Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

niedziela, 19 lutego 2017

Drugie dno serdecznego zaproszenia...

     Do wyjazdu czasu było sporo, więc zdążyliśmy skompletować ekwipunek...Łatwe to nie było, bo po Zaścianku wieść się rozeszła, że Hufiec obóz organizuje za "psie pieniądze", więc populacja "Harcerzy" znacznie wzrosła...A za tym poszło ogromne zainteresowanie śpiworami, menażkami, a nawet trampkami...
Z Kolegów Pierworodnego jechali prawie wszyscy...
     Środków z "funduszu socjalnego" wystarczyło nam dla Dwojga prawie idealnie (dopłaciliśmy 60 zeta), z racji włóczęgostwa spora część ekwipunku też była w naszym posiadaniu, więc wizja wakacji rysowała się w jasnych barwach...
     Miesiąc przed wyjazdem dostałam od Szefa niespodziewaną premię...
     Premie w mojej Firmie zawsze były niespodziewane, bo była to własność prywatna i nigdy nie było wiadomo, czym można "błysnąć"...
     Ja na widok zatroskanego "Szefa", który miał właśnie bardzo trudny dzień, bo "przewalił" w Kasynie 100 kawałków...Uśmiechnęłam się radośnie i oznajmiłam:
     - Szefie !! Niech Szef nie pęka !! Zła passa musi się skończyć !! Ja jak przegrywałam z Ojcem w pokera to zawsze wychodziłam do WC i obracałam się trzy razy przez lewe ramię...Działało !!
     Szef chyba był lekko ogłuszony tym komunikatem, bo przystanął na środku parkingu...
Pewnie się po mnie tego "pokera" nie spodziewał...
Ale po chwili odzyskał animusz i ruszył dziarsko w kierunku toalety...
     Nie wiem, czy moja rada "podziałała", ale na drugi dzień Szef "wparował" do mojej "chatki" i wręczył mi pięć stówek...:o)
Lubiłam takie wizyty...
     Dzieciaki pożegnaliśmy czule, ale nie wylewnie, bo się już obydwoje doczekać nie mogli podróży...A na pożegnanie od Komendanta usłyszeliśmy znowu:
     - Przyjedźcie !! Nie pożałujecie !!
Tym razem jakoś nam przez gardła sprzeciw nie przeszedł...
No cóż...
     Kasę na paliwo mieliśmy, namiot leżał w piwnicy, urlopy zaczynaliśmy za kilka dni...
Zanim dotarliśmy do domu decyzja zapadła...
     Jedziemy na Drawskie !! 
     Ale żeby Dzieciakom obciachu nie robić, zameldujemy się grzecznie i sobie gdzieś "kawałka podłogi" poszukamy..."Podobóz rodzicielski" nas nie kręcił...
     Podróż znacie, więc przystąpię do powitania...
     Ogromna polana nad brzegiem jeziora, w środku lasu...A na polanie prawie trzy setki Dzieciaków !!
     Obóz tak się niespodziewanie rozrósł, że Komendant w ostatniej chwili ściągał wyposażenie z zaprzyjaźnionej, krakowskiej Jednostki...Nawet "rodzicielski podobóz" musiał się przenieść, żeby Dzieciakom miejsca na "kuchnię" wystarczyło...
     Komendant na nasz widok rzucił się w kierunku namiotu, i zamiast radosnego "witajcie", ujrzeliśmy Jego "tyły"...Okazało się, że w ostatniej chwili złapał osobistą wilczycę za obrożę, czym prawdopodobnie uratował życie Cezaremu...
Powitania były niesamowicie radosne...
No cóż...Prawie wszystkie Dzieciaki były znajome...
     - I jak Wam idzie ?? - zapytałam Komendanta, kiedy już zakończył pojedynek z "psiurą"...
     - Właściwie dobrze...- oświadczył - Mamy tylko jeden mały problem...
     Okazało się, że problem wcale nie był taki mały...To był problem rozmiarów kosmicznych !!
     Prawie trzy setki Dzieciaków, wywiezione w plener, poddane zabawom na świeżym powietrzu, uczestniczące w niezliczonej ilości gier i rozrywek sportowych, śpiące "pod gołym niebem" mają apetyt znacznie większy niż zakładały normy dietetyczne...
     Te Dzieciaki nie jadły posiłków...Te Dzieciaki żarły bez opamiętania !!
Przeliczane po sto razy słupki wykazywały jedno...
Pod koniec obozu środki finansowe znikną całkowicie, a "Szarańcza" stanie się zagrożeniem dla okolicznych Mieszkańców...
     - W życiu nie widziałem czegoś takiego !! - opowiadał zrozpaczony Komendant - Oni pochłaniają niewyobrażalne ilości pokarmów !! I nie wygląda na to, żeby przestali...
     Demonstracja niszczycielskiej siły nastąpiła szybciej niż myślałam...
     Na powitanie z Dzieciakami zabraliśmy oczywiście trochę "darów"...Jakieś cukierki, batoniki, kilka wafelków, prażynki...
Nasze Dzieciaki przysiadły na ziemi tuż obok nas i pochłaniały to ekspresowo...Tylko szelest papierków świadczył o tempie konsumpcji...
     - A coś konkretnego masz ?? - zapytał w końcu Pierworodny...
     - Kilka suchych kanapek z podróży...- zniechęcałam Go intonacją głosu...
     - Daj !! - zażądał kategorycznie...
     Wydłubywane z torebki kanapki wyglądały bardzo mało apetycznie...
     A kiedy podawałam Synowi trzecią z nich, ciszę Pojezierza Drawskiego przerwał rozpaczliwy wrzask Córci...
     - Ta jest moja !!
Byłam przerażona...
     - Oni pół godziny temu skończyli kolację...- wymruczał Komendant będący świadkiem tej "walki o byt"...
     I pewnie bym nie uwierzyła w ani jedno Jego słowo, gdyby nie fakt, że otaczał nas łańcuszek Dzieciaków, które w te stare kanapki wpatrywały się z pożądaniem...
Ło Matko i Córko...
Apetytowy kataklizm !!
     Postanowiliśmy wrócić do "pokoju" i przynieść jeszcze "coś na ząb"...Miałam pół chleba "na śniadanie" i torbę podróżną puszek...
Jakoś napchamy te puste brzuchy...
Jedno było pewne...To na pewno nie będą wakacje bez Dzieci...
     Jak wyglądał nasz urlopowy harmonogram ??
     Jedliśmy śniadanie w pokoju, po czym szykowałam "śniadanie na wynos" i udawaliśmy się do "Obozu", bo Dzieciaki właśnie kończyły swoje śniadanie...
Przed obiadem dostawali po "zapiekance", żeby nie jeść na pusty żołądek (wynalazek Pierworodnego), a po obiedzie zabieraliśmy Ich do siebie na kwaterę, na obiad...
Kolacje jedli też po dwie, tylko, że w odwrotnej kolejności...Najpierw z nami, potem obozową...
Ilości "dojadań" nie zliczę...
No i oboje dostali oczywiście "suchy prowiant" do plecaków, gdyby słabli z głodu między posiłkami...
     To, że Pierworodny pochłaniał tyle paszy mogło nie dziwić, bo apetycik zawsze miał spory, ale Córcia ??
To było niepojęte !!
     A na najszczęśliwszych wyglądali, kiedy zabraliśmy Ich na całodzienną wycieczkę nad Morze...
     Ani na chwilę buzie się im nie zamykały...Ciągle jedli...Ciągle pałaszowali...Ciągle przeżuwali...
Szarańcza !!
     Ale przecież nie to było główną przyczyną, dla której Komendanci tak serdecznie nas zapraszali...Przecież nie mogli przewidzieć takiego kataklizmu...Więc co ??
     Pomijam oczywiście fakt, że ani słówkiem nie skłamali o urokach Drawskiego...
Przyczyna była prozaiczna...
     Komendant marzył o Stanicy harcerskiej...
     Władze gminne były skłonne współpracować z Komendantem w realizacji owego marzenia, ale...
Ale chciały wkładu własnego !!
Gmina zapragnęła "najazdu" Turystów...
     No to Komendanci się starali...Populacja "wakacyjna" kilkukrotnie wzrastała..."W szwach" pękał sklepik spożywczy, bar, Kościół, a nawet chodniki, bo na takie tłumy przeznaczone nie były...Mieszkańcy remontowali co się da, żeby upchnąć kolejnych Letników...
     I kiedy nadszedł ostatni rok "niepisanej umowy", i transakcja miała zostać zrealizowana, nastąpiły wybory samorządowe...Stanicy nie ma do dzisiaj...
Ale my nie żałujemy...
     Przez dwa lata bytowaliśmy wakacyjnie na Pojezierzu Drawskim, a nawet rozważaliśmy nabycie kawałka tego raju...Nigdy jednak nie mieszkaliśmy w "podobozie rodzicielskim"...Kilka kilometrów "oddzielności" dobrze robiło i nam, i Dzieciakom...
     Przygodę harcerską naszych Potomków mogłabym właściwie zakończyć, ale opowiem Wam jeszcze jedną przygodę...O tym jak huragany porywały harcerzy razem z namiotami...    

piątek, 17 lutego 2017

Jak Żabolka została Hacerzem...

     Opowiem Wam dzisiaj, dlaczego jak nawiedzeni, gnaliśmy przez prawie cały Kraj, żeby towarzyszyć w wypoczynku naszym Dzieciakom...
Nadgorliwość rodzicielska nie miała z tym wiele wspólnego...
     Wyjazd na pierwszy obóz harcerski naszego Pierworodnego "wyszedł" nagle...
Po prostu nie było nas stać na nic bardziej wyszukanego...
     Przez dwa lata Dzieciaki uczestniczyły w koloniach letnich, których koszt w znacznej mierze pokrywał fundusz socjalny, a my dopłacaliśmy "końcówki"...W tym roku "fundusz" zredukowano o połowę, więc nie tylko, że na kolonie nie wystarczyło...Nie wystarczyło go nawet na połowę wyjazdu dla jednego Dziecka, bo koszt "kolonii" radykalnie poszedł w górę...
Przez przypadek znalazłam ogłoszenie o obozie harcerskim...
Pierworodny bez mrugnięcia okiem wygłosił sakramentalne "chcę !!"
Córcia, jako "małolat" miała wakacje spędzić z Rodzicami...
Decyzja zapadła...
     Poszłam Go zapisać i dokonać wpłaty niewielkiej zaliczki w towarzystwie Córci...
Przyjęła nas Żona Komendanta...Osóbka bardzo sympatyczna, elokwentna i życzliwa...Ze świętą wręcz cierpliwością odpowiadała na dziesiątki powtarzających się pytań o stan organizacyjny wyjazdu...Kolejka "do zapisu" była długa...
Nim odstałam swoje to właściwie wszystko już wiedziałam...
Córcia, Istotka spokojna nad wyraz (w takich sytuacjach) też się musiała bacznie przysłuchiwać...
     W tej to właśnie kolejce dowiedziałam się między innymi, że specyfiką "naszego obozu" jest "podobóz rodzicielski", czyli wydzielony plac na którym w namiotach wypoczywają przyjeżdżający na urlop Opiekunowie...Komendanci zapraszali wszystkich !! A uroczemu zakątkowi nie szczędzili słów pochwały...
     Opcję tą wykluczałam absolutnie (jak chciała Noti) !!
     Pierworodny musi odpocząć od rodzicielskiej troski !! I vice versacze...;o)
Wpisu dokonałam, zaliczkę wpłaciłam...
     Wieczorem, kiedy już wszystko, z detalami, opowiedziałam Panu N., do pokoju weszła Córcia i w progu zakomunikowała:
     - Ja też chcę na ten obóz !!
Ło Matko i Córko...
Się porobiło...
Zamarliśmy statecznie, jak na rodzicieli przystało...
A w umęczonych czerepach myśli kłębiło się miliony...
     1. Alergia na użądlenia - pod namiotami w lesie i nad jeziorem - Nie ma mowy !!
     2. Alergia pokarmowa - przy żywieniu zbiorowym z kotła żadna dieta nie istnieje - Nie ma mowy !!
     3. Nietolerancja na leki standardowe - opieka medyczna składa się z jednej Pielęgniarki - Nie ma mowy !!
     4. Każdy incydent medyczny kończył się z reguły na oddziale szpitalnym - Szpital czterdzieści kilometrów od obozu - Nie ma mowy !!
     5. Dbałość o dłonie - zakres obowiązków harcerskich znacznie odbiegał od wymogów Szkoły Muzycznej - nie ma mowy !!
     6. Pierworodny będzie miał "Ogon" - Nie ma mowy !!
     7. Jest stanowczo za mała na takie rozrywki (8 lat) - Nie ma mowy !!
     8. Gdyby coś się "działo" nie jesteśmy w stanie zareagować w ciągu godziny (takie wskazania medyczne), bo potrzebujemy 12 godzin na dojazd - Nie ma mowy !!
     9. Finansowo dalibyśmy radę - Ale nie ma mowy !!
     To tak, mniej więcej, lista tych naszych wydumań wyglądała, oczywiście bez wątków pobocznych...No i rzecz jasna, analiza odbywała się w cztery rodzicielskie oczy...
     Po burzliwej nocy problem przedstawiliśmy Pierworodnemu...
Co trzy głowy to nie dwie...
     - Niech jedzie !! Ogarnę to jakoś...Ale może jakieś wsparcie przygotujcie, jakby co...- tyle w temacie "Ogona"...
     Popołudniu poczłapałam do Hufca zasięgnąć opinii ewentualnych Opiekunów...
     - Każdy obóz harcerski musi mieć swoją Maskotkę !! Zapisać ?? - odpowiedziała na moje wątpliwości Komendantka...
     A że musiałam wyglądać na "średnio zdecydowaną", to zanim wyraziłam zgodę, Pani Komendant zorganizowała dla Córci mundurek, "sznurek" i inne duperele, bez których Harcerzem być się nie godzi...
     Szalę przeważyła karteczka ze wszystkimi możliwymi numerami telefonów komórkowych, jakimi dysponowała Kadra, od Komendanta ("Czerwonego Bereta") począwszy, a na Pielęgniarce skończywszy...
Decyzja zapadła...
Na odchodnym Pani Komendant rzuciła:
     - A może też się zdecydujecie przyjechać ?? Tereny są nieprzeciętnej urody !! A miejsce na namiot zawsze się znajdzie...
Echhh...
     - Dziękujemy za zaproszenie, ale my mamy jeszcze czworonożnego członka Rodziny...- zaczęłam artykułować wykręt od kolejnego zaproszenia...
     - Piesek ?? To wspaniale !! Na obozie mamy ich co najmniej kilka sztuk !! Harcerze kochają pieski !!
     Z paniką na twarzy pożegnałam się szybciutko, żeby Komendantka nie zaczęła organizować umundurowania dla Cezarego...

cdn 

środa, 15 lutego 2017

Kilka serdecznych słów...

     Niespodziewany to był mail...Nie dlatego, żeby Nadawca nie korzystał wcześniej z tego wynalazku, ale dlatego, że treść wiadomości mnie zaskoczyła...Głównym tematem było zapytanie: Czy chcę ??
I od razu się przyznaję, że chciałam...;o)
     Po kilku dniach Kurier zapukał do naszych drzwi i wręczył mi przesyłkę kształtu dziwnego...
     A że to był właśnie dzień "odbierania przesyłek wszelakich", więc przygotowałam sobie stanowisko "podglądacza" i z narzędziami ostrymi w ręku rozpoczęłam inwentaryzowanie przesyłkowych czeluści...
Oczywiście !! Owa przesyłka poszła "pod nóż" jako pierwsza...
     A potem się z gordyjskiej piersi wyrwało westchnienie...
Echhh...
     A gordyjska głowa zaczęła kombinować jak otrzymane dobra przekształcić w dobra jeszcze większe...;o)
Ale nie to sprawiło Gordyjce radość największą...
     W jednej z wiadomości, jaką Nadawczyni owej przesyłki napisała, było coś, co spowodowało, że gordyjskie serducho załomotało radośnie, na gordyjskim obliczu zajaśniał uśmiech numer pięć, a w duszę wlał się "mniód"...

  "A jakbyś się wybierała do stolicy to weź pod uwagę, że mnie w niej nie będzie od 18 do 27 lutego."

     Prawda, że to bardzo miłe ??
Tak miłe, że postanowiłam ujawnić ten fragment prywatnej korespondencji...
     Rozczuliłaś nas okrutnie...
     I w tym miejscu oświadczenie składam uroczyste, na Świadków biorąc wszystkich, miłych Czytaczy...

     W życiu nie wybiorę się do Stolicy, jeśli Ciebie w Niej nie będzie !!

     A że nie wybieram się w tym roku wcale, więc możesz dowolnie gospodarować swoim wolnym czasem i planować podróże w kierunkach dowolnych...;o)
     No chyba, że Cię wiatry północne na południe przywieją...
     Wtedy siatkę do łapania motyli biorę, na balkon wychodzę i czyhać na Twój "przelot" będę...
     A za przesyłkę dziękuję stokrotnie, i za te słowa, które mi uśmiech wywołały...
     Miło pomyśleć, że Ktoś, gdzieś, czeka na moje odwiedziny...;o)

poniedziałek, 13 lutego 2017

Rozprawka o miłowaniu...

     Dlaczego o miłowaniu, a nie o miłości ??
Bo miłość stała się dwuznaczna...
Bo miłość została zdewaluowana w toaletach podrzędnych dyskotek...
Bo miłość coraz częściej ma wymierną wartość...
     Miłowanie jest...
No właśnie...Jakie jest miłowanie ??
     Pamiętacie tę scenę, w której Baśka wyznaje miłowanie Panu Wołodyjowskiemu ??
Moim zdaniem, najpiękniejsza scena miłosna wszech czasów...
 
"- Głupia Krzysia! ja bym wolała jednego pana Michała niż dziesięciu Ketlingów! Ja pana Michała kocham z całej siły... lepiej niż ciotkę, lepiej... niż wujka... lepiej niż Krzysię!...

- Dla Boga! Basiu! - zawołał mały rycerz."
Bo każde miłowanie jest inne...
     Rodziców miłujemy genetycznie...
     Pierwsze uczucie, które z nami się rodzi, i z nami umiera...Taka opoka miłowania...Na niej uczymy się każdej innej jego odmiany...
Może dlatego brak tego miłowania jest tak bardzo odczuwalny ??
Bo czym zastąpić "fundament" ??
     Potem pojawiają się uniesienia...Większe, lub mniejsze...Szczęściarze dostają miłowanie "od pierwszego strzału"...Tylko, że czasem nie wiedzą nawet, że to właśnie owo życiowe miłowanie...
     Bo jak odróżnić "motyle" uniesienia, od "motyli" miłowania, skoro to takie same "motyle" ??
Swój "taniec" zaczynają jednakowo...
Umrą  ?? Odlecą ?? Czy zostaną na zawsze ??
Największa tajemnica miłowania...
     Miłowanie jest przebiegłe !!
     Pachnie poranną kawą podaną w ulubionej filiżance...Pyta z troską jak się czujesz...Sprawdza, czy masz czapkę nasuniętą na uszy w czasie mrozu...Zostawia ostatni łyk wody w butelce...I chce znać twoje zdanie na każdy temat...
     Miłowanie wraca z pracy do domu najkrótszą drogą...Czasem wysyła sms-a, że stoi w korku...Czasem pyta co kupić po drodze...
     Miłowanie jest niezauważalne, chociaż widać je codziennie...
     To nie jest kompromis...To nie jest rywalizacja...To nie jest zazdrość...
     Miłowanie smaży kotlety, chociaż za nimi nie przepada...Miłowanie pierze skarpetki...Miłowanie gładzi wyprasowaną koszulę uśmiechając się delikatnie...
     Miłowanie z wyboru...
     W którymś momencie tego miłowania pojawia się kolejne...
Dzieci...
Pierwsze, Drugie, Piąte, Dziesiąte...
Wszystko jedno, bo dla każdego z nich miłowania wystarczy...
     To szalone miłowanie...
     To nie jest lot motyla...To jest atak jastrzębia...Miłowanie pierwszego kopnięcia, pierwszego spojrzenia, pierwszego ziewnięcia...
A potem to miłowanie rośnie, pęcznieje, nabiera kształtu...
Miłowanie pełne lęku, niepewności i troski...
     Pojawia się, by po latach zniknąć "opętane" własnym miłowaniem i już wiesz, że przed Tobą kolejny etap...
     Miłowanie bezwarunkowe...
Wnuki...
Miłowanie, które nie musi być konsekwentne...
Miłowanie przynoszące wspomnienia...
     Przecież "dopiero co" skakałam w gumę..."Dopiero co" grałem w piłkę...
Miałam spódniczkę w groszki i kokardy w warkoczach...
Miałem krótkie spodnie i odrapane kolana...
Dopiero co...
A teraz patrzysz na takiego małego Człowieczka, i każde Jego spojrzenie wywołuje gejzer miłowania...
Podobno człowiek w 70% składa się z wody...
Guzik prawda !!
     Człowiek składa się z miłowania !!
Bo przecież serca by mu na całe to miłowanie nie wystarczyło...
Miłowanie się nie kurczy...Skwarka z niego zrobić się nie da...
Czasem wypełnia człowieka tak, że z trudem oddycha...
     Miłowanie...
     Dwie filiżanki kawy obok siebie...Dwa kubeczki z herbatą (i listkiem mięty, albo sokiem truskawkowym)...Dwa komplety kluczy do jednych drzwi...
  

sobota, 11 lutego 2017

Urlopowanie...cz.4



     Rany szybko mi się zagoiły. Mogłem już machać ogonkiem i wychodzić na spacerki. Nawet uszka mnie już nie bolały. A na pamiątkę został mi goły placek na grzbiecie, po wyrwanych kłaczkach. Wtedy moja Rodzina pojechała nad morze. Ja też pojechałem!
     Nawet nie bardzo marudziłem w aucie, żeby mnie nie zostawili z tymi obcymi psami.
I powiem wam, że morze jest straszne!
     Najpierw szliśmy przez park. Ładnie było. Drzewka, krzaczki, kwiatki. W sumie, to mi się nawet podobało, chociaż pachniało całkiem inaczej niż w domu. Pachniało szprotkowo.
     A potem stanęliśmy na takiej górce, która wcale nie jest górką, bo nazywa się wydmą i zobaczyłem piaskownicę. Ogromną!
     Ta piaskownica była taka duża, że zmieściłyby się wszystkie dzieci z mojego osiedla razem ze wszystkimi pieskami.
     Kiedy Mama rozkładała nasz kocyk, ja spróbowałem przekopać tą piaskownicę.
     Kopałem, kopałem, kopałem, ale tego piasku wcale nie ubywało. Jakbym tak sobie zakopał kość w tej piaskownicy, to nigdy bym jej nie znalazł.
     Taka wielka piaskownica nazywa się plaża, i wcale mi się nie podoba.
Piasek jest gorący i parzy w łapki, nie można zamerdać ogonkiem, bo piasek wpada do oczu i noska, a na tej plaży jest bardzo wiele obcych kocyków i obcych ludzi. W takim tłumie to można się całkiem zgubić!
Ale nie to jest nad morzem najgorsze…
     Nad morzem najgorsze jest morze!
Tyle wody…
     A na dodatek, jak się chcesz przyjrzeć z bliska, to ta woda łapie za łapki i wciąga do środka. Trzeba bardzo uważać!
Postanowiłem nigdzie nie ruszać się z kocyka. Nigdzie!


     Siadłem sobie na samym środku, żeby mnie to morze nie złapało, i żeby mi ogonek nie zwisał na piasek, i tak siedziałem.
Mama się ze mnie śmiała, że taki grzeczny to ja nigdy nie byłem.
Grzeczny?
     Aż mnie skręcało, żeby pograć w piłkę z Tatą i Miśkiem, albo budować zamek z Żabolką, ale jak ja potem znajdę drogę na nasz kocyk? Nie znajdę! I wtedy mnie to morze na pewno złapie, albo mnie zasypią tym piaskiem, bo jest go za dużo.
     Jak ja trochę piasku przyniosę do domu, to Mama zaraz krzyczy i zamiata, a tutaj? Nikt już dawno nie sprzątał!
A potem to było jeszcze straszniej!
     Tata przyszedł na kocyk i powiedział, że każdy, kto pierwszy raz jest nad morzem, musi mieć chrzest. Popatrzyłem na Mamę, czy czasem nie ma tego chrztu gdzieś schowanego, bo Mama zawsze wszystko ma spakowane (nawet moje kabanoski !!), ale nie miała. Za to Tata wziął mnie na ręce i zaniósł…
Gdzie?
Do morza!

Zaniósł i postawił tak, że mi to morze łapki zabierało!
Aua!
Wcale mi się ten chrzest nie podobał!
     Po co tej wody tyle jest? I po co ona łapie pieski za łapki? I dlaczego pachnie szprotkami? I dlaczego całkiem inaczej smakuje?
     Aż sobie przysiadłem z tego wszystkiego w tym morzu i patrzyłem jak mnie łapie. Chlup…Chlup…Chlup…
     Wieczorem wróciliśmy do naszych gospodarzy, a ja ciągle oblizywałem mój ogonek, i łapki oblizywałem.
Pięknie pachniałem szprotkami.
     Ale to był niestety, koniec naszego urlopu. Tata naprawił auto, Mama zapakowała mój koszyczek, a ja się martwiłem, że znowu będę musiał udawać, że wymiotuję. Nie musiałem.
Zasnąłem zaraz po tym, jak Mama ułożyła mnie w koszyku i obudziłem się pod naszym domem. To dopiero był piękny zapach…
Najpiękniejszy!

czwartek, 9 lutego 2017

Urlopowanie...cz.3

      Wracajmy na psie szlaki...


     Codziennie chodziliśmy na spacerki do lasu, codziennie kąpałem się w jeziorze i codziennie miałem całą moją Rodzinę.

     Z tym kąpaniem to wcale nie było tak, że chciałem się kąpać! Ale Mama ciągle wpadała do wody i musiałem ją ratować. A kiedy Miś i Żabolka zauważyli, jaki ze mnie świetny ratownik, to też zaczęli wpadać. Tata też wpadał…
Miałem mnóstwo roboty z tym ratowaniem!

Po tygodniu takiego treningu przepływałem kąpielisko bez odpoczywania na maminej głowie, a nawet odważyłem się wskoczyć do wody z pomostu…
Ale takie skakanie bardzo mi się nie podobało, bo strasznie potem bolał brzuszek.
     Pewnego wieczoru, kiedy Mama z Tatą i naszymi gospodarzami siedzieli w moim ogródku, postanowiłem zwiedzić okolicę i zaprzyjaźnić się z okolicznymi mieszkańcami. Codziennie słyszałem jak donośnie szczekają, nawołując się do zabawy…
     Ruszyłem przed siebie, tą samą drogą, którą biegłem po przyjeździe.
Wszędzie rozchodziły się przepiękne zapachy spacerku…
     Biegłem sobie tak, biegłem…Ogonkiem majtałem…I nagle!
Zza płotu wyłoniła się gromada kilku mieszkańców…
Zbliżali się powoli, wąchali, warczeli i strasznie jeżyli grzbiety.
Może tutaj tak się pieski witają?
To i ja zawarczałem…
I się zaczęło!
     Cała banda rzuciła się na mnie, gryzła, szarpała i poniewierała po drodze. Nawet uciec nie mogłem, bo wielgachny niby-wilczur zastępował mi drogę.
     Nie pozostawałem dłużny w tym kąsaniu, ale co mogą ząbki małego pieska, nawet, jeśli jest to prawie brodacz monachijski, w walce z całą zgrają wielgachnych wielorasowców?
Takie ząbki nic nie mogą!
Musiałem wezwać pomoc…
Auuuu…
     I od razu usłyszałem straszny krzyk Mamy i Taty. A jak oni szybko biegli!
     Nawet nie wiedziałem, że Mama i Tata umieją tak szybko biegać…
Nasi gospodarze też biegli i krzyczeli.
     Na drodze nie było już ani jednego pieska, poza mną. Byłem w kiepskim stanie.
     Pokąsane łapki bardzo mnie bolały, bolały pokąsane uszka, i ogonek też bolał.
Ale najbardziej to mnie bolała psia duma!
Ja, dzielny, mały piesek z wielką duszą, dałem się złapać w pułapkę…
Auuuu…
     Tata zaniósł mnie do domu, a Mama przemywała mi grzbiet, uszka, łapki i ogonek, bardzo szczypiącym czymś. Bardzo, bardzo szczypiącym. Już nawet nie wiedziałem, czy bardziej mnie boli, czy szczypie…
     Ale prawdziwie smutny to był dopiero następny dzień.
     Wszystko tak mnie bolało, że nawet nad jezioro Tata niósł mnie na rękach, a Mama kazała mi leżeć na kocyku w cieniu.


     Bardzo mi się to nie podobało, bo Mama ciągle wpadała do wody i nie miał jej kto ratować. Siedziałem na tym kocyku i strasznie płakałem…
Auuuu…
Moja Rodzina się bawiła, a ja siedziałem przywiązany do drzewa.
     Teraz już wiem, że nie wolno warczeć na obce pieski! Szczególnie, jeśli są większe i jest ich kilka. Powarczę sobie na Maksia, jak wrócimy do domu. Maksiu nie jest obcym pieskiem i jest teraz mniejszy niż ja!
     Rany szybko mi się zagoiły. Mogłem już machać ogonkiem i wychodzić na spacerki. Nawet uszka mnie już nie bolały. A na pamiątkę został mi goły placek na grzbiecie, po wyrwanych kłaczkach. Wtedy moja Rodzina pojechała nad morze. Ja też pojechałem!

wtorek, 7 lutego 2017

W czasie zimy "Dzieci" się nudzą...

     Co odróżnia "Statecznych Człowieków" od "Waryjatów" ??
Zdiagnozowanie tego jest proste jak budowa cepa...
     "Stateczne Człowieki" kiedy kończy się sezon zaiwaniania "na hektarach" zlegają statecznymi ciałami na kanapach i jedyny wysiłek do jakiego są skłonne to naciskanie guzików na pilocie...
     Waryjaty...
Echhh...
     Waryjaty, zaraz po tym jak bóle "wszystkiego" mijają, albo jeszcze w trakcie tych boleści, zaczynają kombinować, co by zmajstrować, żeby odrobinę skomplikować proste wydawałoby się życie...
My to kombinowanie mamy rozwinięte do granic absurdu...
     Ledwie ogarnęliśmy rzeczywistość po sezonie życia "na dwa domy" (nie żeby w całości, ale tak, że na powierzchni użytkowej zmieściła się choinka), zaczęło się nam lęgnąć...
Nie gryzło, nie szczypało...Lęgło się cichutko...
     I ledwie zamknęły się nasze drzwi po wizytacji duszpasterskiej (totalnie nas w tym roku Proboszcz zaskoczył), Pan N. pognał do piwnicy po pudełka, a Gordyjka zaczęła trenować wygibasy "wisząc" na parapecie...Ozdoby świąteczne dostały nakaz eksmisji...
     W ciągu 48 godzin z pięknie uporządkowanego mieszkanka zrobiliśmy totalny bajzel...
     A potem pojechaliśmy do mojego ulubionego marketu po...Panele !!
Zaczynamy remoncik !!
Tak nam się "ryjki" cieszyły, że aż nam się Ludzie przyglądali...
     No bo co jest radosnego w dobieraniu listewek do paneli, albo w wyborze pianki na podbicie ?? Nic !! Totalnie nic !!
No chyba, że się jest Waryjatem...
Wtedy nawet kubełek emulsji wyzwala dreszczyk emocji, a wyszukiwanie nożyków do wycinarki staje się przygodą...
     No to zakupiliśmy panele, listwy, pianki i kilka innych fajnych rzeczy i z tymi radosnymi ryjkami ruszyliśmy do domeczku (który przypominał przedpola Stalingradu)...
A potem...
     Było pięknie !!
Układaliśmy, dopasowywaliśmy, klęliśmy i podziwialiśmy nieustannie...
     Aż nagle podłoga w kuchni nam się skończyła...


Orzesz...(ko)
     Siedliśmy troszkę zagubieni, i niczym sroka w gnat wgapaliśmy się w to nasze dzieło "wiekopojmne"...
     - To może przy okazji położymy ten kawałek pod jadalkę ?? Chciałaś jadalkę ?? - nieśmiało rzucił Pan N. z ewidentną nadzieją w głosie na moje "chcenie"...
     - A pewnie !! - podchwyciłam entuzjastycznie...
     I znowu nam się "bananki" na buziulach pojawiły, bo etap końcowy kuchennych rewolucji odrobinkę nas "skwasił"...
     Dwie doby później kuchnia stała jak kuchni stać wypada, a "Stalingrad" przeniósł się nam do pokoju...Trochę dalsze przedpola, bo bajzel jest znacznie mniejszy...


     - Na ten kawałek to nawet urlopu szkoda...- wymruczał Pan N. i Waryjaty rozpoczęły kombinowanie, co będzie "po jadalce"...


     A może by tak, jak "stateczne Człowieki" zlec obolałym ciałem na kanapie i zacząć zmieniać kanały w TV ??
     Może czas wyluzować i "w poziomie" oczekiwać na kroczący wielkimi krokami nowy sezon ziemno-ogrodniczy ??
     Takiej opcji Waryjaty nie przewidują...
     Pan N. już coś przebąkuje, że ze starego stołu to można by było jeszcze całkiem niezły mebel zmajstrować, a mnie się roi kubełek emulsji i wystający z wiaderka pędzel...