Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

piątek, 12 stycznia 2018

Rekonstrukcja po mojemu...;o)

     Można nie lubić PiS-u...Można mieć "alergię" na Pana K. ...Można być w opozycji ideologicznie, albo genetycznie...Można...
     Ale bez bicia się przyznaję, że tym razem "rekonstrukcja Rządu" wywołała u mnie "stan napięcia nerwowego"...
     Totalnie mi zwisało odwoływanie Pana M., czy Pana Sz., że o innych Ministrach nie wspomnę...Różne "kataklizmy" już przeżywałam i żyję...Interesował mnie jeden z Ministrów i kropka...
     Trzymałam kciuki za Pana Bańkę... I to trzymałam w doborowym towarzystwie...
     Od szesnastu lat, żaden Minister Sportu nie zrobił tyle dla "oddolnej inicjatywy" co Pan B. ...
     Może nie jest jeszcze "normalnie", ale ulżyło...I to znacznie ulżyło...
     Przez lata "obcinanie" budżetów spowodowało jedynie, że nie opłacało się nic...Ani organizowanie czasu wolnego dla Dzieci i Młodzieży...Ani zaszczepianie Im pierwiastka sportowej rywalizacji...A o obozach sportowych zapomnieliśmy już dawno...
Małe, gminne Kluby szły "rozpędem"...
Pieniądze zastępowała determinacja...
     Bo jak prowadzić Klub sportowy dla kilkudziesięciu Dzieciaków za trzy tysiące złotych rocznie??
Jeden przejazd na zawody to pięć stów...
A gdzie obiekty, wyposażenie, opłaty licencjackie, opłaty startowe, czy choćby symboliczna zapłata dla Trenerów ??
     Skoro nie było kasiory na edukację i kulturę, to skąd miała być na sport ??
     Póki można było darowizny odliczyć w podatkach to jeszcze jakoś to hulało, zawsze znalazła się "Dobra Dusza" co wrzuciła do naszej "skarbony" kilka groszy, potem na prośby o datki widywaliśmy rozłożone bezradnie ramiona...
     Ostatni w łańcuchu "pokarmowym"...
Potem było jeszcze gorzej...
     Nastała "epoka Orlików" i Gminy prześcigały się w ilości wniosków o "dotację"...
Teren ??
     W wielu przypadkach były to "stare" obiekty lekkoatletyczne, bo przecież to "zatęchła" komuna, bo gminne, bo sportowe na sportowe...
Aż dusze łkały...
     Niwelowano bieżnie, skocznie, równano teren i stawiano bramki...
Biegać można wszędzie...
     Że można było wokół tych "Orlików" budować nowe skocznie i bieżnie ??
Można było...
     Ale na to już Gminy funduszy nie miały i jeżdżąc po Polsce widziałam tylko dwa takie obiekty...
     Nie było sukcesów, nie było pieniędzy ??
     A niby skąd miały być sukcesy ??
     Bez pracy Trenerów "na dole", to Ci "na górze" nawet pojęcia nie mieli, że gdzieś po lasach biega lekkoatletyczna Perła...
     Nie wszyscy Mistrzowie rodzą się w Warszawie, Wrocławiu, Gdańsku czy Krakowie...
Diamenty trzeba znaleźć, potem się je dopiero szlifuje...
     I nagle pieniądze się znalazły...
     Szczerze mówiąc, do końca nie wierzyliśmy w taki łut szczęścia...
Będziemy mogli kupić płotki ??
Ubierzemy Zawodników w jednolite koszulki ??
Oszczepnicy dostaną oszczepy ?? Zamiast wywijać posklejanymi kijami, bo jedyny "dobry" egzemplarz był schowany "na zawody" ??
Trenerce, która od lat prowadzi zajęcia wolontaryjnie, a czasem dokłada się "do paliwa" ze skromnej emerytury wypłacimy parę "groszy" ??
     Wyobrażacie sobie te emocje ??
     Ilość endorfin kiedy dotarł nowiutki sprzęt ??
     Potem dotarła do nas nowina, że Pan B. uhonorował kilkudziesięciu "Pierwszych Trenerów" naszych Mistrzów...
     Kto zna nazwisko Pierwszego Trenera poza Zawodnikiem ??
     A przecież to On zapala tą "małą iskierkę", to On rozbudza ducha rywalizacji, to On musi zaszczepić "chce mi się" (chociaż pogoda "telewizyjna")...On obciera pierwsze łzy porażki...On chrypnie od wrzasków po pierwszym sukcesie...
     Tysiące takich "Oszołomów" zamiast leżeć na kanapach pod ciepłym kocykiem, poświęca swój czas i szuka "Diamentów"...Bywało, że za własne pieniądze...
     Tym bardziej DZIĘKI, Panie B. ...
     Kiedyś trzymałam za Pana kciuki w czasie startów...Teraz trzymam je za Pana pomysły...
     I totalnie wszystko mi jedno w jakiej jest Pan Partii...
     Dobrą robotę można zrobić zawsze...;o)

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Papier przyjmie wszystko ??

Się zainfekowałam...
     Nawet pretensji nie mogę mieć do nikogo, bo stan "ledwieżywości" sama zmalowałam...Taki talent...
     A kiedy już zaczęłam się zbierać w sobie, to nam do łebków wpadło jechać na Wrzosowisko, bośmy przecież "rok nie byli"...;o)
No to się doprawiłam...
Sześć godzin po powrocie stan "ledwieżywości" miał pełen koloryt...
Trzeba zacząć na poważnie sobie z zarazą radzić...
     Sięgnęłam więc po lek, który od lat na nogi mnie stawia, i stawiał zawsze na nogi całą szanowną Rodzinkę...
     Idealny na infekcje błony śluzowej nosa, na zapalenie gardzieli, tchawicy, a nawet oskrzeli...
Na dodatek nie inwazyjny, bo wziewny...
Ideał prawie, wśród medykamentów...
     W naszej apteczce był od pierwszego "zapisania" dostępny w ruchu ciągłym, chociaż jego mankamentem był fakt, iż był "na receptę"...
     Po ataku "ledwieżywości" sięgnęłam po aplikator i stwierdziłam ze zgrozą, że w dozowniku jest zaledwie kilka dawek...
Orzesz...(ko)
     Pan N. jak na prawdziwego Rycerza przystało, ruszył w przepastne czeluście neta, żeby namierzyć owo "cudo" (bo ostatnio już było bez recepty) i po chwili rzucił "mięskiem"...
     - Wiesz, że tego już nawet w Czechach nie ma ?! (U nas był niedostępny już dwa lata temu)...
Nie wiedziałam...
No to mój Rycerz zaczął dogłębnie badać temat...
     - Jest jeszcze w Bułgarii !!
Ło Matko i Córko...
Ale, że uwielbiamy wiedzieć "co i dlaczego", więc Ślubny bada dalej...
Po kwadransie już wiemy...
     Dyrektywą UE sprzedaż leku została na terenie Unii wstrzymana...
"Uwielbiam" dyrektywy...
Dlaczego wstrzymano sprzedaż ??
     Bo ponoć, wedle wielce oświeconych ekspertów i urzędników owej "wesołej gromadki" lek ten miał działanie placebo...
Placebo !!
Czyli, obojętne, nie mające wpływu na stan zdrowia pacjenta...
Eureka !!
To przebija nawet prostowanie bananów i ślimaka w roli ryby...
     Przez dwadzieścia lat moje Dzieci, mój Mąż i ja sama, byliśmy leczeni środkiem, który nie miał wpływu na nasze organizmy !! I działał...
     Wielka jest nasza siła woli...
     Przez tyle lat jej nie doceniałam, i pewnie, gdyby nie UE to bym jej w życiu nie doceniła...
     A Lekarz, który nam ów specyfik zapisywał ??
"Tuman" i "Nieuk" !!
Mimo, że ma kilka specjalizacji i doktorat...
Pewnie na targu kupił, albo za ćwiartkę świniaka załatwił...
     Zniknął z rynku dobry lek, nieinwazyjny, tani i prosty w stosowaniu, bez skutków ubocznych...
Czyli ??
     Żaden interes dla firm farmaceutycznych...
Tyle, że tego UE w dyrektywie umieścić nie może...
     Prawdę, nawet papier z trudem przyjmuje...

sobota, 6 stycznia 2018

Wojna o "Koronę"...

     Pokochaliśmy konflikty...Byle temat i konflikt gotowy...Nawet tam, gdzie wydawał by się niemożliwy do rozniecenia...A jednak...
Wychodzi na to, że w tym "mleku Matki", które dostarcza nam (jako Narodowi) niewyobrażalną dawkę poczucia niezależności, jest również owa konfliktowość...
Echhh...
     Teraz narodowo się spieramy, czy "Korona Królów" jest knotem, czy epopeją...
Ło Matko i Córko !!
     To większych problemów już nie ma ??
Czy oglądam ??
Jasne, że oglądam !!
     Jestem "historiolubna" do bólu, więc dla samego faktu prześliźnięcia się przez wieki oglądam...
Szczególnie, że historycznych produkcji to my mamy jak na lekarstwo...
     Francuzi szczycą się nawet "Przeklętymi Królami", Anglicy "ofilmowali" nawet "żonobójcę", Wikingowie doczekali się ekstra produkcji...A u nas ??
     "Znak Orła"..."Krzyżacy"...
     Tak jakbyśmy się tej naszej historii wstydzić musieli...
Że nie jest zbyt ciekawa  ??
Poniekąd...
     Każdy kto czytywał Kraszewskiego, wie, że było sporo pikantnych szczegółów...
     Ci nasi Władcy, to wcale w "ogonku do piekła" tacy ostatni nie byli...;o)
Ale wracam do "wojny"...
     Po pierwszych dwóch odcinkach wiedziałam, że to nie epopeja...
Ot, serialik, jakich wiele...
     Scenariusz bez polotu, gra aktorska na miernym poziomie...Jak to mawia nasza Znajoma...
     "Szału ni ma, doopy nie urywa"...
Ale oglądam...
     Lubię wiedzieć, o co się Ludzie sprzeczają...
     Lubię historię...
     I chociaż za Łokietkiem, w tej mojej historycznej fascynacji, nie przepadałam...Pewnie z powodu Jego bliskich kontaktów z pająkami (szczególnie z tym jednym, co Mu ponoć poopsko uratował), to Kazia lubię ogromnie...Szczególnie za mój Zaścianek...;o)
     Póki co, spełnia moje oczekiwania...(Chociaż historycznie to Mu wybaczyć nie mogę, że syna nie spłodził)...
     Jest odpowiednio "rozbrykany", rozedrgany i do końca niezbyt przekonany co ma dalej robić z "dziedzictwem"...
     Że serial nie spełnia misji historycznej ??
A jaka jest misja takich seriali ??
Historyczna ??
Oglądalność !! To jest misja !!
I niech rośnie...
Niech będzie pięć milionów, sześć, albo piętnaście...
Bo z każdego serialu coś w pamięci zostaje...
     Jeśli to ma być pamięć o naszej historii, to ja się dwiema "ręcami" pod tym podpisuję...
     Bo co zostaje po "Klanach", "Pierwszych miłościach", czy innych "super serialach" poza przeświadczeniem, że każdy z każdym śpi, a mruczenie pod nosem wynurzeń wewnętrznych powoduje rozwiązanie każdego impasu w życiu ??
     Nic...

czwartek, 4 stycznia 2018

Gość w dom...

Echhh...
     To właściwie wcale nie była wizyta towarzyska...
     Kilka dni temu umówiliśmy się dokładnie...Dzień...Godzina...Z reguły szanujemy swój czas, bo oboje znamy jego wartość...
Kiedy więc domofon zadzwonił, szłam na pewniaka...
     - To ja...- usłyszałam znany głos...- Z rodziną...
Uśmiechnęłam się pod nosem...
     Pewnie wracają od Wnuka i Żona zapałała chęcią odwiedzin "u dorosłego człowieka"...
Drzwi otworzyłam kiedy doszli do półpiętra i...
Zamarłam...
No tak...
     Rodzinka w komplecie...
On, Ona i piesa...
Piesa nie byle jaka...Piesa rozmiarów XL...
     Na czworaka sięga mi do połowy uda...Rozmiarów na "dwojaka" starałam się nie sprawdzać...Na ringu pewnie byśmy były w tej samej wadze...
     Żeby nie zakłócać matematyczno-ekonomicznego charakteru wizyty starałam się obecność czworonoga z mózgu wykluczyć...
     Sterta papierów do podpisania, ostemplowania i omówienia...
     Sierściuch nam w tym nie pomoże...
Ale wiecie jak to jest...
Papiery ogarniam, a na piesa zerkam...
Mam złe doświadczenia z takich wizyt...
Nie mogę powiedzieć...Piesowaty był wyjątkowo grzeczny...
Ale...
     Co skłania ludzi do składania wizyt w takiej formie ?? Nawet tych wizyt z gruntu towarzyskich ??
     Jestem piesolubna do obłędu, ale tego nigdy nie pojmowałam i pewnie już nie pojmę...
     Dlaczego wykształceni Ludzie, na poziomie, "walą" taką gafę i nawet się nie zająkną ??
     Nigdy nie widziałam, żeby w gościnę ktoś przychodził z kotem, chomikiem albo rybkami...Ale z psem można ??
     - Powinniście sobie sprawić psa !! - oznajmiła w pewnym momencie Pani Żona...
     Podniosłam łepetynę znad papierów, "Zły" na ramieniu aż czkawki dostał ze śmiechu, ale odpowiedziałam z niesamowitym spokojem...
     - Nigdy więcej takiej miłości...
Chociaż pod językiem trzymałam...
     - I pewnie przyjechać z rewizytą...;o)

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Zima pachnąca Stokrotką...

No tak...
     Kolejna zima, która pachnie Stokrotką...
Ewenement na skalę światową !!
Chociaż z tą zimą to pogodowa ściema...
     Przynajmniej Stokrotka nie zawiodła...;o)
Przesyłka dotarła między Świętami, a ja czytałam ją dokładnie rok...
Zaczęłam w Sylwestra...Skończyłam w Nowy Rok...


     A że obiecałam iż przy użyciu okularów i ostrego narzędzia popełnię "krytykę", to trzeba się wywiązać, żeby i Wam stokrotkami zapachniało...

     Po pierwsze primo...Warszawianką jak wiecie nie jestem, powiem więcej, nie przepadam za Stolicą, bo jakaś taka dla mnie zbyt gwarna i pospieszna...I chyba ten klimat się udziela...Wybacz Stokrotko miła, ale i Twoja Warszawa jakaś taka pospieszna się wydaje...Czekałam aż przysiądziesz na ławeczce, że napiszesz za co lubisz (albo nie lubisz)...Tak, żeby Warszawa też Stokrotką zapachniała...

     Po drugie primo...To Przewodnik po Twojej Warszawie...Tej magicznie pięknej...A gdzie zdjęcia tych miejsc magicznych, których urok umiesz ukazać w tak nietuzinkowy sposób ?? Część miejsc, które opisujesz, widziałam...O niektórych nie mam pojęcia...Troszkę po macoszemu potraktowałaś tych co w Warszawie bywają sporadycznie, albo wcale...

     Czytuję Twojego bloga z wielką przyjemnością...Mogę nawet powiedzieć, że jestem Twoją Fanką od lat...I wiem dokładnie jak bardzo "wariujesz" na punkcie Stolicy...
     Po lekturze brak mi Stokrotki, brak mi Jej zdjęć, brak mi "zwariowania"...
     Zastanawiałam się jak rozwiązać ten "problem" i znalazłam jedyne, możliwe rozwiązanie...
     Koniecznie muszę jechać do Stolicy i poprosić Stokrotkę, aby oprowadziła mnie po tej Jej, magicznej Warszawie...Żebym mogła wsłuchiwać się w pełne entuzjazmu opowieści...Żebym mogła chłonąć ogromną Jej wiedzę historyczną i tą mniej historyczną też...I żebym mogła na własne oczy zobaczyć wszystko to co pokochała Stokrotka...
Bo pewnym jest jedno...
     Trzeba bardzo kochać, żeby tak pisać...

piątek, 29 grudnia 2017

Witaj Staruszku !!

     Długo nie pisałam, ale wiesz, coraz mniej czasu, coraz więcej zajęć...Z tego co wiem, Ty też byłeś zajęty...
     Ale skoro już zasiadłam do klawiatury, to muszę Ci trochę opowiedzieć...
     Pamiętasz jak rok temu pisałam ile nadziei w Tobie pokładam ??
     Że czekam na truskawki o smaku lata ?? Że tęsknię do śpiewu skowronka ?? Że czekam na dobre wieści i miłe wydarzenia ??
Dużo tego na mojej liście było...
I wiele przyniosłeś...
Dobrego i złego...Jak to w życiu...
     Było kilka pożegnań, takich wiesz, z biletem w jedną stronę...
Sporo łez wylałam przez te pożegnania...
Wiem, wiem...Na to wpływu nie masz...
A ja nie mam pretensji...
Bo wśród tych smutnych łez były też łzy radości...
Przez te radosne łzy będę Cię pamiętać zawsze...
     Bo jak można zapomnieć Roczek, który przyniósł mi Princeskę ??
Ależ się Babcia Gordyjka ze szczęścia poryczała...
     Dla Dziadków (dla Babciów też) Wnuki to jak promień Słońca w pochmurny dzień, jak tęcza po burzy...I jak smak truskawek...Wyczekiwany...Niespodziewany...Niezapomniany...
No cóż...
     To był niezaprzeczalnie Twój Numer Jeden...
     Nasze Wnuki !!
     Princeska z czarnymi kędziorkami,z której Duszyczka "wystaje" od dnia urodzin, i która od dwóch miesięcy usiłuje nam powiedzieć coś bardzo ważnego...
     Princeska, która ma najpiękniejszy uśmiech na Świecie !!
     No i Księciunio...
Echhh...
Entuzjazm...Radość...Zaufanie...
Gotowy do Wielkich Wypraw i do babcinego "miziania"...
     Dla uśmiechu tych Dwóch Człowieczków można wiele...
I taki właśnie byłeś...
Pełen uśmiechu naszych Wnuków...
Nie będę pamiętać bólu krzyża, nie będę pamiętać smutków, zapomnę wszystko...
Tylko nie to...
     Byłeś ze mną każdego dnia...Pochmurnego i pogodnego...Spływałeś potem na Wrzosowisku...Dreptałeś po kłodach w Dolinie Kościeliskiej...Wdrapywałeś się na Zamek w Rabsztynie...Grałeś z nami w "Pingwinki" i w domino...Puszczałeś kulki z Kulośmiga...Urządzałeś wyścigi samochodowe...A nawet jeździłeś na rolkach i łyżwach...
     Byłeś Piękny !!
     Roziskrzonymi oczami Pana N. kiedy wybiera kolejną zabawkę dla Księciunia...
     Bladą twarzą Pierworodnego, kiedy wraca wieczorem z pracy...
     Opadającą ze zmęczenia głową naszej Synowej...
     Uśmiechem Princeski...
     Okrzykiem radości Księciunia...
I bólem kręgosłupa...;o)
     Dziękuję Ci !! Byłeś Magiczny...
     Powiedz proszę Młodszemu Bratu, że ja niewiele od Niego oczekuję...
     Niech mi tylko pozostawi Twoje wszystkie Dary...
     Śpiewu skowronka może dołożyć...I szumu liści w sadzie...I tęczy na niebie...No i oczywiście, truskawek...;o)
     Bo mój Świat niewiele potrzebuje...

 
P.S. Życzę Wam na Nowy Rok, aby przyniósł dokładnie to, czego potrzebujecie...Ani więcej, ani mniej...Dokładnie tyle...;o)

środa, 27 grudnia 2017

Alem se pośpiwoł...

     Parafrazując kwestię Zbyszka Zamachowskiego w "Zawróconym", mogę dzisiaj z czystym sumieniem powiedzieć...
     Alem se pośpiwała !!
     Tak żem se pośpiwała, że echhh...
A się nie zanosiło...
     Lubię śpiewać kolędy...Są radosne...Niosą nadzieję...No i fakt, że trzeba na to "pośpiwanie" czekać prawie cały rok...
     Z racji planów świątecznych Wigilię spędzaliśmy w tym roku na "Dwie Dusze"...Pan N. pracował, więc nadwyrywni towarzysko żeśmy nie byli...Ot, taki los...Trzeba przetrwać...
A że Ślubny dobrze wie, że mnie do kolęd dusza się wyrywa (nawet taka z anginą), więc dzierżąc w dłoniach władzę absolutną (czyli pilota do TV) wyszukiwał kanały z kolędowymi imprezami, a ja chrypiałam sobie bez ograniczeń, leżąc pod ciepłym kocykiem...
     W pewnym momencie do moich uszu doleciał dysonans...
     Żeby to było moje wycie, to bym pewnie puściła w niepamięć, ale to było, że tak powiem, wycie komercyjne, za kasiorę...I to najbardziej publiczne z publicznych...
     Takie wycie kolęd powinno być prawem zabronione !!
Ale to właśnie ono spłynęło na mnie jako to natchnienie...
     Pamiętam jak E. z R. i P. przyszli do nas kiedyś na Wigilię...- zaczęłam swoje wspominki...
     Kolacja nic szczególnego, ale zaraz potem zaczęliśmy świętować urodziny Ojca (dla nie wtajemniczonych doniosę, że miałam Rodziciela z 24-go grudnia i czuł się On wielce tą datą wyróżnionym)...
Siedzimy, świętujemy, co starsze Egzemplarze polewają napitki...
W pewnym momencie Ojciec wychodzi do łazienki...
Cisza zapanowała przy stole...
I nagle E. zaczyna śpiewać kolędę...
     Trochę mnie przytchnęło, bo wykonanie było mizerne i uszy raniło (nawet takie bardziej "słoniowe"), ale trwam przy Mamciaśce, żeby pokuty w pojedynkę nie odprawiała...
R. też zapadł w filozoficzno-świąteczną zadumę...
P. do odczuwania doznań estetycznych jeszcze wówczas nie dorósł...
     Nagle drzwi od łazienki otwierają się z wielkim hukiem...Ojciec wypada z WC jakby Go stado tygrysów szablozębnych goniło w amoku...Cudem jakimś mija zastawiony szkliwem stolik...Lawiruje między fotelami...Dopada drzwi balkonowych i z energią godną Kosmosu otwiera je szeroko...
     Zamarliśmy w bezruchu, bo poza prezentowaną energią, Ojciec słowa z siebie nie wydobywa...
     Może Mu słabo ?? A może niedobrze ?? A może świąteczna Wena na Niego spłynęła ??
     Ojciec wypada na balkon (mimo zaśnieżenia) i drepcze nerwowo rozglądając się uważnie po balkonie...
     - Matka !! - woła do Mamciaśki...- Musiał jakiś bidulek kot do rynny wpaść, bo słyszałem w kiblu straszne miauczenie !!
     Efekt ??
Ja mało się nie udusiłam tłumionym śmiechem...
E. się obraziła i w trybie eksternistycznym wybyła do domu zgarniając przy okazji nierozumiejącego sytuacji R. i nieświadomego P.
Koniec Wigilii...
     Jak dobrze, że Pan N. od czterdziestu lat znosi moje "kocie wycie"...;o)
Ale, ale...
     Po wigilijnym wieczorze spędzonym "pod kocykiem"...
     Po Bożym Narodzeniu świętowanym dokładnie tak samo...
W "Szczepana" świętować mieliśmy tu...


Też lubicie takie klimaty ??
     Maleńki, drewniany Kościółek, pachnący Panem Bogiem...
Babcia zamówiła pogodę...
Dziadziuś dowiózł nas szczęśliwie do celu...
     Bohaterką tego dnia była nasza Princeska...
Ależ się pięknie prezentowała !!
     Koronkowa, biała kreacja...Czarne kędziorki...Stateczna powaga...
Od wczoraj nasza Princeska ma inicjały:

S.E.N.

Najpiękniejszy SEN jaki można wyśnić !!
     I to właśnie w tym Kościółku Babcia Gordyjka tak se pośpiwała, tak se pośpiwała, że "klękajcie Narody !!"...
     Na chwałę Bozi...Na radość Ludziom...I na spełnienie wszystkich, pięknych snów...;o)