Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Takie ziółko.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Takie ziółko.... Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 czerwca 2022

Nie podskakuj mała...

     Znacie to powiedzenie: nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu ??

No to winna jestem nadgorliwości...

Wyrok ??

     Załatwiłam nasze truskawki na jament...Dychają, ale ledwie...Owoców tyle co na zachciewajkę...Schną w oczach...

     Jak dokonałam tego wiekopojmnego czynu ??

     Zawierzyłam prognozom zapowiadającym deszcze (kilkudniowe), podlałam gnojówką z pokrzywy dla wzmocnienia (oczywiście rozwodnioną), no i masz babo placek...A właściwie: nie masz babo truskawek...

Ziemia była przesuszona, woda z gnojówką poszła w korzenia, deszcz nie spadł...Przepis na truskawkową katastrofę...

     Stanęłam nad nimi, głową pokiwałam i pomyślałam: nie podskakuj Matce Naturze, boś za cienka w uszach...

Jakby Gordyjka nie podskakiwała,

to by truskaweczki miała...;o)

Echhh...

     Ale Wrzosowisko nie pozwala mi na długotrwałe smuteczki...

Ścieżka róż się rozkwieciła...

Aleja róż nabiera uroku...


Boisko pachnie pączkowo...

     A że ręce muszę mieć zajęte, więc czarny bez zatroszczył się o mnie...

Z delikatnością sapera baldachy pościnane i poukładane...


Czas na syropek z kwiatów czarnego bzu...;o)

     Zbieram 10 baldachów, kwiaty obrywam nad garnkiem (chodzi o minimalną utratę pyłków), zalewam wodą do poziomu zakrycia kwiatów i na wolnym ogniu doprowadzam do wrzenia...

Po wystygnięciu odcedzam kwiaty, do wywaru dodaję szklankę cukru i ponownie podgrzewam na wolnym ogniu do stanu wrzenia...

Gorący syrop rozlewam do butelek...

Nie pasteryzuję...

     Syrop z kwiatów czarnego bzu można podawać dzieciom (syropu z owoców dla dzieci należy unikać !!), jest dobrym wsparciem przy przeziębieniach, gorączce i kaszlu...

     A jeśli nie mamy czasu na "papranie się" w syropkach, to wystarczy kwiaty ususzyć i stosować napary i herbatki...

czwartek, 5 maja 2022

Bzzz...Bzzz...Bzzz...

     Nie da się ukryć...Wypadałoby bzykać...;o)

     Robimy miód z podbiału, albo z mniszka, co komu w duszy gra...Idealny do jesienno-zimowych herbatek, świetny na infekcje gardła i niezastąpiony przy przeziębieniach...

     Kwiaty zbieramy z dala od cywilizacji, czym odleglejsze "chaszczory" tym lepiej...

     Ja zbieram "setkami", a właściwie "trzysetkami" bo tak mi akurat wygodnie w związku z posiadanym "idealnym garnkiem"...

Tak wygląda to w mobilnym pojemniku...


     Przywożę do domeczku, zalewam każdą "setkę" szklanką wody, doprowadzam do wrzenia i pozostawiam na dobę "do wymoczenia"...

Następnego dnia przecedzam, wyciskam kwiaty i do wywaru dodaję po szklance cukru na "setkę"...

Doprowadzam do wrzenia i pozostawiam na wolnym ogniu przez godzinę (odparowuję), ale jeśli nie jestem pewna konsystencji biorę kilka kropel i wylewam na spodeczek...Po wystygnięciu widać idealnie, czy wyszedł miód, czy słodkie "niewiadomoco"...

Przelewam do słoików, zakręcam i pozostawiam do wystygnięcia...

Gotowe...Bzzz...Bzzz...Bzzz...

     Z prac rolno-ogrodniczych popełniłam również gnojówkę z pokrzywy, ale to raczej nie do konsumpcji bezpośredniej...

Zebrałam świeżutkie pokrzywy (wiaderko 7l), zalałam trzema litrami wrzątku (przyspieszam w ten sposób fermentację), przelewam to do kociołka (jak zrobię zdjęcie to zobaczycie), uzupełniam zimną wodą do pełna, ustawiam w słonecznym miejscu i czekam...

Czekam...Czekam...Czekam...

W wolnej chwili odkrywam i mieszam, ale czekam...;o)

     Długość oczekiwania uzależniona jest od współpracy z Matką Naturą, czyli od ilości słonecznych dni...Był sezon, że czekałam dziesięć dni...Był sezon, że czekałam sześć tygodni...

     Stosuję w proporcjach: 1 litr gnojówki na pięć litrów wody...Truskawki już się doczekać nie mogą...;o)

A co poza tym ??

     Kwitną nasze "niemki", czyli śliwki pychotki...


Będzie co robić w sierpniu...;o)

     Zakwitają już poziomki...


Skończyły owocować w listopadzie, więc niewiele odpoczęły...

     Ostara też już szaleje (truskawka), w tym roku posilona trzydziestoma sadzonkami spod Szczecina...Sengana póki co nieśmiało, ale jak zacznie to będzie jazda bez trzymanki...;o)

I co jeszcze ??

     Dziobię...


     Dziobię na wielu "frontach", więc może częściej podziobię na blogu ?? Echhh...

     Albo doba jest stanowczo zbyt krótka, albo mnie by się przydało jeszcze kilka kończyn...;o)

czwartek, 14 kwietnia 2022

Radość do podziału...

     A życie toczy się dalej...

Tak po krótce można posumować bieżące wydarzenia...

     Gdzieś tam Narody dokonują politycznych wyborów, czyli wybierają między "dżumą", a "cholerą" (co o dziwo, nie jest naszą domeną)...

     Gdzieś toczy się wojna, w której giną Ludzie, bo cywilizacja dokonała wyboru i dopiero po fakcie dostrzega swoją krótkowzroczność...

     Gdzieś Matka tuli Dziecko płaczące za pozostawionymi w domu zabawkami i pieskiem, który uciekł z domu wystraszony strzałami...

To wszystko "gdzieś"...

     A u nas Wiosna...

     Pokręcona, jak zawsze...Prażąca Słońcem, albo zacinająca zmrożonym deszczem...Przerażająco sucha, albo przerażająco mokra...

Ot, takie problemy dnia codziennego...

     Okna pomyte ?? Szafki posprzątane ?? Zakupy zrobione ??

Ponoć idą Święta...;o)

     A Gordyjka, jak zawsze o tej porze roku, zaczyna życie na dwa domy...Zaścianek i Wrzosowisko...

     W Zaścianku prozaicznie...

     Na Wrzosowisku, magicznie...;o)

Jakiż tam teraz ruch panuje, jakie zamieszanie, jaka krzątanina...

     Niezmiernie trzeba uważać gdzie się nogi stawia (bo brateczki spod listków kwiatuszki wystawiają), cebulki pęcznieją, nasionka powoli się otwierają...Echhh...

     Na głowy też trzeba uważać !! Ptasi przyjaciele co kilka minut pikują z błękitów, żeby wrzucić coś do pustych brzuszków, albo porwać kawałek sznureczka niezbędnego do budowy gniazdka...

     Trzeba też zwracać uwagę, którą ścieżką się idzie...Może właśnie tam odbywają się ptasie amory ?? Słychać to z daleka...Trzepotem skrzydełek...Ptasim trelem...

Cudności...;o)

     A przyziemnie ??

Sezon rozpoczyna forsycja...


     Pierwsze złoto sezonu...

     Ledwie trzy lata temu zbierałam kwiaty "na sztuki", żeby krzewów nie kaleczyć, żeby się równo rozkrzewiały, żeby oko cieszyły...Teraz mamy "złotą ścianę"...

Po kwiaty chodzę z sekatorem...;o)

Ścinam gałązki, obrywam kwiaty...


     I suszę w ciemnościach, w przewiewnym pomieszczeniu (że o pudełku po pizzy nie wspomnę)...

     Susz będzie dodatkiem do naszej domowej herbatki (mieszanka autorska), zastępująca "kupne" napary...

     Bo forsycja, poza niewątpliwym urokiem wizualnym, ma też urok wewnętrzny...

     Zawiera rekordowe ilości rutyny (składnik idealny na jesienno-zimowe herbatki)...A skoro witamina C, to i na problemy rozszerzonych naczyń, na żylaki, na przemęczoną skórę (zmarszczki)...

Kwercetyna pomoże na problemy alergiczne...

Zalecana jest również na problemy z wątrobą, nerkami i obniża cholesterol...

     Kochajmy forsycję !! ;o)

     Wszelkie jej właściwości opisywane są na portalach zielarskich, więc  zachęcam do lektury...

     Trzeba sobie wyszukać krzaczek na łąkach, czy w lesie i rwać kwiaty "na potęgę"...Koniecznie w słoneczny dzień, najlepiej po południu (kwiaty są w pełni otwarte)...Niekoniecznie musicie wcześniej zjeść pizzę...;o)

No bo wiecie...Pizza obciąża wątrobę...I wtedy to już herbatka z forsycją jest konieczna...;o)

     A skoro było o roślince, to czas na ptaszka...


     To jest bocian...;o)

Bocian, któremu ludzie zniszczyli gniazdo...

Ale od początku...

     Od 2015 roku jadąc na Wrzosowisko wypatrywaliśmy tego gniazda za każdym razem...Kiedy przyleci, kiedy będą młode, kiedy zacznie się szkoła latania...Bywało, że Pan N. znacznie zwalniał, albo przystawał, żebyśmy mogli widokiem boćkowym się nacieszyć...

Niestety...Trzy dwa lata temu, właściciel domu na którym było gniazdo (dom w stanie surowym, zadaszony), postanowił zrobić na posesji porządek i zaczął od zrzucenia gniazda...

     Bociany usiłowały odbudować swój dom, ale właściciel był czujny...

Czy to człek bez serca ??

Nie do końca...

     Kilka metrów dalej, na słupie, przygotowano bocianom wypaśną miejscówkę...Na stalowym stelażu...

Wystarczyło zasiedlić i jaja składać...

     Ale jak to wytłumaczyć bocianom ??

     Skontrolowały gniazdo, owszem...Ale coś im nie bardzo pasowało, bo po kilku próbach bociany zniknęły...Nie udało się nam ich wyśledzić (a staraliśmy się bardzo)...;o)

     W tym roku...

     Jest !! - wrzasnęliśmy zgodnie w "nagusku" i ryjki się nam rozpromieniły...Gniado zasiedlone !!

     Pan bociek stał dumnie na czatach, a pani boćkowa skulona coś tam majstrowała (a może już siedzi na jajach ??)...W każdym razie boćki zrozumiały przesłanie i ludzką mowę...;o)

     A że każdy idol o swoich fanów dba...


     To się nam bociek ostatnio zaprezentował, ledwie kilka metrów od drogi...Za kolacją biedaczysko dreptało, więc my cichutko, szeptem, radość wyraziliśmy, zdjęcia cyknęliśmy i z Wami się tym faktem dzielę...;o)

piątek, 5 listopada 2021

Znachor kontra Szeptucha...

     To nie będzie wpis literacko - filmowy, bo większych wzruszeń doznaję oglądając "Parszywą Dwunastkę", czy "Armagedon", chociaż nie powiem, na "Znachora" czasem okiem rzucę...Nie dla fabuły, czy ślicznej twarzyczki Pani Ani..."Znachora" oglądam z szacunku dla Pani Dymnej, bo u Niej, za śliczną buzią, poszło Piękne Serce i Dobra Dusza, a im też się kilka groszy z tantiem przydadzą...;o)

Skoro nie o literaturze i kinematografii, to o czym ??

Zacznijmy od początku (to dobry kierunek)...;o)

     - Coś Ci pokażę...- obwieścił pewnego dnia Pan N. i włączył filmik na YT...

     Facet w bardziej niż średnim wieku, produkuje się przed kamerką i podaje przepis na syrop z szyszek...

No cóż...Każdemu wolno...

Patrzę...Słucham...I ciśnienie idzie mi w górę, jak po kawie-szatanie...

     "Uzdrawiacz" nazbierał starych, sosnowych szyszek...Powciskał je do słoika...Zalał miodem...(A że język miał kwiecisty to trochę zeszło)...I zalecił spożywać...

Wśród tej "kwiecistości" uzyskałam "wiedzę", że świerkowe szyszki nadają się równie dobrze (analfabetyzmu w Kraju nie ma, więc każdy "kumaty" doczytać może, że na 3 jednostki żywiczne w sośnie przypada 1 świerkowa - ale mowa o świeżych szyszkach, żywicznych, a nie nasiennych) i że syrop ów spożywać mogą Dzieci...Kopara mi opadła...

     Pomijam fakt, że przyjmowanie jakichkolwiek dóbr natury musi być prowadzone w sposób racjonalny i przemyślany, a normy dokładnie wyważone, ale ładowanie w mózgi informacji, że można dzieciakom podawać taką miksturę normalnie mną wstrząsnęło...

     Pan nawet się nie zająknął, że miodu pszczelego dzieciom do 6-te roku życia nie powinno podawać się wcale, a później bardzo rozsądnie (!!), zasada dotyczy wszystkich pszczelich produktów...Chociaż Pszczelarze mogą mieć na ten temat inne zdanie...;o)

     Moje zaufanie do pszczół jest "wielkie", jak do kierowców na skrzyżowaniu równorzędnym...

     Pszczoła lata i zbiera, co jej instynkt podpowie...Ona to robi dla roju, nie dla człowieka...Człowiek jest w tym przypadku "pasożytem", który jej ten miód podbiera...;o)

     Skoro nawet Pszczelarz nie jest w stanie określić, ile w miodzie jest zawartości dzikich rumianków (błogosławione ziółko), pyłków rokitnika (złoto Syberii), lawendy (której nie powinny dzieci spożywać), czy nawłoci (która nawet pszczołom nie służy), to jak taką miksturę zalecać niedojrzałym organizmom ??

     Wróćmy jednak do "surowca podstawowego", czyli szyszek sosnowych...

     Syrop sosnowy powstaje na bazie sosnowej żywicy (lub świerkowej), zwolenników łagodzącego kaszel preparatu są miliony...Widać ich szczególnie na przełomie maja i czerwca, kiedy maszerują zgodnie po sosnowych lasach z głowami zadartymi do góry...Szukają dorodnych "czubów" sosnowych, lub (kilka tygodni później) zielonych szyszeczek...Po takiej eskapadzie wraca się do domu umorusanym żywicą i pachnącym sosną...Dodam, że zbierać trzeba w lasach czystych, z daleka od fabrycznych kominów i zakładów przetwórczych (jakichkolwiek), pasy przydrożne odpadają absolutnie...

Ale o produkcji domowych syropów są już gigabajty zajęte, więc się powtarzać nie będę...

     Ile jest żywicy w szyszce nasiennej ?? Takiej, która już swoje "powisiała" i zamierza się właśnie otworzyć i rozsiać ??

Wspomnę pewien fakt...

     Nasz Inspektor Kontroli Jakości, czyli Księciunio, złapał infekcję...Pierworodny odmierzył łyżeczkę "babcinego syropku" i zaaplikował Młodemu...

     - To nie jest "babciny syropek" !! - wrzasnął Inspektor, krzywiąc się niemiłosiernie...

Tata oszust ??

Bynajmniej...

     Wiosna 2020 roku była sucha, deszcze padały skąpo, słońce grzało jak oczadziałe, czuby sosnowe pojawiły się spóźnione i mikre, szyszki były maleńkie i suche...Pierwszy raz w życiu, wróciłam z lasu z czystymi rękami, a dom nie pachniał sosnowo...Nie pomogło nawet to, że cierpliwie poczekałam na opady skąpego deszczu...Ziemia była sucha, rośliny walczyły o przeżycie...

Syrop wyszedł z "drewnianym" posmakiem...

Miał oczywiście swoje właściwości (w znacznym stopniu), ale smakowo odbiegał od "normy"...Był "drewniany" i kropka...

I chociaż "podmieniam" roczniki dopiero w grudniu, żeby się odstały odpowiedni czas, tym razem rocznik syropów 2021 pojechał do "misiowego domku" już we wrześniu...;o) W tym roku przyrodzie wody nie brakowało...;o)

Ale wracając do tematu...

     Są rzeczy, których młodym organizmom podawać nie wolno...Zioła też są takimi produktami...

     Jak rumianek i koper włoski można rozgrzeszyć absolutnie (zachowując proporcje), tak nawet miód z podbiału, czy syrop z kwiatów czarnego bzu można aplikować dopiero w wieku poniemowlęcym...I to jedynie jeśli dziecko nie przyjmuje farmakologii o podobnym działaniu...Rozmowa z lekarzem będzie dobrą wskazówką...

     Dlaczego pan Znachor nie zachował umiaru dzieląc się swoją wiedzą ??

Nie mnie tego dochodzić...

Ja mogę tylko apelować o zachowanie "proporcji" i rozsądku...

     Zioła są jak "chemia" Matki Natury, i jak przy stosowaniu "chemii" nie wystarczy przeczytać ulotkę "zachowania norm produkcji", trzeba jeszcze rozważyć "zachowanie norm przyswajania"...I takiej rozwagi Wam życzę...;o)

środa, 23 września 2020

Złoto Syberii...

     Amerykanie kochają wynalazki, technologie i korporacje...To każdy wie...

     Rosjanie opracowują "wynalazki" znacznie prostsze (głównie ze względu na ograniczone finanse) i z upodobaniem korzystają z natury...

     Tam gdzie Amerykanie polegają na skomplikowanych recepturach, tam Rosjanie leczą katar w kosmosie wodą utlenioną...

I to właśnie rosyjski "wynalazek" wezmę dzisiaj na tapetę...Chociaż ze względu na wymagania rośnie i w Europie i w Azji...

     Od wieków korzystali z niego Chińczycy, był podstawowym lekiem na dalekim wschodzie Rosji i...No cóż...U nas też miał swoje chwalebne momenty...

Dzisiaj wraca do łask...

Rokitnik zwyczajny...

Chociaż, moim zdaniem, powinien nazywać się Rokitnik nadzwyczajny...

     W stanie dzikim jest pod częściową ochroną (cokolwiek to znaczy), ale posadzony w ogródku będzie się szczodrze dzielił swoim "złotem"...

     Na Wrzosowisko zawitał trzy lata temu jako maleńkie sadzoneczki, miał tworzyć naturalny płotek razem z dziką różą, głogiem i forsycją...Żeby łatwo nie było, to rokitnik musi być posadzony w "towarzystwie"...Sadzonki są "męskie" i "żeńskie"...

     W zeszłym roku pojawiły się pierwsze owocki...Nie było ich wiele, więc nawet nie było nam żal. że ze względu na warunki atmosferyczne pozostały na krzewach...

W tym roku, rokitnik zaszalał...



Owocowanie to pikuś !!

     Rokitnik w zawrotnym tempie zagarnia terytorium !! (Więc jeśli chcecie go "adoptować" to trzeba brać to pod uwagę)...;o)


Totalna rokitnikowa demolka...

Ale do rzeczy...

     Zebranie owoców wymaga sporego poświęcenia, bo kolce są gęste i spore, a owocki mięciusie, więc w palcach strzelają...My odcinamy gałęzie z owocami (krzewom to nie szkodzi)- Najlepiej za pomocą Męża...Układamy w pojemnikach i transportujemy do domeczku...Tutaj obrywamy listki, które ususzone świetnie nadają się na herbatkę...



 (suszymy oczywiście w pudełkach po pizzy),

potem obrywamy owoce...


Oczywiście, przy pomocy Męża...;o)

Owoce mrozimy (co najmniej 24 godziny), żeby pozbyć się goryczki...

A potem robimy soczki, konfiturki, dżemiki i co nam tylko do głowy wpadnie...

     Byle z sensem, bo rokitek jest wypakowany ponad miarę witaminą C...Jest nią wypakowany wręcz niemiłosiernie, cytryna to przy nim mały pikuś !!

I ręczę za to słowem, bo przeprowadziłam degustację na własnej paszczęce i wykrzywiło mnie okrutnie (sok z cytryny pijam bez grymasu)...

     Dlaczego od wieków rokitnik ma wyrobioną taką markę ??

Owoce zawierają 190 substancji bioaktywnych !!

- 14 witamin;

- 11 mikroelementów;

- 16 aminokwasów;

- 22 kwasy tłuszczowe;

- antyoksydanty;

- 42 lipidy...

     Wszystko w ilościach "hurtowych"...;o)

Ale witamina C gra pierwsze skrzypce...Kilka ziarenek w herbacie idealnie zastępuje cytrynę (w wodzie mineralnej również- sprawdzone)...I dzienne zapotrzebowanie organizmu...

     Na co można stosować ??

- przeziębiania;

- ból gardła;

- suchy kaszel;

- reumatyzm i stany zapalne;

- oparzenia, odmrożenia, rany, blizny;

- problemy z apetytem i układem trawiennym;

- zapalenie wątroby;

- podwyższony poziom cholesterolu (olej z pestek);

- hemoroidy (olej);

- nadciśnienie tętnicze...

Nieźle jak na takie mikre koraliki...;o)

     Owocki już mamy, listeczki już mamy, pesteczki się suszą...

     I wcale nas nie dziwi, że wyroby z rokitnika są takie drogie...Jest prawdziwym przetwórczym wyzwaniem...Ale smak herbatki ?? Genialny !!

     Jesteśmy w 1/3 zbiorów, więc pracy przed nami jeszcze sporo, ale tutaj czas nie goni, bo po przymrozkach odpada z procedur "mrożenie", a owoce nic nie tracą...Przy obróbce termicznej też nie...

     Hitem tegorocznych zbiorów na Wrzosowisku, stał się Rokitek Nadzwyczajny...;o)

     Wstrzemięźliwość z korzystania ze Złota Syberii wskazana jest jedynie w przypadkach wrzodów żołądka, dwunastnicy i kamicy nerkowej...

     Tak więc, trudno nie polecać rokitka...Szczególnie, że przed nami wyjątkowo trudna zima, bo z byle katarem możemy wylądować na kwarantannie...Rokitku !! Broń nas przed "procedurami", z katarem jakoś sobie poradzimy...;o)

niedziela, 23 sierpnia 2020

Ziołowa "korupcja"...;o)

     Wraz z urodzinowymi prezentami pojechały do Misiowego Domku dwie koperty...I "cuś"...;o)

Nie, nie...

To nie jest przyznanie się do działań korupcyjnych...

     Jedna kopertka była taka...

     Jej Adresatką była Misiowa Mama...

     Macierzanka cytrynowa to prymuska we wspomaganiu wielu dolegliwości, przy tym ma przepiękny aromat...Jeśli więc, zapytacie Wujaszka Googla na co pomaga i zdecydujecie się na uprawę (można w doniczkach), to polecam bardzo...

     My "praktykujemy" cytrynową macierzankę od roku (szczególnie Pan N.) i mogę ręczyć słowem, że herbatka bez jej listków jest niekompletna !! ;o)

     Druga kopertka zawierała...

     Adresatem był Księciunio...

     No cóż...Księciunio to chorowitek i Jego układ odpornościowy potrzebuje pomocy, a herbatka z liści morwy (i białej i czarnej) jest stosowana od wieków przez Chińczyków jako wsparcie młodych organizmów...Starszym jest również zalecana, jako antidotum na podwyższony poziom cukru i zawyżony cholesterol...

     Babcina "suszarnia" ma jednak ograniczenia powierzchniowe, więc w pierwszej kolejności dostają Ci, którzy najbardziej potrzebują...;o)

     Liście morwy już zaczynają się przebarwiać, więc trzeba się spieszyć...

     W tym roku Babcia Gordyjka ma "tyły" w zbieraniu ziół...;o)

     Chociaż pudła po pizzy są nieźle wypełnione, Matka Natura tak szalała, że nijak było terminowo zbierać, suszyć i magazynować...Dziurawiec miał miesięczną "obsuwę"...Rumianek kwitł na raty i trudno było się "wstrzelić", podobnie jaskółcze ziele...Mięta szalała, a potem przestała...A kocimiętka...Echhh...

Ale nie samymi ziółkami człek żyje...

W tak zwanej "wolnej chwili", albo w "międzyczasie" Gordyjka zmajstrowała jeszcze coś...

Wiadomo dla Kogo...;o)

Misiowy Tata z Dziadziusiem montowali "karocę", Misiowa Mama "montowała" Princesię...

Która bardzo skrupulatnie pilnowała procesu montażu (w obu przypadkach)...Dziadek musiał wykazać się niezłym refleksem, żeby komplet śrubek nie został zdekompletowany, a Misiowa Mama musiała zapanować nad Żywiołem, który ani sekundy nie stał spokojnie...

Ale jak już wszystko zostało skompletowane...

Princeska w karocy !!

Właśnie szuka pod falbankami dźwigni hamulca...;o)

środa, 31 stycznia 2018

Jak się Baby uprą...;o)

Ależ to była akcja !!
     Krysia napisała na swoim blogu, że szuka opiekunów dla swoich aloesów...Takich klasycznych, drzewiastych...


     Zamieściła zdjęcia i notkę, jak to uroda aloesów podziałała na Jej sublokatorów (Krysia jest kotolubna)...
Hmmm...
     "Ładne te aloesy" - pomyślałam...
     Od jakiegoś czasu poszukiwałam, ale te nowomodne "krzyżówki" do mnie nie przemawiały...
Ale...
No właśnie...
     Krysia mieszka na drugim końcu Polski...Prawie dokładnie...
Teleportacja ??
     Kilka maili i problem wydawał się nawet większy niż zakładałyśmy...
No cóż...
Polski jednym susem nie przeskoczymy...
Trzeba problem przemyśleć, logistykę zorganizować, albo zrezygnować...
Echhh...
I nagle odbieram fonka...
     - To ja !! Mamy transport !! - komunikuje Krysia...
     Pewien przesympatyczny Młody Człowiek jechał właśnie w kierunku Zaścianka i zadeklarował, że nie tylko, że zajmie się roślinkami, ale że je dostarczy do rąk własnych...
To się nazywa mieć farta !! (Albo Fajnego Syna)...;o)
     Aloesy dotarły w nienaruszonym stanie...


Były znacznie większe niż na zdjęciach Krysi...
A widok wystających z pakunków roślinek ogromnie zaintrygował Księciunia...
     Skrzętnie pomagał przy rozpakowywaniu, głaskał każdą roślinkę, a kiedy Babcia pokazała na mapie jak daleko mieszkały dotychczas, Księciunio westchnął...
     - Wielka Wyprawa...
Aloesy zyskały uznanie...;o)
     A potem dostały nową miejscówkę...


     Teraz Księciunio co wieczór żegna się z aloesami, a rano opowiada im jak pięknie rosną...
     To wielki bonus naszej transakcji Krysiu...;o) I dowód na to, że jak Baby się uprą, to nawet setki kilometrów nie są przeszkodą...;o)

niedziela, 15 października 2017

Maść nagietkowa...

     Po wiosennym, ogrodowym rozgardiaszu...Po letnich, ogrodowych urokach...Przyszła pora na jesienne ogrodowanie...Nie ma co...Jest sporo do zrobienia...
     Czas zagospodarować wszystko co wiosną zasiane, latem pielęgnowane, jesienią oczy cieszy (że o brzuszkach nie wspomnę)...
     Ogarnęłam pomidorki i papryki, jestem na etapie buraków, a w kolejce czekają kapusty...Prawdziwa rozpusta...
Tylko czasu jakoś nie przybywa...
     W buraczanej przerwie postanowiłam zmagazynować coś jeszcze...Pamiętacie jak pisałam o naszych szalonych nagietkach ?? To było tutaj...


A potem stanęłam przed zielarskim wyzwaniem:
     Jak to dobro spożytkować ??
     Ususzyć na napar ?? Przetrzymać na zimowe herbatki ?? A może wyciąg ??
     Suszonego mieliśmy już spory zapas, ale pogoda przestała być łaskawa, więc...
     Postanowiłam zrobić domową maść...
     Szczególnie, że po letnich przygodach nasza skóra wymaga wsparcia, a Papcio Czas też jej nie oszczędza...
     No to robimy maść z nagietka !!

1. Zbieramy kwiaty...


     Zbieram je do kubeczka o objętości ok. 250ml (czyli szklanka).

2. Zasiadam do obrywania płatków, bo są bardziej praktyczne w procesie przygotowawczym, a środeczki ususzę i będę wykorzystywać do naparów i wywarów.


Ufff...Skończone...Można przystąpić do kolejnej czynności...

3. Przygotowujemy "bazę", czyli tłuszcz...
     Sporo osób robiących kremy nagietkowe korzysta z baz wazelinowych, albo z pospolitego smalcu (to staropolskie przepisy), ja korzystam z oleju kokosowego...Jest idealny...
Sam w sobie ma właściwości terapeutyczne dla skóry, ma niską temperaturę topnienia, nie ma zapachu...


     Rozpuszczam cztery czubate łyżki stołowe oleju kokosowego...

4. Kiedy olej staje się płynny wsypuję płatki nagietka...


     Cała sztuka polega na tym, żeby płatki nagietka podgrzewały się równomiernie, a nie żeby się smażyły...Rondelek musi być ledwie muskany ogniem przez 10-15 minut...

5. Są tacy, którzy już w tym momencie kończą proces, czyli cedzą, zlewają i korzystają...Ja odstawiam rondelek w chłodne miejsce na dobę...

6. Przez dobę olej nasiąka nagietkiem, w rondelku robi się nagietkowa maź...Czas na kolejne podgrzewanie...


Olej ma piękny złoty kolorek i z każdą chwilą jest coraz bardziej intensywny...Podgrzewamy znowu przez 10-15 minut na bardzo małym ogniu...

7. Przystępujemy do zlewania...


Na sitku pozostają wykorzystane płatki, które można dodatkowo wycisnąć...
No i właściwie gotowe...


     Około 150ml płynnego "złota"...
     Po przestygnięciu wstawiam słoiczek do lodówki i otrzymuję pożądaną konsystencję...


     Słoiczek dostaje miejscówkę w łazience, żeby zawsze był "pod ręką" i korzystamy bez ograniczeń...Działa świetnie !! Jak widać, poprzednia "produkcja" jest na ukończeniu, więc eksperyment się powiódł...
     Pan N. twierdzi, że pachnie orzechowo, ja czuję tylko nagietka...
     Bez konserwantów, bez utrwalaczy, bez barwników...
Na zdrowie !! ;o)

czwartek, 17 sierpnia 2017

Rozpychające się dobro...

     Stosowano go w medycynie greckiej, arabskiej, czy hinduskiej, w wielu krajach stosowany jest do dzisiaj, jako niezastąpiona przyprawa do sosów i mięs, na równi z szafranem i kurkumą (zawiera barwnik), u nas wraca do łask...
     Już w zeszłym roku zainteresował mnie swoimi niesamowitymi zdolnościami, ale miejscówka jaką mu zaoferowałam okazała się nieodpowiednia...Wyrósł maleńki, skromnie zakwitł i tyle go widzieli...
     W tym roku postawiłam na stanowiska bardziej "cywilizowane"...
Dostał kawałek kwietnika...


     Gdzie rozpycha się bez pardonu i uciska niemiłosiernie maciejkę i kocimiętkę (ta bidulka jest na prawdę biedna)...
     Dostał też "wolny wybieg" w towarzystwie słoneczników...


Przy okazji strzeże warzywniak przed nieproszonymi gośćmi...
     Nagietek...
     Pewnie już rozpoznaliście pomarańczowe łepetynki, które wielu z nas kojarzą się z dzieciństwem...


     Babcia miała w ogródku ?? Kwitły na rabatce ??
     Nie mogło być inaczej, bo nagietek to bardzo "mądra" roślinka, a Babcie swój rozumek mają...
     Kwiaty nagietka zawierają: sterole, karetonoidy, saponiny, flawonoidy, związki śluzowe, kwasy organiczne, sole mineralne (głównie magnez) i witaminę C ...
     Płatki nagietka to samo dobro...
     Okłady działają bakteriobójczo, przeciwzapalnie i grzybobójczo...Przyspieszają gojenie ran i mają zbawienny wpływ na regenerację naskórka...Świetnie wpływają na zmęczone oczy, a nawet stany zapalne spojówek...
Spożywanie płatków nagietka to wsparcie dla wątroby, dróg moczowych, a nawet odporności organizmu...
     Pomijam oczywiście fakt, że pięknie wygląda w ogródku...

P.S. Oczekiwanie na WPP !! :o) 

wtorek, 1 sierpnia 2017

Lawendowe wzgórze...

     Jadąc na Wrzosowisko zawsze mamy plan...Trzeba by zrobić to, albo tamto, albo coś jeszcze innego...Trzeba by, zamiast "zrobimy", bo to Wrzosowisko zarządza często zakresem naszych prac...A to wysypie biedrzeńcem...A to obdarzy rumiankiem...A to szpak niecnota rozgarnie kwietnik i trzeba ratować dobytek...Tak jest...
     Kiedy więc lawenda wybujała niespodziewanie...


Pokiwałam głową z powątpiewaniem...
     "Kiedy ja cię bidulko obrobię ??"...
     No to Matka Natura zorganizowała mi czas w try miga...Zapanowały takie upały, że oddychając miało się wrażenie "płucek z grilla"...
     Co robić, kiedy jest 35 stopni w cieniu i oddychając człowiek się poci ??
     Można siedzieć w cieniu i wiązać lawendowe bukieciki, albo obrywać kwiecie z ziela...Ot co...
     Przy takiej robocie upał nie straszny...Jak się ma jeszcze do tego miskę z wodą...;o)


     Lawenda od wieków uchodzi za magiczną roślinkę...
     Ma zastosowanie w zielarstwie (wpływa pobudzająco na układ krążenia, działa przeciwbólowo i rozkurczowo, działa wzmacniająco na układ nerwowy i antyseptycznie), w gastronomii (do sosów, sałatek, deserów, herbatki, czy nalewek), w kosmetyce (płyny do kąpieli, perfumy, mydełka), ale głównie znamy ją jako środek na insekty, bo...Bo lawenda zawiera linalol, naturalny pestycyd, który chroni nas od moli, mszyc, czy wołków zbożowych...
     Tyle, że jak wszystko co dobre, nie należy przesadzać...Szczególnie z konsumpcją bezpośrednią, bo lawenda bywa również alergenem...
     Nie lubisz zapachu lawendy ?? Trzymaj się od niej z daleka...;o) Prosta recepta...
     Ja lubię...Uwielbiam !!
     Poranna kawa na ławeczce, chłodek poranka, rosa na trawie i zapach lawendy...Zestaw idealny...
A jak ona pachnie po deszczu !!
     Chociaż równie dobrze smakuje kieliszek nalewki mirabelkowej przy promieniach zachodzącego Słońca, i przy zapachu maciejki...;o)
     Echhh...

P.S. A teraz odrobina "prywaty"...Zaczynamy odliczanie...

17 dni do WPP

czwartek, 20 lipca 2017

Od czegoś trzeba zacząć...

     No to jestem...
     Ale jakoby mnie nie było, bo pourlopowe "wszystko na raz" dopadło mnie bez litości...
Nie mam pojęcia kiedy to wszystko ogarnę...
     Jak było na urlopie ??
     Dokładnie tak jak w piosence SDM-u, nie znałam dnia, nie znałam miesiąca, że o godzinie nie wspomnę...Wrzosowisko pochłonęło mnie w zupełności...Chociaż w tym roku trochę przytomniej podeszliśmy do tematu...Było też odpoczywanie !! ;o) Chociaż pewnie trudno Wam w to uwierzyć...
     Ale zaczęłam od "żniw"...
     Na pierwszy ogień poszedł oczywiście rumianek...


     Ten jest dla nas...Dla Wrzosowiska suszę ogromne wiechcie razem z zielem...Wiadomo...Rumianek jest dobry na wszystko...;o)
     A kiedy moje magiczne pudło szeleściło już odpowiednio, na Wrzosowisku zagościł...


     Tak, tak...Dziurawiec...
     Usadowił się w kąciku, rósł dyskretnie i pięknie wybujał...
Zmarnować ??
Nie godzi się !!
     Szczególnie, że w dziurawcu moc drzemie okrutna...Bo to i na drogi moczowe zdrowe, i na żołądek pomaga, działa uspokajająco i antydepresyjnie, wzmacnia pigmentację skóry, pomaga w gojeniu ran wszelkiego typu, no i jest niezastąpiony w płukaniu gardła, jamy ustnej, czy przyzębia...Cud miód malina...
     Czyli, żniwa...


     Skoro zaczęłam od żniw, to co mnie może jeszcze urlopowo zaskoczyć ??
Hmmm...
Wszystko !!
Od pogody począwszy, a na urlopowych atrakcjach skończywszy...
     Ale, że zajęta jestem teraz niemożebnie, więc ciekawość musicie okiełznać i jeszcze troszkę na sprawozdanie poczekać...;o)

sobota, 9 lipca 2016

Ona wiedziała...

     - Musimy wrotycz zamówić...- stwierdziłam, kiedy Pan N. sięgnął po ostatnią z naszych magicznych butelek...
Cóż...Fakt...
Przechwalić go trudno...
     Tylko dzięki jego magicznym właściwościom przetrwaliśmy na Wrzosowisku zeszły rok...W tym roku jest lżej, ale nauczeni doświadczeniem, wolimy nie ryzykować...
Pisałam o tym wynalazku tutaj:
http://gordyjka.blogspot.com/2015/07/potrzeba-chwili-czyli-nasi-nowi.html
     Po powrocie do Zaścianka, Pan N. przystąpił do działania...
Przystąpił...I tyle...
     - Coś się chyba stało z tą Firmą, bo takiej ceny to nawet w kosmosie zobaczyć nie można !! - poinformował mnie Ślubny, a ja, jak na rodzinny kalkulator przystało przeliczyłam koszt ewentualnej walki z robalami w tym sezonie...
500 zeta pękło...
     - Odpada !! - potwierdziłam diagnozę Pana N.
     - Ewidentnie już koncerny na nich łapę położyły...- podsumował Małżonek...
Co teraz ??
Mamy zostać pożarci w całości ??
Nie ma mowy...
     Pułapki stacjonarne odpadły już na początku sezonu, bo po zeszłorocznym pogromie groziło nam zapylanie roślin ręczne...Czyli ??
Wracamy do wywarów !!
     W Kaszubskim Borze opatentowaliśmy (oczywiście na sobie) niezły sposób na robale...
     Napar z kocimiętki z sokiem z cytryny...
Pachnie pięknie, a skuteczność ma zadziwiającą...
Byliśmy jedynymi osobnikami, które po stadninie spacerowały bez machania kończynami jak wiatraki, a nasze wieczorne spacerki były autentycznie romantyczne i pozbawione "ofiary krwi"...
Nawet w czasie ogniska palonego nad brzegiem jeziora nie ponieśliśmy ofiar...
Krótko mówiąc...
Niech nam koncerny skoczą na...tralala...;o)
     Wrzosowisko dało nam jeszcze coś...
     Po zeszłorocznych pracach ziemno-polowych z prawdziwym niepokojem rozglądałam się po naszym ugorze i czekałam na rumianki...
Czyżby wszystkie poległy z kretesem ??
     W tej rozpaczy nawet wysiałam dwie skrzyneczki, żeby się nie okazało, że zostaniemy bez ziółka dobrego na wszystko...
     Moja rozpacz była chyba bardzo widoczna, bo Pan N. nawet zdeklarował się iść na "harate"...
     A kiedy ostatnio przybyliśmy na Wrzosowisko...


Rumianki !!


Rumianki !!


Rumianki !!
     Mamy ich tyle, że godzinne zbieranie nie jest nawet widoczne...
     A nasz rumianek ma tylko odrobinę mniejsze właściwości odstraszające owady niż ów wrotycz dalmatyński...
Na pohybel !!
     Nie będą dalmatyńskie wrotycze pluć na nasz rumianek !!
No to zbieram...
Zbieram i suszę...
Suszę i składuję...
Bo dobrego na wszystko ziółka nigdy dość...
W skrzynkach też wyrósł !!
Ale ten zostanie dla Księciunia...;o)

     Płyn odstraszający owady:

Garść suszonych kwiatów rumianku.
Szczypta suszonej kocimiętki.
Szczypta suszonych kwiatów lawendy.
Wieczorem zalewamy to 1/2 l wrzątku, przykrywamy i pozostawiamy na noc do nasiąknięcia.
Rano przecedzamy (najlepiej przez płótno), dodajemy  sok z połowy cytryny (albo jakikolwiek zapach cytrynowy), wlewamy do spryskiwacza i...Mamy świetny płyn odstraszający owady !!
Nasza lawenda jest jeszcze skromnych rozmiarów...


Zostanie więc zastąpiona kilkoma kroplami olejku lawendowego...
     Skoro ktoś za litr wyciągu ziołowego chce prawie 90 zeta...No cóż...
     Matka Natura chyba wcześniej wiedziała i nam rumianek wysiała...
     Koszt naszego "wynalazku" będzie się kształtował w okolicach 5 zł za litr...;o)

P.S. Jak na dobrego detektywa przystało, postanowiłam przeprowadzić śledztwo w sprawie tego wrotycza...W 2013 roku powstał projekt UE zabraniający ziołolecznictwa...Pisałam nawet o tym dziwacznym pomyśle...W skutek protestów projekt wylądował w jakiejś szufladzie...Zioła uratowane ?? Poniekąd...Rozporządzeniem z 2015 roku zdecydowano, że wszystkie preparaty ziołowe muszą dostać receptariusze i wprowadzono takie opłaty za owe badania laboratoryjne, że połowa specyfików odpadła w przedbiegach...Po kolejnych protestach postanowiono, że zostanie skrócona "ścieżka" dla receptur, których datowanie jest starsze niż 30 lat...Nasz wrotycz się pewnie nie załapał...;o( 

wtorek, 10 maja 2016

Narodziny sceptycyzmu...

     Moja Mama była Pielęgniarką...Ten fakt, oprócz wrodzonego wręcz szacunku do Pielęgniarek spowodował, iż od dziecięcia obcowałam z medycyną i wszelkimi jej niuansami...Na pamięć znałam listę "nowoczesnych" psychotropów i "najlepszych" antybiotyków...Znałam nazwy, działanie i wskazania...A to właściwie nie było normalne...
     Moja Mamciaśka była ogromną zwolenniczką antybiotyków...
Może dlatego zrodził się we mnie ten bunt ??
     Każdy wie, że w "cielęcym" wieku lat "nastu", człek musi się buntować, bo mu hormony z uszu wystają...
Uczyłam się dobrze, w polotach bardzo dobrze...Nad modne dyskoteki przedkładałam bibliotekę...Nad nocne eskapady, wypad w góry...Nad imprezki, pototwórcze treningi...
     Czyli jakoś te moje hormony wybuchnąć musiały...
No to wybuchły...
Żeby nie powiedzieć: zapachniały...
     Z racji wykonywanego przez Mamciaśkę zawodu, moja podręczna biblioteczka zaopatrzona była również w literaturę medyczną, i właśnie tam odnalazłam swój "bunt"...
Maleńką książeczkę:


     No dobra...Nie było to dzieło do czytania...
     A już na pewno, nie było to dzieło do czytania dla nastolatki...
     Ale nastolatka czytała...Czytała i analizowała...Analizowała i wprowadzała w czyn, przy wsparciu Zielnika wypożyczonego w Bibliotece (takiego z obrazkami ;o))...
Bunt rozkwitał...
     Rodzice pracowali na zmiany, więc czasu na eksperymenty totalne miałam sporo...
Dom zaczął pachnieć rumiankiem, pokrzywą, skrzypem...
     Łatwo nie było, bo przecież mieszkałam w Centrum sporego Miasta...
Ale z wypadów w plener przywoziłam pół plecaka "różności"...
A potem "różności" chowałam między książkami, żeby nie wpadły w oczy Domowemu Medykowi...
Ojciec załapał w mig...
     Przy kolejnym "zapaleniu dziąseł" podałam Mu w sekrecie, przygotowaną miksturę...
Był na etapie "wszystko mi jedno"...
Pomogło w kwadrans, więc moja tajemnica była bezpieczna...
Przy kolejnym ataku dziąseł Ojciec już nie czekał...
     - Masz to paskudztwo do płukania ?? - zapytał szeptem...
     Mieć nie miałam, ale mogłam zrobić...Wszystkie składniki leżakowały w drugim tomie "Popiołów"...
     Mój zielarski proceder trwał przez kilka lat...
     Mamciaśka nigdy się nie dowiedziała jaka ze mnie "medycznie" przewrotna dusza...
     Kiedy na Świecie pojawiły się nasze Dzieciaki, w domu mieliśmy zawsze "ziołową półeczkę"...Może nie wszystkie zioła pochodziły z własnych zbiorów, ale półeczka była nieźle zaopatrzona (przy ostatniej wizytacji Pierworodnego dostałam burę, bo w szafce nie było rumianku..."Rumianku nie masz !!" - cytuję)...
     Rodzinną tradycją stało się wychodzenie "po pokrzywę", "na rumianek", czy po sosnowe młode szyszki, z których robiłam syrop na kaszel...
     Potem pochłonęła mnie cywilizacja...
     Zioła kupowałam w sklepie...Ekspresowe, bo takie właśnie zrobiło się życie...
Kora dębu, rumianek, szałwia, pokrzywa, kwiat lipy, skrzyp...
Minimum...
     Wrzosowisko otworzyło mi "klapkę" z pamięcią...
     Rumianki i pokrzywy pozrywałam z marszu...Skrzyp wpadł w ręce przy pieleniu truskawek...Dziurawiec mnie zaskoczył wyrastając między wierzbinkami...Biedrzeńcowi przyglądałam  się długo..."Skąd my się znamy ??"...Podobnie było z tasznikiem...
     Przyglądałam się, rwałam, wieszałam na suszarce, a potem w domu sprawdzałam skąd to dziwne poczucie znajomości...
     Teraz mnie zaskoczył glistnik jaskółcze ziele...
Wiedziałam, że powinnam powiesić wiązkę do suszenia...
     Czyżby z ziołami było tak, jak z jazdą na rowerze ??
Nie mam pojęcia...
Ale wiem jedno...
     Za każdym razem kiedy wyszukuję nazw dla moich "odkryć" w opisie figuruje dziwna formułka...

     "Roślina zielna (lub chwast) uprawiana do celów medycznych i farmaceutycznych o szerokim spektrum zastosowań. Stosować po konsultacji z lekarzem lub farmaceutą."

No cóż...
We wszystkim wskazany jest umiar...
Ale...
     Jak to się ma do dyrektywy unijnej, którą jakiś czas temu próbowano przeforsować, a która kategorycznie zabraniała uprawy, zbierania i konsumpcji ziół ??
Projekt tych bzdetów leżakuje w jakimś brukselskim biurku i pewnie wypłynie "przy okazji" lub poczeka na lepsze czasy...
Bo sam pomysł zarabiania milionów na bazie produktów, które nic nie kosztują, ogromnie mi się podoba...
     Vivat Koncerny !!
I tak a`propos...
     Kiedy byłam ową "zbuntowaną nastolatką" mój stan zdrowia wymagał konsultacji kardiologicznej...Mamciaśka wcisnęła mnie "po znajomości" do pewnej Pani Ordynator, bardzo znanego wówczas Instytutu...
Kolejka była do Niej rozmiarów kosmicznych (chociaż nie było wówczas jeszcze NFZ-tu), wizyta kosztowała krocie...
     Pani Doktor moje wyniki przeanalizowała, badania przeprowadziła i zaproponowała terapię pewnym medykamentem, który sprowadzała z Holandii...
Zabrzmiało bardzo poważnie...
     Mamciaśka oczywiście lek u Pani Doktor kupiła (jedno opakowanie kosztowało tyle co rower "Wigry")...
     Po pierwszej zażytej dawce sprawdziłam skład, bo mi się "coś z czymś" kojarzyło...
     Medykament w osiemdziesięciu procentach składał się z waleriany...Czyli pospolitego kozłka lekarskiego...Była również meliska do towarzystwa...
Resztka to były "wypełniacze"...
     My byliśmy wówczas " zacofanym Wschodem", w którym Ludzie ciągle korzystali z usług "Zielarek", często wyśmiewanymi za owe procedery...Oni byli "cywilizowanym Zachodem" z niebotycznie rozwiniętą myślą technologiczną...
     Tak się chyba urodził mój medyczny sceptycyzm...