w sąsiedniej Aptece za kilkanaście złotych...
     Oczekiwań wielkich nie miałam, bo nic już właściwie ulgi mi nie przynosiło, a Mędrcy ogłaszali, że działanie diabelskie odczuwalne jest dopiero po miesiącu stosowania...
     Będąc w fazie "już mi wszystko jedno" cierpliwie znosiłam mazianie tym paskudztwem...(Nie polecam smarowania bez roztarcia na dłoniach, bo mazidło jest chłodzące i wydobywa z człowieka okrutne wrzaski)...
     Po tygodniu wstałam z kanapy i doszłam do łazienki bez odczuwanego dotąd potwornego bólu bioder i stóp...(Bystrością się nie wykazałam, bo brak bólu zauważyłam dopiero w drodze powrotnej)...
     Może po prostu inaczej leżałam ??
     Po dwóch tygodniach zauważyłam, że odzyskałam kciuka u prawej ręki, z którego nie korzystałam od czerwca, bo nie dość, że bolał, to czucie w nim zamarło...(Na stawach wyczuwałam pod skórą drobne grudki)...
     Ki czort ?? A może ki czart ??
     Ale zaczęłam uważniej się przyglądać układowi kostno-stawowemu...
Orzesz...(ko)...
     Stopy mnie nie bolą od...Od kiedy ??
     A od kiedy wstaję z łóżka jak człowiek, a nie jak "skóra z Edgara" wyczyniając spektakularną gimnastykę (pamiętacie kosmitę z "Facetów w czerni) ??
Coś przegapiłam...
     Po dwóch tygodniach stosowania żelu rozpoczęłam kurację tabletkową...
     Niech będzie nawet "diable nasienie", byle pomagało !!
Wcinam te prochy od tygodnia...
     Żel się skończył, więc Pan N. mazia mnie teraz maścią (z czarcim pazurem)...
Efekt ??
     Grudki na stawach zanikły całkiem...Kciuk jest w 96% sprawny (pozostało lekkie mrowienie w opuszku i przy paznokciu - efekt jeszcze jednej "narośli", którą wyhodowałam sobie w rozmiarze XXL - teraz ma rozmiar L)...
Wstaję i siadam bez efektów wizualno-dźwiękowych, czyli jak każdy cywilizowany człowiek...
Ulga w biodrach, ulga w krzyżach...Leżąc nie odczuwam efektu "rozgrzanych gwoździ" wbijanych w kręgosłup...
     Pomaga ??
     Aż boję się potwierdzić głośno...
     Do miesiąca stosowania mazideł brakuje jeszcze kilka dni...Do miesiąca stosowania tabletek brakuje kilku tygodni...
Cieszyć się ??
A może to tylko efekt wypoczynku ??
Ale żeby od wypoczynku zanikały grudki ??
     Stosowałam już przecież całą masę medykamentów...Tych reklamowanych...Tych polecanych przez Farmaceutów...I tych zalecanych przez Lekarzy...
Efekt był raczej mizerny (za to koszt był znaczny)...
     To może ta kilkunastozłotowa inwestycja w diabelskie pazury jest najlepszą z możliwych ??
     A może to taki cyrograf ??
Ból za duszę ??
Niech tam !!
Eksperymentuję dalej !!
     Dla bezpieczeństwa Rzym będę omijać z daleka...;o)   


P.S. Z ostatniej chwili...Kiedyś pewien Lekarz powiedział, że jakby miał jeszcze jednego Pacjenta takiego jak ja, to poszedłby kopać rowy z rozpaczy...Znikomy procent Pacjentów może mieć objawy alergiczne przy stosowaniu czarciego pazura...No i co ?? No i jestem tym "procentem" !! Mam przekichane po całości i w detalu...:o( Ale po "odtruciu" zaczynam od nowa !! W tym szaleństwie jest metoda !! ;o)

sobota, 7 stycznia 2017

Zadyma o edukację...

     Na biurku Pana Prezydenta (zwanego przeze mnie Dudusiem - ogromnie mi przypomina tego bohatera), wylądowała kolejna "reforma edukacji"...I tak mnie z miejsca dopadła myślenica, że Ministerstwo Edukacji to ma już chyba specjalne archiwum na takie twory...Jak sięgam pamięcią to to nasze szkolnictwo reformowano w sposób radykalny, mało radykalny lub całkiem nie radykalny...Przed chwilą uzyskałam wiedzę, że żadna z tych reform nie została zakończona...
Alleluja !!
     A że mam w otoczeniu sporą grupę "Edukatorów", to wiem jedno...Każda z reform przynosiła jedno...Coraz większy chaos...
     No cóż...Czy ktoś obiecywał Nauczycielom, że będzie Im w życiu lekko ??
Nie ??
No to zażalenia mogą składać do Pana Boga...
     Przecież za porażkę "idealnej" reformy (bo każda w założeniu jest idealna) nie może odpowiadać Minister, który po jakimś czasie Ministrem być przestaje...To dlaczego Nauczyciele tacy uparci są i dalej chcą uczyć ??
Ale nie o nauczycielskich dylematach chciałam...
     Mój punkt widzenia jest rodzicielsko - pracowniczy...Takie osobiste spostrzeżenia, których Pan Duduś wcale pod uwagę brać nie musi...
     Tak mi się w życiorysie złożyło, że Dzieci posiadłam w odstępie słusznym, lat trzech...Podobno jest to różnica wieku idealna, więc sprzeciwów nie zgłaszałam...
     Pierworodny uczęszczał do ośmioletniej Podstawówki, a potem zabłąkał się do czteroletniego Liceum...Uczył się dobrze (żeby się nie przechwalać "bardzo" usunęłam)...Chociaż i na Niego zakusy reformacyjne były, bo "zerówki" wówczas chciano przenieść do Przedszkoli...Rodzicielski protest został wysłuchany i dla tego Rocznika zrobiono "wyjątek" (przynajmniej w naszej Szkole)...
     Córcia była Uczniem "eksperymentalnym"..."Zerówka" oficjalnie funkcjonowała w Przedszkolach...Podstawówka miała sześć lat (chociaż zaczynała "normalnie")...Gimnazjum trzy...Liceum trzy...
Liczebnikowo to samo...
Aaaaa...Zapomniałam nadmienić, że Córcia też uczyła się dobrze (dla sprawiedliwości też "bardzo" usunęłam)...
     Wychwalać Ich nie będę, ale z edukacją to problemów rodzicielskich żeśmy nie mieli...
Tyle, że...
No właśnie...
     Kiedy zobaczyłam podręczniki, lektury i program edukacyjny Córci, to mało mnie na Intensywkę nie odwieźli...Obrazeczki, teściki, projekty...A wiedza ??
Oj tam, oj tam...
     Podobno najlepszym Nauczycielem jest życie...
Gimnazjum ?? Pryszcz...
Liceum ?? Pryszcz...
    Ale przecież zamierzała studiować !! Kto na Uczelniach będzie zwracał uwagę, że tego w programie nie było, albo, że Nauczyciel tego nie zdążył zrealizować, bo musiał jakiś projekt opracować, albo statystyki wyliczać (na zebraniach rodzicielskich dyskusje o tych statystykach bywały gorące)...A potem dorosłe życie z lukami edukacyjnymi ??
     Rozwiązanie ??
     Szkoła szkołą, a edukacja musi być po naszej stronie !!
     Dokąd się dało załatwialiśmy to "po domowemu"...Czyli każdy ogarniał przedmiot, w którym czuł się "mocny"...
     Pod koniec "Ogólniaka" musieliśmy skapitulować...Matura nie pryszcz...Zaczęły się zajęcia dodatkowe (płatne)...
     Nauczycieli pokonali Urzędnicy...
     Uczniów pokonał system...
Że byłam przewrażliwiona ??
     Możliwe...I pewnie bym nawet w to uwierzyła, gdyby nie fakt, że wówczas zawodowo zajmowałam się naborami nowych Pracowników dla kilku Firm (taki nowomodny HR)...
     Lubiłam to...W tych młodych Ludziach było tyle optymizmu, tyle oczekiwań, tyle pomysłów...Rozmowy tak zwane "kwalifikacyjne", ogromnie ładowały moje akumulatory...
     A potem, z roku na rok było coraz gorzej...
Poziom podstawowej edukacji bywał żenujący...
Bywało, że z dwudziestu osób odpadały wszystkie...
     Kelner, który nie umie zapanować nad zamówieniami trzyosobowego stolika ?? Referent biurowy, który wali "orty" takie, że aż kartka płacze ?? Sprzedawca przyjmujący "do magazynu" pinezki na sztuki ?? Bywały nawet Jednostki z "błyskotliwym CV", które na rozmowach nie umiały zdania sklecić poprawnie (CV pisała starsza Siostra)...
     To nie były "zaniedbane" edukacyjnie Sztuki, to były całe Roczniki...Sztuka w Sztukę bez wiedzy i umiejętności...Z roku na rok coraz "słabsze"...
     Że to przez zapracowanych Rodziców ?? Że winę ponosi internet ?? Że gry mają zły wpływ ??
Możliwe...
     Ale ja też miałam zapracowanych Rodziców, i nasze Dzieciaki miały zapracowanych Rodziców...My mieliśmy "podwórka" i "trzepaki", nasze Dzieciaki wychowywały się już przy necie...Ja namiętnie w dzieciństwie grywałam z Ojcem w pokera, nasz Pierworodny zarywał noce przy grach...
     Jedyną radykalną zmianę jaką zauważyłam jest fakt, że kiedyś, gdy szedł ulicą Nauczyciel, to nawet największe Rozrabiaki wyciągały ręce z kieszeni, stawały wyprostowane i donośnie krzyczały "dzień dobry"...Tak było...Teraz takie zachowania kończą się na przełomie IV / V klasy podstawówki...
Dzisiaj na widok Nauczyciela idącego ulicą Młodzież spluwa, odwraca głowę w drugą stronę, albo na lekcji wsadza Mu kosz ze śmieciami na głowę...On milczy w niemocy, a Oni dostają Psychologa, bo widocznie "mają problemy z agresją"...
     Nauczycieli zdegradowano do rangi "Urzędasa", który ma "służyć"...Ma realizować...Ma uczestniczyć...Ma wdrażać...
     Czy kolejna reforma zmieni cokolwiek ??
Wątpię...
     Przecież teraz zaczynają uczyć Ci, których poddano tym eksperymentom przez ostatnich dwadzieścia lat...
     "Głupim narodem rządzi się łatwiej" - powiadają...
No cóż...
W tej materii nasze Rządy mają wiele osiągnięć...
     Czy powrót do systemu "8+4" coś przyniesie ?? Nie wiem...
     Wiem jedno...Dokąd Nauczyciel będzie traktowany jak "Urzędas", albo "Biurokrata", dokąd zamiast prowadzić lekcje będzie prowadził statystyki, dokąd zamiast uczyć reguł będzie się musiał ciągle do jakiś reguł dostosowywać, to będzie lipa, a nie edukacja, parodia a nie wychowanie...
     Edukacja potrzebuje stabilizacji !! Stabilizacji i konsekwencji...
     Jeśli nad edukacją piecze będą trzymać Politycy, to ze stabilizacji nic nie wyjdzie...
     Jestem za powołanie Komisji Edukacji Narodowej !! Jedynego organu, który miałby prawo wprowadzać reformy !! KEN-u poza politycznego !! KEN-u poza rządowego !! KEN-u składającego się z Fachowców przez bardzo duże "F" !! Jakich ??
     Prosty pomysł...Dyrektor najlepszego Liceum (wyniki maturalne, ilość Olimpijczyków, Laureatów konkursów - to można ocenić wymiernie), z każdego województwa...Tak samo z Dyrektorami Gimnazjów i Podstawówek...
Kadencja 5 lat...Punkty zbiorcze za ten okres...Oddelegowanie do pełnienia funkcji Komisarza...
     Ci Ludzie wiedzą rzeczywiście jak wygląda oświata, wiedzą czego oczekują Uczniowie, Nauczyciele i Rodzice...W takiej właśnie kolejności...
Projekty przedstawiane Premierowi...Realizacja w gestii Władz gminnych...
Trudne ??
Raczej niepoprawne politycznie...
     Koniec z reformowaniem reform pisanych na kolanie...