Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

środa, 18 listopada 2020

Miłość, czy pieniądze ??

     Moja bibliotekarska kariera nie była długa...Zaczęła się przypadkowo, skończyła się prozaicznie...Tyle, że ten mój początek był troszkę inny, niż przedstawiony kilka dni temu...Przynajmniej początek bibliotekarski, nie zawodowy...

     Mając lat jedenaście, uczestniczyłam w letnich koloniach, "gdzieś na mapie"...Miejscowość była tak malutka, że nikt dokładnie nie wiedział "gdzie to jest" i "co tam jest"...

Sosnowe lasy, kilka domów i szkoła...

     Trzy tygodnie kolonii przechorowałam...Poza zakamarkami szkoły i sadem, który ją otaczał, niewiele widziałam...

No nie...

     Byłam raz w sosnowym lesie, kiedy w połowie pobytu odbył się "najazd rodziców"...Ku mojemu zdziwieniu, Mamciaśka też przyjechała...

     Przez trzy godziny usiłowałam Ją przekonać, że w domu będzie mi lepiej...

Nie przekonałam...

Trzy tygodnie w "izolatce"...

     To właśnie tam, Kierowniczka "imprezy" wpadła na wyśmienity pomysł...

     Oddała mi w zarządzanie kolonijną bibliotekę (właściwie szkolną)...;o)

     Miałam pod dostatkiem książek do czytania i doraźny kontakt z rówieśnikami...

     Z "przepisowych" dwóch godzin, dwa razy w tygodniu, zrobiłam pełny etat, od śniadania do kolacji każdego dnia ...

Całe dnie z książkami...

     Moje najpiękniejsze kolonie !!

Chociaż żal do Rodziców miałam ogromny...

     To był mój pierwszy krok w bibliotekarskiej "karierze"...

A jaki był ostatni ??

     Po urlopach macierzyńskich, wychowawczych i przeprowadzce do Zaścianka, nadszedł czas powrotu do pracy...W międzyczasie zmieniła się Dyrekcja...

     Nowa Dyrektorka przedstawiła mi ofertę finansową, a nawet zaproponowała przeniesienie do Filii najbliższej stacji kolejowej...Zależało Jej...Mnie też...

     Wróciłam do domu, siadłam z kartką i długopisem, zaczęłam liczyć...Jestem przecież "ściślakiem"...;o)

- Koszt biletu miesięcznego;

- Koszt przedszkola dla Córci;

- Koszt opieki doraźnej (Pan N. pracował na zmiany, ja miałam pracować na zmiany)...

I zonk...

     Mojej proponowanej pensji już by brakowało...Nawet, gdybym prowadziła "zawodową głodówkę" (bez posiłków w pracy) i paradowała goła i nieobuta...

Tyle zarabiały Bibliotekarki...

Popłakałam się...

     Dlaczego nie przeniosłam się do bibliotek w Zaścianku ??

Bo to Zaścianek...

Tu zatrudniało się "swoich"...

     Tak to się zakończyło...

     Ponoć, najszczęśliwszymi Ludźmi są Ci, którzy robią to co kochają i jeszcze im za to płacą...

     A może wystarczy pokochać to co się robi ??

     Ja kochałam swoją pracę (chociaż była zaprzeczeniem moich marzeń), ale miłość do Rodziny (że o rozsądku nie wspomnę), musiała zwyciężyć...

     Nadszedł czas na "nowy początek"...

Może i o tym, kiedyś Wam opowiem...;o)

niedziela, 15 listopada 2020

Z szacunku dla "Orła"...

     Matka Natura wyposażyła mnie w "dziwny czujnik"...Instynktownie wyczuwam ludzi, od których powinnam się trzymać daleko...I chociaż czasem, wbrew "ostrzeżeniom", bagatelizuję sygnał, gdzieś tam "wypływa", że Matka Natura się nie myliła...Czasem nie mam wpływu na bliskość toksycznych ludzi...

     Kiedy Dyrektorka przedstawiała mnie przyszłej Kierowniczce, moja "lampka" płonęła jaskrawą czerwienią...

Nawet wymruczane przez Dyrektorkę:

     - Powodzenia...

Było jakieś bezduszne, rzucone mimochodem...Nawet nie patrzyła na mnie...

Po tygodniu pracy w nowej Filii już wiedziałam...

     To nie była Biblioteka, to był "urząd"...Myślenie było czynnością najmniej potrzebną...

     Nowoczesne pomieszczenia, zapach farby, błysk szyb...I "obsługa" ze sztucznymi uśmiechami, pracująca jak roboty...Przyjmij, wydaj, ułóż...

     "Obsługa" mogła porozumiewać się tylko w tematach zawodowych...

Manufaktura...

     Przy wejściu była szatnia, którą obsługiwała starsza Pani...Przesympatyczna starsza Pani...

     "Obsługa" witała ją "dzień dobry" i żegnała "do widzenia"...Tyle w temacie...Bo to była "tylko" Szatniarka !!

     Najsmutniejsze były "wewnętrzne czwartki"...

     "Obsługa" siadała przy stołach (albo biurkach) i w magicznym milczeniu wykonywała swoją pracę...

     Na jednym z zebrań ogólnych zaczepiła mnie Dyrektorka i zapytała:

     - Dajesz radę ??

     - Z trudem...- odpowiedziałam, bo szczerość ceniła sobie ponad wszystko...

     Potem się dowiedziałam, że Kierowniczka co tydzień bywała w dyrekcji i wypluwała jad na temat "obsługi"...Byłam ponoć częstym tematem tych "zjadliwców"...

     Już nie biegłam do pracy z uśmiechem na twarzy...

Chociaż...

     Po pewnym czasie, odeszła z Filii "obsługa" czytelni...Emerytka, która dorabiała na pół etatu i jako jedyna miała "wywalone" na Kierowniczkę...Szczerze mówiąc...Od razu Ją polubiłam, a i Ona chyba zapałała sympatią, bo czasem udawało się nam zamienić kilka zdań (prywatnych !!)...

Kiedy odchodziła, byłam w ciąży...

     Dlaczego o tym wspominam ??

     Bo wówczas Kierowniczka musiała ulec Dyrekcji...

     Dyrektorka zdecydowała, że to ja mam się zająć czytelnią...

Viktoria !!

I teraz skończę z ubolewaniem na swój ciężki los...;o)

     Czytelnia była piękna...Regały, biureczko, katalogi i dwadzieścia (!!) miejsc...A księgozbiór ?? Palce lizać !!

Stałych Czytelników poznałam w kilka dni...

     Siedziałam sobie w ciszy (Kierowniczka jakoś sentymentu do czytelni nie miała) i robiłam swoje...Mogłam bez skrępowania podejść do stolika i zapytać: co trzeba, co czytasz, co piszesz, może pomóc...Niby nic...

Nawet nie wiem kiedy "moja czytelnia" zaczęła się zapełniać...

     Biblioteka znajdowała się w kompleksie handlowym, wtedy Młodzież ze szkół zawodowych nagminnie odbywała praktyki zawodowe, jednocześnie się ucząc...Fama o tym, że w czytelni można spokojnie przygotować się do zajęć szybko się rozeszła...

No dobra...Przyznam się...Pomagałam...

     Czasem sprawdziłam jakieś wypracowanie...Czasem zerknęłam w zadanie, którego wynik był daleki od wymaganego...Czasem, o zgrozo, napisałam jakiś referat (bo autor, czy autorka mieli właśnie inwentaryzację i nijak by tego nie ogarnęli)...

     Po kilku tygodniach poszłam do Kierowniczki, poprosić o krzesła i stoły z sali konferencyjnej, bo mi się Czytelnicy nie mieścili...Zonk...

     To był jeden z nielicznych momentów, w których Kierowniczka wparowała sprawdzić moje fanaberie...

Ścisk był okrutny...;o)

     Mrucząc pod nosem jakieś "złowieszcze zaklęcia" ustąpiła (sala konferencyjna była Jej perełką - służyła do prania naszych sumień)...Dostałam stoliki, dostałam krzesełka...I o zgrozo !! Pomagali mi je przenieść Czytelnicy !!

Znowu stałam się Bibliotekarką...

No i cóż...Miałam z tego profity...

     Jakie były wówczas czasy, pamiętają Ci z odpowiednim PESEL-em...W sklepach nie było nic...Ja pracowałam całe popołudnia, więc wystawanie w ogonkach, odpadało...Ciąża wymagała pewnych przygotowań...

A ja miałam wszystko !! Dosłownie wszystko !!

Od moich Czytelników...;o)

     - Może podgrzewacz do butelek by się Pani przydał ?? 

     - Pewnie, że by się przydał...- odpowiadałam...

     - Właśnie przyszły, poproszę o pieniążki, przyniosę po zmianie...

     - A może pieluszki flanelowe ?? Sprzedajemy po dziesięć sztuk...Pakiecik ??

     - Śliczne śpioszki mamy !! Na przerwie przyniosę pokazać...

     Nie ruszając się z Czytelni, ciągle wracałam do domu z zakupami...

Potem było jeszcze lepiej...

     Pierworodny, oczekiwał od przyszłej mamy specyficznej diety...

     Jadaliśmy kanapki z dżemem i śledziem w occie, kanapki z miodem i kapustą kiszoną, ptysie w ilościach hurtowych (dziesięć sztuk nie było problemem, a temat ogarniał Pan N. wracając z pracy) i cytryny...Cytryny na kilogramy !! Do jednej nie siadałam...

A że większość dnia spędzałam w Czytelni, więc moi Goście byli świadkami naocznymi tej diety...

Szybko zrozumieli, że cytrynowa korupcja jest pożądana jak żadna...

     Do uprzejmego "dzień dobry" dostawałam cytrynę...

     Towar był reglamentowany, więc rozumiecie, że oprzeć się takiej korupcji nie mogłam...;o)

     Po jakimś czasie, do mojego biurka podszedł stateczny Pan, w słusznym wieku (były dyrektor sporego przedsiębiorstwa) i...

     - Mamy prośbę, jako Czytelnicy...Bo ja tu w imieniu wszystkich przyszedłem...Czy możemy przestawić krzesełka w drugą stronę ?? Żuchwy nam cierpną, ślinotok mamy i nawet uszy nas bolą, jak Pani je te cytryny...Nie damy rady dłużej !! Niech się Pani zlituje...Sami przestawimy...Powiedzmy, z szacunku dla "Orła"??

     Dłoń z cytryną zawisła mi w powietrzu i usiłowałam zagonić do pracy ostatnie dwie szare komórki...Tempo wpatrywałam się w Czytelnika, przetwarzając komunikat, i w "Orła" wiszącego na ścianie...

     Kiedy dotarło do mnie w czym problem, wybuchłam niewyobrażalnym śmiechem (aż czkawki dostałam), a cała Czytelnia mi wtórowała...

To się musiało skończyć interwencją Kierowniczki...;o)

Ale argument o "orle" zadziałał...;o)

     Od tego dnia, moi Czytelnicy siedzieli do mnie tyłem...

     Ale cytryny przynosili, więc nie czułam się pokrzywdzona...;o)

     Z czasem zauważyłam, że Czytelnia zaczyna żyć własnym życiem...Matematyk na emeryturze pochylał się nad zeszytem "gamonia" i ze świętą cierpliwością tłumaczył po raz setny zadanie...Siwowłosy Inżynier kreślił w notesie jakieś wykresy, tłocząc fizykę opornym...Polonistka przygarnęła do osiedlowego teatru kilka humanistycznych duszyczek...Starsze Panie wymieniały się przepisami na ciasta, a potem zaczęły wymieniać się ciastami (z czego i ja korzystałam)...Dyskusje o książkach stawały się tak żarliwe, że do słownictwa wprowadziłam wyraz: "ciszej"...

"Orzeł" na ścianie jakby się uśmiechał...

A ja wiedziałam już na pewno...Jedni kochają książki, inni ich potrzebują...Wystarczy Im nie przeszkadzać...

     Kiedy odchodziłam na "macierzyński", Pani Basieńka (nasza Szatniarka), wyszeptała mi do ucha...

     " Tutaj już nigdy nie będzie tak jak teraz"...

Najpiękniejsze pożegnanie jakie mogłam usłyszeć...

     Po kilku miesiącach poszłam w odwiedziny z Pierworodnym...

     W czytelni stała przepisowa ilość stolików z przepisową ilością krzesełek...Krzesełka stały tyłem do "Orła"...Było pusto...

Przy biurku siedziała Kobieta w średnim wieku...

     - Proszę się wpisać do zeszytu...- oznajmiła urzędowym głosem, bez uśmiechu...

     "Obsługa"...

czwartek, 12 listopada 2020

Krowy nie było...

     Jedna z moich Czytaczek, opisała ostatnio bibliotekarskie smuteczki, spowodowane przymusową izolacją Czytelników i książek...Pomyślałam wówczas, że opiszę moje bibliotekarskie przygody, jako antidotum na te smuteczki...;o)

No cóż...

Słowo się rzekło...;o)

     Dawno, dawno temu zostałam Bibliotekarką...Nie po "dobrowoli", ale z czystego przypadku...Zostałam zmuszona do odejścia z pracy za wyrzucenie do kosza "deklaracji przystąpienia do partii" (tej jedynie wówczas słusznej)...

     Dotychczasowa praca była moim marzeniem, dostanie się tam spełniło młodzieńcze pragnienia, ale...

No właśnie...

     Była końcówka roku, a w czasach "dawno,dawno temu" pod koniec roku obowiązywała magiczna "blokada etatów" aż do Nowego Roku...

     Stając się "elementem wywrotowym" na fory liczyć nie mogłam, więc złożyłam papiery do Biblioteki...

Ja "ściślak", mający totalnego bzika na punkcie technologii...Echhh...

     Przygarnięta zostałam właśnie przez tę "wywrotowość"...;o)

Po obowiązkowych szkoleniach przydzielono mi placówkę...

     Filia była maleńka, odległa i nie ma co ukrywać, nikt nie chciał tam pracować...Dzielnica "zakazana", tereny produkcyjne, wkoło więcej "marginesu" niż życia...

     Biblioteka mieściła się w obskurnej, starej kamienicy, przy obskurnej, starej ulicy, w zakazanej dzielnicy...

     Jak wyglądała w środku ??

     Stare mieszkanie, przystosowane regałami na wypożyczalnię, czytelnię stanowił rozklekotany fotel z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku i równie malowniczy stolik...

Tyle luksusów...

     Kiedy Dyrektorka (wyjątkowa Postać w moim życiorysie) komunikowała mi przydział, zapytała niespodziewanie:

     - A umiesz palić w piecu ??

Bingo !!

     Nastoletnia dziewczyna z centrum sporego Miasta, z "technologicznym kotem" i takie przyziemienie...

     - Ja nawet krowy umiem doić...- wypaliłam...

     - Kto wie, kto wie...- wymruczała Dyrektorka i pokiwała głową z miną "wszystko się może zdarzyć"...

     Obsługę tej "dziwnej" Filii stanowiły:

- Kierowniczka, która od kilku miesięcy przebywała na chorobowym i nikt nie spodziewał się rychłego powrotu;

- Młodziutka Studentka polonistyki UŚ, która ciągle brała wolne, bo nie wyrabiała czasowo;

- Ja, absolutny świeżak w zawodzie, który ślinił się na widok bibliotecznych regałów (jako użytkownik).

     Była jeszcze jedna postać...

- Królowa !! Starsza Pani mieszkająca na piętrze, która "trochę sprzątała", "trochę pomagała", a głównie odpowiadała za opał i rozpalanie ogromnego, kaflowego pieca...

     Dyrektorka na pożegnanie życzyła mi powodzenia, wręczyła klucze i oznajmiła, że zaczynam od 13-tej...A że jakieś wsparcie mi się należy, to przyjedzie Inspektorka, zerknąć jak sobie radzę...Super...

     Inspektorka mnie szkoliła i fakt jest faktem...Nawiązała się między nami nić sympatii...Moja imienniczka...Też "element wywrotowy"...O literaturze mogła gadać godzinami...Kochała słodycze...

     Chyba pora ruszać do pracy ??

     Poszłam oczywiście na piechotę...Trzydzieści minut energicznego marszu przez park było bonusem...A potem "zaklęte rewiry"...

     W bramach kamienic "zbiorowiska elementów", których jedynym zajęciem była niespieszna degustacja wina marki wino...

     Na plecach czułam zaciekawione spojrzenia, słyszałam pogwizdywanie i wymianę męskich poglądów na temat mojej "urody"...

     Zdezelowane drzwi Biblioteki otworzyłam z trudem...

     Widok trochę mnie "stłamsił"...To jest Biblioteka ??

Lawirowałam między regałami usiłując znaleźć "zaplecze"...

     - Tutaj !! - usłyszałam tubalny głos odbijający się echem od odrapanego sufitu...

Królowa rozpalała w piecu...

     - Nie wiedziałam, czy dzisiaj będzie czynne...- usprawiedliwiła opóźnienie...- Tu masz wieszak, krzesełko i maszynkę z czajnikiem...Chodź, pokażę Ci komórkę z węglem...

Tyle było wprowadzenia...

     Okazało się, że Królowa też jest na chorobowym...Widocznie Dyrektorce ta informacja już przez gardło nie przeszła...Zwlekła się Kobieta z łóżka, żeby mnie wesprzeć w ciężkiej chwili próby...;o)

     - Od jutra mam zastrzyki, to będziesz musiała sobie węgla przynieść i w piecu rozpalić...Dasz radę ??

Wymruczałam potwierdzenie...

     - Tylko kamienicy z dymem nie puść...

     I zgrzyt zamykanych "drugich drzwi" oznajmił mi, że od tej chwili "rządzę i dzielę"...

Przekichane !!

     Niewiele pamiętam z tego "pierwszego dnia"...Upodobania Czytelników rozpoznawałam na "chybił trafił"...Z życzliwością witałam tych, którzy podawali tytuły...Samo rozeznanie się w ustawieniu regałów i systemie rozłożenia książek było wyzwaniem...

Inspektorka przyjechała koło 17-tej...Po pracy...

Siadła na zdezelowanym fotelu "czytelni" i zaznaczyła życzliwie, że będzie wsparciem mentalnym, bo nie zna tej Filii wcale...

Ha, ha, ha...

     Kilka dni później, ledwie zdążyłam przygotować miejsce pracy do funkcjonowania (czytaj: rozpaliłam solidnie w piecu i zrobiłam sobie herbaty), "cyk" i zgasło światło...

Orzesz...(ko)

     Połowa grudnia, więc za chwilę będę funkcjonować w egipskich ciemnościach...

     Przy okazji rozwiązałam tajemnicę sporego zapasu świec, zalegających jedną z półek...

Urządziłam sobie świecznik ze starego talerza, przygotowałam biurko i zamierzałam nadrobić zaległości w katalogowaniu "nowości"..."Wewnętrzny czwartek" ewidentnie mi nie wystarczał...

     Kto przyjdzie do Biblioteki, skoro nie ma prądu ??

Naiwna młodości !!

     Najpierw pojawił się "Typior" z kilkudniowym zarostem i podbitym okiem...Usiadł na czytelnianym fotelu, wziął gazetę ze stolika i zaczął czytać...

Po ciemku ??

     Dyskretnie podeszłam do pieca i zmieniłam położenie pogrzebacza (ustawiłam koło biurka, jakby co)...

     Po chwili weszły dwie dziesięciolatki...

     - Możemy tu lekcje odrobić ?? - zapytały...

     No cóż...Czemu nie ?? Skoro "Typior" siedzi i "czyta", to wsparcie nawet Dziesięciolatek się przyda...

Przygotowałam Im miejsce po drugiej stronie biurka...Niech odrabiają !!

     Po godzinie Biblioteka była zapakowana pod sufit...

     Z parapetów (bardzo niskich) pousuwałam kwiatki (badylki w doniczkach), zasiadło tam grono "bramowych obstawiaczy", Dzieciaki porozkładały zeszyty i książki na podłodze, nowi Przybysze lokowali się gdzie kto miejsce znalazł...Moim zadaniem było oświetlić świecami ich stanowiska...

     Biblioteka "płonęła"...

     I o dziwo...Panowała w niej idealna wręcz cisza...

Koło 17-tej wparowała Królowa...

     - Jezusie i Maryjo !! - wyrwało się Jej z obszernej piersi...

Noooo...

Tylko Ich mi brakowało...

     - A ja głupia myślałam, że siedzisz bidulko sama, po ciemnicy...- wymruczała Królowa i jak weszła z przytupem, tak zniknęła po angielsku...Prawdziwa Królowa !! (I to wcale nie jest ksywka, Kobieta na prawdę się tak nazywała)...Właściwie: Król...;o)

     Wróciła po kwadransie, z ogromnym imbrykiem herbaty i koszykiem pełnym różnych kubeczków...

     - Na kubki uważać !! Pożyczone !! - oznajmiła zrzędliwie, częstując moich Gości herbatką...

     - Gorzka...- wymruczał jeden z Dzieciaków...

     - Jeszcze mam Ci cukru dodawać darmozjadzie ?! - zbeształa krytykanta...

     I Biblioteka "zapłonęła" nie tylko świecami...Śmiech było słychać w całej Dzielnicy...

Nawet nie zauważyłam, że mój biblioteczny dyżur się skończył...Z przerażeniem odkryłam na zegarze godzinę 20-tą i już widziałam przerażenie Mamciaśki, że mój trup zalega gdzieś między regałami, albo parkowymi krzakami...

Pogasiłyśmy wszystkie świece, sprawdzają trzykrotnie każdą z nich...

     - Musisz złożyć zapotrzebowanie na świece w Dyrekcji, bo jeszcze dwie takie akcje i będziesz świecić oczami...- skwitowała Królowa...- Jutro możesz pospać pół godziny dłużej, odpalę piec...- wymruczała na pożegnanie...

     A przed Biblioteką czekał spory Tłumek, który odprowadził mnie aż do "wiaduktu", tam, gdzie prąd już był, i gdzie cywilizacja błyszczała gęstymi latarniami...

     Czy można piękniej spędzić popołudnie i wieczór ??

No cóż...

     Po powrocie do domu rozpakowałam teczkę, w której miałam "podarunki"...Dzieciaki po odrobieniu lekcji wyciągnęły kredki i rysowały...Co ??

Sporo łez wzruszenia ze mnie wycisnęły te rysunki...

Na każdym z nich była "chuda dziewczyna" z kucykiem, stojąca przy biurku, a obok talerzyk ze świeczkami...Wkoło regały z książkami...

Niewiele spałam tej nocy...

     Po przyjściu do Biblioteki wszystkie te rysunki wykleiłam na bibliotecznej witrynie, a w środku, rysunek A3 z Dzieciakami siedzącymi na podłodze, "Bramowymi Obstawiaczami" na parapetach i Królową z koszem kubków...Nie było to wielkie dzieło, bo umiejętności mam skromne...Ale starałam się każdego "ucharakteryzować"...

     Nie było wówczas komórek z "sms-ami", ani nawet stacjonarnych telefonów w mieszkaniach...W godzinę Biblioteka znowu rozbrzmiewała śmiechem...

     - To ja !!

     - A to ja !!

     - Popatrz !! Stefan ma podbite oko !!

     - Wojtek się nie ogolił !!

     A ja siedziałam przy biurku i chichotałam w karty katalogowe...Udało się !!

     Takich wieczorów "bez prądu" przeżyłam wiele...Zawsze z należytą Obstawą...

     Witryna zamieniła się w "galerię", a ja moich Czytelników (wszystkich) znałam po imieniu...

     Po Nowym Roku wróciła Studentka, ja dostałam podwyżkę i Encyklopedię (jednotomową) jako uznanie od Dyrekcji za "nietuzinkowe podejście do Czytelnika"...Skąd wiedziała ?? Od Królowej !! Królowa to była "Wtyka" Dyrekcji...

     Do obowiązków dopisałam sobie (na ochotnika) korepetycje dla Maluchów (i nie tylko)...

     - Dostałem piątkę !! - oznajmiał mały Urwis od progu...- Słyszy Pani !! Piątkę !! Z matematyki !! Moja pierwsza w życiu...- wyznawał z rozpromienioną buźką...

     Starsi wpadali podyskutować o wszystkim...

     Kochałam to...Tę zakazaną Dzielnicę "z brudem i smrodem"...Te braki prądu...Nawet ten piec i wiadro na węgiel, kochałam...

Idą "zakazaną ulicą", "zakazanej dzielnicy" uśmiechałam się radośnie i odkrzykiwałam na powitania "zbiorowiska elementów" sączących tanie wina...

     Razem z wiosną wróciła do pracy Kierowniczka Filii...Przesympatyczna...Z

ogromną wiedzą o literaturze...Zafascynowała mnie po pierwszej rozmowie...

Pierwszej i ostatniej zarazem...

     Dostałam nowy przydział...W nowoczesnej, pachnącej farbą Filii, na przeciwnym krańcu mojego rodzinnego Miasta...

     Nikt nie wiedział, że odchodzę, bo przy pożegnaniu chyba by mi serducho pękło...

     No cóż...W nowej Filii też nie było krowy do wydojenia...;o)

poniedziałek, 9 listopada 2020

Psi cwaniak...

     Jak wiecie, Lucky ma słabość do łydek...Nie wiem, czy psiaki mają fetysze, ale zaczynam poważnie podejrzewać, że Lucky ma...Kręcą go łydki...

     Na początku (po spektakularnym ataku na przechodzącą kobietę), pilnowaliśmy łobuza bardzo...Szczególnie, że "słabość" miewała miejsce nawet w domu...

Goście musieli mieć się na uwadze, my zamiast witać w progu, musieliśmy uważać na pieseła...

     Szczególnie upodobał sobie jednego osobnika...

     Gość przychodził do nas rzadko, głównie w celach służbowych...Wielki miłośnik piesowatych...Aktualnie "na odwyku" po ostatnim pożegnaniu przyjaciela kilka miesięcy temu...

     Zachowania Osobnika - racjonalne, wyważone i życzliwe...

     Zachowania Luckiego ??

     Od początku się jeży, czai, warczy i szczerzy kły...Spacyfikowany na kanapie mruczał pod nosem i pilnie obserwował Gościa...Nawet sięgnięcie po filiżankę powodowało alert...

Przekichane...

     Nie pomagały nawet łapówki wsuwane dyskretnie w dłoń Gościa...

     Lucky był w totalnej opozycji...

Kilka dni temu Gość miał pojawić się ponownie...

Tłumaczyłam cierpliwie...Psisko rozumnie słuchało...

     Dzwonek do drzwi i Osobnik wchodzi...

     Lucky wita go uśmiechem "od ucha do ucha", radośnie merda ogonem, podsuwa grzbiet do darmowego drapanka i...

(Komentujemy z Osobnikiem niebywałą, psią odmianę)

     I nagle psisko odwraca się z gracją, przewija między nogami Osobnika i cap !! Oczywiście za łydkę...

Ło Matko i Córko !!

Wyrachowanie do granic obłędu !!

     Agresję pacyfikowaliśmy, zauważył, że jest bez szans...No to zmienił technikę !!

     Łydka capnięta (rozsądnie, bo zamiast wbitych kłów został tylko niewielki siniak), teren oznakowany, "samiec Alfa" dokonał niemożliwego...Psia viktoria !!

Ręce opadają...

     Nijak z tym luckusiowym fetyszem nie wygramy...

     Żeby to chociaż kobiece łydki były wyjątkiem...O nie !! Łydka w wydaniu męskim jest równie kusząca...

Nie ma cwaniaka,

nad naszego psiaka...;o)

piątek, 6 listopada 2020

Psia musztra...

     Pomijając fakt, że pot nam po pupach spływa, Dziadek Czas szaleje, a my ciągle mamy tyły w obrabianiu Wrzosowiska, czasem mamy "pit-stopa" i...Podglądamy Luckiego...;o)

     Nasza fascynacja piesełem nie straciła na intensywności, mimo, że jest z nami już czternaście miesięcy...Takiej edukacji może dokonać tylko Matka Natura !!

     Lucky jest logiczny do bólu i wierzcie na słowo, wykorzystuje racjonalnie każdą minutkę swojego psiego żywota...O jego przywiązaniu moglibyśmy już epopeje pisać...;o)

     Listopad na Wrzosowisku owocuje przestawieniem naszej ławeczki pod "Orzeszka"...Promyki słonka są bardzo pożądane, plecki potrzebują podparcia, a Lucky...

     Lucky potrzebuje ogrzać łapki, które po kilku godzinach buszowania w chaszczorach, są lodowate...

Cierpliwie czeka na sygnał, że może wskoczyć na ławeczkę (nie wskoczy jeśli na jego części leży cokolwiek) i po obowiązkowym mizianiu (cały się wciska "pod pachę), przystępuje do pilnowania z poziomu +1...;o)

     Najpierw "na lewo" patrz...

Bo "baśka" mogła niepostrzeżenie wślizgnąć się na strzeżone terytorium...

     Potem "na wprost" patrz...

Bo "pies traktorzysta" może ruszyć na przechadzkę i trzeba będzie z nim "pogadać" przez płot...

     Potem "na prawo" patrz...

Tam to ciągle ktoś się pląta...

Koty, psy, człowieki, a nawet krowy, które są ostatnio sporą rozrywką na Wrzosowisku...Właściciele puszczają je luzem, więc odwiedziny mogą nastąpić w dowolnym momencie i dowolnym miejscu...

     Szczerze mówiąc, Lucky pilnuje nałogowo, nawet mysz się nie wciśnie niezauważona...

Ale najbardziej pilnujemy tego...


Listopadowe truskawki !!

Tego jeszcze na Wrzosowisku nie było...;o)

Truskawkowa poprzeczka poszła o miesiąc "w górę"...

Kwitną, owocują, dojrzewają...Cudo !! ;o)

     A kiedy dopijamy popołudniową kawę, Lucky demonstruje, że łapeczki są bardzo, bardzo zmarznięte i że trzeba natychmiast...Zapakować pieseła do "naguska" !!

     My okrzątamy Wrzosowisko, pakujemy manele, a Lucuś drzemie w samochodzie, wtulony w kocyk...Cwaniak jakich mało...;o)

czwartek, 29 października 2020

Skończ Pan, Naród oszczędź...

     Mam już sporo lat...Wychowałam się w "komunie"...W czasie "stanu wojennego" miałam kilkanaście lat...Widziałam lufy czołgów skierowane na Robotników (a w tym mojego Ojca)...Widziałam zmilitaryzowaną Służbę Zdrowia (a w tym moją Matkę)...Pozostałam sama w domu, bez wiedzy i rozumienia...

     Po nocach słuchałam radia Wolna Europa, płacząc na głos po komunikatach o ofiarach, i zaklinając rzeczywistość, żeby nie usłyszeć komunikatu o Zakładzie Ojca, albo o PDR-ze Matki...Tak, tak...Zmilitaryzowano Państwowe Domy Rencistów, których Mieszkańcami byli głównie samotni Bohaterowie, albo Ofiary II WŚ...

     Miałam kilkanaście lat, z plecakiem pełnym chleba (a czasem udało mi się "upolować" puszki) maszerowałam na piechotę kilkadziesiąt kilometrów, od Matki do Ojca...Aby wiedzieć, że są w miarę bezpieczni...Jak się ma kilkanaście lat, to człowiek jest nieśmiertelny...

     Nie piszę tego dla zaznaczenia jakiś zasług...Tak było trzeba i kropka...

     Oni walczyli dla mnie, ja mogłam chociaż tyle...

     W chleb były powciskane biuletyny, ulotki, gazetki...

     Oni przecież nie wiedzieli jak wygląda Polska po drugiej stronie barykady...

     Po kilku dniach Żołnierze odwrócili lufy czołgów, pozostawieni z durnymi rozkazami jedli chleb, którym dzielili się z nimi Strajkujący, a kiedy ktoś chciał wrzucić za ogrodzenie listy, albo paczkę, odwracali głowy...Rozkaz to rozkaz...

     Przez dziesięć dni nie widziałam Ojca, bo siedział na barykadzie z drutem zbrojeniowym w dłoni...Przeciw czołgom...

     Po tygodni do domu wróciła Matka, tak chuda, że prawie przezroczysta...Wróciła na kilka godzin...

     Ostatni "spacer" odbyłam 22 grudnia...

Pod bramą Ojca zatrzymał mnie "Tajniak"...

     - Nie przychodź jutro...Oni wiedzą...

"Pacyfikacja"...

     Ojciec wrócił do domu w nocy...Przebijali się przez pola i lasy, których ścieżki dobrze znałam...Przez śnieg po kolana...Wyglądał tak, że się wystraszyłam...

     Dlaczego to wspominam ??

Bo mam pytanie do Pana Kaczyńskiego...

     Czy właśnie tego Pan chce dla Narodu ??

     Chce Pan Mężczyzn na barykadach z drutem zbrojeniowym w dłoniach, zmilitaryzowanych Kobiet, które wyją z niepewności o swoje Rodziny, Nastolatek, które samotnie przemierzają świat, nie bardzo go rozumiejąc ??

     Czego Pan chce ??

Tytułu "Naczelnika" ?? "Miejsca" na Wawelu ?? Wojny z Rodakami ??

     Pamięć mam dobrą i doskonale pamiętam gdzie Pan był w czasie Stanu Wojennego...Pamiętam co Pan robił wtedy i przez trzydzieści kolejnych lat...Żadna demagogia i propaganda tego nie zmieni...Bo pamiętam...

Nawet w teatrze "drugi rząd" jest bezpieczniejszy...

     Jestem Szarym Człowiekiem, który sporo przeżył...Jestem Kobietą...Jestem Matką...Jestem Babcią...

     Ma Pan spory udział w zniszczeniu Mojej Ojczyzny...Pan i pańscy Koledzy, nie tylko z PiSu...Udziały w tym "dziele" mieli wszyscy...Unie, Platformy, Sojusze i Porozumienia...

Nie mieliście szacunku ani dla Narodu, ani dla własnej Ojczyzny...

     Teraz nas szczujecie ??

     Kochani...Nie dajmy się !! Tak jak trzydzieści lat temu...Bądźmy jak ten Tajniak, który szeptem uratował nie tylko mnie...

     Panie Kaczyński, doprowadzi Pan do katastrofy !! I czas, żeby Pan to zrozumiał...

     Szary Człowiek to Panu mówi...Kobieta...

wtorek, 27 października 2020

Zapach i smak jesieni...

     Nie da się ukryć...Jesień wyciska z nas siódme poty...

     Zajęć standardowo mieliśmy multum, a przez durnowate pomysły, mamy jeszcze więcej...

No i pogoda...

Uzależnieni od niej jesteśmy okrutnie, bo nasze wyjazdy to przecież "wolny dzień" Pana N. ...

     Czy pogoda to wie ??

Kiepskawo z tym bywa...

Więc nadrabiamy kiedy tylko jest możliwość...

A czasu coraz mniej...Przestawienie czasu obcięło na godzinę...Na horyzoncie przymrozki...

Echhh...

     Nie ma co marudzić, bo lepiej nie będzie...

Chyba że...

     Porządkując sad, zorganizowaliśmy ognisko...

     Czy jest piękniejszy, jesienny zapach, niż zapach ogniska ??

Pewnie, że jest !!

     Zapach pieczonej kiełbaski...;o)

No i kawusia w ogrodzie...;o)

Pita w doborowym towarzystwie...


A czego Lucky tak pilnuje ??

     Gości !!

W odwiedziny wpadły...

Czmychały z pastwiska bardzo zwinnie i wyszukiwały jakiegoś gościńca...

Padło na ziemniaki u Sąsiada, a właściwie, na pozostałości po wykopkach...


Ależ to było chrupanie !!

     I nasz Świat się zatrzymał...

     Siedzieliśmy przy ognisku, piliśmy kawusię i wgapialiśmy się w krowy...

     Nie było Covida, Trybunału (który ciężko trybi), wywoływanych na zamówienie konfliktów, bzdur tłoczonych nam przez Media ze wszystkich stron...

     "Kto sieje wiatr, zbiera burzę"...

     A na Wrzosowisku zapach ogniska, kiełbaski, kawy...Krowy niespiesznie człapią i chrupią ziemniaki...Lucky pociesznie przekrzywia łebek...Pan N. porządkuje suche drewno...Ja grzebię kijkiem w ognisku...

     Świat byłby piękny bez żądzy władzy i pędu za pieniądzem...

     Ależ byłby piękny...

     Tylko Ludzi...

     Echhhh...