Dwa światy...

Bardzo Ważni Goście

czwartek, 17 sierpnia 2017

Rozpychające się dobro...

     Stosowano go w medycynie greckiej, arabskiej, czy hinduskiej, w wielu krajach stosowany jest do dzisiaj, jako niezastąpiona przyprawa do sosów i mięs, na równi z szafranem i kurkumą (zawiera barwnik), u nas wraca do łask...
     Już w zeszłym roku zainteresował mnie swoimi niesamowitymi zdolnościami, ale miejscówka jaką mu zaoferowałam okazała się nieodpowiednia...Wyrósł maleńki, skromnie zakwitł i tyle go widzieli...
     W tym roku postawiłam na stanowiska bardziej "cywilizowane"...
Dostał kawałek kwietnika...


     Gdzie rozpycha się bez pardonu i uciska niemiłosiernie maciejkę i kocimiętkę (ta bidulka jest na prawdę biedna)...
     Dostał też "wolny wybieg" w towarzystwie słoneczników...


Przy okazji strzeże warzywniak przed nieproszonymi gośćmi...
     Nagietek...
     Pewnie już rozpoznaliście pomarańczowe łepetynki, które wielu z nas kojarzą się z dzieciństwem...


     Babcia miała w ogródku ?? Kwitły na rabatce ??
     Nie mogło być inaczej, bo nagietek to bardzo "mądra" roślinka, a Babcie swój rozumek mają...
     Kwiaty nagietka zawierają: sterole, karetonoidy, saponiny, flawonoidy, związki śluzowe, kwasy organiczne, sole mineralne (głównie magnez) i witaminę C ...
     Płatki nagietka to samo dobro...
     Okłady działają bakteriobójczo, przeciwzapalnie i grzybobójczo...Przyspieszają gojenie ran i mają zbawienny wpływ na regenerację naskórka...Świetnie wpływają na zmęczone oczy, a nawet stany zapalne spojówek...
Spożywanie płatków nagietka to wsparcie dla wątroby, dróg moczowych, a nawet odporności organizmu...
     Pomijam oczywiście fakt, że pięknie wygląda w ogródku...

P.S. Oczekiwanie na WPP !! :o) 

wtorek, 15 sierpnia 2017

Psi urlop...

     - Jak chcesz to wezmę kilka dni urlopu...- oświadczył Pan N. niespodziewanie...
     Czy chcę ??
     Niespodziewany urlop w sierpniu jest jak Gwiazdka drugi raz w roku !!
Nie skorzystać ??
Grzech !!
Grzech ciężki !!
     No to skorzystaliśmy zaraz po tym, jak została przeanalizowana przez nas prognoza pogody...(Ze zdjęciami satelitarnymi komórek burzowych włącznie)...
     Poranek był piękny...Humorki, jak to na niespodziewanym urlopku, wyśmienite...Wysiadamy z "Naguska" na Wrzosowisku i zonk...
     Burza pierwszej klasy...
     Tyle, że nie na niebiosach pioruny szalały, a za płotem...
     Sąsiad (Młody), ewidentnie "nadużył" i prowadził jednoosobową wojnę z całym Światem...A właściwie, ze skromnym stadkiem kur, jedną kaczką i dwoma psami...
     Wrzaski, wulgaryzmy, kopanie drzwi, rzucanie miskami i wszystkim co mu w ręce wpadło...
To, co wyprawiał, trudne jest do opisania...
     - Pięknie się nam urlop zaczyna...- wydusiłam z siebie...
     Obserwując uważnie sąsiednią posesję (trudno było przewidzieć rozwój wypadków), zajęliśmy się swoimi sprawami...
     Wystraszone stado kur pogdakiwało w chaszczach, spanikowana kaczka wydobywała z siebie kwakanie, jak wówczas kiedy lis porwał jej towarzyszkę (na naszych oczach), psów nie było słychać, i to niepokoiło nas najbardziej...
     Trzyma je w domu ?? Żeby mieć "godnych" przeciwników ??
     A może są zapięte przy budach, żeby łatwiej było w nie trafić rzucanymi przedmiotami ??
     Po kilku godzinach chyba oprzytomniał...
     Wyszedł przed ganek i zaczął skakać na skakance...
Dziwne ??
Nas już chyba niewiele zdziwi w Jego zachowaniu...
     Na moje oko, Jego rozwój intelektualny zatrzymał się na poziomie dziewięciolatka...
     Zaraz potem na Wrzosowisku pojawił się Filip...Płaczący i rozżalony...No i głodny...
     Przy podjeździe miejsce zajął Misiek...Niepewny i wystraszony...
Serducha się nam "kroiły w plasterki"...
     Na drugi dzień Młody oprzytomniał całkiem, a nawet zabrał się do pracy...Coś tam uprzątał...Coś tam podkosił...
     Na trzeci dzień, Młody zniknął...
     Takie "zniknięcia" ma w repertuarze, więc nie zrobiło to na nas wrażenia...Czasem znikał bo szedł popracować w lesie...Czasem znikał na "degustacjach"...
Następnego dnia zapytałam Pana N.:
     - Widziałeś dzisiaj Młodego ??
     - Nie...- odpowiedział Ślubny...
I wtedy mnie tknęło...
     - Słuchaj, a może On pojechał do tej swojej Rodziny ??
To był znany nam "rytuał"...
     W lipcu Rodzinka zjeżdżała się na urodziny Młodego, a w sierpniu Młody znikał na kilka dni, odwiedzając ponoć matkę...
Dotychczas było to normalne...
     Młody wyjeżdżał, a Dziadek zostawał, zajmował się zwierzakami...Siostry Dziadka odwiedzały Go wtedy częściej, przywożąc "wałówkę", Szwagier przyjeżdżał rąbać drzewo i pomagać w cięższych pracach...
     Wyszło na to, że Młody miał ten rytuał tak wpisany w mózgowie, że po prostu zabrał się i pojechał...
     Kury z kaczką błąkały się samopas (czyniąc niezłe spustoszenie na polu ogórków Sąsiada)...Psy po tej karczemnej awanturze przeniosły się z bytowaniem do nas...Filip oficjalnie, jak na rezydenta przystało...Misiek znalazł sobie azyl w leszczynie, z której widział, ale był "niewidzialny"...
     Nasz urlop miał całkiem psi wymiar...

Filip i jego miseczka, z którą spaceruje po Wrzosowisku...
  Tak sytuacja wyglądała po awanturze Młodego...

Filip najbezpieczniej się czuł leżąc na mojej nodze...
Rano budził mnie taki widok...

Radość z jaką byliśmy codziennie rano witani, jest nie do opisania...
A potem było coraz gorzej...

Dwa "nienasze" psy...
No dobra...Przyznam się...
     Od dwóch lat zastanawialiśmy się jak ulżyć Filipowi...To podwórzowy kundelek, który nie wie co to Weterynarz, mycie, dezynfekcja, że o wyczesywaniu nie wspomnę...Pchły mają go na wyłączność...
     W grę nie wchodziło żadne "psinanie", bo jakikolwiek przedmiot w naszych rękach powoduje u Filipa napad paniki...O kąpieli to już całkiem możemy zapomnieć...
W tym roku Pana N. olśniła myśl przednia !!
     Naszykował odpowiednią miksturkę (nie podaję składu, bo kotom jej skład szkodzi, a nie chcę mieć na sumieniu jakiegoś "sierściucha"), a Gordyjka ubrała rękawicę gumową, wylewała sobie na nią ową miksturę i zawzięcie drapała piesa, gdzie tylko pozwolił...(Gordyjce pozwala na wiele)...
Efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania !!
     Po dwóch godzinach od zabiegu, Filip po raz pierwszy od trzech lat zasnął tak, że chrapał !!
Chyba się psisko pierwszy raz w życiu wyspało...
No i są jeszcze dwa skutki uboczne...
     Po pierwsze, Pan N. może drapać Filipa, a nawet jest do tego przymuszany podsuwanym pyszczkiem...(Psisko chyba uznało, że tym drapaniem zabijamy pchły)...
     Po drugie, Filip zasypia natychmiast jak się tylko położy...Wszytko jedno gdzie...


     Najbardziej lubi drzemki pod stolikiem (bo może się przytrafić jakieś drapanko, albo jakiś dobry kąsek), a ta czerwonawa "piaskownica" zyskała kolejne zastosowanie (oprócz moczenia gordyjskich nóg)...Ta piaskownica, to psia miska z wodą...;o)
     Ale i Misiek poczuł się bezpieczniej po kilku dniach...


I wylazł z tej "swojej" leszczyny...
     - Po śmierci Cezarego mieliśmy już nie mieć psa...- wymruczał Pan N. drapiąc Filipa po grzbiecie...
Hmmm...
Właściwie dotrzymaliśmy słowa...
Psa nie mamy...
Teraz każde z nas ma po jednym...
     A co z Młodym ?? - zapytacie...
Nie wiemy...
     Nasz urlop się skończył...Młody nie wrócił...
     Nalaliśmy do "piaskownicy" dodatkowe wiadro wody, żeby psy z pragnienia nie padły (Misiek też się nauczył z niej korzystać)...Cały dzień paśliśmy je na zapas...Przed naszym wyjazdem dostały jeszcze mięsny "bonus"...


     A potem im tłumaczyłam, że muszą jakoś przetrwać te kilka dni...


     Trudno było patrzeć we wsteczne lusterka...
     "Nienaszepsy" siedziały na podjeździe skulone i nieszczęśliwe...Filipowi opadły uszy (ewidentna u niego oznaka rozpaczy)...Gardło miałam ściśnięte...
     Opisuję Wam tę historię i tak sobie myślę...
     Lepiej żeby Młody wrócił ?? Czy lepiej, żeby pozostał tam gdzie jest ??
Sama nie wiem...

P.S. Do WPP pozostało 2 dni...

niedziela, 6 sierpnia 2017

Przemilczany Człowiek...

     Kiedy zasiedlaliśmy Wrzosowisko, Jego Ciotka nawet nie zająknęła się, że istnieje...Staruszek Brat istniał...W Jej mniemaniu, spokojny, schorowany, starszy Człowiek...
     "Czy nam to przeszkadza ??" - zapytała...
     Przeszkadza ?? Bynajmniej...
     Przywitaliśmy się ze Staruszkiem grzecznie, i od tego dnia nazywaliśmy Go "Dziadkiem"...
     Na wiosnę (trzy lata temu), przekonaliśmy się, że nasz Dziadek nie jest tak do końca sam...Mieszkał z Synem...Synem około czterdziestki...
Dziadek określał Go mianem "Nieroba", albo "Lenia"...My nadaliśmy Mu ksywkę "Młody"...
     Po sezonie już znaliśmy przyczynę przemilczenia Jego jestestwa...
     Młody jest inteligentny "inaczej"...No i nie da się ukryć, że nadużywa...
     Po aspołecznych zachowaniach można wnioskować, że ma pewną formę autyzmu...Nie przypuszczam, żeby kiedykolwiek był diagnozowany...
     "Wsiowy Dziwak" i tyle...
     W tym rodzinnym układzie to Dziadek był mózgiem...On zarządzał pieniędzmi (bo miał emeryturę), On przygotowywał posiłki (zakupy robili: Młody za odliczoną kasę, lub zaprzyjaźniona Sąsiadka), On decydował o porządkach...
I żyli sobie tak "szczęśliwie" we dwóch...
Czasem trzeźwieli, czasem nie...
Ale Dziadek był Dobrym Sąsiadem...
     W czasie naszej nieobecności spoglądał na Wrzosowisko (nawet w nocy świecił latarką ze swojego ganku) i chociaż u nich bieda z nędzą w każdym kącie mieszkały, dzielił się czym mógł...A to czereśnia obrodziła jak rzadko...A to pomidorów by sobie Sąsiadka w słoiki nakładła, bo my już zapas mamy spory...A to kilka jajek od kur, które były naszą wrzosowiskową zgryzotą...
     Pana N. nazywał Sąsiadkiem...Mnie na powitanie całował w rękę...
     Młody w tych kontaktach towarzyskich udziału nie brał...
     Na wiosnę (tego roku), Dziadek przewrócił się i złamał nogę...
Wiedzieliśmy, że to koniec...
     Zabrano Go do Szpitala, umyto i zdezynfekowano...A potem przywieziono takiego "wymuskanego" i położono na barłóg, na którym zarazki są starsze niż my...
     Pojawiły się Ciotki (cała gromada Sióstr Dziadka), pojawiły się również Panie z Pomocy Społecznej...
     Młody wykonywał miliony poleceń, był totalnie zagubiony w tym rozgardiaszu...
     Po tygodniu Dziadka ponownie zabrano do Szpitala...Wdały się infekcje...
Po kilku dniach zmarł...
     Młody został sam...
     Nie pracuje, bo nikt Mu nie przypomina, żeby iść do pracy...Nie pali w piecu, bo nikt nie kupił węgla, a drewno pali się kiepsko...Nie robi nic przez całe dnie, bo nie musi...
Kiedy przyjeżdżamy wcale nie wychodzi z domu, do kibelka przemyka chyłkiem...
Ciotki przestały przyjeżdżać...
Pomoc Społeczna też się nie kwapi...
     Na pogrzebie dowiedzieliśmy się, że ma Matkę i trójkę Rodzeństwa...
     Z każdym dniem dowiadujemy się coraz więcej...
     A to że burdy nieziemskie w tym domu były...A to, że przez chlanie stracili prawie wszystko...
     Na pogrzebie były wszystkie Dzieci Dziadka...
     Córki płakały...Drugi Syn stał w zadumie...Młody stał zagubiony...Wyglądał, jakby nie rozumiał tego wszystkiego...Nie pojmował zmian, które się właśnie dokonywały...
     Młody pozostał sam...Bez pieniędzy...Bez celu...Bez przyszłości...
     Sąsiedzi usiłują Go zmobilizować do pracy...Proponują...Przyjeżdżają nawet po Niego...
Udaje, że nie ma Go w domu...
Siedzi zamknięty...
     "Czy nam to przeszkadza ??"...
     Przeszkadza ?? Bynajmniej...
     Próbowaliśmy na początku witać się przyjaźnie, ale sprawiało Mu to widoczny problem, mówiąc "dzień dobry" przestawał być "niewidzialny"...
     Czasem słyszymy jak krzyczy na radio, które złośliwie nie chce się włączyć...
     Czasem proponuje Panu N. jakieś dobra naturalne, które pewnie otrzymuje w ramach zapłaty za drobne prace...
     Kiedy zbliżały się Jego urodziny pracował w swojej zagrodzie cały dzień, nawet na chwileczkę nie usiadł...A kiedy skończył, otworzył szeroko bramę do posesji...Czekał...
     Chyba czeka do dzisiaj...

P.S. Do WPP pozostało 11 dni...;o)

piątek, 4 sierpnia 2017

O konsekwencjach fantazji i bardzo małym, gordyjskim rozumku...

     Od kilku tygodni nasze życie wróciło do równowagi...To znaczy...Wróciło do totalnej kołomyi, czyli życia "na dwa domy"...Urlopek się skończył...
     Skończyły się również moje marzenia, że na urlopie ogarnę te nasze "hektary" w sposób cywilizowany...
     Poniosłam urlopową, totalna klęskę...
Co miałam przesadzić, zostało gdzie było...
Co miałam uporządkować, zostało jak było...
Co miałam wyplewić...Echhh...
     No to, jak urlopek się skończył, postanowiłam zaległości nadrobić...
     Pan N. zajęty był nieprzytomnie budowaniem czegoś z niczego, a ja zabrałam motyczkę i pobiegłam ratować zarastającą cebulę...
Cebula nawet gadać ze mną nie chciała...
     Upał jak na środku Sahary, zbocze południowe, to się nie dziwiłam biedaczce, że mdlała z wycieńczenia...
Po dwóch godzinach mnie też zaczęło być niewyraźnie...
Resztką szarych komórek przeprowadziłam rachunek zysków i strat...
     Cebula, czy ja ??
     Egoistycznie stwierdziłam, że moje jestestwo jakoś chyba cenniejsze wychodzi...
     No to ruszyłam pod tą naszą "góreckę" z obrazem leżaczka pod śliwką przed oczętami...
     Jak doczłapałam ?? Nie pamiętam...
     Ale musiałam sobą przedstawiać obraz mizerny, bo Ślubny rzucił wszystko i pognał napełnić miseczkę wodą...
     No a co zrobiła Gordyjka ??
     Gordyjka te swoje cieniuśkie odnóża wpakowała do miski z wodą...
Aż jej włosy dęba stanęły od różnicy temperatur...
Ale jak już fryzura do równowagi doszła, to się taka błogość po ciałku rozeszła...
Echhh...
     - Może sobie daj już spokój z tym plewieniem ?? - zapytał Pan N.
     - To jest bardzo dobry pomysł...- zgodziłam się łaskawie i zaczęłam kombinować jakieś zajęcia w sadzie...
Długo kombinować nie musiałam, bo roboty to nam nie brakuje...
     Koło siedemnastej zaczęliśmy porządkowanie i pakowanie, bo czas było zagościć w cywilizacji, czyli w Zaścianku...
     - Jaka cudowna woda w baniaku !! - oświadczył Ślubny prychając niczym Źrebak i wycierając włosy...- Spróbuj !!
     No to Gordyjka (o bardzo małym rozumku) łeb pod kranik podłożyła i delektowała się "cudownością" owej wody z baniaka...Delektowała się bardzo intensywnie i dokładnie, żeby żaden włosek suchy nie został...
Przed ostatecznym pożegnaniem stwierdziłam...
     - Muszę jeszcze do kibelka...
Po tej prostej czynności fizjologicznej już wiedziałam...
     Powrót do domu będzie trudny...
     Wsiedliśmy do "naguska", na Wrzosowisko tęskno żeśmy spojrzeli i pora w drogę...
     A że skwar panował jeszcze nieziemski, więc "klima" na dwójeczkę i miły podmuch na liczko...
     Rozumek został na Wrzosowisku...
     Po kwadransie podróży szperałam w bagażach szukając apteczki...
     Przeziębiony (wodą z miski) pęcherz wysiadł był całkiem...
     Pan N. namierzał stacje paliw, na których mogłabym "skorzystać", a ja koncentrowałam się nad tym, żeby dotrwać "od stacji do stacji"...
     Po godzinie przed oczętami zaczęły mi latać czerwone mazaje, co było nieodmiennym znakiem, że temperatura skromnego ciałka poszybowała w kosmos...
Rozumu nie przybyło, bo dalej "klima" pracowała...
     Dotarliśmy do domeczku, rzutem na taśmę przygotowałam kolację i padłam na łoże prawie bladym trupem...Prawie, bo co kilka minut gnałam do łazienki i wyłam z bólu...
     Gorączka pokonywała bezmiar kosmosu bez ograniczeń...
     A rano się okazało, że "panna z mokrą głową" ma jeszcze zapalenie tchawicy...
Cud, miód, malina...
     Pan N. poszedł do pracy...
     Ja, co kilka minut pielgrzymowałam do łazienki powłócząc nogami i wypluwając po drodze duszę...
     Nie mam pojęcia jak przetrwałam ten dzień...I kilka następnych...
     Czyżby Wrzosowisko aż tak bardzo mi się na mózg rzuciło ??
Wiem...
     - Nie powinnam wychodzić na "otwarte Słońce";
     - Nie powinnam się przegrzewać;
     - Nie powinnam radykalnie zmieniać temperatury ciała;
     - Nie powinnam wkładać głowy pod zimną wodę;
     - Nie powinnam korzystać z klimy.
To wszystko wiem...
     I co mi teraz z tej wiedzy ??
Wiedza powinna iść w parze z inteligencją...
No cóż...
     U mnie chyba im się "związek" nie ułożył...;o)

P.S. Do WPP pozostało 13 dni...;o)   

wtorek, 1 sierpnia 2017

Lawendowe wzgórze...

     Jadąc na Wrzosowisko zawsze mamy plan...Trzeba by zrobić to, albo tamto, albo coś jeszcze innego...Trzeba by, zamiast "zrobimy", bo to Wrzosowisko zarządza często zakresem naszych prac...A to wysypie biedrzeńcem...A to obdarzy rumiankiem...A to szpak niecnota rozgarnie kwietnik i trzeba ratować dobytek...Tak jest...
     Kiedy więc lawenda wybujała niespodziewanie...


Pokiwałam głową z powątpiewaniem...
     "Kiedy ja cię bidulko obrobię ??"...
     No to Matka Natura zorganizowała mi czas w try miga...Zapanowały takie upały, że oddychając miało się wrażenie "płucek z grilla"...
     Co robić, kiedy jest 35 stopni w cieniu i oddychając człowiek się poci ??
     Można siedzieć w cieniu i wiązać lawendowe bukieciki, albo obrywać kwiecie z ziela...Ot co...
     Przy takiej robocie upał nie straszny...Jak się ma jeszcze do tego miskę z wodą...;o)


     Lawenda od wieków uchodzi za magiczną roślinkę...
     Ma zastosowanie w zielarstwie (wpływa pobudzająco na układ krążenia, działa przeciwbólowo i rozkurczowo, działa wzmacniająco na układ nerwowy i antyseptycznie), w gastronomii (do sosów, sałatek, deserów, herbatki, czy nalewek), w kosmetyce (płyny do kąpieli, perfumy, mydełka), ale głównie znamy ją jako środek na insekty, bo...Bo lawenda zawiera linalol, naturalny pestycyd, który chroni nas od moli, mszyc, czy wołków zbożowych...
     Tyle, że jak wszystko co dobre, nie należy przesadzać...Szczególnie z konsumpcją bezpośrednią, bo lawenda bywa również alergenem...
     Nie lubisz zapachu lawendy ?? Trzymaj się od niej z daleka...;o) Prosta recepta...
     Ja lubię...Uwielbiam !!
     Poranna kawa na ławeczce, chłodek poranka, rosa na trawie i zapach lawendy...Zestaw idealny...
A jak ona pachnie po deszczu !!
     Chociaż równie dobrze smakuje kieliszek nalewki mirabelkowej przy promieniach zachodzącego Słońca, i przy zapachu maciejki...;o)
     Echhh...

P.S. A teraz odrobina "prywaty"...Zaczynamy odliczanie...

17 dni do WPP